To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony

Doradztwo intymne

środa, 13 maja 2015

Ważny temat, wybory. To również trudny temat.

Lindę monsterę kupiłem wyłącznie dlatego, że była w promocji i zajebiście wyglądała. Romana zamiokulkasa wziąłem, bo słyszałem, że jest nie do zajebania i wystarczy go podlewać raz na kwartał. Lindę dracenę kupiłem tylko dlatego, że wydawało mi się, że pamiętam takie rośliny z mojej podstawówki albo ogólniaka. A wiecie, co uczniowie robią roślinom w podstawówce albo ogólniaku? No nie będę wdawał się w krwawe szczegóły, powiem tylko, że takie podłużne, ostre liście doskonale ustępują wzdłużnym cięciom przy pomocy żyletki, przez co draceny szkolne wyglądały jak konfetti. Ale umrzeć nie chciały.
Na koniec dokonałem trudnego wyboru i kupiłem Lindę difenbachię. Wybór był trudny, bo majaczyło mi w głowie, że jej liście wydzielają strychninę. Okazało się, że to legenda, ale...
Wszystkie części difenbachii zawierają w idioblastach igiełkowate kryształy szczawianu wapnia (rafidy), które po uszkodzeniu komórki są wyrzucane z pewną siłą na zewnątrz, a także czysty kwas szczawiowy i rozpuszczalne szczawiany. Soki roślinne zawierają ponadto enzym trawienny dumbkainę, powodujący rozpad białek, oraz bradykininę i histaminę. Jednym słowem, ta Linda może być dla mnie szkodliwa.

Jak to przeczytałem, przez długi czas zastanawiałem się, czy by jej nie zgarotować a zwłoki usunąć poprzez wyjebanie w nocy na trawnik przed blokiem. Jednakże tak ładnie kłoniła do mnie liście, że odpuściłem. Zresztą i tak, w dłuższej perspektywie, jej los był w moim mieszkaniu przesądzony. Jestem albowiem do tego stopnia nieodpowiedzialny i energetycznie zwampirzony na zewnątrz, że wszystkie Lindy i Roman, miały dożyć najdalej do maja roku bieżącego, ususzone, przelane i wykończone moją energią.

Wystawcież sobie, drodzy państwo, moją konfuzję, gdy okazało się, co następuje:

Linda dracena zmężniała, przybrała jakieś 3-4 liście, rozłożyła się dumnie na prawym parapecie i błyszczy. Chyba przedawkowałem wiosenne nawożenie, za często obmywałem ją spryskiwaczem i czytałem jej książki.

Linda monstera, pomijając krępujący epizod, gdy postanowiła popełnić samobójstwo, zwiększyła liczbę liści jakoś tak dwukrotnie, wbrew opisom na forach ogrodniczych, klei się do szyby i do słońca, nie chce uschnąć i ma wyjebane na to, że normalnie powinna być trzymana w półcieniu a nie na nasłonecznionym parapecie.

Roman zamiokulkas ma wszystko w najgłębszym dupalu, puszcza kolejne liście jak pojebany i wygląda tak, że trochę się go boję. No przypakował i niedługo pewnie zwróci się do mnie z uprzejmą prośbą o ustalenie statusu przewodnika stada na kwadracie.

Linda difenbachia, traktowana przeze mnie z rezerwą (to jedyna roślina, której nie głaszczę wieczorem po liściach), doszła do wniosku, że jebać system, że słi Kukiz, nie potrzebuję dotyku i jest w trakcie wypuszczania dużego liścia z głównego pnia, czy jak się nazywa ten element u roślin parapetowych.

Wyszło na to, że dziewczyny i Roman zadowalają się odrobiną nawozu, odrobiną wody, pięcioma godzinami słońca, spryskiwaczem oraz umiarkowanymi objawami afektu i zainteresowania z mojej strony. Do tego trochę muzyki i ścieżki dialogowe z seriali, krótkie kawałki książek, które im czytam na głos i zamiast dać dupy w trzeciej rundzie, robią mi malutką na razie, ale jednak dżungielkę.

Wybory może i są trudne, ale czasami popłaca pójście na spontan i w promocję.

Dziękuję za uwagę i dobranoc państwu.



piątek, 30 sierpnia 2013

Dobra, wszyscy dzisiaj tylko Polcon i Polcin więc ja może o czymś innym. W ubiegłą sobotę byłem na szkoleniu z pierwszej pomocy przedmedycznej. O, tej
I jeszcze jeden link, bezpośredni
Zaczęliśmy o 9:30, kończyć mieliśmy o 16:30-17:00 ale nawet nie zauważyliśmy kiedy zrobiła się 18:30. Część osób nie dotarła więc pracowaliśmy w grupie pięcioosobowej, dzięki czemu było kameralnie i bardzo aktywnie, bo przy fantomie musieliśmy się zmieniać częściej niż rzadziej.
Zagadnień omówiliśmy multum: ocena miejsca zdarzenia, środki ochrony osobistej, wstępna ocena poszkodowanego, resuscytacja krążeniowo-oddechowa u osoby dorosłej, dziecka i niemowlęcia, użycie automatycznego defibrylatora zewnętrznego, krwotok, uraz kręgosłupa, wstrząs, zawał, zadławienie, złamania, napad padaczkowy, oparzenia.
Przy czym nie tak, że siedzieliśmy a prowadzący snuł jakieś usypiające ćmoje-boje i gawędy z mchu i paproci. Nic z tych rzeczy. Jak o czymś mówił, to od razu pokazywał.
Dzięki temu, że pokazywał, wiem jaki jest algorytm postępowania w przypadku wypadku samochodowego i jak bezpiecznie wyciągnąć zioma z samochodu (ofc w sytuacji gdy silnik nie leży mu na kolanach). Wiem jak się ustawić do rękoczynu Haimlicha i dlaczego inaczej się go wykonuje w przypadku osób otyłych. Układanie wielkich ziomów w pozycji bocznej bezpiecznej jest łatwe jak się użyje dźwigni. Warto też wiedzieć jak przy nim kucnąć tak, że gdy po ocknięciu zechce ci jebnąć ze stresu przed całującym go pedałem, minimalizować skutki takiego zamachu. Nauczyłem się jak ściągać kask motocykliście i w jakich przypadkach nie jest to konieczne. Wiedzieliście, że defibrylator nie zawsze razi typa prądem oraz jest w stanie mówić wam, co macie robić? No i przekonałem się, że RKO jest dużo łatwiejsze, jak się wie, jaką przyjąć postawię nad osobą ratowaną a wręcz banalne i niemęczące, gdy ruch wyprowadzasz z dan tien (treningi tai-chi popłacają). No i najważniejsze - dobry ratownik to żywy ratownik, dlatego tak ważna jest ocena miejsca zdarzenia.
Oraz oczywiście wiele, wiele innych sztuczek i patentów, które pomagają pomagać innym, ze szczególnym uwzględnieniem nakreślenia sytuacji prawnej osoby niosącej pomoc oraz rozwianiem legend ulicznych o tym, jak to osoba ratowana, po akcji pozwała ratującego za to, że połamał jej żebra czy zniszczył ubranie. TO BZUDRA I SZKODLIWE PIERDOLENIE. Które może zniechęcać ludzi do działania. I należy z takim pierdoleniem walczyć.
Wracając. W moim przypadku sytuacja była o tyle specyficzna, że za młodego przebiegałem 10 lat w harcerstwie gdzie nauczyli mnie jak przy pomocy mchu, paproci i patyczka, nałożyć opaskę uciskową i opatrzyć ranę. Do tego w liceum biegałem w jakichś walkach o kolorowe odznaki OC (Obrona Cywilna, info dla młodszych), startowałem w zawodach i w zasadzie potrzebowałem przypomnienia i usystematyzowania wiedzy. Co nie oznacza, że jak się wybierzecie na ten kurs kompletnie zieloni, to niczego was tam nie nauczą. Nauczą. Moim zdaniem, bardzo skutecznie nauczą.
Pod koniec kursu wypełnialiśmy ankietę. I był tam punkt, w którym spytano się mnie, czy po tym kursie, niósłbym pomoc, gdyby wymagała tego sytuacja. Z czystym sumieniem zaznaczyłem 'zdecydowanie tak'. Nie dlatego, że nagle zostałem super wykwalifikowanym ratownikiem. Po prostu wiem co robić. To plus moje opanowanie w sytuacjach nietypowych (5 lat jako negocjator w akademiku robi swoje) pozwala mi twierdzić, że dopóki nie zemdleję na widok czyjejś krwi, będę wiedział co robić i to zrobię. Tej myśli się trzymam.
Polecam wszystkim z serca, z duszy. Jeżeli chłopaki i dziewczyny będą kontynuować zbożne dzieło, mam zamiar sobie wiedzę odświeżać przynajmniej raz do roku. I wam polecam.
A teraz widzę wszystkich moich czytelników z Warszawy i okolic jak się ustawiają w kolejce na zajęcia. Odmaszerować. 

piątek, 30 stycznia 2009

Czyli Teklaka Ogólna Teoria Zawierania Znajomości Po Alkoholu. Moją muzą był pan w barze orientalnym, który chciał się ze mną najpierw zakolegować a potem pogadać. Zrozumiałem skąd wszystkie bójki po alkoholu. Zrozumiałem dlaczego niektóre imprezy kończą się obróceniem w perzynę połowy dzielnicy. Wszystko zrozumiałem w krótkim błysku boskiego olśnienia. To wszystko dlatego, że ludzie nie wiedzą jak się ziomić po kielichu. Postanowiłem więc stworzyć teorię, która wytrzyma testy terenowe i pomoże unieść nam cało głowę z każdej popijawy. Nawet dresiarskiej.

Większość Polaków lubi przy weekendzie łupnąć kielicha albo dwa. Jednostki zachowawcze łoją browara z Tesco przed plazmą kupioną w Tesco w promo. Bo wiecie, gdzież to w knajpie płacić piątaka za piwo jak w hiperze kosztuje 89 groszy? Owszem, sam kiedyś lubiłem osuszyć kilka czteropaków w trakcie abusowania na czatach onetu ale to przecież nie o to chodzi. Co to za frajda nawalić się samotnie w domu? No niechby i z partnerką. Jak pić to tylko w gwarnym lokalu, otoczonym przez znajomych, nieznajomych i chmury dymu papierosowego. Jest to najfajniejsza forma spożywania alkoholu ale jako że jesteśmy otoczeni przez obcych, zdarzają się nieporozumienia. Od drobnych niesnasek, które można załagodzić kolejką piwa, do mordobić, po których knajpa nadaje się do wyburzenia. Poniżej opowiem wam jak tego uniknąć. Dla uproszczenia wywodu przyjmijmy następującą nomenklaturę:
A - twoja szeroko pojęta atrakcyjność towarzyska w skali 1-10. W skrajnych przypadkach może przyjmować wartości zerowe lub ujemne (kolesie niezjebliwi, kwasiarze, nudziarze). Wartość bardzo subiektywna, zalecany jest daleko posunięty krytycyzm w momencie określania wartości A. Czy to dla siebie, czy dla innych.
A(p) - atrakcyjność pozorna, uzależniona od ilości wypitego alkoholu i od pewnej wartości przyjętego litrażu nie zachodzi między nią a atrakcyjnością normalną żadna korelacja.
W - waga osoby wyrażona w dziesiątkach kilogramów a zatem 9 oznacza 90 kg. Zaokrąglamy do pełnych dziesiątek
N - stopień najebania w skali 0-10, przy czym 0 oznacza 'trzeźwy jak niemowlak' a 10 'nieprzytomni Kielce'.
K/M - kobieta/mężczyzna, liter tych używamy też w indeksach, czyli A(k) oznacza atrakcyjność kobiety a A(pm) atrakcyjność pozorną mężczyzny.
<= oraz >= - odpowiednio mniejsze lub równe i większe lub równe.

Jak wszyscy doskonale wiemy, w miarę absorbowania obalanego litrażu spadają: samokrytycyzm, poczucie obciachu, stopień przejmowania się tym, co powiedzą inni, koordynacja ruchowa i umiejętność artykułowania. Wzrastają: pozorna atrakcyjność towarzyska, poczucie humoru, zajebistość, stopień głośności artykułowanych słów, zakres zainteresowań (w skrajnych przypadkach mutujemy w człowieka Renesansu), potrzeba fraternizacji i tańca, niewidzialność i nieśmiertelność. Wszystko to nie byłoby problemem gdyby wszyscy na imprezie upijali się w zbliżonym tempie i stopniu (osobniczo właściwym) - w tym samym czasie wchodzilibyśmy w fazę opowiadania dowcipów, znajdowania wspólnych znajomych, zaprzysięgania dozgonnej przyjaźni, pokątnego picia wódki w duecie przy barze, przybijania piątki, wygłupów na parkiecie, obejmowania się czy rozmów o polityce, kościele i kobietach. Niestety, życie to nie jest sytuacja wymodelowana w laboratorium i jeden się upija później, drugi wcześniej. I to jest główny powód niesnasek - ludzie nie wiedzą kiedy przestać. Tak pić, jak i się zaprzyjaźniać. Gdyby wiedzieli, izby przyjęć o 2:00 w sobotę świeciłyby pustkami. A tak pękają w szwach. Poniżej, zupełnie za darmo, udostępniam wam wiedzę, która być może pozwoli wam na następnej imprezie unieść głowę cało.

I. Kobiety
1. Kobieta zaprzyjaźniająca się z mężczyzną
a)Jeżeli N(m)>6, to nieważne co zrobisz i jakie wartości przyjmuje twoje A, A(p), W czy N - możesz się z nim zaprzyjaźniać. Pierwszy wyjątek od zasady dotyczy twardych zawodników, których N oceniasz na podstawie zaobserwowanej przez ciebie ilości wchłoniętego przez nich alkoholu. To popularny błąd, N oceniamy nie na podstawie tego, ile ktoś wypił ale tego jak się zachowuje. Także pamiętaj, facet,który wypił pół litra wódki, cztery piwa i zaczyna zamawiać tequilę nie musi znajdować się w stanie śmierci klinicznej a jego N w dobry dzień może wynosić 4. I odwrotnie, są zawodnicy którzy po 3 piwach zaczynają zachowywać się nieznośnie i skandalicznie.
Drugi wyjątek to facet siedzący z kobietą. Trzymaj się od niego z daleka, nawet jeżeli kobieta wyszła do łazienki przypudrować nos. Oczywiście jeżeli twoje N>7 to i tak jest ci wszystko jedno.
Trzeci wyjątek to facet siedzący z kumplami. Wtedy musisz ustalić średnie N dla całej grupy. Ale nie może być to średnia arytmetyczna, bo obecność jednostek, które osiągnęły skrajne wartości N (w obie strony) zaburzy wynik. Wyliczenie średniego N robisz na czuja. Nie musisz tego robić jeżeli twoje A>7 lub N>7. W pierwszym przypadku możesz wszystko, w drugim raczej i tak jest ci wszystko jedno.
Wyjątek czwarty to facet siedzący w towarzystwie, w którym kogoś znasz. Wtedy niezależnie od wszystkiego przysiadasz się do znajomego, przedstawiasz się wszystkim i w dalszej części wieczoru możesz podbijać do innych chłopaków przy stoliku.

b)Jeżeli N(m)<6 to trzeba zachować wzmożoną czujność. Facet w tym stanie potrafi być jeszcze wybredny. Jeżeli zachodzi warunek twoje A(k)-A(m)>=0, podbijaj śmiało. Jeżeli twoje A(pk)-A(pm)>=0, podbijaj śmiało. Jeżeli zaś te różnice są na twoją niekorzyść (przyjmują wartości ujemne), to musisz uwzględnić swoje N. Jeżeli twoje N>6 podbijaj śmiało, bo rano pewnie i tak nic nie będziesz pamiętać. Jeżeli twoje N<6 to zastanów się jak bardzo jesteś zdesperowana by go poznać.

c)Jeżeli N(m)<3, to muszą być zachowane następujące warunki: A(k)-A(m)>2 lub A(pk)-A(pm)>1. Bo wiecie, my to jesteśmy tacy bardziej wybredni na trzeźwo i zazwyczaj szukamy kobiety idealnej.

A tak w ogóle to kobiety mają łatwiej bo jesteśmy w stanie wybaczyć im bardzo dużo.

2. Kobieta zaprzyjaźniająca się z kobietą
W swoim modelu nie uwzględniłem sytuacji kobieta-kobieta, bo jakkolwiek atrakcyjny z punktu widzenia mojej sypialni jest to scenariusz, nigdy nie ogarnąłem czym się panie kierują w swoich sympatiach i antypatiach w stosunku do innych kobiet.

II. Mężczyźni

1. Mężczyzna zaprzyjaźniający się z kobieta
a) Kobieta siedząca z mężczyzną. Możesz ich zaczepiać tylko, jeżeli twoje W>12 i różnica między twoim W a W faceta, z którym siedzi kobieta jest większa od 3. Ponadto twoja A>7, A(p)>5 i N<4. Jednakowoż jest to zachowanie bardzo niemiłe i w skrajnej sytuacji mały może ci przyjebać. Na przykład krzesłem. Zwłaszcza jeżeli jego N>5 i rośnie. Jest to sytuacja delikatna i zasadniczo nie powinieneś do niej doprowadzać. Sąd koleżeński może ci taką bucówę wybaczyć tylko pod warunkiem gdy twoje N>7.

b) Kobieta siedząca z koleżankami. Sugerowane wartości dla ciebie: A>5, A(p)>5, N<=6. Musisz też uwzględnić N dla towarzystwa pań ale w odróżnieniu od grupy facetów, nie szacujesz żadnych średnich. Oceniasz najniższe N w grupie i jeżeli owo N>=3 możesz ryzykować. Wyjątek: siedzi przy stole kobieta o N=0 ale nikt na nią nie zwraca uwagi. Wtedy ty też możesz nie zwracać na nią uwagi, chyba że jest to ta, z którą chcesz się zaprzyjaźniać. Wtedy odczekaj aż osiągnie N>3.

c) Kobieta siedząca samotnie. Jeżeli jej A>5 i N(m)<=N(k) to się zaprzyjaźniaj. Aczkolwiek musisz uważać, bo jeżeli wyjściowe N(k)>=4, to możesz się wpakować w kłopoty. Mianowicie po osiągnięciu N(k)>=7 kobieta może dojść do wniosku, że się jej narzucasz, molestujesz, zaczepiasz, chcesz zgwałcić, nie chcesz jej przelecieć, już jej nie kochasz, już ci się nie podoba, wszystkie powyższe. A na koniec rozbija twoją szklankę swoją butelką. Robi ci wtedy obciach na całą knajpę i musisz sobie zrobić trzy miesiace przerwy od Lemona[1].

d) Jeżeli twoje N>7, to niezależnie od A, A(p) czy W powinieneś iść do domu. Z bardzo prostego powodu - w takiej sytuacji twoje A oraz A(p) osiągają wartości maksymalne. I to jest dobre. Gorzej, że A(k) i A(pk) wszystkich pań dokoła ciebie nie dość, że osiąga maksa, to w niektórych przypadkach przekracza skalę. A potem budzisz się rano pod nieswoim sufitem i zastanawiasz się gdzie jesteś, o co walczysz, dokąd zmierzasz i jakim cudem wylądowałeś w łóżku z najbrzydszą kobietą na imprezie. Oczywiście wiem, że się mnie nie posłuchasz ale przynajmniej mam czyste sumienie, że ostrzegałem.

2. Mężczyzna zaprzyjaźniający się z mężczyzną
Podam warunki skrajne, uniemożliwiające zaprzyjaźnienie się dwóch facetów. To co pośrodku jest dozwolone, byleby nie było w danym kraju karalne i zgodę na podjęte czynności wyraziły obie strony.
a) Twoje A<3 - odejdź ode mnie, bo w ciągu najbliższych 2 minut zostaniesz przeze mnie obcięty towarzysko.
b) Twoje A(p)<5 - odejdź ode mnie, bo w ciągu najbliższych 2 minut zostaniesz przeze mnie obcięty towarzysko.
c) Twoje N jest przynajmniej o 3 punkty wyższe od mojego. Obniż swoje N albo daj mi czas na podwyższenie mojego. Chwilowo zaś odejdź ode mnie, bo w ciągu najbliższych 2 minut zostaniesz przeze mnie obcięty towarzysko. Albo zignorowany.

To tyle. Oczywiście patrząc na literki i cyferki, wszystko wydaje się bardzo proste. Otóż mylne jest to mniemanie. Analizując ten elegancki i prosty model należy bowiem pamiętać, że o ile takie wartości jak W czy N możemy określić bez większych problemów, to A i A(p) są wartościami bardzo indywidualnymi. W tym sensie, że dla mnie koleś może być świetnym typem do pogawędki czy kielicha a dla większości pań jest bucem do kwadratu. Dlatego pamiętajcie, żeby na imprezie nie podstawiać sobie bezkrytycznie wyestymowanych na szybko cyferek do moich wzorów by obliczyć swoje szanse przy stoliku numer 3, bo operujący wyłącznie językiem matematyki można srogo się przejechać.

Na koniec, w celu uniknięcia moralnej paniki wśród czytelniczek i czytelników chciałem powiedzieć, że powyższy tekst pisałem zupełnie na serio i jest on wynikiem moich wieloletnich obserwacji i doświadczeń[2]. To tyle. No i oczywiście do poczytania.

[1] Nie mówmy o tym. 
[2] To będzie ciekawe.

środa, 17 września 2008

Słowo wstępu - dane dotyczące czytelnictwa gazet i magazynów z powodu przyczyn podaję w przbyliżeniu. Z powodu tych samych przyczyn nie znajdziecie w notce szczegółowych danych dotyczących metodologii czy nazwy badań i na słowo musicie mi uwierzyć, że owe badania są standardem przyjętym na rynku a ja wiem jak się nimi posługiwać. Niby blog jest nonprofitowy i za notkę nikt mi nie zapłaci ale wolę nie ryzykować.

Jednym z pytań jakie zrodziło mi się w głowie podczas dyskusji pod poprzednim wpisem, było: dlaczego czytamy tak mało książek, skoro czytamy tak dużo prasy. Im głębiej brnąłem w analizę rynku gazet i magazynów, tym bardziej przestawałem to rozumieć. Bo masa makulatury, jaką przewalamy przez swoje ręce każdego roku jest porażająca a opowieści o kiepskim czytaniu książek są na pierwszy rzut oka bajką - kupujemy kontenery książek. Zanim przejdę do bardziej szczegółowych analiz, słowo wyjaśnienia.

Prasa ma swoje bardzo rozbudowane badania czytelnictwa[1]. Możemy dowiedzieć się ile osób czyta nasz tytuł, obejrzeć sobie strukturę czytelniczą pod kątem prostych zmiennych demograficznych (płeć, wiek, dochody, praca, miejsce zamieszkania i wiele innych), behawioralnych (style życia, opinie) czy nabywczych (kilkanaście tysięcy kategorii produktowych, łącznie z preferencjami dotyczącymi ulubionych marek). Co miesiąc badaniu poddaje się 4 tysiące osób, przyjęte okresy agregacji danych (6-12 miesięcy) dają nam solidną, badaną grupę: od 25 do 48 tysięcy osób. Tutaj nie mogę się powstrzymać przed cytatem od znajomego: There are those guys "I don’t believe in sampling. I want to measure whole population". Next time you have your blood tested, tell them the same. I don’t believe in sampling! Don’t take a drop! Take it all! To w ramach dykteryjki. I jeszcze disklajmer: osoby, które związane są zawodowo ze statystyką czy badaniami psychologiczno-socjologicznymi mogłyby poczuć ukłucie zawodowego przymusu i zechcieć wytknąć mi uproszczenia we wnioskowaniu. Po pierwsze i ostatnie: jestem łącznikiem między tajemnym światem badań a ich końcowym odbiorcą, który w dupie ma statystyczny bełkot i chce kilku interesujących liczb i prostego ich wyjaśnienia. Robię to od dłuższego czasu i nawet nieźle mi wychodzi. Dlatego będę upraszczał do granic absurdu. Jeżeli kogoś to zaboli, to polecam browar albo zimny prysznic.

W kwestii metodologii: darowałem sobie szczegółowe analizy czytelników, bo bardziej chciałem skupić się na skali zjawiska w ujęciu populacyjnym. Jedyne co obejrzałem sobie dokładniej, to zachowania związane z kupowaniem i czytaniem książek.
W kwestii nomenklatury: gazeta to dziennik, magazyn to tygodnik, dwutygodnik i miesięcznik. W kwestii metodologii: odpuściłem sobie analizy dzienników regionalnych, dwumiesięczników, dodatków do gazet i aperiodyków (pisma ukazujące się nieregularnie).
W kwestii epatowania dużymi liczbami: biorą się one z estymacji wyników przebadanej grupy na całą populację. To znaczy, że badamy sobie wspomnianą grupę 4 tysięcy osób i pytamy się jakie pisma czytali (w dużym uproszczeniu). 20% mówi, że czytało pismo A. Oczywiście możemy sobie na podstawie tych 4 tysięcy dokonać estymacji na całą populację ale mamy ten komfort, że w naszej dyspozycji pozostają badania z ostatnich 29 miesięcy[2]. Powiększamy grupę do 48 tysięcy badanych (12 miesięcy - taki standard), dzięki czemu zmniejsza nam się znacznie błąd, z jakim owe badania przekładają się na wszystkich Polaków. No dobra, nie bada się dzieci poniżej 15 roku życia, bo to nieetyczne dlatego za populację uznaje się osoby od 15 do 75 roku życia. Według aktualnych danych GUS takich osób w Polsce jest aktualnie nieco ponad 30 milionów.
W kwestii liczby badanych tytułów: badanie jest płatne i są w nim te pisma, których wydawcy zdecydowali się zgłosić je do badania. W naszych realiach oznacza to, że badane są wszystkie duże i jakaś część mniejszych pism. Dla założonych przeze mnie grup jest to w sumie około 140 tytułów. Najwięksi wydawcy na naszym rynku mają w badaniu pełną reprezentację.
W kwestii badanej grupy celowej: nie chciało mi się kombinować w podziale na płeć, wiek czy wykształcenie, bo notka by za bardzo spuchła i przeanalizowałem grupę najbardziej ogólną, czyli wszystkich.
W kwestii przybliżeń: przybliżam, i to mocno. To z grubsza wszystko o metodzie.

Dzienniki ogólnopolskie
Do dyspozycji badacza pozostaje kilka wskaźników. Część jest dostępna tylko dla niektórych periodyczności, najbiedniej wypadają miesięczniki. Na początek najprostszy, czyli czy czytał pan/pani pismo A?
Na dzień dobry zadałem sobie pytanie ilu spośród badanych czyta przynajmniej jeden dziennik ogólnopolski. Robi to 45% populacji, czyli 13,5 miliona osób. Ale tylko prostaczków może zmylić taka duża liczba, my jako osoby inteligente wiemy, że ilość przechodziła w jakość tylko u Lenina. Sprawdźmy więc ile osób deklaruje dokładne czytanie całego numeru. Gazetę od deski do deski czyta 11%. Większość artykułów szarpie 26% osób (nie chce mi się wszystkich procentów przeliczać na liczby, zainteresowani zrobią to samodzielnie, reszta to i tak olewa).
No dobra, a ile wydań czytają? Sześć, czyli wszystkie czyta 11% a pięć, czyli wszystkie dla tytułów nieukazujących się w weekendy 5%. Czyli znowu nie najgorzej.
Na koniec zaś informacja o tym, ile wydań w ciągu tygodnia średnio czytają czytelnicy dzienników - jest to 2,5 wydania, czyli połowa ukazujących się numerów. Ponownie - nie najgorzej.

Tygodniki
Tutaj musicie wiedzieć, że trzon tego segmentu stanowią magazyny z programami telewizyjnymi oraz plotkarskie i poradnikowe pisma dla pań. Jako ciekawostkę powiem wam, że najpopularniejszym magazynem w Polsce, dystansującym wszystko, co wychodzi drukiem (nawet Fakt) jest Tele Tydzień. Czyta go ponad 1/3 mieszkańców naszego kraju, co daje pewien obraz naszych ulubionych aktywności pozazawodowych. A teraz cyferki.
Przynajmniej jeden tygodnik czyta 80% rodaków. Prawie 25 milionów osób. 30% czyta dokładnie cały numer, prawie 50% większość artykułów. Podobnie jak w przypadku dzienników, czytelnicy tygodników czytają średnio 2,5 wydania ale spośród 4 ostatnich numerów. Jak widać, najwierniejsi z wiernych.

Dwutygodniki
Stosunkowo mały segment, bo niewiele mamy pism o takiej periodyczności. Ale i tak 35% ludzi sięga po przynajmniej jeden z tytułów (10 milionów). Całe wydanie czyta 10%, większość artykułów 15%. Brak informacji o średniej liczbie czytanych wydań.

Miesięczniki
Segment reprezentowany najliczniej. Co najmniej jeden z miesięczników czyta 65% populacji, czyli 20 milionów osób. Cały numer czyta 25% osób, większość artykułów 40%. Niestety, nie mamy nic o średniej liczbie czytanych wydań.

Wszystko razem
A jak to wygląda dla całego rynku prasy w Polsce. Ano, sięganie po przynajmniej jedno z wydawanych w kraju pism deklaruje 90% respondentów. 27 milionów osób, które składają literki. Czyż to nie piękny wynik?

No dobra, wiemy o czytelnikach a jak to się przekłada na sprzedaż. Podstawowe informacje są ogólnodostępne i leżą tutaj: https://www.teleskop.org.pl/dane_ogolnodostepne.php
Związek Kontroli Dystrybucji Prasy zbiera dane nieco większej liczby tytułów dlatego sprzedaże rozpatrzymy sobie tak nieco obok. Ale bardzo nieco, bo tytuły uwzględnione w badaniach czytelnictwa i tak generują jakieś 80% sprzedaży polskiego rynku ogółem. W 2007 wyglądało to tak:
Dzienniki - w sumie w kioskach i w prenumeracie poszło 787 milionów egzemplarzy. Średnio miesięcznie sprzedawało się 65,5 miliona sztuk.
Magazyny - 608 milionów w skali roku, średnio miesięcznie 50,6 miliona sztuk.
Magazyny branżowe - wąsko profilowane pisma kierowane na przykład do grup zawodowych. W skali roku sprzedało się 11,3 miliona egzemplarzy, co daje miesięcznie średnio 944 tysiące sztuk.
Łącznie Polacy w ubiegłym roku kupili 1,4 miliarda sztuk prasy, co miesiąc sprzedawało się 117 milionów egzemplarzy. Przeciętny obywatel kupił 37 egzemplarzy prasy na głowę - liczę dla całej ludności kraju, bo ZKDP bada sprzedaż i nie wnikamy, czy kupił to starszy pan, czy dwunastolatka. Sztuka jest sztuka.
Dodajmy do tego prasę bezpłatną.
Dzienniki - rodacy wzięli od pań i panów stojących z wózkami na każdym rogu ulicy 164,6 miliona egzemplarzy. Miesięcznie jest to 13,7 milionów sztuk rozdanej prasy bezpłatnej.
Magazyny - 127 milionów ale połowę tego wyniku robią dołączane do prasy programy telewizyjne (dosyć skomplikowany układ). Tak czy inaczej 10,6 miliona miesięcznie.
Magazyny branżowe - 4,2 miliona, średnio 350 tysięcy miesięcznie.
Brutalną i nieuprawnioną metodą prostego sumowania wyników otrzymujemy 1,7 miliarda gazet i magazynów, jakie trafiły w ręce Polaków. Średnio 45 sztuk na głowę czyli prawie 4 egzemplarze miesięcznie na człowieka. Nie zapominajmy, że są na rynku tytuły, których ZKDP nie bada więc liczba ta jest jeszcze odrobinę wyższa.

Patrząc na te wyniki, można by dojść do wniosku, że Polacy to rozczytany naród i nie powinno być kłopotów ze sprzedaniem dobrej książki. Dlaczego więc w kraju, w którym przez ręce obywateli przechodzą co miesiąc megatony papieru, sprzedaż książki na poziomie 30 tysięcy to sprzedaż bestselerowa a połowa młodzieży ma czytanie w dupie?

Pierwszy, narzucający się aspekt, to pieniądze. Porzucę warszawocentryzm i założę, że miesięczny dochód badanego w wysokości powyżej 1800 złotych netto umożliwia zrobienie czegoś więcej niż opłacenie rachunków i zakup zapasu pasztetu i mortadeli. Wśród osób, które zgodziły się odpowiedzieć na pytanie o dochody (nieco ponad połowa), ponad 20% zarabia powyżej 1800 złotych.
No dobra, ale może ta osoba ma na utrzymaniu żonę i dwójkę dzieci? Pomocne będzie zbadanie dochodów gospodarstwa - tutaj założyłem, że kwota powyżej 2500 złotych będzie zadowalająca. I znowu, odpowiedzi udzieliło nieco ponad 50% pytanych a spośród nich założony dochód wykazuje prawie 40%.
A jeżeli te rodziny liczą cztery i więcej osób? OK, zobaczmy w takim razie jak wygląda dochód na osobę w rodzinie - 1000 złotych na twarz brzmi nieźle? Na pytanie odpowiedziało ponad 55% badanych, spośród nich 30% osiąga założony dochód. Czyli nie jesteśmy tacy biedni jak się to mogłoby wydawać. Co widać gdy policzymy sobie z grubsza ile wydajemy rocznie na prasę. Przy założeniu, że średnia cena dziennika to 1,5 zł, magazynu 2 zł a prasy branżowej 2,5 zł, w ubiegłym roku wydaliśmy na prasę 2,4 miliarda złotych, chociaż średnie ceny pociągnąłem raczej w dół niż w górę. Można za to kupić w księgarni 80,8 miliona książek (przy uśrednionej cenie 30 zł). A jak wygląda stan faktyczny?

Tutaj formalnych badań brak ale jak zaczniemy rozmawiać o tym, co się komu wydaje, to wartość merytoryczna wywodu dramatycznie się pogorszy. Dlatego postanowiłem przeryć się przez dostępne w necie fragmenty publikacji "Rynek książki w Polsce. Edycja 2006", która obejmuje wyniki sprzedaży książek w 2005 roku. Pewnie, że wolałbym cykliczne badanie rynku książkowego ale nikomu nie jest zdaje się ono potrzebne więc skorzystam z tego, co mam, ze świadomością pewnej ułomności metody. W opracowaniu znalazłem dane dotyczące 82 wydawców książek. Nie wszyscy opublikowali wszystkie interesujące mnie dane, brakuje też dwóch dużych zawodników (WSiP oraz Bertelsman) ale nie wybrzydzajmy. W nawiasach na końcu liczba wydawców, którzy opublikowali dane składające się na wynik. Kto chce, może poklikać tutaj: http://www.rynek-ksiazki.pl/archiwum/-u--rynek-ksiazki-w-polsce-2006---u/

Ilość opublikowanych w 2005 roku tytułów - 11 349 (79)
W tym nowości - 6 361 - 56% (80)
Nakład w 2005 - 49 994 900 (62)
Sprzedaż w 2005 - 57 622 500 - sprzedaż obejmuje oczywiście egzemplarze wydrukowane przed rokiem 2005 i dlatego jest wyższa od wydrukowanego nakładu (70)
Średnia cena u wydawcy - 30 złotych (43)

Pozostaje jeszcze do wyjaśnienia sprawa podręczników, książek naukowych i akademickich, przewodników, atlasów, słowników, kolekcji wpinanych do segregatora i całej reszty niebeletrystycznej. 23 wydawców para się tego typu działalnością i na podstawie ich deklaracji dotyczacych procentowego udziału niebeletrystyki w całości sprzedaży otrzymałem wynik 15 707 450 egz. Czyli zostało 41 915 050 egzemplarzy innych książek, jakie rozeszły się w 2005. Mam świadomość, że nie wszyscy wydawcy podali podział swojej oferty i część rzeczy policzyłem nie tu gdzie trzeba. Wiem też, że lista nie obejmuje wszystkich wydawców ale z tym mogę żyć, bo najwięksi są policzeni. Wychodzi więc, że w 2005 faktycznie kupiliśmy 40 milionów szeroko pojętej beletrystyki. To skoro nie jest tak źle, jakby się na pierwszy rzut oka wydawać mogło, dlaczego zewsząd słyszymy, że nie jest wcale tak różowo. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie wynik 40 milionów książek jest przyzwoity i na dodatek zgadza się z estymacjami pochodzącymi z programu badającego zachowania konsumenckie[3]. Przyznajcie się, spodziewaliście się takiego wyniku? Ja nie bardzo.

Dlaczego więc zewsząd słychać, że Polacy coraz mniej czytają? Cóż, pewnie chodzi o to, że książki kupuje 1/3 Polaków a dodatkowo część z zakupionych egzemplarzy pełni funkcje czysto dekoracyjne. Pouczające będzie też proste obliczenie: łączna sprzedaż to 57 622 500 egz., podzielmy to na 11 349 tytułów, które ukazały się w 2005. Ile wychodzi na książkę? Ano 5 077 egzemplarzy. Wiecie już dlaczego 30 000 sztuk to bestseler?

Notka powstawała absurdalnie długo z prozaicznego powodu - musiałem ją maksymalnie uprościć drogą kolejnych cięć. Ponadto ostatnie półtora tygodnia to w pracy okres podsumowań kwartałów i wszelkich tabel, zestawień i podsumowań mam aż nadto. Sami rozumiecie, że gdy siadałem do kompa po godzinach, to bardziej miałem ochotę na nowy odcinek Weeds albo Burn Notice niż na kolejne liczby. No ale obiecałem. Mam nadzieję, że efekt mojej pracy okaże się przydatny przynajmniej dla 5 osób.

Przy okazji krótka informacja: Going Postal Pratchetta trafiło niedawno do Empików, jest świetne i stanowi bodajże najlepszy przykład pokazujący w jaki sposób PTerry'emu ewoluował Świat Dysku. Z kolei Ssij mała, ssij Christophera Moore'a to całkiem zręczna i wcale udana kontynuacja Krwiopijców, Abby Normal to jedna z najfajniejszych postaci jakie Moore stworzył a jej wpisy z pamiętnika rozkładały mnie za każdym razem na plecy. Obie pozycje gorąco polecam.

[1] Rynek reklamowy wart rocznie kilkaset milionów złotych wymusza pewne zachowania po stronie zleceniobiorców. Ot, choćby lepsze poznanie własnego czytelnika, co pozwala skuteczniej sprzedać go klientowi.
[2] Badanie trwa nieprzerwanie od bodajże 1998 roku ale na początku 2006 nastąpiła tak poważna zmiana w metodologii i sposobie doboru próby, że przestano łączyć czy porównywać ze sobą wyniki sprzed marca 2006 z późniejszymi. Dlatego do dyspozycji pozostaje 29 fal badania.
[3] Co oznacza, że moje liczenie na piechotę nie było tak całkiem pozbawione sensu, jakby się na pierwszy rzut oka wydawać mogło.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Ponieważ zadajecie mi mailowo mnóstwo pytań, postanowiłem zebrać je wszystkie w jednym miejscu, opowiedzieć wam więcej o sobie i przybliżyć wam swoją osobę. Kolejność pytań przypadkowa.

P: Ile masz latek?
O: Trzydzieści...

Nie, no naprawdę myśleliście, że aż tak nisko upadłem, żeby robić na swój temat FAQ? Bez jaj, ludzie. Dorośli jesteście, macie mózgi, trochę się znamy. Pokuta jest taka, że każdy kto do mnie zagląda dłużej niż kwartał i uwierzył w FAQ, ma za zadanie przeczytać 3 razy Jimajicę Clive'a Barkera[1]. Raz po razie.

Chodziło mi o to, że jedyne sensowne pytania jakie od dłuższego czasu mi zadajecie brzmią: 'ej, to ty jesteś ten od streszczeń Wiedźmina na radkowiecki.republika.pl' oraz 'sam mówiłeś, że nie będziesz nigdy prowadził bloga a prowadzisz'. Są to jednocześnie jedyne pytania na mój temat na jakie mam ochotę odpowiedzieć. Więc odpowiem tym, którzy są ciekawi tej nudnej historii: najpierw pisałem aktywnie na grupę dyskusyjną pręgierz (jakoś tak od początku 1999 do października 2002). W zasadzie to nie wiem czy jeszcze byłem aktywnym grupowiczem, czy już spamerem. Z okresu tego wyniosłem znajomość netykiety, umiejętność niegadania z trollami i lekko wyszlifowałem swój chropawy styl pisania.

Od października 2002, wraz z 4 albo 5 odcinkiem Wiedźmina, przeniosłem się do siebie, na radkowiecki.republika.pl. Był to efekt wkurwienia się na to, że na totalnie offtopowej grupie, jednemu z jej największych spamerów zaczęły przeszkadzać moje streszczenia. Które, celem ich łatwiejszego filtrowania, nawet specjalnie oznaczałem w temacie stringiem w$. Wkurw był potężny, html prosty, republika darmowa a pisać się chciało - właściwie, to dziwnym by było gdyby ta strona się nie narodziła. Nawet gdyby nie Wiedźmin, to wzrastające zbydlęcenie ściągających zewsząd na pręgierz trolli, skutecznie mnie od grupy odstręczało a Wiedźmin stał się wygodnym pretekstem. Ale to taki wtręt bez związku, wróćmy do właściwej linii czasowej.

Na republice szarpałem do marca 2007, bo właśnie wtedy przyjaciółka zaproponowała mi przenosiny do siebie. Strona zawędrowała pod nowy adres radkowiecki.is.evil.pl. W kwietniu 2007 wrzuciłem ostatnią notkę, stwierdziłem że nie chce mi się i poszedłem na browara. W maju, po skończonym browarze stwierdziłem, że zarezerwuję sobie adres radkowiecki.blox.pl, bo nie chciałem żeby jakieś dysfunkcyjne dziecko neostrady mi go zasrało. Pierwotnie miałem tam wrzucać coś krótkiego raz na miesiąc (żeby mi nie zamknęli bloga), czekać aż mi się znowu zechce cokolwiek pisać i wrócić na evila. A potem stwierdziłem, kurwa, u siebie na stronie zrobiłem kącik kulturalny, to sobie chociaż na blogu pobluzgam. I nawet całkiem długo bluzgałem ale mi się znudziło. Poza tym sporo osób miało dysonans, no bo jak to tak - typ pisze o zen i pogodzeniu się ze światem, a jebie wszystko równo przy ziemi. Ostatecznym gwoździem do trumny, w której pochowałem notki pełne gniewu i jobów był fakt, że młodzież mnie czyta... Nie, no jaja sobie robię. Stwierdziłem, że skoro już sprawdziłem czy poradzę sobie w takiej konwencji (poradzę), to czas wrócić do pisania w swoim stylu. Poza tym wkurwiały mnie pacany, które przyłaziły tutaj po frazie 'brat mnie ruchał', czytały trzy zdania i zaczynały pieprzyć o tym, że piszę jak Kominek. Do Kominka zaglądam ale pomysł, że miałbym epigonić akurat jego jest tak z dupy, że boli i mógł zrodzić się tylko w głowach osób ze wstrętem do drukowanego, którym wydaje się, że ktokolwiek w polskiej blogosferze pisze na tyle dobrze, że chciałbym od niego ściągać. Sorry ale jak już musiałbym albo zechciałbym się kimś podpierać, to wybrałbym jednego z tytanów, na barkach których stoję i próbuję sięgać ciut wyższych poziomów. No i znowu mi się przydługa dygresja zrobiła.

Bloga nie traktuję jako blogaska-cmokaska tylko jako miejsce gdzie kontynuuję to, co robiłem przez prawie 5 lat na stronie. Dlaczego przesiadka na bloga i porzucenie strony? Wygoda i możliwość pisania również na inne tematy niż na stronie bez siania zamętu gdyż system kategorii pozwala odsiać bluzg od kącika kulturalnego wszystkim, dla których skończyłem się na Kill'em all. Możliwości powrotu na stronę nie widzę, jeżeli się rozmyślę, to dowiecie się o tym jako pierwsi.

P: A dlaczego niektórzy mówią na ciebie Teklak?
O: To mówisz, że bardzo lubisz seks oralny?

[1] Grzmot tak nudny, że podczas lektury umierałem wiele razy a potem stwierdziłem, że szkoda mojego zdrowia i Jimajica pozostaje jedyną książką Barkera, której nie doczytałem do końca.

wtorek, 20 maja 2008

Rozpisywać się nie będę - czytelnicy wierni być może pamiętają moje bajędy o ubiegłorocznym rejsie po Bałtyku, czytelnicy wierni trochę mniej mogą sobie kliknąć w linka i poczytać dlaczego mi się podobało.
Kliken zi bitte:
http://radkowiecki.blox.pl/2007/07/Wezcie-wy-sie-ode-mnie-odpierdolcie.html

Trwa właśnie końcowy etap werbowania ekipy na tegoroczną edycję imprezy. Szczegóły tutaj: http://strony.aster.pl/espadon/seacon/index.html
Gdyby z jakichkolwiek powodów były problemy z kontaktem z koordynatorką rejsu, to można śmiało uderzać do mnie na znany i lubiany adres radkowiecki at gazeta kropka pl.

Ze swojej strony dodam, oczywiście autolansersko i nieskromnie, że dodatkową atrakcją będzie możliwość tygodniowego oglądania mnie na żywo, dzięki czemu każdy przekona się, że pozory mylą. Pomyślcie co odpowiecie gdy za 40 lat wnuczek/wnuczka siądzie wam na kolanach i zapyta się: dziadku/babciu, jak było na SeaConie i czy naprawdę poznałeś osobiście Teklaka? a wy odpowiecie 'nie pojechałem/pojechałam, bo 1300 złotych to mnóstwo pieniędzy, Bałtyk jest daleko, choroba morska jest naprawdę straszna a z Teklaka jest kawał chamskiego bydlaka i obleśnego grubasa'. Trzeba kolekcjonować mocne wrażenia. A jeżeli i to was nie przekonało, to pomyślcie przez chwilę: Zawisza Czarny, how cool is that?

czwartek, 21 lutego 2008

Skoro już wiemy, że fajki są smaczne i nie ma sensownych powodów, dla których należałoby rzucić palenie, zdradzę wam patent na bezbolesne rzucenie palenia. Ale zanim zdradzę cudowną metodę, wymienię te, które wypróbowałem wcześniej i które w moim przypadku nie zadziałały. Voila.

1. Postanowienie noworoczne - każdy jakieś robi, część dotyczy rzucenia palenia. Ja próbowałem chyba ze 3 razy, najdłuższy okres niepalenia jakoś tak z miesiąc. Niecały. Metoda kompletnie z dupy, skuteczność zerowa.
2. Przepalenie się na imprezie aż do ostrego zatrucia nikotyną - czasami zdesperowany palacz przepala się intencjonalnie, licząc na to, że tak sobie obrzydzi nikotynę, że rzuci. Typowe myślenie życzeniowe - przecież dym papierosowy obiektywnie, sam w sobie jest obrzydliwy i dodatkowe zohydzanie ma tyle sensu, co dolewanie wiadra gówna do dołu kloacznego. Poza tym ludzki organizm ma cudowną wręcz zdolność adaptacji i niesamowitą zdolność radzenia sobie ze skutkami nadużyć. Tak fizycznymi, jak i psychicznymi. W przeciwnym wypadku nikt po pierwszym kacu-gigancie nie sięgnąłby po alkohol a po konkretnym obżarstwie wigilijnym ludzie chudliby w mgnieniu oka do przepisowej wagi. Metoda z dupy, gdyż lewar jaki sobie przykładamy do nałogu (przedawkowanie) zamienia się z wolframu w galaretkę owocową w ciągu 2-3 tygodni. Po tym przeciętnie czasie zapominamy jak czuliśmy się wymiotując kawałkami żołądka i jak chcieliśmy umrzeć z powodu bólu rozsadzającego czaszkę. I cały misterny plan w pizdu. Czas bez papierosa - maksymalnie miesiąc.
3. Względy zdrowotne - nie rozśmieszajcie mnie. Gdy tylko choroba mija, wracamy do nałogu. Gdy choroba nie mija, palimy przez dziurkę w gardle, która jest pozostałością po zabiegu usunięcia krtani. Palacz nie myśli o zdrowiu bo gdyby myślał nie wypaliłby w życiu ani jednego papierosa. Metoda z dupy, okres bez papierosa - okres choroby plus dwa tygodnie 'z rozpędu'. Jeżeli choroba nie jest bardzo ciężka, to zaczynamy palić jeszcze w czasie naszej niedyspozycji.
4. Metoda na silną wolę - kim jestem, że niewoli mnie ta mała bibułkowa tubka? Wiele osób osiąga tą metodą świetne rezultaty. Ma jedną wadę, bardzo często po pół roku dochodzi się do wniosku, że zwalczyliśmy nałóg, w pełni go kontrolujemy i jeden papieros 'w nagrodę' nam nie zaszkodzi. Zazwyczaj szkodzi okrutnie, kilkukrotnie po kwartale niepalenia wypalałem jednego przepysznego papierosa a tydzień później kupowałem paczkę. Cały czas tłumacząc sobie, że przecież mam nałóg pod kontrolą i w każdej chwili mogę przestać.
5. Metoda przekorna, czyli nie bo nie - w przypadku mojej rodziny, metoda najskuteczniejsza. Mam niejasne wrażenie, że w ten sposób mój Ojciec rzucił palenie jakieś 30 lat temu. Pewnej niedzieli, po rodzinnym obiedzie, wstał i oznajmił 'nie palę'. Od tamtej pory nie miał w ustach papierosa. W moim przypadku metoda działała przez prawie półtora roku, któregoś dnia stwierdziłem, że do kieliszka wódki papieros pasuje, zapaliłem i cały wysiłek psu w dupę. Skuteczność bardzo wysoka, bo palenie rzucamy jakby od niechcenia, dzięki czemu mózg funduje nam miodowy miesiąc. To znaczy przez pierwsze kilka tygodni psychologiczne objawy odstawienia są bardzo łagodne a wręcz ich nie ma. Fizjologicznie jesteśmy oczywiście mokrą, skatowaną szmatą i tego bez specjalnych zabiegów zmienić się nie da. Problem polega na tym, że musi nastąpić ten moment, w którym sami z siebie, totalnie spontanicznie powiemy: dość. Niektórzy czekają na niego już czwartą olimpiadę.
5. Szeroko rozumiana metoda farmakologiczna - zyban, tabex, nicorette, niquitin, akupunktura, akupresura, hipnoza, rezonans, masaż, kąpiele i bicze wodne. Wszyscy, którzy kiedyś rzucali wiedzą o co chodzi. Duszę diabłu oddalibyśmy za cudowny środek, dzięki któremu brak nikotyny (a właściwie dymka) nie odbierałby nam energii, chęci do życia, nie wpędzał w huśtawkę nastrojów, nie powodował senności i wilczych ataków głodu. Ja poprzednim razem wypróbowałem nicorette - zasadniczo mają jedną zaletę: po minucie żucia tej gumy miałem taką ochotę zwymiotować, że o papierosie zapominałem na kwadrans. Problem jednak polegał na tym, że nicorette odzwyczajała mnie od palenia metodą dębowej pały - nie pal, bo nikotynę dostaniesz metodą doustną a nie wziewną. Efekt był taki, że oczyściły mi się płuca i oskrzela, wydłużył oddech, nie przytyłem ale było jedno ale. Brak nicorette pod ręką nie różnił się niczym od braku pod tą ręką papierosa. Jedno uzależnienie zastąpiłem drugim. To znaczy zastąpiłbym gdybym nie wrócił do nałogu. W moim przypadku skuteczność mizerna a zastępowanie jednej formy przyjmowania nikotyny inną jest kompletnie bezsensowne. Zwłaszcza, że 105 gum kosztuje prawie 100 zł. Innych specyfików i metod nie wypróbowałem, bo przeraziły mnie doniesienia o selektywnych inhibitorach wychwytu zwrotnego, igieł innych niż iniekcyjne wbić sobie nie pozwolę, sugestia posthipnotyczna zbyt mnie przeraża a maszyna do rezonansu zbyt rozśmieszyła.
6. Metoda 'na miłość' - bardzo mi na tobie zależy, nie mogę patrzeć jak się sam na raty zabijasz, musisz wybrać - albo ja, albo papierosy. Jeżeli palacz nie jest pewien, czy kocha drugą osobę, wybiera papierosa. Jeżeli uczucie jest silne, palacz zaczyna walkę z nałogiem. Tutaj moja uwaga dla wszystkich szczerze i głęboko kochających, którzy stawiają takie ultimatum, 'bo to przecież dla twojego dobra'. Takim postępowaniem zmuszacie palącego do robienia czegoś, czego robić nie chce (rzucanie palenia). Z każdą potworną minutą bez papierosa, narasta w nim przekonanie, że to wszystko wasza wina. I że to przez was brakuje mu tego, co bardzo lubi. Finał jest taki, że wszystkie skutki uboczne rzucania palenia synonimuje z waszą, egoistyczną, pozbawioną sensu, wredną, złośliwą postawą w stosunku do niego. Że co? Że nie ma to sensu? No, dla niepalących nie ma ale zapamiętajcie jedno - palacz w kontekście swego nałogu nie myśli logicznie, palacz na głodzie nie myśli w ogóle i jedyne co do niego dociera, to brak papierosa i narastające wkurwienie. Z waszej winy. Metoda totalnie nieskuteczna, bo zazwyczaj niepalenie kończy się w momencie gdy was nie ma na horyzoncie. I sam nie wiem co gorsze - palenie czy symulowanie niepalenia połączone z popalaniem, wpędzaniem się w poczucie winy i stres wynikający z kłamstwa.

Inne metody są pochodnymi albo kompilacją tych, które wymieniłem powyżej. W moim przypadku żadna nie była skuteczna i w każdym przypadku wracałem do palenia. Z coraz większym poczuciem bezsensu walki, bezsilności, bezradności i zwątpienia w to, że kiedykolwiek dam radę. Przedostatnia próba skleiła się z ostatnią, zwornikiem była impreza, na której po tygodniu niepalenia spaliłem ponad dwie paczki fajek. Sobotnie przebudzenie było potworne, ubrania przedymione na wylot, w płucach coś grało, w głowie nic nie grało i w szerszym kontekście też nic nie grało, bo nie pamiętam żebym miał wpadkę już w niecały tydzień po podjęciu próby rzucenia. Potrzebowałem czegoś ze zupełnie innej beczki. I niczym gwiazdkę z nieba dostałem.

W desperacji postanowiłem chwycić się ostatniej deski ratunku i udać się po pomoc do jedynej kochanki, która mnie nigdy nie zdradziła - do książki. Wbrew sobie (desperacja uzasadnia wszelkie przedsięwzięte środki) kupiłem pozycję z gatunku 'Jak zyskać szczęście w sześciu prostych krokach'. Z gatunku, z którego często się nabijam, bo rzadko kiedy piszący takie poradniki sprzedają mi sensowne rady (gdzieś tak w 1 przypadku na 100, może rzadziej). Zazwyczaj jest to kupa nawozu, z chwytnym tytułem, na który nabiorą się zdesperowani jelenie. Czyli ludzie tacy, jak ja w opisywanym momencie - zapłacę za to, żeby ktoś mi doradził. I zapłaciłem, kompletnie bez wiary w to, że owa książka mi pomoże. Szukałem jakiejś protezy, dzięki której mógłbym uspokoić sumienie i po lekturze powiedzieć sobie 'kurde, skoro i to na mnie nie działa, to jestem nałogowcem, dla którego nie ma ratunku i będę palił do końca życia'. Zwróćcie uwagę, że ani słowem nie zająknąłem się o wypróbowywaniu metod z rzeczonej książki - ja po prostu szukałem cudu, który powie mi: nie musisz się napinać, nie będzie boleć, nie będziesz musiał niczego robić, palenie samo zniknie z twojego życia - to powinno dać wam jakiś obraz stanu ducha, w jakim się znalazłem. Bo na zewnątrz byłem twardy ziom - 'luzik, nie teraz to innym razem', 'nie robię z tego tragedii, kiedyś się uda' i inne bulszitowe slogany, które powtarzałem setki razy. Problem był taki, że nie czułem luziku i robiłem z tego tragedię. W desperacji kupiłem okrzyczaną rewelacją książkę Allena Carra 'Prosta metoda jak skutecznie rzucić palenie' i stał się cud. Nie musiałem się napinać, niczego nie musiałem robić, nie boli, palenie znikło z mojego życia. Po kolei ale zacznę od końca.

Wszystkie wypróbowane poprzednio metody wprowadzały szereg obwarowań, zastrzeżeń, wskazywały na ewentualne rafy i mielizny, na których nasza jednostka 'Nie Palę' mogła zatonąć. Carr niczego takiego nie postuluje, chcesz pić kawę - pij. Masz ochotę pójść na wódkę - idź. Skręca cię z chęci zjedzenia czegoś ostrego - weź dwie porcje[1]. Bo on ma zupełnie inny pomysł na to jak rzucić. Pomysł, który można streścić kilkoma sloganami, które w moim przypadku zadziałały w 100%. Bo on się po prostu odwołał do tej mojej racjonalnej, analitycznej, ścisłej części umysłu i powiedział mi coś, co od dawna wiem ale w taki sposób, że tym razem zadziałało. Poniżej krótkie streszczenie najważniejszych tez.

1. Rzucenie palenia jest łatwe - robimy to codziennie 20 razy, gasząc kolejnego papierosa. Problemem jest jednak to, jak powstrzymać się przed zapaleniem kolejnego fajka.
2. Stan ulgi jaki osiągamy odpalając kolejnego fajka jest stanem, w jakim permanentnie znajdują się osoby niepalące.
3. Palenie nie jest tak bardzo uzależniające, jak wszystkim dokoła się wydaje a rzucenie palenia to najłatwiejsza rzecz pod słońcem.
4. Wszystkie symptomy odstawienia, które znają osoby próbujące rzucić palenie, wynikają z czegoś zupełnie innego, niż nam się wydaje.
5. Wynikają ze strachu przed tym, że rezygnując z papierosów rzeczywiście z czegoś rezygnujemy. Otóż nie - rezygnacja z papierosów to powrót do stanu normalności. Mówiąc górnolotnie - powrót do raju, z którego sami się wypędziliśmy zapalając pierwszego w swoim życiu papierosa.
6. Daliśmy sobie wyprać mózgi, co przejawia się choćby w nomenklaturze - rzucanie palenia. Rzucanie sugeruje rezygnację z czegoś. Niepalenie to nie jest rezygnacja z papierosów (każdy niepalący wam to powie) - to stan normalny dla organizmu.
7. Palenie tak naprawdę nie sprawia przyjemności - kolejny papieros służy nie naszej frajdzie a usunięciu symptomów głodu nikotynowego, które pojawiają się prawie natychmiast po zgaszeniu poprzedniego fajka. Palenie to pieprzone perpetum-mobile, samonapędzająca się maszyna. No dobra, potrzebne są jeszcze do tego nasze pieniądze.
8. Rzuciwszy palenie niczego nie tracicie i niech to stanie się waszą mantrą, tak jak stało się moją - niczego nie straciłem. Wiem, że ciężko w to uwierzyć ale to prawda. Najbardziej zaś podejrzane w tym wszystkim jest to, że mnóstwo rzeczy zyskujemy. Ot, choćby oddech umożliwiający wejście na pierwsze piętro bez zadyszki i chęć do podjęcia jakiejkolwiek aktywności fizycznej[2]
9. Najważniejszą rzeczą jaką zyskałem jest wolność. Już nigdy nie będę musiał sępić fajka na ulicy, nie będę rozgrzebywał popielniczki na imprezie, nie będę palił herbaty i zastanawiał się, czy przypadkiem nie kupiłem na ten wyjazd za mało papierosów. Fajne uczucie tak nagle stać się trochę bardziej wolnym.
10. Tak naprawdę, to nie ma żadnych korzyści z palenia. Nawet jeżeli wydaje się nam inaczej. Aczkolwiek z chęcią wysłucham waszych propozycji - być może istnieje coś, co dadzą mi tylko papierosy i czego nie będę mógł osiągnąć bez ich pomocy. Żarty związane z rakiem i innymi chorobami sobie darujemy, bo jesteśmy dorośli.
11. Praktycznie każdy palacz chciałby wsiąść w wehikuł czasu, spotkać samego siebie przymierzającego się do zapalenia pierwszego papierosa, wyrwać mu go, zmusić do zjedzenia go i popicia wodą z kałuży. A na koniec profilaktycznie skopać mu porządnie dupę. Pięknie byłoby nigdy nie zaczynać palić. Gdy rzucisz palenie będzie tak, jakbyś nigdy nie zaczął palić[3].
12. Twoja decyzja o rzuceniu była jedną z najlepszych decyzji w twoim życiu. I pamiętajcie - palenie rzuciliście a nie rzucacie, a tak w ogóle, to niczego nie rzuciliście tylko jesteście niepalący. Może wam się wydawać inaczej ale słowa mają Moc. Mają w sobie mnóstwo mocy i są w stanie z łatwością zmieniać i kształtować rzeczywistość. Każdemu kto mówi, że to bzdura polecam eksperyment: stań przed swoim przyjacielem, kolegą, bratem albo matką i powiedz głośno i wyraźnie: Ja, Radek Teklak życzę ci śmierci[4] - powinno przyjść to ci bez trudu a wynikami eksperymentu podziel się ze mną.

Miało być w skrócie, wyszło jak zwykle. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie mam zamiaru zakładać kościoła pod wezwaniem Allena Carra, nie mam zamiaru przekonywać nikogo na siłę, że ta metoda jest najlepsza na świecie i nie mam zamiaru zmuszać nikogo do jej stosowania. Zawsze brzydziłem się gorliwymi neofitami. Nie mam zamiaru nikomu tłumaczyć, że palenie go zabija i najlepiej jakby rzucił - albo sam to wie i kiedyś rzuci, albo przynajmniej spróbuje, albo ma fakt zagrożenia i takie rady w dupie. Sugeruję tylko, że jeżeli ktoś, jak ja, wypróbował wszystkie znane metody rzucenia palenia i żadna nie zadziałała, może zaryzykować wydanie 30 dyszek. Lektura rzeczonej książki może całkowicie zmienić sposób postrzegania nałogu i znakomicie ułatwić wyjście z niego. W moim przypadku bezbolesne.

Na koniec słowo o tym, jak ja to widzę ze swojej perspektywy. Carr swoją pisaniną zmienił moje widzenie problemu z paleniem. Wskazał w których miejscach się myliłem i zrobił to tak, jakby siedział w mojej głowie. W sumie to siedział, bo wypalał do 100 fajek dziennie więc miał jeszcze bardziej przejebane ode mnie. Zabrzmi to trochę jak new-ageowe fu-szmu ale ja po przeczytaniu tej książki nie miałem ochoty na papierosa ani razu. O samym paleniu pomyślałem dwa razy - co będę robił w czasie rejsu mazurskiego i co będę robił w czasie rejsu bałtyckiego? Odpowiedź przyszła natychmiast - dokładnie to samo, co robiłeś za każdym poprzednim razem (dobrze się bawił). Na chuj ci do tego papierosy? O podejrzanej skuteczności[5] tej metody przekonuję się za każdym razem gdy piję kawę, idę na wódkę, siedzę w pomieszczeniu z palącymi czy zjadam obfity posiłek. Ani razu nie miałem ochoty zapalić. Ani razu nie czułem się z powodu braku papierosa w ręku źle. Ba, teraz sam rytuał palenia mnie śmieszy. Niczego nie straciłem, mogę bez problemu spędzić noc w Cafe Fajka i nie rzucić się na sziszę, dym nie przeszkadza mi, dopóki nie puszczacie mi go prosto w twarz. A na dodatek gdy przestałem truć organizm, ten odwdzięczył mi się w najlepszy sposób w jaki mógł. Znowu mam ochotę na aktywność fizyczną inną niż tylko wejście po schodach, zmywanie podłogi i seks. Miłej lektury.

[1] Każdy kto rzucał palenie zna tę listę na wyrywki, tutaj podałem kilka przykładów rzeczy, których nie powinno się robić 'w tym trudnym okresie'.
[2] Przeraziłem się, bo takie rzeczy nie powinny mi się zdarzać. Jestem starszym panem z nadwagą. Nie powinienem mieć nieprzepartej ochoty, by w drodze do domu, pokonać biegiem ostatnie 100 metrów. Nie powinienem, bo nieprzymuszoną chęć by biegać, ostatnio miałem 13 lat temu. Anegdotka taka to była.
[3] Duży skrót myślowy ale jesteście inteligentni więc mogę sobie na niego pozwolić.
[4] Rzecz jasna każdy może powtórzyć 'Ja, Radek Teklak...'. Sztuczka polega na tym, żeby po 'ja' wstawić swoje imię i nazwisko. Jesteście inteligentni i na pewno się tego domyśliliście.
[5] Podejrzana, bo nie sądziłem, że samymi słowami i garścią rad Wujka Dobra Rada, można tak diametralnie zmienić moje spojrzenie na kwestię nałogu. Chyba nadaję się do sekty.

czwartek, 14 lutego 2008

Jeżeli któryś z moich stałych czytelników pomyślał, że wpiszę się w nurt i pojadę po rzeczonym święcie, to się grubo pomylił. Dzień święconego Walentego traktuję z przymrużeniem oka gdyż wychodzę z założenia, że normalny facet nie potrzebuje pretekstu do wyjścia ze swoją kobietą na miasto, celem spożycia romantycznego schabowego i dania kwiatka. Kwiatka można dać bez powodu (chociaż jak zwyczajowo dajesz kwiatka raz na pół roku, to kobiecie otrzymującej kwiatka bez powodu włącza się podejrzliwość) a romantycznego schabowego na mieście można ćwiczyć zawsze wtedy gdy nie chce się wam po pracy gotować. Ja dzisiaj organizacyjnie pociągnę kilka wątków, bo zaczynacie mi się ciskać w komentarzach.

Po pierwsze, możecie mi pogratulować. Bratu urodziło się drugie dziecko, ja jestem po raz drugi wujkiem i jest w pytkę. Tak właściwie to możecie pogratulować również Bratu, bo to w sumie on z żoną odwalił całą robotę. Bratanica jest fajna, nie ma zębów, uśmiecha się rozkosznie przez sen, rozpuszczając jak wosk serce najbardziej twardego zioma i ma miękką czaszkę aka ciemiączko.

Powyższy akapit miał nieco uczłowieczyć tego bloga, bo za dużo w nim kurew a za mało blogaska i kawałków znad jajecznicy. Jako, że moje szczęśliwe życie trafiło w koleiny rutyny i przypomina cytowany przez Grzesiuka pamiętnik więźnia obozu koncentracyjnego[1], muszę posiłkować się innymi. A w tej roli zawsze najlepiej sprawdza się rodzina. Któregoś dnia może nawet wrzucę tu jakieś zdjęcie i spersonalizuję wygląd bloga. Chwilowo nie chce mi się.

A nie pisałem, bo nie było o czym. Znaczy było mnóstwo rzeczy do pisania i ja nawet je napisałem. Ale jak już napisałem, to ze mnie zeszło i dochodziłem do wniosku, że nie ma sensu obsrywać czytelników swoimi problemami. Nawet jeżeli mają one charakter mniej osobisty a bardziej ogólny. Dlatego w archiwum gnije kilka tekstów rozgrzebanych, kilka prawie gotowych i jeden całkiem gotowy ale jak mi się zechce, to się zbiorę i w ramach wiosennych porządków je pokasuje. Poza tym przez ostatni miesiąc byłem taki bardziej zarobiony niż mniej, i był to główny powód, dla którego moja pisanina z tempa sraczki przeszła do tempa ruchów tektonicznych - zarabiać muszę, bo wydatki się szykują srogie. Ale się to, nomen omen, rzadkie pisanie zmieni, gdyż postanowiłem wrócić do tego, w czym czuję się najlepiej. Czyli do książek i filmów. Tak, wiem, już to kiedyś zadeklarowałem i gówno z tego wyszło ale taki już urok niektórych moich deklaracji, że czasami pachną kałem.

Ale to następnym razem, bo nie chcę mieszać dwóch różnych systemów walutowych. Dzisiaj napiszę wam o tym, jak skutecznie rzuciłem palenie. Normalnie na taki poradnik wydalibyście kilkadziesiat złotych plus stówkę na gumy Nicorette albo plastry antykoncepcyjne z nikotyną. Do tego chodzilibyście wkurwieni na maksa, unikali kawy, alkoholu, ostrych potraw, imprez i seksu, co ma tyle sensu, ile ma go posuwanie nieogolonego jeża. Znaczy jak się człowiek bardzo postara, to efekt jest ale wszystko to kosztem rozszarpanego na strzępy krwawe fiuta. A nie o to przecież w życiu chodzi. Aha, osoby które nigdy nie paliły nałogowo proszone są o niewypowiadanie się w komentarzach na temat tego nałogu, bo tylko im się wydaje, że cokolwiek wiedzą. Nawet jeżeli ich partner pali lub palił, to dalej nic nie wiedzą. Także odstąpcie.

My, palacze stanowimy coraz bardziej tajne (zabraniają palić praktycznie wszędzie) stowarzyszenie ludzi, którzy rozumieją się bez słowa. Gdy o 4 nad ranem podchodzi do nas półżywy człowiek i rzęzi 'papierosa', to my mu tego papierosa dajemy. Nawet jeżeli wygląda tak, że normalnie nawet byśmy się na niego nawet nie odlali. Gdy słyszymy 'czy mógłby mi pan dać 50 groszy', udajemy, że nie słyszeliśmy prośby. Gdy przytomny żebrak rzuci 'czy dałby mi pan 50 groszy na fajki', dostaje złotówkę albo więcej. Nikt kto nie palił nie zrozumie jak to jest o 3 nad ranem wysypywać na stół zawartość popielniczki żeby znaleźć jakiegoś nieskatowanego, w miarę długiego niedopałka, ani nie pojmie jak można palić herbatę. To wiedza dostępna tylko nam, nałogowcom.

W palarni nawiązują się znajomości, w palarni kwitnie życie towarzyskie, w palarni jest fajnie. Nie znam skuteczniejszej i szybszej metody przełamania lodów i nawiązania kontaktu z kobietą od odpalenia jej papierosa maszynką Zippo - trwa to 2 sekundy i jest najlepszym gambitem świata. Gdy chwilowo zabraknie tematów do wspólnej rozmowy, można zajarać fajka i posiedzieć w niekrępującej ciszy przez 3 minuty. Zazwyczaj w tym czasie coś nam wpadnie do głowy, ot choćby żarcik typu 'tak lubię fajeczki, że nastawiam sobie budzik na 3:00, palę i ponownie kładę się spać'. Papieros to nie jest wróg śmiertelny. Papieros to kompan do kieliszka, przyjaciel najlepszy, matka, żona i kochanka. W zdrowiu i w chorobie, w bogactwie i w ubóstwie, na dobre i na złe jest z nami. Nie zdradzi, zawsze jest pod ręką, nerwy ukoi, wysłucha, doradzi, uspokoi, do snu ukołysze. Towarzyszy nam w wielu ważnych momentach, w niektórych zaś jest wręcz nieodzowny. Każdy, nawet niepalący wie, że nie ma lepszego smaku niż papieros po seksie. Fajka jest ukoronowaniem seksu świetnego albo pocieszeniem po seksie marnym. Nie wyobrażamy sobie picia kawy bez papierosa. Nie wyobrażamy sobie picia piwa bez papierosa. Kurde, wielu rzeczy bez papierosa nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić.

Jako wieloletni palacz, mógłbym o swoim ukochanym wrogu pisać i pisać. Długo, namiętnie, z uczuciem. Ale mi się nie chce, bo wszyscy to znacie (niepalący powinni już dawno przestać czytać tę notkę) a poza tym ja tu przecież miałem produkować kawałek o skutecznym rzuceniu palenia a nie laurki ku czci papierosów tworzyć.

Palenie próbowałem rzucić kilkunastokrotnie (najdłużej nie paliłem przez jakieś półtora roku) więc nie jestem erotomanem-gawędziarzem, który próbuje coś tam nałogom radzić a gówno wie na temat. Na temat rzucania wiem wszystko, znam każdy stany towarzyszący rzucaniu, wiem jakie na naszej drodze czyhają zagrożenia, wiem w jakich sytuacjach wraca się do nałogu, znam metody radzenia sobie z fiksacją oralną, sposoby opanowywania ataków szału i napadów głodu oraz patenty na zapominanie o papierosie. Jestem pod tym względem omnibusem, który przećwiczył to wszystko na własnej skórze. Po wielokroć. Dlatego daruję sobie fizjologiczne bzdury o działaniu nikotyny na mózg, hemoglobinę, wchłanianie pokarmów i pracę żołądka, bo te możecie sobie wyguglać, a skoncentruje się na praktycznej stronie starcia gigantów.

Zanim przymierzysz się do rzucenia palenia, musisz odpowiedzieć sobie na zajebiście ważne pytanie... Nie, no co wy? Dzieci? Każdy wie dlaczego chce rzucić palenie (zdrowie, zdrowie, zdrowie, kasa oraz zdrowie a czasami presja pracodawcy albo rodziny).
Zamiast tego odpowiedz sobie na pytanie dlaczego NIE CHCESZ rzucać palenia. Nagle okaże się, że powodów do rzucenia jest nieporównanie mniej niż powodów do nierzucenia. I nie ma znaczenia fakt, że zdrowie to najmocniejszy układ kart, zapomnijcie o czymś takim jak rozsądne myślenie palacza na temat jego ukochanego nałogu. Liczy się to, ze nie chcemy rzucać palenia gdyż: papierosy nam smakują, papierosy pomagają nawiązywać kontakty, papierosy są świetną metodą na poznanie fajnej laski, nie wyobrażam sobie żeby nie zapalić do kawy, do piwa, do wódki, ogólnie do alkoholu, po obiedzie, po śniadaniu, na kiblu, podczas kąpieli, po seksie, przed seksem, po przebudzeniu, przed zaśnięciem, ułatwiają oczekiwanie na spóźniający się autobus, koją nerwy, zmniejszają łaknienie, odchudzają, bardzo odchudzają, pomagają utrzymać dietę, oszukują głód, powodują, że ludzie traktują mnie jakbym był fajniejszy. No i najważniejsze - są smaczne i je lubię, gdyż obdarzają mnie miłością niemalże bezinteresowną (mówiłem wam już, że palacze o swoim nałogu nie potrafią myśleć logicznie). Co będzie gdy zabraknie ich w moim życiu? Zostanę wyrzucony poza nawias fajnej społeczności palących i nie poznam już nikogo, bo przecież do tej pory ludzi poznawałem tylko na fajku. Zostanę pozbawiony tylu fajnych rzeczy, no a jakże to tak pozbawiać się tylu fajnych rzeczy w sytuacji, gdy w moim życiu zbyt wielu fajnych rzeczy nie ma?

No dobra, pewnego dnia stanęło w końcu na tym, że jednak rzucam. Od jutra/poniedziałku/przyszłego tygodnia. Nadszedł ten dzień. Kurwa, jak żyć? Jak mam wypić kawę poranną? Na przystanku co mam niby robić? W drodze do pracy, w korku? Nigdy już nie będzie przerwy na papierosa? Szlagszlagszlag, ale bym zajarał, na szczęście mam Nicorette, szlagszlagszlagkurwa, jakie to niedobre... zaraz rzucę pawia... aaaaaa.... umieram tak jakby... nie chcę tych gum, chcę plaster. I zaczyna się droga przez mękę, usłana takim przeszkodami, o jakich nie śniło się Napoleonowi podczas kampanii rosyjskiej. Jak pokonać te przeszkody opowiem wam w następnym wpisie. Tak, wiem co to suspens.

Aha, zalinkowali mnie dzisiaj na głównej joemnostera, przez co odnotowałem jakąś chorą ilość wejść na stronę. W związku z tym, że jestem sławny niczym Mozart, proszę zwracać się do mnie Panie Radosławie. A najlepiej do mnie nie zwracajcie w ogóle, bo stojąc w blasku jupiterów nie będę miał na was czasu. A piszę to po to, by zwrócić uwagę na modus operandi chłopaków z joemonstera - czy naprawdę takie trudne jest napisanie do mnie maila treści 'Elo zią, chcemy wrzucić kawałek z twojej strony do nas na główną. Pasi?'. Pasiłoby, nie mam z tym problemu. No ale po co sobie dupę zawracać takim drobiazgiem?
I nie chodzi mi o to, że chciałbym żeby moje prawa były w jakikolwiek sposób respektowane, bo dzieckiem nie jestem i wiem, że ochrona własności i praw do treści publikowanych w internecie jest fikcją. Chodzi mi o to, że w dobie skurwiałych dzieci neo fajnie byłoby zachowywać jakieś konwenanse i pielęgnować dobre obyczaje. No ale widać jakiś jestem wczorajszy. Do poczytania.

[1] Poniedziałek. Zachciało mi się srać - ustęp zamknięty. Wtorek. Idę do ustępu - zamknięty. Środa. Jak wczoraj. Czwartek. Już ciężko wytrzymać, idę do ustępu - zamknięty. Piątek. Już nie mogę wytrzymać, a ustępy zamknięte. Sobota. Już nic nie potrzebuję - zesrałem się!!!!!!”.
No wiecie, osiągnąłem taką małą stabilizację.

wtorek, 13 listopada 2007

Możecie wypuścić powietrze z płuc - nie będzie o RPG, Tibii czy WoWie. Będzie o was - o ludziach, którzy stanowią miażdżącą większość, i których zupełnie nie rozumiem. O ludziach z totalnym brakiem dystansu do życia, wszechświata i całej reszty. A przede wszystkim - do siebie.

Po czym poznać, że komuś brakuje tego dystansu? Po tym, że wszem i wobec obwieszcza, że jest tak zdystansowany do siebie, że najbliższe sadyby ludzkie są oddalone od niego o jakieś 15 i pół tysiąca kilometrów. To prosta zależność - im głośniej i solenniej zapewnia was, że jest wporzo zią, tym większym, zakompleksionym dupkiem się okaże. Człowieka z całym oceanem wyjebki na swój temat (bo głównie dystans do samego siebie mnie interesuje) rozpoznać łatwo - on się w życiu nie zająknie na ten temat a na wszystkie docinki leje moczem gotycko wysklepionym. I potrafi sam z siebie żartować, a sztuka jest to trudna i rzadko prezentowana.

Z brakiem dystansu do siebie rodzi się każdy z nas. I tylko od ciebie zależy, czy będziesz się wkurwiał na każdą uwagę na swój temat, czy przemkniesz przez życie olewając nieprzyjemności, jakimi potrafią uraczyć miłujący cię bliźni. Psychologiem nie jestem więc nie będę się na temat id, ego i superego wymądrzał, bo ja nie w tym kierunku byłem kształcony. Ale tak na chłopski rozum czujemy, że największą wartością dla każdego z nas jesteśmy my sami. Każdy kto twierdzi, że bardziej niż sobą przejmuje się innym, jest załganym łosiem, któremu nie sprzedałbym używanego samochodu. Innymi to się może Jezus przejmował. A my jesteśmy słabi, ułomni, podatni i gdy przychodzi co do czego, w dupie mamy rzeczonych innych - najważniejszą rzeczą jest moja wygoda, moje bezpieczeństwo, mój święty spokój.

Ktoś, gdzieś, kiedyś robił badania - dokładnych cyfr nie podam ale chodziło o to, że w kilkuminutowej wypowiedzi na dowolnie wybrany temat, najczęściej padającym słowem było 'ja'. Dziwnym nie jest, to we mnie jest cały wszechświat, to przede wszystkim dokoła mnie dzieją się rzeczy naprawdę dla mnie istotne (tak, wiem, jest jeszcze rodzina, żona, dzieci ale nie czarujmy się, to kwiatek do kożucha naszego dobrego samopoczucia) i to moja dupa jest dla mnie najważniejsza. I właśnie z tego powodu dziwi mnie fakt, że większość z nas, było nie było zapatrzonych w siebie narcyzów, indukuje w swojej świadomości stany, które prostą drogą prowadzą do szerokiego wachlarza schorzeń na tle psychosomatycznym.

Myślę tutaj o przejmowaniu się i braniu do siebie wszystkiego, co tylko usłyszymy na swój temat. Przodują w tym kobiety ale to bierze się z nieporównanie szerszego spektrum tematów, które je bolą: nowa fryzura, nowe buty, nowa kiecka, nowa torebka, nowa fałdka na brzuchu, nowe zagony cellulitisu, nowe zmarszczki, nowe siwe włosy, nowe, nowe, nowe. Faceci mają pod tym względem więcej luzu, bo o ból dupy przyprawia ich mniej rzeczy: długość penisa, sprawność w łóżku (długość trwania, częstotliwość możliwych powtórzeń i technika[1]), obwód penisa, nowy samochód/motocykl, kształt penisa i piwny brzuch. Wspominałem o penisie?

No dobra, pożartowalim a teraz trochę poważniej. Ludzie przejmują się wszystkim. I gdy mówię wszystkim, mam na myśli dokładnie wszystko. Nie będę wyliczał, bo czytają mnie ludzie inteligentni (wchodzący po frazach 'techniki onanizowania się' proszeni są o pospierdalanie i niekomentowanie), którzy wiedzą o co jest kaman. A jak się człowiek wszystkim przejmuje, to nieuchronnie zamienia się w zgorzkniałego starca (mentalnie), któremu wszystko przeszkadza - politycy, tramwajowy dziadek smród, mróz, upał, spaliny, naddarty banknot dziesięciozłotowy i krzyczące za oknem dzieci. A przy okazji można nabawić się wrzodów żołądka, czego w szczytowym stanie wkurwu na wszystko i wszystkich, byłem bliski.

Wyluzujcie. Bo niby każdy jest cool ale prawda jest inna - obadajcie sytuację typową. Siedzicie w autobusie przy oknie. Obok was uwala się wielki cham, rozpycha się, sapie, wierci, kręci i ogólnie jest trzoda. Co robicie? Część zamknie się w sobie i całą trasę będzie jechać z myślą 'ale bym mu powiedział ale jestem zbyt nieśmiały/bojaźliwy/łorewa'. Cham jedzie wyluzowany a wy wysiadacie z autobusu roztrzęsieni i wkurwieni na wszystko. A to dopiero 9 rano. Ktoś inny zacznie z grubasem toczyć pojedynek na biodra i łokcie (dla postronnego obserwatora jest to bardzo śmieszne) - wkurwiają się obie osoby aż w końcu dochodzi do konfrontacji werbalnej. Efekt jest taki, że drzwi do pracy obaj/oboje otwieracie z buta, dzień zjebany a to dopiero 9 rano. Jeszcze inni od razu rzucą tekstem: i co się kurwa pchasz, spasła maso. I robi się afera, połączona z agresją słowną i, nierzadko, czynną. Strony konfliktu wkurwione, otoczenie zestresowane, dzień zjebany a to dopiero 8 rano. Co robię ja? Obracam się lekko w stronę okna, opieram się barkiem o ściankę i w tej lekko zmienionej pozycji, kontynuuję lekturę, mając wszystko w dupie. Koleś zadowolony, bo wygrał (to taki samczy atawizm, związany z machismo i walkami plemiennymi), ja mam luz. Obaj dojeżdżamy na przystanek spełnieni, dzień jest piękny, życie jest piękne, wszystko jest piękne. A wszystko już to o 9 rano. A jak mam dobry humor i chce mi się ustami ruszać, to grzecznie proszę o rozsądniejsze gospodarowanie ograniczonymi zasobami przestrzennymi. Zawsze z humorem, bo jaki ma sens pierdolenie dnia sobie i drugiej osobie? Kojarzycie - jak się zepniecie, to w najlepszym przypadku zjebane przedpołudnie będziecie mieć wy, w najgorszym wy, on i osoby z otoczenia. Przecież to bez sensu.

Życie jest zbyt fajne, by przejść przez nie z czerwoną mgłą przed oczami i białą pianą na ustach. Odpuśćcie sobie. Zacznijcie od drobiazgów i bądźcie w nieprzejmowaniu się nimi konsekwentni. I ani się obejrzycie jak przestanie was wkurwiać wpychający się przed was w kolejkę koleś. Nie znaczy to oczywiście, że mu na to pozwolicie. Różnica jest taka, że teraz byście do niego skoczyli z rękami albo z opierdolem. Za rok poklepiecie go lekko w ramię i z uśmiechem na ustach kulturalnie poprosicie go o pospierdalanie na koniec owej kolejki. Bo widzicie - dystansu do świata nie należy mylić z biernością, pogodną rezygnacją i przyjmowaniu wszystkich złych rzeczy na klatę. Nie, takie postępowanie byłoby aberacją umysłową i permanentnym samogwałtem dokonywanym na własnej psychice. Dystans nie wyklucza ciętej riposty. On tylko powoduje, że ta cięta riposta nie wywoła u ciebie nadprodukcji kwasu żołądkowego. A przecież twoje dobre samopoczucie jest najważniejsze, nespa?

I tak oto zatoczyliśmy koło - najważniejszy dla siebie jesteś ty sam. Tak, to prawda. Ale z dystansem. Czego wszystkim państwu życzę.

Dlaczego właściwie napisałem ten stek komunałów? Ano widzicie, jestem wierny zasadzie bawiąc-uczy. Bo patrząc na otaczające mnie na co dzień na ulicy, zastygłe w masce wkurwu twarze, to co napisałem, może wcale takim komunałem nie jest? Warto pracować nad sobą w tej materii. Bo najwytrwalszych na krańcu tęczy czeka nagroda - będziecie tak wyluzowani i zadowoleni z życia jak gospodarz tego bloga. I o to chodzi, i o to chodzi.

Na koniec z innej beczki - dokonałem kolejnego odkrycia literackiego, którym w tym tygodniu się z wami podzielę. Szykujcie 60 zł.

[1] Test dla kobiet - chcesz sprawdzić, czy koleś jest bucem, czy pracuje nad sobą? Zarzuć mu, że w łóżku był przeciętny (niezależnie od stanu faktycznego). Przytomny facet zada kilka pytań, doszlifuje technikę i będzie starał się poprawić. Występujący powszechnie w ekosferze samiec zacznie kozaczyć, chwalić się, że jest najlepszym w świecie kochankiem, żadna do tej pory nie narzekała i że to ty jesteś chujowa. A potem się obrazi. Wyśmiewanie się z długości fiuta takiego dupka może prowadzić do trwałych obrażeń kości twarzoczaszki.

poniedziałek, 05 listopada 2007

Pamięci moich byłych szefów poświęcam.

Chyba każdy, kto pracował lub pracuje na etacie, marzył o szefie idealnym. Takim co to wiecie - brat łata, do rany przyłóż, podwyżkę da, pochwali a do tego jest profesjonalny w tym, co robi. Niestety, życie boleśnie i brutalnie weryfikuje nasze rojenia o ideale. Bo jak wiadomo ideałów nie ma i musimy zadowalać się surogatami. Jak więc powinien wyglądać Najlepszy Kierownik Świata? Na miarę moich nikczemnej wiedzy i marnego doświadczenia, postaram się udzielić na to pytanie odpowiedzi.

Taki był początek - możemy panu zapłacić 1200 netto, zakres obowiązków omówimy w trakcie pana pracy, to jak? Pasuje? I zastanawiasz się co lepsze - umrzeć z głodu czy przyjąć ofertę czegoś, co może okazać się pracą obejmującą obowiązki połowy przeciętnego biura i z pensją sprzątaczki. I zazwyczaj tym właśnie się okazuje. To pierwszy sygnał, że będziesz pracował z kimś, kto profesjonalnie traktuje swoje obowiązki.

No jak to jest zrobione? - nieważne co zrobisz, i tak jest zrobione źle. Po kilku takich recenzjach odbiera ci się jakąkolwiek możliwość manewru i trzaskasz wszystko pod dyktando szefa. Który wie najlepiej. Nie przejmuj się, to dobry sygnał. Oznacza mianowicie, że pracujesz z perfekcjonistą i profesjonalistą. Możesz się od niego wiele nauczyć więc nie spierdol tego malkontenctwem, kwękaniem, narzekaniem i jęczeniem.

Powinieneś się bardziej angażować - od 9 do 14 zasuwałeś tak, że nie miałeś czasu żeby się odlać. W końcu pęcherz nie wytrzymał i pognałeś galopem do kibla. Już z rozluźnionym pęcherzem idziesz do kuchni żeby zrobić sobie kawę. Na korytarzu stoi szef, z kimś sobie gada. W momencie gdy go mijasz, czujesz na sobie ciężar jego spojrzenia, które mówi: 'projekt w dupie a ty się snujesz po firmie zamiast pracować'. Robi ci się przykro, oblewasz sobie wrzątkiem rękę i klnąc pod nosem wracasz za biurko. Następna kawa i odsik dopiero w domu. Nie narzekaj, bo cała ta akcja świadczy o tym, że szefowi leży na sercu dobre imię zespołu i nie chciałby żeby przez twoją kawę i siku projekt się spóźnił. Po raz kolejny profesjonalizm i dbałość o zespół na pierwszym miejscu.

Pragnę przypomnieć niektórym, że pracujemy od 9:00 - niesprawny budzik, poranne zamotanie, korek na drodze i spóźnienie gotowe. Zdarza ci się to co prawda raz na miesiąc ale zawsze gdy wbijasz do fabryki kwadrans po czasie, nadziewasz się na szefa. Nigdy nie zdarzyło się, żeby zauważył, że przyszedłeś do pracy godzinę wcześniej coby nadgonić tematy. Nigdy nie zdarzyło się, że zarejestrował fakt, że bębnisz po godzinach. I nigdy nie zdarzyło się, że spotkałeś go w pracy w weekend. No logiczne - w jakim celu szef miałby przychodzić do pracy wcześniej, zostawać dłużej albo siedzieć w robocie w weekend? A skoro go wtedy nie ma, to jak ma cię zauważyć? Twój szef po raz kolejny wykazał się dbałością o dyscyplinę w miejscu pracy i nie powinieneś narzekać. Powinieneś natomiast wstawać kwadrans wcześniej a godziny pracy traktować mniej opcjonalnie.

No i znowu spierdoliłeś - co prawda deale na łączną sumę kilku milionów złotych obsługujesz tak, że mucha nie siada i wszyscy są zadowoleni ale spierdoliłeś formuły w raporcie. I oczywiście zostaje to natychmiast zauważone, błąd wytknięty przy świadkach a twój profesjonalizm poddany w wątpliwość. Nie narzekaj, to wszystko dla twojego dobra. Od tego jest szef żeby naprostowywać kręte ścieżki twojej kariery, poprawiać twoje błędy i przekuwać cię w Nowego Człowieka. Który to Nowy Człowiek będzie jeszcze lepszym profesjonalistą niż jest w tej chwili. Więc zamiast narzekać, lepiej podziękuj. Bo nie każdy szef dzieli się swoją rozległą i kompleksową wiedzą ze swoimi podwładnymi.

Klienci się skarżą - przez 12 miesięcy ciągniesz kilkanaście interdziałowych projektów dla klientów i robisz to bardzo dobrze. Pewnego dnia w wyniku działania siły wyższej albo fakapu koleżanki z innego działu, na głowę zwala ci się furmanka gówna. Oczywiście 15 sekund później jest przy tobie twój szef i całe biuro może usłyszeć, że obsysasz na maksa. Czujesz rozgoryczenie z powodu tego, że nigdy nie zostałeś pochwalony za to, że odwalasz świetną robotę z czymś, co mistrza zen zaprowadziłoby do szpitala psychiatrycznego, ale już za jeden mały błąd jesteś jebany w obecności świadków. Nie narzekaj, bo to dla twojego dobra. Szef nie musi cię chwalić, wystarczy że widzi to iż sobie z tak odpowiedzialnym zadaniem radzisz. Ale w stytuacji kryzysowej musi wkroczyć, bo kto jak kto ale profesjonalny szef ma damage control management w małym palcu. I lepiej żeby on to odkręcił w kwadrans niż ty w cztery godziny. Oszczędność czasu i mocy przerobowych, których przecież nigdy za wiele. Zamiast marudzić, patrz i ucz się od najlepszych. Uwagę, że czasami szef odkręcając drobiazg eskaluje problem, odrzucam jako niezorganizowaną: szef się nigdy nie myli. On co najwyżej podejmuje większe od ciebie ryzyko.

Jeden dzielone na trzy to może być czasami trzy czwarte - na pewno wydaje ci się, że skoro w dziale pracują trzy osoby, praca powinna być dzielona między nie równo. I tu tkwisz w mylnem błędzie. Tak może myśleć tylko mało lotny absolwent klasy mat-fiz, dla którego świat kończy się na dzieleniu bez reszty. A dobry szef wie, że dzielenie pracy po równo jest bez sensu. Pracę należy podzielić tak, żeby każdy robił to, co mu wychodzi najlepiej. Dlatego nie przeklinaj dlatego, że twoja koleżanka z działu w ciągu dnia trzy godziny rozmawia przez telefon ze znajomymi, dwie godziny klika w internecie, półtorej godziny pije kawę, godzinę je obiad zaś pół godziny jara fajki, w czasie gdy ty nie masz czasu się odlać, z pracy wychodzisz regularnie o 21 i zarabiasz jedną trzecią tego co ona. Od razu widać, że nie nadajesz się na szefa. Toż on podzielił obowiązki tak, żeby wyoptymować pracę działu - każdy robi to, w czym jest dobry. Dlatego zamiast narzekać i udawać przemęczenie, doceń fakt, że twój profesjonalizm i umiejętności zostały docenione przez szefa.

Nie ma kasy - rozmowa o podwyżkę to zawsze trudny temat. I niech ci się nie wydaje, że jest trudny dla ciebie. On przede wszystkim jest trudny dla szefa, który musi dbać o budżet. A misternie skonstruowany budżet bez trudu może rozwalić twoja bezsensowna prośba o 300 złotych brutto. Z budżetem nie ma żartów. A poza tym dlaczego miałbyś dostać podwyżkę w sytuacji gdy regularnie spóźniasz się do pracy i popełniasz w niej kardynalne błędy? Postaw się na miejscu szefa, stań przed lustrem i powiedz szczerze, patrząc sobie w oczy: dałbym podwyżkę takiemu nieprofesjonalnemu obibokowi jakim jestem. No widzisz, słusznie ci się nie należała.

Dwa tygodnie? Nie da rady - pracujesz cały rok za dwóch, starasz się, siedzisz po godzinach, w weekendy, zaczynasz odczuwać zmęczenie i wtedy przychodzi ci do głowy ta podstępna myśl: a może by tak urlop. Wypisujesz wniosek, niesiesz go do szefa i słyszysz: z tym, że niekoniecznie. Tydzień to jeszcze da radę. Ale dwa? W tym momencie zaczynasz się niepotrzebnie denerwować. No bo jak się to weźmie na logikę, to szef jednocześni dba o niezakłóconą pracę działu i wyświadcza ci przysługę. Po co ci dwa tygodnie urlopu skoro z powodu spędzania przez ciebie w pracy 80 godzin tygodniowo rzuciła cię dziewczyna a kontakty z przyjaciółmi uległy zerwaniu? Sam sobie wyczarterujesz łódkę? Sam będziesz leżał nad Bałtykiem? Bez sensu. Najzwyczajniej w świecie szkoda twojego urlopu na tak bezsensowny pseudowypoczynek. Po raz kolejny tobie się wydawało a szef miał rację. Uwagę, że w lutym zostaniesz zmuszony do odebrania 15 dni zaległego urlopu odrzucam jako niezorganizowaną: w lutym nad Bałtykiem jest fajnie, bo nie ma ludzi.

Choroba? Nie znam - to, że szef idzie na dwumiesięczne zwolnienie lekarskie oznacza, że może sobie na to pozwolić. Wszystkie sprawy ma na bieżąco, dział pracuje jak szwajcarski zegarek i jego nieobecność niczego nie zaburzy. Przy prezentowanym przez ciebie słabym ogarnięciu tematu, twoja tygodniowa nieobecność spowoduje chaos, zapaść, paraliż działu twojego i kilku ościennych oraz wkurwienie klientów. Dlatego jeżeli nie masz: złamania otwartego, wstrząsu mózgu, krwotoku wewnętrznego, choroby silnie zakaźnej albo obitej przez narkomanów twarzy, proces leczenia powinien odbyć się między 11:35 a 14:28. Najlepiej przy pomocy aspiryny i rutinoscorbinu, bo środki przymulające źle wpływają na twoją pracę. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - grypa połączona z bolesną dusznością i 40-sto stopniową gorączką nie jest powodem, dla którego powinieneś przewałkonić tydzień w łóżku. Od tego się nie umiera a zadowolenie klientów rzeczą najważniejszą.

Problem? Nie skamlaj i umieraj jak mężczyzna - dobry szef to nie tylko lekarz ciała. To również lekarz duszy. I jeżeli masz jakiś problem w pracy, to na pewno pomoże ci się z nim uporać. Prawdziwie dobry szef zasugeruje, że jesteś dorosłym, doświadczonym pracownikiem i jeżeli sam nie potrafisz sobie dać rady z kłopotami, to może czas zmienić pracę. Szef jest od zarządzania a nie użalania się nad pracownikiem. Dzięki takiemu podejściu nauczysz się radzić sobie ze wszystkim: od rozpadu związku do spierdolonej kampanii reklamowej w telewizjach ogólnopolskich.

Wiem ale nie powiem - idealny szef to chodząca kompetencja, przygotowanie merytoryczne i umiejętność przekazania wiedzy podwładnym. Tyle tylko, że to on wybiera czas, kiedy ci tą wiedzę zechce przekazać. Jeżeli wydaje ci się, że drepczesz w miejscu, niczego się nie uczysz i w ogóle przesrywasz życie za biurkiem z powodu tego, że od szefa słyszysz tylko 'a ty znowu się spóźniłeś', to znaczy, że jesteś tylko drobnym wyrobnikiem bez umiejętności szerszego spojrzenia na sprawy firmy. Oczywiście, że nauczysz się nowych rzeczy. W odpowiednim czasie. Na razie rób swoje, eliminuj błędy i stań się perfekcyjny w tych zagadnieniach, na których się znasz (oranie do 21, robienie zestawień, kserowanie faktur i tym podobne). Dopiero gdy osiągniesz status mistrzowski w swojej działce, nadejdzie czas na uchylenie rąbka tajemnicy. Co prawda najczęściej będziesz już wtedy pracował w innej firmie ale to przecież nie o to chodzi. Poza tym dobry szef wie, że młody wilk naładowany wiedzą i doświadczeniem może próbować go posunąć. A na takie rzeczy to on jest za mądry i za doświadczony. Także nie narzekaj.

Musisz dzisiaj zostać dłużej - każdy niedoświadczony pracownik dostaje drgawek gdy słyszy to zdanie. Zwłaszcza w piątek o 15. I nie ma racji. To, że trzeba coś zrobić na poniedziałek nie oznacza, że twój szef ma chujowy time management albo najzwyczajniej w świecie zapomniał o projekcie. Nie - to oznacza, że w końcu zostałeś doceniony, twoja praca jest bardzo ważna, twoje kompetencje wysokie i bez ciebie nie da się skończyć projektu na czas. A jak powszechnie wiadomo Bóg wybacza błędy, zarząd nigdy. Dlatego zamiast się zżymać, uśmiechnij się, odpal programy robocze i daj z siebie wszystko. Jesteś ważny i twój szef właśnie dał ci to do zrozumienia. Jeżeli okaże się, że będziesz musiał kończyć wszystko sam w sobotę i niedzielę, nie narzekaj. Jesteś ważniejszy, niż ci się wydawało - zastępujesz szefa na froncie walki z projektem. Docenił twój profesjonalizm i doszedł do wniosku, że sam sobie poradzisz z tak odpowiedzialnym zadaniem. To się nazywa umiejętność delegowania obowiązków i każdy idealny szef ma ją w małym palcu.

Urlop mam - niektórzy wkurwiają się, że szef wyjeżdżając na urlop wyłącza komórkę, w dwa dni po jego zniknięciu wszystko trafia szlag i nie ma się z nim jak skontaktować. To świadczy tylko i wyłącznie o waszym braku profesjonalizmu. Szef przed wyjazdem wszystko zostawił na tip-top. Ewentualne kryzysy są spowodowane tylko i wyłącznie waszym nieudacznictwem. Czas pomyśleć o lepszej organizacji pracy i przewidywaniu nadchodzących katastrof. A nie, jak dzieci we mgle.

Fajny film wczoraj widziałem - robota leży i kwiczy a szef stoi nad tobą i opowiada ci o filmie/książce/wyjeździe wakacyjnym/dupie maryni. Tylko totalnie niedoświadczony pracownik w takiej sytuacji się denerwuje. Szef pokazał swoje ludzkie oblicze, przyszedł wysł... no dobra, poopowiadać, zainteresował się tobą, zauważył w tej masie ludzi. Nie ma co narzekać, trzeba się cieszyć. Zaległości nadrobisz po godzinach i w weekend a zainteresowanie szefa jest bezcenne.

Mógłbym na ten temat jeszcze długo pisać ale w kapitalizmie za takie know-how się płaci. Tutaj macie solidną porcję wiedzy za darmo ale oczywiście nie mam zamiaru wykładać wszystkich atutów na stół, najważniejsze rzeczy pozwoliłem sobie egoistycznie zatrzymać dla siebie. Mam nadzieję, że moja pisanina pozwoli wam spojrzeć na wasze wydumane problemy z szefem z odpowiedniej perspektywy, w końcu wstąpicie do grona osób, które widzą sprawy takimi, jakimi są naprawdę, przejrzycie na oczy i przestaniecie dostrzegać jedynie naskórek problemu. Pamiętajcie: bawiąc - uczy. A teraz bierzcie się do roboty.

 
1 , 2 , 3