To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 30 marca 2012
Zbij doktora swego i pielęgniarkę swoją

Przeczytałem artykuł na gazecie i mi się ulało.

Rzeke mi wypłaczcie. Tako odtąd do późnych godzin popołudniowych. Gdyby nie moja wrodzona łagodność i pacyfizm, to Warszawa zostałaby pozbawiona szpitala MSWiA i było to tak.
Dawno temu dostałem omłot w bramie, napastnicy zamienili mi pół twarzy w tatara zasiekanego i skuli tak, że dwie godziny leżałem w bramie bez przytomności.
Następnego dnia, w sobotę, ok. 14 zacząłem lekko pływać na łóżku i stwierdziłem, że nie czekam do niedzieli, aż mi się przestanie we łbie kolebać, tylko jadę zaraz. Na 709 nie miałem siły więc znajoma zawiozła mnie na izbę (nie pamiętam dlaczego pojechaliśmy do MSWiA, być może piaseczyńska była tego dnia zamknięta, nie kontaktowałem zbyt dobrze). Kumpela nie mogła ze mną zostać więc podstawiła mnie pod wejście i odjechała.
Rejestracja, ciśnienie, pigułka na obniżenie ciśnienia, godzina oczekiwania i mój ulubiony moment, czyli wywiad w gabinecie z jakąś wredną rurą w fartuchu. No nie rozmawia się w tak impertynencki sposób z człowiekiem, który nie ma pół twarzy, kręci mu się w głowie, mdli go i ma prawo być podenerwowany. Z jakiegoś powodu zostałem przez panią potraktowany jak prymityw i gówniarz. To pewnie wina krótkich włosów i mocnej budowy ciała. Kolejna godzina oczekiwania, rentgen, godzina, tomografia i dopiero wtedy się zaczęło robić słabo.
Uczynię długą historię krótką. Na izbie zalogowałem się ok. 15-15:30. Wstępny wywiad, badanie ciśnienia, rentgen i tomografia zajęły w sumie 3,5-4 godziny, więc wynik do zniesienia. A potem zostałem zostawiony samemu sobie, nikt nie wiedział na co właściwie jeszcze czekam, kto ma obejrzeć fotki i je jakoś skomentować, nul, zilch, nada, zero. Gdyby nie stan zbliżony do dwóch piw i skręta, zacząłbym ten pierdolnik demolować. Czy wspomniałem, że moje rany nie wzbudziły żadnego zainteresowania, nikt ich nie obejrzał i nie zrobiono mi opatrunku? To wspominam.
Ok 22:30 zacząłem mieć dość, poszedłem do recepcji i się spytałem czy ktoś mnie przyjmie bo ja już nie wyrabiam i chcę iść do domu. Okazało się, że jak pójdę do domu, to badania z dzisiaj są nieważne i jutro będę je musiał zrobić znowu. A czekam na laryngologa i nie wiadomo kiedy mnie przyjmie.
Podcięło mi resztki żelazowej woli, klapnąłem na krzesło, zadzwoniłem do innej kumpeli czy by mogła mnie odwieźć na chatę, bo na dzienny się już nie wyrobię i zastygłem na tym sadystycznym krzesełku w poczuciu bezsiły i beznadziei. Nikogo nie chciałem bić, chciałem po prostu zburzyć to miejsce do fundamentów a pracujących tu ludzi wysłać na prosty kurs organizacji pracy i umiejętności rozmowy z pacjentem nieawanturującym się.
Po pół godzinie zaczęły spływać z miasta ofiary dnia św. Patryka i wytrzymałem do momentu gdy jeden nur śmierdzący śmietnikiem wwiózł na wózku drugiego nura śmierdzącego padliną. Tak szybkiego oczyszczenia poczekalni w życiu nie widziałem. Wstałem i skierowałem się w stronę wyjścia, pierdoląc możliwe pęknięcia czaszki i krwiaki mózgu. Dobrze, że mnie kumpela zgarnęła i przekonała żebym jeszcze chwilę wytrzymał.
Siedziałbym tam pewnie do rana, na szczęście Ania poszła do recepcji, zrobiła dym i co się okazało? Że ten laryngolog, co to nie wiadomo kiedy będzie to już jest i można do niego iść. Tylko dlaczego żeby uzyskać jakąkolwiek informację trzeba awantury w recepcji? Dlaczego nikt mnie nie może wywołać po nazwisku. Dlaczego jak się grzecznie pytałem ile mam czekać, to nikt nic nie wiedział (przypominam, ruch niewielki). A potem jak porozmawiałem po badaniu z panią laryngolog (jedyna sprawiedliwa w tej jebanej Sodomie), to okazało się, że ona tu siedzi od 22 i nikt jej nie zgłosił, że ma coś i kogoś oglądać. To wtedy uderzyła mnie kurtyna a od maniakalnego uśmiechu dostałem skurczu nieporanionej połowy twarzy.
Nawet nie macie pojęcia jak się wkurwiłem na wspomnienie tego gnoju. Bym zrozumiał czas spędzony na izbie gdyby był jakiś overkill. Nie było. Była żałośnie wyglądająca grupka mniej lub bardziej cierpiących ludzi i personel, który miał tych ludzi w chuju i niespiesznie przechadzał się z lewa na prawo. Plus totalny burdel organizacyjny.
Pewnie nie mam pojęcia o organizacji pracy szpitala i izby przyjęć. Zapewne czas spędzony w tym kiblu był krótki i nie powinienem się ciskać. I zapewne powinienem dziękować, że nie dostałem od lekarza opierdolu, tak jak kilka lat później, na Hożej (moją winą było to, że byłem na imprezie i miałem wypadek), tylko zostałem potraktowany jak gówniarz. Na szczęście gazeta napisała bardzo wartościowy artykuł instruktażowy, dzięki któremu już wiem jak wejść na ścieżkę szybkiej obsługi. Następnym razem po prostu jebnę lekarza krzesłem albo rozwalę automat do kawy i w domu będę po 2 godzinach.
Ze szpitala MSWiA wróciłem do domu o 1 w nocy.
PS. Każdy, kto skomentuje w stylu 'stary, mogłeś podejść i spokojnie pogadać w recepcji' albo 'sam sobie jesteś winien, bo siedziałeś i nic nie robiłeś a mówisz, że jesteś taki energiczny i zaradny', zostanie wywalony z mojego grona znajomych. Nie chcę się ziomić z ludźmi, którzy nie potrafią czytać ze zrozumieniem. 

Tekst wylądował najpierw na fejsie. I posypały się komentarze. Niektóre pozwolę sobie wkleić poniżej. Lektura akurat na piątek, bo za 3 godziny będzie można zmyć absmak alkoholem. Lecimy.

Nauczka dla wszystkich - jeżeli Wam albo Waszym bliskim (w tym zwłaszcza dzieciom, like, małym) coś się stanie - *PIERDOLCIE SAMODZIELNY DOJAZD DO SZPITALA* i dzwońcie po karetkę, ściemniając bez zmiłowania jeśli trzeba. Chyba, że lubicie być w metodami, jakie Radkowiecki wyżej zapodał, ruchani powoli na izbach przyjęć kilku kolejnych szpitali.

Ja pamietam jak dostalem po lbie, przelatalem pol szpitala na podstawowe badania, po ktorych stwierdzono ze glownie to powinienem lezec i ograniczyc gwaltowne ruchy. Na szczescie bylo mi wtedy dosc wszystko jedno.

Cóż mogę dodać Radku, chyba tylko tyle, że w podobnie "renomowanym" szpitalu mój kolega siedząc w przychodni neurologicznej, czekając na kontrolę leczenia przeciwpadaczkowego zemdlał z powodu spazmu mięśni (czyli miał atak), a jego masakrycznie zdenerwowana żona (8 miesiąc ciąży) usłyszała, że "pijanych nie obsługują". Trzy awantury później i dwa telefony do znajomego, którego ojciec jest tam ordynatorem (dokładnie trzy piętra wyżej siedział w gabinecie), zrobiono mu w końcu zastrzyk lekiem, który dostaje od dnia diagnozy i który wołami wypisany jest nie tylko na jego karcie pacjenta rzeczonej przychodni, ale był także zakodowany na specjalnej bransoletce na jego ręku. 

Jak wylądowałam na izbie MSWiA to pan doktor widząc pacjentów, którzy chcą o coś zapytać zaczynał nagle uciekać sprintem, dostałam ketonal pod skórę (top 5 bólu powodującego łzy i szał bitewny) bo pan z karetki nie umiał założyć wenflonu (w sumie dobrze, że podawali mi zupełnie niepotrzebny w danej chwili ketonal a nie coś co miałoby mnie ratować), dostałam ketonal bo nieopatrznie wspomniałam o bólu głowy, który mi w danej chwili wcale nie wadził. Siedziałam tam od 18 do 23.30. Ale wszystko to wydawało się niczym bo obok mnie siedział potwornie czerwony pan, który ok. 10.00 przyszedł z ciśnieniem z kosmosu (skurczowe like 200) i jak wychodziłam (zaraz po tym jak pani pielęgniarka próbowała mi wmówić, że mam iść do gastrologa, oczywiście, że chodziło o endokrynologa, duh) z tego kurwidołka to ktoś zaczął się zastanawiać czy pana nie przyjąć na oddział.
Szpital na Litewskiej i Wolski utwierdzają mnie w przekonaniu, że pracownicy służby zdrowia powinni dostać czasem kontrolnego liścia na ogarnięcie.
A, co do karetki to mnie się trafił jakiś cyrkowy skład, najpierw pan zauważył, że mam ogromne źrenice ale nie zapytał wprost czy coś brałam tylko zaczął jakieś gimbusiarskie aluzje po czym dopadł w drzwiach moją matkę, która akurat wróciła i zapytał czy to prawda, że miewam takie od dzieciństwa. A na izbie przyjęć nie udało mi się ustalić nazwiska mistrza wenflonu.

BTW: Karetka nie gwarantuje obsługi. Jeśli jesteś odwodnionym po zatruciu pokarmowym pacjentem z wadą serca, sinym na twarzy i palcach - możesz poczekać. Sprawdzaliśmy...

Ech, o czym my tu mówimy, ja przeleżałam tamże ponad godzinę na podłodze ze złamanym kręgosłupem, zanim jakaś pielęgniarka zainteresowała się dlaczego ja tak, a potem zorganizowała łózko na kółkach i prześwietlenie.

Potem trzy dni bez informacji co mi jest (posiłkowałam się ogólną wiedzą z filmów, że jak mogę ruszać palcami stóp, to jest dobrze) a na koniec po włożeniu w gips lekarz kazał mi samodzielnie wracać na salę. Efekt - rzygałam dalej niż widziałam, dwa dni pod kroplówką i pielęgniarki tak przerażone, że nie sądziłam, że coś jest je w stanie tak poruszyć (w końcu to twarde zawodniczki i byle pacjent ich nie rusza). Dodam, że gips opierał się na mostu i kości łonowej, co oznacza, ze sięgał daleko na uda - znaczy zgiąć się ja do siadania nie mogłam. Spróbujcie rzygać w takich warunkach.
Dobrze, że byłam tam tylko tydzień, a kolejne pół roku leżałam w domu i przyjeżdżałam tylko na kontrole i zmianę gipsu, bo mogłabym nie przeżyć...

Odkad otwarte zlamanie nosa mi w jednym szpitalu zszyli, a dopiero w drugim skladali, zreszta bez znieczulenia, malo takich opowiesci mnie zaskakuje

tą opowieścią otworzyłeś mi czakramy złej karmy Radku. Ja z kolei najgorzej wspominam pobyt na izbie przyjęć z moim ojcem, którego ściągaliśmy z kontenerowca, którego był kapitanem, a który znajdował się u wybrzeży Portugalii. Wielka akcja ściągnięcia go śmigłowcem, potem z przesiadką lot do Gdańska, a wszystko na noszach i w jakieś 5 godzin. No po prostu himalaje organizacji i synchronizacji. A potem jebnięcie głową w zamknięte drzwi izby przyjęć w szpitalu na gdańskiej Zaspie. Pan doktur kazał na siebie czekać dwie godziny, w czasie których absolutnie nikt nie wiedział gdzie jest i jak go ściągnąć szybciej. Jak już z durnym uśmieszkiem się pojawił szurając kapciami, to od śmierci uratowało go jedynie moje poczucie przyzwoitości, gdyż w ramionach był taki jak ja w bicepsie.

Nie chcę zaorać całej Litewskiej, spotkałam tam bardzo dobrą lekarkę, ale część personelu powinna się ogarnąć. Pielęgniarka krzycząca się na dziecko, że ma się uspokoić bo nie może się wbić w żyłę? Nic tak nie uspokaja jak darcie ryja. Ta sama pani rozdłubała mi (dosłownie) żyłę a w międzyczasie oskarżyła, że dopisałam sobie badanie na skierowaniu. Pani doktor na oddziale proponowała mi paracetamol na ból głowy, który mam codziennie od 3 klasy podstawówki. A siostra oddziałowa, która nie trafiła atropiną do oka nie była w stanie pojąć, że mam dużą źrenicę bo taka moja natura ale jak mi okulista poświeci to się zmniejszy. No nie do pojęcia.
W mojej sali leżał też dwulatek, którego matka spała na podłodze bo jedyny leżak jaki był dostępny się rozpadał.

I na koniec prawdziwa bolandyjska delicja. Aż się spytałem czy podany termin to nie pomyłka. Nie pomyłka.

Moje przejścia z izbą przyjęć MSWiA i innymi to już klasyki. Nie będę tu ich opisywać bo by miejsca i czasu nie starczyło. Najlepiej zobrazował to komentarz pewnej starszej pani która spędziła obok mnie na sali prawie dwie doby odzywając się do mnie tylko raz (siedziałyśmy oczywiście na krzesłach, ja w stanie agonalnym z niego zwisałam bo wszystkie łóżka były zajęte przez śmierdzących, nawalonych bejów)
– Wydaje mi się, że szybciej umrę niż się dowiem się co mi jest. Myślę też, że personelowi przydała by się ostra lewatywa to może przypomnieli by sobie coś o człowieczeństwie.
Nauczona doświadczeniem już się nie cackam z „miłymi” pielęgniarkami i nie czekam grzecznie. Jeśli z miejsca widzę zlew i pogardę reaguję w odpowiedni sposób. Tak właśnie mój ojciec został przyjęty w ciągu 10 min a zbadany w ciągu 1,5 h. Ja czekałam prawie dwie doby bo kiedyś chciałam zachowywać się przyzwoicie.

Miałem to na zakończenie jakoś skomentować ale zdałem sobie sprawę z tego, że nie bardzo wiem jak i po co. Więc na tym zakończymy.

Jednak będzie komentarz na koniec. Po krótkiej rozmowie z kilkoma komentatorami, okazało się, że niektórzy odczytują ten tekst jako pochwałę przemocy w stosunku do lekarzy i pielęgniarek. Prawdopodobnie przez niezbyt fortunny dobór słów. Nie chce mi się przepisywać fragmentów notki na nowo więc tutaj powiem, że nie zachęcam, nie pochwalam, nie usprawiedliwiam przemocy i współczuje jej ofiarom. Dużo bardziej od momentu kiedy sam zostałem skatowany i skończyłem nieprzytomny na podwórku w bramie. A potem wylądowałem w szpitalu MSWiA na ostrym dyżurze. Mam nadzieję, że teraz jest już jasne jaka jest moja wersja. 

wtorek, 21 lutego 2012
Kochamy polskie seriale część 13

Oglądam dużo seriali bo nie potrzebuję spać długo. I się zastanawiam co się porobiło z kilkoma produkcjami, które rokowały, które polubiłem a potem zeszło z nich powietrze. Dalszą część notki czytacie na własne ryzyko, bo zapodaję umiarkowane spojlery. Będzie też jedno pytanie retoryczne, ale to na koniec.

American Dad udowadnia, że ciągnięcie przez jedną ekipę trzech seriali równolegle, powoduje wystrzelanie się z pomysłów. A tak lubiłem Klausa.

Californication udowadnia, że nie każda syfiasta sytuacja, w jaką twórcy pakują Hanka (i/lub jego rodzinę) będzie bawić widza. Bo ile można oglądać ludzi robiących sobie nawzajem w życiu gnój. I co z tego, że z uśmiechem na ustach. A tak lubiłem Runkle'a i Beccę i Marcy i Karen. I nawet Hanka.

Fringe udowadnia, że bez pomysłu na jakąś konkluzję, można pociągnąć jeden serial i oszukać pół świata (aczkolwiek o Lostach złego słowa nie powiem, bo to był jeden z seriali, który uratował seriale). Jak się próbuje to zrobić z drugim, ludzie stają się nieufni. Czy ktoś mi może z ręką na sercu powiedzieć, że wie gdzie zmierza scenariusz? Kurde, ja mam momenty gdy wydaje mi się, że przegapiłem jakiś poprzedni sezon, bo co drugi odcinek rzucają mi retrospekcje, których nie kojarzę i nie pamiętam. A tak lubiłem Waltera.

Alcatraz udowodnił, że, w sumie niezły, ale jednak tylko pomysł, to za mało żeby robić kolejny serial z cyklu monster of the week i zainteresować tym kogoś więcej od swojej starej, sąsiadów z klatki schodowej i rodzin aktorów.

How I Met Your Mother udowadnia, że wystarczy jeden legendarny ziom w garniturze i ludzie będą oglądać serial, który przestał być śmieszny trzy sezony temu. A tak lubiłem cały skład.

Weeds udowodnił, że zmiana piosenki z openingu jest najlepszą metodą żeby zabić niezły serial. Przyznacie, że taka korelacja jest nieco straszna ale przyznacie również, że Weeds bez Little Boxes zamienił się w niestrawnego gniota. A tak lubiłem Douga i Andego.

Two and a Half Men udowadnia, że trzeba być wielkim optymistą by wierzyć, że zamiana Charliego Sheena na Asthona Kutchera może się udać. Charlie, na zawsze pozostaniesz w naszych sercach bo twoje choroby weneryczne były siedem razy ciekawsze od problemów sercowych Waldena. I tak lubiłem Bertę.

Walking Dead udowadnia, że w przypadku zombie sprawdza się albo szkoła Romero (zrobić pełny metraż i zamknąć gatunek) albo szkoła brytyjska (krótki sezon albo dwa i finał). Wyprawa do Centrum Chorób Zakaźnych była ekscytująca i wciągająca. Wyprawa do... No właśnie, gdzie oni teraz właściwie idą? Więc ta wyprawa jest interesująca jak leczenie kanałowe. A tak lubiłem eksplodujące fragmenty zombich.

House udowadnia, że Hugh Laurie, kurwa!!! A wszystkich, którzy chcieliby powiedzieć złe słowo napominam, że to ostatni sezon i że nie będzie już Grega cytującego wielkiego mędrca Micka Jaggera. Więc wiecie, trochę ciszej nad tą trumną.

White Collar udowadnia, że nie można rozwiązywać głównej sprawy w połowie sezonu. Od kilku odcinków serial sobie gdzieś dryfuje i boję się, że zdryfuje do matecznika niskiej oglądalności i go zabiją. Byłoby szkoda, bo bardzo lubię Mozziego.

Mentalist udowadnia, że Red John jest bardzo ciężki do zabicia i że można zrobić sezon o niczym. Bo o czym jest aktualny sezon? Szkoda, bo bardzo lubię Patricka i Cho.

Castle udowadnia, że wystarczy Nathan Fillon i można ciągnąć 4 sezony fajnego serialu bez wyrazistej przewodniej linii fabularnej. Bo jeden odcinek na sezon to było trochę za mało. Ale tu się nie dam, bo za bardzo lubię cały skład. Może scenarzyści innych produkcji powinni się udać po poradę do tej ekipy?

2 Broke Girls udowadnia, że można wziąć obsadę z twarzy podobną zupełnie do nikogo, dać im do odegrania śmieszne sceny, eksploatować, w granicach rozsądku i ewentualnych pozwów, stereotypy rasowe, pozwolić się dziewczynom bawić na planie i nie przejmować się megatoną nienawiści i fatalnych recenzji, jakie towarzyszyły serialowi od samego początku. Bardzo się cieszę, że nie skasowali serialu po kilku pierwszych odcinkach, bo to teraz mój ulubiony sitcom.

Hustle (Misfits, Sherlock, Doctor Who, wstaw swój ulubiony serial z Wysp) udowadniają, że Anglicy to ludzie pozbawieni serc, dusz i sumienia. Jak można robić sześcioodcinkowe sezony?
Pytanie retoryczne było związane z serialami brytyjskimi i sam sobie w międzyczasie na nie odpowiedziałem. Dziękuję za uwagę.

piątek, 10 lutego 2012
Ia Ia Cthulhu...

To jest początek drugiego apdejtu.
Jest taka akcja, że podpisujemy petycję oraz wysyłamy maile do komisarz Nehrebeckiej anehrebecka@radny.um.warszawa.pl. Byle grzeczne. Napiszcie coś o młodym elektoracie, to działa na nich jak elektryczny pastuch na bydło na pastwisku.
To jest koniec drugiego apdejtu. Teraz notka.

Bóstwa mi się pomyliły. Akcja krzywa, komisja nazewnictwa stwierdziła, że kij wam w dupę, wasz głos jest potrzebny tylko przy urnach a potem to nam nie przeszkadzajcie. I ta komisja postanowiła, że stację łącznikową dwóch linii metra sobie przemianuje, bo wsłuchali się w głos ludu, który woła z dołu. Przepraszam, lobby. Lobby ma dużo czasu więc sobie wychodziło zmianę ze Świętokrzyska na Świętokrzyska PAST-a. Jest to idiotyzm wyższego rzędu gdyż:
- nazwa Świętokrzyska funkcjonuje od powstania tej stacji
- żeby uniknąć robienia sobie z nowej nazwy żartów, P w PAST-a będzie w formie... kotwicy... Polski... Walczącej, aaaaa!!!
- i już widzę jak ta kotwica przeszkodzi w robieniu sobie z tego idiotyzmu beki
- oraz trzeba będzie dokonać wymiany wszystkich tabliczek informacyjnych, co będzie operacją, i tutaj cytat' 'kosztowną, w dodatku dość kłopotliwą'. To słowa radnej Marii Szreder
- wymiana oczywiście za nasze pieniądze

Ponieważ przestałem już trochę się przejmować tym, co w tym mieście wyprawiają kombatanci i patryjotyczno-bogoojczyźniani radni, skoncentruję się na logistyce i trochę na kasie. No dobra, o jednej akcji dziadków powstańczych warto wspomnieć: wychodzili zamianę ronda Babka na rondo Zgrupowania AK 'Radosław'. Badum-tss i kurtyna.
Doniesienie z ostatniej chwili, kombatanci walczący chcą przemianować kolejne rondo. Tym razem nie pasuje im rondo Żaba i lobbują za zmianą na rondo podporucznika Jana Wójcika "Znicza", który podczas Powstania zginął tuż obok. Rondo Znicza ma nawet sens, obok cmentarz Bródnowski. 

A teraz nudne szczegóły. Moja analiza będzie przybliżona, bo nie mam dostępu do dokładnych danych z ZTM-u. Dlatego proszę mi nie zarzucać uproszczeń bo ja analizuję w innej branży a to robię po godzinach.

Strona warszawskiego ZTM-u donosi, że przez przystanek o nazwie Metro Świętokrzyska jeżdżą następujące linie. Aha, w nawiasach liczba przystanków na trasie w obu kierunkach (często jest tak, że trasy różnią się przebiegiem, a co za tym idzie liczbą przystanków, choćby linia 171 na odcinku Górczewska). Będzie nam to potrzebne do dalszych analiz:

LINIE DZIENNE
- 107 (25/23)
- 127 (48/46)
- 151 (31/30)
- 171 (29/35)
LINIE NOCNE
- N32 (26/21)
- N35 (35/35)
- N38 (21/16)
- N42 (35/32)
- N85 (47/46)
- N88 (45/35)

Razem: 10 linii, 658 przystanków. Oczywiście część przystanków się dubluje dla różnych linii więc będzie ich de facto mniej. Dlatego uściślijmy, na dzień dobry mamy do zamiany 658 rozkładów jazdy. Za chwilę policzę ile jest samych przystanków. Klikety klik, all glory to The Mighty Excel i mamy:
390 (199/191) przystanków w Warszawie oraz 40 (22/18) w strefie podmiejskiej. A konkretnie ekipy będą się musiały przejechać do:
Falenty (5/1)
Falenty Duże (1/0)
Janki (2/2)
Piastów (4/4)
Pruszków (7/7)
Raszyn (3/4)
Razem 430 przystanków. Nie wiem ile jest przystanków w Warszawie i być może 430 to marny procent ale przyznacie, że zmiana jednej nazwy robi duże kręgi na wodzie.

Ale to jeszcze nie koniec. Trzeba też zmienić rozkłady jazdy na stacjach metra. Stacji mamy 23, niektóre są z jednym peronem, inne z dwoma, nie chce mi się już teraz liczyć dlatego przyjmę na oko, że dwa perony to Centrum a potem od Marymontu do końca. Czyli 6x2 plus 17x1. Razem 29. I jeszcze razy 2, bo mam wrażenie, że na każdym peronie są 2 rozkłady. Czyli 58 sztuk.
Ale metro to nie tylko perony, trzeba pamiętać o składach. W każdym wagonie nad drzwiami wisi mapka metra. Każdą trzeba będzie przekleić. Nie pamiętam czy wagony rosyjskie i alstomowe mają tyle samo drzwi (bo kto nie będący fanatykiem metra zwraca uwagę na takie szczegóły) ale wydaje mi się i dlatego przyjmę, że każdy wagon ma 4 pary drzwi. Znaczy razem 8. Według stanu na 03.09.2009 w ruchu pasażerskim było 240 wagonów. Jeżeli były jakieś zmiany to raczej powiększenie taboru więc przeklejenie 1920 rozkładów w wagonach jest wartością co najwyżej zaniżoną (nie macie pojęcia jak spuchłem z dumy gdy udało mi się napisać to zdanie).
Rekapitulując, do objechania mamy:
430 przystanków naziemnych
23 stacje metra
Do zmiany jest
658 rozkładów jazdy na przystankach naziemnych
58 rozkładów jazdy w metrze
1920 planów metra w wagonach
Nie wiem ile to będzie kosztować bo nie znam umów, jakie ma ZTM z drukarnią. Ale pewnie parę zika trzeba będzie wypruć z naszej kieszeni.

No i nie zapominajmy, że w tym mieście dalej jest niewiele autobusów z elektronicznymi tablicami wewnątrz więc trzeba będzie również wyprodukować nowe tablice dla każdej linii. Nie jestem w stanie policzyć ile autobusów obsługuje każdą z tych linii dlatego tutaj pojadę na pełnym fristajlo. W tym sensie, że wykombinowałem sobie taką metodę: czas przejazdu od pętli do pętli to liczba przystanków razy 2. Że niby średnio autobus w 2 minuty robi trasę od przystanku do przystanku. A potem sprawdziłem ile autobusów trzeba upchnąć w szczycie, żeby zrobiły płynnie trasę w obie strony. Zrobimy to na liczbach na przykładzie linii 107 a potem to już tylko same wyliczenia.
- 107. 25x2 czyli w jedną stronę 50 minut, w obie 100 minut. Odjazdy w szczycie średnio co 12 minut. 100/12 daje nam 8 autobusów. W każdym 2 tablice. Razem 16 nowych.
- 127, 26 tablic
- 151, 14 tablic
- 171, 40 tablic
LINIE NOCNE
- N32, 8 tablic
- N35, 10 tablic
- N38, 4 tablice
- N42, 10 tablic
- N85, 6 tablic
- N88, 6 tablic
Łącznie 140 nowych tablic.

Co możemy my, jako mieszkańcy? Napisałbym coś o latarniach ale wiem, że politycy są wrażliwi i mogliby to odebrać jako nawoływanie do przemocy. Więc nie napiszę. Sugeruję natomiast poważne zastanowienie się nad tym, na kogo oddamy głos w następnych wyborach. Różne wpadki notuje ratusz. Ale takiego ładunku lekceważenia i pogardy dla głosów mieszkańców jak w przypadku komisji nazewnictwa to ja nie kojarzę.
Uszczęśliwiają nas Żołnierzami Wyklętymi, rondem Radosława, ulicą Popiełuszki, że przypomnę co głośniejsze, bardziej skandaliczne i nikomu niepotrzebne, uciążliwe zmiany. W dupie mają opinie mieszkańców, o czym najdobitniej świadczy ostatnie forsowanie nazwy Mostu Północnego. Nie czarujmy się, nikt nie będzie mówił na niego Curie-Skłodowskiej tylko Północny. Ewentualnie, wzorem miasteczka akademickiego w Lublinie, będziemy go pieszczotliwie nazywać mostem Maryśki. W sumie, czemu nie. Ale dlaczego z taką pogardą w stosunku do mieszkańców? A PAST-a? No cóż, myślę, że będzie największym dokonaniem komisarzy ludowych z wydziału do spraw nadawania nazw. I jedyna pociecha jest taka, że za 20 lat umrze ostatni uczestnik II WŚ czy Powstania Warszawskiego. I może skończy się debilna martyrologia.

A najśmieszniejsze jest to, że oficjalnie w PAST-a na poważnie ma być kotwica. Ile będzie śmiechu z próbą napisania tej nazwy na komputerze. Może nawet zmienimy polski alfabet. Chociaż oczywiście mogę się mylić.

Mały apdejt po dyskusji na blipie i fejsie.

Gdy pisałem notkę, miała iść na fejsa. Rozrosła mi się i nakarmiłem nią bloga. Pierwotny zamysł jednak pozostał i wspomniałem w niej jedynie o najbardziej oczywistych efektach zmiany nazwy stacji. Skoro mam więcej miejsca, uzupełnię listę.

- nowe nagrania z nazwami przystanków do metra. Głosu za darmo użycza pan Ksawery Jasieński (najbardziej rozpoznawalna po głosie osoba w Warszawie, dawno powinien zostać jej honorowym obywatelem) ale w tym przypadku postuluję żeby zapłacili mu za to z własnej kieszeni komisarze z komisji
- nowe nagrania do autobusów obsługujących tę technologię
- przeprogramowanie wyświetlaczy w metrze
- przeprogramowanie wyświetlaczy w autobusach i tramwajach z elektronicznymi rozkładami
- mapki w metrze poza peronami (zupełnie wyleciało mi to z głowy)
- zmiany w mapach komercyjnych
- zmiany w informatorach, mapkach turystycznych/promocyjnych
- jeżeli jakiś przedsiębiorca ze stacji Świętokrzyskiej ma jej nazwę w papierach, to będzie musiał trochę pospacerować
- TRAMWAJE, ZAPOMNIAŁEM O TRAMWAJACH!!!

No właśnie, taki byłem znudzony, że zapomniałem o czterech liniach tramwajowych. Szybko oblecę:
- 4 (44/43)
- 15 (36/35)
- 18 (42/40)
- 35 (36/38)
Razem 314 rozkładów jazdy, 207 przystanków (103/104).
Tablice. Tutaj trzeba pamiętać, że w składzie są 2 wagony, w każdym po 2 tablice.
- 4, 70 tablic.
- 15, 58 tablic
- 18, 68 tablic
- 35, 60 tablic
Razem 256 sztuk.

Sporo osób zwróciło mi uwagę, że to w sumie nie całe tablice tylko naklejki, że rozkłady na przystankach ZTM zmienia często, bo są różne okazje (np. ferie) i w ogóle to nie będzie ani wielki problem, ani wielki koszt. Otóż nie, to będzie wielki problem i wielki koszt, bo za takie uważam każde bezproduktywne marnowanie ludzkiej energii i naszych pieniędzy.

A kombatanci lobbujący o upamiętnienie ich walk o budynek PAST, płacząc że nie uhonorowano ich należnie, przeginają pałę. 9 listopada 2000 budynek PAST został przekazany środowiskom kombatanckim, była uroczystość, wybuchy, apel poległych, władze państwowe, poczty sztandarowe oraz biskup Głódź. W 2003 na budynku ustawiono kotwicę na 4 metry szeroką i na 6 wysoką. W nocy kotwica podlega iluminacji i widać ją naprawdę z daleka. I maszty z flagami, wyższe nawet od tej kotwicy. No to ja się pytam, kto się na coś takiego jeszcze w tym mieście załapał?

Więc ja mam taką sugestię żeby jednak zostawić stację Świętokrzyska. Dziękuję za uwagę.

11:40, radkowiecki
Link Komentarze (42) »
czwartek, 02 lutego 2012
Nudzi mi się

Jako człowiek pretendujący do miana erudyty, intelektualisty, osobnika kulturalnego i przodującej siły młodego pokolenia powinienem napisać, że wychowałem się na wierszach Wisławy Szymborskiej i wiadomość o jej śmierci spadła na mnie niczym grom i jestem pogrążony w bólu i żalu ale nie napiszę. Przeżyła piękne 89 lat, pomimo ciężkiej choroby i operacji, zmarła w domu we śnie a nie w szpitalu pod kroplówką oraz zostawiła na skałach czasu tyle śladów, że mogłaby obdzielić nimi kilka osób. Nie widzę powodu żeby ronić nieszczere łzy nad kimś, kto mógł powiedzieć 'przeżyłam życie'. Raczej trzeba wzbudzić w sobie zdrową zazdrość i samemu zacząć ryć. A po drugie jestem kiepski z poezji i kojarzę jej 2 wiersze. Pierwszy o kocie martwego właściciela a drugi napisany po aferze z listą Macierewicza. Więc totalnie nie moja bajka, co nie przeszkodzi mi w wychyleniu za poetkę stu gram wódki przy weekendzie. Oraz uważam, że totalnie powinna spocząć na Wawelu, chyba że rodzina sądzi inaczej.

Zamiast tego chciałem wejść na chwilę w skórę dziennikarza śledczego i poczuć się jak Woodward i Bernstein.
Tradycyjnie już Polaków zaskoczył i zszokował fakt, że zimą jest zimno. A czasami tak zimno, że trzeba zamknąć okno w sypialni i rozkręcić grzejnik. W skrajnych przypadkach przestajemy spać nago, na noc wbijamy się w dres i wyciągamy z pawlacza drugą kołdrę. Praktycznie 4 zimy na 5 są mroźne a my dalej w szoku.
Jedną z niedogodności polskiej zimy jest to, że w komunikacji pizga mrozem. Dlatego w listopadzie 2005 ZTM wystartował ze znakomitą inicjatywą jaką jest 'ciepły guzik'. Sprawdza się tak podczas mrozów, jak i przy upałach (oczywiście gdy działa klima). Wydawałoby się, że przez 6 lat nawet płaziniec nauczyłby się prostych zasad. Niestety, mieszkańcy Warszawy są w swej masie mniej skomplikowani od przywr i po raz kolejny radują mnie festiwalem swojej głupoty, bezmyślności i nieogarnięcia. W tym roku postanowiłem podjąć dziennikarskie śledztwo i sprawdzić czy coś się zmienia.
Nic się nie zmienia. Ludzie jak byli głupi, tak są.
Mógłbym tu ulać ściany tekstu ale zamiast tego zachowam się jak nie ja i zadam wam zagadkę-psychotest.
Jeżeli na zewnątrz jest -18 stopni a na przystanku, do którego zbliża się autobus obsługujący technologię ciepłego guzika, stoją 3 zdrowe, sprawne ruchowo osoby, ile drzwi otworzą wsiadający gdy autobus się zatrzyma? Zakładamy, że nikt nie wysiada.
1 - jesteś osobą naiwną, wierzysz w zdrowy rozsądek, logikę i procedury. Śmiało możesz się spakować i wyjechać na wyspę robotów, nikt cię tutaj i tak nie lubi. Na wyspie robotów na pewno nie zmarzniesz zimą w autobusie.
2 - jesteś osobą towarzyską, kulturalną i wyluzowaną i masz wyjebane na fakt, że prawdopodobnie zostaniesz w drzwiach stratowany przez innych. Możliwe, że ustępujesz miejsca w komunikacji. 
3 - jesteś Prawdziwym Polakiem i chuj innym do tego, którymi drzwiami wchodzisz do autobusu. Na forum napiszesz o złodziejach rządzących tym miastem, przez których w komunikacji jest zimno. A nie grzeją, bo oszczędza się kosztem obywatela.
4 - wolność rządzi. Ewentualnie w wejściu, które wybrałeś, leżał obdarty dziadek-smród i musiałeś się szybko zaadaptować do sytuacji. Ty też napiszesz na forum, że w komunikacji jest zimno. Albo oznajmisz, że zimą kręcisz bekę na mieście.

6 lat tresury a to bezmózgie bydło dalej nie widzi związków przyczynowo-skutkowych między temperaturą wewnątrz komunikacji a procentem bezsensownie otwieranych na przystankach drzwi. Jak ja czasami pogardzam ludzkością to wy nawet nie wiecie.
A teraz idę wymyślać jakiś pseudonim dla mojego informatora w najwyższych kręgach władzy. Może Long Dong Silver? 

Mała aktualizacja.
Nie da się dzisiaj uciec od Szymborskiej dzięki czemu dowiedziałem się, że jestem trochę za bardzo znudzony. Okazało się bowiem, że znam więcej jej wierszy. Nie wiedziałem po prostu, że to są jej utwory. Tak na szybko dopiszę te, które skojarzyłem w wyniku trzyminutowej kwerendy:
- Gawęda o miłości ziemi ojczystej. Robiliśmy to na lekcji polskiego i chyba nawet musiałem się nauczyć kawałka, bo początek wiersza znam.
- Minuta ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej. Nawet najcięższy moronita kojarzy 'tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono' co oznacza, że mam dzisiaj ciężki dzień.
- Konkurs piękności męskiej. Też to robiliśmy w szkole, bo kawałek o brzuchu w dwudziestu pięciu minach zaskoczył natychmiast. I że wszedł napięty od szczęk po pięty.
- Nic dwa razy. Dawno temu myślałem, że to tekst Kory. Nie śmiejcie się, nie było wtedy internetu.
To tak na szybko. Jakbym miał godzinę więcej to by się pewnie okazało, że Szymborską znam, jak na zioma, który niekoniecznie poetycki, całkiem nieźle. No ale tak mi się nudzi, że nie mam siły sprawdzać.

Aha, jak już tu jestem to warto dodać, że cytat o śladach na skałach czasu został przeze mnie przekręcony. Ale totalnie nie chce mi się tego poprawiać. Dla porządku - chodziło o ślady w piaskach czasu.

13:30, radkowiecki
Link Komentarze (24) »
piątek, 16 grudnia 2011
Podróż na Wschód przygotowałem zimą

To dziwny kawałek. Bardzo nie chciałem go napisać. Ale musiałem go napisać. Z pełną świadomością, że to nie moja estetyka i nie potrafię. Trudno, czasami facet oddaje się sprawie beznadziejnej z pełną świadomością tego, że przegra. To chyba wina testosteronu.

Brzeg majaczył coraz bardziej niewyraźny a mi w głowie urodziła się taka myśl, która była zgęstkiem, od którego zaczęły się moje nocne loty w głąb głowy. Pomyślałem sobie otóż, że Gran Canaria, Teneryfa czy Lanzerote to żaden bajer, bo można sobie wykupić wczasy all inclusive, przelecieć się samolotem i spędzić 2 tygodnie na basenie, sączyć drinki z palmą, czytać historie Kolumba, Magellana czy Da Gamy i, gapiąc się w ocean, zazdrościć tym, którzy jednak. Ale mają dla mnie specjalne znaczenie, bo ja tutaj dopłynąłem. Jasne, na razie mały kawałeczek trasy dopiero zrealizowany ale zrobiłem to. Ja. Sam. Własnoręcznie. Gdzieś ta myśl cały czas we mnie kiełkowała, czy to w trakcie robienia notatek, czy to podczas kolacji.
A potem stały się dwie rzeczy naraz. Najpierw zapadła bezksiężycowa, pełna gwiazd noc, a powiem wam, że taka noc na oceanie to jest przeżycie ekstatyczne. A potem dotarło do mnie, że przede mną 360 mil samotności, bo chociaż obok mnie była cała załoga, to musiałem gdzieś się schować na tej małej przestrzeni. I nagle coś mi w środku się zerwało, pękło i wpadłem w stan, którego nie jestem w stanie odtworzyć w normalnych warunkach dnia codziennego. Z jednej strony absolutny zachwyt, który nie daje się ujarzmić słowami, bo próba opisania tego co się wtedy dzieje w człowieku jest skazana na niepowodzenie. A z drugiej potworny, paraliżujący strach. Strach spowodowany świadomością wszystkiego - 360 mil, najbliższy ląd pod nami, dokoła ocean, który nawet nie zauważy jak nas zabije, ogłuszająca cisza, bo w pewnym oddaleniu nie słychać odgłosu silnika. I ta ciemność, w którą wpływasz, zostawiając za sobą ostatnie, blaknące światła z wyspy, zaczyna cię pożerać całego, przechodzi przez ciebie na wylot a ty zaczynasz się trząść i nie wiesz dlaczego bo przecież nie z zimna. I jak już chcesz zacząć krzyczeć tym krzykiem od którego pękają struny głosowe i który jest biletem do Arkham Asylum, coś ci się robi w głowie i czujesz takie ukojenie, że mógłbyś w tym momencie umrzeć. Wszystkie rzeczy stają się proste, opinasz się szelkami i pasem asekuracyjnym, który jest w tej chwili twoją matką, ojcem, żoną, kochanką i najlepszym przyjacielem, bo tylko on mocuje cię do jedynego kawałka lądu, daje pewność, ochronę i spokój. A potem znikąd pojawia się nad horyzontem czerwony księżyc i czujesz jak ci się gardło ściska znowu ze strachu. Mózg pompowany najstarszym znanym człowiekowi paliwem wchodzi na takie obroty, że gdybyś tylko chciał, gdybyś tylko potrafił, to wyrzygałbyś z siebie taki strumień świadomości, że stawialiby twoją książkę obok Joyce'a. I nie możesz przestać, zalewa cię to, cały czas i bez przerwy, że boisz się, że utoniesz w tym wszystkim i nikt ci nie pomoże, bo jesteśmy tu razem ale każdy osobno. I wolisz przebiec Maraton Nowojorski niż trwać w takim stanie jeszcze choćby przez kwadrans, bo zaczynają skądś wyłazić rzeczy dawno zabite, zapomniane, zepchnięte do miejsc odległych i przywalone kamieniami. I znowu dowiadujesz się o sobie nowych rzeczy, których wcale nie chcesz wiedzieć. Albo bardzo się cieszysz, że się o nich dowiedziałeś. I trwa ten obłędny diabelski młyn w twojej głowie i nie masz się czego przytrzymać, i wszystko wiruje tak, że aż czujesz zawroty głowy i dziwny smak w ustach, taki jak po bardzo mocnym upadku albo uderzeniu w twarz, nie wiesz ile tego jeszcze wytrzymasz, bo ten diabelski korowód nie chce się skończyć. Zaczynasz się zastanawiać dlaczego sam sobie tak bardzo podpadłeś, bo przecież jesteś ze sobą pogodzony i nie rozumiesz dlaczego twoja głowa tak ci robi. Próbujesz odnaleźć swoje starannie od wielu lat pielęgnowane zen ale nie możesz bo ono gdzieś z tego strachu pierzchło a bez niego czujesz się nagi i bezbronny. Stres coraz większy, zaczyna cisnąć w skroniach i teraz już na pewno wiesz, że jak czegoś nie zrobisz, to zamienisz się w nieprzydatną, wyżętą ludzką ścierkę a przecież za 4 godziny twoja wachta i los załogi w twoich rękach a nie ich. No to bierzesz się w garść, otrząsasz ze wszystkiego, zapalasz papierosa, wystawiasz twarz na wiatr, po 5 minutach wychodzi to wszystko z ciebie. I nagle zdajesz sobie sprawę, że to była najpiękniejsza rzecz jaka ci się zdarzyła od wielu lat. Dawno nie czułeś się tak żywy, tak prawdziwy, tak namacalnie rzeczywisty. Dociera do ciebie, że tego co przed chwilą przeżyłeś nie kupisz na żadnej kozetce u fachowca z dyplomem. I że go wcale nie potrzebujesz, bo nikt ci nigdy nie da lepszego oczyszczenia niż ty sam a wszyscy, którzy twierdzą inaczej, nie wiedzą tego, czego ty się dowiedziałeś przez ostatnie 2 godziny.
Wszystko zawdzięczam jednej osobie, jednej bardzo specjalnej i wyjątkowej osobie, której dawno temu udało się wyciągnąć mnie na morze i miłość do tego morza zaszczepić. Bez niej bym tego nie przeżył. Szkoda, że nie mogę jej tego opowiedzieć osobiście, przynajmniej mogłem to dla niej napisać. Trzymaj się Ailen, gdziekolwiek jesteś.

Skuliłem się w kłębek na pokładzie i zapadłem w krótki sen. Odcięliśmy 16 mil. Za 3 godziny moja wachta. Zaczynała się moja afrykańska przygoda.

piątek, 02 grudnia 2011
Ziele na wulkanie

Ekhem... Czy ktoś tu jeszcze jest, czy może wszyscy goście opuścili imprezę? W ramach przeprosin przynoszę obrazek.

Widzicie, długa przerwa w notkach z rejsu wzięła się stąd, że pisanie o ciepłych krajach podczas upałów nie ma sensu, bo wszyscy albo siedzą w Polsce, gdzie w czerwcu było gorąco albo pojechali na wczasy, w jeszcze większe upały niż moje marne +30. A tak zimą będziecie mogli się w żarze tych notek trochę zagrzać. Oraz uważam, że pisanie o skwarze, słońcu i oceanu lazurze w momencie, w którym mrok, ziąb, chujnia sukinkot, choć suchy, jest całkiem udaną próbą trollingu.

A więc dzisiaj krótko o Lanzarote (w dalszej części tekstu jako L.) i może, jak będę miał czas i natchnienie, skrobnę coś o przelocie do Maroko. Ale nie obiecuję. L. to bardzo malownicza wyspa, składająca się ze skał wulkanicznych, żwiru, pięknych widoków, kilku dodatkowych kawałków żwiru, zmęczonej mewy i tysiąca palm w jednym miejscu. Na końcu drogi jest również Sammath-Naur. Jak już doszliśmy do siebie po porannym odstresie alkoholowym, wbiliśmy w samochody i ruszyliśmy na podbój wyspy. Plany były napięte, na szczęście udało nam się nie wejść w tryb turysta-berserker i zwyciężył luz i wyjebka.

Trochę mieliśmy na początku problemów, żeby ustalić wspólną marszrutę więc odpaliliśmy zajęcia w podgrupach. Na początku jakieś wodogrzmoty gdzie fale pod sufit. Ale nie na fale patrzyłem, bo wbiliśmy centralnie w środek jakiejś sesji fotograficznej. Och jakże kląłem zepsuty wyświetlacz. Potem okazało się, że nieopodal jest cała seria atrakcyjnych, wygasłych wulkanów. Zapewne przeżywałbym ten trip pełniej gdyby nie to, że było wąsko, stromo i ze stresu mnie mdliło. A kierowca autobusu, znający pewnie trasę na pamięć, jechał z iście ułańską fantazją. Wulkanów nie pamiętam ale było zajebiście. Krótki rzut oka w przewodnik w poszukiwaniu nadchodzących atrakcji skierował nas w lewo. Nie, zaraz, zawracaj, w prawo a dopiero potem w lewo. A może na odwrót. Kierowca i jego pilot byli tak hilaryjni, że mało sobie dupy nie odeśmiałem. A potem do głosu doszły nasze żołądki i doszliśmy do wniosku, że warto...

Opierdolić coś na ciepło. I tutaj już się nie obcyndalaliśmy tylko polecieliśmy taką kliszą, że nikt by nawet nie chciał jej umieścić w Wielkim Zbiorze Klisz i Schematów Na Każdą Okazję. Knajpa z tarasem. Przy plaży. 50 metrów od brzegu oceanu. Praktycznie do wszystkiego, co żyje w morzu, czuję głównie obrzydzenie. Do niewielu rzeczy obojętność. Kocham tylko śledzia w occie albo w śmietanie. Poza tym czułem, że branie w tej sytuacji ryby, strąci tę scenkę do składu scen, których nie użyłby nawet Ed Wood. Wziąłem kurczaka i zagapiłem się w wodę. To był jeden z pierwszych stuporów, w które przez resztę rejsu wprawiał mnie Atlantyk. Zawodowy hipnotyzer się przy nim chowa. Tak mi się ta terapia spodobała, że...

Doszedłem do wniosku, że to jest ten moment, w którym trzeba w końcu zmoczyć nogi w oceanie na poważnie. Najpierw zastrzeliłem Araba a potem stanąłem w wodzie i zacząłem kontemplować landszaft. 3 minuty później wybudziłem się z kolejnej krótkiej śpiączki i stwierdziłem, że to dopiero 4 dzień a wyjazd już mi się zwrócił dwukrotnie. Bo widzicie, poczułem nagle, że w tym miejscu wypłynęło ze mnie całe gówno, które się do mnie od ostatniego urlopu przyczepiło a jego miejsce zajęła czysta woda. Owszem, tą myśl ukradłem Alexowi ale po co mam wyważać otwarte drzwi? Po jakichś 100 godzinach relaksu strzepnęliśmy piach ze stóp, dokupiliśmy piwa i stwierdziliśmy, że czas zobaczyć...

Las. Konkretnie las palmas. Fantastyczny widok, miasto tysiąca palm wyglądało jak z rosyjskiej bajki i uśmiech typu o joooo... prawie opasał mi głowę dokoła. Czas nas gonił, pęcherz nękał, nadciągała ciemność, nie było czasu się zatrzymać. W sumie pewnie i tak nie miałoby to sensu, bo bankowo mieli półdniową sjestę. Chwilę później okazało się, że jednak musimy stanąć, bo widok był taki, że nie mieliśmy szans nie depnąć po hamulcach. Wysiadłem i z moich ust wyrwało się po kolei: o kurwa, jak stromo; o rany, pięknie jest w dolinie; tu jest naprawdę stromo oraz czy tam na dole to spalony wrak samochodu. Postanowiłem, że to będzie miejsce, w którym zmierzę się z jednym z moich największych lęków - z lękiem gruntu[1]. Siadłem na murku, wychyliłem się i...

A idź pan w chuj z takim żartem[2]. Najpierw zakręciło mi się w głowie a potem dostałem mdłości. Normalny człowiek w tym momencie by przestał ale przecież pan bosman ma urlop i nikt mu nie będzie mówił co ma robić. Stwierdziłem, że lęki są dla mięczaków, wróciłem na murek i przerzuciłem nogi na stronę zbocza. Zwycięstwo było połowiczne bo w momencie, w którym nogi znalazły się po drugiej stronie, ciało przejęło nad sobą kontrolę i wygięło mnie w przeciwwadze w tył. Ja walczyłem z lękiem, reszta składu walczyła z torsjami, które zaczęły nimi wstrząsać ze śmiechu. Wyglądałem bardzo zabawnie a minami wygrałbym ponoć pojedynek z Jasiem Fasolą. Spadłem w końcu z tego murka, doczołgałem się do samochodu i zapadła decyzja, że...

Ciśniemy na koniec wyspy a potem sobie wrócimy jakąś inną drogą. Zaczęło się robić ciemno, chyba próbowało pokropić, czyżbyśmy zabłądzili, gdzie jesteśmy, może by tak zawrócić gdy nagle dojechaliśmy do końca drogi. Przed nami cienie wierzchowców Nazguli. Nie, zaraz, wróć, to jakieś małe sympatyczne koniki na szczycie wzniesienia. Jakie koniki, to przecież krowy są. Zanim weszliśmy w spór zbiorowy odwróciłem się...

I opadła mi szczęka. Wiedziałem, że nie będę potrafił tego opisać więc próbowałem zrobić zdjęcia. Gdy dwie godziny później je oglądałem na kompie, porwał mnie śmiech pusty a potem lytość. I trwoga. Aparacik za 200 zika nie poradził sobie ze zmrokiem i widać tylko zamazane, czarne plamy. Trzeba więc naostrzyć pióro i spróbować. Wyobraźcie sobie, że stoicie na wysokiej górze. Za plecami ocean, nad którym zachodzi słońce, przed wami długa droga w dół, parę kilometrów dalej, podobnej wysokości skała. Wszystko to w chmurach. Które macie pod sobą. A ostatnie promienie słońca oświetlają oddaloną skałę w taki sposób, że dwie plamy czerwonego światła robią tak, jak zawsze sobie wyobrażałem Sammath Naur. Aaaaarghhh... Chyba zacząłem toczyć pianę z zachwytu a na pewno wmurowało mnie w glebę. Załapałem się na kolejny hipnotyczny moment, który postanowili zepsuć moi kompanioni, bo nagle z tyłu usłyszałem...

E, bosman. Jedziemy bo późno a tu jeszcze impreza na łódce. Otóż postanowiliśmy załogantce, która w poprzednim odcinku stwierdziła, że umrze w swoje urodziny, wyprawić przyjęcie-niespodziankę, o którym nie będę opowiadał, bo każdy z was przynajmniej raz był na imprezie. Rano śniadanie, dla odmiany w restauracji przy samym oceanie. Do tego stopnia przy nim, że bryzgi wody wpadały mi do kawy. Potem odprawa. Oczywiście spóźniliśmy się o godzinę czy dwie i trzeba było dopłacić za kolejną dobę ale olać, mamy urlop, stać nas. O 17 padł rozkaz 'załoga, do siekier, cumy ciąć'. Gdy cumy wylądowały na pokładzie, kapitan poprawił spodnie i wydał rozkaz, który okazał się być najczęściej wykonywanym poleceniem w czasie rejsu. Wziął oddech i powiedział...

'Bardzo proszę o puszczenie numeru 42[3]'. Chwilę później z głośników zagrzmiał motyw z Piratów z Karaibów i z portu wychodziliśmy like The Boss. Gdy w twarz uderzyła mi pierwsza bryza, poczułem jak odpada mi w kolanie prawa noga a na jej miejscu materializuje się drewniany kołek, zamiast lewej dłoni wyrasta mi hak, na prawym ramieniu pojawia się papuga, która chce krakersa a ja mam ochotę złapać za ster, wbić się w burtę najbliższej łodzi, przeskoczyć reling, wymordować mężczyzn, zgwałcić kobiety a później puścić wrak z dymem. Krew szybciej krąży, wiatr szarpie moją przepaską na oko, papuga skrzeczy coraz głośniej, sięgam po kordelas, w gardle rośnie głośne arrr...

Idioto, ocknij się. Klar na pokładzie trzeba zrobić. Liny pobuchtować. Żagle postawić bo się przecież nie będziemy wlec na samej katarynie. O, motyl stoi i nie łopocze. Jeszcze bardziej like The Boss. Potem przydałoby się wywlec na górę ciuchy na noc, żeby się później pod pokładem nie pałętać. Wysłać ostatnie smsy do ziomów i jeszcze kilka blipów, zanim wyjdziemy z zasięgu sieci. A potem się wyciszyć, przygotować na 3 dni ciągłego płynięcia (pierwszy raz w życiu) bez możliwości ucieczki od załogi gdyby coś zaczęło zgrzytać. Boję się bardziej niż podczas sztormu, bo tam jechałem na pewniaka i jedyna walka jaką toczyłem, odbyła się na poziomie fizycznym. Z tym sobie radzę. Tutaj, jeżeli dojdzie do konfrontacji, odbędzie się ona w sferze psychiki. Z tym też sobie radzę ale nie przepadam za. Zwłaszcza, że jak już wspomniałem, z całej ekipy znam dobrze tylko 2 osoby, z którymi już zresztą wcześniej pływałem po Mazurach. Trzeba się sprężyć, przestać się mazać, za chwilę przekażemy wachtę i zacznie się moja najdłuższa podróż. I noc, po której znowu zmienił się jakiś kawałek mnie. Ale o tym już następnym razem.

Ewentualnych urażonych słabością, mizerną objętością tekstu i fatalnym doborem zdjęć, proszę o wybaczenie. Krótki rzut oka i widzę, że ostatnią nieanalityczną notkę napisałem 20 lipca. Ponad 4 miesiące temu. Wbrew obiegowym opiniom rozsiewanym przez niektórych, nie jest łatwo wejść w pisanie, nawet niezobowiązujące, po takiej przerwie. Dlatego puszczam notkę z całą świadomością tego, że nie jest najlepsza. Ale na czymś musiałem się rozgrzać, złapać twardy grunt i powoli ruszyć. Dziękuję za uwagę i do poczytania. Aha, zwracam uwagę na kreatywne użycie wielokropków, jestem z niego tak bardzo dumny. I właśnie z powodu wielokropków fotografie znajdą się w tym odcinku na końcu.

W tym miejscu grzmiała woda, brak wyświetlacza uniemożliwił mi złapanie rozbryzgów. Postarajcie je sobie wyobrazić.

Jedyny raz gdy złapałem fale bijące o brzeg, kadr wyszedł taki, że wyglądają jak coś, co robi się w wannie gdy puścimy bąka a nie niszczycielski żywioł, który rozsmarowałby człowieka na skałach w formę psychodelicznego tatara.

No dobra, nie będę taki. Załogantom udało się sfotografować żywioł. Są lepsze zdjęcia ale nie mam siły wycinać z nich ludzi, co do których nie jestem pewien, czy chcą by ich twarze były na moim blogu.

Po chwili olałem bryzgi wody no bo kamon, sesja, fotki, modelki w prześcieradłach. Brak wyświetlacza ponownie stanął mi na przeszkodzie (w sensie braku zbliżeń)

I strasznie nie szło mi wcelowywanie ludzi w kadr. Przynajmniej ocean ma przyjemny kolor.

Wulkany i okolice. Taki trochę weselszy Mordor. Wróć, bez orków Mordor jest smutniejszy a nie weselszy.

Prawdopodobne miejsce postoju patrolu orków z Lugburza.

We like the moon! Fatalna jakość i cienie po prawej biorą się stąd, że trzeba było focić przez szybę. Nie ma tam niestety opcji spacerowych, przelot autobusem to jedyne, co może ci ajent tego terenu zaproponować. Nie mogłem docenić pełni piękna, bo miałem mdłości. Wysoko, stromo, wąsko. Jak powiedziałem, Mordor.

A tu trochę weselszy obrazek. To zielone to jakieś życie. Chyba mech. Nie dałem rady sprawdzić dokładnie.

Siły przyrody w służbie człowieka czyli grill na wulkanie. Nawet bym przyjął jakieś mięso ale wyziewy cuchną jak stopiony opiekacz. Więc zamiast obiadu dostałem mdłości. Oraz jak skończony moron się nad tym schyliłem. Miałem farta, stopiło mi tylko kilka krótkich włosków na głowie. 30 cm dalej i byłbym gładko ogolony na całej twarzy.

To o czym pisałem wcześniej czyli trzyminutowa zawieszka. Jakże ta woda hipnotyzowała.

Zdjęcie bez sensu - fotografuję ojca, który fotografuje syna, który robi sesję fotograficzną jednej z załogantek. We must go derper. A, i blox ma wadę gadki, przestał środkować zdjęcia. No cóż, jak powiedział Custer pod Little Big Horn 'symetria to estetyka głupców'. Jedziemy schodkowo.

Ten pejzażyk był sprawcą transu numer 2. Szkoda, że nie zrobiłem pocztówki dźwiękowej. Głos fal brzmiał jak odgłos kucia Mjolnira w krasnoludzkiej kuźni.

 

Wypłukuję z siebie nieczystości. Zabawne nieporozumienie było z tym zdjęciem na blipie. Otóż jakiś anonimowy moronita doszedł do wniosku, że jak łysy grubas, to pewnie dres. A jak dres, to szcza do wody przy ludziach. A jak szcza, to sobie zrobi focię. A jak już zrobił, to wrzuci ją w internety. Nie kopałem go zbyt mocno. Zwłaszcza, że nie trzeba bystrego oka elfa, by zobaczyć pałętające się przy mojej lewej nodze ramiona plecaka. Chociaż fakt, pozycja niefortunna.

Zmęczona mewa jest zmęczona. Najpierw myślałem, że ptak jest na bani. Z błędu wyprowadziły mnie chodzące po nim robaki. Nikt z miejscowych nie dawał faka więc i ja nie dałem.

O, znowu zaszła zmiana i nagle środkuje. Jedyne nadające się do czegokolwiek zdjęcie miasta, gdzie rosło tysiąc palm. Z tej perspektywy nic ciekawego ale wrzucam z kronikarskiego obowiązku.

Pięknie jest w dolinie. Nie miałem już siły żeby mazać po obrazku Paintem więc nie zaznaczyłem wam położenia wypalonych wraków. Jakoś tak na osi x będzie to na wysokości trzeciej kępy zieleni, tej pod żebrowanym stokiem. Na osi y tuż przed zakończeniem zbocza pierwszego od lewej. Chyba majaczę.

Murek, moja Nemezis, mój odwieczny arcywróg. Niech was nie zwiedzie ujęcie, robiłem to na wyciągniętych rękach, mocno odchylony do tyłu.

To jest ten moment, w którym nie potrafię siąść prosto. Ale cykam foty. Z tego co pamiętam, za chwilę wywrócę się na plecy, przetrulam i wstanę. Nie bałem się nic a nic.

Wierzchowce Nazguli. Oraz koniec wyspy.

Mój aparat jest dzielny. Próbuje oświetlić lampą błyskową skałę, oddaloną w linii prostej o ponad 9000 metrów.

A to wspomniana restauracja nad oceanem. Jakkolwiek doceniam walor estetyczny, tak powiem wam, że słona kawa jest taka sobie.

Na motyla. Jak warszawscy cwaniaczkowie.

Notuj ziom, notuj. Bo potem nie spiszesz tego na gorąco, pamięć cię zawiedzie i będziesz musiał zmyślać jakbyś był na przesłuchaniu przed komisją sejmową. Zwracam uwagę wszystkich żeglarzy, że piwo stojące na stole jest zamknięte. Zacznę je pić natychmiast po zdaniu wachty czyli za jakieś 2 godziny.

Postanowiłem skorzystać z potęgi literatury fachowej. Przygotowuję się do przetrwania 3 dni na wodzie z całą kupą mniejszych braci.

Bardzo lubię to zdjęcie. Gdy je robiłem, czułem się jak koleś, który jest świadkiem wynurzenia się Rlyeh. Dzięki czemu zakotwiłem na nim niepokój i jak mi jest za dobrze, to zawsze mogę sobie na nie zerknąć i poczuć się bardziej statecznie.

Uważny czytelnik dostrzeże na tym zdjęciu samolot. Próbowałem złapać go możliwie najbliżej słońca, poszło całkiem nieźle.

Ta fotka jest tak obrzydliwie landszaftowa, a jednocześnie tak bardzo mi się podoba, że nie mogła się tutaj nie znaleźć.

Słońce schowało się za wyspą, za chwilę zaczną się jazdy w mojej głowie.

[1] Wiem, że teoretycznie wszyscy czytelnicy mojego bloga powinni znać Pratchetta ale dopóki jest to wolny kraj musu nie ma więc objaśnię:
- Mam lęk gruntu.
- Chciałeś powiedzieć: wysokości.
- Wiem, co chciałem powiedzieć. To grunt zabija!
[2] Niektórzy, w tym moi Rodzice, narzekają że klnę jak szewc na statku pirackim. Zwróćcie uwagę, że ostatnio się pilnuję i mocne słowo wrzucam tylko wtedy gdy jest to uzasadnione narracyjnie. Wierzcie mi, że dla opisania stanu ducha, w którym się w tym momencie znalazłem, wykorzystałem najmniej dosadną formułę.
[3] Nie pamiętam jaki to był numer kawałka na płycie, wybór liczby 42 dla potrzeb narracji jest chyba dla każdego oczywisty.

czwartek, 27 października 2011
Czasami ambicja nie wystarcza, chłopie

Na początek, bardzo śmieszny w świetle dzisiejszych wydarzeń, cytat z fejsa. Nie dane mi było podyskutować z typem, bo rozmowa odbywała się w miejscu, do którego nie mogłem wbić.
"Opinie Radka Teklaka o konkurencji należy traktować ostrożnie - jak opinie o konkurencji - a nie obiektywne analizy. W jego wpisach dość szokujące jest oczekiwanie rentowności od tytułu, który dopiero wchodzi na rynek (mam na myśli pierwsze wpisy, z lutego), a także wliczanie kosztu "launczu" do ogólnej rentowności na przestrzeni bardzo krótkiego okresu. Dziwne jest też, że on nie rozumie - lub udaje, że nie rozumie - odmienności modelu funkcjonowania "Uważama" - który jest inny, niż typowego, niezależnego od innej redakcji tygodnika komercyjnego, ze względu na inny tryb funkcjonowania redakcji i inny "target". Wiele jego szacunków może być zatem mocno nietrafnych, bo opartych na fałszywych przesłankach. Z pewnością miarą sukcesu "Uważama" nie może być sprzedaż reklam. Nie ten target.
W sumie to wszystko jest ciekawe. Bo właśnie chyba mamy przypadek bardzo innowacyjny, a Teklak tego nie dostrzega i próbuje go nagiąć do starych standardów."

W zasadzie mógłbym krótko ale lubię długo. W każdym zdaniu gość popełnia błąd. Najpierw zarzuca mi nierzetelność, bo tak traktuję uznanie moich analiz na twardych danych za opinie. To nie opinie, to matematyka i umiejętność kojarzenia faktów. A jutro przejdę się do dziewczyn z Kuchni i powiem im, że URz jest ich konkurencją. Nie oczekiwałem w lutym rentowności w krótkim okresie. Kasę na start bierze się, jak wiadomo, z kuferka na końcu tęczy i księguję się ją w papierach leprechauna. Kawałek o odmiennym modelu funkcjonowania, targecie i nietypowości pisma rozśmieszył mnie, za co autorowi dziękuję. No i przez to, że nie potrafię spojrzeć obiektywnie, wiele moich szacunków może być mocno nietrafnych. A, prawie przegapiłem - sprzedaż reklam nie jest miarą sukcesu żadnego pisma. Ona jest potrzebna, żeby pismo funkcjonowało.

Dzisiaj dowiedzieliśmy się trochę więcej o bardzo innowacyjnym przypadku, którego nie dostrzegłem i próbowałem nagiąć do starych standardów. O 13 Grzegorz Hajdarowicz (właściciel Presspubliki) zrobił konferencję prasową i opowiedział kilka ciekawych rzeczy. Znaczy opowiadał też rzeczy nieciekawe, jak na przykład to, że Lisiecki został odwołany ze stanowiska naczelnego Rzepy. Zaproponowano mu stołek w URz ale chyba się uniósł honorem i nie przyjął w związku z czym sajonara. Zwolniono też kilkanaście osób i mam nadzieję, że kopa dostali pieczeniarze a nie personel operacyjny. To co ciekawe, to wyniki finansowe wydawnictwa.

Dla przypomnienia, Presspublica wydaje trzy dzienniki: Parkiet, Rzeczpospolita i Życie Warszawy oraz tygodnik Uważam Rze. Koniem pociągowym przedsięwzięcia jest oczywiście Rzeczpospolita, która na reklamach zarabia ponad 3-4 razy więcej niż pozostałe tytuły razem wzięte: do września tego roku, po cenniku 100 milionów[1], Parkiet 15, ŻW 9, URz 9. Nie pamiętam dokładnie kiedy pojawiły się pierwsze wzmianki na temat Uważam Rze ale mam wrażenie, że projekt kiełkował i czekał na bilans roku 2010. Bilans musiał się okazać bardzo dobry[2], bo w lutym 2011 URz wystartował. Na początku biednie, papier gazetowy, niska cena. Następny krok to polepszenie strony edytorskiej, lepszy papier, podwyższenie ceny o złotówkę (do 2,9). Od początku nie zmieniały się dwie rzeczy: skład redakcji (co jest na prawej stronie bardzo dziwne, nikt się nie pokłócił?) oraz propaganda sukcesu. W każdej notce poświęconej pieniom Lisickiego o sukcesie URz pisałem, że jest to najprawdopodobniej wyłącznie sukces sprzedażowy. I dzisiaj dostałem potwierdzenie, że miałem rację. W zasadzie nie trzeba analityka żeby wiedzieć, że prawica nie umie biznesplanów i wydaje im się, że można się żywić Ideą. Może redakcja tak potrafi, każdy wydawca traktujący poważnie swój biznes wie, że po porodzie trzeba cały czas siedzieć i liczyć. No i tak liczyli, że naliczyli.

Wybaczcie, że tak odwlekam ale to jest naprawdę mój mały moment triumfu. Nie w sensie, że komuś się dzieje krzywda ale w kontekście sprawdzenia się moich analiz.

Grzegorz Hajdarowicz podał cyfry. Do września przychody ogółem wyniosły 162,38 mln, koszty ogółem 174,56 mln, strata brutto 12,21 mln. Prognozy do końca roku: przychody 217,19 mln., koszty 232,79 mln, strata brutto 15,61 mln. Powody oficjalne: wysokie koszty, spadające przychody z reklam oraz ze sprzedaży. Powody nieoficjalne według info od człowieka, który ma człowieka wewnątrz[3]: wpływ na brak sukcesu miał rynek nie spełniający założeń. O, i to, jak na prawicowych biznesmenów, brzmi bardziej prawdopodobnie.

I jednak nie będę musiał odszczekiwać niczego.

Zapewne na stratę złożyły się nie tylko koszty nowego projektu ale mam wrażenie, że stanowią one jej sporą część. Na wszelki wypadek przyjrzałem się wynikom z ubiegłego roku, żeby nie było, że sprzeniewierzam się powinnościom analityka. W 2010 Presspublika wyłamała się z trendu rynkowego i zwiększyła swoje wpływy z reklam o 5,3% i wyniosły one 91,1 mln zł. Przychody ze sprzedaży wzrosły o 2,8% i wyniosły 104,1 mln zł. Dyscyplina kosztowa spowodowała, że wzrosły one minimalnie, o 0,5%. Rok zamknęli zyskiem operacyjnym w kwocie 6,1 mln, zysk netto sięgnął 9,8 mln zł. W roku 2009 strata na zysku operacyjnym wynosiła 9,2 mln a na zysku brutto 9 mln zł. Potwierdza się to, co mówiłem kilka akapitów wcześniej - księgi rachmistrzów pokazały, że jest kasa na nowy projekt, projekt odpalono i Presspublika odniosła duży sukces.

W dostępnych mi badaniach porównałem sobie analogiczne okresy i widać, że Presspublika w tym roku nie miała szans utrzymać takich wyników jak w 2010. Wyłączając z rozważań URz wpływy reklamowe są w 2011 o 13% niższe, sprzedaż spadła o 7%. I to oczywiście główny powód. Dołożenie sobie kosztu w postaci nowego tytułu, pogłębiło stratę. A, i jeszcze jeden istotny parametr. W 2010 wydawca ciął koszty, co odbyło się głównie przez redukcję wynagrodzeń o 10% i zmniejszenie zatrudnienia o 15%, do 553 osób. Dzisiaj podano informację, że liczba pracowników i współpracowników Presspubliki wynosi 790 osób czyli wzrosła o 43%. Ciekawe gdzie tych ludzi poupychano? Rozluźnianie dyscypliny budżetowej w trudnym dla rynku okresie to nie był najlepszy pomysł. Dlatego bardzo się cieszę, że redaktor Lisicki w końcu się zamknie i przestanie piać o wiośnie gdy wokół mroźna zima. Oh, wait.

Oczywiście z tak przytoczonych przez Hajdarowicza cyfr nie sposób bezspornie wyrokować czy URz było kotwicą dla wydawnictwa, czy wręcz przeciwnie, jako jedyne było na plusie, bo wszystkie koszty pozaprodukcyjne przerzucono na Rzeczpospolitą. Ale mnie taka kreatywna księgowość nie interesuje. Mnie interesuje tylko to, że miałem rację.

Miały być tabelki ale stwierdziłem, że nie zdążę ich zrobić bo iść muszę. Może wrzucę jakieś gdy zechce mi się przyjrzeć czytelnikowi URz w PBC. Ale nie obiecuję, bo przyznam wam się szczerze, trochę mnie już ten temat mdli. Do poczytania.

[1] Taka moja metodologia, w której z przychodów wyrzuca się potencjalne bartery.
[2] Ten tekst powstał zanim wpadłem na pomysł obejrzenia wyników za rok 2010. Stąd taka a nie inna forma tego zdania.
[3] Wybaczcie manierę ale przez chwilę chciałem się poczuć jak prawdziwy obywatelski dziennikarz śledczy.

wtorek, 04 października 2011
Nagły atak prasy prawicowej

To jest niesamowite jak ci ludzie są oderwani od rzeczywistości i w jakiej potwornej paranoi żyją. Nie jestem pewien czy mógłbym tak funkcjonować. Zacznę od czegoś, co jest dla mnie nudne z punktu widzenia analityka ale stanowi ciekawy przypadek kompletnego niezrozumienia rzeczywistości otaczającej komentatora.
9 września 2011 wystartował nowy dziennik - Gazeta Polska codziennie. Trzy tygodnie później redaktor naczelny, Tomasz Sakiewicz, wystosował do czytelników apel o kupowanie drugiego egzemplarza gazety. Powody prozaiczne - spotykają się z potężnym oporem i bojkotem. W czym się przejawia? Ano w tym, że telewizje odmówiły emisji spotów reklamowych. Każdy kto je widział rozumie, dlaczego tak się stało. No dobra, naczelny nie zrozumiał. Na końcu wrzucę wam dykteryjkę czy dwie z mojej współpracy z mediami, zobaczycie o jakie drobiazgi mogą się przyczepić. Teksty ze spotu reklamowego GPC to nie był drobiazg.

Co tam jeszcze się odbywa? A, Ruch nie pozwolił na zamieszczenie ramek z gazetami na kioskach. Tutaj powody mogły być mniej bombastyczne niż redaktor Sakiewicz myśli. Na przykład takie kampanie wykupuje się z odpowiednim wyprzedzeniem. Albo to, że nowy typ kiosku, lansowany ostro przez Ruch, nie ma ramek. A przynajmniej nie mają ich te, które wczoraj pojechałem obejrzeć. Ale nie wiem jak było naprawdę więc założę, że Ruch faktycznie bojkotuje gazetę. Powodów nie znam, może nie podoba im się to, że druk brudzi ręce.
Pierwsze transporty do wielu miejsc nie dotarły albo specjalnie je opóźniono - trochę mi tu ręce opadły bo ja naprawdę nie wierzę w rzeczywistość, w której pracownicy fizyczni w magazynach kolportera odrzucają paczki z GPC na bok, żeby pismo nie dojechało do czytelnika.
Media wydają miliony złotych by nie wpuścić GPC na rynek - tutaj też jestem bezsilny. Kto wydaje, komu płacą, jakie formy przyjmuje niewpuszczanie oraz skąd te kwoty?
Redagujemy gazetę w warunkach skrajnych, czasami bez snu, dyżury po kilkadziesiąt godzin, całe kierownictwo redakcji i spółki pracuje za darmo, pensje dziennikarzy są mało wygórowane (tak napisał: mało wygórowane, składam to na karb niewyspania). No co ja tutaj mogę powiedzieć. Jak się robi pismo na szybkości, na kolanie i bez odpowiedniej kasy na starcie, to faktycznie, może być ciężko. Jak się wchodzi do segmentu gdzie rozsiadło się dwóch doświadczonych graczy, trzeba liczyć się z tym, że może być jeszcze ciężej. Sam Sakiewicz pisze, że nowy dziennik powstał niemal bez środków i ma tylko reklamy ze SKOK-u. Było mało czasu na przygotowanie pisma i mało czasu na zdobycie pieniędzy. Ale zdecydowali się na start, ryzykując niemal wszystko, gdyż był to ich obowiązek wobec Polski i ich przyjaciół, którzy zginęli w Smoleńsku.
Dobra, dochowywanie zobowiązań wobec przyjaciół jest piękną rzeczą ale nie sprawdza się najlepiej w biznesie. Zwłaszcza raczkującym. Druga sprawa to widoczny pośpiech, rozumiem, że chcieli zdążyć przed wyborami ale jak się spieszysz, to musisz liczyć się z tym, że może ci wyjść półfabrykat. Po trzecie zaś, redaktor Sakiewicz nie rozumie podstawowej rzeczy, o której wspomniałem wcześniej. Wszedł do basenu z rekinami. Dziennik to jest trochę wyższa szkoła jazdy, bo rynek niewdzięczny a gracze zasiedzeni i doświadczeni. Stoi za nimi siła dużych wydawnictw, Superak to Murator, Fakt to tytuł wydawnictwa Axel Springer. No i rzecz najważniejsza, ludzie pracujący w obu tych tytułach wiedzą jak wydawać dobry tabloid, jeżeli wybaczycie oksymoron. Weźcie do ręki SE, Fakt i GPC. Nie trzeba mieć doświadczenia w branży by ułożyć je od najbardziej do najmniej wyrazistego. Robienie prawicowego tabloidu spycha GPC do niszy w niszy. Nie widzę więc tak naprawdę powodu do narzekania, sami sobie wybrali miejsce na rynku i dostali to, co mieli dostać. No ale rozumiem, że z niewyspania człowiek różne rzeczy wypisuje więc nawet niespecjalnie chce mi się redaktora Sakiewicza kopać.
Aha, przy tym modelu biznesowym GPC ma szanse utrzymać się na rynku całkiem długo, bo może być tak, że faktycznie, pracując za darmo i półdarmo, dadzą radę wyżyć ze sprzedaży.

Natomiast druga drama jest poważniejsza, bo jest to paranoja wyższego rzędu oraz sranie do wspólnego gniazda. We wcześniejszych notkach pisałem o Polskich Badaniach Czytelnictwa więc z grubsza wiecie o co chodzi. Jeżeli ktoś chce ciut lepiej zrozumieć to, o czym będę pisał poniżej, może sobie kliknąć w linka i poczytać o metodologii badania. Nie, żeby dobrze zrozumieć co za chwilę napiszę poczytajcie sobie sekcje 'O PBC' oraz 'Badanie PBC'. Presspublika, jako jeden z członków PBC, postanowiła poddać w wątpliwość metodologię badania. Otóż dostrzegli nieuzasadnioną dysproporcję między świetną sprzedażą a wynikami czytelnictwa. I skierowali do PBC prośbę żeby zespół ekspercki i metodologiczny przeanalizował tę różnicę. Analiza taka pozwoli na eliminację rozbieżności i przedstawienie rynkowi wiarygodnych danych czytelnictwa tygodników.
Nie wiem gdzie zacząć.
Po pierwsze członkowie PBC są zobowiązani do wspierania badania. Nie tylko czynem (kasa) ale i słowem. Udało się wypracować spójny, niezmienny metodologicznie projekt, który działa. Działa w ten sposób, że rynek przyjmuje go bez zastrzeżeń. A jeżeli jakieś są, to ja o nich nie słyszałem. Dane z badania wykorzystywane są przez wydawców, klientów, agencje reklamowe i domy mediowe. To co robi Presspublika to brzydki bąk. Nie bez przyczyny wyboldowałem słowo 'wiarygodnych' w poprzednim akapicie. Takie postawienie sprawy oznacza, że to co możemy obejrzeć w badaniu jest niewiarygodne. I ja bym może zrozumiał gdyby coś takiego powiedział ktoś, kto rynku i badania nie zna. Bo przecież logiczne jest to, że skoro mamy wyższą sprzedaż od Polityki to powinniśmy mieć czytelnictwo na poziomie... no właśnie, sprawdźmy... zaraz... ale jak to... przecież to bez sensu jest.

Najpierw szeroki zasięg na CCS-ie. Fale miesięczne, bez agregacji danych (co oznacza, że w lutym 2010 macie wyniki z lutego 2010). Wskaźnik w estymacji na populację. Estymacja oznacza rzucenie wyników z próby na populację. Próby są na tyle duże, że wyniki nie są obarczone dużym błędem i dla uproszczenia wywodu będziemy je sobie traktować tak, jak je widzimy. 

Teraz inny wskaźnik, SCPW.

Nic się nie zgadza, w danych panuje burdel, kto za tym stoi, kto zapłacił, dlaczego PBC okłamuje 30 milionów Polaków, ja się pytam.

Na koniec rozpowszechnianie płatne razem, średnie miesięczne, skąd pik w kwietniu 2010 domyślicie się sami.

Poza Przekrojem nic tu się nie zgadza. Newsweek ma najniższą sprzedaż ale najwyższe czytelnictwo, Polityka najwyższą sprzedaż i drugie albo trzecie czytelnictwo. We Wprost sprzedaż od maja rosła a czytelnictwo malało. Czyżby PBC oszukiwało wszystkich? A może wyniki można sobie kupić i w zależności od tego jak udany był miesiąc dla tytułu, następuje tasowanie na pozycji lidera. A może po prostu rozpatrywanie wyników czytelnictwa w ujęciu miesięcznym jest zwyczajnie głupie, bo za duże są jego wahania i dlatego wszyscy przyjmują jakieś sensowne okresy agregacji danych? No właśnie. Kierownik Presspubliki wpadł na pomysł analizowania jednego miesiąca. Do tego był to pierwszy miesiąc tytułu w badaniu. Nie chce mi się szukać analogii i napiszę wprost - to nie ma najmniejszego sensu, nikt normalny nie robi analizy na jednym miesiącu, pogadamy gdy będą przynajmniej trzy fale badania (w notce są dwie, bo w międzyczasie pojawiły się dane sierpniowe).

Dla ciekawości popatrzcie jak wyglądają rolowane wyniki czytelnictwa na okresach półrocznych. Rolowanie oznacza kroczącą średnią z 6 miesięcy tzn. styczeń 2010 to średnia za okres sierpień 2009-styczeń 2010, luty 2010 to wrzesień 2009-luty 2010 itd.

BEHOLD!!!

CCS

...i SPCW

I właśnie między innymi dlatego nie bawimy się w oglądanie wyników miesięcznych. Nigdy. Znaczy znam pewien dział analiz, który wrzucał kiedyś takie rzeczy do prezentacji po to, żeby udowodnić, że są najlepsi na rynku ale na szczęście rozchodzili to i przestali się kompromitować.

Mógłbym przytoczyć przykłady pism, które mają niezbyt dużą sprzedaż a bardzo wysokie czytelnictwo (Cztery Kąty, Focus, Mój Piękny Ogród). Mogę zajechać z drugiej strony - Działkowiec ma dość wysoką sprzedaż ale niezbyt imponujące czytelnictwo (wysokie ale intuicyjnie powinno być większe). Żeby prezes wydawnictwa nie rozumiał niuansów badania, tego jak konstruowane są wskaźniki i jak je sensownie interpretować, nie ogarniam. Mógł przecież pójść do analityka i ten by mu wytłumaczył, że nie ma sensu się wygłupiać z takimi oskarżeniami, bo to tylko wstyd i pośmiewisko. Więc może ja tutaj dam małą ściągę:

CCS to de facto wskaźnik pokazujący siłę danego tytułu. Przez siłę rozumiem kojarzenie marki. Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której przychodzi atrakcyjna ankieterka i odpytywany zaczyna się trochę mijać z prawdą, opowiadając o tym, że jest wiernym czytelnikiem Newsweeka, Nationala i Rzepy, bo te marki kojarzy lepiej niż inne.
Nietrudno sobie wyobrazić sytuację, w której po pytaniu 'które z pism czytał pan/pani w ciągu ostatnich 4 tygodni (cykl sezonowy dla tygodnika)' respondent wskazuje winietę tytułu, który dobrze kojarzy ale nie da sobie głowy uciąć, że faktycznie sięgał po niego w tym czasie. Mam jeszcze kilka podpowiedzi, panie prezesie - lojalność starszych stażem czytelników, czytanie jednego numeru przez kilka/kilkanaście osób (akademik, firma), chęć aspirowania podczas badania do grupy lepszej jakościowo, wstyd (niektórzy czuliby obciach gdyby musieli przyznać się do czytania Faktu czy Superaka). 

Z kolei CPW (SCPW) to wskaźniki 'lojalnościowe' gdyż pytamy się nie o to 'czy' ale 'ile'. Po ujednoliceniu metodologii dla różnych periodyczności, pytamy się respondenta 'ile wydań spośród ostatnich 4 pan/pani czytał'. A potem do wzoru i wyliczamy. Tutaj oczywiście też można pościemniać ale przy tak postawionym pytaniu ludzie się zastanawiają i do tego wskaźnika trafiają, choćby i okazjonalni, ale faktyczni czytelnicy danego tytułu. 
Ludzie kłamią. Niekoniecznie świadomie, czasem może to się odbyć na zasadzie 'wydaje mi się'. Nikt nie twierdzi, że badanie czytelnictwa jest idealne, bo występuje w nim zawodny czynnik ludzki. Ale zarzucanie, że PBC manipuluje wynikami żeby pogrążyć niepodległą prawicową prasę, jest oznaką ciężkiej paranoi i wielkiej nieodpowiedzialności. Zobaczę jak się sytuacja dalej rozwinie i mam nadzieję, że PBC wdepcze te zarzuty w ziemię.

A teraz mało śmieszne anegdotki.
Dawno temu gdy pracowałem w Edipresse, jednym z moich tytułów był Przekrój. Przez 'mój' rozumiem obsługę analityczną i mediową. W ramach tej drugiej zajmowałem się między innymi barterami. W tym barterem z Trójką. Co było absolutnie fascynujące. Na przykład o godzinie 1701 nie było sensu dzwonić do ich biura reklamy gdyż wszyscy już wyszli. Ale nie o tym.
Otóż w ramach ich biura działał ktoś, kogo nazwałem arbitrem elegancji. Przesłuchiwał wszystkie nasze spoty i je akceptował. Ewentualnie odsyłał je nam z komunikatem 'nie, w tej formie to nie może wcale pójść' i nie było od tego odwołania, trzeba było nagrywać nową wersję albo pikać brzydkie wyrazy. Najśmieszniejszą akcję miałem gdy dowiedziałem się, że pikanie jest za krótkie i ludzie się domyślą, co chcieliśmy w spocie powiedzieć. Nie można zostawić pierwszych liter wyrazu i należy zagłuszyć całe słowo. To były mocno nerwowe chwile.

Dużo śmieszniejszy był natomiast barter z jednym z operatorów saloników prasowych. Reklamowaliśmy się w ramkach na kioskach plus jakieś plakaty z okładek. Przekrój, jak to tygodnik opinii, sprzedaje się okładką, zdarzały się więc różne. Pamiętam do dzisiaj jak nam odrzucili dwie i powiedzieli, że na lotnisku taki farmazon nie przejdzie. Pierwszą nawet zrozumiałem, bo był na niej bodajże Irakijczyk, który w ramach protestu podpalił się i to była mocna ale słaba fotka. OK, pokazywanie czegoś takiego ludziom przed lotem, do tego po 11 września, to może być fatalny pomysł. Ale drugie wejście cenzora było z pogranicza Mrożka. Otóż powiedzieli nam, że goła baba na okładce na Okęciu nie przejdzie bo będzie urażać. Ja to rozumiem. Ale gołą babą była Maja naga Goi.
Wiem, że to anekdata. Ale widać na jej przykładzie, że kryteria przyjęcia reklam do emisji nie zawsze są tak oczywiste, jakbyśmy sobie tego życzyli. Do poczytania.

czwartek, 01 września 2011
Aaaaaaby... czytelnika wychować. Znowu.

Notka nakręcona odpryskami flejma na blipie. Jest taka akcja, że MEN marzy o elektrycznych podręcznikach a wydawcy płaczą, że to będzie dramat, bo uczniowie spiracą książki i nic nie uchroni rynku przed zapaścią. Bankructwo, Armagedon, Ragnarok, no koniec świata jaki znamy. Nie chce mi się dyskutować z wizją wydawców, bo nie robię w branży i może faktycznie, nie da się zrobić systemu, w którym podręcznik będzie przypisany do konkretnego ucznia, będzie sam badał postępy jego wiedzy, serwował odpowiednie zestawy ćwiczeń i łączył się z bazą, bo to za drogie oraz nie umiemy tego zrobić.

Dlatego też jestem za tym, żeby tornister mojego bratanka (podstawówka) był cięższy od chłopaka i ważył tyle, że dzieciak chodzi wygięty w sposób znamionujący albo wiele lat wywierania wpływu na jego kręgosłup, albo szybki strzał w plecy z młota do wbijania pali mostowych. Teraz młodzież ma słaby kręgosłup moralny więc taka tresura na pewno im się przyda. Zresztą w e-podręczniku nie da się dorysowywać postaciom na ilustracjach wąsów i irokezów czy malować na marginesach kutasów więc w ogóle nie ma taka inicjatywa sensu. A teraz trochę z innej beczki. Tej poważnej.

Zamysł mój jest taki, żeby sobie obejrzeć rynek książki w Polsce i sprawdzić jak to wygląda w ogólnym zarysie, jaki jego procent stanowią podręczniki i czy robienie w poprzek ich wydawcom nie będzie zabójczym strzałem wymierzonym w cały rynek wydawniczy w kraju. Sprawdzimy też co tam w sprzedaży i czytelnictwie gazet i magazynów słychać. W kawałku o czytelnictwie i sprzedaży będzie to częściowa powtórka z tej notki ale na nowych danych. Jeżeli chodzi o rynek księgarski, to znalazłem trochę fajnych danych, na których można próbować coś sobie pownioskować. Jeszcze tylko na szybkości krótka ściąga z badań czytelnictwa i sprzedaży i możemy jechać.

SPRZEDAŻ

Się zgłasza tytuł do ZKDP, się płaci, się co miesiąc wypełnia pieczołowicie deklaracje, się chwali wynikami (w porównaniu z konkurencją) przed klientami, się od tych mniej ogarniętych wyciąga kasę. Analizy zrobię na najszerszym parametrze czyli na rozpowszechnianiu płatnym razem. Ponieważ analizuję okres do roku 2010 włącznie, przyjmiemy definicję rozpowszechniania z tego roku.

sprzedaż w kioskach + prenumerata + inne płatne formy rozpowszechniania = rozpowszechnianie płatne razem
Inne płatne formy to w dużym skrócie te egzemplarze, za które wydawca otrzymał nie mniej niż 30% ceny egzemplarzowej. Wpadają do nich na przykład te sztuki, które dodają wam za darmo w Rossmanie do rachunku wyższego niż 50 zł.

BADANIA CZYTELNICTWA

Się zgłasza tytuł do Polskich Badań Czytelnictwa, się płaci, PBC przy pomocy SMG/KRC co miesiąc przesłuchuje 4000-4100 osób, się wyciąga dane i się nimi chwali przed klientami w celu wyciągnięcia od nich kasy. Z programu można wyciągnąć dużo rzeczy, nas będą interesowały jedynie wyniki czytelnictwa. Myślałem, że da się obejrzeć jaki rodzaj książek kupują ludzie ale w proponowanym przez PBC zestawie nie ma wydzielonych podręczników. Dlatego te analizy sobie darowałem.

W poniższych zestawieniach postanowiłem obejrzeć sobie czytelniczo i sprzedażowo lata 2006 (zmiana metodologii) - 2010 (lubię pracować na pełnych latach). Ponieważ część wskaźników nam w międzyczasie wypadła z badania, sprawdzimy jak wygląda szeroki zasięg tytułu w populacji (CCS) dla poszczególnych periodyczności. Grupa docelowa wszyscy, mieści w sobie ludzi w wieku 15-97 lat. Z uwagi na to, że tworzenie niektórych analiz jest tak samo przyjemne jak robota kanałowa bez znieczulenia, pojechałem najprostszym raportem przez co wyniki będą nieco przybliżone ale dadzą obraz sytuacji.

Sprawdźmy jaki procent populacji miało kontakt z jakimkolwiek pismem w ramach poszczególnych periodyczności. Dane w % i w estymacji na populację, badana populacja, na podstawie której sobie estymujemy to 30,1 miliona osób (wspomniane osoby w wieku 15+).

Minikonkurs dla spostrzegawczych - w którym roku zaczął się w Polsce kryzys?

Słowo objaśnienia co do dużych zmian w przypadku tygodników i dwutygodników w 2010. Kilka dużych tygodników dla kobiet zmieniło się z tygodnika na dwutygodnik (Przyjaciółka, Tina, Pani Domu) bądź miesięcznik (Naj). Tytuły były na tyle mocne, że odbiło się to znacząco na wynikach poszczególnych periodyczności.

Różnice w estymacji przy tych samych procentach biorą się z przybliżeń wyników.

Nie jest źle. Prawie 90% Polaków ma kontakt z jakimś drukiem. Oczywiście sposób skonstruowania wskaźnika powoduje, że do jednego worka wrzucamy zarówno ambitnych prenumeratorów, jak i tych, którzy kartkują bezpłatne Metro ale mimo wszystko obie te grupy coś czytają. Więc, jak widać, upadek prasy papierowej w kraju jest w pełnym rozkwicie i niedługo wszystkie redakcje pójdą na bruk, ku uciesze polaczków[1]. Znaczy kiedyś na pewno pójdą ale mam wrażenie, że raczej później niż wcześniej.

ROZPOWSZECHNIANIE

Ponieważ ZKDP liczy dużo więcej tytułów niż PBC nasze rozważania polecą trochę obok i trochę szerzej. Z drugiej strony najwięksi wydawcy realizują 80-90% rozpowszechniania i są praktycznie w całości badani przez PBC więc w dosyć szerokim zakresie się oba badania widzą.

Jak widać spora sterta papieru. Dzieląc te wyniki przez 30 milionów obywateli i 12 miesięcy widzimy ile sztuk prasy czyta miesięcznie przeciętny Polak.

2006 - 4,8
2007 - 4,8
2008 - 4,7
2009 - 4,4
2010 - 4,0

Efekty działania kryzysu widać gołym okiem, ostatnie 2 lata przyniosły znaczny spadek sprzedaży. Zastanawiam się też ile osób przesiadło się do internetu, bo wystarczą im niusy na portalach i nie mają potrzeby przeglądania czegokolwiek papierowego. Niestety, gdybym chciał robić taką analizę, zażyczyłbym sobie za nią honorarium więc mam nadzieję, że zrozumiecie jej brak w notce na blogu.

KSIĄŻKI

Dotarłem do kilku ciekawych zestawień[2] dotyczących działalności naszych wydawców w latach 2005-2009 i na nich sobie oprę moje mało uczone wywody.

Najpierw obraz rynku wydawców w roku 2009

Widać dużą koncentrację rynku, 300 wydawców robi 98% udziału, najwięksi to 3/4 obrotów. Zero zdziwień.

Poniżej kilka pouczających cyferek z lat 2005-2009. Wnioski proszę sobie wyciągnąć samodzielnie.

Dobra, żartowałem. Trochę wniosków wyciągnę i ja.

Propozycja MEN wzbudziła płacz i zgrzytanie zębów. Ja tam się wydawcom podręczników wcale nie dziwię. Co roku przytulają 25% z rynku wartego 2,5-3 mld złotych. Jest to duża kasa, której nikt nie odpuści. Niestety, nie udało mi się dotrzeć do informacji ilu wydawców w poszczególnych grupach według kryterium przychodów zajmuje się wydawaniem podręczników i jaka w tym subsegmencie jest koncentracja.

Co do katastroficznych scenariuszy typu 'jak nam zaczną piracić to popadamy a razem z nami padnie cały rynek książki', to niestety nie jestem tego w stanie nijak potwierdzić czy sfalsyfikować gdyż brakuje mi pogłębionych analiz dotyczących profilu wydawniczego wydawców podręczników. Brakuje mi informacji jaki procent obrotów księgarni niesieciowych stanowią owe podręczniki. Brakuje informacji o modelu dystrybucyjnym podręczników. 

Jesteśmy jednak twardzi, nie poddajemy się z byle powodu i dlatego poczynię założenie, że w przypadku księgarni i hurtowni ich obrót odpowiada procentowo udziałowi podręczników w wydawanych książkach. I jestem skłonny się zgodzić, że przy tak zbudowanym rynku wydawniczym, wycofanie się z papieru będzie oznaczało pogrom.

Odwołam się do danych z 2009. Dystrybucja w Polsce wyglądała następująco: hurtownie miały 44% udział w rynku, ogólna liczba podmiotów hurtu księgarskiego wynosiła 300 firm. W całym kraju działały zaledwie 4 sieci sprzedaży o zasięgu ogólnopolskim - Azymut, FK Jacek Olesiejuk, Wikr i Wkra. Podejrzewam, że dla dużej hurtowni ścięcie przychodów o 25% to katastrofa. Dla małej to grób.

Liczba placówek księgarskich wynosiła 2 520 punktów odpowiedzialnych za sprzedaż 40% książek. Główne sieci księgarskie to:
Empik - 130 punktów, 50 tys. tytułów w ofercie
Matras - 103 księgarnie
Dom Książki - 130 księgarni, obrót porównywalny z siecią Matras
Książnica Polska - działa w Polsce płn-wsch, 20 księgarni, obsługują hurt i detal
Nova - Polska płd-wsch, 24 księgarnie, hurt i detal
HDS - 200 punktów działających pod takimi markami jak Relay, InMedio, Virgin, Akapit. Są to głównie saloniki prasowe na dworcach kolejowych, oferta 200-500 tytułów.

Podział rynku wyglądał następująco

Księgarnie - 40%
Kluby i wysyłka - 25%
Internet - 13%
Supermarkety - 12%
Kioski z prasą - 7%
Akwizycja - 3%

Z andegdaty i rozmów ze znajomymi księgarzami wiem, że dla większości niewielkich księgarni podręczniki to główne źródło utrzymania. I znowu, jak w przypadku hurtowników, duże sieci będą mogły sobie jakoś utratę 25% przychodów zrekompensować na innych polach działalności. Mali księgarze najprawdopodobniej padną.

Wszystko to rozważamy przyjmując, że poziom obrotów małych hurtowni i małych księgarni w przypadku podręczników odpowiada poziomowi obrotu na rynku. Obawiam się, że jest to założenie zbyt nieprawdopodobne, bo wiem, że istnieją hurtownie obsługujące prawie wyłącznie obrót podręcznikami. Dla nich propozycja MEN-u to natychmiastowa śmierć.

Jakkolwiek jestem za nowoczesnością tak w domu, jak i w zagrodzie, o tyle wydaje mi się, że możemy wylać dziecko razem z kąpielą. Nie mam złudzeń - e-książka, jeżeli w ogóle, będzie niewiele tańsza niż papierowa. No taką mamy dziwną specyfikę (popatrzcie na ceny rodzimych e-booków), że nie wierzę w cud pod tytułem 'wyprawka dla pierwszaka za pół ceny'. I nawet jeżeli udałoby się wypracować model, w którym nie ma szans na spiracenie takiego podręcznika i poziom przychodów w tym segmencie utrzymałby się na dotychczasowych poziomach, to zrealizowalibyśmy wyłącznie redystrybucję pieniędzy rodziców.

W tej chwili z ceny egzemplarzowej żyje wydawca, pośrednik i księgarnia. Po zmianach zostaliby nam tylko wydawcy. Oraz Empik. Nie jestem pewien czy życzę sobie takiego modelu. Zresztą potraficie czytać i widzicie jak jest u nas słabo. Za garść fistaszków Empik jest na najlepszej drodze do zmonopolizowania rynku księgarskiego. Wydawcy klną na terminy płatności (w tej chwili 180 dni plus obowiązkowe opóźnienia bez odsetek), na politykę zwrotów, w zasadzie na wszystko. Ale nie potrafią zrobić niczego innego, bo do tego potrzeba kasy, która z jednej strony jest wspomnianą czapką fistaszków, a z drugiej są to kwoty nieosiągalne dla małych wydawnictw. Nawet gdyby się dogadały i skonsolidowały, takie odnoszę wrażenie.
A najweselsze w tym wszystkim jest to, że Empik koszty wszystkich swoich przejęć przerzucił właśnie na dostawców. Przynajmniej tak to wygląda.

Nikomu rzecz jasna się nie uśmiecha sponsorowanie całego łańcuszka pośredników. Ale czy tego chcemy czy nie, sponsorujemy takie łańcuszki na każdym kroku - od nabiału po samochody. Książka nie jest artykułem pierwszej potrzeby więc łatwiej nam machnąć ręką na to, że padną hurtownie i niektóre księgarnie. Zresztą przecież możemy kupować w internecie. Ja jednak byłbym za tym, żeby za 20 lat można było wejść do księgarni a nie tylko do empikowego saloniku.

I z tą myślą was zostawię.

[1] Znacie ich, to ci, którzy gdy sąsiadowi padnie krowa, cieszą się zamiast zanieść mu mleka, śmietany i masła. Czasami myślę, że stanowią połowę tego kraju.
[2] Ruch wydawniczy w liczbach, Biblioteka Narodowa oraz Rynek książki w Polsce, Biblioteka Analiz sp. z o.o.

czwartek, 25 sierpnia 2011
Trzeba mieć ambicję, chłopie - po raz przedostatni

Pomimo nikczemnej częstotliwości wrzutów (wiecie, wakacje) znowu wyprzedzę Barta z wrzutką. Po raz kolejny krótka notka na zamówienie o Uważam Rze i obiecuję, że jest to ostatnia notka o tym tygodniku przed wrzuceniem go do Polskich Badań Czytelnictwa. Jak nie wrzucą, temat zamkniemy tu i teraz. Jak wrzucą, to nawet bez proszenia mnie o, nie będę mógł się powstrzymać i sobie dla ciekawości poanalizuję. Tymczasem krótki rzut oka na to jak URz miesza na rynku tygodników opinii i co z tego dla pisma wynika.

SPRZEDAŻ

Tutaj sukcesu odmówić się nie da. Chłopaki trzymają przyzwoite poziomy sprzedaży (przez sprzedaż rozumiem rozpowszechnianie płatne razem - kioski, prenumerata, inne płatne formy i nowość czyli rozpowszechnianie e-wydań). Wyłączając poza analizę Angorę, która operuje na poziomie 350 tysięcy egzemplarzy tygodniowo, od samego początku URz trzymało się blisko czołówki, którą formuje lider Gość Niedzielny (średnia półroczna 145 tys.) i Polityka (135 tys.). URz po pięciu miesiącach operuje regularnie na poziomie 130 tys. Newsweek 110, Wprost 115, Przekrój, pomimo odchudzenia wydania drukowanego i eksperymentów w internecie osiągnął 41 zaś Forum 17 tys. egzemplarzy. W marcu URz udało się wyprzedzić Politykę i pismo było dwójką na listach wyborczych kupujących, w czerwcu zostało numerem 1 w segmencie. Patrząc na tak przedstawione cyfry - sukces.

Zanim jednak porozrzucamy po stołach kawior i otworzymy Heidsiecka w moskiewskim Ritz Carlton, rzućmy okiem na taki drobny detal jak cena kioskowa pism o zbliżonej sprzedaży:

Newsweek - 5 zł
Polityka - 5 zł
Wprost - 5 zł
Gość Niedzielny - 4 zł
Uważam Rze - 2,9 zł

W poprzedniej notce wyraziłem opinię, że po podwyższeniu ceny do zapowiadanej na początku (4,5 zł) sprzedaż spadnie. Wydawca cały czas trzyma cenę, która jest lekko dumpingowa więc nie jestem w stanie ciągle zweryfikować swoich koncepcji. Podtrzymuję jednak zdanie, że po tej podwyżce średnia zmaleje. Łatwiej byłoby mi coś pownioskować gdyby wydawca zgłosił tytuł do badań czytelnictwa. Strzeliłbym sobie strukturę i mógł coś knuć. Tymczasem z niewiadomych dla mnie powodów (kasa?) nie robi tego. Dla mnie słaby ruch, bo jak niby mediaplanerzy mają Urz wrzucić do ewentualnej większej kampanii puszczanej przez dom mediowy/agencję?

No właśnie, kampanie. Rzućmy okiem czy URz dało radę przekonać do siebie większą grupę reklamodawców.

WPŁYWY REKLAMOWE

Nie dało rady. Proszę przechodzić dalej.

A tak na poważnie, to szału nie ma. Daruję sobie tutaj robienie zestawienia na kasie, bo rabaty zaciemniają obraz i strzelę po stronach. URz od lutego do lipca zebrało 100 stron reklamowych (zaokrąglam dane dla uproszczenia wywodu). Jak konkurencja? Ano tak:

Newsweek - 570
Polityka - 520
Wprost - 530
Gość Niedzielny - 190
Uważam Rze - 100

Co przy z grubsza zbliżonych cennikach reklamowych daje obraz miazgi i zniszczenia.

Rozumiem, że tytuł jest na dorobku i na razie reklamodawcy, poza sprzedażą, nie mają żadnych podstaw żeby wchodzić do URz. Dobra, to jest dobry czas na mini-kurs wiedzy o podstawach podstaw kupowania reklam w prasie. Kurs teoretyczny bo o tym jak niektóre deale wyglądają w praktyce mogę opowiedzieć przy piwie w małym gronie a nie w internetach.

Tak więc w teorii wygląda to tak, że przychodzi ogarnięty klient i nie daje sobie nawinąć makaronu na uszy 'że my, wie pan, jesteśmy najwięksi, najlepsi i najfajniejsi oraz najtańsi a reszta to młoty'. Nie, on zaczyna bałach o strukturze czytelnika, czytelnictwie w grupach docelowych swoich produktów, kosztach dotarcia w owych grupach, rankingach czytelnictwa, współczytelnictwie w segmencie czy co tam sobie jeszcze państwo zażyczą. Jak jest zwyrolem skrajnym, może poprosić o pokazanie jak obecność danego tytułu w mediaplanie, polepszy parametry owegoż. I następuje moment zabawnej zgęstki intelektualnej gdyż tytuł niezgłoszony do Polskich Badań Czytelnictwa nie może klientowi przedstawić nic ponad swoją sprzedaż i, ewentualnie, koszt dotarcia do 1000 nabywców pisma (bierzemy 1000 kupujących żeby się nie bawić w grosze po przecinku).
Właśnie wtedy klient zaczyna się zazwyczaj głośno śmiać, klepie sprzedawcę po ramieniu i mówi 'wpadnijcie jak podrośniecie'. I ogólnie jest dość zabawnie ale trochę też trochę przykro.

Jak wielokrotnie wcześniej wspominałem, wydawca z niezrozumiałych dla mnie powodów nie zgłosił URz do PBC. Przez co rozmowy handlowe są, moim zdaniem, mocno utrudnione. Bo co ma powiedzieć sprzedawca gdy klient się pyta ilu waszych czytelników mieszka w miastach powyżej 100 tys. mieszkańców (bo tylko w takich mamy swoje salony firmowe), ilu z nich to kobiety (bo ilu facetów kupuje podpaski), ilu jest w wieku 15-18 lat (bo po co studentowi podręczniki do gimnazjum czy ogólniaka) albo ilu zarabia powyżej 2000 zika na głowę (bo mój notebook jest trochę droższy niż Zenex Kraptronix).

Jasne, można klienta złowić potężnym rabatem, bo czym w skali wydatków całorocznych jest 50 tys. za 20 całostronicowych emisji, co dwa tygodnie przez cały rok od lutego do świąt. Ale chyba nie tak się powinno robić poważny biznes. Dobra, na tym zakończymy mini-kurs i wrócimy do struktury reklamodawców.

Największe i najważniejsze branże żywiące segment tygodników opinii to telekomy, motoryzacja, sektor finansowy, szeroko pojęta budowlanka (od producenta zaprawy po deweloperów) i handel (hipery, Empik, sklepy internetowe etc.). Urz w tych segmentach zgarnia pikookruszki ze stołu starszych braci. Jedziemy cały czas tym samym zestawem pięciu tytułów i popatrzmy na udziały w największych branżach:

Motoryzacja - 8%
Banki - 11%
Telekomy - 11%
Internet/telewizja kablowa i sat - 6%
Handel - brak
Budowlanka - brak

Warto wspomnieć, że pierwsze trzy branże robią im połowę budżetu. Taka struktura reklamodawców i dochodów z reklam to nawet nie gliniane nogi. I nic się z tym na razie nie da zrobić.

Ponieważ nie chciałbym niczego pozostawiać domysłom domorosłych fachowców poruszę tutaj jeszcze jedną sprawę. Bo wiecie, łysy gruby cwaniak się czepia, że mało reklam a to przecież jest tak, że te wszystkie Polityki i Newsweeki są grubsze i mają więcej miejsca dla klientów. Dlatego postanowiłem zerknąć na objętości poszczególnych tytułów:

Gość Niedzielny - 68/76 stron
Newsweek - większość numerów ma 98 stron, zdarzają się 106 i 114-stronicowe. Tradycyjnie zwiększono objętość numeru Wielkanocnego
Polityka - 100/108/116, większość numerów miała 100 stron
Wprost - 100/108, większość ma 100 stron, w 3 numerach powiększono objętość do 116/124 stron
Uważam Rze - pierwsze numery 72 strony, po zmianie ceny i szaty 100 stron.

Sorry, no bonus.

WYDATKI REKLAMOWE

Po lanczyku wydatki na media spadły i ograniczają się wyłącznie do radia, co pozwala mi domniemywać, że URz korzysta z barteru wydawcy z przynajmniej niektórymi nadawcami. Skłaniałbym się ku Zetce, RMF i być może Polskiemu Radiu.

CO RAZEM DAJE...

Sukces sprzedażowy - jak najbardziej, nie ma z mojej strony żadnego sporu. Znaleźli niszę i bardzo ładnie ją zagospodarowali. Ciężko oceniać na jakim procencie zagospodarowania jadą ale to chwilowo dla wydawcy istotne nie jest. Bardziej istotne jest to, że od czasu mojej poprzedniej notki z początku lipca nic się z punktu widzenia biznesowego nie zmieniło. Wpływy ze sprzedaży kioskowej skoczyły ale nie są to te miliony, których szukacie. Jeżeli chodzi o wpływy to po niezłym maju i czerwcu, w lipcu i w sierpniu (z sierpnia mam dane cząstkowe, których w rozważaniach nie uwzględniłem ale mogę sobie na ich podstawie ekstrapolować wynik całego miesiąca) reklamodawcy udali się na wczasy. Jasne, u innych też ale pozostałe tytuły mają z czego sfinansować kiepskie dwa miesiące. Dla URz oznacza to ładowanie w tytuł złotych dublonów wziętych z innej szkatuły. I jeżeli czegoś nie zrobią w kierunku lepszego i skuteczniejszego pozyskiwania kasy z reklam, zastanawiam się na ile wystarczy cierpliwości (i płynności) nowemu właścicielowi.

Pozwolę sobie przekleić ostatnie zdanie z poprzedniej notki gdyż je podtrzymuję - jeżeli wydawca czy naczelny Uważam Rze mówi cokolwiek o sukcesie tego magazynu, to mam nadzieję, że ma na myśli sukces sprzedażowy. W przeciwnym wypadku trochę się mija z prawdą. 

Aha, być może jak opykam temat URz, coś mi się w głowie urodzi i napiszę o innych historiach i zjawiskach na rynku prasy. Dlatego specjalnie na taką ewentualność dodałem nową kategorię blogową, pod którą będę publikował nudne grzmoty z cyferkami w środku. Gdyby ktoś więc nie miał życzenia obcować z taką abominacją, Analizy po godzinach może sobie śmiało wrzucić do kilfajla. Dziękuję za uwagę i do poczytania.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 19