To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony

Jobem w oczodół

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Orange, kurwa, festiwal.
Najpierw powiał wiatr i spadł im ekran LED oraz uszkodzeniu uległa część nagłośnienia na Warsaw Stage (scena na zewnątrz). Dość powiedzieć, że odwołano trzy koncerty w namiocie, no ale spoko, taki klimat w tym kraju, zawiało i po chuj drążyć. Tylko ciekawe jak się czują ludzie, których w piątek interesował wyłącznie któryś z tych odwołanych koncertów. Dostaną część hajsu z powrotem?

Bardzo się cieszę, że wyszedłem z pracy o 17, bo jakbym wyszedł o 18, to bym się spóźnił na koncert Pixies, który zaczynał się planowo o 19:30 ale w innej rzeczywistości, bo w rzeczywistości organizatorów wystartował bez ostrzeżenia i jakiejkolwiek zapowiedzi o 18:45, because fuck off.

Nagłośnienie tak chujowe, że gdybym nie znał kawałków Pixiesów, nie wiedziałbym co śpiewają. Zresztą kilka razy musiałem się mocno zastanawiać czego ja słucham w danym momencie. Chłopaki i dziewczyna wyszli, pierdolnęli (indie rock, jasne) 30 kawałków w godzinę, stałem i się cieszyłem jak dziecko, nawet jeżeli czasami nie bardzo było słychać wokal. W zasadzie z mojej żelaznej plejlisty zabrakło mi wyłącznie Tame, Gigantic i Holiday Song, więc nawet nie będę próbował narzekać. Bawiłem się doskonale chociaż z przyjemnością obejrzę ich kiedyś jeszcze raz. W plenerze. Nagłośnionych tak, żeby było słychać a nie żeby było głośno.

Queens of the Stone Age to na pewno fajny zespół ale dawno nie byłem na tak bardzo nijakim koncercie, pod koniec nawet się chyba przez 2 minuty zdrzemnąłem. Jednakowoż faństwo bawiło się doskonale i głównie o to chodzi.

Kings of Leon to fajna muzyka do potupania nóżką, pełna płyta, dość mocno zapakowane trybuny, posiedziałem pół godziny, żeby noga odpoczęła. Najbardziej podobało mi się to, że realizatorzy dźwięku wyjęli łby z dupy i zaczęli nagłaśniać a nie nakurwiać. Ale to pewnie było spowodowane tym, że KoL przywiózł swoich i nie musiał korzystać z miejscowych.

Snoop - fanem nie jestem ale tłumem bujał jak chciał i nóżka zaczęła mi sama chodzić. Aż zgniła i odpadła. Bo wiecie, w drodze na imprezę tak bardzo mi się spieszyło, że biegłem do tramwaju, źle stanąłem, światło zgasło a jak zapłonęło z powrotem, bolała mnie noga. Zresztą boli do teraz, chociaż mniej i jak jechałem do pracy rano rowerem, to nie traciłem przytomności z bólu.

No, i jak mi ta nóżka zaczęła na Snoopie chodzić, to się zruszyła jeszcze bardziej i o północy zorientowałem się, że tylko na lewej długo nie ustoję i trzeba spierdalać. Co też, z wielkim żalem, uczyniłem. A z żalem, bo Snoop był już bardzo rozkręcony i szkoda było iść.
Cieszę się, że nie kupiłem biletu na sobotę, bo słuchanie tak nagłośnionej muzyki to abominacja. Nie wiem, może na płycie albo w bocznych sektorach było słychać lepiej czy wyraźniej, ja, na wprost sceny, odbierałem sieczkę. Oprócz oczywiście Snoopa, który grał pod gołym niebem i było go słychać znakomicie.

A, jeszcze na sam koniec słyszałem, że na ludzi czekała taka niespodzianka, że oni czekali sobie na nocne ale nocne nie jeździły, bo most był zamknięty czy coś. Ale tylko słyszałem więc być może kogoś krzywdzę złym słowem.
Tak w skrócie - organizacyjnie spierdolone, nagłośnienie jak w grobie, tylko muzyka się obroniła. A wszystko to za jedyne 199 ziko minus zniżka w promocji Orange.
Pierdolę taki festiwal, wolę Woodstock.
Jak sobie pomyślę, jak mało zabrakło, żebym kupił bilety na drugi dzień tego czegoś, to zimny pot mnie oblewa.

środa, 06 lutego 2013

To jest jeden z tych filmów, po których musisz sobie zrobić przerwę obiadową w stołówce zakładowej i ochłonąć, bo nie wierzysz, że studenci, którzy są naszą przyszłością i nadzieją na przyszły rok, produkują taki kał. A potem sobie przypominasz niektórych studentów, którzy chcieli się z tobą bić w Parku na Hardzone i dochodzisz do wniosku, że coś ci się pomyliło i faktycznie, na trzecim roku studiów, możesz być kreatywny jak głaz narzutowy moreny czołowej. Się trochę popastwiłem w komentarzach nad tym czymś i wyłączyłem internet. A potem włączyłem gdyż mi słabo.

Po głębokim namyśle doszedłem do wniosku, że wytwórcy arcydzieła zasługują na podwójny wpierdol. To na 99% jakiś filmik na zaliczenie przedmiotu typu szydełkowanie albo obsługa ksero ewentualnie największe kampanie społeczne XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem kampanii wrześniowej. I oni wpadają na, ha! taki zajebiście odkrywczy pomysł, że zdissujemy melanż komando przy pomocy Franza i Anny a potem pójdziemy się ruchać z tym nudnym typem spod filaru, który siedzi przy smutnym jak pizda stoliczku, pokrytym ceratą[1], i jest tak, kurwa, zaczytany, że nie potrafi sobie znaleźć wygodniejszego miejsca, ot, choćby pod ścianą na podłodze, gdzie się można pierdolnąć na boku i poczytać, pod warunkiem, że się nie boisz, że sobie unurasz biały sweterek w serek[2], co go dostałeś od cioci pod choinkę i w lutym go nosisz, bo nie chcesz jej robić przykrości, gdyż to w dzidę ciocia, a leżenie jest najwygodniejszą pozycją do czytania, przynajmniej tak mówi większość moich znajomych, którzy czytają i ja sam, bo też czytam, całkiem nawet sporo i takie filmy mnie obrażają, podobnie jak akcje społeczne typu ustąp miejsca bo czytam a jak czytam, to nie umiem się skoncentrować na dwóch czynnościach i się przewracam. KURWA!!!.

I oni, ci studenci, rozpisują to gówno w krótki scenariusz i robią to tak słabo, że aż mi niedobrze. Na dodatek wybierają książki, po które w tym kraju sięgają ludzie ze starego portfela, których nie stać na kupowanie nowych rzeczy a do biblioteki za daleko oraz studenci polonistyki. Po tak zwaną literaturę ambitną, kanon, klasykę czy jak to sobie nazwiemy, sięga dobrowolnie 1% czytających. Inna sprawa, że do jej znajomości przyznaje się pewnie z połowa, no ale to przecież oczywiste, że jak czytam, to mam klasykę w małym palcu. Nawet jeżeli nie czytałem. Ale się zamotałem.

Zło emanuje z tego filmu i tyle.
A, bym zapomniał, link dla tych, którzy jeszcze nie widzieli i chcą się dowiedzieć, jak rwać maniury na W poszukiwaniu straconego czasu, którego nie odzyskam, bo zmarnowałem go na ten filmik i zbędny rant.

http://www.sadistic.pl/czytaj-podrywaj-vt173991.htm

[1] Wiem, że nie jest pokryty. Pasowało mi do narracji.
[2] To już od dawna inna narracja.

wtorek, 22 lutego 2011

To będzie taki trochę bez sensu wpis ale nie zmieściłem się w 160 znakach na blipie i muszę tutaj. Wyraziłem dzisiaj swoje niezadowolenie ze stylu, w jakim wykończone są w środku tramwaje, będące dumą władzy. Mam na myśli bydgoskie Pesy. Z blipa dowiedziałem się, że są dwa rodzaje: 120N oraz 120Na. Jako totalny laik nie jestem w stanie stwierdzić, które wkurwiające mnie rozwiązania występują w którym modelu więc prośba do znawców - darujcie mieszanie dwóch różnych systemów walutowych.
Mam też świadomość, że może się okazać, że wady obejmują tylko jeden model ale z punktu widzenia pasażera kompletnie nic się nie zmienia - w godzinach szczytu Pesa ssie niczym pompa strażacka. Polecę po całości, bo są też zalety.

WYGLĄD
Pesy wyglądają fajnie, podoba mi się kolorystyka, żółte widać z daleka. Jak zauważył kolega ^urbane, model 120N ma nieco wredne spojrzenie ale z boku prezentuje się si. Środek też jest w porządku, bo miejscowe brudasy nie zdążyły jeszcze upieprzyć wszystkiego gnojem, pociąć tapicerki, pomazać ścian markerami i poskreczować szyb[1]. Wizualnie jest dobrze. Plus kasowniki blisko wejścia i jakieś kamery (nie wiem czy to monitoring, czy dla motorniczego podgląd, żeby ludzi nie przycinał na przystankach). Jest szansa, że kamery, niezależnie od ich przeznaczenia, odstraszą bydło i Pesy pojeżdżą niezdewastowane jak najdłużej.

NISKOPODŁOGIZM
Niskopodłogowość to nowy fetysz władz Warszawy i bardzo dobrze, bo bez kombinowania można wjechać do środka wózkiem. Czy to dziecięcym, czy to inwalidzkim. Plus ułatwienie dla osób starszych z torbokółkami i bez nich. Jestem zdecydowanie za.

NAWIEW AKA KLIMA AKA OGRZEWANIE
Koleżanka ^deli zauważyła, że latem klima daje radę i to pewnie jest plus. Nie wiem, bo latem używam wyłącznie roweru ale wierzę na słowo. Natomiast zimą przeginają pałę. Bo ilekroć nie jadę Pesą, w środku jest nakotłowane tak, że czuję jak mi się twarz rozhartowuje. Dzisiaj - rano na dworze -20 stopni. W środku, na mojego czuja +20 albo lepiej. Sorry ale takie amplitudy mogą wykończyć największego twardziela. Wchodzisz i twarz ci się zaczyna palić. Ale to moje subiektywne odczucie, lubię zimno, nie upieram się.

GORĄCY PRZYCISK AKA GUZIK
Wbrew wszelkim przewidywaniom, po kilku latach udało się ludzi wytresować i chyba każdy wie, co to gorący guzik. Problem jest w Pesach banalny - wszędzie przyciski montuje się na rurkach (wewnątrz) albo na burcie, tuż obok drzwi (na zewnatrz). W Pesach zamontowano je na drzwiach, co jeszcze przez jakiś czas będzie prowadzić do zabawnych nieporozumień, bo ludzie dalej szukają na rurze. Do tego wysokość, na jakiej ten przycisk wisi. Za każdym razem gdy duszę go w tłoku, między ludźmi i na czuja, zastanawiam się co ja właściwie przyciskam. Bo ktoś go zaprojektował praktycznie na wysokości jajek. Co jest śmieszne. Czasami.

KRZESEŁKA ZNACZY MIEJSCA SIEDZĄCE
Nigdy się nie upierałem, że wszyscy mają siedzieć bo się nie da. Projektanci spróbowali jednak zwiększyć ilość miejsc siedzących, co im się chwali. Ale tylko pod względem cyfry. W 120Na mamy 44 miejsca siedzące, w 120N aż 63. I by było zajebiście tylko jakiś inteligent wykombinował żeby niektóre foteliki przymocować pod skosem, co jest żartem okrutnym, zarówno dla siedzącego (depczą po), jak i przepychającego się w tłoku (ze dwa razy byłem bliski przyglebienia). W mieście, w którym komunikacja przez większą część doby jest zapchana, występuje zakaz montowania krzesełek pod skosem czy bokiem, bo to proszenie się o nieszczęście[2]. Innych uwag nie mam. Jak się kiedyś o czyjeś nogi wywalę, to będzie o mnie w TVN - oni lubią pokazywać płonące autobusy i tramwaje.

RURKI, TE PIONOWE, TE POZIOME ORAZ PRZYMOCOWANE DO POZIOMYCH UCHWYTY
Rurki w komunikacji to najważniejsza rzecz pod słońcem, bo jeżeli nie wsiadasz na pętli, to stoisz. Stać bez trzymanki można w tym mieście wyłącznie w metrze, w autobusach i tramwajach trzeba się trzymać. Miejsc stojących jest w Pesie odpowiednio w 120N-148, w 120Na-161. Nie ma bata żeby dla wszystkich starczyło uchwytów, trzeba łapać się rurek. Jakie rurki mamy do dyspozycji? Ano nie mamy. Rurek pionowych tyle co kot napłakał ale to rozumiem, bo nie można robić toru slalomu giganta. Należy więc, w miarę możliwości konstrukcyjnych, puścić po całej długości rurki poziome, przysufitowe. Są. Tylko co za mundral wymyślił wysokość montażu tych rurek. One są przyspawane tak wysoko, że stojąc bezpośrednio pod nią, mam chwyt na wyciągniętej praktycznie na sztywno ręce. Gdy stoję za plecami pierwszego rzędu stojących przy siedzeniach, mogę się złapać za własnego chuja.
Geniuszu projektancie - jeżeli rury nie może złapać gość, który ma 185 cm wzrostu, to ta rura jest za wysoko. W związku z czym równie dobrze mógłbyś ją przynitować na zewnątrz tramwaju. Albo u siebie w kiblu, bez różnicy. Odpowiedzialnych za ten patent wrzuciłbym do Wisły zaraz po tym, jak skończyliby tonąć goście drapiący szyby.

PODŁOGA
No dobra, żartowałem. Najgorszy patent w tym projekcie to podłoga. Nie wiem jakim trzeba być zwyrolem, żeby w tramwaju, w którym nie ma się za co złapać, zaprojektować nierówną podłogę. No nie wiem. Kolega ^norveg doniósł, że model 120Na ma słabe miejsca nad wózkami jezdnymi. Zakładam, że to o to chodzi. Pozwólcie, że wam coś narysuję (już umiem Photoshopa):

Rysunek był na szybko więc brakuje na nim ściany wagonu, rurek (których wszak nie ma) i reszty pasażerów, których się trzymam. Zaprezentowałem więc na nim gościa, który po śliskim zjeżdża w kierunku swojego bolesnego bądź ambarasującego przeznaczenia.

No przecież to trzeba mieć inteligencję betoniarki żeby w pojeździe, który jeździ po deszczu czy śniegu, robić w środku miniskocznie. Próbowaliście kiedyś na czymś takim stać? Do metra jadę średnio 10 mintu. Jak mi się wylosuje miejsce na 'nadkolu', to wysiadam na takiej kurwie, że mógłbym kogoś uderzyć. Bo to jest normalna walka o przetrwanie a nie jazda z punktu A do B. Każdego kto mi powie, że mogę się przecież przesunąć, zapraszam do 'jedynki' w porannym szczycie. Niech mi pokaże jak się nie umiem przesuwać.
Od tego gorsze są tylko schody wewnątrz tramwaju (też niskopodłogowe ale nie Pesy). Kojarzycie? Schody. Owszem, podłoga niska, wjazd luks. A w środku jebane schody. Jak w rewii albo kabarecie. Ale to już nie jest żart, bo przy gwałtownym hamowaniu albo dzwonie, nie dość, że lecisz do przodu, to możesz również polecieć w dół. Co jest tak słabe, że tutaj przestanę, bo zacząłbym przeklinać jeszcze bardziej.

HAMOWANIE CZYLI WARUNKI JEZDNE
Nie wiem o co chodzi, czy to wina starych torów, kiepskich zwrotnic czy mrozu ale Pesy jeżdżą zimą jakby miały padaczkę. Znaczy konkretniej - sama jazda odbywa się płynnie ale hamowanie i start z przystanku to jakaś parodia. Tramwaje żabkują i szarpią jak ja, gdy startowałem Maluchem na mojej pierwszej jeździe na kursie na prawko. Ale jak mówię, nie znam się i tutaj przyczyna może leżeć poza wózkami jezdnymi[3].

Rekapitulując - Pesy cieszą oko, temu nie zaprzeczę. Co z tego, skoro kilka kardynalnych wpadek spowodowało, że jeżeli mogę Pesę przepuścić i poczekać na następny kurs, to to robię. Bo jazda nimi sprawia mi przyjemność, jaką można nazwać tylko po francusku.

To jedna z pięciu najnudniejszych notek w historii bloga. Jeżeli doszliście aż tutaj i się przy okazji znacie, to miejcie na uwadze, że tekst pisałem z punktu widzenia spienionego użytkownika a nie gościa z grupy dyskusyjnej pl.misc.tramwaje.i.lokomotywy. I bardziej od parametrów interesuje mnie ergonomia rozwiązań. Zresztą parametrów nie znam.
Wszystkich, których oburzają przekleństwa przepraszam, że przyszło im obcować z tym stekiem bluzgów. Dziękuję za uwagę i do poczytania.

[1] Coś jak piaskowanie ale gnojstwo używa chyba tarki do betonu albo dłuta. W wyniku skreczowania uzyskuje się na szybie chujowo wyglądające napisy albo prymitywne rysunki. Wszystkich skreczujących związałbym drutem żyletkowym i zepchnął w styczniu z Poniatoszczaka do Wisły.
[2] Proszę nie przywoływać przykładu metra bo niemądre zaczepki mnie złoszczą.
[3] Na ślepo używam nowego słowa, którego nauczyłem się kwadrans temu. Dlatego mogę się mylić.

wtorek, 16 marca 2010

Przez łamy Gazety przetacza się, że tak rzeknę obrazowo, sztorm gówna. Po serii artykułów i burzliwych dyskusjach pod nimi (na portalu), siłę sztormu oceniam na niezłą dychę. No wiecie - 'normalni' ludzie chcą zabijać psy a właściciele psów chcą zabijać tych, którzy chcą zabijać ich psy. Nomen omen, kupa dobrej zabawy, tak oglądać, jak szacownym głowom domów, ojcom dzieciom i na co dzień umiarkowanie ekstremalnym gospodyniom domowym, coś się w pudełku na oczy odkleja i najdalej w 20 poście wątku, następuje grupowe puszczenie się poręczy i swobodny lot w paszczę szaleństwa. Co tak elektryzuje wszystkich? Jak każdej wiosny - zwykłe, banalne, nieunieśmiertelnione żadną frazą poety, psie gówno.

Miałem lecieć skatologicznie ale mi się nie chce, bo jakie gówno na trawniku jest, każdy widzi. Następnie sobie chciałem nieobiektywnie polecieć po właścicielach psów, ale mi się odechciało, bo przecież to, że się psy puszczone luzem na mnie rzucają, nie jest powodem żeby jechać po nieodpowiedzialnych tłukach. W sumie żaden z wyluzowanych piesków mnie ostatnio nie ponadgryzał więc nie mam powodów do osobistej wendetty. A odrobina adrenaliny jeszcze nikomu nie zaszkodziła[1]. Dlatego koniec końców postanowiłem wrócić do kupy, bo to fajny temat jest. I wnioskując po emocjach jakie rozpala, niesamowicie nośny towarzysko.

Tutaj był większy kawałek ale go wyciąłem, bo był wtórny, bez sensu i zbędny.

W sporze idzie o to, że psy srają a właściciele po nich nie sprzątają. Nie sprzątają gdyż:
- kupa się rozłoży w trzy dni a wasze reklamówki, niedopałki i pampersy będą leżeć 300 lat
- nie mam gdzie wyrzucać psiego kału
- brzydzę się
- moja Pusia nie kupka
- to mój pies i będzie srał gdzie i kiedy mu się spodoba a do sprzątania są odpowiednie służby, które powinny być opłacane z podatku od posiadania psa, którego nie płacę
- a odpierdolcie się ode mnie wszyscy

Bicie mętnej piany trwa już ze dwa tygodnie a mnie podczas lektury śmiech ogarnia. O czym my tu w ogóle dyskutujemy? O tym, że Polak będzie się schylał po gówno? Ktoś chyba przedawkował kawę i go poniosło. Ten promil sprzątających wynika z prostej statystyki, bo w każdej odpowiednio licznej próbie znajdą się ludzie niespełna rozumu. Reszta dalej będzie srała dokoła, skazując nas na brodzenie w nawozie. I żadne gawędy o uczeniu Polaków elementarnych zasad kultury i współżycia w większych skupiskach, tego nie zmienią. Bo my tak mamy. I skoro nie przeszkadza nam syf na klatce schodowej, to dlaczego niby mielibyśmy się pochylić nad problemem kupy na chodniku? Czysto i pachnąco ma być do progu, to co dalej nas już nie obchodzi i obchodzić nie będzie. Bo to co za progiem jest wspólne. Czyli, wybaczcie tanią propagandę, niczyje.

Dlatego uzbrojony w kolkę i popkorn, siedzę wygodnie w fotelu, patrzę na naparzających się dyskutantów i każdego dnia ronię obficie łzy ze śmiechu. Polak sprzątający po swoim psie, no tak zabawnego pomysłu dawno nie obracałem w głowie.

Jesteśmy narodem syfiarzy i brudasów a wszechotaczająca nas kiła nigdy nam nie przeszkadzała. Ten promil, któremu przeszkadzała wynika zaś z prostej statystyki. Nie ma się co napinać, bo niczego to w palącej kwestii gówna, nie zmieni. Spokoju na wiosnę życzę i się odmeldowuję, bo skoro zima umiera, to rower trzeba powoli rychtować do jazdy. Lada dzień mam nadzieję zacząć kolejny, odstresowujący sezon rowerowy Radka.

Aha, na koniec dwa pytania. Jak to jest, że kociarze nie brzydzą się grzebać w swoich kuwetach i oczyszczać je z kału swoich milusińskich a psiarzom sprawia to taki problem? Interesują mnie również logiczne argumenty za trzymaniem w czterdziestometrowym M2 dobermana. Przyznam, malowniczo prezentował się na balkonie, śmiesznie rozganiał dzieci i bardzo melodyjnie szczekał/wył po godzinach ale jakieś inne powody może mi przybliżycie? Proszę tylko o poważne anonse, wszelkie chamskie odzywki, jazdy po personach i zachowania nieobyczajne, będę traktował prądem. Ja się naprawdę chciałbym czegoś o tych psach dowiedzieć. Może w końcu przestaną mnie napadać. A gówno? Gówno sobie wypłuczę z bieżnika pod kranem. Może nie złapię żadnego robactwa.

[1] Chociaż przyznam się wam, że dojrzewam do kupienia sobie jakiejś broni hukowej. Co to i psa, i właściciela wystraszy. Bo kończą mi się siły na prowadzenie bezsensownych dyskusji z chamami na końcu smyczy, do której zapomnieli przypiąć psa.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Wszyscy słyszeli i oglądali - Warszawa, biały dzień, dwóch młodych ludzi zakłuło nożem doświadczonego policjanta, który zareagował na akt wandalizmu w wykonaniu tychże. Z mojej strony smutek, bo zginął człowiek, chwila konstatacji jak cienka granica dzieli człowieka od 'nie być' - wystarczy się krzywo spojrzeć na pojeba, który nosi przy sobie kosę i adios muchachos. Oraz oczywiście zimny dreszcz na grzbiecie, bo przecież zginął facet, który przynajmniej w teorii, potrafi się w takiej sytuacji zachować. Jak już mi to wszystko przeleciało przez głowę i w niej ułożyło, zacząłem czekać na festiwal bredni pod wspólnym, dużym tytułem: rozwydrzone wyrostki nas terroryzują, nic z tym nie robimy, strach wyjść na ulicę, znieczulica, w biały dzień zabili i nikt nie zaregował a tak w ogóle, to każdy obywatel powinien mieć ułatwiony dostęp do broni.

Cały czas pamiętajmy, że w tle naszych rozważań jest tragedia - śmierć. Dlatego jak będę pisał, że się śmiałem, to się śmiałem mając z tyłu głowy fakt, że nie żyje człowiek.

Ludzie, jak ja się zacząłem śmiać. Głównie wzruszył mnie fakt, że panowie z prasy i telewizora wyjęli głowy z dupy, wyszli na ulicę i zobaczyli, że Warszawa to nie tylko szklana siedziba ITI i nowy gmach na Woronicza ale również obsyfione autobusy i tramwaje a w nich ludzie, którzy wolą odwrócić głowę niż mieć problemy. No co za niespodzianka.

Nie chcę mi się rozpisywać za bardzo więc odniosę się tylko do jednego wątku sprawy - znieczulicy. Otóż do czynnej reakcji mogą mnie zmusić dwie okoliczności - ktoś przyfika do mnie albo do kogoś mi bliskiego. Ewentualnie ktoś się zwróci bezpośrednio do mnie z prośbą o pomoc. Sam nie zareaguję choćby się waliło i paliło. Z trzech prostych powodów, z których jeden wszystkim wołającym o znieczulicy jakoś umknął.
Powód pierwszy, najbardziej oczywisty, to strach o własne zdrowie albo, jak w tym przypadku, życie. Gnojarnia chodzi z kosami, wyłapać trzy płaskie na klatę jest łatwiej niż wyrwać w klubie laskę, bo te debile są całkowicie pozbawione umiejętności logicznego myślenia i tworzenia związków przyczynowo-skutkowych. Zresztą dla niektórych śmieci więzienie to pewnie nobilitacja, więc sytuacja jest bardzo niesymetryczna.
Powód drugi to wbudowana w moją głowę głęboka awersja do czynienia drugiej osobie krzywdy fizycznej. Mam poważny opór przed uderzeniem kogoś w twarz, kopanie leżącego wchodzi w rachubę wyłącznie podczas jazdy na ostrej adrenalinie. I to pierwsza rzecz, która wszystkim komentatorom umyka - w takich sytuacjach druga strona najczęściej dąży do konfrontacji, bo nie po to się wrzuca śmietnik przez okno tramwajowe żeby później wycofać się po usłyszeniu kilku ostrych słów. Oni się lubią bić, przemoc sprawia im przyjemność, nie mają żadnych oporów przed kopaniem człowieka po twarzy. Sytuacja jest zatem jeszcze bardziej niesymetryczna.
I wreszcie powód trzeci, który zdecydowanie umyka wszystkim, którzy potępiają w czambuł niechętnych do pomocy. Mam na myśli późniejsze jazdeczki z prokuraturą i policją. I tutaj trzy króciutkie opowieści, które unaocznią wam powód, dla którego mam centralnie wyjebane na wszelkie złe rzeczy dziejące się w przestrzeni publicznej dokoła mnie.

Okradli mnie kiedyś w ogródkach piwnych nad Wisłą. Gdyby sprawa dotyczyła tylko kasy, to bym z tym nawet nie szedł na policję, bo olewam pompowanie statystyki. No ale buchnęli mi cały plecak a tam i dowód osobisty, i komórka, i klucze do mieszkania. No i w ogóle wszystko. Jako, że nie chciałem coby złodzieje sobie jeszcze jakiś chachmęt zrobili z dowodem, poczłapałem na policję w Piasecznie (podczas rozmowy telefonicznej, policjant z Wilczej powiedział, że teraz nie mogę zeznawać, bo jestem po alkoholu więc przespałem się u kumpla i rano pognałem do domu). Od pani w okienku dowiedziałem się, że aktualnie wszyscy w terenie i żebym przyszedł za 2 godziny. Posiedziałem w parku, spaliłem pół ramki fajek, wróciłem, poczekałem jeszcze pół godziny w poczekalni, przyszedł policjant i przez jakieś półtorej godziny spisywał moje zeznania. Na specjalnym blankiecie. A potem jeszcze mi nadziabał na elektrycznej maszynie do pisania zaświadczenie, że skrojono mi dowód. Pół dnia w plecy czyli dzień roboczy w plecy.

Okradli mnie kiedyś na Nordconie. Następnego dnia pojechałem do Władysławowa, oficer dyżurny powiedział, że wszyscy w terenie i żebym przyszedł za 4 godziny. Albo mogę zeznać w komendzie właściwej dla mojego adresu zamieszkania. Po powrocie do domu, wsiadłem na rower i pognałem na komendę w Piasecznie. Naiwnie sądziłem, że o 22:30 w niedzielę będzie luz i szybko poleci. Niestety, trafiłem na rotację zmian i tak jakoś do północy czekałem, aż ktoś będzie wolny. A potem to samo - półtorej godziny spisywania zeznań, dobrze że chociaż spisujący mnie chłopak był inteligentny i wesoły, to sobie pożartowaliśmy.

Jakiś czas temu mili ludzie zmontowali dziesionę[1], w wyniku czego straciłem komórkę, klucze od mieszkania, palma, nóż do owoców[2] i pół twarzy. Wciągnęli mnie do bramy, skasowali na szybkości i zrobili na wyrwę więc przynajmniej portfel ocalał, bo mnie nie obszukali[3]. Po dwóch godzinach przeleżanych na nieprzytomce w bramie ocknąłem się, znalazłem jakichś policjantów, obejrzeliśmy miejsce zajścia, odpytali lokalnych żuli po czym wysłali mnie do domu (chociaż powinni zawieźć do szpitala na Hożą). W domu zacząłem odpływać więc kopnąłem się do szpitala (to oddzielna, bardzo śmieszna historia - spędziłem tam jakieś 10 godzin, próbując nie zemdleć i się nie porzygać). Następnie była niedziela, którą przeleżałem w wyrze z potężnymi zawrotami głowy a w poniedziałek pojechałem zgłosić przestępstwo na Wilczą. Bo wiecie, nóż, moje odciski palców - za dużo filmów kryminalnych i za dużo paranoi. I klasyk - półtorej godziny oczekiwania aż się jakiś luźny policjant znajdzie i półtorej godziny pisania zeznań. Ręcznie. Pół dnia w plecy czyli dzień roboczy w plecy.

Tak wtrętowo - we wszystkich trzech przypadkach prokuratura umorzyła postępowanie z powodu niewykrycia sprawców. Rekord - 2 tygodnie. Czyli pewnie dostali papiery z policji, wypisali blankiet i wysłali go do mnie. Ale ja nie o tym.

Zaś o prokuraturze, to ja się dosyć nasłuchałem od pracowników tejże. Po tych anegdotkach mam głęboki wstręt do jakichkolwiek kontaktów z tą instytucją i z ludźmi, którzy tam pracują i na pełnej lekkości uważają, że 10% niesłusznych orzeczeń o zastosowaniu aresztu to świetna statystyka a przedłużanie go w nieskończoność na ich wniosek nie stanowi problemu. Bo przecież oni są zarobieni.

We wszystkich trzech przypadkach boleśnie odczułem zacofanie technologiczne i braki kadrowe w policji. Oraz debilne procedury, bo w każdym przypadku mogłem takie zeznania napisać na kompie, wydrukować w odpowiedniej ilości egzemplarzy, podpisać i zostawić na komendzie, biorąc na swoim kawałku pieczątkę, że przyjęto. A potem ewentualnie mógłbym zadzwonić i po nazwisku albo PESELu dostać numer mojej sprawy. Ale nie, bo przecież są specjalne blankiety i sfrustrowany policjant, który wypełnia te rubryczki, chuj właściwie wie po co, marnując czas i swó, i mój. I teraz zastanówmy się wspólnie ile dni urlopu musiałbym wziąć i ile czasu spędzić na komisariatach i w sądzie gdybym zareagował, komuś pomógł i nie daj bóg, wysłał napastnika do szpitala? W zasadzie to pewnie na dzień dobry zamknęliby mnie na dołku i przetrzymali wydobywczo kilka tygodni, bo zapewne istniałoby uzasadnione podejrzenie, że na wolności będę mataczył. Plus bankowe przekroczenie granicy obrony koniecznej.

Dopóki w tym kraju będą istniały debilne uwarunkowania, obywatel będzie poniewierany przez system i mielony w jego licznych, ostrych trybach, nikt nie będzie reagował. Bo nikt nie jest tak pojebany żeby sobie dobrowolnie fundować ostrą jazdę bez trzymanki. Nie chciałbym też żeby kolesie, którym zrobiłem ewentualnie krzywdę wiedzieli jak się nazywam i znali dokładnie mój adres zameldowania albo zamieszkania. A gdybym stał się stroną w sprawie, poznaliby go od razu, bo takie mamy prawo. Dlatego mam do was wszystkich prośbę - jak ktoś się do was przypieprzy, to nie patrzcie w moją stronę i radźcie sobie sami. Przepraszam.

Aha, jak ktoś zechce w komentarzach napisać coś o Kapitanie Oczywistym, to może sobie śmiało pospierdalać.

[1] Dziesiona to gwarowe określenie artykułu 210 (ze starego kodeksu) oznaczającego rozbój, czyli kradzież z pobiciem.
[2] Nóż dostałem w prezencie, służył mi do obierania i krojenia owoców. Wszyscy, którzy zechcą w komentarzach napisać coś o pojebach chodzących z nożem w torbie, mogą sobie śmiało pospierdalać, bo będę banował nawet żartujących z tego tematu. Chuj wam do tego co w swojej torbie noszę, jasne?
[3] Od policjanta dowiedziałem się, że to na 95% robota narkomanów, bo ponoć to oni tak działają. Nie polepszyło mi to nijak samopoczucia.

wtorek, 21 lipca 2009

Wszyscy tłuką notki o KDT, jakby im ktoś ognisko pod klawiaturą rozpalił. To i ja sobie coś szybko napiszę.
Moje uczucia w stosunku do Warszawy wyraziłem dawno temu tym tekstem: Mój sen o W.. Po kilku latach podpisuję się pod nim obiema rękami, w dalszym ciągu kocham to miejsce a dodatkową radość wzbudza fakt, że dotrzymałem danego sobie kiedyś słowa. Cytuję 'Po pięciu latach mieszkania w miejscu cichym, miłym i peryferyjnym, wiem jedno - jestem stworzony do życia w mieście. Im bliżej centrum, tym lepiej. Dlatego mam zamiar do Warszawy wrócić.' Wracam. We wrześniu.
Każde działanie władz zmierzające do upiększenia czy ulepszenia tego miasta witam z prawdziwą, szczerą i niekłamaną radością. Bo chciałbym żeby żyło się w Warszawie fajnie. Dlatego wykopanie 'kupców' z KDT przywitałem entuzjastycznie. Nie dlatego, że uważam to miejsce za tandetny jarmark gdzie handluje się tandetnym, jarmarcznym towarem. Nie, ja w KDT kupiłem sobie mnóstwo fajnych, nietandetnych rzeczy i poznałem kilku miłych kolesiowców. Ale kurde, nie może być tak, że na najdroższym terenie w Polsce grupa awanturników próbuje przez zasiedzenie usankcjonować bezprawie. Za długo ten stał trwał i cieszę się, że w końcu ktoś pokazał, że ma jaja (o ironio, kobieta) i pogonił 'kupców' w kibinimatry.
Proponowano im alternatywne miejscówki (Propozycje). Nie skorzystali. A teraz płaczą, że się im krzywda dzieje. Panowie i panie - trzeba w końcu zacząć brać odpowiedzialność za swoje czyny i przestać na chuj liczyć. A typowym na chuj liczeniem było nielegalne siedzenie na miejscówce od stycznia 2009. Jeszcze gorszym, bo kompletnie irracjonalnym, na chuj liczeniem była wiara w to, że jak odeprą szturm sił porządkowych, to sytuacja wróci do słodkopierdzącego stanu sprzed roku. Panowie 'kupcy' - mózgi też przehandlowaliście?
Całość zakończyła się tak, jak kończą się tego typu sprawy w Polsce - 'kupcy' rozpierdolili kawałek centrum, sparaliżowali ruch i próbowali pozabijać policjantów przy pomocy płyt chodnikowych i kostki brukowej (około 11 strażniczka dostała kamieniem w głowę. Rana ciężka, dziewczyna wylądowała w szpitalu). Na szczęście ugrali tyle, że czołowi zadymiarze spotkają się z Temidą a na froncie zachodnim zapanował spokój. Mam nadzieję, że w końcu Plac Defilad zacznie wyglądać jak plac a nie kibel.
Mógłbym tu napisać jeszcze mnóstwo rzeczy ale mi się nie chce, bo napisali je inni. Wspomnę jeszcze tylko o kanaliach z PiSu. Albo nie wspomnę, bo poleciałyby wyrazy a mi po dzisiejszym fajnym dniu nie chce się bluzgać. Więc krótko - chuje z was, panowie i panie. Zwykłe, małe chuje.
Na koniec propozycja - jak już halę rozbiorą, miejsce po niej zaorają, wypalą, posypią solą i rozstawią beczki radu, proponuję spotkać się pod Patykiem i obalić na szybko szampana w intencji rewitalizacji Placu Defilad. Potem będzie można przenieść się do nowego Paradoxu, gdzie w ciszy i spokoju walniem piwo. Albo dwa. Termin proponowany - sobota, 15 sierpnia 22 sierpnia (toż 15 jest święto święconej Panienki, jeszcze nas okładą laskami), około 15:00. Kto ma życzenie niech wpada. Do zobaczenia.
A w następnej notce w końcu podam wyniki el konkurso. Co? Myśleliście, że zapomniałem. Nie ma takiej możliwości. A opóźnienie było spowodowane przyczynami obiektywnymi.

Rzutem na taśmę, w ostatniej chwili - przeczytałem tytuł artykułu na portalu gazety 'KDT - koniec epoki'. Owszem, z tym, że niekoniecznie. Ja, w kontekście dzisiejszych zdarzeń, zatytułowałbym to inaczej 'KDT - koniec chujozy'. Dobranoc.

poniedziałek, 25 maja 2009

"Blogi są czymś wręcz idiotycznym – bo pozwalają każdemu wygłaszać opinie na każdy temat anonimowo. To psuje życie publiczne. Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone."

Każdy może prawda krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczanie do krytyki panie to nikomu... Mmmm... Tak nie... Nie podoba się. Więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Tych naszych prawda punktów, które stworzymy.

To pierwsze napisał profesor Marcin Król, historyk idei. To drugie wszyscy znają. Masakrowania własnego gniazda w wykonaniu Dziennika ciąg dalszy. Całość mądrości Króla tutaj:
http://www.dziennik.pl/opinie/article385224/Idiotyczne_blogi_anonimowe.html
Ja jednak mimo wszystko będę dalej prowadził swojego idiotycznego blogaska-cmokaska.

I taka myśl na koniec - facet z epizodem opozycyjnym postuluje wprowadzenie cenzury. To demencja czy zwykła głupota?

wtorek, 07 kwietnia 2009

Żeby mi się tu nikt nie ciskał - tytuł zerżnąłem od Marka Hołyńskiego. Dwa strzały na szybko.

"Panie Premierze, czy panu nie wstyd, że TVP rządzi antysemita?". I kilka innych dramatycznych apeli oraz epitetów (neofaszysta, haniebny, obłąkana polityka, faszysta, przeciwnik solidarnościowych ideałów, zbrodnia na kulturze narodowej, puszka Pandory no i oczywiście koleś aka facet). Całe mnóstwo hehehe, autorytetów, napisało duszoszczipatielnyje listy do Tuska premiera naszego, żeby pociągnął Farfała w usto bolesne i odsunął go od zarządzania instytucją zaufania społecznego, jaką jest polski telewizor. Wajda Andrzej Reżyser napisał list. Agnieszka Holland i Kutz Kazimierz, oboje reżyserzy... reżyserowie. Ponadto Małgorzata Szumowska, takoż reżyserka. I Jan Klata. Reżyser. I Andrzej Saramonowicz. Też reżyser. Oprócz tego Joanna Szczepkowska i Jan Nowicki (aktorzy), Wojciech Waglewski (muzyk), Julia Hartwig (poetka) oraz Marek Edelman, który, mam wrażenie, podpisuje wszystko i pisze do wszystkich. Domagają się, jak już wspomniałem odsunięcia, i biadolą, że tiwi państwowe upada moralnie. A obywatelom proponują, żeby 3 maja zbojkotować publiczną i oglądać inne stacje. Że to będzie egzamin z demokracji, jak zabawnie zagaił Krzysztof Krauze w Pierwszym Liście do Widzów. Zgadliście - też reżyser.

Jak mógłbym to skomentować? W zasadzie nijak, bo jak miałbym komentować majaczenia ludzi oderwanych od rzeczywistości do tego stopnia, że wydaje im się, że społeczeństwo nie ma ważniejszych spraw na głowie od tego czyi kolesie dzielą pieniądze na Woronicza. Dopóki będzie Klan, M jak Miłość i Złotopolscy, obywatele będą mieli serdecznie w dupie to, czyj ziomek rządzi w tiwi. I oleją wasze płacze, że nie ma już kasy, bo teraz brunatni dzielą. Bojkot, też żeście sobie wymyślili.

Jak ktoś chce sobie poczytać całość, to niech klika w linka: http://wyborcza.pl/1,75475,6469282,Nie_dla_Farfala.html
Kilka dodatkowych smakowitości w rilejtsach ('Zobacz także' w czerwonej ramce po lewej stronie).

"Jeśli ten naród zostałby wyzuty z więzi religijnych, stałby się dramatycznie gorszy, krótko mówiąc, zeszmaciłby się na skalę masową w krótkim czasie".
"W Polsce alternatywą dla katolicyzmu może być tylko nihilizm spod budki z piwem".
Takie oto mądrości wydobył z siebie Jan Maria Rokita. Nie mam siły komentować tych bredni, bo każdy może je sobie skomentować sam. Mogę jedynie odpowiedzieć innym cytatem:
"Vee belief in nossing. NOSSING!!! Tomorrow vee come back und cut off your chonson. VEE CUT OFF YOUR CHONSON!!! Und maybe vee stamp on it und skvush it".
A wszystko to oczywiście pod budką z piwem.

Chwilowa przerwa w nadawaniu była spowodowana galopującym mesjanizmem i chęcią zmienienia świata przy pomocy swojego pisania. Udało mi się to jakoś rozchodzić dzięki czemu może znowu odnajdę radość w tworzeniu tak niepotrzebnych i płytkich tekstów jak Wujek Dobra Rada.

sobota, 02 sierpnia 2008

Kocham poranne powroty, podczas których słońce wyzłaca mi drogę do domu. Kocham poranne powroty podczas których zawsze mam miejsce siedzące w 'dziewiątce'. Kocham śniadania w kebabie na Brackiej albo w KFC na Jerozolimskich (Donald MC ze swoimi obowiązkowymi zestawami śniadaniowymi śsie pałę na maksa) gdzie znam już wszystkie poranne sobotnie zmiany. Kocham Warszawę budzącą się z lekko pijanego, piątkowo-sobotniego snu. I kocham leniwe, duszne metro, w którym w oczekiwaniu na wagonik, można przysiąść pod zimną ścianą by się lekko ostudzić. A najbardziej kocham sytuacje, w których wystarcza zwykłe, ludzkie 'wypierdalaj', podczas gdy 14 godzin później byłoby mordobicie. Ale jednej rzeczy nie rozumiem.

Skąd w was skurwysyny chęć do zaczepiania lekko upitego, lekko śpiącego, lekko wkurwionego, ważącego tyle co cała pierwsza klasa podstawówki razem z nauczycielką, tablicą i ławką klasowego prymusa, łysego kolesia w czarnych bojówkach i w glanach, który wygląda jak idź stąd? Czy wy chuje nie macie instynktu, który pozwalał przetrwać nam w ciemnych, niedogrzanych jaskniach przez dzikie bestie otoczonych? I czy wam się naprawdę wydaje, że uśmiech samozadowolenia na mej twarzy oznacza 'zaczep mnie pod hotelem Forum a będzie fajnie'? Składam tedy solenną obietnicę, że następnym razem najpierw wykurwię ci w ryj a potem będziemy rozmawiać. Jak się nie potrafisz zachować, to cierp. No co za syf i ogólne nieporozumienie.

Impreza zaś była przednia.

wtorek, 29 lipca 2008

Boże jaki miły wieczór
[...]
czułem jak wyzwalam się
od zbędnego nadmiaru energii
którą natchnęła mnie ta pora dnia

możliwe że jako blogujący mógłbym użyć jej inaczej
np. napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek

ale...

Dzisiaj jakoś mi się pieniądze pokończyły, a że prędzej piekło zamarznie niż ja zapłacę Euronetowi choćby grosz prowizji za wypłatę z bankomatu, nie było jak dotankować. Musiałem więc zrezygnować z godziwego posiłku w fabryce i opędzić dzień paczką paluszków i dwoma batonami energetycznymi na ziarnie. Dosępiłem jeszcze ciastek i chrupek na imprezie pożegnalnej kumpla i jakoś te okrutne osiem godzin przewegetowałem. Po powrocie do domu wydoiłem bankomat i zacząłem się zastanawiać coby tu przetrącić na kolację. Dwadzieścia pięć po siódmej zdecydowałem, że będzie to chińszczyzna z centrum Piaseczna. Niestety, gdy przypedałowałem na miejsce był kwadrans do dwudziestej i wrota u Chińczyków były szczelnie zawarte a jakiś pan stojący przed nimi powiedział mi 'siema stary'. Niezrażony przeturlałem się do kebaba tuż obok ale ten również był już zamykany. Nacisnąłem mocniej na pedały i przemknąłem do kolejnego Chińczyka. Za dziesięć ósma zastałem tam zaciągnięte kraty i wielką kłódkę antywłamaniową na nich.

Coś mnie tknęło i już po ośmiu latach mieszkania w tym mieście seksu i biznesu postanowiłem ocenić resztę jego bazy gastronomicznej. Małej gastronomii, kebaba, chińczyka, wietnamczyka czy bułgara nie stwierdziłem. Dwie restauracje oferowały ceny restauracyjne a ja akurat na schabowego za 22 złote ochoty nie miałem, bo wolę za tą kasę kupić kilogram indyka i mieć dwa obiady. Sushi jest dla mnie niezrozumiałym fenomenem, bo nie jestem w stanie pojąć co zachwycającego jest w surowej rybie, wodorostach, ryżu i wątłej dawce warzyw oblanych pikantnym sosem o smaku oleju silnikowego. Rarytasik ów pozostawiłem więc snobom i prawdziwym smakoszom i ruszyłem w dalszy objazd. Konstatacja była smutna - jedyne co o 20:30 ma mi do zaoferowania Piaseczno, to mało apetyczna garmażerka wyłożona w delikatesach Alma i kilku sklepach osiedlowych. Na ciepło mogę łupnąć jedynie sake i trzykrotnie przepłaconego kotleta. Oraz pizzę z jednej z czterech pizzerii, którą to pizzą już rzygam.

Brak możliwości zjedzenia czegoś ciepłego nawet mnie specjalnie nie zwilżył, bo uwagę mą przykuła inna rzecz. Gdy swego czasu pracowałem w usługach, sformułowanie 'sklep zamykamy o 22:00' oznaczało nie 'o 21:30 zamykamy wszystko na głucho, robimy kasę i za pięć dziesiąta wypieprzamy do domu' a 'o 22:00 zaczynamy delikatnie dawać klientom do zrozumienia, że za chwilę zamykamy'. No ale ja bywam dziwny. Sprzedawcy w trzech odwiedzonych przeze mnie na początku jadłodajniach doszli do wniosku, że o 20:00 to się śpi a nie je. I zamknęli na tyle wcześniej, żeby chamstwo nie miało pokusy i nie żarło zbyt późno. A potem mi płaczą małe chujki, że nie opłaca się w Polsce prowadzić interesu. Jak dla mnie to wystarczy otwierać na przykład o 10:30 (bo kto normalny wciąga chińszczyznę na śniadanie) i zamykać o 21:00. Z tym że kim ja jestem, by pouczać polskich przedsiębiorców jak pracować?

Na kolację zjadłem garmażeryjne pierogi z czarnymi jagodami na zimno, polane bitą śmietaną. Przygotowanie tej rozkosznej pychotki zajęło mi 3 minuty, produkty kosztowały 15 złotych zaś satysfakcja i wrażenia smakowe - bezcenne. A puenta? No cóż...

.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka

PS. Miałem napisać pełną wrażeń i barwnych opisów notkę z rejsu na Zawiszy (tak, przez tydzień bujałem się na Zawiasie, możecie mnie dotknąć). Stwierdziłem jednak, że to wymaga namysłu i odpowiedniego stanu ducha. Pewnie dlatego taka notka nigdy nie powstanie, bo na ile akapitów można rozdąć zdanie: żałujcie, że was tam nie było, bo było bajecznie? Ale jeszcze pomyślę i jak wyzdrowieję, to może coś skrobnę. Ze zdjęciami na ten przykład. Ale nie traktujcie mych słów jako wiążącej obietnicy, bo nie chciałbym być znowu sprawcą jakichś rozczarowań.

 
1 , 2 , 3 , 4