To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony

Poza korporacją bywa życie

piątek, 18 września 2015
Jechałem we wtorek wzdłuż Świętokrzyskiej, ten nowy ddr jest dość sympatyczny. Na wysokości Emilki, tuż obok mnie upadł obrany z zielonej skorupki orzech. Spojrzałem w niebo, bo może to jakiś znak? Jedyny w zasięgu wzroku był znakiem drogowym. Siedziała na nim wrona, która rzucała tym orzechem o chodnik i próbowała go rozbić, tego orzecha, nie chodnik.

Jej próby tak mnie wzruszyły, że postanowiłem ptaku pomóc. Zaparkowałem rower dwa metry dalej, żeby jej nie spłoszyć, podszedłem powoli do znaku, wytłumaczyłem wronie, że nie przyszedłem tu na jumę tylko z pomocą, wyciągnąłem nóż i zacząłem łupać. Za dzieciaka natłukłem jakąś tonę orzechów włoskich, pamięć mięśniowa zadziałała i w minutę osiem orzech był obrany, pokawałkowany i usypany w kupkę. Kawałeczek rzuciłem wronie na ddr, żeby utwierdzić ją w przekonaniu, że tylko pomagam, skorupki odmiotłem na bok, wróciłem do roweru i obcinałem.

Najpierw się zastanawiała o co chodzi i gdzie jest orzech. Potem zorientowała się, że orzecha nie ma, ale to białe w brązowej skórce jest dobre. Następnie zaprosiła koleżankę albo kolegę na poczęstunek. Nad jednym tylko biedna nie była w stanie przejść do porządku dziennego. Nie kleiło jej się, że orzech jest już obrany, więc przyciskała kawałki łapą do ziemi i tłukła w nie dziobem, żeby się dostać do smacznej zawartości. Nie miałem serca jej przerywać i tłumaczyć, że potrawa jest gotowa do natychmiastowego spożycia i nie wymaga dodatkowych zabiegów, z instynktami ciężko się dyskutuje.

Strzeliłem trzy fotki, przysiadłem na chwilę, pokontemplowałem świat zwierząt i pojechałem do domu.

Tak mi się skojarzyło, bo i ja potrzebuję waszej pomocy. Może niekoniecznie musicie dla mnie obierać orzecha, wystarczy, że pokażecie mi gdzie jest.

Po dziesięciu latach rozeszły się drogi moje i Agory. W związku z czym szukam pracy. Mogę analizować prasę, radio, telewizję albo internety. Mogę pisać za hajs. Mogę paść kozy w Hiszpanii.

Więcej informacji na linkedin, gdzie występuję jako Radek Teklak.
No i fotki, nie?
Na dróżce. Rowerzyści mijali ją szerokim łukiem, żeby nie przeszkadzać w posiłku. 

I szeroki plan.
Z koleżanką. Albo kolegą.
środa, 03 grudnia 2014

Stałem wczoraj na Wileniaku, autobus nie podjeżdżał, obejrzałem sobie zatem dokładnie te nowe wiaty reklamowe, które udają przystanki. Pierwsza uwaga natury ogólnej - zaprojektował to ktoś, kto na pewno nie jeździ komunikacją miejską i nie ma pojęcia, jakie funkcje, oprócz reklamowych, powinna spełniać wiata przystankowa. To ładne, plastikowe gówno nadaje się wyłącznie do pokazywania na wystawach dizajnu i chwaleniu się w przekaziorach, bo na pewno nie do ochrony przed wiatrem, chłodem, deszczem czy śniegiem. No ale może po kolei. W załączniku wrzucam zdjęcie z numerkami, po kolei sprawy mają się tak:

1. (o, mam deja vu) Ta ścianka ma 1,20 metra od wspornika, co oznacza, że schronią się za nią trzy osoby. Wiecie, przed takimi rzadkimi w naszej strefie klimatycznej zdarzeniami pogodowymi jak przejmująco mroźny wiatr, zacinający deszcz, takie tam ewenementy aury. To jedyny plus tego czegoś. Szkoda tylko, że jak będzie padać, deszcz będzie się lał na plecy, bo daszek w bok jest nieprzedłużony (1A).

2. 40-50 cm od wspornika. Po co ten element frywolny, nie wiem. Nie można było dać takiego samego jak jedynka? Tutaj dla odmiany daszek 2A jest wyciągnięty po horyzont. Może na odwrót w fabryce zamontowali?

3. Ławka jest wysklepiona. Powtórzę: WYSKLEPIONA. Słusznie, wiata jest do reklam a nie od tego, żeby się ludziom wygodnie siedziało. Pomijam fakt, że oprócz tego, że jest WYSKLEPIONA, jest również wąska. I bardzo dobrze, bezdomni nie będą tam spać. Ja bym ją jeszcze pochylił. I najebał metalowych guzów. Łatwiej byłoby ją wtedy utrzymać w czystości. Również rasowej i klasowej.
Jedyny plus to zastosowany materiał - drewno się tak bardzo nie wyziębia, nie będzie go wpierdalać korozja, nie wytargają złomiarze. Ładnie zaimpregnowane, pociągnięte jakimś lakierem, nie zgnije zbyt szybko. Gdyby to jeszcze było wygodne, byłby drugi plus.

4. Taka szpara, żeby ludziom wpierdalał się deszcz i śnieg za kołnierze. Nawet sprawdziłem, bo wiecie, może od tyłu daszek jest na tyle długi, że zasłania szparę na tyle, że opad musiałby występować poziomy. Otóż nie, Przy niewielkim wietrze, woda albo śnieg będzie padać prosto na ludzi. Albo na ławkę. Po tym poznałem, że projektował to ktoś, kto nie umie podstawowych funkcji stawianych przed przystankiem.

5. Hit - szklany, przezroczysty dach. Życzę powodzenia latem. No ale przecież ekstrawaganckie oczekiwanie, że wiata ma dawać jakiś cień, to pewnie jest roszczeniowość i czepianie się detali. Przecież on jest taki ładny, ten daszek. A że w gorące dni będzie tam szklarnia? To już problem starych ludzi. Zresztą nie muszą wychodzić z domu i zajmować miejsca w autobusach, lepiej niech posiedzą w chłodzie i popatrzą w telewizor.

Wileniak, jak to Wileniak, rozkurw związany z metrem trwa cały czas, więc może się okazać, że do wiaty podłączą prąd i będzie się cokolwiek na niej świecić. Chwilowo jest pod nią ciemno. Na szczęście nikt nie zainstalował na niej rozkładów jazdy, więc nie ma kłopotu z czytaniem małych literek. Oraz cały czas liczę, że przynajmniej reklamy będą podświetlone. To wtedy i rozkład da się rozczytać.

Ładne, kompletnie niefunkcjonalne gówno w pazłotku. Wychodzi na to, że naprawdę najlepsze były te obleśne przystanki z aluminiowej trapezówki, z czasów gdy nad Wisłą prężnie wykuwał się kapitalizm. W sumie nie wiem czego oczekiwałem i dlaczego się łudziłem, że tym razem się uda. Ależ byłem naiwnym łosiem.



środa, 16 kwietnia 2014

Bieszczady, co to najlepiej w nie wyjechać jak życie nas wkurwia. Raz byłem. No, dwa. Pierwszy jeszcze w ogólniaku, na Polowej Zbiórce Harcerzy Starszych. A tak rozrywkowo, pojechałem ze dwie dekady później, na Sylwestra, do schroniska na Jaworzcu.

Z uwagi na fakt, że jak gdzieś się ruszę z grupą moich ziomów, to zachowujemy się jak najgorszy lumpenproletariat, ta wizyta nie mogła się jakoś bardzo różnić. I faktycznie, się nie różniła. Zjeżdżaliśmy się na raty, my drugiego dnia, dzięki czemu ominęła nas próba zagazowania schroniska przy pomocy paleniska w sali kominkowej, brutalne ataki na miejscowego celebrytana Rysia oraz próby podrywu pomocy kuchennej, niejakiej Ani. A, i awantura o lekko zakurzone sienniki. No dobra, na jednym czy dwóch wykryto ślady pawia.
Dość powiedzieć, że jak dobiliśmy na miejsce, większość pozostałych gości nas nienawidziła i jak się tak czasami zastanawiam, to sam bym nas znienawidził. Czas pobytu dzieliliśmy między spacery po górach...

Hahaha, ja się kiedyś sam wykończę ze śmiechu. Ja i góry. Ja, który na góry mówię pieszczotliwie kurwy. Ja, człowiek co prawda wyżyny ale płaskiej wyżyny. Ja, człowiek wody i lasu. Ja i spacery po górach...

No, więc te spacery po górach to i może ktoś z naszej ekipy uskuteczniał, my woleliśmy wódkę czystą wyborową pitą na obiekcie albo wino z kartonika pite pod sklepem. Tego dnia wybraliśmy sklep, w drodze do niego, pomogliśmy wypchnąć jakiś samochód z koleiny i on nas w podzięce obsypał od stóp do głów błotem i żwirem. Znaczy nie wiem czy ziomów ale mnie owszem, od stóp do głów. Dość powiedzieć, że jak już zeszliśmy pod ten sklep, to nie miałem ochoty na pomaganie bliźnim, bo jeden dobry uczynek, został już przykładnie i natychmiast ukarany.

Siedzimy pod sklepem, Major na stole, z którego zgarnął śnieg, Ryszard na wykuszu, parapecie tego sklepu, ja na ławce, a sklep, zważcie, to był taki klasyczny, gieesowski, wsiowy bunkier-blok. Beton, szare tynki, okratowane okno na całą ścianę, wąski korytarzyk na wejściu i pani Mariola czy też Jadwiga, niepodzielna królowa taniego wina i garmażu.

Ja, jak ten francuski piesek, piwo wziąłem. Ziomy wymyśliły, że wino marki wino z kartonika pite wprost, będzie najlepszym wyborem świata. No i tak siedzimy i pijemy. Major w futrzanej czapce uchance, ale takiej fest sobole, chociaż prawdopodobnie sztuczne, ja w czarnej bawełniance, w typie tych, w jakich duzi kolesie chodzą po spacerniaku, Rychu z gołą głową, bo Major mu zajebał uchankę. Wyglądaliśmy ubogo ale chędogo, konkretnie jak lekko pierdolnięci turyści ale gdybyśmy mieli waciaki, zupełnie nie różnilibyśmy się od miejscowych.
Ogólnie jest taki relaks, za który bogaci ludzie płacą 7k złotych od twarzy, a potem lądują w hotelu, w którym za jedną ścianą, przez dwa tygodnie wyje im półroczne dziecko, a za drugą, wyje im para, najwidoczniej na dwutygodniu miodowym. A myśmy mieli las, góry, połoniny, kawałek ławki do przycupnięcia, trochę alkoholu do osuszenia, paczkę fajek, zen wyjebane i relaks. Ale taki, że mało tam nie zemdlałem z rozkoszy. Tylko w dziczy możliwy jest taki relaks.

Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, podchodzi do nas smolarz i zagaja rozmowę. No to rozmawiajmy. Co pan tu robi, po co i kiedy pan tu przyjechał, no bez jaj, jaki pan, przejdźmy na ty, Mieczysław jestem albo jakoś tak. Gawędzimy w najlepsze gdy za naszymi plecami przemyka van, chyba nawet Kia Carnivale, próbuje wziąć zakręt i wpierdala się tylnym prawym kołem do rowu. Kierowca piłuje gaz, spod koła wydobywa się obłok plazmy, która powstała w wyniku tarcia o żwir, bo śnieg już się dawno stopił, ogólna kurzawa i nie dzieje się zupełnie nic.

Z samochodu wysypuje się grupa eleganckich, pięknych młodzieńców w kolorowych kostiumach narciarskich i zaczynają wypychać vana z rowu. Ale czy to dzień poprzedni był intensywny, czy się wycieńczyli już tego dnia na stoku (są w ogóle stoki narciarskie w Bieszczadach? Może zabłądzili?), no fakty są takie, że im nie szło.

Obraca się do mnie ten smolarz i mówi 'e, ty, byku, taki wielki jesteś, dlaczego im nie pomożesz'. Pamiętacie ten samochód, co mnie dwie godziny wcześniej zajebał żwirem po gałkach i błotem po klacie? No ale co będę typowi jaśnił. Podnoszę się, podchodzę do tego vana, bo on był całkiem blisko w tym rowie, retorycznie pytam 'pomóc', rozsuwam trochę eleganckich, pięknych młodzieńców w kolorowych kostiumach narciarskich, opieram się o tylny prawy słupek lewą, słabszą, ręką, popycham i samochód majestatycznie i totalnie w zwolnionym tempie, wyjeżdża z rowu.

Odprowadzany zdumionymi spojrzeniami eleganckich, pięknych młodzieńców w kolorowych kostiumach narciarskich, rzucam nonszalancko 'nie ma za co' i oddalam się w kierunku zachodzącego słońca i sklepu, bo zostało mi jeszcze najbidniej pół browara.

Kumple patrzą na mnie z półuśmiechami i minami dzieciątka Jezus i chyba nawet któryś się mnie zapytał jak to zrobiłem. Natomiast chuj z kumplami, znaczy kocham ich ale w tej narracji ważny jest pan smolarz. Gdyż patrzy na mnie i nic nie mówi a ja się zastanawiam, czy może przewiniłem jeżeli chodzi o bieszczadzki sawuarwiwr i on mnie zaraz zacznie workiem węgla drzewnego napierdalać w usto bolesne. Nic z tych rzeczy. On się w pewnym momencie odzywa słowami, które zabrzmiały w moich uszach niczym chóry anielskie, bo wiecie, zaimponować smolarzowi z Bieszczad to jest jednak coś.
'E, ty, byku. We dwóch, to byśmy, kurwa, lokomotywę przenieśli'.
A góry, milcząc, patrzyły na tę scenę mojego triumfu, lekko się uśmiechając.

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Kolejny Woodstock za mną i po raz kolejny czuję prawie wyłącznie pozytywne emocje. W tym roku w roli głównej wystąpiła Pani Temperatura OVER 40C, przez co do godziny 19-20 nawet nie próbowaliśmy wychylać nosa poza altankę ogrodową, która stała pomiędzy naszymi namiotami (najlepszy pomysł evar, za rok pewnie zabronią ale już mamy sposób, tak wyprzedzająco) tudzież namiot piwny na polu namiotowym. Wyjątek zrobiliśmy tylko dla Atari Teenage Riot i bardzo dobrze, bo to był pierwszy koncert Woodstocku, na którym dostałem z emocji dreszczy i gęsiej skórki oraz włosy stanęły mi dęba na całym ciele, co mieli okazję zaobserwować moi znajomi z ekipy. ATR nie znam. Znaczy słyszałem, że istnieje ale nie słuchałem. Ale jak w pewnym momencie docisnęli tempo, to nie było co ze mnie zbierać. Koncert bardzo dobry. Do tego dołożyliśmy Analogsów, Ugly Kid Joe (poszedłem na niego głównie dlatego, że chciałem usłyszeć Cat in the cradle na żywo), Gooral&Mazowsze, Happysad (skład mi się wykruszył, bo to nie ich nuta ale ja sobie zostałem i doznałem bardzo udanego czilautu). Co tam dalej? W piątek Yelram (nasi sąsiedzi z pola namiotowego, którym pierwszego dnia obiecałem, że pójdę i poszedłem), Anthrax i Danko Jones oraz końcówka Leniwca. W sobotę zaś kawałek Leningradu, Soja i prawie Blade Loki. O tym dlaczego prawie za chwilę, wcześniej zaś o zespołach, których nie znałem a które zamiotły publicznością tak, że nie mam pytań.

Po pierwsze Gooral&Mazowsze. Góralskiej muzyki nie znoszę, folklor też nie jest moją estetyką. Ale wystarczyło dodać do tych kawałków bardziej nowoczesny bit (który nie gwałcił oryginału ale go uzupełniał), beatboxerów i trochę przeszkadzajek, by uzyskać tak nową jakość, że mnie zgniotło. Kolejne potwierdzenie tezy, że na Woodstocku może zagrać każdy, niezależnie od prezentowanej muzyki. No bo dajcie spokój, górale a do tego zespół pieśni i tańca? A tu wyszło absolutne mistrzostwo, które pozostawiło mnie ze szczęką na jajach. Dosłownie.

Wyżyny doskonałości i kontaktu z publicznością odnotował Danko Jones. W życiu o ziomku nie słyszałem ale on się tym zupełnie nie przejmując, wyszedł i zaczął napierdalać z torped we wszystkich kierunkach tak, że zbierałem szczękę już nie z jajec a z podłogi. Przypomniał mi podobne zaskoczenie sprzed dwóch lat, które stało się moim udziałem w trakcie koncertu Skindred. Do tego gość przyswoił sobie wewnętrznego mema woodstockowego i jak krzyknął ze sceny 'Zaraz będzie ciemno', publiczność zgotowała mu jeszcze gorętsze owacje oraz oczywiście kazała mu się zamknąć.

I byłby to najlepszy koncert na tegorocznym Woodstocku gdyby nie jeden mały detal. Otóż w sobotę, po Leningradzie i Soja, trochę się nakręciłem, zwłaszcza końcówką Leningradu, który się mocno rozbujał oraz bodaj ostatnim numerem Soja, zespołu, który gra reggae z mocniejszymi wstawkami. Oraz mają bębny, które tłukły pod koniec tak, że trochę nie mogłem ustać w miejscu oraz wydawałem z siebie bardzo nieludzkie dźwięki. Jak zakończyli, to nogi dalej same mi chodziły. W drodze do wioski Kriszny, gdzie miały za chwilę zacząć grać Blade Loki, przyczaiłem kolesia z mikrofonem, któremu towarzyszyło dwóch bębniarzy. Stali obok słupa, na którym zawiesili kolumienkę głośnikową i coś sobie grali. Zatrzymałem się na minutę, przeszedłem pod namiot Krisznowców po czym powiedziałem grupie, że idę do tego typa od Hari Hari ale zaraz wracam. To był ostatni raz jak znajomi mnie widzieli tego dnia.
Bo nagle stało się coś, czego nie potrafię sobie wyjaśnić - od godziny 23:10 do 3:00-3:20 staliśmy kilkunasto/dziesięcioosobową grupą w kółku i razem z tym ziomem i jego dwoma bębenkowcami, śpiewaliśmy Haribol, Goranga aka Gauranga i coś jeszcze, czego nie zapamiętałem. Od mantry śpiewanej w rytmie reggae same chodziły nam nogi, bo nawet kompletny kloc po trzech minutach zaczynał się kiwać. Od bardzo prostego, trochę drapieżnego rytmu bębenków, takich w typie djembe, wiecie, robiło mi się coś z włosami na rękach i rytmem serca w klatce piersiowej. Nikt by mnie wtedy nie poznał, bo po pierwsze miałem dresy, okulary i kreski na oczach, a po drugie ze statecznego Pana Analityka nie pozostało nic oprócz ryku narastającego w płucach. Zatraciłem się w tym rytmie i w tym śpiewie tak bardzo, że nie pamiętam kiedy te 4 godziny minęły. Gdzieś mi się czas rozlał przez palce ale nie tak, że pstryk jedenasta, pstryk trzecia. O nie, każdą minutę mi wyciągnęło a nie skróciło. I to był dla mnie zdecydowanie najpiękniejszy moment Woodstocku. Takiego zadowolenia, uwolnienia się od zmartwień i oczyszczenia głowy, choćby na 4 godziny, życzę wszystkim a głos się za kilka dni zregeneruje. Tak, zdecydowanie odleciałem na Paragwaj, albo nawet byle gdzie, grunt, że też z kolorami.
Do tego oczywiście wszystko to, o czym pisałem w tej notce.

Co z minusów? Przede wszystkim temperatura, przez którą nie odważyłem się pójść na przykład na Ametrię, która grała o 15, bo o 15 w słońcu było ponad 40 stopni. Z drugiej strony, to dzięki nieludzkim upałom panującym nawet po zmierzchu, zawiązaliśmy Grupę Rekonstrukcyjną Szukaj Wiatru W Polu. Więc jak ktoś z was przyczaił kilku przygłupów, którzy wyciągali ręce do nieba, zmieniali pozycje tych rąk co kilka sekund i najdalej po pół minucie przestawali, to nie był to żaden pojebany flash-mob tylko my, łowiący najlżejsze podmuchy wiatru. Pierwotnie myślałem, żeby nazwać się Grupa Rekonstrukcyjna Laokoona ale okazało się, że nie stać nas na węże i pomysł zarzuciliśmy.
Wyjątkowo męczące były komary-mutanty, których ukąszenia swędziały godzinami a jednej z koleżanek, po ukąszeniu, bąbel rozlał się na pół pośladka, z tym że nie widzieliśmy dowodów więc nie potwierdzę. Mnie zrypały bez dania racji, rozdrapane nogi bolą do tej pory.
Fatalna organizacja toi-kampu, bo to co zrobili w tym roku, to żenada i skandal ale to materiał na inny wpis.
Co jeszcze? Jak co roku zapach przy tojkach oraz wszechobecny kurz, dzięki któremu mam wrażenie jakbym przez te cztery dni zjadł cegłę w kawałkach. Oraz ogrodzili kontener naprzeciwko sceny a to przecież było miejsce ciekawych spotkań towarzyskich. Jasne, był to też matecznik koszmaru olfaktorycznego ale przecież nie bądźmy drobiazgowi.
No i najważniejsze - zdecydowanie największym przegięciem pały było skasowanie schabowych z oferty wioski żywnościowej. Ubiegłoroczne, z niezłymi ziemniakami i niejadalną surówką, za 13 ziko, perfekcyjnie uzupełniały nasz jadłospis. W sumie to głównie tym się żywiliśmy. W tym roku schabowych nie było i musiałem zadowolić się ziemniakami z kiełbą, zapieksami oraz karkówką w chlebie. Do tej pory nie wiem, jak to przeżyłem.

No dobra, żartowałem. Największym przegięciem pały był brak dwójki naszych znajomych, za którymi bardzo tęskniliśmy. Kolega dojechać nie mógł ale na koleżankę bardzo liczyliśmy, bo do końca była szansa. Nie wyszło teraz, wyjdzie za rok.

Dobra, czepiam się oczywiście na siłę. Kolejna świetna edycja, mam na co czekać. Bo oczywiście, że do zobaczenia za rok.

wtorek, 07 sierpnia 2012

To był dopiero drugi wypad na Woodstock ale wiem, że jeżeli będzie chociaż cień składu, będę tam wracał do końca istnienia tej imprezy. W punktach.

KLIMAT

To miła odmiana. Żyję w kraju, w którym eksperyment polegający na uśmiechaniu się do ludzi w metrze, musiałem zarzucić bodaj po tygodniu, bo ci reagowali ucieczką. I nawet nie chodzi o mnie, chodzi o ogólną tendencję, polegającą na tym, że ludzie patrzą na siebie bykiem. A tutaj niespodzianka, skład uśmiechnięty, większość ludzi zadowolona z życia, imprezy, czegokolwiek, odzywają się do ciebie tak po prostu, nikt się nie spina, wyjebka, luz, miłość i opar sympatyczności.
Nie wiem jak to opisywać, bo żeby zrozumieć, trzeba tu przyjechać i samemu to poczuć. Mnie te 4 dni ładują pozytywnie na bardzo długo.

PRZEPISY BHP

Poza banem na mocniejsze alkohole, na Woodstocku nie ma żadnych zakazów. Można sobie przynieść wszędzie własne piwo, własną wodę czy własne wino. Dodatkowo ten znarkotyzowany, brudny i pijany tłum ogarnia sytuację na tyle, że przez 3 dni widziałem JEDNĄ rozbitą szklaną butelkę a wszystkie plastiki były wyrzucane bez zakrętek. I nie trzeba do tego żadnych służb, pomimo zezwolenia na praktycznie wszystko, ludzie sami potrafią się ogarnąć. Dziwne.

KREW POD SCENĄ

Nikt nikomu nie zabrania niczego, dzięki czemu pod sceną trwa w najlepsze pogo, odbywają się liczne eventy typu ściana śmierci czy crowd surfing, no i w ogóle jest jakaś masakra i koszmar każdego organizatora. Do tego bez barierek. I nie ma tragedii, wszyscy, którzy chcą idą młynować i się świetnie bawią. A ci, którzy nie chcą, siadają po emerycku na glebie i tupią sobie nóżką, bawiąc się równie świetnie. A to zdjęcie wyrazi więcej niż 1000 moich zużytych słów - pierwszy dzień festiwalu.

ŻYJECIE TAM JAK ZWIERZĘTA

Dla ludzi, których ogranicza budżet, jest darmowe miejsce do rozbicia namiotu. Do tego darmowe tojki i darmowe krany, do których dokręca się słuchawkę prysznicową i myjesz się bez problemu, chociaż w zimnym. Do jedzenia kupujesz, chleb, margarynę, parówki, dżem i serek topiony, z alko Harnasia w promo i masz imprezę za dwie stówki. I od razu powiem, że teraz już bym się nie zdecydował na taką opcję, bo nie lubię jak mi ktoś chodzi po głowie nocą i staram się jeść przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie, ale 10 lat temu nie miałbym z tym problemu, bo nie na takich polach się sypiało za młodu. Tak, jak byłem młody, spędzałem wakacje jak zwierzę - pod namiotem.
Na szczęście dla burżuazji, którą stać, żeby zapłacić trzy dyszki za dobę, organizowane jest zamknięte pole, w którym jest ciut spokojniej, można się wysrać w porcelanę i wziąć normalny prysznic. Wszelkie opowieści o tym, że nie jadę na Brudstock, bo nie będę się mógł umyć, oznaczają ściemniacza, który nie pojedzie na Woodstock nawet jak mu obok zbudują hotel i tylko tak sobie gawędzi, żeby wyjść na higienicznego, limitowanego buntownika. Albo coś takiego.

MUZYKA

Woodstock to niesamowite miejsce. Rok temu najlepszy koncert dała kapela, którą znałem z jednego kawałka na tubie, i tylko dlatego, że chciałem skojarzyć, z czym będę miał do czynienia. Skindred wyszedł na scenę i z partyzanta pierdolnął w nas taką serię, że długo jeszcze nie mogliśmy się pozbierać a mi uśmiech nie schodził z twarzy jeszcze ze 2 godziny po koncercie.
W tym roku każdy czekał na swoje gwiazdy, ja cieszyłem się na Ministry, Sabaton, Darkness, Luxtorpedę (którą przegapiłem rok temu), Analogsów a w bonusie Vavamuffin[1].
I teraz wyobrażam sobie, że wychodzi taki zespół na scenę główną, patrzy przed siebie i widzi ludzi po horyzont. No, konkretnie do linii drzew, czyli kilkaset metrów głów. Plus tyle samo po każdym z boków. Jeżeli ma w sobie choćby 1 procent profesjonalizmu, zagra jeden z dziesięciu najlepszych koncertów w swojej karierze, no bo jak często zdarza się w życiu grać dla półmilionowej publiczności?
A ty później stoisz z otwartymi ustami, ślina leje ci się spomiędzy nich i jesteś w szoku, że w ciągu 5 godzin, to trzeci najlepszy koncert, na jakim byłeś w życiu[2].
Pragnę również dodać, że bardzo dobrą zabawę miałem znowu przy kompletnym fuksie. Zespołu Shantel nie kojarzyłem, dopóki nie zagrali 'Disko Partizani'. Jak się ten kawałek skończył, dalej ich nie kojarzyłem. Dali ponaddwugodzinny koncert, na którym, pomimo absurdalnie późnej pory, bawiło się na oko około 80-100 tysięcy osób. Ale pył był taki, że mogłem się omylić.
Tak, tutaj nawet kompletnie egzotyczna kapela ma szansę spacyfikować publiczność, zostać szeptaną gwiazdą imprezy i przebić nawet Prodigy. A stare klasyki mogą odzyskać swoje brzmienie, otrząsnąć się z formaliny i ponieść publikę do zabawy jak za dawnych, dobrych czasów.
Wiecie jakie to fajne uczucie, uczestniczyć w czymś takim?

TANIE WZRUSZENIA DLA KAŻDEGO

Serce mi rośnie, jak widzę setki wolontariuszy, ogarniających imprezę. Są wszędzie, wiedzą wszystko i zasuwają za darmo po to, żeby inni mogli się dobrze bawić. Czuję ciepło w sercu gdy widzę pięćdziesięcioletniego pana, który wiąże na głowie bandanę, wsuwa na plecy spłowiałą kurtkę z metalowymi naszywkami i idzie się bawić razem z ludźmi, którzy są w wieku jego dzieci. I nikt nie komentuje 'o, stary się poczuł luźny raz do roku i się wygłupia'. I mam ciary na plecach i łzy w oczach gdy widzę kolejny zespół, który nie wierzy co się przed jego oczami wyprawia gdyż widownia postanowiła mu zrobić niespodziankę. Albo organizatorzy. Rok temu 700 tysięcy osób podskoczyło równocześnie na koncercie Prodigy i było to coś, co pewnie dane mi będzie zobaczyć raz w życiu. Zespołowi również. W tym roku na Sabatonie, który kręcił koncertowe DVD, pod scenę wjechała wielka flaga Polski. A potem, po kawałku 40:1, publiczność podziękowała zespołowi śpiewając Mazurek Dąbrowskiego.
Gdyby mi ktoś powiedział, że przy hymnie uronię łzę i urośnie mi gula w gardle, wyśmiałbym go. Zresztą tanie wzruszenia dopadły nie tylko mnie, wokaliście też się spociły oczy.
Nawet cynik potrzebuje od czasu do czasu ludzkiego odruchu. Najłatwiej mi o niego na Woodstocku.

UPDATE
Dzisiaj znalazłem to zdjęcie, też powie więcej niż 1000 słów. Gra Sabaton[3].

NARKOMANI, DZIWKI I ZŁODZIEJE

Wiadomo, nie dość, że brudno, to niebezpiecznie. Wąchają trawkę, dają dupy za konserwę i kradną z namiotów oraz kieszonek. No bo trudno sobie wyobrazić, żeby w półmilionowym tłumie, składającym się głównie z patologii, nie działy się rzeczy, przy których Kambodża to Kansas. Rok temu widziałem jednego pobitego kolesia, w tym roku, oprócz opatrunków na rany poniesione ewidentnie pod sceną, nie dostrzegłem żadnych śladów przemocy. W sensie na twarzach ofiar. Wróć, jedna z dziewczyn z Patrolu miała opuchliznę pod prawym okiem, nie pytałem skąd się wzięła. Strzykawką mnie nikt nie straszył, o drobne i papierosy prosili grzecznie, upierdliwość w stanach praktycznie do zniesienia (oprócz kilku akcji, przy których nawet Dalaj Lama by się lekko zirytował). Upapranych dziwek, posuwanych w kolejarza nie widziałem ale może się jakoś przemyślnie ukryły. I niczego mi nie ukradziono, pomimo tego, że namioty i różne rzeczy zostawialiśmy niestrzeżone, nic tylko brać. No ale co komu z anegdoty, jak zawsze można skontrować 'a bo mojego znajomego skłuli strzykawką, zgwałcili przy tojkach, ukradli mu konserwę i nasrali w namiocie'. Oddam głos policji, posłuchajcie ich kłamstw dotyczących festiwalowych niebezpieczeństw.
Policja nie miała wielu powodów do poważnych interwencji. W czasie działań odnotowano w sumie: 55 kradzieży, 25 przypadków posiadania narkotyków, 7 przypadków uszkodzenia mienia, 1 znieważenie. Policjanci zatrzymali też 7 nietrzeźwych kierujących i kilka osób posługujących się cudzymi dokumentami. Pomimo olbrzymiej ilości zmotoryzowanych odnotowano tylko 1 wypadek drogowy. Najpoważniejszym wydarzeniem był niefortunny skok młodego mężczyzny do rzeki Warty. Dzięki szybkiej pomocy służb został on sprowadzony na brzeg i przetransportowany śmigłowcem do szpitala. To był kolejny bardzo spokojny Woodstock - ocenił rzecznik lubuskiej policji, Sławomir Konieczny.
Jak widać ludzie na Woodstocku są tak znarkotyzowani i pijani, że nie potrafią wykręcić żadnej sensownej statystyki. Co za banda bez kręgosłupa moralnego.

BŁOTO, WSZĘDZIE BŁOTO

To lajtmotiv wszystkich tekstów nieprzychylnych imprezie. Taplają się w błocie jak świnie a potem chodzą brudni, jak świnie. To nie ludzie, to świnie. Więc ja może wyjaśnię. Nie ma obowiązku kąpieli błotnych, bawią się w to tylko ci, którzy chcą. Niewielu chodzi ubłoconych, bo większość ludzi po błocie, idzie się umyć. I dlaczego takie emocje wzbudza coś, co w każdym jednym spa, przechodzi bez echa. Nikt się nie ekscytuje, że bizneswomen się brudzi i jeszcze za to płaci. A tu oburzenie i moralna panika.
Oczywiście w tym roku mieliśmy trochę hardkorowo, bo w sobotę nad festiwal przyszła burza, powiedziała 'siema' i jak nie pierdolnęło. Normalnie jakby ktoś w gwizdek zadął. Staliśmy wtedy w kolejce do bankomatu więc załapaliśmy się na komplet rozrywek - burza, kałuże, błoto, jeszcze więcej kałuż, trochę więcej błota oraz upalne słońce i gnilny opar, który zaczął się podnosić z tych kałuż w 5 minut po zakończeniu burzy. No ale ciężko mieć pretensje do organizatorów za to, że deszcz zalał teren festiwalu, który składa się w większości z, uwaga, ziemi.
A jak ktoś nie potrafi trafić butem w przeschnięte i ciągiem wdeptuje w błoto, pretensje może mieć tylko do swojego błędnika.

NIE ZAWSZE JEST KAWIOR

Jasne, są też minusy. W niektórych miejscach śmierdzi moczem infernalnie. Opady powodują zabłocenie większości terenu i zazwyczaj z koncertu wraca się lekko przykurzonym. Jak jest sucho, pod sceną okrutnie się pyli i bez arafaty przewiązanej na twarzy, nie podchodź. Impreza trwa 24 godziny na dobę więc czasami ciężko się śpi. Do wszystkiego kolejki, punkt gastronomiczny daleko od płatnego pola (ale za to za zajebistego schabowego z młodymi ziemniakami, płaciliśmy 13 ziko, ogólnie jedzenie w cenach barowych), im później, tym więcej pijanych się pałęta, chociaż praktycznie nikt nie szuka dymu. Jak nie chce ci się targać swojego alkoholu, to masz piwo wyłącznie sponsorskie, a nie każdemu leży Carlsberg. Tylko 3 bankomaty na całej imprezie. I tylko jednego Lidla na terenie festiwalu rozstawiają. Im bliżej sceny, tym bardziej robi się gwałtownie, więc jak boisz się pogo, zostań pod lasem. I muzyka gra głośno. Niewygodnie śpi się na ziemi, nawet na dmuchanym materacu. Pod namiotem wcześnie robi się gorąco, bo na polu namiotowym nie ma cienia - organizatorzy nie zadbali o rozdawanie parasoli barowych albo sztucznych drzew. I ogólnie jest słabo. W zasadzie im dłużej się zastanawiam, tym bardziej nie wiem po co tam jeżdżę. Przecież w tym roku przez 4 dni imprezy, spałem w sumie 10 godzin i dwa razy poparzyło mnie słońce, a to nie jest dobre dla starszego pana. Muszę się zastanowić nad sensem tej mordęgi, bo nie mogę płacić tak wysokiej ceny, tylko po to, żeby znowu się poczuć trochę młodziej.

Do zobaczenia za rok.

[1] Machine Head widziałem w Chorzowie przed Metallicą więc jakiegoś konkretnego podjaru nie czułem.
[2] Dodaję frazę objaśniającą - trochę przesadziłem, to drugi najlepszy koncert, na jakim byłeś w życiu.
[3] Zachęcam do komentarzy 'OMG Monako/Indonezja, lol'.

piątek, 16 grudnia 2011

To dziwny kawałek. Bardzo nie chciałem go napisać. Ale musiałem go napisać. Z pełną świadomością, że to nie moja estetyka i nie potrafię. Trudno, czasami facet oddaje się sprawie beznadziejnej z pełną świadomością tego, że przegra. To chyba wina testosteronu.

Brzeg majaczył coraz bardziej niewyraźny a mi w głowie urodziła się taka myśl, która była zgęstkiem, od którego zaczęły się moje nocne loty w głąb głowy. Pomyślałem sobie otóż, że Gran Canaria, Teneryfa czy Lanzerote to żaden bajer, bo można sobie wykupić wczasy all inclusive, przelecieć się samolotem i spędzić 2 tygodnie na basenie, sączyć drinki z palmą, czytać historie Kolumba, Magellana czy Da Gamy i, gapiąc się w ocean, zazdrościć tym, którzy jednak. Ale mają dla mnie specjalne znaczenie, bo ja tutaj dopłynąłem. Jasne, na razie mały kawałeczek trasy dopiero zrealizowany ale zrobiłem to. Ja. Sam. Własnoręcznie. Gdzieś ta myśl cały czas we mnie kiełkowała, czy to w trakcie robienia notatek, czy to podczas kolacji.
A potem stały się dwie rzeczy naraz. Najpierw zapadła bezksiężycowa, pełna gwiazd noc, a powiem wam, że taka noc na oceanie to jest przeżycie ekstatyczne. A potem dotarło do mnie, że przede mną 360 mil samotności, bo chociaż obok mnie była cała załoga, to musiałem gdzieś się schować na tej małej przestrzeni. I nagle coś mi w środku się zerwało, pękło i wpadłem w stan, którego nie jestem w stanie odtworzyć w normalnych warunkach dnia codziennego. Z jednej strony absolutny zachwyt, który nie daje się ujarzmić słowami, bo próba opisania tego co się wtedy dzieje w człowieku jest skazana na niepowodzenie. A z drugiej potworny, paraliżujący strach. Strach spowodowany świadomością wszystkiego - 360 mil, najbliższy ląd pod nami, dokoła ocean, który nawet nie zauważy jak nas zabije, ogłuszająca cisza, bo w pewnym oddaleniu nie słychać odgłosu silnika. I ta ciemność, w którą wpływasz, zostawiając za sobą ostatnie, blaknące światła z wyspy, zaczyna cię pożerać całego, przechodzi przez ciebie na wylot a ty zaczynasz się trząść i nie wiesz dlaczego bo przecież nie z zimna. I jak już chcesz zacząć krzyczeć tym krzykiem od którego pękają struny głosowe i który jest biletem do Arkham Asylum, coś ci się robi w głowie i czujesz takie ukojenie, że mógłbyś w tym momencie umrzeć. Wszystkie rzeczy stają się proste, opinasz się szelkami i pasem asekuracyjnym, który jest w tej chwili twoją matką, ojcem, żoną, kochanką i najlepszym przyjacielem, bo tylko on mocuje cię do jedynego kawałka lądu, daje pewność, ochronę i spokój. A potem znikąd pojawia się nad horyzontem czerwony księżyc i czujesz jak ci się gardło ściska znowu ze strachu. Mózg pompowany najstarszym znanym człowiekowi paliwem wchodzi na takie obroty, że gdybyś tylko chciał, gdybyś tylko potrafił, to wyrzygałbyś z siebie taki strumień świadomości, że stawialiby twoją książkę obok Joyce'a. I nie możesz przestać, zalewa cię to, cały czas i bez przerwy, że boisz się, że utoniesz w tym wszystkim i nikt ci nie pomoże, bo jesteśmy tu razem ale każdy osobno. I wolisz przebiec Maraton Nowojorski niż trwać w takim stanie jeszcze choćby przez kwadrans, bo zaczynają skądś wyłazić rzeczy dawno zabite, zapomniane, zepchnięte do miejsc odległych i przywalone kamieniami. I znowu dowiadujesz się o sobie nowych rzeczy, których wcale nie chcesz wiedzieć. Albo bardzo się cieszysz, że się o nich dowiedziałeś. I trwa ten obłędny diabelski młyn w twojej głowie i nie masz się czego przytrzymać, i wszystko wiruje tak, że aż czujesz zawroty głowy i dziwny smak w ustach, taki jak po bardzo mocnym upadku albo uderzeniu w twarz, nie wiesz ile tego jeszcze wytrzymasz, bo ten diabelski korowód nie chce się skończyć. Zaczynasz się zastanawiać dlaczego sam sobie tak bardzo podpadłeś, bo przecież jesteś ze sobą pogodzony i nie rozumiesz dlaczego twoja głowa tak ci robi. Próbujesz odnaleźć swoje starannie od wielu lat pielęgnowane zen ale nie możesz bo ono gdzieś z tego strachu pierzchło a bez niego czujesz się nagi i bezbronny. Stres coraz większy, zaczyna cisnąć w skroniach i teraz już na pewno wiesz, że jak czegoś nie zrobisz, to zamienisz się w nieprzydatną, wyżętą ludzką ścierkę a przecież za 4 godziny twoja wachta i los załogi w twoich rękach a nie ich. No to bierzesz się w garść, otrząsasz ze wszystkiego, zapalasz papierosa, wystawiasz twarz na wiatr, po 5 minutach wychodzi to wszystko z ciebie. I nagle zdajesz sobie sprawę, że to była najpiękniejsza rzecz jaka ci się zdarzyła od wielu lat. Dawno nie czułeś się tak żywy, tak prawdziwy, tak namacalnie rzeczywisty. Dociera do ciebie, że tego co przed chwilą przeżyłeś nie kupisz na żadnej kozetce u fachowca z dyplomem. I że go wcale nie potrzebujesz, bo nikt ci nigdy nie da lepszego oczyszczenia niż ty sam a wszyscy, którzy twierdzą inaczej, nie wiedzą tego, czego ty się dowiedziałeś przez ostatnie 2 godziny.
Wszystko zawdzięczam jednej osobie, jednej bardzo specjalnej i wyjątkowej osobie, której dawno temu udało się wyciągnąć mnie na morze i miłość do tego morza zaszczepić. Bez niej bym tego nie przeżył. Szkoda, że nie mogę jej tego opowiedzieć osobiście, przynajmniej mogłem to dla niej napisać. Trzymaj się Ailen, gdziekolwiek jesteś.

Skuliłem się w kłębek na pokładzie i zapadłem w krótki sen. Odcięliśmy 16 mil. Za 3 godziny moja wachta. Zaczynała się moja afrykańska przygoda.

piątek, 02 grudnia 2011

Ekhem... Czy ktoś tu jeszcze jest, czy może wszyscy goście opuścili imprezę? W ramach przeprosin przynoszę obrazek.

Widzicie, długa przerwa w notkach z rejsu wzięła się stąd, że pisanie o ciepłych krajach podczas upałów nie ma sensu, bo wszyscy albo siedzą w Polsce, gdzie w czerwcu było gorąco albo pojechali na wczasy, w jeszcze większe upały niż moje marne +30. A tak zimą będziecie mogli się w żarze tych notek trochę zagrzać. Oraz uważam, że pisanie o skwarze, słońcu i oceanu lazurze w momencie, w którym mrok, ziąb, chujnia sukinkot, choć suchy, jest całkiem udaną próbą trollingu.

A więc dzisiaj krótko o Lanzarote (w dalszej części tekstu jako L.) i może, jak będę miał czas i natchnienie, skrobnę coś o przelocie do Maroko. Ale nie obiecuję. L. to bardzo malownicza wyspa, składająca się ze skał wulkanicznych, żwiru, pięknych widoków, kilku dodatkowych kawałków żwiru, zmęczonej mewy i tysiąca palm w jednym miejscu. Na końcu drogi jest również Sammath-Naur. Jak już doszliśmy do siebie po porannym odstresie alkoholowym, wbiliśmy w samochody i ruszyliśmy na podbój wyspy. Plany były napięte, na szczęście udało nam się nie wejść w tryb turysta-berserker i zwyciężył luz i wyjebka.

Trochę mieliśmy na początku problemów, żeby ustalić wspólną marszrutę więc odpaliliśmy zajęcia w podgrupach. Na początku jakieś wodogrzmoty gdzie fale pod sufit. Ale nie na fale patrzyłem, bo wbiliśmy centralnie w środek jakiejś sesji fotograficznej. Och jakże kląłem zepsuty wyświetlacz. Potem okazało się, że nieopodal jest cała seria atrakcyjnych, wygasłych wulkanów. Zapewne przeżywałbym ten trip pełniej gdyby nie to, że było wąsko, stromo i ze stresu mnie mdliło. A kierowca autobusu, znający pewnie trasę na pamięć, jechał z iście ułańską fantazją. Wulkanów nie pamiętam ale było zajebiście. Krótki rzut oka w przewodnik w poszukiwaniu nadchodzących atrakcji skierował nas w lewo. Nie, zaraz, zawracaj, w prawo a dopiero potem w lewo. A może na odwrót. Kierowca i jego pilot byli tak hilaryjni, że mało sobie dupy nie odeśmiałem. A potem do głosu doszły nasze żołądki i doszliśmy do wniosku, że warto...

Opierdolić coś na ciepło. I tutaj już się nie obcyndalaliśmy tylko polecieliśmy taką kliszą, że nikt by nawet nie chciał jej umieścić w Wielkim Zbiorze Klisz i Schematów Na Każdą Okazję. Knajpa z tarasem. Przy plaży. 50 metrów od brzegu oceanu. Praktycznie do wszystkiego, co żyje w morzu, czuję głównie obrzydzenie. Do niewielu rzeczy obojętność. Kocham tylko śledzia w occie albo w śmietanie. Poza tym czułem, że branie w tej sytuacji ryby, strąci tę scenkę do składu scen, których nie użyłby nawet Ed Wood. Wziąłem kurczaka i zagapiłem się w wodę. To był jeden z pierwszych stuporów, w które przez resztę rejsu wprawiał mnie Atlantyk. Zawodowy hipnotyzer się przy nim chowa. Tak mi się ta terapia spodobała, że...

Doszedłem do wniosku, że to jest ten moment, w którym trzeba w końcu zmoczyć nogi w oceanie na poważnie. Najpierw zastrzeliłem Araba a potem stanąłem w wodzie i zacząłem kontemplować landszaft. 3 minuty później wybudziłem się z kolejnej krótkiej śpiączki i stwierdziłem, że to dopiero 4 dzień a wyjazd już mi się zwrócił dwukrotnie. Bo widzicie, poczułem nagle, że w tym miejscu wypłynęło ze mnie całe gówno, które się do mnie od ostatniego urlopu przyczepiło a jego miejsce zajęła czysta woda. Owszem, tą myśl ukradłem Alexowi ale po co mam wyważać otwarte drzwi? Po jakichś 100 godzinach relaksu strzepnęliśmy piach ze stóp, dokupiliśmy piwa i stwierdziliśmy, że czas zobaczyć...

Las. Konkretnie las palmas. Fantastyczny widok, miasto tysiąca palm wyglądało jak z rosyjskiej bajki i uśmiech typu o joooo... prawie opasał mi głowę dokoła. Czas nas gonił, pęcherz nękał, nadciągała ciemność, nie było czasu się zatrzymać. W sumie pewnie i tak nie miałoby to sensu, bo bankowo mieli półdniową sjestę. Chwilę później okazało się, że jednak musimy stanąć, bo widok był taki, że nie mieliśmy szans nie depnąć po hamulcach. Wysiadłem i z moich ust wyrwało się po kolei: o kurwa, jak stromo; o rany, pięknie jest w dolinie; tu jest naprawdę stromo oraz czy tam na dole to spalony wrak samochodu. Postanowiłem, że to będzie miejsce, w którym zmierzę się z jednym z moich największych lęków - z lękiem gruntu[1]. Siadłem na murku, wychyliłem się i...

A idź pan w chuj z takim żartem[2]. Najpierw zakręciło mi się w głowie a potem dostałem mdłości. Normalny człowiek w tym momencie by przestał ale przecież pan bosman ma urlop i nikt mu nie będzie mówił co ma robić. Stwierdziłem, że lęki są dla mięczaków, wróciłem na murek i przerzuciłem nogi na stronę zbocza. Zwycięstwo było połowiczne bo w momencie, w którym nogi znalazły się po drugiej stronie, ciało przejęło nad sobą kontrolę i wygięło mnie w przeciwwadze w tył. Ja walczyłem z lękiem, reszta składu walczyła z torsjami, które zaczęły nimi wstrząsać ze śmiechu. Wyglądałem bardzo zabawnie a minami wygrałbym ponoć pojedynek z Jasiem Fasolą. Spadłem w końcu z tego murka, doczołgałem się do samochodu i zapadła decyzja, że...

Ciśniemy na koniec wyspy a potem sobie wrócimy jakąś inną drogą. Zaczęło się robić ciemno, chyba próbowało pokropić, czyżbyśmy zabłądzili, gdzie jesteśmy, może by tak zawrócić gdy nagle dojechaliśmy do końca drogi. Przed nami cienie wierzchowców Nazguli. Nie, zaraz, wróć, to jakieś małe sympatyczne koniki na szczycie wzniesienia. Jakie koniki, to przecież krowy są. Zanim weszliśmy w spór zbiorowy odwróciłem się...

I opadła mi szczęka. Wiedziałem, że nie będę potrafił tego opisać więc próbowałem zrobić zdjęcia. Gdy dwie godziny później je oglądałem na kompie, porwał mnie śmiech pusty a potem lytość. I trwoga. Aparacik za 200 zika nie poradził sobie ze zmrokiem i widać tylko zamazane, czarne plamy. Trzeba więc naostrzyć pióro i spróbować. Wyobraźcie sobie, że stoicie na wysokiej górze. Za plecami ocean, nad którym zachodzi słońce, przed wami długa droga w dół, parę kilometrów dalej, podobnej wysokości skała. Wszystko to w chmurach. Które macie pod sobą. A ostatnie promienie słońca oświetlają oddaloną skałę w taki sposób, że dwie plamy czerwonego światła robią tak, jak zawsze sobie wyobrażałem Sammath Naur. Aaaaarghhh... Chyba zacząłem toczyć pianę z zachwytu a na pewno wmurowało mnie w glebę. Załapałem się na kolejny hipnotyczny moment, który postanowili zepsuć moi kompanioni, bo nagle z tyłu usłyszałem...

E, bosman. Jedziemy bo późno a tu jeszcze impreza na łódce. Otóż postanowiliśmy załogantce, która w poprzednim odcinku stwierdziła, że umrze w swoje urodziny, wyprawić przyjęcie-niespodziankę, o którym nie będę opowiadał, bo każdy z was przynajmniej raz był na imprezie. Rano śniadanie, dla odmiany w restauracji przy samym oceanie. Do tego stopnia przy nim, że bryzgi wody wpadały mi do kawy. Potem odprawa. Oczywiście spóźniliśmy się o godzinę czy dwie i trzeba było dopłacić za kolejną dobę ale olać, mamy urlop, stać nas. O 17 padł rozkaz 'załoga, do siekier, cumy ciąć'. Gdy cumy wylądowały na pokładzie, kapitan poprawił spodnie i wydał rozkaz, który okazał się być najczęściej wykonywanym poleceniem w czasie rejsu. Wziął oddech i powiedział...

'Bardzo proszę o puszczenie numeru 42[3]'. Chwilę później z głośników zagrzmiał motyw z Piratów z Karaibów i z portu wychodziliśmy like The Boss. Gdy w twarz uderzyła mi pierwsza bryza, poczułem jak odpada mi w kolanie prawa noga a na jej miejscu materializuje się drewniany kołek, zamiast lewej dłoni wyrasta mi hak, na prawym ramieniu pojawia się papuga, która chce krakersa a ja mam ochotę złapać za ster, wbić się w burtę najbliższej łodzi, przeskoczyć reling, wymordować mężczyzn, zgwałcić kobiety a później puścić wrak z dymem. Krew szybciej krąży, wiatr szarpie moją przepaską na oko, papuga skrzeczy coraz głośniej, sięgam po kordelas, w gardle rośnie głośne arrr...

Idioto, ocknij się. Klar na pokładzie trzeba zrobić. Liny pobuchtować. Żagle postawić bo się przecież nie będziemy wlec na samej katarynie. O, motyl stoi i nie łopocze. Jeszcze bardziej like The Boss. Potem przydałoby się wywlec na górę ciuchy na noc, żeby się później pod pokładem nie pałętać. Wysłać ostatnie smsy do ziomów i jeszcze kilka blipów, zanim wyjdziemy z zasięgu sieci. A potem się wyciszyć, przygotować na 3 dni ciągłego płynięcia (pierwszy raz w życiu) bez możliwości ucieczki od załogi gdyby coś zaczęło zgrzytać. Boję się bardziej niż podczas sztormu, bo tam jechałem na pewniaka i jedyna walka jaką toczyłem, odbyła się na poziomie fizycznym. Z tym sobie radzę. Tutaj, jeżeli dojdzie do konfrontacji, odbędzie się ona w sferze psychiki. Z tym też sobie radzę ale nie przepadam za. Zwłaszcza, że jak już wspomniałem, z całej ekipy znam dobrze tylko 2 osoby, z którymi już zresztą wcześniej pływałem po Mazurach. Trzeba się sprężyć, przestać się mazać, za chwilę przekażemy wachtę i zacznie się moja najdłuższa podróż. I noc, po której znowu zmienił się jakiś kawałek mnie. Ale o tym już następnym razem.

Ewentualnych urażonych słabością, mizerną objętością tekstu i fatalnym doborem zdjęć, proszę o wybaczenie. Krótki rzut oka i widzę, że ostatnią nieanalityczną notkę napisałem 20 lipca. Ponad 4 miesiące temu. Wbrew obiegowym opiniom rozsiewanym przez niektórych, nie jest łatwo wejść w pisanie, nawet niezobowiązujące, po takiej przerwie. Dlatego puszczam notkę z całą świadomością tego, że nie jest najlepsza. Ale na czymś musiałem się rozgrzać, złapać twardy grunt i powoli ruszyć. Dziękuję za uwagę i do poczytania. Aha, zwracam uwagę na kreatywne użycie wielokropków, jestem z niego tak bardzo dumny. I właśnie z powodu wielokropków fotografie znajdą się w tym odcinku na końcu.

W tym miejscu grzmiała woda, brak wyświetlacza uniemożliwił mi złapanie rozbryzgów. Postarajcie je sobie wyobrazić.

Jedyny raz gdy złapałem fale bijące o brzeg, kadr wyszedł taki, że wyglądają jak coś, co robi się w wannie gdy puścimy bąka a nie niszczycielski żywioł, który rozsmarowałby człowieka na skałach w formę psychodelicznego tatara.

No dobra, nie będę taki. Załogantom udało się sfotografować żywioł. Są lepsze zdjęcia ale nie mam siły wycinać z nich ludzi, co do których nie jestem pewien, czy chcą by ich twarze były na moim blogu.

Po chwili olałem bryzgi wody no bo kamon, sesja, fotki, modelki w prześcieradłach. Brak wyświetlacza ponownie stanął mi na przeszkodzie (w sensie braku zbliżeń)

I strasznie nie szło mi wcelowywanie ludzi w kadr. Przynajmniej ocean ma przyjemny kolor.

Wulkany i okolice. Taki trochę weselszy Mordor. Wróć, bez orków Mordor jest smutniejszy a nie weselszy.

Prawdopodobne miejsce postoju patrolu orków z Lugburza.

We like the moon! Fatalna jakość i cienie po prawej biorą się stąd, że trzeba było focić przez szybę. Nie ma tam niestety opcji spacerowych, przelot autobusem to jedyne, co może ci ajent tego terenu zaproponować. Nie mogłem docenić pełni piękna, bo miałem mdłości. Wysoko, stromo, wąsko. Jak powiedziałem, Mordor.

A tu trochę weselszy obrazek. To zielone to jakieś życie. Chyba mech. Nie dałem rady sprawdzić dokładnie.

Siły przyrody w służbie człowieka czyli grill na wulkanie. Nawet bym przyjął jakieś mięso ale wyziewy cuchną jak stopiony opiekacz. Więc zamiast obiadu dostałem mdłości. Oraz jak skończony moron się nad tym schyliłem. Miałem farta, stopiło mi tylko kilka krótkich włosków na głowie. 30 cm dalej i byłbym gładko ogolony na całej twarzy.

To o czym pisałem wcześniej czyli trzyminutowa zawieszka. Jakże ta woda hipnotyzowała.

Zdjęcie bez sensu - fotografuję ojca, który fotografuje syna, który robi sesję fotograficzną jednej z załogantek. We must go derper. A, i blox ma wadę gadki, przestał środkować zdjęcia. No cóż, jak powiedział Custer pod Little Big Horn 'symetria to estetyka głupców'. Jedziemy schodkowo.

Ten pejzażyk był sprawcą transu numer 2. Szkoda, że nie zrobiłem pocztówki dźwiękowej. Głos fal brzmiał jak odgłos kucia Mjolnira w krasnoludzkiej kuźni.

 

Wypłukuję z siebie nieczystości. Zabawne nieporozumienie było z tym zdjęciem na blipie. Otóż jakiś anonimowy moronita doszedł do wniosku, że jak łysy grubas, to pewnie dres. A jak dres, to szcza do wody przy ludziach. A jak szcza, to sobie zrobi focię. A jak już zrobił, to wrzuci ją w internety. Nie kopałem go zbyt mocno. Zwłaszcza, że nie trzeba bystrego oka elfa, by zobaczyć pałętające się przy mojej lewej nodze ramiona plecaka. Chociaż fakt, pozycja niefortunna.

Zmęczona mewa jest zmęczona. Najpierw myślałem, że ptak jest na bani. Z błędu wyprowadziły mnie chodzące po nim robaki. Nikt z miejscowych nie dawał faka więc i ja nie dałem.

O, znowu zaszła zmiana i nagle środkuje. Jedyne nadające się do czegokolwiek zdjęcie miasta, gdzie rosło tysiąc palm. Z tej perspektywy nic ciekawego ale wrzucam z kronikarskiego obowiązku.

Pięknie jest w dolinie. Nie miałem już siły żeby mazać po obrazku Paintem więc nie zaznaczyłem wam położenia wypalonych wraków. Jakoś tak na osi x będzie to na wysokości trzeciej kępy zieleni, tej pod żebrowanym stokiem. Na osi y tuż przed zakończeniem zbocza pierwszego od lewej. Chyba majaczę.

Murek, moja Nemezis, mój odwieczny arcywróg. Niech was nie zwiedzie ujęcie, robiłem to na wyciągniętych rękach, mocno odchylony do tyłu.

To jest ten moment, w którym nie potrafię siąść prosto. Ale cykam foty. Z tego co pamiętam, za chwilę wywrócę się na plecy, przetrulam i wstanę. Nie bałem się nic a nic.

Wierzchowce Nazguli. Oraz koniec wyspy.

Mój aparat jest dzielny. Próbuje oświetlić lampą błyskową skałę, oddaloną w linii prostej o ponad 9000 metrów.

A to wspomniana restauracja nad oceanem. Jakkolwiek doceniam walor estetyczny, tak powiem wam, że słona kawa jest taka sobie.

Na motyla. Jak warszawscy cwaniaczkowie.

Notuj ziom, notuj. Bo potem nie spiszesz tego na gorąco, pamięć cię zawiedzie i będziesz musiał zmyślać jakbyś był na przesłuchaniu przed komisją sejmową. Zwracam uwagę wszystkich żeglarzy, że piwo stojące na stole jest zamknięte. Zacznę je pić natychmiast po zdaniu wachty czyli za jakieś 2 godziny.

Postanowiłem skorzystać z potęgi literatury fachowej. Przygotowuję się do przetrwania 3 dni na wodzie z całą kupą mniejszych braci.

Bardzo lubię to zdjęcie. Gdy je robiłem, czułem się jak koleś, który jest świadkiem wynurzenia się Rlyeh. Dzięki czemu zakotwiłem na nim niepokój i jak mi jest za dobrze, to zawsze mogę sobie na nie zerknąć i poczuć się bardziej statecznie.

Uważny czytelnik dostrzeże na tym zdjęciu samolot. Próbowałem złapać go możliwie najbliżej słońca, poszło całkiem nieźle.

Ta fotka jest tak obrzydliwie landszaftowa, a jednocześnie tak bardzo mi się podoba, że nie mogła się tutaj nie znaleźć.

Słońce schowało się za wyspą, za chwilę zaczną się jazdy w mojej głowie.

[1] Wiem, że teoretycznie wszyscy czytelnicy mojego bloga powinni znać Pratchetta ale dopóki jest to wolny kraj musu nie ma więc objaśnię:
- Mam lęk gruntu.
- Chciałeś powiedzieć: wysokości.
- Wiem, co chciałem powiedzieć. To grunt zabija!
[2] Niektórzy, w tym moi Rodzice, narzekają że klnę jak szewc na statku pirackim. Zwróćcie uwagę, że ostatnio się pilnuję i mocne słowo wrzucam tylko wtedy gdy jest to uzasadnione narracyjnie. Wierzcie mi, że dla opisania stanu ducha, w którym się w tym momencie znalazłem, wykorzystałem najmniej dosadną formułę.
[3] Nie pamiętam jaki to był numer kawałka na płycie, wybór liczby 42 dla potrzeb narracji jest chyba dla każdego oczywisty.

wtorek, 28 czerwca 2011

Bez kokieterii oznajmiam, że w tym odcinku jest trochę nudno. Nie ma zdjęć, płachta tekstu i głównie smętne pierdolenie o moich przemyśleniach wywołanych wielką wodą. Czujcie się ostrzeżeni.

ZAISTE, KOMUNIKACJA MOŻE BYĆ POMOCNA W ŻYCIU

Raaaaaadek!!! Kosmici, Marsjanie, potwory z mackami atakują! Na pokład biegnij prędko!!! Kraken i wielka ośmiornica!!! I piraci!!! SZTORM LABOGA!!!

Tyle mniej więcej zostało w mojej głowie gdy krzyki spanikowanej koleżanki przefiltrowały się przez opar spowijający śpiący mózg (tak, wiem, mózg nie śpi). Dlatego rada. Jeżeli budzicie zioma, który położył się spać 2 godziny temu a wcześniej był prawie dwie doby na nogach, należy:
- zbudzić człowieka, niekoniecznie krzykiem, potrząsanie sprawdza się lepiej bo łagodniej wychodzisz ze snu/drzemki[1]
- przekrzykując ryk oceanu, w krótkich zdaniach powiedzieć co się dzieje
- określić w czym jest problem i dlaczego jestem potrzebny na pokładzie...
- gdzie pada (sztormiak się przydaje)...
- oraz buja więc pasy asekuracyjne będą bardzo pomocne przy robocie

Co prawda od jakiegoś kwadransa wpół drzemałem, wpół spałem gdyż łódź chodziła jak student po akademiku w sobotni wieczór. I przeczuwałem, że coś się dzieje ale skoro nie słyszę krzyków, sytuacja jest pod kontrolą i można drzemać dalej. Gdy załogantka obudziła mnie rykiem, najpierw spierdoliłem się z koi na pokład, następnie przez pół minuty zakładałem prawego buta na lewą nogę (spałem w opakowaniu więc tylko buty musiałem wzuć), złapałem sztormiak, pasy i wybiegłem na górę gdzie zobaczyłem...

SZTORM ŻE O W MORDĘ!!!

Oraz ludzi, którzy mocowali się z linką. Robili to źle.

Okazało się mianowicie, że pogoda nagle postanowiła wykręcić nam psikusa i się była zmieniła diametralnie w ciągu kilku minut. Z fajnego wiatru zrobił się niefajny wiatr, fale stanęły na wysokości zadania i nagle zaczęły być wysokie jak domy. Łódź dostała kopa, przechyliła się mocno na lewą burtę, fale atakowały od rufy i zrobił się kibel ogólnie. Załoga obecna na pokładzie zrolowała genuę (ten przedni żagiel) ale z grotem (ten środkowy żagiel) były problemy. Nie wiedziałem o co chodzi bo miałem jeszcze strupy w oczach i absmak w ustach, złapałem więc linę, którą ktoś mi wcisnął do ręki i zacząłem ciągnąć. Nie pytajcie się mnie czy była to talia czy jakiś szot grota bo nie pamiętam. Ciągnąłem zapamiętale, skóra na rękach zaczęła mi się topić gdy nagle ułyszałem zza pleców gromki ryk kapitana: a sprzęgło od grota ktoś przestawił!? Kurtyna.

Szczwani germańscy projektanci naszej Bavarii wymyślili mianowicie, że grot będzie się rolował do wnętrza masztu. Żadnych lazy jacków ani nic takiego, po prostu ciągniesz jedną linę, popuszczasz drugą i żagiel okręca się w środku. Co jest fajne tylko że chujowe. Bo nie dość, że grota bez kabestanu nie masz szans postawić nawet podczas flauty (ciężko skubany chodzi), to jeszcze na maszcie jest takie sprzęgiełko, które przestawiasz w zależności od tego czy szmaty zwalasz czy stawiasz. Po prostu pysznie. O takim drobiazgu jak zbyt krótka i zbyt cienka lina kręcąca tym sprzęgłem nie będę wspominał, bo to jedynie drobna niedogodność, za którą inżynierom ze stoczni zrobiłbym drugie Drezno.

Ktoś więc musiał przeczołgać się kilka metrów po pochyłym i śliskim pokładzie i to sprzęgło przestawić. To są właśnie te sekundy, podczas których rodzą się Bohaterowie Związku Radzieckiego. Gdybym miał szansę pomyśleć, to w życiu bym się nie ruszył na śródokręcie w takich warunkach. Czasu nie było, już chciałem zacząć pełznąć po burcie prawej gdy kątem oka zobaczyłem kolegę P., który przemknął biegiem, złapał się masztu i przestawił wajchę na zrzucanie. Jestem mu wdzięczny, bo gdybym ja tam polazł, pewnie spierdoliłbym się do wody i nie czytalibyście tej notki. Zbyt mało bowiem płynęło w mojej adrenalinie krwi, żebym myślał o takim detalu jak przypięcie się do lajfliny[2].

Gdy sprzęgło znalazło się w odpowiednim położeniu, zaczęliśmy ciągnąć. Nie chce mi się tutaj detalicznie opisywać dlaczego dawaliśmy nonstop dupy podczas zrzucania grota, bo to nudne szczegóły techniczne. Plus załoga była jednak spanikowana. I tylko we mnie rósł kompletnie irracjonalny spokój i coraz większe zadowolenie. Niekoniecznie z tego powodu, że naciągnąłem sobie wszystkie mięśnie w obręczy barkowej, zerwałem wszystkie przyczepy bicepsów i zdarłem skórę z dłoni do kości. To było mało zabawne aczkolwiek boost do maczyzmu był niesamowity gdyż grota w końcu zrzuciliśmy. Chodziło o to, że wiedziałem, że ten przerażający żywioł nie zrobi mi żadnej krzywdy. Opowiem wam skąd wiedziałem, racjonaliści mogą opuścić następny akapit żeby im żyła nie strzeliła.

NIE WSZYSTEK UMRĘ

Otóż widzicie, nie wiem kiedy umrę ale dokładnie wiem jak umrę. Nie jest to przekonanie na zasadzie żartu towarzyskiego. Jest to przekonanie graniczące z pewnością, płynące nie bardzo wiem skąd. Po prostu wiem. I moja śmierć nie będzie miała nic wspólnego z wypadkiem łodzi na morzu, jeziorze czy oceanie. Jak ktoś ma życzenie może się pośmiać. Ja to po prostu wiem. Oczywiście nie działa to na zasadzie nieśmiertelności, co to, to nie. Jak dam dupy, to wypadnę za burtę i utonę. Gdy jednak zachowam ostrożność, nic mi nie grozi.

A skoro wiedziałem, że śmierć nie jest mi tego dnia i w tym miejscu pisana, mogłem się rozluźnić. Dodatkowe rozluźnienie przyszło gdy zobaczyłem, że kapitan się zaczął świetnie znajdować w sytuacji. Załoganci, pamiętajcie - zawsze patrzcie na kapitana, gdy ma blazę na ryju i się nie spina, znaczy że jest lepiej niż się na pierwszy rzut oka wydaje.
Kapitanowie, pamiętajcie - najważniejsza jest wojna psychologiczna. Jeżeli chcecie mieć działającą załogę, kłamcie na temat warunków pogodowych i faktycznego zagrożenia, zachowujcie się zdecydowanie ale spokojnie, na pytania spanikowanych szczurów lądowych odpowiadajcie 'wszystko jest w porządku' i nie dawajcie po sobie poznać, że jest przejebane jak na U-boocie w końcówce roku 1944. Nic mnie tak nie deprymuje jak panikujący kapitan.

NIE NALEŻY ZANIEDBYWAĆ NAUKI O PIĘKNIE

Więc tak - po zrzuceniu grota najpierw zszedłem pod pokład uspokoić histeryzującą załogantkę, która miała od kwadransa urodziny i była przekonana, że zginie w kwiecie wieku. Następnie przełożyłem szelki od pasa spod sztormiaka na niego, usiadłem sobie na lewej, wyższej burcie, odpaliłem fajka i chłonąłem widowisko. Szkoda, że pod pokładem tak mnie zemdliło, że nie zmieniłem już lekko przemoczonych krótkich spodenek na coś nieprzemakalnego. Był to jednak drobiazg, który nie był w stanie zmącić mego luzu i zen-wyjebki. Bo widzicie, sztormowy ocean nocą jest czymś tak pięknym, że moje grafomańskie pióro jest za krótkie żeby to dobrze opisać. Chociaż oczywiście spróbuję.

Nie było ekstremy bo wiała ósemka przechodząca w dziewiątkę, co oczywiście wytrawnych matrosów jedynie rozśmieszy. Nie jestem wytrawnym matrosem i dziewiątka miała dla mnie swój ciężar gatunkowy. Wiało mocno, łódź tańczyła na falach jak domy[3], pół załogi zeszło pod pokład, drugie pół trwało dzielnie na posterunku. Nie wiem jak inni ale mnie by czwórka koni nie ściągnęła na dół. Zwłaszcza, że mieliśmy szczęście, że było ciepło i nie padało a jedyne bryzgi wody w twarz i na klatę brały się z fal, które z uporem godnym szalonego Neptuna waliły w nasze burty. Taki grubszy pył więc totalnie bez patologii. Cudne widowisko i zupełnie za darmo. Na dodatek jestem w jego samym środku. Czego mógłbym chcieć więcej? No dobra, kubek gorącej kawy byłby wtedy niezły ale nie miałem czasu myśleć o pierdołach bo całą moją uwagę absorbował lekko wkurwiony ocean. 80% czasu poświęciłem tej nocy na kontemplowaniu tej jedynej i niepowtarzalnej mieszanki i na galopadzie myśli. Żebym miał wtedy pióro i kawałek kartki papieru, powstałyby takie fragmenty prozą, że skosiłbym Nobla. Nie miałem więc skoszę co najwyżej jakiś szlaban na rowerze. No i tak sobie płynęliśmy, ocean szalał i było strasznie i pięknie a ja cieszyłem się jak dziecko. Później, gdy opowiedziałem o tym kapitanowi, dowiedziałem się, że jestem pojebany. No niespodzianka, pomyślałby kto.

ILE NAS SPRAWDZONO

Bo wiecie, chodzi o to, że taki facet jak ja musi się ostro nakombinować żeby się sprawdzić. Niektórzy robią to w pracy ale mi kariera wisi kalafiorem, ja chcę robić to co lubię i zarabiać tyle, żeby było mnie stać na przyjemności. Do końca życia mogę być analitykiem, stanowiska kierownicze mnie nie jarają. Mógłbym sobie zrobić dziecko, bo przy nim facet może się sprawdzić najbardziej na świecie. No ale nie mam dziecka więc ta opcja odpada. Mój lęk wysokości uniemożliwia mi łażenie po górach (zresztą nie lubię jak mnie Achillesy napierają przy schodzeniu) oraz paralotniarstwo, kitesurfing i loty balonem. Nigdy nie jarały mnie samochody i motocykle, w moich żyłach nie płynęła i nie płynie czysta benzyna, nie dla mnie nocne wyścigi po mieście i ekstremalna jazda samochodem rajdowym. Strzelnica, owszem, fajna i dająca takiego kopa, że po wyjściu mógłbym w ręcznym boju pokonać pół Żylety. Ale kop jest krótki i schodzi najdalej następnego dnia. Na sprawdzanie się w wolontariacie jestem za leniwy i jest mi z tego powodu niewymownie wręcz głupio. Naprawdę, zostaje mi niewiele pól działalności, w których mógłbym dowiedzieć się o sobie rzeczy, których wcześniej nie wiedziałem, albo o które siebie nie podejrzewałem.
Morze/ocean mi to umożliwia w pełnym zakresie i z każdego takiego rejsu wracam mądrzejszy o kolejny kawałek siebie. Sztorm zaś jest najlepszym momentem na dowiadywanie się rzeczy. Zwłaszcza gdy woda kołysze mocno ale tak łagodnie, że siedząc na pokładzie nie odczuwasz żadnych skutków choroby morskiej. Nie mam nudności i...

DLATEGO DOBRZE SIĘ BAWIĘ

Bawiłem się więc znakomicie.
Oczywiście nic co piękne nie trwa wiecznie, po stu godzinach[4] zobaczyliśmy główki portu, kapitan sterował, ja podtrzymywałem mu ipada z mapami i ścieżkami do mariny, obserwatorzy na dziobie cytowali Koterskiego (najgłośniej gdy szliśmy wprost na usypany z kamieni falochron czy coś takiego) i było pięknie. Gdy kapitan już wyczaił o co chodzi i jak się bujać w porcie, polecił wyciągnąć cumy (jak zwykle rufowa moja, to taka niepisana tradycja) a ja zorientowałem się, że 6 godzin w przemoczonych krótkich spodenkach to najgłupszy pomysł na pływanie ever. Nie dość, że zaczęło mnie nagle telepać, to okazało się, że nie czuję nóg. Tak od penisa w dół. Do tego od słonej wody wcieranej w oczodoły podczas wycierania twarzy z bryzgów napuchły mi oczy i czułem się jakbym miał zapalenie spojówek. Szykował się prawdziwy cyrk kalek.

THAT WAS BRÜTAL

Nie wdając się w zbędne szczegóły techniczne powiem wam, że ukoronowaniem trzeciego najlepszego dnia w moim życiu było drugie najgorsze cumowanie w moim życiu. Palmę pierwszeństwa dzierży sztormowe cumowanie w Helu, które było złem wcielonym, bo nie tak powinno się zaczynać swoją przygodę z morzem.
Do kei podchodziliśmy lekko licząc 10 razy. Pomimo tego, że marina była osłonięta, wiatr wiał tak ostro, że dopychał nas do brzegu z prędkością 3 Machów. Co nie było takie fajne jak mogłoby się wydawać. Pomimo tego, że na brzegu czekała ze wsparciem druga załoga, mieliśmy poważny problem z zaparkowaniem i poczułem się jak ten pilot samolotu, który trzeci raz podchodzi do lądowania a kapitan lotniskowca mówi do niego przez radio 'synu, ląduj, tutaj jest jedzenie'. W końcu udało się wyłapać krótki moment ciszy, dojechaliśmy do kei, rzuciłem cumę, wyszedłem na brzeg i wyjebałem się jak jakiś pijak. A potem zacząłem się trząść zupełnie jak jakiś deliryczny alkoholik. Kurde, nie pamiętam kiedy ostatnio tak mnie przewiało i wychłodziło. Mnie, chłopaka ze wschodu, dla którego -25 stopni to komfort termiczny, prawie wykończyły Wyspy Kanaryjskie. Czy to nie ironiczne?

ZADBAJMY O CZYSTOŚĆ PŁYNÓW USTROJOWYCH

Po czymś takim jedynym sensownym rozwiązaniem jest obgadanie całej sytuacji celem zluzowania i położenie się spać. No z tym że niekoniecznie. Sytuację obgadaliśmy ale zasnąć nie miałem szans, bo przypominam że w adrenalinie miałem naprawdę niewiele krwi. Siedliśmy więc do whisky, piwa, wódki, wina, piwa i wszystkiego, co ma jakiś procent. Załoga naprawdę potrzebowała czegoś, co ją rozluźni i pchnie w sen. Był to jeden z tych dni gdy nie mogłem się upić, choćbym nie wiem jak próbował. Przestałem próbować koło 9, bo jednak za chwilę mieliśmy przeparkować łódkę na stanowisko postojowe i stwierdziłem, że warto zdrzemnąć się godzinę. Oczywiście na pokładzie gdzie śnił mi się sztorm i ludzie mieszkający w morzu. Przestawiliśmy się, złapałem kolejne 2 godziny, zjedliśmy śniadanie, wbiliśmy w wynajęte samochody i ruszyliśmy zwiedzać Lanzarote. O czym opowiem w następnym odcinku, bo tutaj mi się na pewno nie zmieści a nie chce mi się sztucznie i bez sensu dzielić notki.

Wszystkich zawiedzionych kiepskością tego odcinka serdecznie przepraszam. Musiałem go napisać. Ważny jest dla mnie chociaż musnąłem w nim jedynie naskórek problemu. No ale to blog a nie kozetka u psychoterapeuty więc mam nadzieję, że zrozumiecie. W następnej części będzie dla odmiany mnóstwo fotek i mniej tekstu.

[1] W ciągu całego rejsu tak naprawdę spałem tylko podczas postojów. Gdy płynęliśmy wpadałem w stan półsnu-półdrzemki. Jakim cudem się nie rozsypałem, nie mam pojęcia.
[2] Lina biegnąca wzdłuż pokładu, która służy przypinaniu się do niej gdy leziesz na dziób lub śródokręcie w trudnych warunkach. Nawet gdy cię miotnie, zawiśniesz na niej na pasach a nie wpadniesz do wody. Pożyteczna i pomysłowa rzecz.
[3] Nie chodzi oczywiście o to, że fale miały fundamenty, ściany, instalacje, dach i piorunochron. Były po prostu bardzo duże. Nie wiem jak duże, bo ciężko się ocenia wysokość bez punktu odniesienia ale w momentach, w których nasza łódź znajdowała się w dolinie fali a od rufy zbliżała się fala kolejna, miałem wrażenie, że te ściany wody mają jakieś 6-7 metrów wysokości. Co pewnie jest nieprawdą ale robi wrażenie na kobietach, którym to opowiadam. Więc trzymam się tej wersji.
[4] Obudzili mnie tuż przed północą, cumowaliśmy chwilę po 6, subiektywnie trwało to jakieś 120 godzin ale nie chciałem przesadzać.

piątek, 27 maja 2011

NOCĄ NA WODZIE JEST NAJFAJNIEJ

Oczywiście pod warunkiem, że nie wieje za bardzo, fala nie jest za wysoka, nie pada deszcz i nie płyniesz z Ceuty na Gibraltar. Ale o tym innym razem. Pierwsze nocne pływanie zrobiło mi tak dobrze, że nie mogłem zasnąć. Oczywiście nie myślałem nawet o schodzeniu pod pokład, bo to zbrodnia przy takiej pogodzie. Wytargałem podkładki pod tyłek, poduszkę, śpiwór i po zakończeniu wachty się położyłem na burcie prawej. Było to bez sensu, bo emocje mną szarpały, łódź się kiwała, druga wachta gadała i się nie dało. Tak więc pół drzemiąc, pół czuwając, otoczony Niedzielą Palmową, patrzyłem jak zbliża się do nas Gran Canaria. Oczywiście na razie w formie jakichś światełek na horyzoncie (sprawdzić czy się nie ruszają).

OSTATNI PRZYJAZNY OŚWIETLONY DOM

To jest paradoks pływania po dużej wodzie. Gdy na lądzie znajdziesz się w nocy w środku niczego, światło zobaczone gdzieś daleko oznacza potencjalne schronienie. Witasz je z radością, jest twoim najlepszym przyjacielem, w organizm wlewają się nowe siły i zdwajasz wysiłki, by jak najszybciej tam dojść. Jak masz szczęście, to ugoszczą, dadzą coś gorącego, zapytają się skąd i dokąd i dlaczego dobrodziej pobłądził (nawet jeżeli nie pobłądziłeś). A na sam koniec rozwalą ci głowę siekierą, ubranie i dobytek sprzedadzą na targu a twoimi resztkami będą się przez miesiąc żywić. Chociaż to oczywiście tylko na południu Stanów.
Na wodzie światło na horyzoncie to twój nocny koszmar. Rzadko kiedy oznacza bezpieczną przystań, bardzo często oznacza jednostkę takiej wielkości, że gdyby po tobie przejechała, ludzie na mostku nawet by tego nie poczuli. W momencie, w którym zobaczysz na oceanie czy morzu światło, wchodzisz natychmiast w stan podwyższonej gotowości i zwiększonego stresu. I się zaczyna wytrzeszczanie oczu[1] oraz próba wyczajenia jakie światełko, oprócz białych, widać. A jak już dojrzysz zielone i skojarzysz, że zielone oznacza prawą burtę, zaczyna się żmudne móżdżenie - czy oni jadą w naszą stronę i skończymy jako psychodeliczna mielonka ciała, ubrań, laminatu, lin i stali. Czy może w przeciwną? A może idą równolegle? Na szczęście naprawdę groźnych sytuacji nie mieliśmy (nie licząc Gibraltaru, ale o tym w innym odcinku), co nie zmienia faktu, że woda odwraca znaczenie bardzo zdawałoby się jednoznacznych zjawisk. Na wodzie w nocy najlepszy jest niezmącony niczym mrok.

SPANIE JEST DLA MIĘCZAKÓW

Moja pierwsza wachta na oceanie wyglądała więc tak, że jak ruszyliśmy o północy, tak do godziny 5 nie spałem, potem podrzemałem godzinę a następnie do 08:19 trwałem w transowym półśnie-półjawie (bardziej jawie). I wtedy się rozbudziłem na dobre gdyż nastąpił pierwszy w moim życiu wschód słońca nad oceanem. Tym razem słońce wychodziło zza wyspy

Pierwsze zdjęcie jakie mój aparat uciągnął bo było dla niego dostatecznie jasno.

(impresjonistyczny efekt na wodzie mi się spodobał)

20 minut później krwisty efekt się rozwodnił

No dobra, przyznaję się - nikt nie spodziewał się UFO nad wyspą

 

(a tu wszystko na raz - woda, dym, światło i dźwięk)

Nagle wyspa wybuchła i wszystkim zrobiło się przykro, bo przecież mieliśmy na niej cumować. To pewnie UFO rozpoczęło taktyczny ostrzał nuklearny.

Po wybuchu nastąpił nagły zwrot akcji - zobaczyłem, że ktoś mnie wydymał i zamiast na kolejną rajską wyspę, Nazgul Karol uprowadził mnie do Mordoru. 

Na zbliżeniach wyglądało to 42 razy straszniej bo ta góra była wielka i zdawała się wisieć i schylać nade mną. Miałem lekko duszę na ramieniu.

Na szczęście wystarczyło zrobić odzumowanie i wszystko wróciło do normy

No mówię że wszystko w normie.

Niestety, znowu zacząłem się bawić zoomem i tym oto sposobem udało mi się zrobić drugą albo trzecią najstraszniejszą fotkę rejsu. Głupi jestem czasami ale to pewnie z emocji.

Zdjęcia oddają może połowę tego, jak to naprawdę wyglądało. Dlatego w tym miejscu przestanę na chwilę pisać i pozwolę wam samym to sobie spróbować wyobrazić.

OBSŁUŻYMY PANA HURTOWO

Wjazd na Gran Canarię był bezekscesowy, przytuliliśmy się do drugiej łodzi (ciut nas wyprzedzili), wyczołgaliśmy się na brzeg i daliśmy sobie czas na chwilę zadumy. Dla mnie był to czas zadumy potrójnej: po co już drugiego dnia mam oparzenia słoneczne i udar; kiedy ekscytacja zejdzie ze mnie tak, że w końcu zasnę oraz a może byś tak zią znalazł chwilę i obadał funkcje aparatu niezbędne do robienia wypasionych zdjęć. Wrzuciłem więc w kieszonki bojówek puszkę piwa, ramkę fajek, aparat i zszedłem na brzeg. Poklikałem trochę w funkcje ale to było nudne, bo przecież dokoła Kanary, mon, przestań klikać jak jakiś głupek, siądź w cieniu, wypij piwo, puknij rolkę, wysraj się w cywilizowanych warunkach, jaki w ogóle aparat, ortodontyczny chyba.
I tak oto, zamiast zgłębiać opcje, zacząłem zgłębiać puszki piwa. Coś mnie przecież musiało w końcu uśpić. Do tego stopnia nie chciało mi się niczego robić, że w samym porcie na GC pstryknąłem tylko dwie fotki. Poniżej jedna, bo druga jest identyczna tylko rozmazana

Jak ktoś zgadnie dlaczego akurat takie zdjęcie... Nie, nie będzie nagrody. W zasadzie to się trochę przestraszę, bo to będzie znaczyć, że ten ktoś zna mnie chyba trochę za dobrze.

Okazało się, że trzeba było jednak poklikać i pozgłębiać. To co widzicie powyżej jest ostatnią fotką zrobioną sprawnym aparatem. Albowiem drugiego dnia rejsu, oprócz zepsucia głowy lekkim udarem, zepsułem sobie również wyświetlacz aparatu. Każde następne zdjęcie jakie wrzuce w tej relacji będzie zdjęciem robionym totalnie na oślep, bez możliwości zmiany ustawień, jakiejkolwiek korekty i innych bajerów, które się powinno robić żeby fotka była niezła a nie zła.
Miejcie więc to w pamięci gdy zechcecie się ponabijać z chujowego kadru albo złej kompozycji albo z czegoś, z czego się nabijacie z dziewczynek na fotce. Mój wyświetlacz nie wytrzymał starcia z relingiem i zaczął wyglądać tak

To fotka zrobiona komórką więc w ogóle sobie darujcie dis

Trochę mi się zrobiło smutno ale z drugiej strony dlaczego ma być łatwo, skoro może być trudno. Rozpoczęło się cykanie fotek na masę, z nadzieją, że któraś z nich nada się do oglądania i publikacji. Awaria sprzętu to w zasadzie jedyna warta odnotowania rzecz jaka zdarzyła się na Gran Canarii. Postaliśmy tam ze 2 godziny i ruszyliśmy na Lanzarote. Oczekiwałem kolejnych pozytywnych wrażeń ale gdybym wiedział co szykuje dla mnie ocean, zostałbym w porcie.

A POTEM PRZYSZŁY ZWIERZĘTA

Żartuję, w życiu bym nie został bo byłem na takim strzale adrenalinowym, że przepchnąłbym jedną ręką lokomotywę albo przepłynął wpław kanał Fu Manche. Wypłynęliśmy około południa i zaczęło się prawdziwe żeglowanie. W tym sensie, że żagle poszły w górę, wiatr nas pognał w przód i nagle zrobiło mi się jeszcze lepiej. Gdyby mi się bowiem od takich widoków zrobiło gorzej, udałbym się natychmiast do najbliższego lekarza

 

Tutaj sobie wypływamy z portu. Albo już wypłynęliśmy. Dobra, już wiem - to widok na drugą stronę portu z miejsca, w którym cumowaliśmy. 

Tu też widok z łodzi na port i okolice. Zwróćcie uwagę na szczwanych hultajów z sąsiedniej łodzi - napompowali sobie pontonik i szpanują. Przydał się kilka dni później.

Dobra, dość przynudzania. Wyszliśmy z portu, żagiel w tle to druga załoga, która naiwnie sądzi, że nas ścignie. Owszem, ścignęli ale grali niesportowo bo w pewnym momencie pojechali na dieselgrocie.

Tutaj znowu mi aparat ześwirował i nagle ocean stał się cukierkowy i błękitniuśki jak coś bardzo błękitniuśkiego. Nie wiem czy akurat jedziemy na żaglach czy na katarynie, bo przy wyspie wiatr tak kręcił, że żagle stawialiśmy i zrzucaliśmy tyle razy, że mi się rachuba pomyliła po godzinie. A potem przyleciał ptak.

Nie lubię gołębi gdyż są głupie i srają. Ale jak jesteś daleko od brzegu i ptak ląduje ci na daszku żeby odpocząć, to nagle robi ci się coś dziwnego. To twój ziomal z lądu jest. Niech siedzi. Niech nawet nasra. A jak odpocznie, niech leci i nie wpada do wody. Pierwszy raz od 1998 dobrze życzyłem gołębiowi. Widzicie co woda robi z człowiekiem?
Oczywiście oprócz ptactwa, otaczały nas też inne jednostki pływające. Ten przeszedł daleko i miał fajną linię

To jedno z najnudniejszych zdjęć w skali całego rejsu ale zamierzam wrzucić wszystkie fotki mijających nas jednostek jakie zrobiłem. Czujcie się ostrzeżeni. Jednakowoż zdjęcie to wrzucam też z innego powodu - w momencie, w którym je robiłem, mieliśmy trzy w jednym: na górze gołąb, z przodu trawler (chyba?) a na dole 4 kilometry głębii. Albo 3. Dość powiedzieć, że nigdy głębiej pod sobą nie miałem. Lekko rozluźnił mi się wtedy zwieracz, bo gdy człowiek sobie uświadomi jaka jest pod nim otchłań, zaczyna się zastanawiać czy przypadkiem to nie gdzieś tutaj, w swym domu w R'lyeh czeka w uśpieniu martwy Cthulhu[2]. I ja was tutaj nie kokietuję, naprawdę durne myśli potrafią w takich sytuacjach przyjść do głowy.
Chwilę potem przestało mi być jeszcze bardziej do śmiechu, bo na pokład wjechał makaron a'la praski rozkołys i zobaczyłem miliard macek w garnku. Śmiejcie się, śmiejcie. Ciekawe co wy byście sobie wtedy pomyśleli.
Makaron był bardzo dobry.

Następny ziomek przejechał trochę bliżej.

Oczywiście bliżej w skali wodnej a nie rowerowej. Nawet mu pomachałem ale nie widziałem żeby ktokolwiek odmachał

Coraz większe kołysanie, zapachy z kuchni i widok obiadu lekko złożyły 3 osoby, w tym jedną na burcie. Po pierwszym pawiu, rejs uznałem za oficjalnie rozpoczęty. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, wasz Brat i Piszący Te Słowa nie chorował, bo się nawsuwał antywymiotnych pigułek dla dzieci. Zresztą na fali długiej i łagodnej pochorować się nie sposób, to krótka i wredna falka od dziobu wywala z człowieka żołądek. Ale dość już o gastrologii, wróćmy do widoczków.

Zaczęło zachodzić słońce ale schowało się za chmurami więc z fotek romantycznych nici. Udało mi się za to złapać kolejnego ptaka. 

ALBATROSSS!!! (w sensie ta ciemna plama na tle chmur po prawej)

A tu trochę bardziej w prawo, bo próbowałem zrobić takie zdjęcie, które pokazałoby, że fale są miejscami jak domy. Niestety, aparat sobie nie radził z fotografowaniem wody. To jest ostatnie zdjęcie z tego wieczoru, bo zapadł zmrok.

I nagle...

Wtem...

Nieoczekiwanie...

Aaaaa... przypłynęły delfiny. Dwa. I wyskakiwały nad wodę. Dobra, o delfinach bedzie dłuższy kawałek w jednej z następnych części. Na razie ograniczę się do stwierdzenia, że się podnieciliśmy. Fotek nie zrobiłem, bo zrobiło się ciemno. Ale o tym już mówiłem.

Chwilę potem zrobiło się całkiem ciemno, wiatr się wzmagał, fala rosła a my dzielnie szliśmy na żaglach, bo wyciągaliśmy całkiem zadowalającą ilość węzłów. Na pokładzie rozmowy o wszystkim i nagle była 21. Ostatni raz na poważnie spałem poprzedniego dnia między 2:00 a 8:00 (krótka doba hotelowa, co nie?), od tego momentu w sumie przespałem jakieś 2 godziny, o północy zaczynała się moja wachta i ledwo widziałem na oczy. Stwierdziłem więc 'dobranoc, obudźcie mnie za kwadrans północ'. Po czym spadłem pod pokład, doczłapałem do kajutki i w opakowaniu, z pasem asekuracyjnym pod ręką, padłem na kojo. 10 sekund później odpłynąłem w wielki sen. Gdybym wtedy wiedział jakie będę miał przebudzenie...

[1] Oczywiście czasami radar działa i widać na nim, w którą stronę jedzie ten obłędnie wielki tankowiec. Najczęściej, celem oszczędzania akumulatorów, radar wyłączaliśmy i opieraliśmy się jedynie na złudnym świadectwie zmysłów.
[2] Wiem, że to na Pacyfiku a nie na Atlantyku ale nie bądźmy nadmiernie analni.

czwartek, 19 maja 2011

Pierwsze chwile nie były wcale takie fajne. Samolot się spóźnił, przez kwadrans szukaliśmy na parkingu samochodu z wypożyczalni a nasz hotel i marina były na drugim końcu wyspy więc czekała nas jeszcze godzina jazdy. Do tego Teneryfa poza sezonem nie jest taka przyjazna turystom jakby się zdawać mogło i o północy otwarty był tylko McDonald, do którego nie mieliśmy już siły jechać. Na dodatek doba hotelowa kończyła się jakoś absurdalnie o 10:00 więc w perspektywie mieliśmy krótkie spanie. Dlatego pierwszy dzień na Kanarach był krótki bo północ, pełen wkurwu i majaków głodowych bo do jedzenia mieliśmy fajki i butelkę ciepławej coli oraz jakiegoś takiego ogólnego zmęczenia i zniechęcenia bo w samolotach i na lotniskach od 10 rano. Spaliłem pół paczki, wypiłem szklankę ciepłej pychotki i padłem w bety. Po czym, zgodnie z logiką zmęczenia, przez pół godziny nie mogłem zasnąć. Albo lepiej. Pewnie schodziło ze mnie napięcie.

TENERYFA

Pobudka była brutalna i zbyt wczesna ale taki urok cienkich ścian i sublokatorów, którzy budzą się grubo przed ósmą, bo spać nie mogą. Jak już skojarzyłem gdzie jestem, stwierdziłem że czas obejrzeć w końcu ten ocean, bo do tej pory tylko o nim słyszałem. Ocean z tarasu wyglądał tak i chwilowo niespecjalnie mnie nawilżał:

Wychyliłem się również za barierkę i przyciąłem naszą marinę. Maszty, to zawsze polepsza mi humor. Nie żeby był ich gęsty las, tych masztów, ale jest woda i są łodzie więc jest dobrze. Marina wyglądała tak:

Albo tak (daję to zdjęcie, bo błękit wypala ślady na siatkówce)

(No dobra, obie fotki są zrobione ze ścieżki a nie z okna hotelu, bo z okna nie wiedziałem gdzie patrzeć. Trochę was będę w czasie tej relacji oszukiwał więc nie wnikajcie za bardzo)

Ale to nie był jeszcze czas okrętowania. Trzeba było zabić kilka godzin. Jak się zabija kilka godzin na Wyspach Kanaryjskich? Najpierw zaślubiłem się z oceanem. O, w tym miejscu:

Zaślubienie polegało na tym, że nabrałem wody w garść i jej się napiłem. Kładę to na karb niewyspania.

Następnie zjedliśmy śniadanie drwala i posnuliśmy się do mariny żeby obejrzeć naszą łódkę. Widoki z mariny były mocno milkowe

Ale również nieco przykurzone

Na marinie szału nie było ale ta łódka była całkiem fajna. Brak zbliżeń wynika z mojej wrodzonej nieśmiałości i nieogarnięcia aparatu, który wszak miałem dopiero od 3 dni

Doszliśmy w koszmarnym skwarze do naszej łódki, przy której kręcił się nurek (sprawdzić czy nie germański sabotażysta). Nurka nie sfotografowałem ale łódkę wrzucę jeszcze raz, bo była ładna i się ładnie nazywała (Gran Menudo znaczy Bardzo Często, Hiszpania, gorąco, temperament - skojarzenia miałem jednoznaczne).

Opuszczając marinę zobaczyłem najsmutniejszą plażę świata. Była to tak smutna plaża, że płakałem gdy robiłem fotkę. Dlatego może być nieco rozmazana

Gdy już obejrzeliśmy łódź, marinę i smutną plażę, wsiedliśmy do samochodu i rozpoczęliśmy powolny kruzing szlakiem Lekko Zagubionego Turysty. Albowiem doszliśmy do wniosku, że ciekawe i modne miejsca można sobie obejrzeć w internecie i wolimy posnuć się bez ładu, składu i konkretnego planu[1]. Trasy przejazdu nie jest w stanie odtworzyć nawet najlepszy GPS bo mam wrażenie, że głównie kręciliśmy się w kółko, zatrzymywaliśmy się w fajnych punktach widokowych, robiliśmy fotki i znowu zaczynaliśmy się kręcić w kółko. Co było bardzo fajne i malownicze. Na dowód zamieszczę kilka fotek nie wiem dokładnie czego.

To jest ładny widok z góry, której nazwy nie znam

Zdjęcie wygląda tak, jakbym je robił podczas trzęsienia ziemi. To dlatego, że nie rozpoznałem jeszcze wtedy w aparacie opcji 'wyłącz rozdygotaną rękę fotografa'. 

Potem próbowałem sfocić krzaki ale nie wyszło i uzyskałem kolejny dziwny, ocieniony pejzażyk

 (To ten sam widok co na poprzedniej fotce ale już bez zbliżenia)

I jeszcze jeden ładny pejzażyk

No mówię wam, miejscami jak w ruskiej bajce, tak ładnie było.

Jak nam się znudziło, wbiliśmy się na autostradę i zaczęliśmy krążyć po wyspie jeszcze bardziej bez sensu. W mieście, którego nazwy nie pamiętam, znaleźliśmy mówiącą plażę. Niestety, filmik ma kiepską jakość i nie słychać jak woda przelatująca między drobnymi kamyczkami mówi, musicie więc uwierzyć mi na słowo. Zdjęć nie ma, bo nie chciałem żeby zaczęli się tam zjeżdżać turyści. Plaża ma bowiem 6 metrów szerokości i 20 długości.

Po krótkiej pogawędce z wodą, pogięliśmy w końcu na lotnisko po koleżankę. W drodze robiłem zdjęcia przez szybę ale wyszły tak durne, że pokasowałem. Dobrze, że przynajmniej samolot udało mi się złapać. Na fotce próbuje minąć skrzydła wiatraków i prawie uderza w znak. Wszyscy bardzo się ucieszyli, że wyszły mu oba manewry unikowe:

 

PIRAMID NIE MA ALE TEŻ JEST ZAJEBIŚCIE

Gdy już odebraliśmy ostatnią załogantkę, rozpoczął się najdziwniejszy kawałek naszego błądzenia po Teneryfie. Postanowiliśmy obejrzeć słynne piramidy w Guimar, które są malownicze, etniczne i bardzo stare. Nie udało się z przyczyn banalnych - szybki rzut oka przez ogrodzenie utwierdził nas w przekonaniu, że są one bardzo niskie i bardzo podobne do nasypów kolejowych.

(to te konstrukcje za samochodem i drzewami)

Bilet kosztował 10 eurasów (wtedy wydawało mi się to jeszcze drogo). I do tego zaczęło padać. Stwierdziliśmy, że widok przez siatkę jest dostatecznie satysfakcjonujący i odjechaliśmy, by znaleźć jakąś restaurację. Więcej zdjęć nie ma, bo tak lało, że bałem się zamoczyć aparat. Głupi ja, przecież zabierałem go na ocean gdzie jest bardzo mokro.

SJESTA, NERWOWY POLAKU

Sjesta jest wynalazkiem fajnym ale z punktu widzenia turysty, wyjątkowo irytującym. Dzielny naród hiszpański o godzinie 14:00 zamyka wszystko na głucho i do 16:00 ma wyjebane na palące potrzeby dzikusów z Europy Wschodniej, którzy chcą zjeść i kupić fajki. Krążąc po mieście w godzinach sjesty, zabłądziliśmy.

WHERE EAGLES DARE. NOT

'To gdzie jechać' - zagaił kapitan. Zaczęliśmy się śmiać, bo wiedzieliśmy tyle samo co on. Poradziliśmy mu więc by zdał się na instynkt. Instynkt zaprowadził nas najpierw do końca jezdni a potem na rozstaje dróg.
'Jak pojedziesz w lewo, znajdziesz sławę i pieniądze. Jak prosto, miłość. Jak w prawo, to cię pojebie'. Mą radosną bajkę przerwało natarczywe trąbienie temperamentnego torreadora. Skręciliśmy w prawo i faktycznie, coś nam się pojebało i zabłądziliśmy. Szukając wjazdu na autostradę zwiedziliśmy miejsca, gdzie nigdy nie był żaden turysta. Bo turyści są normalni i Teneryfę zwiedzają z mapą i z przewodnikiem a nie na azymut i 'jakoś to będzie'. Z drugiej strony, to co zwiedzają turyści jest w tysiącu miejsc w internecie a nasza trasa tylko u mnie na blogu. Uważam, że wygrałem w tej konkurencji. Dzięki zbłądzeniu zobaczyliśmy bowiem dziwne szklarniowe uprawy nie wiem czego. Aha, oczywiście cały czas kropiło

Długi fragment malowniczego murka z kamieni, co było ładne i etniczne chociaż na fotce tego nie widać, bo barierka go chwilowo zasłania. Jak widzicie kropienie przeszło w ulewę (chociaż nie jestem pewien czy udało mi się uchwycić wszystkie krople w kadrze)

Dobra, tutaj widać dużo deszczu i jeszcze więcej kaktusów wyrastających z kaktusów. Znaczy byłoby widać gdyby nie deszcz.

Tunel, który znaleźliśmy po kilku albo kilkunastu kilometrach błądzenia i który miał nas doprowadzić do autostrady

... i doprowadził ale niestety, nie mieliśmy w bagażniku diaxy i mogliśmy sobie tylko filozoficznie powiedzieć 'tak blisko a tak daleko'

W końcu się udało ale nagle niebo spadło nam na głowy (podobne zdjęcie widzieliście wcześniej, przy szklarniach, ale nie zarejestrowałem upadku nieba więc muszę znowu ściemnić)

... i perspektywa posiłku pod chmurą zaczęła się oddalać w tempie przerażonego geparda na amfetaminie. Na szczęście okazało się, że tylko Luna jest surową panią i nagle, zupełnie bez powodu się rozpogodziło i przygrzało. Wyobraźcie sobie tortury jakie przeżyłem nad wielką michą gorącej paelli (warto nadmienić, że szału nie było - ryż z warzywami i z mięsem, wielkie mi halo).

A potem z górki - zakupy, klamoty na łódkę, podział kajut, rozpakowka, prysznic, piwo, fajek i nerwowe wyczekiwanie do północy. Nerwowe, bo niebo zaczęło się robić z lekka dziwne a nikt nie chciał zaczynać pływania po Atlantyku od nocnej burzy

TNIJ CUMY, NĘDZNY SZCZURZE LĄDOWY

Nocą trochę się rozpogodziło, załogi przestępowały z nogi na nogę a kapitanowie omawiali manewry przy wyjściu, trasę, częstotliwości na ukf-ce i inne tajne rzeczy, właściwe kapitanom. Modelowe wyjście na pełnej kurwie trochę nam nie wyszło w wyniku splątania cum na polerze ale już po 5 minutach i 3 cm2 skóry zdartej z prawej dłoni, rozpoczął się mój rejs. I to od razu od nocnej wachty.

OCEAN NOCĄ

Jest piękny, o czym może przekonać się każdy, kto ruszy się na taki rejs. Zdjęcia mi bowiem nie wyszły i nie zobaczycie nieba z milionem gwiazd i księżyca w pełni z podwójnym halo.  Dam wam próbkę. Według mojego aparatu, księżyc w pełni na początku wygląda tak

Chwilę potem zaczęła się Fatima. A właściwie amba-fatima czyli księżyc był a teraz go ni ma. Jak we wojsku. Tańczący księżyc wygląda tak

(zwróćcie uwagę na fajowy, miedziany efekt w wodzie)

Chwilę potem księżyc przyspieszył i zaczął pruć ku tafli

(więcej efektów na wodzie)

Nagle nikt nie wiedział co się dzieje

Na koniec księżyc udał pioruna i zrozumiałem, że jak go nie przestanę irytować, to skończy się ta zabawa źle

Woda szemrała kojąco o burty, wiał ciepły, niezbyt mocny wiatr, robiliśmy zadowalającą ilość węzłów i ogólnie było mi tak dobrze, pięknie i błogo, że rozkminianie efektów specjalnych w moim aparacie zostawiłem sobie na następny dzień. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Tak, rejs się zaczął i naprawdę płynąłem po Atlantyku. Byłem w euforii ale nie wiedziałem, że najlepsze chwile ciągle przede mną. Bo i skąd - co niby mogło to przebić. O, sancta simplicitas! Już za 24 godziny miałem się przekonać jak bardzo się mylę.

[1] Dobra, jeden plan był. O wyznaczonej godzinie musieliśmy być znowu na lotnisku żeby odebrać ostatnią załogantkę, która leciała trochę inaczej.

 
1 , 2