To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony

No szugar adeded

piątek, 25 lipca 2014

Z narkozą okazało się tak, że mam kondycję i być może nie będą mnie usypiać, tylko kombinować. Rozmowa z pierwszym anestezjologiem przebiegała w duchu wzajemnego zrozumienia. Najpierw mi zaproponował, że przed operacją, chirurg będzie mnie żgał igłą w okolicach barku, w takie wgłębienie. I jak trafi w splot nerwowy odpowiadający za obsługę całej ręki, to dojebie mi w to miejsce litr znieczulenia, da środek nasenny, żebym nie słyszał wiercenia w kości i będzie git. 

Na moje pytanie, czy jest wariant awaryjny, usłyszałem coś takiego: założymy panu motzno opaskę na nadgarstek a jak krew spierdoli z ręki, poprawimy opaską nad bicem. Następnie w żyły wlejemy wiadro lidokainy, damy środek nasenny i ciachanko. 

No to kurwa pięknie, pomyślałem. Będę się musiał wysilić i wyczuć prąd przebiegający przez rękę (opcji z lidokainą nie dopuszczałem do świadomości, choć brzmiała zajebiście, pomyślcie, zamiast krwi anestetyk), bo jak się pomylę, to znieczulenie pójdzie bokiem i umrę na tym stole. 

Potem jeszcze przyszedł ordynator z chirurgiem jakimś i pożartowaliśmy sobie, że może trzy tramale, znieczulenie miejscowe, kołek między zęby i jechane. Ordynator się obśmiał, zimny chirurg sprowadził mnie na ziemię i powiedział, że cięcie to by pan pewnie jakoś wytrzymał ale wiercenie w kości by pana zabiło. Umarłbym od szoku. Brzmi nieźle, Teklak tak się zszokował stanem polskiego państwa, że zszedł. 

No ale żarty na bok, bo końca nie wiedziałem co się będzie odpierdalać i trochę dygałem. Przyszedł piątek. Do południa na stendbaju, staram się nie umrzeć od tego szoku przedoperacyjnego, co to może mnie zabić, zabrali zioma ode mnie z sali, szykuję się powoli, prysznic wzięty, wbijają salowe. Próbuję się ubrać w ten szlafroczek operacyjny, na dupie rozcięty, z fizoliny, kurwa jakiejś, ale on jest w rozmiarze uniseks, czyli dla szczupłej pani metr siedzemdziesiąt maks a nie dla schaba, który ma własną grawitację. No to panie ujebały lewy rękaw, przekładam rękę, próbuję włożyć prawą i chuj powitał. Rękaw wypada na wysokości mojego prawego cyca. Dobra, to pieprzyć rękawy, i tak mi tego się nie da zasznurować na plecach. Rozebrałem się do rosołu, okryłem tą fizokurwaliną słabiznę, wczołgałem się do koja, zarzuciłem na siebie kołdrę i jedziemy. 

O w dupę, jak we filmach. Leżę sobie na wznaku a nade mną śmigają panele sufitowe, i co trzeci albo czwarty, ma w sobie światło. I co kilkanaście metrów, jeb, podskok, bo próg. A potem drzwi i jeb, burtą, bo za wąskie kurwa są te drzwi. No bo po co robić takie na szerokość łóżka z okładem, jak można na styk gdyż polska szkoła architektury szpitalnej. Się czułem jak konwój do Murmańska na polu minowym i modliłem się, żeby w jakąś futrynę nie przyjebać łokciem obolałym, bo nie byłoby operacji tylko masakra w wykonaniu gołego grubasa. 

Zajeżdżam na blok, piździ jak w Rzaholeckim Lesie, podchodzi pani anestezjolog, bo ten typ, co z nim rozmawiałem, nie będzie mnie jednak znieczulał, uśmiecha się, przedstawia, ja się obszczerzam jak jaki głupi, mało mi czubek łba nie odpadnie, bo pani aligancka i szykowna. Kurwa, ja chyba w tym szoku, co to miał mnie zabić, zacząłem z nią flirtować ale na szczęście wzięła poprawkę na mój stan, zlitowała się nade mną i mi przerwała. Po czym zaproponowała, że jednak znieczulenie będzie na pełnej kurwie, sobie pan zaśnie i git. Proszę podpisać, że się pan zgadza i podtyka mi podkładkę sztywną i jakiś kwit. Owszem, przeczytałem, żeby nie było, że komuś oddaję nogę i nerki, wciska mi długopis do ręki, stawiam te kaligrafy kulfoniaste, podpis wygląda jak sfałszowany przez dziecko i sam nie wiem, czy mam już przejebane, czy potem. 

Wwożą mnie na blok, leniwa krzątanina profesjonalistów, bo to w sumie tylko kolejny kawał mięsa do pokrojenia, pani anestezjolog gładzi mnie po ramieniu i opowiada co się będzie działo, tu tlen, to gorzkie to na pana kondycję, o kurwa, jakie to pyszne, duszę się, DUSZĘ SIĘ, KOBIETO! Pani od znieczulenia nie reaguje, bo jak ma zareagować, jak ja sobie o tych dusznościach tylko myślę, co ona, telepatka jest, i do swojej pomagierki mówi milijon jednostek czegokolwiek ale bez atropiny. Jakiej, kurwa, atropiny. Atropinę to sobie Harry Shulz pakował w nogę, jak nie udało mu się zatruć Barto Scalisio, to co wy mi tu, jakąś odtrutkę na pobudzenie dajecie, po co...

Zgasło światło. Zdrada. Umarłem. 

Śpię sobie i śni mi się jakaś megalitycznie rozkurwiatorska impreza. Największy melanż mojego życia, na którym są wszyscy ludzie, których kiedykolwiek znałem. Wino, kobiety, śpiew i substancje nieakcyzowane. Ja się nie będę wdawał w szczegóły, bo dzieci mogą to czytać ale nie zdziwiłbym się bardzo, gdybym w tej śpiączce farmakologicznej, nie próbował skroić chirurgowi portfela kutasem. A tak ze trzy razy. No jest tak bardzo dobrze, wszyscy tańczą, piją, ciągną albo kopulują i nagle jeb, światło i jakiś ziom złowoniaszczy mi mówi, że koniec, po zabiegu. Rozklejam ślip, patrzę w sufit i pierwsza myśl: no to, kurwa, zajebiście. Czuję się, jakbym imprezował dwa tygodnie a tu trzeba się ogarnąć i iść do pracy, no co za przypał. Jak po 20 sekundach wszedł w łokieć największy ból mojego życia, skojarzyłem, że chyba jeszcze jakiś wpierdol obskoczyłem na tym baunsie. No jak ja do tej pracy pójdę, pytam się ja was ale bardziej siebie, może jakiś urlop na żądanie, bo nie dość, że jestem pijany, to chyba ktoś mi narkotyki wsypał do kebaba. Kolejne 20 sekund, powrót do rzeczywistości, blok, przy łóżku kilku gości oblanych krwią, Ryszard zapiekankę... A nie, to nie to. Radek, raduj się, nie idziesz do pracy. 

Radość nie trwała długo. 

Zawlekli mnie na blok pooperacyjny, nawpierdalali jakichś rurek, elektrod i innych szemranych interesów w moje ciało bolesne, zaczynają kroplić coś do żył, to ja się pytam pielęgniarki, czy ktoś mógłby mi z sali numer 12 przynieść książkę do poczytania. No co pan, kołowaty jakiś? To może chociaż komórkę, rodzina i ludzie się niepokoją, bym smsa wysłał. No co pan, kołowaty jakiś? Szlag, przyjdzie mi tu jebnąć z nudów. 

Nudy nie groziły. Na łóżku po drugiej stronie bloku, jakaś kompletnie otępiała pani, próbuje wyplątać się z pościeli i gdzieś chce iść. Podbiegają pielęgniarki, laska kompletnie nie kontaktuje i na dodatek straciła zdolność mowy, więc nie jest w stanie im powiedzieć o co chodzi. Się domyśliły, że boli i zajebały ją narkotykami. Po prawej, w moich nogach, leży ziom, który sobie na zbicie bólu wymyślił taką litanię: o kurwa, jak boli, ja pierdolę, jak boli, o kurwa, jak boli i tak da capo al fine. Przychodzi pielęgniarka, prosi go, żeby przestał przeklinać i zapierdala gościa narkotykami. Leżę i myślę tak sobie, że nic gorszego mnie nie spotka gdy obok mnie instalują Fetora. Fetor to wyjątkowo obrzydliwa postać, leżałem z nim przez chwilę na sali ale same pielęgniarki załatwiły mi transfer, bo koleś był bezczelnym skurwielem, srał pod siebie, chociaż bez problemu mógł obsłużyć basen i nie mówił, tylko warczał z pretensją, bo jemu się należy a obsługa jest chujowa. Żłób kompletny, wnioskując po haftach, po kryminale, kutas pieprzony, który pielęgniarzowi powiedział, że jemu się nie chce i nie opłaca pracować. I jak tylko wjechał na salę, się zaczęło. Siostro! SIOSTRO! Coś bym się napił, więcej przeciwbólowego, coś bym się napił, SIOSTRO! I tak, kurwa, do zajebania. 

Bliski byłem powyrywania sobie tych rurek, elektrod i interesów i zaorania gościa maszyną monitorującą ale właśnie wtedy środki przeciwbólowe przegrały swoją walkę z moim organizmem. Dość powiedzieć, że jeszcze nigdy w życiu nie bolało mnie aż tak, że łzy leciały mi z oczu, chociaż nie płakałem. To jakiś fizjologiczny fenomen musiał być, bo chłopaki płaczą tylko na niektórych filmach wojennych. Przyszła pielęgniarka, okazało się, że jest za krótka, zawołała panią doktor, która zajebała mnie narkotykami, przy czym dopiero druga albo trzecia mieszanka zadziałała. 

Chciałbym powiedzieć, że koktajl działał długo, ale nie mogę więc po jakimś czasie zawołali doktora (bo pani doktor chyba skończyła dyżur na bloku) i ziom ponownie zajebał mnie narkotykami, ale jakimiś innymi, bo ciągle czułem stępiony ból. A w tle Fetor nadawał bez ustanku. Po trzech albo miljonie godzin, dałem znak-sygnał pielęgniarce i się spytałem, czy mogę wrócić na salę, bo zaraz sąsiadowi przypierdolę. Ona chyba też miała typa dość, bo powiedziała, że spoko, jak pan woli tam leżeć, to nie ma problemu. W drodze powrotnej każdy podskok na progu był tak zabawny, że o rany, na szczęście ostatni zakręt, wmontowanie się w futrynę i już w domu. Koszmarne mdłości, zawroty głowy i miękkie nogi (powaga, do kibla nie szedłem tylko takie pół na pół skradanie i czołganie uskuteczniałem, jak pająk jakiś) były naprawdę niską ceną za opuszczenie sali, w której gnił Fetor. 

Będę żył, pomyślałem i odpaliłem Vikingów. Będę żył. Obolały, pocięty ale będę...

Chciałbym powiedzieć, że zapadłem w sen ale nie będę kłamał. Nadchodzące dwa tygodnie miały mnie nauczyć kilku rzeczy o samym sobie. Na przykład tego, że na luzie można nie spać przez prawie trzy dni albo jeść tramal jak tik-taki ale przestaję już skamlać, inni mają gorzej. 

A wszystkich, którzy pierdolą, że cierpienie uszlachetnia, zajebałbym szpadlem i zasypał wapnem w anonimowej mogile, na której zamiast znicza, postawiłbym kloca. Nie uszlachetnia, wy chuje bez serca. Za to bardzo upokarza i odziera z godności. A mnie, w porównaniu z innymi, których naprawdę boli, przecież ledwie swędziało. A nawet i to nie.

czwartek, 05 czerwca 2014

Tak sobie pod wieczór przypomniałem, że przecież jakiś czas temu, miałem wam opowiedzieć o mojej wielkiej miłości – Stadionie Dziesięciolecia. Znaczy z tą wielką miłością to nie szalejmy, była wielka, bo obiekt uwielbienia gargantuiczny. No ale była.
Bo widzicie, w Stadionie kochałem się skrycie, tą miłością, która jest możliwa tylko wtedy, gdy nie wiesz, co tak naprawdę wyprawia się w jego trzewiach i bulgocze pod, i tak szemraną, powierzchnią. Miejsce to było niesamowite, a i tak mam świadomość, że tą szemraną powierzchnię tylko lekko liznąłem.

Na studiach podjechałem tam raz i mi się niezbyt spodobało, bo tłok był jak w niedzielę w Arkadii. A ja tłoku nie lubię. Kurde, mnie nawet późnopopołudniowa niedziela na Marszałkowskiej przy Domach Centrum, a zważcie, że w 1992 działo się tam niewiele, silnie osłabiała. Szczęki pod Patykiem zacząłem eksplorować ambitnie dopiero w 1993, bo wcześniej szlag mnie tam jasny trafiał. Ale jak już zacząłem pod Pałac śmigać, wpadłem jak śliwka w kompot. Te tanie buty, te tanie kurtki, te tanie pirackie kasety. Zapoznałem się z kilkoma handlarzami i od nich usłyszałem, że tutaj to nic, pan pojedź na Stadiona, tam dopiero handełe odchodzi. No to nie minął miesiąc, jak uzbrojony w odwagę (bo to jednak Praga) i niewielkie pieniądze, pomknąłem na Zieleniecką.

Pierwszy kontakt mnie tak poraził, że zrobiłem jedno szybkie kółko po koronie i uciekłem stamtąd z krzykiem. Upał, kurz, syf malaria i korniki, dziwne zapachy i różnokolorowy tłum, który próbuje ci wcisnąć każdy badziew spowodował, że nie wróciłem tam przez 4 lata. Bo to co tam zobaczyłem, przekraczało moje zdolności percepcji i poznania. Za dużo, za szybko i za głośno. A potem poszedłem pracować do złodzieja i stwierdziłem, że stać mnie praktycznie wyłącznie na rzeczy ze Stadionu, bo złodziej płacił marnie. Zaczęła się moja wielka, azjatycka przygoda.

Początki były trudne, bo przez te 4 lata mojej nieobecności, Stadion skrzepł, przenieśli się na niego handlarze spod Patyka i to, co widziałem tam wcześniej, zbladło przy ponownym zapoznaniu. Jeden wielki, pierdolony Mordor. Dlatego na początku przebiegałem koronę wyłącznie w poszukiwaniu cedeków z muzyką, bo zapłacić dychę za płytę jest lepiej niż zapłacić za płytę tych dych pięć, a kultura to była wtedy jedyna rzecz, która trzymała mnie w zdrowiu psychicznym. Przez jakieś pół roku, może rok, ambitnie wspierałem piractwo, do tej pory 90% mojej kolekcji to lewizna z korony. A potem się zorientowałem, że miejscówka jest magiczna.

Nie będę tutaj przepisywał swojego tekstu o Warszawie, w którym nawoływałem ludzi do poszukiwania miejsc magicznych w mieście, którego nienawidzą. Pod tekstem macie linka, poczytajcie. Stadion się stopniowo zaczął dla mnie, takim właśnie miejscem stawać.
Oczywiście najpierw musiałem się zorientować w niuansach bliższej i dalszej okolicy. No można powiedzieć, że do eksploracji Lothlorien a’rebours podszedłem po harcersku – mocno planowo, z kompasem ale bez mapy, bo ją sobie zacząłem stopniowo kreślić w głowie, w miarę posuwania się głębiej i dalej.

Górę korony miałem rozpykaną, zszedłem więc piętro niżej, pośród handlarzy lepszą dzianiną, dziwnymi gadżetami z demobilu i nielegalnym alkoholem. Lepszą dzianiną handlowali ludzie, którzy zjeżdżali na Stadiona niemalże z całej Polski, bo ludu tu co niemiara i łatwiej wyrwać od tego ludu piniondz, niż u siebie w mieście gminnym, gdzieś tak do 25 tysięcy mieszkańców. Dzianina interesowała mnie umiarkowanie, dlatego dużo chętniej snułem się między stanowiskami, na których handlowali ludzie o złotych zębach i spirytusowo-kiełbasianym oddechu. A w ich pudłach same cudności. Ordery Lenina, czy innego Bohatera Związku Radzieckiego. Bagnety. Sprężynowce. Kastety. Gazy łzawiące, paraliżujące i, dam głowę, iperyt, sarin i soman. W zasadzie, jakbym zagadał z jednym czy z drugim, to pewnie i jakaś atrapa broni by się znalazła, a kto wie, czy i nie oryginał, aczkolwiek pamiętajmy, że jest rok 1998 i czas Kałasznikowów z wiadrem amunicji, dawno już minął. No i król tych stoisk – alkohol.

Muszę wam powiedzieć, że fałszowany był fachowo o tyle, że zgadzał się i kształt butelki, i nalepka, i zakrętka, a co weselsi obywatele, potrafili zakurwić nawet banderolą. Tajemnicę rosyjskich markowych alkoholi poznałem jakiś czas później. Otóż potrzebny jest spirytus, woda i politura. Finlandię robi się z wiadra spirtu i wiadra wody. Tequilę z wiadra spirtu, wiadra wody i łyżki politury. A już na ten przykład rum czy whisky, z wiadra spirtu, wiadra wody i trzech łyżek politury. Smaku tych alkoholi i tak wtedy jeszcze Polak nie znał tak dobrze jak dzisiaj, styknęło jak kolor się zgadzał. I ludzie brali, co mieli nie brać, butelki czerwonego Walkera w cenie wódki byście nie wzięli? No więc brali, a ja każdą transakcję obserwowałem z zadumą pomieszaną z lekkim rozbawieniem. Z lekkim żeby w ryj nie dostać albo ciężką cyrylicą nie obskoczyć.

Oprócz alejki ze śmiesznymi artykułami i alkoholem, można było trafić na czarnoskórych dżentelmenów, którzy handlowali markowymi ciuchami markowymi w cenach stadionowych. Nie wnikałem skąd towar, zgaduję, że to ten, który spadł z palety i się zabrudził. Ewentualnie Levisy ciągnęli ze szwalni w Płocku, bo była taka zorganizowana akcja, że Levis zwoził materiał do Polski i szył swoje artykuły tutaj. A potem przepuszczał je przez gęste sito selekcji i odrzucał niedoróbki. Czasami wystarczył niedostrzegalny drobiazg, a wiem o czym mówię, bo w latach 1992-1993 ubierałem się wyłącznie w spady Levisa z Płocka i powiem wam, że w niektórych ubraniach nie znaleźliśmy żadnych wad, które mogłyby spowodować dyskwalifikację.

No z tym, że doktoranci z Sudanu handlowali nie tylko Levisami ale, jak wspomniałem, nie wnikałem. Raz zaryzykowałem fajną czarną koszulę i mam ją do dzisiaj. Od 15 lat się w nią nie mieszczę dlatego prawie w ogóle nie jest zużyta.

Po dokładnym wyeksplorowaniu korony i jej podstawy, obczaiłem alejki wzdłuż. Tam było mydło i powidło, dlatego rzadko się zatrzymywałem. Następnie obadałem bezpośrednie sąsiedztwo dworca Warszawa Stadion i tam zorientowałem się, że to co na górze, to przedszkole. Bo przy dworcu panowała srożyzna.

Na ten przykład raz widziałem, jak na stanowisko podjechał autobus i jakaś grażdanka zaczęła wypakowywać ze swoimi ziomkami mandżur. Jedna wielka, niebieska, brezentowa torba (jak z Ikei, tylko większa i na suwak, pewnie pamiętacie), druga, trzecia. Zza jednej z budek wyskoczyło dwóch sportsmenów, porwali najobfitszą z toreb, lekko się przygięli, zmodyfikowali plan, zaczęli ją ciągnąć po ziemi i po 4 sekundach zniknęli między budami. Zanim się obywatelka zorientowała, pościg za złodziejami nie miał najmniejszego sensu. A mi fajek wypadł z ust w błoto po burzy, taki byłem porażony sceną.

Pod samym wejściem na halę odlotów, rządziła benklarnia. Wiaderko do góry nogami, kawał tektury i trzy… A, widzicie. Żadne tam trzy karty. Trzy krążki drewniane – dwa podklejone na niebiesko, jeden na biało, biały wygrywa, niebieski przegrywa, mam dwie ręce i niemi kręce, każdy szczęściu dopomoże, każdy dzisiaj wygrać może. Oczywiście wszystko doskonale zorganizowane, mistrz ceremonii za wiadrem, obok jeden, dwóch naganiaczy z zajebiście modulowaną chrypką, dyskretna ochrona z nieodłącznym kiepem w kąciku ust i dwóch podstawionych graczy, którzy wygrywają kasę. Żongler rwie włosy z głowy, figuranci szczęśliwi oddalają się z hajsem, no normalnie psychologia społeczna i manipulacja w dobrym, podwórkowym wydaniu.

I wiecie, że byli ludzie, którzy się na to nabierali i zaczynali grać? Nie wiem czy głupi byli, czy cwani. Głupich mi trochę było szkoda, bo wtapiali po całości. Cwani byli niepełnosprytni, bo myśleli tak: ziom da nam na pewno na początku wygrać. No to wygramy i uciekniemy. Jak bardzo były to złe pomysły, to kilka razy widziałem i miałem bóle współczulne.

Przyznam też, że nigdy mnie nie kusiło, żeby głupich ostrzegać, bo miałem w pamięci opowieść mojego kumpla, który chciał ostrzec młode małżeństwo, które miało odłożony hajs na meble na Różycu ale postanowiło ów hajs zmnożyć. Kolega ostrzegł ich otwartym tekstem i dwie sekundy później głos zza jego ucha wychrypiał ‘już nie żyjesz’. Kolega nigdy jeszcze nie uciekał tak szybko, i nawet jak historia jest zmyślona, to dała mi do myślenia. Żal było patrzeć ale jeszcze bardziej było mi żal moich nerek, płuc, wątroby albo serca.

Na alejce prowadzącej wzdłuż stanowisk, do dworca, czaiły się złowrogie budki z żarciem gdzie można było się na szybko skrzepić skandalicznie tanią sajgonką. Owszem, mając w pogardzie chorobę brudnych rąk i własny żołądek, krzepiłem się często. I powiem wam, że nigdy w życiu nie widziałem tam przedstawiciela bananowej młodzieży. Nigdy w życiu nie widziałem tam nikogo, kto byłby ubrany w coś droższego niż ubrania ze Stadiona. Ba, nigdy w życiu nie widziałem tam nikogo, kto nie wyglądał na lekko przykurzonego. Dlatego jak likwidowali targowisko, bardzo rozśmieszył mnie tekst Magdy Dubrowskiej, w którym rozpływała się w zachwytach i płakała bardzo nad faktem, że kasują te obleśne budy, w których już nigdy sajgonka nie będzie taka pożywna, i gardło sobie podrzynam. I już nigdy kurczak curry nie będzie tak curry. I już nigdy nie będzie takiego lata. Trzeba przyznać, że felietonistka Stołka miała talent do kreowania bytów nieistniejących.
Aż pewnego dnia nastąpił ten moment gdy zanurzyłem się w niesamowity świat Czajnatałn.

I tutaj długo autor zbierał słowa, by odpowiednie dać rzeczy słowo.
W tych alejkach można się było zagubić i przez pierwsze pół roku gubiłem się za każdym razem. To był absolutnie fascynujący świat handlu, opanowany w 98% przez mniejszości etniczne. Na początku chodziłem tam na zakupy ale szybko się zorientowałem, że nawet jak kupujesz okazyjnie pięciopak białych tiszertów pod koszulę do pracy, w rozmiarze 5XL, to one i tak będą ci sięgać tuż pod pępuszek i będziesz klął, że ich, kurwa, w spodnie wpuścić nie możesz. Te bawełniane ściereczki do naczyń i kurzu, które najdalej w drugim praniu się rozpuszczały bez śladu. Te krótkie spodenki bojówki albo zwykłe bermudy, które po trzecim praniu pękały gdy spoglądałeś się na nie zbyt długo. Te sandały za dychę ziko, które, przecież tak miękkie w dotyku, zdzierały skórę ze stóp i bezpowrotnie zniekształciły mi obie pięty. Te buty sportowe za trzy dychy, w których stopa gniła, bo, kurwa, nie przepuszczały powietrza, a jak miały przepuszczać, jak były z plastiku z natryśniętym na niego nubukiem. Te dziesięciopaki tanich skarpet jednorazowego użytku. Te zajebiste szpongi i boksy, w których rów zamieniał ci się po kwadransie w deltę Mekongu a wory odparzały się nawet szybciej, a zważcie, że mówię o środku w chuj mroźnej zimy. No i te przezajebiste tiszerty z absolutnie fantastycznymi nadrukami, w których po miesiącu odpadały rękawy, dlatego kupowałem bez rękawów ale te z kolei pruły się pod pachami. Tyle tylko, że wszystko to było tak skandalicznie tanie, że nie potrafiłem się powstrzymać i zawsze wracałem z plecakiem wypchanym bawełną o zawartości bawełny na poziomie dyszki procent. W zasadzie jedyną rzeczą, jaka była w stanie przetrwać dłużej niż jeden sezon letni były bandanki, które kupowałem tam niczym nałogowiec.

Jednakowoż, jak wspomniałem, to nie zakupy były tam największą atrakcją. Widzicie, prawie całe to miejsce było zadaszone. Kupcy rozsnuwali miedzy swoimi budami albo namiotami plandeki, dzięki czemu w najbardziej przejebany, upalny dzień, panował tam miły cień i pewna intymność. Jasne, atmosfera pod plandeką daleka była od optimum olfaktoryczno-termicznego ale ten cień powodował, że klient nie przebiegał dystansu niczym Usain Bolt, tylko oddawał się niespiesznemu spacerowi i można go było ułowić. Przy deszczu, na klepisko rzucali drewniane pokłady, które niepokojąco przypominały elementy pobliskich rusztowań. Ewentualnie europalety topili w błocie. Handlarze z wózkami, którzy przemierzali ten ul i handlowali kawą, herbą, zimnymi napojami (tak, mieli tam pieprzone mini-lodówki) i gorącym żarciem. Wózek miał kilka komór – w jednej ryż, w drugim jakieś mięsiwo w sosie, obok surówka z nieśmiertelnej białej kapusty, kolejny pojemnik na jakąś wietnamską zupę, sajgonki, dwa duże termosy z wrzątkiem. No kurwa, objazdowy punkt gastronomiczny jak się patrzy ale nigdy się nie odważyłem i do dzisiaj żałuję. A żałuję, no bo przecież jak miejscowi handlujący zajadają się tym bez pamięci, to by ich przecież rodacy, którzy tę gastronomię ciągali, nie truli syfilisem. Pomijając aspekt higieniczny, to żarcie musiało być czyste.

Jak handełe się nie kleił, handlarze wyciągali na środek skrzyżowania skrzynkę po jabłkach, kładli na niej kawał płyty spilśnionej, na to jakąś przedziwną planszę i zaczynali oddawać się grze planszowej, których zasad nigdy nie pojąłem, bo nie spytałem, a oni komentowali to w swoim narzeczu, którego ni chuja nie rozumiałem. To starsi, bo młodsi grali w swojską zośkę ale totalnie z elementami viet-vo-dao, gdyż figury przestrzenne jakie kreślili w gęstym powietrzu, warte były mszy i kamery wideo. Byli zajebiści tą zajebistością, która rodzi się wyłącznie w tych dziwnych miejscach gdzie życie wyłącznie chłoszcze. No i tam się też zakochałem bez pamięci w dziewczynie, która siedziała za ladą, patrzyła takim rozmglonym wzrokiem w przestrzeń i była najpiękniejszą istotą, z jaką dane mi było skrzyżować ścieżki mojego życia, no pieprzona Miss Sajgonu.

Ale moimi absolutnymi faworytami byli uwaki. Kolesie o konstrukcji fizycznej uniemożliwiającej jakikolwiek wysiłek, ciągnęli za sobą wielkie wózki wypełnione towarem przeróżnym. Czasami były to wielkie torby, które dowozili z magazynu na obiekt handlowy, czasami puste kartony, czasami substancje, w których pochodzenie nie chciałem wnikać. A z ich ust wydobywał się tylko jeden monotonnie powtarzany wyraz ‘uwaka’. I nigdy nie widziałem, żeby w kogoś wjechali albo potrącili. Potem dowiedziałem się, że w hierarchii stadionowej stali najniżej. Zrobiło mi się smutno, bo odpierdalali naprawdę świetną robotę.

W samym sercu Czajnatałn znajdował się ogródek gastronomiczny, taki nawet bardziej bym powiedział, food court. Buda przy budzie a zapachy takie, że po pierwszym razie stwierdziłem, że będę to miejsce mijał szerokim łukiem. Nie, źle mnie zrozumieliście, tam nie jebało padliną, tam cudnie pachniało każdą przyprawą, jaką zna ludzkość a ja się bałem tam szamać. Oczywiście inni się moimi wątpliwościami nie przejmowali i zawsze bym tam tłum jedzących. Kilka wysokich drewnianych stołów, przy których stali pospołu Rosjanie, Rumuni, Polacy, Chińczycy, Wietnamczycy, Klingoni i Fremeni, pożywiając się niespiecznie i suto. No i któregoś dnia zabawiłem na Stadionie trochę dłużej niż planowałem, głodny byłem jak wilk, do alejki przy dworcu mi się nie chciało iść, bo daleko i stwierdziłem, że no kurwa, przy alejce zajadasz sajgonki bez obcinki a tutaj się szczypiesz? Wziąłem kurczaka curry. Zaniosłem do stolika. Grzebnąłem kilka razy widelcem, żeby rozprowadzić sos po ryżu. Spod sosu wypłynął kawałek kurczaka. Zamarłem. Jako dziecko wsi, dokładnie wiem jak wyglądają kurze kości. Te prezentowały się jakby ta kura miała cztery łapy. Popadłem w ciężką rozkminę. A chuj, raz się żyje i będziesz co miał opowiadać kiedyś wnukom i ziomom na fejsie. Zmiotłem porcję do czysta.
Jestem przekonany, że tego dnia jadłem szczura.

Tak, Stadion był miejscem absolutnie magicznym ale daleki jestem od idealizowania go. Wiem co się tam odpierdalało, bo czytałem wiadomości lokalne. Z grubsza wiem, co się tam odpierdalało, bo gadałem z ludźmi, którzy robili w służbach, które robiły na Stadionie porządek. A i sam widziałem kilka niefajnych rzeczy, po których nauczyłem się na przykład, że jak idziesz na Stadiona, to nie bierzesz portfela a hajs przeznaczony na rozpierdol, rozmieniasz na dyszki i rozkładasz po wszystkich dostępnych ci kieszeniach. Bo powiem wam, że złodziejska sztafeta to jedna z dziesięciu najfajniejszych rzeczy jakie widziałem, i cieszyłem się, że to nie ja padłem jej ofiarą. Wiem to wszystko.

Ale to właśnie na Stadionie spędziłem całe mnóstwo zabawnych i fajnych chwil. To tam pewien obywatel zaproponował mi schrypniętym sznapsbarytonem ‘kierowniku, może zegareczek’, i nie ściemniam wam, odchylił połę katany, do której miał te sikory poprzyczepiane, a każdy taki gorący, że przepalał rękawice azbestowe. To tam widziałem najskuteczniejszy system ostrzegania przeciwnalotowego, i jak policja startowała na sektorze 21, to najdalej doszli do sektora 23, gdy info o nalocie przeleciawszy przez całą koronę, trafiało glinę w plecy, taki to był wydajny system komórkowy. Jasne, działanie policji było pozoracją, bo prawdziwe naloty to oni robili bez rozgłosu albo z rozgłosem, rzadko, jak władza potrzebowała sukcesu pijarowego. To tam widziałem najsprytniejszego handlarza świata, który na wypadek nalotu, opracował system: do dużej tektury, obitej w ten rosyjski brezent na torby, poprzyczepiał taśmą klejącą okładki płyt z muzyką, jaką oferował. Pudełko w pudełko, równo przy sobie. I stałem przy nim jak odebrał info, że glina idzie. Flegmatycznym ruchem wkopał torbę z prohibitami pod ławkę a następnie odwrócił tekturkę. Chodnik uderzył mnie w plecy, bo ze śmiechu upadłem. Gość na rewersie miał te okładki, co to o nich wspominałem. A na awersie, poprzyczepiane zszywkami, różnego rodzaju reklamówki. Z cenami. Takie to było miejsce.
Wiem, że w dynamicznym dwudziestym pierwszym wieku, nie ma miejsca na takie przeżytki, jak wielki obiekt, w którym można kupić wszystko… Oh, wait. Jeszcze raz, wiem, że w dynamicznym dwudziestym pierwszym wieku, nie ma miejsca na jądro ciemności w sercu Stolicy. Ale powiem wam, że Praga bez Stadiona jest trochę pusta i trochę smutna.
Stary, zajebiście miło było mi ciebie poznać. Zajebiście. Nawet jak mieliśmy złe momenty. Dobranoc książe.

I wspomniany link

czwartek, 29 maja 2014

Kurwa, całe życie na przypale, i nie mówię o sytuacji, w której, kompletnie spalony, chciałem iść i podrywać policjantkę interweniującą w lokalu, bo wiecie, koński ogon jej tak doskonale wypływał spod policyjnej bejsbolówki, że się od strzała zakochałem. O tym kiedy indziej.

Wczorajszy dzień był długi pracowo i owocny w doskonałe spotkania towarzyskie, w związku z czym skończył się lekko po północy. Zebrałem mandżur do kupy, odziałem się w zrobioną z pajęczej nici, nieprzemakalną kurtkę National Geographic (nie śmiejmy się już z tej nieprzemakalności), wsiadłem na rower i, z twarzą miecioną wiatrem[1] i deszczem, ruszyłem w drogę trasą, której nie lubię ale była najkrótsza, to co będę wydziwiał.
Przejechałem do Gdańskiego, rower na dół, ścieżka po moście, Dom Marstenów[2], zapachy śpiących, być może lekko zaniepokojonych zwierząt, rondo, wykurwiam na ścieżkę i szczęk klamek od hamulców. W trawie leży tobół, który wygląda mi na człowieka. No to się zatrzymałem, wprowadziłem rower w bagnisko, stopka i inwestyguje. Tobół okazał się być całkiem sympatyczną, półnagą…

Nie, to inna fantazja.
Tobół okazał się być kompletnie porobionym młodym człowiekiem. No to przypomniałem sobie wszystkie zalecenia z kursu pierwszej pomocy, dobry ratownik to bezpieczny ratownik, podchodzę do typa od głowy strony, kucam, lekko potrząsam i się pytam ‘ziom, nakurwili ci, czy po prostu przedawkowałeś preparat?’. Młodzieniec martwą podnosi powiekę i rzecze rzecz następującą ‘a bebebebegugu, buergh, aaaarghhhh…’. Nie, no tak to my się nie dogadamy.
-Żyjesz, kurwa, ziom?
W wyniku uporczywego potrząsania, gość się w końcu lekko skoncentrował i mówi, że ogólnie jest wporzo, a zwracam wam uwagę, że mrok, ziąb, chujnia, sukinkot, do tego mokry, pizga złem, deszcz kropi i ogólnie jest jakieś 7 cencjuszów[3] na plusie a gość sobie leży w środku trawy, zupełnie jakby był na plaży.
Pytam się typa, czy w ogóle ogarnia sytuację i czy wie gdzie jest.
Wtedy trafia mnie jego pierwszy wymiot. No dobra, prawie trafia. Przy czym był na tyle przytomny, że przed womitem ukląkł i nie musiałem mu wydłubywać z ust kawałków kabanosa, żeby wiecie, podjąć akcję resuscytacyjną, a bym mógł, bo w pudełeczku z okienkiem, prezencie od Agaty, wożę taką specjalną maskę do sztucznego oddychania.
-Ty, młody. Nie rób wsi, weź wstań, może jeszcze się załapiesz na ostatni tramwaj do domu, kilka zjeżdża na zajezdnię. A tak w ogóle gdzie mieszkasz.
Podał adres, który mi kołatał, że po sąsiedzku[4].

-Chodź typie, odprowadzę cię do tramwaju.
-Nie, nie trzeba. Dzięki, że się zatrzymałeś, jesteś dobrym człowiekiem.
-Idź na chuj z dobrym człowiekiem, jak tu zostaniesz w trawie, to najniższym wymiarem kary będzie zapalenie płuc. A w chwilę po tym, jak je złapiesz, ktoś ci skroi kabonę i te zajebiste słuchawki, co to je masz na uszach, a jak będzie miał fantazję, to jeszcze kilka kopów na ryj obskoczysz. Dasz radę przenieść się na ławkę na przystanku? Przynajmniej w bagnie nie będziesz leżał.
Wstał.
Niektórzy z nas znają z autopsji, inni widzieli, jeszcze inni słyszeli: ten charakterystyczny dźwig pijacki, co to wstajesz, po sekundzie zaczyna ci się w głowie kręcić i nagle, nie wiedząc po ki chuj, zaczynasz biec do tyłu niezbornymi krokami, oczywiście z zamiarem, by nagle ruszyć do przodu. Co nigdy nie następuje, bo wypierdalasz się na potylicę. Miał szczęście i trafił w trawę. Po czym się złożył i znowu zaczął wymiotować.
Korzystając z chwilowej niemocy birbanta, zacząłem lustrować teren wzrokiem. Następnie zaryzykowałem pozostawienie Roweru i udałem się na zwiad bojem, bo stwierdziłem, że jak mu znajdę ławkę, to przynajmniej nie będzie leżał na mokrej Matce Ziemi.
Skracając pierwszą część historii, powiem tyle: udało mi się gościa podnieść, zupełnie zapominając że maczam sobie rękawiczki rowerowe w womicie, ławki nie znalazłem a na przystanku go zostawiać nie chciałem, więc zatargałem go pod drzewo, no na głowę mu deszcz nie będzie pizgać, ostrzegłem go przed losem Hendrixa, zastanowiłem się, popatrzyłem jak się uwala, następnie uwaliłem go w bocznej ustalonej zwanej bezpieczną i podjąłem decyzję. Spierdalam na chatę. No zrobiłem co mogłem, gość nie chce się ruszyć, niech ma przynajmniej baldachim z liści.
Na swoje wytłumaczenie mam tyle: przez te całe mecyje zrobiła się prawie pierwsza w nocy, brak ruchu spowodował u mnie przepiżdżenie na wylot i początki hipotermii, oraz uznałem, że w tej sytuacji zrobiłem wszystko, czego oczekuje ode mnie humanizm, humanitaryzm i matka Karma.
No bo, kurwa, nie wezwę do typa policji. Ziom na oko miał jakieś 25 lat i pierwsza wytrzeźwiałka w tym wieku, to jest jednak siara. Bo nie dość, że śpisz z jakimiś trwohydnymi zekami, to jeszcze pielęgniarze opierdolą cię z dóbr doczesnych, a jeżeli aktualnie to się nie zdarza, to szczerze przepraszam. Na karetkę się nie kwalifikuje, bo w trakcie wywiadu zeznał, że jest tylko po alkoholu, gdyż narkotyków nie poważa. Opcji strażaków miejskich nawet nie rozważałem, bo znacie moje podejście do tej cyrkowej formacji (sprawdzić czy nie eko patrol, bo ci akurat robią dobrą robotę).
Wsiadłem na rower i pocisnąłem na kwadrat. Wbitka pod gorący prysznic, puchaty podom, łóżko, serial, wszystko niby gra ale…
No gryzie mnie fakt, że zostawiłem typa pod drzewem, na tym wypizdunku. Przecież każdy wie, że we leave no man behind. Szybka rozkmina, wyrzuty sumienia, no kurwa, przecież nie zasnę z taką myślą.
-Dzień dobry, chciałem zamówić taksówkę, osiem minut, dziękuję. W siódmej minucie pod blok podjeżdża typ, schodzę z kocem pod pachą i od razu mu mówię: wie pan co, nie będę panu pierdolił, to dziwna akcja jest, prawdopodobnie trzeba będzie zwieźć do domu typa lekko usmoruchanego. Koc rozłożę, żeby panu nie ujebał skórzanej tapicerki, jakby chciał womitować, to mam potróją reklamówkę z Kerfa, pisze się pan na akcję?
-Wie pan, no raczej nie.
-Chuj, dzwoń pan zatem po kogoś, kto się zgodzi. Albo nie, podjedźmy na miejsce, obadam czy typ tam dalej leży, jak leży to go zholuję na ławkę na przystanku, w koc owinę i wtedy pan wezwie któregoś z pana kolegów.
Pojechaliśmy. I w minutę osiem byliśmy na miejscu.
Poszedłem po drzewo. Ziomka nie ma. Chuj, może nie ten grab to był. No żeby było krócej, powiem wam tak: styrałem hektar tego jebanego bagniska, a butki moje były coraz bardziej przemoczone i w błocie, o bracia i siostry moje. Po zbadaniu tego mini-parku, polazłem w osiedle. Po zbadaniu osiedla, stwierdziłem, że chyba typ się ogarnął i jednak coś ze sobą zrobił. Ostatni rzut oka na pobliskie ławki na przystankach i to by było na tyle. Wsiadłem w taksę, uspokoiłem obawy kierowcy, że jednak nikt mu nie będzie wymiotował na dywaniki z Tesco, zadysponowałem podjazd na stację i zawinszowałem sobie dwie Perły w nagrodę.
Uważam, że historia skończyła się umiarkowanym happy endem.
Dlaczego umiarkowanym? Myślę, że należało jednak wziąć gościa chwytem strażackim, przejść 20 metrów z nim na plecach i, niosąc w sumie na kolanach, grzbiecie i sercu jakieś 200 kg (no swoje ważę), umrzeć na serce, próbując wjebać go do taksówki. Zakładając, że którakolwiek chciałaby go zabrać. Po cichu liczę, że te 20 minut, które z nim spędziłem, otrzeźwiły go na tyle, że poleżał pod tym drzewem i stwierdził ‘kurwa, Rafał, co ty tu robisz pod tym ostrokrzewem, spierdalaj do domu’.
Nie opowiadam tej historii po to, żeby się chwalić, bo chwalić się nie ma czym, w dalszym ciągu uważam, że dałem dupy i trzeba to było rozegrać inaczej.
Po prostu chciałem ten kawałek zadedykować tym uczestnikom kultowego wątku na g+, którzy do tej pory wierzą, że lateksowe rękawiczki wożę po to, żeby wyjebywać bezdomnych z komunikacji miejskiej.

[1] Ludzie się mnie pytają, jakim to cudem, potrafię być w środku marca opalony. No więc jest tak, że jako dziecko wychowane na wsi, w trzy dni opalam się wiatrem. Fachowo się to chyba nazywa ‘ogorzała skóra’.
[2] Jest taki dom.
[3] Jako dziecko, długo nie potrafiłem prawidłowo wypowiedzieć tego dziwnego nazwiska.
[4] Co natychmiast po powrocie do domu sprawdziłem przy pomocy najzajebistszego łącza internetowego. Zadzwoniłem do Kai, która mi potwierdziła, że to w bok od święconego Wincentego. No jak jej nie kochać.



wtorek, 08 kwietnia 2014

Normalnie jak u Douglasa Adamsa, przy zachowaniu proporcji – z tryptyku zrobił się pięcioksiąg w czterech częściach, bo jednak historia z sejfem okazała się nie być materiałem na oddzielną wrzutkę, więc dokleję ją tutaj i tym wpisem zakończę moje hilaryjne historie przeprowadzkowe.

Na dźwiganie sejfu pojechaliśmy przed robotą właściwą, z Czerniakowem i na kacu. Jak widzicie, byliśmy skazani na porażkę i porażki doznaliśmy, w pełnym tego słowa znaczeniu. Nasza robota polegała na przeniesieniu tego sejfu z piętra trzeciego na pierwsze albo drugie jakiejś instytucji państwowej. Na miejscu okazało się, że ten cholerny sejf stoi we wnęce, więc przy próbach wytargania go z tej wnęki, zmasakrowaliśmy wykładzinę do tego stopnia, że jakimś cudem nie narobiliśmy w niej dziur, ale się powyciągała poza odkształcenie elastyczne, więc pokój zastaliśmy niczym poldery, a zostawiliśmy na podobieństwo karpackich wierchów. Następnie okazało się, że jest nas tylko sześciu a powiem wam, że na przeprowadzce 85 kilo waży zupełnie inaczej, niż ten sam ciężar na siłowni. Do tego ten pieprzony sejf majtał się nam między nogami niczym opuszczone do kolan spodnie. No i oczywiście wszyscy się starali bardzo, ale im bardziej się staraliśmy, tym bardziej oszukiwaliśmy na masie i postawie, przez co kręgosłupy trzeszczały bardziej niż zwykle.

Dotargaliśmy grzmota do schodów i stwierdziliśmy, że podłożymy pasy i go po tych schodach powoli opuścimy, pasy jak gąsienice czołgowe, asekuracja sześcioosobowa i tarcie,  powinny załatwić sprawę. Ale czy to z powodu ogłupienia kacem, czy to dlatego, że Czerniaków promieniował swoiście, coś po dojechaniu na półpiętro przekombinowaliśmy, pas nie znalazł się tam, gdzie powinien i sejf zaczął się rozpędzać, budząc panikę i u nas, i u ludzi, którzy się na tych schodach znaleźli.

Jakim cudem go wyhamowaliśmy, nie mam pojęcia. Ale szkód, które na swojej drodze w dół, poczynił, nie dało się zamaskować. Na 2/3 długości schodów, każdy z nich został wyłupany w miejscu, w którym uderzał w niego ten cholerny sejf. I nawet by nie było sprawy, bo dość szybko się uwinęliśmy ze schowaniem tego lastrykowego gruzu, gdyby nie cieć, który przybiegł i zaczął się awanturować, że dewastacja. No miał rację ale niechże by dał spokój, my na tych schodach o życie walczyliśmy. Jak chłopcy czerniakowcy zaczęli słać w jego stronę chuje, zaczęło się robić niesympatycznie. Typ pobiegł gdzieś się skarżyć, my dostaliśmy rakietowego pędu, minuta osiem zawlekliśmy sejf na miejsce mu przeznaczone, wkopaliśmy go pod ścianę i dokonaliśmy pośpiesznej ewakuacji pod samochód.

Już na nowym obiekcie okazało się, że zostawiliśmy w tym ministerstwie czy innym chuju jeden pas. Michał obciążył nas zatem kosztami i z tej roboty wyniosłem połowę zakontraktowanego hajsu oraz siniaki na krzyż, od barku do połowy klatki piersiowej, w obie strony. Takimi samymi siniakami zakończyła się moja ostatnia praca u Michała. Ostatnia, jaką wykonaliśmy u niego kiedykolwiek.

Nad Wisłę przyjechał gość z wystawą, a właściwie bardziej czymś na kształt instalacji. Wystawiał się w Centrum Sztuki Współczesnej, w Zamku Ujazdowskim. Jego wystawa składała się z tajemniczej zawartości 50? 60 skrzyń. No i pierwszego dnia na robotę pojechała ta bardziej stała ekipa. Do akademika wrócili wieczorem, akurat siedziałem w Szlemiku, klubie naszym akademikowym, poszedłem na mocz, wchodzę do łazienki ręce umyć i widzę przed lustrem kolegę Orła, który wygląda jakby mu ktoś dyszlem wpierdol spuścił. Od barku do klatki piersiowej siniaki na szerokość pasa i ogólnie wygląda jakby nie był zbyt szczęśliwy. Okazało się, że robota spoko, skrzynie po 150-180 kg, zostało ich jeszcze kilkanaście i jak mam ochotę, to Michał szuka na następny dzień chętnych. Nie wyczułem zasadzki i byłem bardzo chętny. Kultura, kurwa. I sztuka. To dzięki nam wystawa powstanie. Trzeba iść, nosić. No i ekstra kasa, bo za te skrzynie płacone było lepiej. Ależ ja byłem naiwnym łosiem.

Bo widzicie, sztuka była wstrząsająca i ciężka. Poszukajcie w internecie: Antony Gormley, The European Field. No i on się w 1993 wystawiał w CSW, nazywało się toto po naszemu Pole i połowę tego pierdolonego Pola wniosłem na pierwsze piętro CSW na własnych plecach.
Ponieważ większość ludzi z akademika usłyszało na temat tych skrzyń trochę więcej ode mnie, na imprezę przyjechałem z moim przyjacielem, też Michałem i z Czerniakowem. Było nas albo 6 albo 8. Zrzuciliśmy pierwszą skrzynkę z jakiejś paki, masywna swołocz zbita z desek calowych, na podkładach chyba z szyn 180-tek, na pasy ją, kilka schodków przy bocznym wejściu i kyrie elejson, winda na wprost, więc się do niej pakujemy bez dania racji. Wyskakuje cieć (musiał się czaić, jebaniutki i nas oczekiwać) i w krzyk, że winda nie dla nas, bo uciąg ma taki mały, że nawet martwego szczura nie powiezie na pierwsze piętro, a co dopiero taką skrzynię.
Bo widzicie, w międzyczasie okazało się, że te skrzynie to może i ważą 150-180 kg. Ale, kurwa, mianowicie jako tara. Bo z zawartością to jakieś 250 w górę. Poszliśmy obejrzeć schody i nagle zrozumiałem, skąd siniaki i ogólna niechęć do kontynuowania pracy przez ekipę z wczoraj.

Skrzynie były ciężkie w chuj, schody strome jak drabina i wąskie jak poch..., prawda, więc wąskie były bardzo. Z tych powodów myśmy tam więcej siedzieli i odpoczywali niż pracowali, bo po każdej skrzyni, potrzebowaliśmy dwóch fajek i kwadransa leżenia, żeby dojść do siebie. Na klatce było wąsko, więc nie można się było ustawić fizjologicznie do dźwigania. I jak już się tam wklinowaliśmy to między skrzynią a ścianami zostawało tyle miejsca, żeby się tam zmieściły nasze nogi. Bo wiecie, dwa pasy wzdłuż ale i dwa pasy w poprzek, przez co pasami opasani, do ścian dobici, no porażka. Tak wiec te chujowo wyheblowane skrzynie, szarpały nam odzież roboczą, uda i krocza. Poobijane kolana i kostki dostawaliśmy w promocji z automatu. Do góry można było iść praktycznie wyłącznie na przeprostowanych nogach i do tego tak śmiesznie wysztywnionym, z kręgosłupem ustawionym bardzo nie za bardzo. No od pasa w dół było jedno wielkie ognisko bólu. Górą niewiele lepiej, bo pomimo grubego ubrania, pasy wciskały się nam tak głęboko w ciało, że po najdalej piątej skrzynce, wszyscy mieliśmy rozlane na barkach krwiaki i jeszcze więcej bólu. Dlaczego ja wtedy nie wstałem i nie wróciłem do akademika, nie wiem do tej pory.

Więc targaliśmy te skrzynie dość powoli a było ich coś około 25-30, jak nie więcej. W przerwach między targaniem, albo leżeliśmy i paliliśmy, albo zwiedzaliśmy obiekt. Bo widzicie, te skrzynie na bieżąco rozpakowywali jacyś studenci, ale lepsi widno od nas, bo dostali lekką robotę i nie musieli pizgać towaru, tylko rozstawiali wystawę. I oni byli jacyś powolni na ciele i uduchowieni na umyśle, gdyż często się robiły zatory, jak im za dużo i za szybko nanieśliśmy tej cegły. Wtedy zwiedzaliśmy obiekt, o czym nie opowiem, bo do tej pory się wstydzę swojego niewyrobienia kulturalnego i towarzyskiego – śmiałem się w głos z kustosza jednej z wystaw, który doznawał ekstazy przed obrazkami namazanymi długopisem na kartkach papieru w kratkę i przy płycie odtworzonej z adapteru. Przepraszam ale taka sztuka, to było dla mnie za dużo.

Dlaczego wspomniałem o cegłach. Otóż widzicie, myśmy gdzieś w połowie roboty, jedną z tych skrzyń, z frustracji i wkurwu, rozbili. Znaczy oderwaliśmy jej wieko i organoleptycznie sprawdziliśmy co tak właściwie targamy. Były to mocno uproszczone ludki, które skojarzyły mi się z postacią z Krzyku, ale nie Cravena tylko Muncha. Artysta brał rolkę szamotu czy też materiału, z którego robi się cegły, zgniatał w dłoniach, robiąc barczysty korpus i urabiając resztę ciała, przez co ludki wyglądały, każden jeden, jak Policjant Biblioteczny, takie moje skojarzenie. Następnie cegłoplastyk formował głowę, w głowie robił gwoździem dwie dziury na wzrok a na koniec przyciskał dół do stołu, uzyskując w ten sposób podstawkę i wrzucał tego koszmarka do pieca, do wypalenia. I on nawypalał tego 11 tysięcy sztuk, tak nam powiedziano. Jedenaście. Tysięcy. Pierdolonych. Ludzików. Z. Cegły.

Czy wy wiecie ile waży 11 tysięcy ludzików z cegły? Ja też nie wiem ale pewnie z 5-6 tysięcy kilo. Plus opakowanie. Nawet nie chce mi się już irytować na wspomnienie tego koszmaru. Tak czy inaczej, po rozpruciu jednej ze skrzyń, Czerniaków wziął te ludziki koszmarne pod but. I ani jednego nie byli w stanie upierdolić, nawet jak mu położyli głowę na krawężniku i rozpędzili glany. Nic nie pękło, nie wiem, może te ludki miały jeszcze do środka wpierdolony pręt zbrojeniowy, pojęcia nie mam. Nawet nie daliśmy rady tego materiału ukruszyć, bo przyznam się ze wstydem, że byłem tak wściekły, że też się na tych biednych figurynkach wyładowywałem.

A jak już nam przeszło, brocząc krwią z licznych ran, wnieśliśmy resztę skrzyń na górę i stwierdziliśmy, że sobie popatrzymy na ten kawałek, który dali radę ci lepsi studenci rozstawić. Oczywiście ja z kumplem, bo Czerniaków miał wyjebane na uniesienia ducha. I powiem wam, że się cieszę, że przyłożyłem, tfu, cegiełkę, do tej wystawy. Widzicie, oczy tych figurek były zrobione tak, że one się patrzyły w górę. Z perspektywy ich trzydziestocentymetrowej jaźni, patrzyły się więc prosto na mnie. I pomimo tego, że tej wystawy była może 1/5, pokręciłem się minutę, stwierdziłem, że te oczy robią bardzo mocne wrażenie, następnie poczułem się nieswojo i po kolejnej minucie, taktycznie stamtąd spierdoliłem, po to, by nigdy do CSW nie wrócić. NIGDY.

Przed akademikiem wydębiliśmy z kumplem od szefa zaliczkę, na konto naszej wypłaty, bo stwierdziliśmy że to trzeba opić, pożegnaliśmy się i to był ostatni raz, jak szefa Michała widzieliśmy na oczy.

Całej kasy za tę robotę, nigdy nie zobaczyłem.

A tutaj fotka, na pewno nie z 1993 z CSW ale możecie sami skojarzyć, jakie to było creepy.

 

piątek, 04 kwietnia 2014

Dzisiaj ostatnia część tryptyku przeprowadzkowego, bo chociaż było tego mnóstwo, ponad dwa lata przecież, to jakieś przykuwające uwagę akcje, działy się relatywnie rzadko. Ten konkretny przypadek był dość smutny jako taki, ale zakończył się wesołym, slapstickowym numerem, który rozśmieszył wszystkich, a najbardziej mnie.
Siedzimy w akademiku, gramy w karty, czy coś takiego, na dole, przy portierni, siwo nad głowami, bo szlugi znikają jak płonący australijski step, palone jeden od drugiego, normalnie słoma latem. W drzwiach staje Michał, znowu się bawi pagerem, widzi mnie (tak to pamiętam, zresztą nie liczą się detale) i mówi, że trzeba mu jeszcze dwóch ludzi na ekspresową przeprowadzkę. Lekko się zdziwiłem, bo godzina była 21 albo coś w podobie, pora mało przeprowadzkowa ale za to mocno wypoczynkowo-imprezowa. Zobaczył moją minę i stwierdził, że płaci ekstra, bo to ekspres i do tego w takiej godzinie, więc żebym się nie martwił, bo krzywdy miał nie będę. Uwierzyłem. Ależ byłem naiwnym łosiem.
Pobiegłem na górę, rozpytałem sublokatorów, pasowało im, w minutę osiem byliśmy w ordynku i pod parą przy portierni, paka, ale tym razem Michał jakiś egzotyczny wóz miał, coś a'la autobus zespawany ze Starem. No mówiłem, lekko szemrany typ, który wziął rodzący się polski kapitalizm za rogi i ujeżdżał go jak kowboj byka.
Dobiliśmy na miejsce, gdzieś na Raszyńską, drzwi otwiera nam mała, zahukana kobiecina, z dwójką bodaj dzieci przyczepionych do spódnicy, wita się i zaczyna pokazywać, co będziemy wynosić. Na komodzie widzę zdjęcia ze ślubnym ale ślubnego na orbicie nie ma. Podedukałem niczym Sherlock i wydedukałem, że pewnie kobieta ucieka po nocy od męża, ale wszystko sobie zorganizowała, więc spryt życiowy posiada i nie udaje się w noc, tak jak stoi, na poniewierkę, tylko się po prostu fachowo wynosi.
Z tego pokoju panowie łóżko i kredens, z tego szafę, stąd krzesła i stół, łóżka dziecięce a z piwniczki jakieś szpargały, obciążone najprawdopodobniej srogim bagażem emocjonalnym. No i, jak zawsze, kartony z ubraniami i utensyliami kuchennymi. Targamy ten mandżur jak pojebani, w tempie rakietowym, bo każdy oczami wyobraźni widzi wbijającego na kwadrat małżonka, który szybko ocenia rzeczy wyprawiające się na obiekcie, po czym zaczyna nas kopcić w usto bolesne, bez dania racji. Najprawdopodobniej łomem. No bo czterech typa czyści mu mieszkanie z mebli, ja bym się na jego miejscu wkurwił.
Zasuwaliśmy więc jak wujek samo zło, a jak wszyscy wiemy, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. No i straciłem w pewnym momencie swoje unagi. Z kolegą Andrzejem złapaliśmy szafę, ja z przodu szafy, ale tyłem idę, bo wygodniej i szybciej gdy nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ziemia rozstąpiła mi się pod nogami i poleciałem tak ze trzy metry, albo dwa i pół, wprost w otchłań piekielną. Dobrze, że zdążyłem wyciągnąć palce spod mebla, to mi ich nie zmiażdżyło a jeszcze lepiej, że jak mi jedna noga poleciała w dół, to druga nie została na górze. Wiecie o czym mówię. No i lecąc, nie zahaczyłem pyskiem o winkiel, bo bym już nie miał jednego własnego zęba.
Otóż nasz trzeci kolega, jak już powynosił krzesła i kartony, zaczął chyba patroszyć piwniczkę. A ona była dziurą w podłodze, z tego co pamiętam w kuchni. No i zapomniał zamknąć po sobie klapę. I jak łamaliśmy się z szafą na winklu, trafiłem idealnie w otwór. Jak bila do łuzy. Jak kula w serce. Jak siekiera w środek szczapy. Całe życie drugi a, kurwa, tym razem, wyjątkowo pierwszy.
Jak już się wygrzebałem z tych sentymentalnych gratów, słoików i fragmentów półek, okazało się, że ogólnie jestem cały ale ujebałem sobie nogę w kostce, żadne tam złamanie, ot, skręcenie czy zwichnięcie. A może tylko sobie coś tam ponaciągałem. Nie wiem, bo do lekarza nie doszedłem, altacet dobry na wszystko. Kumple wywlekli mnie z tej dziury, zaciągnęli do wozu i tam zostawili. A noga puchła.
Plus był taki, że resztę przeprowadzki spędziłem wpółleżąc w szoferce i paląc papierosy. No i najważniejsze, hajs się zgodził więc z tej perspektywy, krzywdy nie miałem.
Historia jest trochę pretekstowo bezsensowna ale ze stu przeprowadzek, tę zapamiętałem prawie najlepiej. Winą za to, obarczam spojrzenie tej pani. Spojrzenie ofiary. Smutne w chuj.


środa, 02 kwietnia 2014

Miałem odczekać chwilę ale wspomnienia pieprznęły we mnie z siłą osiemnastokołowca i jeszcze jedną historię wam sprzedam. O przeprowadzkach i temu, jak dzięki nim, zaobcowałem z kulturą, kurwa, i sztuką. O sztuce innym razem, bo muszę zrobić zdjęcia artefaktów, kultura dzisiaj.
Szef Michał podjechał pod akademik, zdzwonił nas z portierni, zeszliśmy na dół, popatrzyliśmy jak bawi się pagerem i oddzwania pilnie (pager w 1992 to był bajer, mówię wam), skończył oddzwaniać pilnie i oznajmił nam, że trzeba czterech czarnuchów, robota lekka, na pasach, zleceniodawca elegancki, nie palić w pomieszczeniach, nie pluć w doniczki, nie szczać popod ścianami i nie zostawiać śladów brudnych łap na blatach kuchennych.
Trochę się obruszyliśmy, bo byliśmy przodującą siłą tego kraju i, jako taka, wiedzieliśmy, że do zlewu się szcza po uprzednim wyjęciu z niego naczyń, w związku z czym tłumaczenie nam sawuar wiwru jest niepotrzebne i nadmiarowe. Foszek minął szybko, sformowaliśmy grupę i pomknęliśmy na obiekt, który był za winklem, bo w takiej fajnej, okrągłej willi na Dąbrowskiego. W środku powitała nas kobieta z gatunku takich, co to się je widzi w eleganckich filmach, eleganckich wnętrzach, na eleganckich jachtach i plażach. No promieniowała elegancką, stuprocentową, dojrzałą czterdziestoleciem dojrzewania kobiecością. Jak nie przymierzając Catherine Deneuve. Oczywiście z miejsca się w niej zakochałem ale nic nie powiedziałem, bo z wrażenia zaniemówiłem. A ona patrzyła na nas, odzianych w te rozczłapane robocze buty, powyciągane dżinsy i sprane bluzy, i wyjątkowo nie dawała nam odczuć, że jesteśmy plebsem. Zakochałem się w niej jeszcze bardziej.
Pani ładna powiodła nas na pokoje, a każdy jak dwa kwadraty akademikowe, które przecież nie były takie małe. Rozglądamy się na boki i fachowym okiem oceniamy: kredens, kurwa, wielki i nieforemny, uszarpiemy się z nim jak skurwesyn. Szafa gdańska, trzydrzwiowa, mamy przejebane, stół ciężki, dębowy, jak się nóg nie da zdemontować, to chyba przez okno go będziemy wyjebywać, sofa w typie Kremlu, polegliśmy panowie i dlaczego tylko czterech nas jest, przecież umrzeć nam tu przyjdzie.
Obawy nasze były próżne gdyż ta pani przyszła do nas w tym futrze, i w tym futrze od nas wychodzi. Mieszkanie, wróć, willa była wynajęta z pełnym meblem, do przetargania mieliśmy tylko jeden gadżet.
Fortepian.
Z pianinem sprawa jest łatwa, jedną ręką łapie się za cyferblat, drugą za specjalne rączki na plecach pianina i się niesie, luksusowo wręcz a jak schody, to sobie można dać moralne wsparcie pasami. Tak dla pewności, bo zawsze istnieje ryzyko, że rączka na plecach się ujebie i pianino zjedzie po schodach na półpiętro, walcując po drodze pechowca idącego na przedzie. Z fortepianem sprawa ma się inaczej i byłem bardzo ciekaw jak się odbywają takie przenosiny. Potrzebne są następujące rzeczy: europaleta, cztery koce, pledy, derki, dwa pasy oraz taśma elastyczna do spinania rzeczy z innymi rzeczami. Fortepian kładzie się delikatnie na kocu rozesłanym na europalecie, bokiem. Mocuje się go do tej palety taśmą, uprzednio omotawszy kocami, pledami, derkami. Odkręca mu się nogi. Pod paletę pasy, z krzyża i do góry. Czterech to bardzo udobna liczba, gdyż w sześciu przy palecie można się co najwyżej wydusić. Demontaż w minutę osiem, do samochodu, paka i odjazd. Punkt docelowy: Zatoka Czerwonych Świń. Wyjaśniam osobom spoza Warszawy: rzeczona zatoka to osiedle zbudowane na zlecenie URM-u w latach osiemdziesiątych przy zbiegu alei Wilanowskiej i Królowej Marysieńki. Nazwa wzięła się stąd, że zamieszkiwało tam stado polityków PZPR-u (dla młodych: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, to oni robili komunę i trzodę nad Wisłą). Dojechaliśmy, zdejmujemy ostrożnie tego Szopena na ziemię, pasy pod paletę, z krzyża hej rup! i poszli. Przy czym daleko nie uszli, bo w pewnym momencie kolega Wojtek, mój partner od pasa, stracił ciąg. Ale kompletnie i tak bardzo, że w krytycznym momencie, cały ciężar... Ale nie uprzedzajmy faktów.
Szliśmy po prostej i wszystko grało, doszliśmy do schodków, nasza para przodem pod górę, ja stoję na schodku czwartym, ostatnim, druga para przed pierwszym, każden jeden widzi i rozumie, że cały ciężar spoczywa w tym momencie na parze górnej. I właśnie wtedy Wojtek stracił moc, jak Samson bezwłosy normalnie. W wyniku czego, cały ciężar spoczął na mnie. Wycharczane przez ściśnięte gardło 'Wojtek, kurwa, nieś to', pozostało bez odzewu, gdyż wiecie, para zeszła i on by wtedy nawet martwego szczura nie dźwignął. Więc pas tylko na nim wisiał a ja przyjąłem na klatę cały fortepian.
I stała się rzecz, której nie doświadczyłem nigdy wcześniej i tylko raz później. Ciało przestało się mnie słuchać. Znaczy ja bardzo chciałem pozostać wyprostowany ale nie byłem w stanie, bo ciężar ciągnął mnie do ziemi. Kręgosłup i obręcz barkowa, trzeszczały niczym chrząszcze w chaszczach, mięśnie, po błyskawicznym spaleniu całego paliwa, przeszły w stan shutdownu, zacząłem cały dygotać i nagle, bez ostrzeżenia począłem się chylić ku upadkowi. Ideał sięgał bruku.
To zły stan jest, bo z jednej strony wszystko krzyczy 'a weź to stary jebnij w pizdu, to tylko fortepian i nie jest wart twojego zdrowia, i tak Michał będzie płacił za demolkę, bo robimy na czarno i chuja nam udowodni, nas tu nie było', a z drugiej ta głupia, męska ambicja (męska, bo kobiety chyba nie są tak pojebane, żeby wbrew sobie coś udowadniać światu i trzem ziomom), że nie, nie odpuszczę, utrzymam, choćbym miał tu zdechnąć. No i trzymałem, jak krasnoludy mahakamskie pod Brenną.
Powrót do rzeczywistości był brutalny - coś mi trzasnęło w kręgosłupie ale na szczęście ten właśnie moment wybrał sobie Wojtek na reboot. Weszliśmy na płaskie, zrzuciłem pas, upadłem na murek, zapaliłem szluga i zacząłem sobie masować plecy. A kilka pięter dalej, na szczęście z windą, zapadłem się w bialutką wykładzinę, która była taka puchata i stwierdziłem, że jak dorosnę, chcę być jak ta pani: bogaty i z taką wykładziną.
Ta historia nie ma większego sensu ale opowiedziałem ją po to, żebyście zrozumieli, że czasami nie mogę wam pomóc w przeprowadzce nie dlatego, że się w to bawiłem dwa lata. No kręgosłup mnie jebie. 

wtorek, 01 kwietnia 2014

I po raz kolejny wątek u znajomego (tym razem u Łukasza Najdera o przeprowadzkowych dresach) wzbudził we mnie wspomnienia, tym razem z czasów studenckich. Biegałem wtedy na przeprowadzki, do niejakiego Michała, lekko szemranego (tak wyglądał, no nie poradzę na skojarzenia) biznesmena warszawskiego, który wszedł w przewóz mebli i paczek oraz w odkurzacze przemysłowe. Te drugie obstawiali stali ludzie, w tym nasza koleżanka Honorata. Do dyspozycji był rzeczony odkurzacz, z typu takich, co to nie tylko brud, ale i wykładzinę wciągną do środka. Oraz Maluch, którym ekipy czyszczące śmigały na zlecenia, i którego najlepiej odpalało się na pych albo kulą, taką jaka występuje przy złamaniach.
Ja tam się do odkurzania nie pchałem, bo mimo tego, że robota lżejsza, to przy przeprowadzkach Michał lepiej płacił.

Czasem było tak, że na robocie cały skład był z akademika, a czasem zdarzało się nam pracować z sympatycznymi chłopcami z Czerniakowa, których nasz szef skądś znał i dawał im zarobić. Niestety, ci konkretni chłopcy o nieskomplikowanym sznycie dresowo-cwaniackim, uosabiali chujnię po całości, bo ani przesadni silni nie byli, ani fanatycznie robotni, a na dodatek robili sobie promocje. Chwali się im chociaż, że tylko jak przeprowadzaliśmy firmy, fantów z mieszkań prywatnych nie tykali.

W przerwach od pracy byli dość zabawni, szlugi sępili umiarkowanie, śmiesznie mówili, to im zawdzięczam zapoznanie się z przepiękną konstrukcją 'szybkolaskoróbka pigalakowa' i ogólnie byli na krótkie dystanse znośni, chociaż przez te promocje miałem o nich zdanie nie najlepsze. Jednakowoż pewnego dnia, wykazali się niespotykanym smakiem i gustem muzycznym, co wprawiło mnie w stupor, zadziwienie i wkurwienie, bo te płyty miały być moje. A było to tak.

Przeprowadzaliśmy dobrą przyjaciółkę szefa i zapowiedział nam, że robota ma być na błysk, żadnych obcierek, ujebanych tynków czy urwanych nóg od szafy, bo jak nie, to będzie przykrość. No to się postanowiliśmy przyłożyć. Entuzjazm nam nieco opadł jak zobaczyliśmy na parkingu, że dołącza Czerniaków ale ich też kieras poustawiał więc była szansa na to, że nie spierdolą. Dojechaliśmy na miejsce, drzwi nam otworzyła jakaś absolutna seksbomba, do tego wykształcona medycznie, więc zero zdziwień, że się z miejsca zakochałem ale nic nie powiedziałem, bo z wrażenia zaniemówiłem.

Zaczęliśmy targać mandżur, w tym czasie gospodyni z szefem siorbali małą czarną, robota szła sprawnie gdy nagle, zupełnie niespodziewanie, rzekłbym nawet WTEM, ta ładna i gładka pani, postanowiła nam pomóc. W króciutkich szortach była i w wydekoltowanej bluzce, tiszercie, topiku takim. Trochę ponosiła pudeł a potem się kilka razy schyliła i ilość wypadków na obiekcie skoczyła wykładniczo, bo pani ładna postanowiła tego dnia nie zakładać stanika. I wiecie, jak się podaje pudło na pakę a ona już schylona, żeby je odebrać, na tej pace mianowicie, to nie macie wyjścia, żeby jej w oczy prosto nie spojrzeć. No bez sensu, bo wszyscy zaczęli się snuć jak w pijanym, zakochanym widzie ale tempo za to wzrosło dwa razy bardziej niż wypadkowość. No i oczywiście zawody kogucików, kto więcej na raz uniesie, kto da radę trzy pudła, cztery pudła. Chuj, pięć pudeł, to piąte na kutasie wybalansowane. No szopki i jasełka, w których, przyznam się nie bez wstydu, brałem czynny udział, aczkolwiek bez udziału członka, w sensie balansu, bo to, że przejął za mnie myślenie, jest chyba dla wszystkich oczywiste.

No i jak już praca dobiegała końca, widzimy gospodynię jak niesie wielkie naręcze płyt winylowych. I do śmietnika zmierza. Zaprosiliśmy ją do naszej wesołej gromady, każdy szarpnął w jej kierunku papierosem i się pytamy, co planuje z tymi płytami robić. A ona na to, że wyrzucić chce. Tak szybko jej je wyrwaliśmy, że chyba złamaliśmy jej kilka paznokci. Niestety, płyty przejął Czerniaków i trzeba było targować, po targach odłożyli mi połowę i zaczęliśmy przebierać. I jak to u mnie w życiu bywa, mi przypadła kupka chujowsza. Niby przepatrywałem swoje płyty ale spode łba łypałem na to, co oni wybierają. I chuje mieli 100% trafień, wyszarpali wszystko, co chciałem, w wyniku czego przejrzenie sterty po nich, było czystą formalnością i przyniosło jakieś jedno, średnio udane trafienie.
No bo kto by pomyślał, że czerniakowscy dresiarze słuchają Rolling Stonesów, Davida Bowie i Ludwika van.

A na sam koniec, jakiś ormowiec zaczął z okna huczeć, że mu hałasujemy pod blokiem i tłuczemy klapą od paki. Chłopaki posłali mu kilka chujów prosto w czoło a potem, w ramach mściwego żartu, wnieśliśmy czyjegoś Malucha do wiaty śmietnikowej. Tak, na przeprowadzkach śmiechom i żartom nie było końca.
Kiedyś wam opowiem jak w pewnej instytucji państwowej, znosiliśmy z drugiego piętra półtonowy sejf. Ale to dopiero jak skończę zupę. 

piątek, 17 stycznia 2014

Opowiem wam o świni.
Jako dzieciak, wychowywałem się praktycznie na wsi. Ojciec Mieczysław zasmakował w żywocie plantatora oprawcy, sorry, uprawcy i do pewnego momentu, co roku raczył nas płodozmianem. Była jakaś złowoniaszcza fasolka. Były chyba ogórki i pomidory. Na pewno był len, podczas zbioru którego doznałem udaru i oparzeń na tyle ud (tak bardzo mi się to udało, że nie wiem). Były konopie, ale te legalne, przy których ujebaliśmy się jak nieludzie, i z których monetka była tak żartobliwa, że ja pierdolę. Mieliśmy również tytoń (nawlekaliście kiedyś tytoń na druty? to się nazywa brudna robota), buraki, jakieś zboża jare i ozime. Aż w końcu wzrok Ojca Mieczysława spoczął na malinach, i Ojciec stwierdził, że to jest dobre. Rozpoczęła się gehenna, bo uprawa malin to praca od kwietnia do października, wysładzana dobrobytem, bo za wszystkie prace polowe miałem płacone, dzięki czemu opływałem w dostatek oraz stałem się posiadaczem zajebistej wieży trzysegmentowej plus adapter, nazwy firmy nie pamiętam ale taka srebrna z wyjeżdżającą automatycznie szufladką na kasety oraz komputera osobistego Timex 2048. Rzecz jasna kasa pochodziła ze zrzutki, jaką czyniłem z Bratem. No dobra, nie oszukujmy się,  Rodzice też się dorzucali.
W jakąś pobrnąłem dygresję.
Jako dziecko, które dzieliło czas między miasto i wieś, trochę jestem z miasta a trochę ze wsi, dzięki czemu krowę wydoję, drzewa narąbię i w piecu napalę oraz nie zgubię się w Poznaniu i wiem, że do niektórych bram się nie wchodzi. Moja wsiowa egzystencja, pomijając pomoc w pracach polowych, była zajebista. Spałem na sianie, co jest chujowe, bo w sianie jest paździerz i kurz, które powodują obrzęk i swędzenie oraz skorek, który wchodzi do ucha i przegryza się przez bębenek (koszmar mojego dzieciństwa, taki skorek). Spałem pod grubą pierzyną, obok pieca, co zimą jest rzeczą tak absolutnie doskonałą, że o rany. Dziadek Bolesław siekierą wystrugał nam z desek pepeszki więc ganialiśmy z Młodym i ostrzeliwaliśmy z zasadzki faszystów. Z leszczyny powstawały świetne łuki i jeszcze lepsze rapiery, z którymi mam taką historię, że fechtowałem z Bratem, pociągnąłem go po palcach (gdyż leszczynowy rapier nie miał żadnej osłony na rękę, sama klinga na hardkorze), on się wkurzył, uruchomiłem manewr ucieczkowy, zblokowałem się na dyszlu, jedna noga została z tyłu, poczułem dziabnięcie i od tamtej pory mam w lewej łydce taki punkt, że jak się go naciśnie, natychmiast łapie mnie skurcz. To śmieszne.
Najmilej jednak wspominam trzy rzeczy. Młode ziemniaki i chłodnik pod orzechem, podpłomyki z blachy piecowej oraz świniobicia. Pierwsze jest oczywiste, owady nie lubią orzecha więc jest to strefa wolna od fruwającego badziewia. Koc, micha, kubki i o rany. Podpłomyków wyrobu Babci, byliśmy w stanie zjeść każdą wyprodukowaną ilość. Jakoś tak prosto się to odbywało, mąka, woda, sól, może soda ale się przy tej ostatniej nie upieram, zagnieść, uklepać małego placka i upiec go krótko z obu stron na blasze pieca. Jak do tego są jeszcze rydze z tej blachy, to naprawdę niewiele jest rzeczy od tego lepszych. Może idealizuję smaki dzieciństwa ale nie wydaje mi się, to jest naprawdę pycha.
No i świniobicie. Największe wydarzenie w obejściu. Oraz najlepsze dwie rzeczy pochodzące z martwego zwierzęcia: tak zwana świeżynka aka świeżyzna, i nie dajcie się nabrać reklamom w przydrożnych barach, bo świeżyzna, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z jeszcze parującego osobnika. Oraz mózg. Mózg zabełtany z jajkiem na patelni to najlepsza rzecz, jaką ma w sobie zwierzak. To jest tak pyszne, że jakbym nie był poetycznym analfabetą, jebnąłbym poemat, odę albo sonet o smażonym mózgu. Ale nie umiem rymów i nie jebnę.
To było jedno z pierwszych świniobić zarejestrowanych przeze mnie. Jak było coś wcześniej, to nie pamiętam, to jedno wyryło mi się w mózgu i pamiętam je do dzisiaj a lat miałem ze sześć albo coś.
Cały poranek i przedpołudnie upłynęły rodzinie pod znakiem nerwowego wyczekiwania i drżenia, nie miałem pojęcia o co chodzi. Koło południa do obory weszło trzech oprawców: Ojciec, Wuj i Dziadek. Uzbrojeni jak jebani ninja. Noże, siekiery, tasaki, jeszcze więcej siekier, jakiś młot bojowy i dałbym sobie uciąć skórę z pięty, że Wujek upychał po kieszeniach shurikeny a za pasem przynajmniej jeden sierp (tak, do tej pory na ścianie w domu wisi wyrobiony sierp, którym się żęło w ogrójcu). Zamknęli się szczelnie w środku, bo wszyscy znamy te opowieści o świni, którą niedokładnie ogłuszono, po poderżnięciu gardła zwierzę się ocknęło, wyjebało drzwi od obory i pognało na podwórek, marnując dobrą krew do kaszanki. Bita trzoda ma się wykrwawić do wielkiej wannomiski a nie na trawę.
Dlatego świniobicie przebiegało zgodnie z zasadami bhp, chociaż powiem wam, że trwało tak długo, że byłem przekonany, że Trzech Oprawców robi z tą świnią zgoła inne rzeczy niż rzeź. Po półgodzinie, gęsto szpikowanej kurwątwojąmacią i okrzykami 'trzymaj tę kurwę', świnia kwiknęła po raz ostatni i zapadła krępująca cisza. A potem chlust i odgłosy ssania...
Wybaczcie, to skądinąd. Dzielni Oprawcy spuścili krew ze świni, wywlekli truchło na podwórko i rozpoczął się bardziej brutalny element kultury wiejskiej. Patroszenie. Nie miałem pojęcia, że w środku trzody mieści się tak dużo dziwnych rzeczy, młody byłem i wyobrażałem sobie, że całe zwierzę jest zrobione z mięsa a szynkę uzyskuję się z języków. Świnia została wypatroszone selektywnie, jelita trafiły do jednej wannomiski, podroby do drugiej. Nad pierwszą postawiono mnie i Młodego, dostaliśmy do ręki po garści witek wierzbowych i przykazanie, żeby odganiać muchy energicznie. Drugą wannomiskę zaczęły sprawiać kobiety. Staliśmy z Bratem spowici w gorący opar niewypróżnionych jelit i melancholijnie siekliśmy po tych jelitach witkami, gdyż przydzieloną pracę traktowaliśmy bardzo poważnie.
W tym samym czasie, Trzech Oprawców zbryzganych krwią, pastwiło się nad zwłokami. Patrzyłem z fascynacją jak przy pomocy jakiegoś wiechcia zmoczonego w denaturce, opalają świniaka. A potem zaleciał do mnie smród palonych włosów i zrozumiałem po co to. Jeszcze jakieś czary, kolejna abrakadabra gęsto szyta makabrą, zainteresowany przekazałem witki Bratu i podszedłem bliżej.
Wtedy padły ponadczasowe słowa Dziadka Bolesława, który na moje filozoficzne pytanie 'co dalej z tą świnią', odpowiedział tak:
Powiesimy ją za tylne nogi na jabłonce, sparzymy wrzątkiem, obskrobiemy tarką i świnia będzie jak panna młoda w białej sukience.
To wtedy zrozumiałem, że Dziadek Bolesław się nie pierdoli w tańcu i czas dorosnąć. Zostałem małym mężczyzną.

wtorek, 31 grudnia 2013

Nadszedł czas na podsumowanie upływającego roku 2013...
Hahaha, to rzadkie ale sam siebie rozbawiłem. No jeszcze mnie nie pojebało. Natomiast zamiast podsumowania opowiem wam historię, która, od biedy, może służyć za podsumowanie roku ale nie musi, bo po co szukać drugiego dna tam gdzie go nie ma? Historia jest, niestety, prawdziwa.
Jakoś tak miesiąc albo dwa tygodnie temu to było. Stoimy na fabrycznym balkonie z kolegą P., nie palimy papierosów i rozmawiamy o rzeczach. I jakoś tak zjechało na mój dowód osobisty, który utracił ważność i trzeba by się wybrać do Piaseczna żeby sobie nowy wyrobić. Bo wiecie, że dowody osobiste mają termin ważności? 10 lat i ani dnia dłużej a po terminie, jak znam polskie państwo, można trafić do więzienia gdzie walą w dupę oraz trzeba pewnie uiścić wielotysięczną grzywnę. No bo przecież obywatel bez ważnego dowodu jest obywatelem nieważnym.
Rozmawiamy więc o urzędach i przypomina mi się usenetowa albo forumowa opowieść sprzed lat. Koleś wybrał się do urzędu załatwić sprawy. Z niezrozumiałych dla niego powodów, sprawy były załatwiane bardzo szybko, z delikatnym wyrazem oszołomienia, obrzydzenia a czasami zachwytu na twarzach obsługujących go pań. Ziomek wyszedł z urzędu, poczuł przeciąg, spojrzał w dół i zmartwiał. Rozpiął mu się zamek w jeansach i guzik w boksach i wszystkie sprawy urzędowe załatwiał z fiutem na wierzchu.
Hahaha, jaka śmieszna historia, pomówmy o czymś poważnym.
Trzy dni później.
Fabryczna stołówka, zamówiłem sztukę mięsa, jakieś surówki, siadam u stołu, rozkładam mojego Kindełe, oddając się lekturze, zjadam sztukę mięsa, jakieś surówki, kawałek talerza, bo Clancy był wciągający. Wstaję, odnoszę tacę i idę przed firmę, żeby nie zapalić i dokończyć rozdział. Czuję przeciąg...
Mam jedną parę bojówek z ukręconym zawiaskiem od zamka. Miękki był i się ukręcił. I on, ten suwak, ma tendencję do otwierania się samoczynnego, bo nie można ukręconego zawiaska włożyć w klamrę pasa, gdyż jest ukręcony zawiasek przecież. Dlatego mam zasadę, że to tych konkretnych bojówek zakładam wyłącznie bokserki bez guzików. Tylko pełna osłona i nie ma lęku, że stanie się coś nieoczekiwanego.
Tego dnia stało się coś nieoczekiwanego.
Przemaszerowałem wzdłuż sześciu stołów z fają na wierzchu.
Wszystkiego najlepszego dla wszystkich w nowym roku. 

piątek, 29 listopada 2013

Od 1 grudnia Ikarusy znikną z ulic Warszawy. Z jednej strony fajnie, że pozbywamy się autobusów, które przy prędkości większej niż 50 km/h wpadały w takie wibracje, że plomby się kruszyły a szew w kroku potrafił zwalić ci konia na dystansie krótszym niż dwa kilometry. I miały tak sparciałe uszczelki w oknach, że szyby tłukły o prowadnice jak oszalałe i zawsze się zastanawiałem kiedy któraś w końcu pęknie i wypadnie ale żadna skubana nie pękła, pancerne były jak Rudy pod Studziankami. Z drugiej jednakowoż, będzie mi brakować pojedynczego, ODPOWIEDNIO SZEROKIEGO, zajebistego miejsca siedzącego przy przegubie, tyłem do kierunku jazdy, na którym nikt nie chciał siadać, bo większość ludzi mdli jak jadą tyłem a do tego przy łączniku telepało jak na małym jachcie przy siódemce. A jak ostatnie 709, to o 23:40, startowało z Wilanowskiej naładowane pod sufit, a ty wbijałeś, po trzech aliganckich[1], na minutę przed startem, można było sobie usiąść na wysokiej rurze przy harmonii, złapać się ręką pionowego pala i jechać sobie jak panisko, z lekkim tylko wyrzutem sumienia, że zostawiasz na rurze dolnej błoto z bieżnika ale tylko podczas słoty. Zaś harmonia fajowo masowała ci plecy.
Świetne były te wielkie okna, które można było otworzyć i się przez nie latem wychylić albo tylko nonszalancko wyrzucić zimny łokieć i jechać jak paniosko, wielką limuzyną, z szoferem, i czuć się panem życia nawet wtedy, gdy reprezentowałem biedę. A nie teraz te pierdolone lufciczki, które w połowie niskopodłogowych i tak są zagwożdżone na amen, bo przecież jest klima, która nie działa gdyż kierowca jeździ dla prywaciarza, tnie w chuja i nie włącza albowiem paliwo oszczędza. I nie mówcie mi, proszę, o wygodzie dla matek z wózkami, bo w wysokopodłogowych Ikarusach zawsze znalazło się przynajmniej trzech facetów, którzy dusili się w drzwiach, żeby pomóc kobiecie wnieść wózek do środka. Ba, wielokrotnie byłem świadkiem scen, jak tej matce wyrywali rączki. Te od wózka. I sami go wnosili, żeby się kobieta nie spociła i nie było, że boli. I wózki inwalidzkie tak samo. Bo może i Warszawa ma opinię miasta chamów ale w pewnych sytuacjach ludzie zawsze sobie pomagają. Tak, do Ikarusów mam sentyment i trzy anegdoty. Znaczy mam ze sto ale te trzy wam opowiem, nawet jeżeli są nudne.

Wyszedłem kiedyś, po trzech aliganckich[1] z  Eleganckiego Bolka. Piąta z minutami była więc stwierdziłem, że idę do metra. Trzy kroki zdążyłem zrobić, jak z hukiem panewek i dzwonieniem cimeringów[2], zajechał Ikarus linii 167. Podjadę jeden przystanek, pomyślałem. I tak się zmęczyłem myśleniem, że usiadłem. Nawet nie z upojenia, zmęczony długą nocą byłem. I gdyby on przemknął na pomarańczowym, nie byłoby dykteryjki. Niestety, zatrzymał się, jak ten gupek, i odstaliśmy cały takt. Nastąpiło bardzo długie mrugnięcie. Chwilę później obudził mnie okrzyk kierowcy –jedzie pan dalej czy wysiada!? Potoczyłem wzrokiem dokoła. Wilanowska. Może być, też stacja metra. Spojrzałem na zegarek. 13:30.
Żaden autobus nie miał tak wygodnych siedzeń jak Ikarus.

Nocne 604 i 607 na Ursynów, miały same zalety, czyli permanentną w nich imprezę bez chamstwa i patologii oraz jedną wadę, aczkolwiek zależną od kierowcy. Skręt z Puławskiej w Wałbrzyską niektórzy brali leniwie a niektórzy, znudzeni jazdą i zmorzeni zmęczeniem, wchodzili w niego na ręcznym, w pełnym drifcie i na pełnej kurwie. I on w lewo był, ten zakręt, co jest bardzo ważne w kontekście miejsca, jakie zająłem. Wkitrałem się pod Emilką i ruszyliśmy, a wieczór był chujnia mrok ziąb zima sukinkot a do tego mokry. To oczywiste, że jak jedziesz z Centralnego na Stokłosy, masz prawo się zmęczyć jazdą. Na Ursynów jest przecież kawał drogi. Zasnąłem na moim ulubionym pojedynczym siedzeniu przy łączniku, tyłem do kierunku jazdy a ono, jak niektórzy pamiętają, było po stronie kierowcy. I nagle przyśniło mi się, że spadam. Tylko to nie był sen. Kierowca zakurwił taki zakręt, że klękajcie kierowcy F1, a do tego chyba wpadł w lekki poślizg i mało nie urwał harmonii. Ale to mnie nie interesowało. Bardziej bowiem trapił mnie fakt, że leżę z policzkiem przytulonym do jakiegoś pośniegowego błota. Wstałem, zdjąłem kaptur i potoczyłem dzikim wzrokiem po pasażerach, czy się niby żaden z nich nie śmieje, bo nawet unurany, fason staram się trzymać i lekceważących parsknięć nie zniosę (co innego szczery śmiech, ten przyjmuję na klatę). Jak się okazało, że nie ma chętnych, otrzepałem się z syfu i, już siadając, zdałem sobie sprawę z tego, że w tym oto, niezbyt fortunnym zdarzeniu, los zsyła mi szansę na wygłoszenie klasycznego tekstu z klasycznej legendy miejskiej. Pół autobusu mogło usłyszeć moje ‘to żeś, kurwa, wymyślił’. Reszta drogi minęła bez zakłóceń.
Żaden autobus nie miał tak śliskich siedzeń jak Ikarus.

Akcja, którą wam teraz opowiem jest w stu procentach prawdziwa, chociaż sam nie wierzę w jej prawdziwość. Ale to prawda.
Był dzień święconego Patryka i on wypadł niefortunnie na tygodniu. Plan mój, w związku z tym, zakładał trzy aliganckie w Irishu na Miodowej i grzeczny powrót do domu metrem. Realizacja planu przebiegała bez zakłóceń do momentu, w którym moi kompani opuścili mnie nagle, bo dostali sygnał, że ich stare są niekontente i czas do domu. Oceniłem, że dopiję piwo i też się będę zbierał, bo akurat jest 22 i to dobra pora, żeby wrócić do chatę.
I pech chciał, że do Ajrisza wkitrała się banda Francuzów, a ja, po naszych akademikowych Francuzach (Terry, Rafael, Sebastien – pozdrowienia, gdziekolwiek jesteście), mam do tej nacji szczególny sentyment. Dopijając resztki piwa, nawiązałem lekki kontakt bojem. Z niezrozumiałego dla mnie do dziś powodu, ucieszyli się, że zagadał do nich łysy grubas. Ja bym wolał, żeby zagadała do mnie powabna blondynka ale kto zrozumie francuską ich nację? I oni z tego ucieszenia przynieśli mi kolejne piwo, a zważcie, że tego dnia nie brałem jeńców i piłem z kufli litrowych. Odstawiłem kolejkę, potem oni przynieśli następną i nagle trzeba było wysiadać z taksówki przy hotelu Polonia gdzie chłopaki mnie podrzucili, a jak sobie łatwo możecie sprawdzić, gdzie Miodowa, a gdzie Rondo Dmowskiego i co się stało? Olałem wątpliwości, zszedłem do metra, usiadłem na foteliku i powiem wam, że żaden wagonik nie ma takich wygodnych siedzeń, jak ten rosyjski. Mój pech polegał na tym, że był to ostatni kurs a ja przegapiłem moją stację. Moje szczęście polegało na tym, że na Kabatach, gdzie metro kończy bieg, nocne miały pętlę. A jak już wiecie z poprzedniej historii, pasowały mi dwa nocne, bo to ciągle dziwny rok mojego życia na Ursynowie był. Było grubo po północy a nawet bliżej pierwszej, jak z tłumem podobnych mi patrykowych birbantów, wychynąłem z podziemi metra. No wyglądaliśmy jak Uruk-hai i się nie dziwię kierowcom niektórych nocnych, że postanowili odjechać z przystanku trochę wcześniej. Dam sobie rękę uciąć, że gdzieś w tłumie wyraźnie słyszałem ‘ash nazg durbatuluk’.
Kierowcy wystartowali z hukiem silników jak tylko zobaczyli tłum facetów, który, zataczając się i śpiewając śmieszne piosenki, halsował w ich kierunku.
Zupełnie się nie przejmując tłumem pijanym, pałętam się po tej pętli, szukam czwórki albo siódemki i co widzę nagle. Otóż na tej pętli stoi zaginiona w akcji pięćsetka pośpieszna, a zważcie, że już dawno powinna być w zajezdni a nie na pętli w końcu dupy, bo przecież po północy grubo a nawet bliżej pierwszej. Numeru konkretnego nie pamietam ale majaczy mi się, że to mogło być coś na kształt 519. Nieważne zresztą. Stoję przed przednią szybą i patrzę się na kierowcę z miną dzieciątka Jezus, on się patrzy na mnie i się uśmiecha. Uśmiecham się, kiwam głową pytająco, on mi odkiwuje. Nie wierzę, w to, co za chwilę chcę zrobić no ale przecież jestem w nastroju imprezowym, to co mi zależy. Podchodzę do bocznej szybki, pukam, gość ją otwiera i rozpoczynam jeden z dziesięciu najdziwniejszych dialogów mojego życia.
-przepraszam, ale co pan robi na pętli, o tej porze, pięćsetką przecież dzienną? Przecież po północy grubo a nawet bliżej pierwszej.
-a stoje sobie (tak powiedział, stoje a nie stoję)
-o, to ładnie, a kiedy pan jedzie?
-jak się da, to moge zaraz
Wbrew temu, co twierdzą co złośliwsi, nie jestem palcem robiony więc sięgam do kieszeni, wygrzebuje dychę złotych, przyklejam mu ją do tej otwartej szyby, bo wieczór był rześki i szyba obroszona, i mówię –to jakbyśmy pojechali obok Stokłosy, tam przy Dominos Pizza, byłoby fantastycznie a panu pasuje, bo to KEN. Sorry, że tak mało ale muszę sobie zostawić jakiś pieniądz na rano, na bułeczkę.
Gość, śmiejąc się, odkleja Mieszka, któremu to wcale nie przeszkadza, bo od dawna nie żyje, szarpie za wajchę, otwierają się przednie drzwi i rzuca do mnie –wsiadaj pan.
Wsiadłem.
Wiecie już, że żaden autobus nie miał tak wygodnych siedzeń jak Ikarus, więc oczywistym było to, że się zdrzemnąłem. Kierowca jednakowoż się wywiązał gdyż podjechał na mój przystanek, wysiadł z szoferki, grzecznie mnie obudził, pożegnałem go wylewnie, podziękowałem za wysoką jakość świadczonych usług i pożeglowałem do domu, gdzie powitał mnie słowami wyrzutu i opierdolu mój Brat, ale to już zupełnie inna historia.
Bodajże Głowacki pisał o tym, jakim szykiem za jego lat kawalerskich, było przywieźć kobietę do domu polewaczką. Się dawało operatorowi polewaczki równowartość małego mieszkania i z szykiem podjeżdżało się na kwadrat. Urodziłem się tak z dziesięć lat za późno na takie akcje ale i tak uważam, że niewiele osób może się pochwalić przelotem tak zajebistą taksówką jak Ikarus. Do tego po taniości.
Żaden autobus nie miał tak fajnych kierowców jak Ikarus.

Dlatego tak sobie wspominam moje niezliczone kursy tymi wrakami i w kąciku oka kręci mi się łza. Trochę za Ikarusami, trochę za młodością, bezpowrotnie utraconą. Bo może i faktycznie, kupiliśmy sobie najnowocześniejszą flotę niskopodłogowych autobusów, które się obniżają na przystankach i mają klimę i są w ogóle takie fajne, chociaż lufciki się w nich nie otwierają a nawiewami poddachowymi steruje kierowca z szoferki. Tylko, że one są cholernie nudne. Tak bardzo nudne, że bardziej się nie da. I mają te pieprzone wąskie siedzenia a na dodatek odstępy między nimi są zaprojektowane dla kobiet i Koreańczyków, bo na pewno nie dla faceta, który ma więcej niż 175 cm wzrostu. Dlatego w weekend wychylę szklaneczkę whisky za Ikarusy. Spoczywajcie w spokoju w tym niebie, do którego was wyślą w niedzielę. Szkoda.

[1] Trzy aliganckie to ta ilość piwa, którą z czarnuchami z działu graficznego Edipressu, określaliśmy ‘jedno, góra dwa’. Co oznaczało od czterech piw wzwyż, przy czym górną granicę określał jedynie stopień naszego imprezowego nastroju. Tak było. 
[2] Wiem, że pisze się simeringi, nie mam pojęcia czy one dzwonią i szczerze mówiąc, w dupie to mam. U nas mówiliśmy cimeringi.


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5