To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony

Z kategorii tych krótkich

piątek, 17 października 2014

Właśnie wróciłem z tego cyrku, co to się niedaleko Stadiona rozstawił i regularnie nie wiem co napisać. Znaczy nawet bym i coś wyknuł ale nie bardzo idzie mi klepanie w klawiaturę, bo klaskaniem mam obrzękłe prawice ale kilka zdań sklecę.

Rozpoczyna się na pełnej kurwie, jak klasyczna scena z Moulin Rouge. Nawet klaun wodzirej przypomina zapiewajłę z filmu. 
I jak to wszystko się rozpędziło i zaczęło wjeżdżać na scenę, to się popłakałem ze szczęścia, i nie jest to figura retoryczna. Rodzice mnie za dzieciaka brali do cyrku i wspomnienia mam nie takie, że męczone zwierzęta, zbutwiałe płótno namiotu, niewygodne ławki i ogólna słabizna, tylko O RANY, BĘDĄ SŁONIE, ŻONGLERZY, KLAUNI I ZABAWA. No i jakby ktoś dużego Radka wziął za oszew, przeciągnął o 36 lat wstecz i zafundował mu taki zaciesz, jaki miał za młodu. No to zero zdziwień, że się poryczałem z radochy. 
Występ ujęty jest w ramy historii chłopca, który chce puszczać latawiec ale mu nie idzie, pojawia się kurier rowerowy z dużą paką, z paki wyskakuje Jack in the box i za pomocą czarodziejskiej różdżki pokazuje chłopcu dużo dobrych rzeczy. Na dwie godziny występu (z półgodzinną przerwą w połowie) złożyły się trzy składające się jak harmonia panie, pan na monopedzie tańczący z sympatyczną dziewczyną, laska na trapezie, czterech ziomków chodzących po linie, pani z hula hop czy nawet z ośmioma, ludzie wystrzeliwani z katapulty i wirujący pod sufitem namiotu, niektórzy nawet na szczudłach wirowali i nikt się nie przewrócił, koleś budujący sobie wieżę z krzeseł i robiący na kolejnych etapach tej budowli czary ze swoim ciałem oraz dwóch typów w okrągłych kloszach po dwóch stronach długiej rury, kręcącej się wokół własnej osi. 
Plus występy trupy rozrywkowej, która robi masowy rozpierdol na scenie i wśród publiczności. Normalnie klauni w cyrku mnie żenują, przy tych śmiałem się jak posrany. 
Poszczególne programy perfekcyjne z jedną, chyba niezaplanowaną wpadką, jak jeden z typów w tych kloszach zamotał się w skakankę i byłem pewien, że będzie nieszczęście. Na szczęście nie było. Muzyka na żywo wykonana tak, że miałem dreszcze a jak w pewnym momencie usłyszałem dwa motywy podobne do filmowych, to mało nie zemdlałem z rozkoszy: Black Hawk Down i Ghost in the Shell, i nie trzeba więcej słów. Wokalistki z głosami, które dałyby im na luzie pierwszą dziesiątkę w dowolnym zestawieniu płytowym, jakby tylko nagrały jakieś płyty solowe. 
Piękno, dobro i zmasowana magia, która nie pozwala oderwać wzroku od wykonawców. Jakie to było cudowne, to brak słów, za reklamę niech starczy wam to, że do tej pory mam zdrętwiałą szczenę, cały czas się uśmiechałem pełną gębą. 
A potem się skończyło, ekipa się zawinęła, na scenie został chłopiec z latawcem, Jack in the box pokazał mu, żeby puścił tego latawca, chłopiec puścił a ja się znowu rozpłakałem. Jak mały dzieciak, tym razem ze wzruszenia. A kiedy ja przez ostatnie 25 lat płakałem dwukrotnie w ciągu niecałych trzech godzin? No nigdy. 
Na ich następny program pojadę nawet do Ustrzyk.

wtorek, 22 lipca 2014

No więc ukonstytuował się kolektyw mieszkańców i na pierwszym spotkaniu ustaliliśmy przez aklamację, że jest taka zorganizowana akcja, że wszyscy lokatorzy wpłacają pieniądze na konto kolektywu. Jak zwykle w kwocie, jaką podpowiada wam wasze sumienie, jednakowoż zwyczajowo sugeruję, żeby wpłacić trochę więcej niż trochę mniej, bo za trochę więcej są bonusy. 

Tak, wystartował nowy bookrejdż i tym razem twórcy pakietu mają dla was niespodziankę: Szczerek, Żulczyk i czwórka autorów, których możecie nie znać. Gdzie tu opłacalny deal? zapytają się niektórzy. No więc opłacalny deal jest podwójny. Po pierwsze, na mieście gadają, że nowa rzecz Szczerka jest jeszcze śmieszniejsza od Mordoru. Nie wiem jak wy, ja się nie mogę doczekać. Druga część dobrego interesu jest taka, że tych czterech anonimów warto, moim zdaniem, poznać, bo to ludzie dobrej roboty, którzy, niczym Szarmach, głowę wkładają tam, gdzie inni boją się włożyć nogę... Nie, po chuju ta analogia. Albo i nie, bo przecież czasami dokoła są jednak rycerze ortalionu. Chodzi o to, że oni robią taką kronikę z życia miasta. Karolina Pochwatka prowadzi Puls Trójmiasta, pije zimne piwo na murku, jara szlugi, przeklina ładniej ode mnie i ma zajebistą matkę, która, mam nadzieję, dorosła już do pewnych rzeczy. Łukasz Najder z kolei redaguje Głos Zakutasia i nadaje na falach długich z tramwaju 46, który to tramwaj będzie niedługo kvltovy i będzie stał w Muzeum Słowa Polskiego. Paweł Ziętek jest redaktorem naczelnym w Halo Poznań i czasem wrzuca swój urobek na bloga, za rzadko jednak, zobaczymy co skleił w książce. No i ja, redaktor i wydawca niecodziennika Warszawa Muwi, znacie mnie, to się nie będę produkował. 
Z moim zbiorkiem jest taka sytuacja, że rozmowy o pakiecie zaczęliśmy jakiś czas temu. I ja od tego, jakiegoś czasu temu, pisałem nowe rzeczy, do tego zbiorku. Bo część wybraliśmy starszych, a część miała być nowych, że niby nowa jakość. Ale jak już mi się udało coś napisać i wrzucić do szuflady, to natychmiast tekst zaczynał mi dno tej szuflady przepalać i najdalej po dwóch dniach, nakurwiałem tym kawałkiem w internet, bo przecież jak tak można więzić słowa? Dlatego nowych rzeczy nie ma, wszystko znacie ze strony, bloga i fejsa. Co nie zmienia faktu, że wam życzę dobrej zabawy a sobie nieustających przygód na mieście, zakończonych nie wpierdolem a kolejnym tekstem. 
Pakiet leży na stronie bookrage.org Klikacie w linka, klikacie w 'Kup' (hehehe), wybieracie kwotę albo wpisujecie swoją, jak ktoś czuje przymus, może pobawić się suwaczkami,następnie mail, płatność i lu, macie książki w mailu w fensi formatach epub, mobi i pdf. No to sobie możecie poczytać na każdym urządzeniu. 
Dziękuję za uwagę. 

wtorek, 17 czerwca 2014

Sobota, Targówek, chiński dresobar gdzie przy paśniku spotyka się policjant, najebany żul, lekko wcięty obywatel, dresiwo i ja. Buda mała, taka a'la kurnik, kolejka wywija się na zewnątrz, można od razu zrobić zakupy w całodobowym alkoholowym, który z dresbudą ściana w ścianę, no oaza samowystarczalności na dzielni.
W kolejce jakiś dwumetrowy steryd na bogatości, żadne tam adibasy tylko Najacze, wszystko błyszczące, przy nodze uśmiechnięty amstaff albo coś w podobie, i taki jest zadowolony z życia ten pies, że zachłostuje wszystkich ogonem na śmierć. Typ o spuchniętych nerkach doi setkę cytrynówki lubelskiej, kumpel Najacza karmi psa Snickersem, jakiś ziom opowiada o tym, jak to w sobotę coś go zaczęło w środku boleć, dziewczyna dała mu przeciwbólowce, pomogły. Na moment. A potem tak go zgięło, że przyjechała karetka i jak się ocknął w szpitalu, to usłyszał od lekarza, że jakby jeszcze pochojraczył i posnuł się na apapie, to wieźliby do szpitala trupa. Tylko nie usłyszałem co mu jebło, wiem natomiast, że w skali bólu, czuł podobno dziesionę, tak mu powiedział lekarz. Patrząc na ziomka uznaję, że najbliższy kontakt z dziesioną, to miał jak kroił studenta. Mija chwila i zza winkla wytacza się emeryt pod tęgą muchą i na hasło 'ty już tyle nie pij', odpowiada 'piję bo mogę'. Sobota leniwie toczy się dokoła nas.
Dzień jak co dzień na bębnie.
Każdy przychodzący do sklepu lub do budy jest witany mniej lub bardziej entuzjastycznie, bo wszyscy się przecież znają. Sobotnie, poranne pytania 'a co u Łysego?'. 'A, kurwa, nie wiem, wczoraj pochlaliśmy i gdzieś się nam zgubił'. No bukoliczna sielanka.
Okienko do zamówień się zbliża, jeszcze tylko jakiś typ w kowbojkach, spory dres na dorobku, który gawędzi z kumplem jedzącym przy stoliku obok i ja. No i ten koleś w kowbojkach, jakiś ewidentnie niemiejscowy, robi zamówienie, a najebany jest tak, że z gadką u niego już nie za bardzo w porządku, pewnie bidny z imprezy wysłany po żarcie. Kurczak z ą, kurczak z ę, sajgonki i krewetki z cebulą, czy kurwa coś podobnego. Tylko niech mi pani powie, czy te tajger krewetki to muszą być panierowane. I ta miła pani zza lady coś mu brzęczy po polskawu, ziom ni chuja nie kojarzy co się do niego mówi więc się bidny fiksuje na panierze.
-Czy one będą panierowane?
-Tak.
- A czy można te tajgery poprosić niepanierowane?
- Nie.
- Znaczy muszą być panierowane?
- Tak.
- Ale ja bym chciał niepanierowane.
I by tak pierdolił do sądnego dnia gdyby nie głos zza pleców.
-Zdrapiesz sobie.
Sobota leniwie przelewa się za oknem.

środa, 19 marca 2014

Dokoła Pyrkonu zrobił się smród na fejsie i w mejnstrimie ale nie mam zamiaru o tym pisać, bo tak bardzo mi się nie chce, że żałujcie, że tego nie widzicie.
Wszystkich, którzy postanowili nie uskuteczniać prawicowego bojkotu imprezy i przyjeżdżają, chcę zaprosić. Nie, inaczej. Chcę poinformować a nie zaprosić (i zaraz wytłumaczę dlaczego), że mam prelekcję w ramach bloku naukowego.
Informuję a nie zapraszam z dwóch powodów. Po pierwsze prelekcję mam w niedzielę o 14:00 i się zastanawiam, czy wspomniałem o tym miłym ludziom, z którymi jadę na Pyrkon i będę próbował razem z nimi wrócić.
Drugi powód to tematyka - będę mówił o czytelnictwie. Trochę o sytuacji w prasie i magazynach, trochę o czytelnikach książek i ich zachowaniach i trochę o rynku książki w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat. Więc dupy nie urywa, bo to jednak trochę analityczna herma.
Na razie moja prezentacja liczy 36 slajdów z szarymi słupkami, planuję jeszcze ze 20, w piątek będę płakał i wycinał, prawdopodobnie tam poumieramy z nudów.
Jednakowoż jak ktoś ma ochotę, to wbijajcie. Niedziela, 1400, reprezentuję na scenie w budynku 8. 

czwartek, 27 lutego 2014

No więc dzisiaj w drodze do pracy, w autobusie uwożącym mnie w stronę Mokotowa, zobaczyłem dziewczynę, która wyglądała prawie identycznie jak koleżanka moja, Hania. Prawie, bo włosy miała blond, reszta w stylu z tatusia zdarta skóra, jeden do jednego przeniesione, normalnie jakby Hani ktoś zdjął wycisk twarzy, napełnił go formą i przymocował do tej dziewczyny, że niby do kadłuba. I ja chciałem jej po prostu zrobić zdjęcie, żeby Hani pokazać, że patrz, taka podobna ale po pierwsze nie umiem siec fotek z partyzanta, a po drugie byliśmy oddaleni od siebie o metr dziesięć dystansu i nawet jakbym umiał tajniaczyć, to może bądźmy poważni.
Jechaliśmy tak, od czasu do czasu zerkając na siebie. I ona chyba widziała, a na pewno czuła, że coś mnie drąży jak robak, i że coś bym chciał albo zrobić, albo się zapytać ale ani ja nie zrobiłem ruchu, ani ona nie wykonała zachęty, prawdopodobnie przeczuwając, że w przypadku komunikacji miejskiej, zachęta w moim kierunku musiałaby być bardzo zachęcająca. Gdyż zaczepianie kobiet w komunikacji znajduję, w swoim przypadku, bardzo absurdalnym. Z dużym prawdopodobieństwem zaczęłyby krzyczeć albo uciekać i Kindełe w dłoni nic a nic by mi nie pomógł. Mówię jak jest, bo kiedyś kilka razy spróbowałem.
Zrezygnowałem zatem z kontaktu bojem i tylko od czasu do czasu zerkałem znad lektury, nie wierząc, że można być tak bardzo podobnym do kogoś innego, pomijając oczywiście blond włos. A w głowie miałem Wielką Pardubicką myśli o tym, jak sensownie rozpocząć dialog, który nie brzmiałby jak podryw kompletnego creepa.
'Cześć, czy myśmy się kiedyś nie spotkali' skreśliłem od razu, bo jakkolwiek czasami mi się zdarza mieć wrażenia, tak zdaję sobie sprawę z daremności takiego openingu.
'Cześć, bardzo mi przypominasz koleżankę'. So fuckin' what? A właściwie to bardziej się bałem, że ta piękna kobieta odpowie mi coś w stylu 'chuj mie to boli' i wtedy będę zdewastowany podwójnie.
Najsensowniejsza opcja 'Cześć Hania, co ty tu robisz, o przepraszam, pomyłka jakże zabawna' zjarała się po minucie czy dwóch, no bo przecież idiota po minucie czy dwóch by się zorientował, że to jednak nie jest jego znajoma.
Autobus nawijał kolejne kilometry na ośki, Wisła leniwie toczyła się wzdłuż trasy a ja myślałem, tylko nie bardzo mi kombinowanie wychodziło, bo zasnąłem o 1 w nocy a zbudziłem się o 6:40 więc sami rozumiecie. I nawet nie chciałem jej numeru.
Dlatego gdy ślina zaczęła mi kapać spomiędzy wpółotwartych ust, stwierdziłem, że Orbitowski się sam nie przeczyta, przestałem móżdżyć i oddałem się lekturze. Czego oczywiście bardzo szybko pożałowałem gdyż Szczęśliwa ziemia nie jest taką do końca szczęśliwą ziemią i czytelnika wbija piąchą w podłogę ale to zupełnie inna historia, którą opowiem jak tylko skończę lepić garnek.
Morał z tego jest taki: jak przychodzę na imprezę i od drzwi wołam 'nie uwierzycie, w stoosiemdziesiątce jechał ze mną typ, który wyglądał prawie tak samo jak Robert Downey Jr. (true story), to nie krzyczcie na mnie 'dlaczego nie zrobiłeś mu zdjęcia' albo 'dlaczego nie wziąłeś od niego numeru telefonu'. Właśnie dlatego. Nie mam pojęcia jak w takiej sytuacji zagaić.


wtorek, 11 lutego 2014

Wczoraj nie pisałem bo byłem chory, mam zwolnienie. Nowy bookrage, nowi autorzy, nowe możliwości. Ot, choćby możliwość skompletowania sobie cyklu Szererskiego w formie aliganckich e-booków, bo to oczywiste, że papier już dawno stoi na półce. Owszem, w tym tempie kompletacja zajmie chwilę ale przecież się nie pali, słyszałem, że lutowy Ragnarok się nie odbędzie wiec można się oddać zbieractwu.
Do tego Stefan Grabiński, zawsze na propsie, bo warto przypominać młodzieży, że kiedyś w Polsce był ktoś, kto pisał horrory a nie tylko Orbitowski i Orbitowski, który ciągnie garba pisarza fantastyki, i co gorsza, horrorów (nie czarujmy się, to w tym zjebanym kraju garb) i pewnie przez to nie dostał Paszportu Polsatu, chociaż Szczęśliwą ziemię uważam za książkę lepszą od Mordoru Szczerka ale głosu nie miałem więc siema. Poza tym ja nie o tym, tylko o Grabińskim, którego należy znać.
Wojciech Chmielarz, którego dwa poprzednie kryminały łyknąłem na szybkości, bo już nawet nie o to chodzi, że są swojskie, bo nasze i paterotyzm oraz te rzeczy, tylko chodzi o to, że to dobre kryminały. Szerlokowskie apokryfy to w tym sezonie must read gdyż wszyscy, zwłaszcza ostatnio, kochają Szerloka więc totalnie nie ma się co zastanawiać. Dodatkowo zwracam uwagę na tłumacza, Marcelego Szpaka, znanego poetę, prozaika, erudytę i człowieka wielkiej kultury, który obiecał, że kasy za bukrejdża nie wyda na nic pożytecznego i jest to idea, której warto przyklasnąć i wesprzeć, bo szlugi coraz droższe i bez przelewu Marceli może zacząć palić machorkę, a każdy kto palił machorkę wie, że to Gehenna i szatani. Do tego jest napisane, że Marceli zrobił tlumaczenie brawurowe i jak mi tak reklamują gościa, który przełożył Lęk i odraza w Las Vegas, to łapie mnie ciekawość.
Stawkę uzupełniają Rafał Dębski, którego nie znam ale się zapoznam i Krzysztof Boruń, którego znam i warto, żeby młodzież też poznała. Wszystko tradycyjnie za co łaska ale nie opłaca się być tanim ziomem albo laską i warto dać więcej, bo jak się da więcej niż średnia, to są bonusy w postaci dwóch ekstra książek, o których wspomniałem powyżej więc się nie będę powtarzał.
A teraz najpierw do kasy, a potem do lektury. Prosit!
Edyta mówi, że się nie liczy doklejanie po fakcie ale dokleję a następnym razem spróbuję zapamiętać, żeby to zrobić w trakcie pisania notki. Dobro, które reklamuję jest do kupienia na bookrage.org w licznych fikuśnych formatach typu mobi, pdf i epub.

wtorek, 10 grudnia 2013

Byłem na Nordconie więc nie mogłem wcześniej napisać, znaczy mogłem, bo laptopa wziąłem i jakieś wifi było, ale nie napisałem, bo robiłem co innego i mam nadzieję, że wszystko jasne.
No więc jest taka akcja, żebyście dali tyle, ile wam sumienie podpowiada, bo w przypadku tego pakietu, ciężko mi być waszym sumieniem i coś szeptać do ucha chętnego gdyż musiałbym zaszeptać 'każde pieniądze' i wtedy pewnie byście się ze mną nie zgodzili.
Tym razem ziomy z bookrage przeszli samych siebie i odpalili pakiet z samym Zajdlem (samym, zarówno w znaczeniu Tym Zajdlem, jak i zawartościowo, bo w pakiecie tylko książki Zajdla).
Jak ktoś nie wie kto to był Janusz Zajdel, to mu na pewno jacyś dobrzy ludzie wytłumaczą w komentarzach. Jak ktoś chce sobie tutaj pożartować, że jedynie Lem pisał w Polsce prawdziwą fantastykę, a reszta to grafomani i bajkopisarze, to od razu mówię, żeby mnie nie sprawdzał na okoliczność posiadania poczucia humoru, bo ja wiem, że tak to można napisać tylko w żartach ale nie polecam, a przynajmniej nie u mnie. Co to ja miałem, oprócz straszenia banami...
A, wiem. Na bookrage leży pięć książek Janusza Zajdla, i to takich, które, według mnie, znać należy. Znaczy rozumiem, że mogą mnie czytać ludzie, którzy na słowo 'fantastyka' dostają drgawek ale i tak uważam, że nawet oni, powinni znać przynajmniej dwa teksty pisarza, za taki pakiet minimum uważam Limes Inferior i Paradyzję, więc nawet jak dacie mniej niż pięć dyszek, to i tak wam się opłaci, bo to będzie dalej dwie dychy za dobrą książkę. Poza tym, kto wie, może się spodoba i przeczytacie resztę.
Jak zwykle, dla tych, którzy godzą się płacić więcej niż średnia (którą, tak przy okazji, znajduję bardzo niską), ziomy przygotowały dodatkową pozycję. Tym razem jest to zbiór opowiadań Relacja z pierwszej ręki, tak popatrzyłem po tytułach i stwierdzam, że warto zapłacić powyżej średniej, bo przynajmniej te, które znam, to są dobre opowiadania.
Żeby wam uświadomić jak bardzo warto mieć tę paczkę, to wam powiem, że pięć pozycji z pakietu mam na półce ale i tak je kupię po raz kolejny. Po pierwsze warto, bo są dobre, po drugie warto, bo warto, żeby inicjatywa się rozwijała. To tyle.
I jeszcze na koniec słowa uznania dla Pawła Ausira Dembowskiego, który ogarnął zawartość pakietu.
A teraz uprasza się o udanie się na stronę bookrage.org, pociśnięcie przycisku 'Kup' (może czas pomyśleć nad zmianą na, bo ja wiem, Nabądź albo Uczyń sobie przyjemność za niewielkie pieniądze), wsłuchanie się głos sumienia i zafundowanie sobie paczki znakomitej literatury. 

środa, 20 marca 2013

Blog i fejs, powoli zmieniają się w tablicę ogłoszeniową i forum wspierania akcji ale jest taka akcja, że jak akcja jest dobra, to ja taką akcję chętnie wspieram i nie narzekam. Nawet jeżeli nie chcą mi dać gratisów i próbek.

Bookrage się skończył więc trzeba się zaangażować w coś innego. Moje kaprawe oko, padło na planszówkę, którą chcą wydać moi dobrzy znajomi. Odpalili akcję na kickstarterze i ściemniają, że potrzebnej im kwoty nie przewalą na panie negocjowalnego afektu i koks. Nikt nie ma złudzeń, że bez muz i chemicznego wspomagania mózgu, można osiągnąć w tym kraju cokolwiek więc nie ciskamy się, że będą nieplanowane wydatki, tylko koncentrujemy się na konkretach.

A konkrety są takie, że chłopaki przymierzają się do wydania cyberpunkowej gry opartej na blefie i wojnie charakterów, co oznacza, że będzie miał miejsce masowy rozpiździel i nie będzie miło, bo korporacje przyszłości to nie eklerki tylko przeterminowana tuszonka owinięta w drut kolczasty.
Samą grę chcą wydać w dwóch wersjach językowych, to znaczy instrukcja będzie i po polsku, i po angielsku, bo sama gra ma być językowo neutralna. Więc jak dasz radę objaśnić zasady Finowi, to potem już sobie możecie pykać, bez konieczności wchodzenia w jakieś krępujące interakcje. 

Jadą przez kickstartera (wszystkie linki poniżej) i on, ten kickstarter, jest taki sprytny, że ważny jest początek. Nie znam dokładnie jego zasad, więc oddam głos zainteresowanym:

(tutaj werbel albo jakiś inny odgłos, jakim zapowiadano drzewiej heroldów, niech będzie, że badum tss)

Jeśli macie taką możliwość i chcecie nas wesprzeć to prosimy: nie czekajcie! Żeby informacja o naszym projekcie dotarła do dużej grupy zagranicznych odbiorców musimy wygenerować na nim ruch! Kickstarter podkreśla, że najważniejszy jest start, który zależy wyłącznie od nas i od naszych znajomych – każdy funt generuje ruch i poprawia naszą pozycję na stronie, pozwala zobaczyć nas większej ilości osób – jeśli dobrze zaczniemy to reszta pójdzie już sama! Mamy na całość jeszcze tylko 28 dni, liczy się każda chwila, więc jeśli chcecie nam pomóc to zróbcie to teraz!

(koniec odezwy)

Właśnie, sami zainteresowani. Co to za goście w ogóle. Otóż nie są to jakieś ziomki spod bloku[1], którym zamarzył się tani zarobek a potem szybka dzida na Hawaje, tylko konkretni zawodnicy, którzy wiedzą co robią. Grupa Lans Macabre jest i była zaangażowana w tyle rzeczy, że nie będę wdawał się w szczegóły, tylko polecę ogólnie: robią gry (Hindu Windu, Cardio Alarm!), wymyślają i prowadzą larpy oraz sesje rpg, prowadzą obozy rpg dla dzieci i młodzieży, koszą tytuły Mistrzów wśród Mistrzów Gry, dużo czytają, niektórzy piszą, przynajmniej jeden próbuje się doktoryzować. Mam wrażenie, że każdy z nich, wyrwany ze snu, zaimprowizowałby z marszu krótką sesję w dowolnie wybranej estetyce. O branży i tematyce wiedzą tyle, że czuję się przy nich, jak dziecko we mgle, i wyjątkowo nie przesadzam. Do tego wszystkiego, są sympatycznymi, młodymi ludźmi a nie jakąś dresiarską patologią i można z nimi pogadać przy pomocy długich wyrazów a nie pochrząkiwań.

Więc jeśli nie damy kasy im, to komu?

Ci, którzy mają konto na fejsie, mogą zajrzeć na ich fanpejdża i przekonać się, że sama prawda z ust mi ciecze: https://www.facebook.com/LansMacabre 

Tutaj o samej grze: https://www.facebook.com/pages/Future-INC/493649747364831

A chętni mogą ustawić się w kolejce i rzucić monetkę na wsparcie akcji na kickstarterze: http://www.kickstarter.com/projects/1411041578/future-inc-high-tech-stakes-the-boardgame 

I jeszcze link do wydarzenia na fejsie ale nie wiem jak działają wydarzenia, więc nie wiem czy go będzie widać: https://www.facebook.com/events/417519465006189/

Jak gra się nie ukaże, dostaniemy kasę z powrotem. A więc totalnie niczego nie ryzykujemy. Dajmy im szansę, co? 

[1] Nie mam nic do ziomków spod bloku, dopokąd mnie nie zaczepiają.

wtorek, 05 marca 2013

PKP, kurwa. Temat przewałkowany na wszystkie możliwe sposoby i wszyscy, od dziecka maleńkiego, pierwszy raz wsadzonego do przykurzonego przedziału, aż po starca i staruszkę, weteranów ciężkich bojów peronowych za komuny, gdy nad morze odjeżdżał jeden skład, tym krótszy, im sezon letnich wojaży bardziej zaawansowany, wiedzą, że ludzie z PKP, czego się nie tkną, to spierdolą. A to zaorają do ziemi zabytkowy dworzec, a to wind ani zjazdów dla niepełnosprawnych czy matek z wózkami, nie uwzględnią w planach. Taki swojski, polski pierdolnik, do którego wszyscy przywykli.
Idealna sytuacja dla kolei zaistniałaby wtedy, gdyby nie musieli wozić pasażerów. Awanturuje się toto, stawia jakieś wymagania, a to za zimno, to za gorąco, raz za ciemno, innym razem słońce ich razi. Korytarz za wąski, kibel zbyt brudny, co to? XXI wiek nagle nam się zrobił, że wymagania tak wzrosły?
Przykładem, który uosabia podejście całej polskiej kolei do pasażerów, jest główny bohater opowiadania Stefana Grabińskiego 'Smoluch'. Poznajcie starszego konduktora Błażka Boronia.
Co? Nie wiecie jak poznać? To proste.
Wejdźcie na stronę http://bookrage.org/ zapłaćcie co łaska i zgarnijcie pięć e-booków. Jeżeli wasze co łaska będzie na bogato i zdecydujecie się wyłuskać z kieszeni więcej monetek, Jacka Dukaja dostaniecie za darmo. Warunek jest prosty - wasza wpłata musi być wyższa niż dotychczas zebrana średnia. Co oznacza, ni mniej, ni więcej, że możecie wykosić sześć (słownie: sześć) e-booków za 24 złote (dane na dzisiaj). Jeżeli to nie jest dla was za darmo, to musimy poważnie porozmawiać.
Dodatkowym bodźcem dla was będzie domyślny podział wpłaconych monetek: 70% dla twórcy, resztą, po połowie, dzielą się pomysłodawcy i Fundacja Nowoczesna Polska http://nowoczesnapolska.org.pl/ Oczywiście serwis oferuje suwaczki, i jak macie takie kaprycho, możecie twórcy przekazać 100% waszej wpłaty. Wolność rządzi!
Jeszcze mało? Twórcy serwisu zapowiedzieli, że jeżeli liczba sprzedanych pakietów przekroczy 1234, dorzucą jeszcze jedną książkę. To już jest jak rozbój na gościńcu w biały dzień a'rebours.
Jeszcze się wahasz? Obadaj autorów: Stefan Grabiński (zbiór Demon ruchu to klasyk i nie znać go, to po prostu obciach), Dawid Kain, Anna Kańtoch, Łukasz Orbitowski, Andrzej Zimniak i, wspomniany wcześniej, Jacek Dukaj.
Akcja kończy się za 8 dni i 14 godzin, więc pośpiechu nie ma ale też nie ma co zwlekać.
Na koniec strawestuję klasyka i powiem wam tak: nie skorzystać z tej oferty to gorzej niż głupota - to błąd!
Idźcie i bierzcie.


środa, 20 lipca 2011

W zasadzie to miałem nie pisać, bo to puste bicie bitów ale jak sobie przypomnę, że prawie się spierdoliłem z roweru, to jednak dopada mnie imperatyw.

Jadąc ulicą padał deszcz. Przepraszam, jadąc ulicą. Wróć, jadąc chodnikiem, po to by za chwilę zjechać na ulicę, słuchałem sobie Antyradia. W Antyradiu między 16 a 18 jest idiotyczna audycja motoryzacyjna, której słucham tylko dlatego, że w przerwach między mamrotaniem składu na miejscówce, puszczają naprawdę świetną muzykę i nie urywają kawałków nagle. W przerwach między kawałkami, siedzący w studio ludzie rozmawiają o motoryzacji. Zazwyczaj smętne pierdolenie o nowych markach przelatuje mi przez uszy ale wczoraj Przemysław 'Jah Jah' Frankowski wydał wojnę rowerzystom jeżdżącym po chodnikach. Spoko, to wolny kraj, można wydawać wojnę każdemu i nie przejmować się tym, że przejaz rowerem Wisłostradą albo Puławską to proszenie się o śmierć lub kalectwo i nie ma bata, będę jeździł tam chodnikiem. Puściłem jego teksty mimo uszu.

Następnie zaczęły się płacze nad zmianami w przepisach, które dały rowerzystom jakieś szanse na drodze. Bo widzicie, cykliści nie są gotowi na taki szok i tyle wolności gdyż brak nam tego skila, który mają inne nacje. Chodzi o sensowną koegzystencję pieszych, rowerzystów i kierowców w tkance miasta. Za mało było czasu żeby go wyrobić, rozumiecie. No nie ma tradycji i już. Trochę zwolniłem i zacząłem słuchać z uwagą. Bo ciekaw byłem jakimi mądrościami jeszcze mnie uraczą.

Zgodnie z przewidywaniami, w audycji motoryzacyjnej nikt nie zająknął się o kierowcach łamiących nagminnie przepisy. Zaczęła się za to moja ulubiona fikcja - przecież w Warszawie wszędzie jest ograniczenie prędkości do 50 km/h więc jazda po chodniku no to normalnie jest szok i przerażenie. Ale i to przyjąłem na klatę, bo prywykszy do takiego smutnego pierdolenia.

Potem był słuszny postulat żeby nie przejeżdżać rowerem przez przejścia dla pieszych na pełnej kurwie, bo kierowcy podczas prawoskrętu nas nie widzą gdy wyskakujemy im przed maskę nagle. Tu się zgodzę, przez przejścia przejeżdżam w tempie pieszych. I piesi zawsze mnie odgradzają od skręcających prawoskrętnych gdyż jadę po zewnętrznej bandzie.
Aż wreszcie nastąpił ten moment, w którym prowadzący zadał mi gnadensztosa - od przejść dla pieszych płynnie przeszedł do przejazdów rowerowych. I to była ta chwila gdy mało się nie wyjebałem na krawężnik. Otóż jeden z prowadzących rzucił frazą: w zasadzie to i na przejazdach rowerowych moglibyście zsiadać i przeprowadzać rower, gdzie wam się spieszy, co wam zależy?

Powiedział to facet, którego syn zapierdalał po Puławskiej Ferrari, jakoś tak trzykrotnie przekroczył prędkość po czym wbił się w filar i zabił swojego pasażera. Kurtyna.

 
1 , 2 , 3