To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony

Pedałem w łydkę

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dzień jasny, chociaż późno, słońce świeci z góry. Niebo błękitne, żadnej nie ma na nim chmury. To jakby ktoś chciał coś poopowiadać o niedostatecznej widoczności albo złych warunkach drogowych.
Jadę wczoraj wzdłuż Wisłostrady, włączam się do ruchu w Górnośląską. W tle widzę zamiąch przy Czerniakowskiej, jedni się próbują wbić w Górnośląską, inni coś głupieją, jadę przed siebie równym tempem, dojeżdżam do Czerniakowskiej, mam 3-4 metry do zbiegu ulic gdy nagle jeb, zza pleców wyskakuje mi debil na lubelskich blachach, prawoskręt na pełnej kurwie i pociął w Czerniakowską.

To co mi pociekło po nogawicach to był na szczęście pot gdyż gość wygrał moją prywatną nagrodę zbliżeniową - tak blisko mnie jeszcze nikt nie zajechał. Nikt i nigdy. To była naprawdę kwestia kilku centymetrów, bo o tyle jego tylny błotnik minął moje przednie koło.
Pan nie wiedział dwóch rzeczy - nigdzie mi się nie spieszyło, bo to był relaks po posiłku oraz tego, że wzdłuż Czerniakowskiej są nieprzyjemne, wysokie progi zwalniające. Postanowiłem gościa pouczyć.

Ruszyłem w pościg.

Zrównałem się z ziomem, obciąłem tylne siedzenie, czy nie wiezie dzieci albo starej (bywam niedobry ale jechanie typa w obecności progenitury to wyjątkowo parszywy numer) i rozpocząłem dialog.
- Co żeś kurwa zrobił? (polszczyzna taka sobie ale strzał adrenalinowy sparaliżował mi częściowo mózg, język i policzki)
- Ale o co chodzi?
Dialog się w tym momencie zakończył.

Tutaj słowo wyjaśnienia. Polscy kierowcy nie mają zwyczaju przepraszania za niebezpieczne manewry. Zamiast tego wolą rżnąć głupa albo stosować uderzenie wyprzedzające, które zazwyczaj polega na tekście 'jak chuju jeździsz' albo 'co TY odpierdalasz'. Działa to na mnie jak płachta na byka. Na czym to ja skończyłem. Aha.

- O to chodzi, że jak nie wiesz o co chodzi, to co chuju robisz za kierownicą.

I dalej w podobnej estetyce monologowałem gdyż pan zobaczył ogień szaleństwa w moich oczach, przepalający szkła Ray Fanów i przytomnie zamknął twarz. Próbował uciekać przed psychicznie chorym ale wiecie, te progi. I z każdym kolejnym metrem, w którym mu towarzyszyłem, był coraz mniejszy, coraz bardziej przestraszony i coraz rzadziej patrzył na drogę, a coraz częściej w bok. Nie mój. Gdyby się zatrzymał i próbował coś robić, prawdopodobnie miałbym postawione zarzuty. Dojechałem do Alei Stanka, pożegnałem się z chujem staropolskim fakiem i oddaliłem się przez park w kierunku Rozbratu gdzie zacząłem się trząść, dostałem silnych dreszczy i zmarzłem w temperaturze +20 stopni.

Jestem na siebie wkurzony tylko z jednego powodu. Że mu nie upierdoliłem lusterka.

Jako rowerzysta, jestem najsłabszym użytkownikiem drogi. Uderzenia boczne należą do najbardziej niebezpiecznych. Robiąc taki ryzykowny prawoskręt, zyskujecie jako kierowca, sekundę. Czy ktoś z kierowców mi wytłumaczy dlaczego tak chujowo zagrywacie? 

czwartek, 16 maja 2013

No więc w nawiązaniu do szczegółu, dawać mi tu cztery dwieście i dodatkowo odpowiedzieć mi na pytanie 'co się kurwa dzieje?'

Wczoraj na fejsie trochę popomstowałem na rowerowe bezmózgowie na ścieżkach, ulicach i chodnikach, nie minęło 10 godzin od wrzutu i kolejny przykład, będący przejawem szerokiego zjawiska, które z roku na rok, przybiera rozmiary epidemii. Mianowicie przejeżdżanie na czerwonym. Próbuję zrozumieć ale nie potrafię, bo otchłań głupoty zerknęła na mnie tylko raz i od tamtej pory nieco się jąkam, więc sami rozumiecie, że boję się do tej rzeki wejść ponownie.
Więc ja może powoli, naukowym dowodem z anegdoty. I chociaż wiem, że przemawiam do przekonanych, to pamiętam również, że w raju więcej radości z jednego nawróconego grzesznika niż z dziesięciu świętojebliwych, znacie to, więc nieście dobrą nowinę wśród niewiernych.

Wielokrotnie przeżyłem uderzenia przodem roweru, trzy albo cztery razy przeleciałem przez kierownicę tak efektownie, że jakby byli sędziowie, to bym dostał noty jak Torvill i Dean. Powaga, przynajmniej raz moja głowa celowała w dół a nogi w górę, i mam na to świadka.
Raz przeżyłem uderzenie od tyłu pod ostrym kątem, jak mnie potrąciła taksówka na pustej Puławskiej (północ była, to strasznie śmieszna historia).

Ale w życiu nie dałem się potrącić z boku gdyż:
- w tej materii jestem czujny jak ważka i mam oczy dokoła głowy
- oraz wiem, że dla rowerzysty nie ma bardziej przejebanej opcji od trafienia bocznego.
Nie ma jak amortyzować, nie ma jak chronić głowy (przy upadkach do przodu możemy osłaniać się rękoma, przy tylnych dociągnąć brodę do klatki piersiowej i napiąć mięśnie grzbietu, byłem, sprawdziłem, u mnie działa). Przy strzałach bocznych upadasz na biodro i bok rzepki kolanowej, to u dołu. A u góry walisz bokiem czaszki w glebę - sami sprawdźcie jaki dystans muszą pokonać ręce przy osłanianiu się przy upadku do przodu, a jaki w bok. Oraz jak bardzo małą ruchliwość mamy przy tym osłanianiu boku głowy. Oraz jak to w efekcie lądujemy na glebie na poduszce z własnej dłoni, co jest na pewno śmieszne ale dzięki. Oczywiście można schować głowę między barkami a je same unieść ale to już trochę trudniejsze. Nie mówię, że niewykonalne ale trudniejsze.

No i nie zapominajmy o tym, że przy uderzeniach w płaszczyźnie strzałkowej (przód-tył), nasz kręgosłup w odcinku szyjnym ma dużo większy zakres ruchu niż w płaszczyźnie czołowej (na boki). Sami sprawdźcie jak daleko jesteście w stanie odgiąć głowę w przód i w tył a jak w bok. I dziękuję za uwagę.

Więc dlaczego, do kurwy nędzy, dobrowolnie narażacie się na strzał. A do tego łamiecie przepisy, przez co spierdalacie mi renomę i resztki szacunku, jaki żywią do mnie dziewczyny jak im mówię, że na rowerze jeździć uwielbiam pasjamy.
Przestańcie chuje przejeżdżać na czerwonym.

Dziękuję za uwagę.

PS. Tak, zdarzało mi się przejeżdżać na czerwonym. Na przykład podczas nocnych przelotów. Ale ostatnio nawet tego nie robię, bo wyobrażam sobie siebie, w stanie wegetatywnym, moją rodzinę w dupie i bank, w którym mam kredyt. To świetnie leczy z głupoty. 

wtorek, 24 lipca 2012

WUJEK DOBRA RADA NA WSZYSTKO

Ludzie są dziwni i zgłaszają się do mnie po rady. Niektóra banalne, bo dotyczące związków, sposobów powiększania penisa, w co się ubrać na randkę albo kto to jest Kamasutra. Inne poważne, dotyczące zarabiania miliona w weekendy albo jakie studia wybrać, żeby zarobić milion w weekendy. Jest też spora grupa, która pyta się mnie jak walczę z okrutnym smrodem, który wydziela moje cielsko podczas i po przejeździe z domu do pracy na rowerze.

Do niedawna odpowiadałem im, że mam w pracy prysznic i się smrodu nie boję. Bo to prawda. Jednakowoż miesiąc temu, podczas fali tych okrutnych upałów, od których się mózg lasował, postanowiłem zrobić eksperyment i sprawdzić, czy faktycznie bez prysznica, dojazd rowerem do pracy, skończy się wymordowaniem współpracowników falami duszących zapachów spod skrzydła.

NAJPIERW O MNIE

Na rowerze jeżdżę od 1998, z dwuletnią przerwą, bo mi się nie chciało. Przekłada się to na jakieś zbudowanie kondycji ale bez przesady. Jestem amatorem a nie wyczynowcem i nie robię na rowerze niczego specjalnego. Tym niemniej, w eksperymencie przyjąłem pewne ograniczenia, o których dalej.
Mam 185 cm wzrostu i ważę 125 kilogramów. Przy mojej budowie ciała oznacza to jakieś 20-25 kilo nadwagi, zgromadzone w oponie. Mam też taki feler, że strasznie się pocę podczas upałów. A już w dusznych autobusach to dramat. Dlatego za punkt odniesienia skali zapocenia, przyjąłem stan, w jakim przyjeżdżam do pracy komunikacją zbiorową.

METODA

Metoda jest prosta. Dystans 10 km, średnia prędkość nie przekraczająca 15 km/h. Dlaczego tak? To proste. 10 km to odcinek z domu do pracy. Średnia prędkość 15 km/h oznacza przejazd z prędkością osiągalną dla każdego. Nawet jeżeli ten ktoś wsiadł na rower wczoraj. Nawet przy założeniu, że rower nie jest dopasowany i wygodny a wyłącznie modny. I nawet przy założeniu, że ten rower jest ciężki. Bo mój Wheeler waży ponad 20 kg więc masa testowanego układu, dobijała w moim przypadku do 150 kg. 15 km/h to tempo rekreacyjne, a, i tak, pozwala osiągnąć spory dystans w niezłym czasie.

TRASA

Trasa uwzględnia wszystkie typy ukształtowania terenu jakie możemy znaleźć w Warszawie, oprócz ostrego podjazdu. Ostry, długi podjazd (Ujazdowskie) stestowałem raz w drodze powrotnej i zalecenie jest takie, żeby nie wjeżdżać tylko wprowadzać. Typy terenu  na trasie, obejmują jedno delikatne wzniesienie na dystansie maksymalnie pół kilometra, jeden krótki zjazd i dużo długich prostych, niektóre lekko pod górę ale uśrednia się to płaskich 8-9 kilometrów. Pół trasy w cieniu, pół w słońcu. Zasadniczo tak wygląda pewnie 75% tras miejskich w Warszawie, bo nie jesteśmy miastem położonym na siedmiu wzgórzach. Dojazd do pracy - 40 minut, od wyjścia z domu do wejścia do firmy. Komunikacja, przy najlepszych układach (przesiadki bez oczekiwania, brak korka), pozwala mi dojechać do pracy w 45 minut (35 minut przejazd, 10 minut dojścia do przystanku i do pracy).

TECHNIKA

Tu było najtrudniej, bo utrzymanie 15 km/h wymaga dużego wysiłku. W sensie zwalniania. To tempo 2 razy szybsze od energicznego marszu wiec rozumiecie, że to jazda mocno wypoczynkowa. Co do samego pedałowania, utrzymywałem równe tempo, żadnego przyśpieszania, żeby zdążyć na światłach albo przemknąć na pomarańczowym. Jazda na pełnym czilaucie. Do tego na odcinkach chodnikowych, rower przeprowadzałem przez przejścia dla pieszych. Więc jak widzicie, zgodnie z przepisami[1] i nienerwowo.

WARUNKI POGODOWE

Poniżej statystyki z kolejnych pięciu dni (pon-pt), wzięte ze strony twojapogoda.pl, stan na godzinę 9:00. Eksperyment trwał od 2 do 6 lipca 2012

02.07 temperatura 26, odczuwana 28, gorąco i sucho, wilgotność 71
03.07 temperatura 26, odczuwana 30, gorąco i sucho, wilgotność 68
04.07 temperatura 26, odczuwana 28, gorąco i mokro, wilgotność 75
05.07 temperatura 26, odczuwana 28, gorąco i sucho, wilgotność 73
06.07 temperatura 27, odczuwana 28, gorąco i sucho, wilgotność 69

Oczywiście nie są to rekordy, bo rano było minimalnie chłodniej niż po południu ale przyznacie, że solidnie grzało.

3...2...1... START

Najgorzej było drugiego dnia, było mi subiektywnie tak gorąco, że odruchowo podkręcałem tempo, żeby się trochę podmuchami ochłodzić. Skończyło się to wykręceniem średniej ponad 20 km/h i w efekcie do pracy przyjechałem zlany potem od pasa w górę. Może byłoby trochę lepiej gdybym nie jeździł z małym plecaczkiem a zamiast tego zafundował sobie małą sakwę. No ale jeżdżę, przez co przy ostrzejszych przejazdach najbardziej leje mi się z pleców i zaczyna się piękna tragedia. 3 lipca udałem się pod prysznic.

W pozostałe dni pilnowałem tempa i przyjeżdżałem do pracy MNIEJ spocony niż po komunikacji miejskiej. Oczywiście gdybym za każdym razem jechał klimatyzowanym tramwajem/autobusem, nie byłoby porównania ale tak się nie dzieje. Po przyjeździe do pracy zbiorkomem, cieknę. Oczywiście nie do stanu 'wanna i kąpiel, albo przynajmniej prysznic' ale opłukanie się pod zlewem pomaga.
Mniejsze spocenie nie oznacza oczywiście, że siedzę w tym tiszercie, w którym przyjechałem. Ale wystarczyło podejść do zlewu, ochlapać się wodą od pasa w górę, zapodać antyperspirant, wrzucić świeżą koszulkę i siąść do pracy. Omdleń z powodu mojego smrodu nie zanotowano.

JEST JEDNO ALE...

Przepraszam potencjalnych urażonych ale muszę to napisać. Cała ta zabawa miała sens tylko wtedy, gdy rano, przed wyjściem do pracy, bierzemy prysznic. Jak ktoś się chce wpakować na rower po przespanej nocy a potem chlapać się pod zlewem i psikać antyperspirantem, to życzę powodzenia w nawiązywaniu kontaktów ze współpracownikami. Jeżdżenie do pracy rowerem w sposób opisany przeze mnie, jest dopuszczalne przy założeniu elementarnej higieny u zainteresowanego.
Więc powtórzę jeszcze raz. Robimy to tak: prysznic - rower w sposób opisany przeze mnie - zlew - antyperspirant - czysty tiszert - biurko.

WOLNE WNIOSKI

Oczywistą rzeczą jest, że nie zawsze się nam wszystko uda tak, jak byśmy chcieli. Czasem podgonimy na trasie, czasem coś nas ukłuje i przejedziemy kilometr na pełnej kurwie. Czasem wilgotność będzie tropikalna. Jasna sprawa. Dlatego nie pretendowałem do miana badacza, który sprawdzi każde warunki.
Chodziło mi tylko o to, żeby pokazać, że, przynajmniej po Warszawie, można dojeżdżać do pracy na rowerze, bez konieczności posiadania w niej prysznica. Bo jeżeli może to robić mutant z prawie trzydziestokilogramową nadwagą, to ktoś z wagą normalną, nie zgrzeje się pedałując ponad 20 km/h. A grubasy mi podobne, mogą pedałować tak, jak im tu podpowiedziałem.

Powiedz mi zatem, jaka jest teraz twoja wymówka?

[1] Moje odcinki chodnikowe obejmują chodniki, po których mogę jeździć legalnie oraz kilometr (w tym most Śl-Dąbrowski), po których jadę nielegalnie.

czwartek, 21 czerwca 2012

Och jak bardzo się cieszyłem, że w słuchawkach nie łupało mi akurat Body Count. Zaburzyłbym sobie pewnie przepływ chi, szarpiąc się z idiotą a tak tylko miałem kopa z adrenaliny przed treningiem. Tragikomedia była w dwóch aktach, drugi był wynikiem pierwszego, wszystko skończyło się dobrze ale chyba przestanę się tylko napinać i gadać, i naprawdę kupię sobie batona. Zaczęło się jakiś kilometr od mojej pracy.

W tym sezonie postanowiłem porzucić jazdę ulicami i, tam gdzie mogę, pomykam chodnikiem. Tam gdzie nie mogę, też pomykam gdyż w tym roku to sobie a nie kodeksowi pozostawiłem prawo oceniania gdzie mogę śmignąć bezpiecznie, a gdzie będę przeżywał niekończące się katusze psychiczne, bo panom kierowcom się spieszy. No więc jeżdżę sobie wzdłuż Wisłostrady, bo mogę i jedynym miejscem gdzie się możemy spotkać, są przejścia dla pieszych. Zielonostrzałkowe prawoskręty to temat na oddzielną hejtnotkę ale nie chce mi się jej pisać, bo by było za dużo bluzganiny i opowiem wam tylko o jednym skrzyżowaniu, na którym przynajmniej raz w tygodniu mam rozmowę z kierowcą, który przepisów nie zna ale i tak się będzie ciskał. Jest to wbitka na Czerniakowską ze Szwoleżerów. Skręcający w prawo mają zieloną strzałkę i, w dupie mając pieszych, wbijają na przejście a potem się zatrzymują, bo im z lewej jedzie sznur samochodów. Najczęściej przeprowadzam tamtędy rower, bo stężenie idiotów w tym miejscu jest zbyt duże żeby ryzykować przejazd. Wczoraj spieszyło mi się na trening i stwierdziłem, że jednak przejadę. Niestety, na światłach do skrętu w lewo stał karawan Straży Miejskiej. Nie żeby im się chciało mnie ścigać ale stwierdziłem, że nie będę ostentacyjny i rower jednak przeprowadzę. Jakim byłem naiwnym łosiem.

Dojeżdżam do przejścia, hamuję, zsiadam z roweru, robię krok do przodu i centralnie we mnie wjeżdża w prawoskręt Czesiek. Ja trochę ogłupiały, bo niby zielone mam i na przejściu jestem, idę a Czesiek mnie łukiem łyka. Patrzę na straż ale nie wiem po co, bo przecież oni to mają w dupie. Oni są od radarów i pietruszki a nie od takich akcji. Spojrzałem na brykę, która próbowała umieścić mi kawałki roweru w lewym udzie i rzucam pytanie retoryczne 'poważnie, kurwa?' I nawet by mi ciśnienie nie skoczyło bardzo, bo to powszechna akcja na przejściach gdyby nie pani na siedzeniu pasażera, która odwróciła się do mnie i zaczęła się uśmiechać. Chyba wtedy pękła mi żyła w oku.
Niekierowcom tłumaczę genezę zajścia. Oczywiście najsensowniejsze wytłumaczenie jest takie, że Czesiek jest typowym wąsatym polaczkiem, który gardzi słabszymi, bo liczy się tylko jego wygoda. Wytłumaczenie mniej psychologiczno-socjologiczne jest takie, że gość nie zna przepisów i sytuację zrozumiał tak: mam zieloną strzałkę, koleś się zatrzymuje i zsiada z roweru więc na pewno ma czerwone. Z jakiegoś powodu jednak wchodzi na to przejście. Ha, pewnie chce przejść na czerwonym więc mogę go rozjechać (pozdrawiam pana taksówkarza, który rok temu mnie przyprasował do innego samochodu bo mógł). No to go rozjadę.
Tak oto próba przestrzeżenia przepisu prawie się skończyła dla mnie przykrością. Więc jest taki plan, że jednak będę zsiadał tylko wtedy gdy moje powolne człapanie przez przejście, wkurwi maksymalnie dużą grupę kierowców. Nie ma za co, podziękować możecie temu chujowi z wczoraj.

Potem udało mi się unikać ulicy przez całkiem spory kawałek a te kawałki gdzie nią jechałem, są zazwyczaj dla mnie bezpieczne bo albo buspas (po 18 mogę, porzućcie cięte riposty) albo mało uczęszczane szlaki w otoczeniu Traktu, budowy metra i Marszałkowskiej. Niestety, ostatnia prosta po ulicy prowadzi Królewską i Grzybowską do Żelaznej i dalej już bezpieczniej, bo kolejne rozkopy i wąskie uliczki bez ruchu. Najgorszy kawałek jest między Marszałkowską a JPII, bo wąsko i non stop włączają się do ruchu taksiarze spod hotelu Radisson. Oczywiście na rympał i bez kierunkowskazu więc oczy dokoła głowy się bardzo przydają. Dodajcie do tego kilka linii autobusowych i macie pełny obraz inferna. Do JPII udało się dojechać bez ekscesu, cisnę na zielonym przed siebie, mnóstwo kilometrów na godzinę, gdy po jakichś 150 metrach za skrzyżowaniem słyszę za sobą klakson. Lekko zdziwiony się rozglądam a za mną typ daje mi uniwersalny znak 'spierdalaj w prawo bo jadę'.

Otóż według pana kierowcy ja powinienem odbić na pas z prawej i go przepuścić. I zupełnie mu nie przyszło do głowy, że:
- na skrzyżowaniu ruszyłem pasem do jazdy na wprost i tym pasem jazdę kontynuuję za światłami
- pas po prawej służy do bezkolizyjnego prawoskrętu z JPII i autobusom
- za 50 metrów ten pas się kończy wyjazdem z zatoczki autobusowej i próbując na niego zjechać teraz, wbiję się przednim kołem w krawężnik

Się trochę wkurwiłem ale, że nie jestem złośliwy, zjechałem możliwie najdalej w prawo i macham mu ręką żeby jechał. Zamiast wyprzedzać, zrównał się ze mną i coś pokrzykuje przez okienko. No to teraz się wkurwiłem już na poważnie, powiedziałem coś o jego cechach charakteru, niedostatkach intelektu i że nie będzie mnie uczył jak mam jeździć bezpiecznie rowerem po tym mieście. Coś zaczął machać żebym mu jednak bardziej zjechał w prawo. No więc ja mu macham, żeby już spierdalał, bo robi niebezpieczną sytuację na drodze. Pokazał mi faka i w końcu mnie wyprzedził. No to się wkurwiłem ultymatywnie i macham mu zapraszającym gestem, że może się zatrzymać i pogadamy o jego technice jazdy. Wiecie, delikatne ruchy dłonią do siebie. No to on postanowił pognębić mnie do końca, wysunął rękę przez okienko i pokazał mi takiego faka z gatunku dorodnych.

Normalna sytuacja na drodze i nawet by mnie nie zirytowała tak bardzo, bo przecież wyprzedzał mnie bezpiecznie, ze 20 cm od mojej nogi, gdyby nie jeden fakt. On po całej tej dziwnej manianie, przejechał jeszcze 50 metrów i skręcił w lewo w Waliców. Jako pacyfista i człowiek ciszy, nie skręciłem za nim, bo totalnie skończyłoby się to szarpaniną albo bójką. Zamiast tego zakląłem siarczyście, zjechałem na chodnik, wypłaciłem kasę z bankomatu, kupiłem loda, bo się trochę zgrzałem i popedałowałem na trening. I obiecałem sobie, że następnym razem będę jechał środkiem pasa i nie będę reagował na żadne sygnały, które nie będą odgłosem karetki, straży pożarnej albo policji. Cierpliwość to cnota a ja nie chce, żeby mnie jakiś frustrat z przykrótkim przyrodzeniem, wbił w krawężnik.

Niech mi ktoś wytłumaczy, jak trzeba mieć najebane w mózgu żeby, wiedząc, że się za 150 metrów skręca, robić dym na drodze i generować niebezpieczne sytuacje? Z tą myślą was pozostawię.

piątek, 17 września 2010

Koledzy z forum rowerowego mnie objebali jak sukę burą, Borskuk stwierdził, że się napinam po czym mnie trafił i zatopił i jakieś takie ogólne niezrozumienie zapanowało. W związku z czym szybciej niż planowałem napiszę kolejny odcinek, bo nie chciałbym żebyście się niepotrzebnie nakręcali. Wystarczy, że niszczy nas jesienna deprecha i koniec wakacji.

Jazda w deszczu i zachowania kierowców. Temat, jakby na niego nie spojrzeć, rzeka. Najpierw odniosę się do tekstu o masochistach, którym radość sprawia pedałowanie w deszczu. No panowie z forum, bądźmy poważni. Rozumiem, że są różne rodzaje hobby ale nie próbujcie na poważnie wmawiać komukolwiek, że jazda w jesiennym deszczu[1] ma sens w przypadku innym niż życiowa konieczność. Bo jak to robicie i zaczynacie z poważną miną tłumaczyć, że to fajna sprawa, dokładacie malutki kamyczek do wielkiego stosu o nazwie 'cykliści to pojeby'. Dla człowieka, któremu rower nie przesłonił logicznego myślenia, nie ma niczego fajnego w jeździe w deszczu. Woda zalewa ci oczy albo chlapie w okulary - tak czy inaczej ogranicza poważnie widoczność. Kaptur na głowie ogranicza dodatkowo widoczność... Stop.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Na pewno istnieją bajeranckie stroje, które nie krępują ruchów, nie przemakają, nie pozwalają nam się wyziębić i tak ładnie się układają na ciele, że czujemy się w nich jak w drugiej skórze. W to nie wątpie. Ale ja tutaj piszę z punktu widzenia kolesia, który uwielbia jazdę na rowerze, bo to jest fajne, dobre, piękne i pożyteczne. Ale daleko mi do fanatyzmu, który wygoni mnie z rowerem z domu przy -30 stopniach i ze śniegiem walącym z nieba tonami albo podczas jesiennej burzy. Nie zainwestuję również w strój do jazdy grubych plików tatusiów, bo mam inne wydatki. Może żeby ułatwić zrozumienie moich bełkotanek, dam tutaj jakieś swoje credo czy coś na kształt.

W miesiące z normalną pogodą jeżdżę praktycznie codziennie ale rower nie jest dla mnie stylem życia. Jest pięknym urządzeniem, które sprawia mi mnóstwo radochy i pozwala w warunkach zakorkowanej Warszawy, sprawnie przejechać z punktu A do punktu B. Dzięki swojej genialności pozwala mi każdego dnia zaoszczędzić na przejazdach po mieście do półtorej godziny. O tyle dłużej mogę czytać książkę i tylko idiota mógłby twierdzić, że nie jest to dobre i sprawiedliwe. Poza tym, po wyjściu z pracy mogę do domu wrócić dowolną trasą. Choćby przez Ursynów. A nie taką, którą wybrał za mnie ZTM.
W weekendy maszyna pozwala mi na freeride - wychodzę z domu, stwierdzam, że dzisiaj wybieram lewo, po czym jadę w lewo, aż mi się znudzi. Nie muszę sobie planować trasy, skręcam tam gdzie mi się zechce i to w kontekście Warszawy coraz bardziej grodzonej, daje mi jakieś małe poczucie wolności.
Rower zdrowy jest, rower pożyteczny jest, się chudnie, rosną od niego mięśnie i zyskuje się zdrowie, kondycję, zwiększoną pojemność płuc oraz muskulaturę, jakże pomocną w kontaktach z płcią nam nieobojętną.
Ale przy tej całej jego świetności, należy jednak pamiętać, że w moim przypadku, gdy leje albo śnieży, rower zostaje w domu a ja śmigam po mieście furką z fotelami w skórze i z szoferem[2].
Bo widzicie, ja jestem, zaawansowanym bo zaawansowanym, ale ciągle rowerowym piknikiem. I pewnie tak zostanie, bo na wyczyn nie mam specjalnie ochoty.

Gdy już sobie wyjaśniliśmy niejasności, kładące się poważnym cieniem na wzajemnym zrozumieniu, wróćmy do jazdy w deszczu jesiennym. Jest to dla mnie esencja niefajności. Woda skutecznie atakuje z każdego kierunku. Z góry z chmur, z przodu spod samochodów, z dołu z kałuż. Po przejechaniu kilometra w stroju nieprofesjonalnym[3], jest się przemoczonym na wylot a w chłodny dzień, w bonusie znajdujemy się na granicy hipotermii. Dla piknika, traktującego rower stricte utylitarnie, jest to jakiś bezsensowny horror, którego nikt dobrowolnie sobie fundować nie będzie. I wybierze autobus, prywatny wóz albo taksę.

Gdy do takiej burzy dołożymy nieco silniejszy wiatr, mamy szanse znaleźć się ze swoim rowerem w środku filmu katastroficznego, co udało mi się wykonać jakieś 2 lata temu i co wspominam jako straszną traumę. No dobra, to nie był silniejszy wiatr tylko regularna wichura, która zrywała bilboardy przy Puławskiej i łamała gałęzie grubości męskiego uda ale wiecie o co mi chodzi. Nawet średniej wielkości gałąź uderzająca nas w głowę podczas jazdy, potrafi zaburzyć tor albo nawet zrzucić z roweru. Co jest jakby niebezpieczne. A jak wiatr jest słabszy i niczego nie łamie, to i tak nawiewa nam deszcz w twarz. Jak masz okulary, to momentalnie przestajesz przez nie widzieć. Jak ich nie masz, to przestajesz widzieć jeszcze szybciej, bo przy każdym uderzeniu wody, odruchowo mrużysz oczy. Czy gdzieś popełniłem błąd logiczny, czy na razie wszystko się zgadza?

Ale nawet gdybym się zdecydował na jazdę po mieście w deszczu, bo miałbym takie kaprycho, nie mogę zapominać o dwóch dodatkowych atrakcjach. W obfitym deszczu, takim który przykrywa ulicę kilku czy kilkunastocentymetrową warstwą wody, nie widać dziur w nawierzchni. Jasne, większość swoich stałych tras znam na pamięć i wiem gdzie jest niebezpiecznie. Ale jak mnie zawieje poza znane nitki, zaczyna się bardzo brutalny survival, który może skończyć się upadkiem i częściową kasacją roweru. Każdy kto twierdzi inaczej, jest bardzo dzielny. Albo bardzo głupi.

No dobra, załóżmy, że znamy trasę idealnie a nawet gdybyśmy wpadli w dziurę, to zdarta skóra i skasowana obręcz nas nie bolą, bo jesteśmy twardzi i źli a koło było i tak do wymiany. Niestety, ciągle zostają samochody. I to jest główny punkt, dla którego jazdę w deszczu nazywam masochizmem. W Warszawie przynajmniej raz na 3 deszczowe minuty znajdzie się artysta, który musi jechać prędziutko. Ma w samochodzie ABS, ACC, ESP, DSR i WTF, w zwiazku z czym nie musi się niczym przejmować. I ciśnie przez zalane ulice setką, wzbudzając wielki entuzjazm u pozostałych uczestników ruchu. Z tegorocznych obserwacji - koleś jadący w czasie deszczu po Nowym Świecie zasuwał tak ambitnie, że odkosy dziobowe miały, lekko licząc, jakieś 3-4 metry wysokości. Widok imponujący, chociaż nieliczni przemykający popod murami przechodnie, nie podzielali mojego entuzjazmu[4]. I cały czas musimy pamiętać, że zalanie wodą z kałuży, to najmniej przykra rzecz jaka może nas spotkać ze strony samochodu.

Bo czasami zdarza się, że taki ścigant wyprzedza nas bardzo blisko, tak na łokieć. I wtedy strumień wody, który uderza z boku, ma na tyle dużą siłę, że jest w stanie zachwiać rowerem. W tym roku chwiałem się raz, a specjalnie wątły czy słabowity nie jestem. Jest to zarazem nieprzyjemne i niebezpieczne. Zresztą strumień wody może bez problemu rowerzystę obalić. Czy to przez impet, czy to przez zalanie twarzy (utrata widoczności, odruchowe wycieranie oczu, pogorszenie kontroli nad rowerem, dopowiedzcie sobie resztę, bo powoli robi się z tego czytanka dla głupków).

Zdecydowanie jednak najbardziej boję się aquaplaningu, zwanego z polska akwaplanacją[5]. We mnie już raz samochód uderzył. I powiem wam, nie mam ochoty tego powtarzać, bo to dopiero była esencja niefajności. Przy deszczu i kierowcach regularnie przekraczających prędkość, szanse na trafienie rosną. A ja raczej wolę je minimalizować, bo trafienie boli, odziera ze złudzeń na temat własnej niezniszczalności i naraża na spore wydatki na rekonstrukcję roweru, plastry, maście i okłady.

Ergo - jazda w jesiennym deszczu ssie pałkę na maksa. I nikt mnie nie przekona, że może to być przyjemne. Tak samo, jak nikt mnie nie przekona, że podczas przejazdu trwającego dłużej niż 3 minuty nie trafi się jakiś przygłup, który będzie musiał przygazować. Chyba, że wszyscy tkwią solidarnie w korku. Ale to już zupełnie inna historia. Do poczytania.

Wyście naprawdę myśleli, że ja przez deszcz rozumiem uroczy, ciepły, wiosenny kapuśniaczek?

[1] Ciepłe wiosenne i letnie burze to zupełnie inna bajka i nie wrzucamy ich do wspólnego wora z przykrym, zimnym, tnącym w oczy deszczem październikowym. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego.
[2] Wiem, że zaglądają tu ludzie niekumający sarkazmu, ironii i starych dowcipów. Nie mam Bentleya, opis stosuje się do środków komunikacji miejskiej.
[3] Ortalion z kapturem albo żeglarski sztormiak dwuczęściowy, kaszkiet, okulary i totalnie przemakalne buty sportowe.
[4] Ja byłem zen gdyż od kilku minut byłem przemoknięty na wylot. Oni się jeszcze łudzili.
[5] W skrócie - samochód zamienia się w skuter wodny i zamiast jechać, sunie po wodzie. Z punktu widzenia kierowcy jest to dość podobne do poślizgu na lodzie.

środa, 15 września 2010

Sensowny[1] sezon rowerowy powoli umiera, bo tylko masochiście może sprawić radość pedałowanie w drobnym deszczu zacinającym w twarz. Albo jazda spowitym w jakąś psychodeliczną, brezentową pelerynę, która zawija się wokół ud, kręci w szprychach i znakomicie ogranicza pole widzenia. Zresztą, olał pelerynki i deszcz w twarz - kogo normalnego jara jazda w strumieniach wody wzniecanych przez śpieszących się, na swój bądź czyjś pogrzeb, kierowcach? Owszem, cały czas się coś tam jeździ ale powoli czas zacząć podsumowania tego sezonu. Od razu uwaga - 90% mojego czasu na rowerze spędzam w Warszawie. W sensie w mieście. I tego typu jazdy będą dotyczyć moje bełkotanki. Dlatego nie przekładajcie sobie tego na las, szosę, pustynię, góry czy groble między jeziorami. Ułatwi nam to wzajemne zrozumienie.

W pierwszym odcinku pochylę się nad najsłabszymi współuczestnikami ruchu - nad pieszymi. Od wielu lat układam sobie z nimi bardzo poprawne stosunki na ścieżkach i na chodnikach[2]. Wbrew pozorom jest to bardzo łatwe, nie wymaga ukończenia szkoły wyższej z basenem i fortepianem i może to robić z łatwością każdy, nawet skończony cham granatem od radła oderwany. Wrzucę kilka podpowiedzi dla rowerzystów, dla których najlepszą metodą usuwania pieszych ze ścieżek jest wjeżdżanie w nich.

Pieszy na ścieżce, w większości przypadków, znalazł się przez zagapienie albo wygodę. Nie wierzcie w tabuny ludzi, którzy tylko czekają aby zrobić nam w poprzek i snują się po ścieżkach przez złośliwość. Jest to legenda miejska wymyślona przez kogoś z poważnym problemem psychologicznym i nieufnością do świata. Dla mnie ten rok był kolejnym, w którym trenowałem kulturę w domu i zagrodzie i znowu okazało się, że wszystko dało się załatwić przy pomocy 'przepraszam' oraz 'dziękuję'. Wystarczy tylko pamiętać o jednej rzeczy - gdy zbliżamy się do pieszego, to 'przepraszam' krzyczymy nie w momencie gdy nasze tylne koło zdziera mu już skórę z łydki, bo wtedy nie zadziała.

Robi się to następująco: jeżeli pieszy idzie w naszym kierunku, zazwyczaj dostrzeże nas z daleka i się odsunie. Gdy się nie odsuwa, to nie depczemy mocniej w pedały a podczas mijania uderzamy go barkiem w twarz, bo to słabe. Zamiast tego proponuję krzyknąć 'przepraszam' i się uśmiechnąć. Wiem, że trudne dla niektórych ale da się wyćwiczyć. Tego typu postępowanie usuwa pieszego ze ścieżki skuteczniej niż wykrzywiona twarz i stek wyzwisk.
Gdy pieszy jest odwrócony do nas tyłem, lekko zwalniamy i krzyczymy 'przepraszam' z odległości 10-15 metrów. Dla osób o słabszych płucach zalecaną odległością jest metrów 5. W takim układzie nawet jak pieszy wpadnie w panikę i zacznie się miotać po ścieżce, nie wyląduje nam pod kołem. Gdy pieszego mijamy, uśmiechamy się i mówimy 'dziękuję'. To niewyobrażalne jakie cuda potrafi zdziałać to niepozorne słówko. Wystarczy tylko je wydusić spomiędzy zaciśniętych ust. Za dziesiątym razem jest już łatwiej.

Oczywiście, jak w każdej odpowiednio licznej populacji, tak i wśród pieszych znajdziemy 1-2% niereformowalnych frustratów, którzy nie reagują na nic i potrafią złośliwie wejść nam pod koło. Metody są trzy - polska, ruska i zen. Polska polega na tym, żeby takiego kogoś wybluzgać. Pamiętajmy, że jeżeli jest to wielki jak szafa kawał chama, bluzgać powinniśmy z bezpiecznej odległości. Jeżeli jest to starsza osoba, można zahamować przed nią z poślizgiem i zwyzywać od dziadów/starych bab, kretynów, niedołęgów i moherów.

Metoda zen polega na tym, że mijamy takiego jegomościa i nie przejmujemy się tym, że gość jest głęboko nieszczęśliwym skwaszeńcem. Preferuję właśnie tę metodę ale to wolny kraj.

Jeżeli się nie boicie, możecie użyć trzeciej metody - na ruska. Polega na przywaleniu kolesiowi pompką. Pań nie bijemy. Jest to metoda dla prawdziwych wojowników dwóch pedałów.

Powyższe zasady mają również zastosowanie na chodniku. Przy czym przypominam, że jakkolwiek piesi nie byliby na tym chodniku wkurzający, nie możemy ani w nich wjechać, ani uderzyć barkiem (czy pompką), ani nawet zwyzywać. Bo jak jesteś w gościach, to niekulturnie jest atakować gospodarza.

Ostatnim miejscem gdzie możemy spotkać pieszego jest ulica. Pamiętajmy, pieszy na przejściu nie powinien być przez nas bluzgany, omijany, obdzwaniany czy potrącany. Bo na pasach to on ma prawo się znajdować a my powinniśmy umożliwić mu jego bezpieczne pokonanie. Dlatego gdy widzimy pieszego na zebrze, nie przyspieszamy żeby zdążyć jakoś sprytnie przed nim albo za nim przejechać, tylko się zatrzymujemy. Bo jak będziemy próbować mijać, możemy się na któregoś z pieszych nadziać i jest niezbyt śmiesznie.

Drobny patent - jeżeli aktualnie osiągniętej prędkości nie budowaliśmy przez ostatnie pół kilometra, nie uczestniczymy w rajdzie ulicznym, nie spieszymy się na rozmowę kwalifikacyjną, do pracy albo na randkę i nie uciekamy przed komornikiem, możemy zrobić coś, co absolutnie zaskoczy każdego pieszego. Możemy mianowicie zjechać do środka pasa, zatrzymać się przed przejściem na którym czekają ludzie, uśmiechnąć się do nich i gestem zachęcić do przechodzenia. To niesamowite jak łatwo spowodować by przedstawiciele tego sfrustrowanego społeczeństwa odpowiedzieli uśmiechem albo unieśli rękę w geście podziękowania. I od razu dzień jest lepszy. I dla nich, i dla nas.

Występują też sytuacje, w których pieszy wychodzi nam tuż przed koło, w powody nie wnikamy. Gdy uda nam się przed nim zahamować, mamy do wyboru trzy wspomniane wcześniej metody: polską, ruską i zen. Ponownie wybieram zen, wy możecie robić, co wam sumienie i aktualny stan emocjonalny podpowiada.

To na razie wszystko ale myślę, że się rozkręcę. Wszystkie powyższe akapity powstału w oparciu o autentyczne wydarzenia, których świadkiem byłem w tym roku na warszawskich ulicach. Może za wyjątkiem bicia pompką. No i uderzania pieszych barkiem, bo koleś nikogo nie uderzył tylko wjechał dziecku kołem w klatkę piersiową. Ale o tym w którymś z następnych odcinków.

Cykl został otagowany. Nie służy kompletnie niczemu, jest chaotyczny i bez myśli przewodniej, piszę go, bo mam na to ochotę i chcę w rozwlekłej formie zebrać to, co się uskładało na blipie. Jeżeli komuś się nie podoba, niech zachowa opinię dla siebie i nie czyta. Jeżeli ma tu być jakaś dyskusja, niech ma ona ręce i nogi i niech nie będzie takim pokazem żałości, chamstwa i buractwa jakim był atak na mnie po tekście 'I want to ride my bicycle' sprzed roku albo tym, co się działo w komentarzach, których nie mogłem wymoderować gdyż akurat byłem na urlopie. W kontekście owej 'dyskusji' wprowadzam zakaz używania dwóch słów: pedalarze i blachosmrody gdyż jak je widzę, to jest mi słabo. A nie może mi być słabo na moim blogu, co nie?

No, mam nadzieję, że wszystko jasne. Do poczytania.

[1] Częściej jeżdżę niż nie jeżdżę.
[2] Wszystkim, którzy chcą mi nawrzucać w komentarzach z powodu łamania przeze mnie przepisów, pragnę ułatwić - nie tylko jeżdżę po chodniku ale również przejeżdżam przez przejścia dla pieszych. Wrzucać możecie mi na swoich blogach, bo każdy kto się będzie u mnie w komciach o to przyczepiał, zostanie zbanowany. Nie róbcie tego nawet w tonie żartobliwym.