To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony

Muza. Dziesiąta.

czwartek, 18 lipca 2013

No więc ja z tej strony, chciałem wszystkich miłośników dobrej zabawy latem, zaprosić do oglądania filmu Pacific Rim gdyż jest dobry i nie słuchajcie takiego jednego krytyka, co nie mogę o nim pisać oraz innych, którzy się nie znają. Wywlekają temu biednemu Guillermo Labirynt Fauna, żgają go nim w oczy, zupełnie jakby kiedykolwiek Del Toro miał ambicje być reżyserem filmów bardzo ambitnych. Przecież odkąd pamiętam, ziom robi horrory akcji: Mimic, Blade II, Hellboy I/II. Nawet ostatnio (w sensie ostatnio ją przyczaiłem w księgarni, bo napisał ją w 2009) książkę o wampirach napisał (Wirus, do spółki z Chuckiem Hoganem).
To czego wy właściwie od niego, panowie krytykanci, chcecie?
Pacific Rim składa się z samych wad:
- jest przewidywalny do bólu, co udowadnia znany krytyk na F., bo panta rhei i wszystko było
- wszyscy na sali wiedzą, co się za chwile stanie
- przewidywalny do bólu scenariusz
- film nie potrafi niczym zaskoczyć
- dialogi, bardzo niedobre dialogi są
- co nie jest zaskakujące, bo wszystko w tym filmie jest przewidywalne do bólu, a zwłaszcza scenariusz
- patos, lany w oczy i do gardła patos, wszędzie patos, o patos się potykamy i w ogóle
- wszyscy wiemy jak film się skończy
- oraz, wedle krytyka na F., emocji w tym wszystkim tylko trochę więcej niż na grzybobraniu, bo wszystko już było i panta rhei

Do nielicznych zalet należą:
- jest przewidywalny i schematyczny, weźcie dziewczynę na randkę, zaimponujecie jej znajomością klisz i wbijecie over 9000 punktów krizmy, lansu i zajebiozki
- Hunnam i Perlman i Elba i Martini oraz urocza i zjawiskowa Rinko Kikuchi, która jest taka rozbrajająca, że chciałem ją posadzić sobie na kolanach, przytulić i głaskać po włosach oraz oczy ma uroczne
- Del Toro żongluje konwencjami tak, że koleś z trzema piłami łańcuchowymi to przy nim amator
- i prawie ani razu nie przeszarżował
- są w tym filmie mechy
- które są duże i groźne i wredne
- chiński ma trzy ręce zakończone wirującymi ostrzami - TAI-CHI, MOTHELFUCKEL!
- oraz Cthuliczne potwory spoza czasu i przestrzeni
- I ONI SIĘ NAWZAJEM NAPIERDALAJĄ NA PIĘŚCI!!! (oraz te wirujące ostrza)
- a jak już myślisz, że nie może być lepiej, mech wyciąga miecz. WIELKI, PIERDOLONY MIECZ
- to wtedy właśnie zaczęliśmy wszyscy bić brawo po raz kolejny
- a potem biliśmy brawo jeszcze kilka razy, tak najbidniej ze dwa
Kolesie siedzą w głowach mechów, w parach (Chińczycy we trzech) i są ostatnią nadzieją ludzkości. Z dziury w dnie morza wychodzą potwory, które znamy z Lovecrafta. I leją się między sobą na pięści, ostrza, ogony, paszcze i działka plazmowe.
Przepraszam, czy może być lepsza rozrywka na lato? Przez pół filmu siedziałem na skraju fotela i czułem się jak dziesięciolatek a uczucie, które wzbudzały we mnie mechy brodzące w oceanie, da się opisać wyłącznie po francusku. Jak można nie pokochać tego filmu?
Oraz Hunnam w pewnym momencie zaczyna bić Cthulhu tankowcem. Wybacz, twój argument jest inwalidą.
Do kina bez dyskusji.

piątek, 17 maja 2013

Miałem zacząć z wysokiego C i zacząć jechać znowu po rowerzystach, że niby patrzcie, trzeci dzień z rzędu, jaki ze mnie monotematyczny gość ale nie chce mi się, bo to by przecież było tak zabawne jak śrubokręt wbity w udo. Więc sobie odpuszczam.

Jak jeszcze miałem kablówkę, to pasjami oglądałem w zasadzie dwa kanały (plus 3 kolejne od okazji do okazji). Te pasyjne, to był Eurosport (wiecie, tenis ziemny, darts, snooker albo curling to są piękne dyscypliny sportu) oraz kuchnia.tv. Oglądanie tej ostatniej na gastrofazie dało nam kilka pomysłów na twórcze wykorzystanie zawartości mojej lodówki, na którą zazwyczaj składało się kilka puszek i lód.

W kuchni.tv świetne było praktycznie wszystko. Do tego stopnia, że nawet ten psychopata Ramsey mnie nie irytował. I łykałem bez popity dwójkę wegetarian, którzy przygotowali wegetariański smalec a przecież normalnie to bym zaczął wykrzykiwać obelgi i kopać w odbiornik. Tak, kuchnia.tv łagodziła obyczaje i była świetna. Ale najlepszy na świecie był, jest i będzie

BACZNOŚĆ!
Anthony Bourdain
SPOCZNIJ!

Nawet nie wiem gdzie i jak zacząć śpiewać hymny pochwalne na jego cześć, więc się nie będę wygłupiał.
Gość nakręcił dwa cykle programów: Bez rezerwacji i Podróż kucharza[1], które są tak dobre, że właściwie nawet nie będę ich tu specjalnie reklamował tylko idźcie i oglądajcie, bo są piękne, dobre i warto. Warto, bo gość ma świetną stylówkę, takie poczucie humoru jak lubimy, odpowiednią mieszaninę sarkazmu, ironii i ogólnie pojętej doskonałości i się zaplątałem.
Jak już myślałem, że nic lepszego nie zrobi, on sobie wymyślił program Parts Unknown i to jest w tej chwili najlepsza rzecz w całej telewizji świata. Bo to nie jest tak, że on przyjeżdża, zjada rzeczy, poględzi i jedzie dalej. Nie, to seria przede wszystkim o ludziach, jedzenie jest tu przy okazji. Oglądanie egzotycznych miejsc w takiej optyce jest bardzo pouczające i odświeżające. Co najciekawsze, on potrafi egzotykę znaleźć w miejscu tak zdawałoby się pospolitym i oswojonym jak Kanada (swoją drogą był to odcinek, na którym przez cały czas płakałem ze śmiechu) czy LA (gdzie odwiedził Koreatown i miałem mieszane uczucia, pozdro dla kumatych).

Wczoraj pokazał mi marokański Tanger i nagle wszystko do mnie wróciło i uderzyło w pysk obuchem, że ja przecież nie dokończyłem swoich rejsowych opowieści. Może to będzie dobry moment, żeby do tego wrócić i zobaczyć ile wrażeń przetrwało próbę czasu.
To jest Bourdain taki jak zwykle, tylko bardziej i ja kupuję go bezkrytycznie. Jak dorosnę, to chciałbym być przynajmniej w połowie tak zajebisty jak on[2]. Albo inaczej. To jest taki koleś, z którym chętnie byście poszli napić się wódki. Jak ja go uwielbiam.

[1] Dopiero po jakimś czasie okazało się, że moją znajomość z Bourdainem zacząłem od najbardziej hardkorowego odcinka tego cyklu. Wróciłem do domu, padłem na fotel, włączyłem kuchnia.tv a tam jakiś Wietnamczyk podaje dziwnie uśmiechniętemu kolesiowi, bijące serce kobry na małym talerzyku. I ono naprawdę ciągle biło. Typ zjadł, przepił wódką, przepalił papierosem i dalej się dziwnie uśmiechał. To było coś. Oraz wiem, że on tych cykli nakręcił więcej ale nie będę szpanował, bo spoglądałem tylko na te dwa.
[2] Do tej pory nie przeczytałem żadnej z jego książek ale nie jest mi przykro z tego powodu, bo to przecież oczywiste, że czekam z nimi na odpowiedni moment. Coś czuję, że nastąpi on po ostatnim, ósmym odcinku Parts Unknown. 

czwartek, 02 maja 2013

Wszyscy siedzą i zamulają w pracy albo na zimnym urlopie (sprawdzić czy nie ZAGRANICO), w feedzie dostaję wyłącznie fotki kotków (dzięki czemu, niektórzy z was właśnie zostali moimi dalszymi znajomymi) i narzekania, że w kraju zimno, na zachodzie bez zmian i się ktoś przeziębił (nie spać przy otwartym oknie). W ogóle, wydaje mi się, że tylko ja się na dzisiaj tak załatwiłem, że mam do zrobienia trzy prezentacje i jakieś pół giga raportów okresowych.
Dlatego korzystam z tej krótkiej chwili przerwy i nie mieszkając przechodzę do meritum.
Incepcyjnie było. W The Big Bang Theory (dalej jako TBBT, chociaż nie jestem pewien, czy będę dalej w tekście korzystał z tego tytułu), Sheldon w swoim wątku, zaczął płakać, że serial Alphas skończył się cliffhangerem, w związku z czym zaczął wydzwaniać do wytwórni i do twórców serialu. Do pierwszej, żeby wznowili produkcję, do drugich, żeby się dowiedzieć jak ewentualnie chcieli to zakończyć.
Stwierdziłem zatem, że zerknę o co chodzi. Chodzi o to, że Alphas to serial niemalże identyczny z Heroes, którzy byli oglądalni w pierwszych dwóch sezonach i nawet mi się podobali, stwierdziłem więc, że popatrzę na Alphas (o matko, co za złe zdanie mi wyszło).
Superludzie z supermocami, no co za odkrywczy temat. Nie pamiętam już dobrze Heroes, ale mam wrażenie, że Alphas zrzynają jota w jotę. Jedno im trzeba oddać - wymyślili fajniejsze i bardziej realistyczne[1] supermoce, moim faworytem jest super snajper i koleś widzący jakie skutki wywołają różne akcje (w skrócie), dzięki czemu mamy fajną scenę ucieczki z opancerzonego pojazdu.
I zanim się zorientowałem, wkręciłem się w pierwszy sezon. A potem przyszedł drugi, w którym wszyscy bohaterowie postanowili zostać skurwielami. A potem zaczęła coraz częściej pojawiać się Summer Glau i serial skasowano[2]
Kasacja serialu, którego drugi sezon zakończył się cliffhangerem? Co za chuje bezlitosne. Doszedłem do finału drugiego sezonu, obejrzałem tego cliffhangera i zacząłem dumać nad bytowaniem. Pierwsza myśl była mało odkrywcza i chyba niezbyt oryginalna, bo brzmiała nie ma bytu bez odbytu.
Druga pogrążyła mnie w smutku, bo stwierdziłem, że chyba jestem jakiś głupi bo albo czegoś z serialu nie zrozumiałem, albo nie znam znaczenia słowa cliffhanger.
Trzecia zaś była taka, że Chuck Lorre (twórca TBBT, wiedziałem, że może się przydać w dalszej części tekstu) nie wie co mówi. Przecież zakończyli to tak, że można sobie wymyślić swoją własną wersję i mieć wyjebane na fakt kasacji.
No i mam zgryz.
Jak podobali się wam Heroes, macie dwa dni do zabicia i świadomie przyjmiecie na klatę fakt, że Alphas to serial bardzo podobny, możecie obejrzeć. Jak nie, to nie. Ale jak nie, to stracicie szansę na to, żeby mi wytłumaczyć, w którym miejscu myli się Lorre. Albo ja.
Wróć, w sumie to żadna zachęta. Oglądacie na własne ryzyko, reklamacji nie przyjmuję.

[1] W sensie nikt nie lata nad Manhattanem, chociaż koleś śmigający po suficie jak jaszczurka, bardzo mnie rozśmieszył. Nie będę dyskutował na temat zestawienia ze sobą słów realistyczne i supermoce.
[2] Istnieje teoria, że Summer Glau jest inkarnacją boginii pecha i niskich oglądalności, i wszystkie seriale, w których występuje albo pojawia się w więcej niż 3 odcinkach, zostają wkrótce skasowane. Firefly, Terminator:SCCh, 4400, Unit, Dollhouse, Cape, Alphas. Przypadek? Nie sądzę. 

wtorek, 21 lutego 2012

Oglądam dużo seriali bo nie potrzebuję spać długo. I się zastanawiam co się porobiło z kilkoma produkcjami, które rokowały, które polubiłem a potem zeszło z nich powietrze. Dalszą część notki czytacie na własne ryzyko, bo zapodaję umiarkowane spojlery. Będzie też jedno pytanie retoryczne, ale to na koniec.

American Dad udowadnia, że ciągnięcie przez jedną ekipę trzech seriali równolegle, powoduje wystrzelanie się z pomysłów. A tak lubiłem Klausa.

Californication udowadnia, że nie każda syfiasta sytuacja, w jaką twórcy pakują Hanka (i/lub jego rodzinę) będzie bawić widza. Bo ile można oglądać ludzi robiących sobie nawzajem w życiu gnój. I co z tego, że z uśmiechem na ustach. A tak lubiłem Runkle'a i Beccę i Marcy i Karen. I nawet Hanka.

Fringe udowadnia, że bez pomysłu na jakąś konkluzję, można pociągnąć jeden serial i oszukać pół świata (aczkolwiek o Lostach złego słowa nie powiem, bo to był jeden z seriali, który uratował seriale). Jak się próbuje to zrobić z drugim, ludzie stają się nieufni. Czy ktoś mi może z ręką na sercu powiedzieć, że wie gdzie zmierza scenariusz? Kurde, ja mam momenty gdy wydaje mi się, że przegapiłem jakiś poprzedni sezon, bo co drugi odcinek rzucają mi retrospekcje, których nie kojarzę i nie pamiętam. A tak lubiłem Waltera.

Alcatraz udowodnił, że, w sumie niezły, ale jednak tylko pomysł, to za mało żeby robić kolejny serial z cyklu monster of the week i zainteresować tym kogoś więcej od swojej starej, sąsiadów z klatki schodowej i rodzin aktorów.

How I Met Your Mother udowadnia, że wystarczy jeden legendarny ziom w garniturze i ludzie będą oglądać serial, który przestał być śmieszny trzy sezony temu. A tak lubiłem cały skład.

Weeds udowodnił, że zmiana piosenki z openingu jest najlepszą metodą żeby zabić niezły serial. Przyznacie, że taka korelacja jest nieco straszna ale przyznacie również, że Weeds bez Little Boxes zamienił się w niestrawnego gniota. A tak lubiłem Douga i Andego.

Two and a Half Men udowadnia, że trzeba być wielkim optymistą by wierzyć, że zamiana Charliego Sheena na Asthona Kutchera może się udać. Charlie, na zawsze pozostaniesz w naszych sercach bo twoje choroby weneryczne były siedem razy ciekawsze od problemów sercowych Waldena. I tak lubiłem Bertę.

Walking Dead udowadnia, że w przypadku zombie sprawdza się albo szkoła Romero (zrobić pełny metraż i zamknąć gatunek) albo szkoła brytyjska (krótki sezon albo dwa i finał). Wyprawa do Centrum Chorób Zakaźnych była ekscytująca i wciągająca. Wyprawa do... No właśnie, gdzie oni teraz właściwie idą? Więc ta wyprawa jest interesująca jak leczenie kanałowe. A tak lubiłem eksplodujące fragmenty zombich.

House udowadnia, że Hugh Laurie, kurwa!!! A wszystkich, którzy chcieliby powiedzieć złe słowo napominam, że to ostatni sezon i że nie będzie już Grega cytującego wielkiego mędrca Micka Jaggera. Więc wiecie, trochę ciszej nad tą trumną.

White Collar udowadnia, że nie można rozwiązywać głównej sprawy w połowie sezonu. Od kilku odcinków serial sobie gdzieś dryfuje i boję się, że zdryfuje do matecznika niskiej oglądalności i go zabiją. Byłoby szkoda, bo bardzo lubię Mozziego.

Mentalist udowadnia, że Red John jest bardzo ciężki do zabicia i że można zrobić sezon o niczym. Bo o czym jest aktualny sezon? Szkoda, bo bardzo lubię Patricka i Cho.

Castle udowadnia, że wystarczy Nathan Fillon i można ciągnąć 4 sezony fajnego serialu bez wyrazistej przewodniej linii fabularnej. Bo jeden odcinek na sezon to było trochę za mało. Ale tu się nie dam, bo za bardzo lubię cały skład. Może scenarzyści innych produkcji powinni się udać po poradę do tej ekipy?

2 Broke Girls udowadnia, że można wziąć obsadę z twarzy podobną zupełnie do nikogo, dać im do odegrania śmieszne sceny, eksploatować, w granicach rozsądku i ewentualnych pozwów, stereotypy rasowe, pozwolić się dziewczynom bawić na planie i nie przejmować się megatoną nienawiści i fatalnych recenzji, jakie towarzyszyły serialowi od samego początku. Bardzo się cieszę, że nie skasowali serialu po kilku pierwszych odcinkach, bo to teraz mój ulubiony sitcom.

Hustle (Misfits, Sherlock, Doctor Who, wstaw swój ulubiony serial z Wysp) udowadniają, że Anglicy to ludzie pozbawieni serc, dusz i sumienia. Jak można robić sześcioodcinkowe sezony?
Pytanie retoryczne było związane z serialami brytyjskimi i sam sobie w międzyczasie na nie odpowiedziałem. Dziękuję za uwagę.

środa, 03 listopada 2010

Półtora roku nie pisałem, bo teraz wszyscy oglądają, się znają, piszą, mówią, dyskutują więc co się będę wyrywał. Ale jako, że szarpnąłem w trzy godziny coś, co normalnie zajmuje mi dzień, postanowiłem zrobić sobie nagrodę. I wam napiszę.

Odcinek ma na celu dwie rzeczy. Po pierwsze, będziecie mogli zorientować się jak jałowy przebieg ma moje życie, bo w zasadzie poza pracą, książkami, serialami i spotkaniami przy alko w gronie znajomych i przyjaciół, nie mam na nic czasu. Po drugie, jak już się kiedyś przełamiecie i się do mnie przy tym alko przysiądziecie, będziecie wiedzieli o czym zagaić żeby rozmowa nie zgasła po trzech sekundach.

Możecie do mnie na przykład zagaić o fajnej książce, opowiedzieć interesująco interesującą dykteryjkę portową, zapoznać mnie ze swoją młodą i atrakcyjną koleżanką[1] albo pogadać o serialach. I właśnie z seriali wam zrobie ściągę. Poniżej to, co mniej lub bardziej regularnie oglądam w tej chwili.

American Dad - jest tak głupi, że boli. Nie ma praktycznie Klausa. W zasadzie nie wiem dlaczego ciągle to włączam.

Big Bang Theory - bo Sheldon to aktualnie najlepiej grana postać w serialach. Bo dalej śmieszy do skurczu przepony. Bo to dla mnie w tej chwili najlepszy sitcom.

Caprica - po pilocie wszystko mi wystygło. Ale była trochę nuda więc wróciłem do oglądania. Na drugi sezon czekałem z pewną niecierpliwością, bo naprawdę chcę się dowiedzieć jak powstali Cyloni i dlaczego 12 kolonii zniszczono za nasze grzechy.

Castle - bo Nathan Fillion jest świetny. I jego matka jest świetna. I córka. I para detektywów. I Beckett też. Co z tego, że scenariusze coraz durniejsze jak one-linery coraz śmieszniejsze.

Chuck - od sezonu trzeciego bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby, bo wolałem Chucka jako pracownika Buy More niż Chucka jako prawdziwego szpiega.

Community - wpadł mi na listę przypadkiem i nagle okazało się, że jest śmieszny. Troy i Abed to świetna para komediowa. Ostatnia pół minuty każdego odcinka to pokaz przepysznej psychodelii. I jest stary Chevy Chase, którego uwielbiam za to, co mi zrobił w dzieciństwie. Śmieszył do łez.

Cougar Town - fajna grupa ludzi, trochę śmiesznych momentów i Courteney Cox, która starzeje się tak pięknie, że oczu nie mogę oderwać.

Desperate Housewives - jedyny serial, który potrafi mnie autentycznie wzruszyć. I nieważne, że Gabrielle Solis to najbardziej obrzydliwy charakter jaki miałem okazję spotkać przez ostatnie 10 lat, gospodynie z Wisteria Lane dają radę.

Dexter - odkąd zabrakło osoby, która swoją manierą aktorską doprowadzała mnie do płaczu, serial ogląda się dużo przyjemniej. Następnie twórcy zlikwidowali kolejną tego typu postać. Potem zrobili to jeszcze raz. Lubię twórców, którzy tak celnie odgadują moje antypatie i natychmiast robią mi dobrze. Oczywiście lubię też Dextera Morgana. No i krew jest.

Entourage - serial zjeżdża po bardzo stromej pochylni ale trwam dzięki przerysowanemu ale brawurowo zagranemu przez Pivena, agentowi głównego bohatera. Ari Gold to świnia, bydle, koniunkturalista, konformista, ochłap ludzki. No ktoś, kogo nie chcielibyśmy mieć ani za przyjaciela, ani za wroga. A mimo wszystko wzbudza jakąś perwersyjną sympatię. Do tego tworzy przepiękne, piętrowe przekleństwa, których mogę słuchać w kółko gdyż lubię dobry bluzg.

Eureka - kto nie lubi szeryfa Cartera ten konfident. Chociaż przeskok w czasie z ostatniego sezonu nie służy serialowi, to i tak fajnie się mi to ogląda. No i Erika Cerra, której nawet korekcja nosa nie dała rady zeszpecić.

Family Guy - obleśny i głupi. Oglądam z tych samych powodów, z których patrzę na American Dad. Oh, wait - nie ma żadnych powodów. No dobra, wymyśliłem trzy - Stewie, Brian oraz to, że odcinek trwa tylko 20 minut.

Fringe - na początku śmiałem się oglądając. Teraz uważam, że się myliłem, bo to kawałek dobrego filmu z pogranicza sf i sensacji. Widać, że chcieli przycelować w X-Files ale w odpowiednim momencie przestali się wygłupiać, robią swoje i sprawiają mi swoją robotą przyjemność. Nie zepsujcie tego.

Futurama - w ogóle jakieś pytania są tutaj?

Good Wife - nie lubię dramatów sądowych ale ten mnie jakoś kupił. Dobrze zagrany, drugi sezon się w końcu rozkręcił i zaczęli knuć z większym rozmachem. Do tego Will Gardner z Eli Goldem zamiatają jak mistrzowie curlingu. Bym zapomniał - Archie Panjabi jest tak zjawiskowa, że w niektórych momentach z trudem oddycham. A właściwie dyszę.

Grey's Anatomy - gonię z sezonami ale widzę, że może być problem. Stężenie emo i słodyczy jest takie, że grzęznę. Z drugiej strony Sandra Oh. Jeszcze nie zdecydowałem.

Hellcats - na wpół rozebrane ładne dziewczyny tańczą i robią szpagaty. Poważnie pytacie mnie o scenariusz?

Hot in Cleveland - nawet nie bardzo jestem w stanie opowiedzieć o czym to jest ale trzy ładne panie pod czterdziestkę i ich stuletnia sąsiadka (rewelacyjna Betty White) dostarczają mi co tydzień 20 minut dobrej zabawy.

House - gdzieś tak w okolicach 4 sezonu serial zaczął mnie przerażać, bo każdy kolejny odcinek był lepszy od poprzedniego i każdy kolejny sezon był lepszy od poprzedniego. Według mnie trend utrzymany. Do tego Hugh Laurie jest jednym z tych nielicznych facetów, z którym poszedł bym do łóżka (pomimo tego, że heteroseksualizm mnie cechuje).

How I Met Your Mother - sezon piąty walił malizną, że aż strach. W tym się odkuli i stali się na powrót śmieszni. I tylko Barney był nieustająco awesome. Bo jakby Barneya zabrakło, to szybko bym HIMYM odsubskrybował.

Lie to Me - nie mam pojęcia w jakim właściwie kierunku ten serial dąży ale Tim Roth mówiący do kobiet 'love' wysładza mi nieco tę wycieczkę bez przewodnika.

Melissa and Joey - my guilty pleasure. Rzeczony sitcom jest tak głupi, że zgroza. Pewnie dlatego mnie trochę śmieszy. A ja potrzebuję dużo śmiechu, bo śmiech jest najlepszym wynalazkiem na świecie.

Mentalist - w pierwszych sezonach Patrick sprzedawał dużo fajnych sztuczek mentalisty, teraz juz trochę mniej. Wątek Red Johna raz znika na pół sezonu, raz zajmuje trzy kolejne odcinki. Nie czuję żadnej chemii między bohaterami. Sprawcę wskazuję najdalej po kwadransie, bo zagadki kryminalne są najczęściej mało finezyjne. Podpowiedzcie mi, dlaczego ja to dalej oglądam, bo właściwie nie wiem?

Modern Family - drugi najśmieszniejszy po BBT sitcom, jaki aktualnie leci w telewizji. Obsada bezbłędna a Ed O'Neil, jego latynoska żona i syn Manny to najbardziej zabójcze kombo we wszechświecie. Jak wam ktoś mówi, że Modern Family jest słabe, to znaczy że nie jest w stanie odróżnić dobrego, inteligentnego i śmiesznego sitcomu od martwej kuny w sosnowym młodniku.

Sanctuary - dobrze zbalansowany udział odcinków głównotematowych ze standalonami[2], są eksplozje, są abnormals (nie wiem jak to przetłumaczyli na polski), jest wilkołak, jest Wielka Stopa, jest Amanda Tapping (kolejna aktorka, która im starsza tym lepsza), jest Agam Darshi (podoba mi się ostatni trend na wrzucanie do obsady osób o egzotycznej urodzie rodem z Bollywood, bardzo mi się podoba). I w ogóle jest miło.

Sons of Anarchy - pisałem kiedyś dlaczego go lubię, nic się nie zmieniło. Jeden z najlepszych aktualnie emitowanych seriali.

South Park - chłopaki mają niesamowitą zdolność - średni odcinek, przeciętny odcinek, słaby odcinek, fatalny odcinek, przestaję was oglądać ale dam wam ostatnią szansę, fatalny odcinek, który ratuje scena dla mnie genialna. W bieżącym sezonie się rozszaleli, bo w odcinku ostatniej szansy wkleili zarówno Mechaniczną Pomarańczę (co było po nastajaszczy horror szoł), jak i Cthulhu (co było bardzo fhtagn).

Supernatural - Kripke opowiedział to co chciał opowiedzieć w pięciu sezonach. Sezon szósty groził katastrofą. O dziwo daje radę. Zresztą nie czarujmy się - przygody braci oglądałbym nawet gdyby trafili do domu Ridge'a.

Terriers - cichy bohater aktualnego sezonu. Świetna nuta w openingu, ładne scenariusze, fajna drama (odcinek 7, z siostrą, rozdziera serce na pół), inteligentny humor, nienachalne, finezyjne teksty w stronę widza. Nic tylko siadać i oglądać.

Two and a Half Man - alkoholik, irytujący głupek i nieśmieszny nastolatek. Serial moim zdaniem powoli się stacza ale na razie mają dobry współczynnik śmiechu na odcinek więc oglądam. Bo jak już pisałem wcześniej, ja potrzebuję śmiechu jak tlenu. Życie bez śmiechu to śmierć za życia.

Weeds - mam wrażenie i nadzieję, że moja wspólna podróż z Nancy dobiega końca. Nie wiem co się stało pani Kohan ale tak epickiego dżampnięcia szarka i spieprzenia świetnego serialu to ja nie pamiętam. Specjalnie dla tych, którzy zaczynają z Weeds ukułem teorię - serial zaczął się kiepścić odkąd z openingu wyleciała piosenka 'Little Boxes'. Więc się nie zdziwcie. Bieżący sezon ma jedną, małą przewagę nad poprzenimi dwoma, które były litości. Jest on miejscami śmieszny.

31 tytułów jak obszył kordonkiem. Kiedy ja właściwie znajduję czas na cokolwiek innego to moja tajemnica, której nie zdradzę na forum publicznym. Ale możecie mnie o to zagaić przy piwie.

Oczywiście nie możemy zapominać o rzeczach, które się skończyły ale będą następne sezony. Że tak spod dużego palucha rzucę Burn Notice, Human Target, V czy Warehouse 13. No ale to zupełnie inna historia, którą wam opowiem jak skończę jajo w majonezie pod szczypior. Do poczytania.

[1] Jak ktoś ma zamiar posapać i się ponapinać, że ten tekst jest seksistowski, to może śmiało pospierdalać. Piszę to, bo już sapali i się napinali a ja naprawdę nie wiem o co im chodziło. Znaczy mam kilka pomysłów ale to świadczy źle wyłącznie o nich. Oszczędźcie więc sobie bólu.
[2] To słowo wygląda tak brzydko, że nie mogłem go nie użyć.

czwartek, 09 lipca 2009

Ale mnie przygniotło, normalnie życie i rzeczywistość. Ale tu nie miejsce na sentymentalne ćmoje-boje więc może do rzeczy, bo chwila przerwy była. Tym razem o serialach dwóch, jednym starym a drugim nowym. Albo o trzech. I trochę o czwartym ale ostrożnie, bo jestem dopiero po dwóch trzech odcinkach. Po drodze wskoczył jeszcze jeden więc będzie na bogato. Najpierw stary, za który podziękujmy koledze Braineaterowi. Nie w sensie, że go zrealizował ale wspomniał był o nim kilka razy, że niby najlepszy serial komediowy świata. Jak najlepszy, to się skusiłem i powiem, że warto było. Czy najlepszy - nie wiem ale faktem jest, że spędziłem przy nim miłe kilkanaście godzin. Mówię o brytyjskim sitcomie Black Books.

Główny atraktor był taki, że akcja dzieje się w księgarni, a właściwie bardziej to w antykwariacie. Największą i jedną z dwóch wad serialu jest niedostateczne moim zdaniem, wykorzystanie potencjału księgarnianego. Owszem, zdarzają się zabawne akcje powiązane z miejscem ale było ich dla mnie jakby za mało. Druga wada to angielska długość. Co oni mają z tymi sześcioodcinkowymi sezonami? I do tego zrobili tylko trzy serie, przerywając serial nagle. Poza tym same plusy.

Obsada trafiona znakomicie. Właściciel antykwariatu, Bernard (Dylan Moran) to szalony Irlandczyk, który do prowadzenia biznesu ma stosunek ambiwalentny. Niby fajnie jest mieć miejsce gdzie można spić się do nieprzytomności ale irytujące są rachunki, kasa fiskalna, księgi rachunkowe i klienci. Ponadto Bernard jest alkoholikiem, nałogowym palaczem, potwornym niechlujem i abnegatem - pokochacie go od pierwszego wejrzenia, chociaż niektórych może nieco zniechęcić jego ośli upór, skłonność do delikatnych aktów przemocy, chamstwo i dziwny akcent. Bernard od wielu lat przyjaźni się z Fran (Tamsin Greig) - biznesową sąsiadką, właścicielką sklepu z niuejdżowym fu-szmu. Fran ma wiele wspólnego z Bernardem - pali jak lokomotywa, nadużywa alkoholu i jest neurotyczką. Do tego nienajlepiej radzi sobie z facetami i więcej czasu spędza w księgarni u kumpla niż w swoim sklepie i życiu pozabernardowym. I wreszcie Manny (Bill Bailey) - znerwicowany i zahukany pracownik korporacji, który pewnego dnia traci pracę, zyskuje zen, trafia do księgarni Bernarda i zostaje w niej jako człowiek od wszystkiego. Nosi zabójcze hawajskie koszule, krótkie spodenki, sandały i ma funky brodę. Cała trójka wypadła według mnie znakomicie, najbardziej przypadła mi do gustu Fran, bo momentami bardzo mi przypomiała jedną z moich studenckich przyjaciółek.

O scenariuszu jakoś przesadnie się rozpisywać nie ma co, bo to przecież krótki serial i twórcy nie bardzo dali radę się z nim rozpędzić. Główni bohaterowie spędzają wspólnie czas, piją cysterny wina, jarają fajki i toczą rozmowy o życiu, wszechświecie i całej reszcie. W międzyczasie generują chaos i zniszczenie. Całość podlana bardzo obficie angielskim humorem w wydaniu, jakie trafia do mnie najbardziej. W efekcie otrzymałem rozkoszną pychotkę, która niestety wystarczyła na jakieś 4 wieczory, a i tak sobie dawkowałem odcinki homeopatycznie. Polecam.

Uczciwie powiem, że nie mogę nazwać Black Books najlepszym serialem świata, bo bardziej podobało mi się choćby Coupling. Nie polepsza również odbioru fakt, że ucięli to nagle i bez jakiejkolwiek konkluzji. Ale gdybym miał, niczym jakiś celebryta, podać dziesiątkę najlepszych seriali komediowych, to Black Books miałby wielkie szanse by się w niej znaleźć. Oczywiście film jest niedostępny w Polsce na jakimkolwiek nośniku i pozostają zwyczajowe opcje: zakupy za granicą albo 15:10 do Jumy.

Drugi serial to nówka sztuka z Showtime a więc będzie seks, przemoc, flash boobsy, narkotyki i ogólny luz obyczajowy. Jestem dopiero po trzecim odcinku ale Nurse Jackie rokuje tak dobrze, że wam go polecę. Niby wszystko już było - szpital, w roli tytułowej pielęgniarka z problemami z kręgosłupem, z którymi radzi sobie wciągając środek przeciwbólowy nosem. Do tego młoda, zahukana i wystraszona praktykantka, uroczy sanitariusz-gej, dupkowaty lekarz świeżo po szkole, kochanek w szpitalu, mąż i dzieci w domu, creepy administratorka placówki i najlepsza przyjaciółka (wyjątkowo nie inna pielęgniarka a lekarka z Anglii). No i obyczaj. Ale taki fajny obyczaj, że 40 minut pilota i 30 minut odcinka mija jak z bicza strzelił, bywa strasznie, śmiesznie, dramatycznie i życiowo. Chwilowo kupiłem, zobaczymy co się będzie działo dalej.

Trzeci serial to niestety zimny trup. I zastanawiam się jak można było ukilić tak dobrze zapowiadający się projekt. The Unusuals odrabia zgrany do cna schemat dzielnych nowojorskich policjantów z dosyć dziwnego posterunku. Funkcjonariusze też są dziwni - panienka z bogatego domu, którą transferują z obyczajówki, gość z rakiem mózgu, którego nie chce leczyć, facet obawiający się rodowej przepowiedni (Michael 'Zejtukmajsan' wyjątkowo do strawienia) czy dupkowata gwiazda medialna wydziału. Przynależność gatunkowa wyjaśnia wszystko, czego możecie po filmie oczekiwać - policyjny komediodramat pokrywa 100% zawartości Unusuals.

Zagadką nieodgadnioną jest to, dlaczego serial został zabity. Wszystko grało jak należy, aktorzy nieopatrzeni ale solidni, porządnie odrobili swoje role. Fajny scenariusz, odpowiednie proporcje policji, komedii i dramatu. Przyjemnie się na to patrzyło i naprawdę ciężko mi znaleźć jakiś ewidentny fakap w tym filmie. Padł po 10 odcinku. Znaczy padł wcześniej ale mieli nakręcony pierwszy sezon do końca i go wyemitowali. Więcej nie będzie.

W przypadku tego akurat tytułu nie czuję się jakoś przesadnie kompetentny, bo generalnie filmy o policjantach to niekoniecznie mój ulubiony gatunek. I być może dla prawdziwego konesera gatunku Unusuals to jakiś przewidywalny krap, niegodny by stać obok takich gigantów jak The Shield. Może tak być. Z tym, że klasycznie mam na to odrobinę wyjebane, bo skoro film mi się podobał, to po co ulegać niepotrzebnej napince? 10 odcinków do obejrzenia to nie jest dużo, jak się wam po drugim nie będzie podobać, to śmiało można przerwać. Dlaczego oni to kurne skancelowali?

Mam nadzieję, że każdy kto tu wchodzi obejrzał Firefly i podziela moją opinię, że jest to jeden z najlepszych seriali sf na świecie? Wiem, że Whedon zaczerpnął obficie dłonią z Kowboja Bebopa ale dopóki zapożyczenie skutkuje dobrym filmem czy serialem, nie mam z tym problemów. Obie pozycje uwielbiam. Uwielbiam też Nathana Filliona, chociaż większe zasługi w budowaniu jego zajebistości są po stronie genialnej mini-serii Dr Horrible aka Dr Horrible's Sing-Along Blog, która jest tak świetna, że nawet ludzie nienawidzący musicali łykną to z zachwytem na twarzy. Tych niełykających w życiu nie zrozumiem. Odplątując się z dygresji - Fillion wystąpił ostatnio w serialu sensacyjnym/kryminalnym Castle, który spodobał mi się z bardzo wielu powodów.

Richard Castle to megagwiazda literatury kryminalnej. Pewnego dnia NYPD prosi go o konsultacje w sprawie naśladowcy, kopiującego zbrodnie z jego książek. Przydzielają go do pani detektyw Kate Beckett (rewelacyjna Stana Katic) i zaczyna się wytargana do przezroczystości gra przeciwieństw. Kate to solidna policjantka z tajemnicą, która robi wszystko według regulaminu ale równocześnie potrafi podejść do ofiary bardzo po ludzku, w czym leży jej chyba największa siła. Castle to przystojny, bogaty, lekko bufonowaty (ale w nieirytujący mnie sposób) gość z ego jak stąd do Londynów. Który niczego nie robi według regulaminu (bo go nie zna) a przygodę konsultanta traktuje tak, jak powinien traktować przygodę - jak przygodę. I oczywiście non stop wrzuca swoje pisarskie mądrości i doświadczenia, które prawie w każdym odcinku doprowadzają do przełomu w śledztwie. Nad dwójką bohaterów skrapla się rzecz jasna delikatne ale wyczuwalne napięcie erotyczne i mam nadzieję, że nigdy nie zostaną parą, bo szkoda byłoby to zniszczyć. Już w tym momencie twórcy wygrali widza.

Do mnie dodatkowo przemówiła córka i matka Castle'a. Córka jest wyjątkowo rozgarniętą piętnastolatką, co powinno mnie za każdym razem irytować (takie mądre dzieci występują tylko w filmach) ale jakoś nie irytuje. Podobało mi się to, jak pokazali jej układy z ojcem. Matka (piękna pięknem i elegancka elegancją starych hollywoodzkich gwiazd Susan Sullivan) to lekko już przebrzmiała gwiazda Brodwayu. Teraz zajmuje się piciem dobrego alkoholu, delikatnym dokuczaniem synowi, rautami, przyjęciami i samorozwojem. I znowu - takie rzeczy tylko w filmach, powinienem się wkurzać ale jakoś nie mogę. Niby czuć fałsze ale jednak nie czuć.

No i scenariusze kolejnych odcinków. Fajnie pomyślane i za każdym razem kluczowym okazuje się być jakiś drobny detal, który można wypatrzeć i zabawić się razem z aktorami w rozwiązywanie zagadek, co daje mnóstwo radości. Zwłaszcza w tych momentach gdy wpadasz na rozwiązanie zagadki wcześniej niż bohaterowie. Nie wiem czy to słabość zagadek w Castle, czy takie rozgrywanie scenariusza w innych serialach, by widz nie miał szans na rozwiązanie sprawy (na przykład przez wprowadzanie podpowiedzi bez której nic nie zwojujesz, tuż przed końcem odcinka) ale ja wolę gdy, choćby niechcący, się w scenariusz zaangażuję. Przecież na tym między innymi polega fajność płynąca z oglądania dobrych filmów i czytania dobrych książek - coś nas w nich łapie i nie puszcza.

No właśnie, Castle jest fajny i jak ktoś ma ochotę, to pierwszy sezon liczy sobie 10 odcinków, niedawno skończyli emisję więc powinien być do znalezienia bez problemu w miejscach, w których szukacie zagranicznych seriali.

Piąty, ostatni tytuł to Green Wing i tak przewrotnie wyszło, że z jednej strony jest to serial angielski, w którym gra wspomniana wcześniej Tamsin Greig, a z drugiej tytułowe Zielone Skrzydło odnosi się do skrzydła szpitalnego, czyli że niby taka klamra z Nurse Jackie. Sprytne, nie? Obejrzałem pierwszy i drugi odcinek na Comedy Central (czwartek 2200) i łyknąłem jak młody pelikan. Irytować może młodzieżowy montaż ale cała reszta mi podeszła. Szczególnie polubiłem szefową tego bałaganu, nimfomankę zaangażowaną w płomienny romans z wyjątkowo obleśnym szefem rentgena, obdarzonym wrażliwością cegły i poczuciem humoru mchu. Zapowiada się nieźle. Na koniec zagadka - zgadnijcie bez zaglądania na imdb ile w sumie odcinków Green Wing wyprodukowali. Zagadka jest bardzo łatwa, w komentarzach wpisujcie miasta które nie popierają angielskiej szkoły reżyserii seriali.

I już naprawdę na koniec, mam pytanie - większośc opisywanych przeze mnie w tym cyklu seriali jest w Polsce niedostępna. Można zdecydować się na zakup za granicą, poczekać na polską edycję (Futurama, fuck yeah) albo ukraść z sieci. Powiedzcie mi, bo może to trochę uspokoi moje sumienie polecacza rzeczy raczej niedostępnych w handlu - zdarza wam się po obejrzeniu zajumanego filmu, wysupłać przygarść monalizy drobnej i kupić sobie oryginał?

piątek, 16 stycznia 2009

Na początek suplementowo. Nie, wróć - na początek chciałem coś powiedzieć wszystkim, którzy mnie nienawidzą - powinniście wiedzieć, że większość polecanych przeze mnie seriali jest co najmniej dobra. Dlatego nie skamlajcie, że przez Big Bang Theory siedzicie do późna i w pracy jesteście nieprzytomni, tylko umierajcie jak mężczyźni. I kobiety. A teraz wracamy do suplementarności? suplementywności? suplemencji? No dobra, chodzi o to, że został mi ciśnięty w twarz nowy serial, który jest fajny. A jest fajny, bo to Hustle dla Amerykanów[1].

Pomysł banalny, wykonanie już nie. W pierwszym odcinku zbiera się ekipa - złodziejka, haker, facet od trudnych spraw i mistrzyni przekrętów. Mają zrobić włam ale zleceniodawca boi się ich puścić na żywioł. Dlatego daje im nadzorcę - byłego specjalistę od oszustw ubezpieczeniowych, który ma po śmierci syna i rozwodzie, kryzys. Po skończonej robocie ekipa zostaje przekręcona, postanawia przekręcić przekręcającego a na koniec haker przekręca giełdę, każdy dostaje po kilka milionów papieru i tak im się to wszystko podoba, że postanawiają zrobić jeszcze jeden numer. I jeszcze jeden. Na dodatek mają szlachetną motywację, bo jako obrzydliwie bogaci osobnicy mogą sobie pozwolić na pomaganie naprawdę potrzebującym, zupełnie za darmo. Żeby było łatwiej ich szef (fajnie zgorzkniały Timothy Hutton) wydaje całą swoją kasę na stworzenie firmy Leverage, która pomoże ekipie pomagać. Aktualnie jestem po numerze piątym i bardzo mi się to podoba.
Dlaczego porównuję Leverage do Hustle, to chyba oczywiste. Dlaczego do Hustle dla Amerykanów? Bo przekręty z Ameryki, jakkolwiek urocze i pomysłowe, patentom ekipy brytyjskiej do pięt nie sięgają. Co nie umniejsza wysokiej jakości Leverage, bo poprzeczka z Wysp jest postawiona tak wysoko, że prawie jej nie widać więc i o doskoczenie trudno.
Jak wspomniałem przekręty są prostsze ale nie prostackie. Pomysły scenarzysty są fajne. Realizacja, jakkolwiek nieco bajkowa (klasycznie, na poziomie pokazywanych w filmie hakerskich technologii), w zasadzie bez uwag. Akcja wartko prze do przodu, każdy odcinek jest inkrustowany małymi przekręcikami, które służą zazwyczaj właśnie pchnięciu akcji i rozbawieniu widza. No i skład aktorski mnie pozytywnie zaskoczył.
W komentarzu do poprzedniego odcinka cyklu, Suisan zgłosiła zastrzeżenia do nieogarniętej blondynki (Beth Riesgraf) i faktycznie, wypada najsłabiej ze wszystkich. Ale ma za to fajne momenty związane ze zjeżdżaniem na linach z dużych wysokości i apetycznym przeginaniem się. Ponadto lubi wybuchy przez co jakoś daje się ją znieść. Druga pani w składzie, rzeczona mistrzyni przekrętów to Gina Bellman, która ma u mnie po Coupling takie uwielbienie, że będę ją chwalił nawet gdyby zagrała jak spróchniały kloc drewna. Tutaj gra koncertowo i momentami dostrzegam drobiazgi, które wyglądają na 'ściągnięte' od Jaime Murray (kobieta z ekipy w Hustle). Nie czynię z tego zarzutu, bo ściągnięte są gustownie. Haker-murzyn wprowadza do serialu element komiczny i pokazuje nieprawdopodobne i niewiarygodne sztuczki związane z technologią. Hutton daje radę jako lekko cyniczny szef. No a na koniec perełka - Christian Kane jako człowiek od spraw trudnych. Jest mały, niepozorny, jako jedyny w ekipie potrafi walczyć, ma dziwną przeszłość, radzi sobie w trudnych sytuacjach, potrafi rozpoznać karabin po brzmieniu wystrzału i formację po sposobie walki jej członka. A jako, że zna wszystkie sztuki walki, łącznie z tymi jeszcze niewymyślonymi, nie znosi broni. Jakim cudem ten koleś poniewierał się do tej pory w nieznanych nikomu filmach i niszowych serialach (no dobra, Angel podobno jest kultowy) - nie wiem. Ale liczę, że po Leverage ktoś go dostrzeże, bo jest stworzony do pewnego typu ról. I dziewczynom się podoba.
Szybko podsumuję - serial jest sympatyczny, sam się ogląda, scenariusz nie kuleje, bulszity są do przeskoczenia[2], blondyny jest na tyle mało, że nie jest w stanie zepsuć oglądania tym, którzy jej nie lubią. A tak ukochane przez analno-retentywnych dziury logiczne i scenariuszowe są tak dyskretne, że trzeba się uprzeć, żeby je znaleźć. Nie przejmujcie się więc negatywnymi opiniami na imdb[3] tylko szarpcie Leverage z sieci.

Na chwilę zmienimy temat ale nie bójcie, do obiecanej książki wrócę na końcu. W ubiegły weekend kumpel przywołał serial nad którym w momencie jego rozpoczęcia przez chwilę myślałem. Ale było dużo innych propozycji więc zrezygnowałem. A w niedzielę i wtorek sobie obejrzałem zakończony niedawno pierwszy sezon. I w przypadku tego serialu zabezpieczę się większą niż zwykle ilością disklajmerów w dalszej części tekstu, który z uwagi na śliski temat będzie krótki.
Bohaterowie Testees to ludzkie króliki doświadczalne. Tacy wieczni studenci po trzydziestce, którzy mieszkają sobie razem w wynajmowanym mieszkaniu a kumplują się jedynie z obleśnym sąsiadem, seksowną właścicielką baru i prowincjonalnym Casanovą z pracy. Każdy odcinek to nowy produkt/lek/specyfik do testowania i jak się już pewnie domyślacie, element komiczny generują właśnie owe porąbane wynalazki (superklej, inteligentny odkurzacz, serum prawdy, gaz paranoiczny czy supersilne środki przeciwbólowe). Właściwie nie same wynalazki tylko wynalazki plus bohaterowie, którzy nie dość że są brzydcy, to na dodatek niezbyt rozgarnięci. Fabuła banalna i pretekstowa ale z potencjałem, bo nieobliczalna para w stylu Beavisa i Butt-Heada (chociaż trochę inteligentniejsza) skonfrontowana z dziwnymi wynalazkami daje szanse na zrobienie czegoś przeraźliwie śmiesznego. Niestety, Testees są tylko śmieszni i uważam, że twórcy źle rozłożyli akcenty. I już mówię w którą stronę przeakcentowali.
Otóż z jakiegoś powodu (pewnie dlatego, że mogli) postanowili wymyśleć najbardziej obrzydliwe, głupie, niepoprawne politycznie i obrazoburcze rzeczy, na jakie uznali, że zgodzi się stacja i sponsor, po czym je sfilmowali. I cały serial oglądałem w lekkim rozdarciu, które mam za każdym razem gdy śmieję się z dowcipu o kupie, Żydach czy niepełnosprawnych. Bo niby w sumie jestem inteligentnym Europejczykiem z pretensjami do bycia człowiekiem światłym i w ogóle a z drugiej strony bawią mnie prostackie żarty o pierdzeniu... Uwierzyliście w ostatnie dwa zdania? Słusznie, one są bardziej do śmiechu i na rozluźnienie atmosfery - humor prymitywny[4] bawi mnie równie dobrze jak ten wysokich lotów, nie mam z tym żadnych problemów a ludzi, którzy mają problem z moim plebejskim gustem, olewam. W Testees poza humorem prymitywnym ciężko znaleźć cokolwiek innego. A, no i nie zapominajmy o obrzydliwościach. Pewnie dlatego dobrze się bawiłem.
Rozumiecie więc że nie mogę tego serialu z czystym sumieniem polecić nikomu, czyjego gustu dobrze nie znam, bo wyjdzie na to, że propaguję krap. Z tym, że Testees to taki specyficzny rodzaj krapu, który niektórym się spodoba. Możecie zaryzykować ale góra dwa odcinki. Jeżeli was zniesmaczą, to później jest już tylko gorzej. Albo lepiej, zależnie od gustu. A tak w ogóle to najlepiej ten film oglądać w stanie totalnego upalenia, wtedy jest porażająco wręcz śmieszny. Znaczy tak mówią, bo ja nie przyjmuje narkotyków.
Po przeczytaniu kawałka poświęconego Testees stwierdzam, że to najbardziej mętny i niejednoznaczny kawałek jaki na tym blogu wyprodukowałem ale dobrze mi z tym.

A na koniec obiecana książka, która wpadła mi w ręce przypadkiem - szukałem w sieci pirata na szybko, bo cytat potrzebny był mi na zaraz a nie w domu. W wątku obok interesującego przylukałem nieznane mi nazwisko, przypomniałem sobie, że nie mam co czytać, wyguglałem kolesia, zobaczyłem wodospady zachwytu, ukradłem więc książkę, wrzuciłem na palma i zacząłem nieśmiało zerkać. Gdzieś tak na 20 stronie trafiło mnie z siłą wodospadu to, że akurat ta pozycja trafiła mi się dokładnie w tym a nie innym momencie. Mianowicie tuż po obejrzeniu Hustle i Leverage. Kłamstwa Locke'a Lamory pana Scotta Lyncha traktuje bowiem głównie o dużych i długich przekrętach. Tak idealnego czytadła nie miałem w rękach dawno, jest to niemalże modelowa literatura rozrywkowa, autor nie udaje, że próbuje pisać coś więcej, w tym co robi jest szczery, ma nam do opowiedzenia ciekawą historię i robi to naprawdę mistrzowsko (na podstawie tłumaczenia wnioskuję, że i język oryginału jest taki żywy i barwny).
Oszczędzono mi całego szumu związanego z tym debiutem (aż ciężko uwierzyć, że to pierwsza książka Lyncha), nie drżałem w oczekiwaniu na premierę, nie obserwowałem pompowania balonu oczekiwań. Ba, jeszcze w poniedziałek nie wiedziałem o istnieniu tej pozycji. Przez co strzał w twarz był silniejszy niż byłby w przypadku gdybym czekał silny, zwarty i gotowy. Nie będę tutaj pisał o czym to jest, bo w internecie recenzji od metra. Uwierzcie tym entuzjastycznym, idźcie do księgarni i kupujcie. Świetna rzecz, w której nie znajduję żadnej słabości czy fałszywej nuty. A najbardziej w tym wszystkim podoba mi się jedno: koleś pisze tak, jak chciałbym żeby ta historia się potoczyła, co jest dosyć niesamowite gdyż rzadko zdarza mi się osiągnąć aż taką jedność myśli z twórcą[5]. Mam zajumane pierwsze dwie części (tytuł drugiej to Na szkarłatnych morzach) ale jako, że jest to cykl zaplanowany na części siedem, w weekend dygam do księgarni i mam kolejny, cholerny cykl na tapecie, na którego kolejne części będę czekał, przebierając nogami. No ale to akurat oczekiwanie jest bardzo przyjemne.

O, napisze człowiek kawałek kulturalny i edukacyjny i od razu czuje się lepiej. Terapeutyczna rola bloga jest nie do przecenienia. Do poczytania. 

[1] Wiem, że Amerykanie wystrzelili człowieka w kosmos, pierwsi wyprodukowali bombę atomową, są supermocarstwem i należy do nich 80% naukowych Nobli. Wiem, że w USA żyje cała kupa mądrych ludzi. Wiem też, że stereotypy to protezy myślowe dla mało inteligentnych osób. Ale na potrzeby tej notki to porównanie jest po prostu idealne. Tak że proszę mi nie jęczeć w komentarzach, że Amerykanie wcale nie pytują, bo ja to wiem.
[2] Kojarzycie Chloe z 24 godzin, która hakowała wszystkie systemy w 20 sekund? Murzyn ma tak samo. Na przykład jest cały czas podpięty pod bazy danych FBI i CIA w celu, na przykład, rozpoznawania twarzy.
[3] W ogóle od jakiegoś czasu imdb przypomina mi zlot trzydziestoletnich nolajfów żyjących w garażu rodziców. Wyważonych opinii i rzetelnych recenzji coraz mniej natomiast praktycznie każda produkcja nieniszowa zostaje przez nich wypatroszona po to, by obwieścić światu z dumą: scena z papierosem była nieprawdopodobna, bo fajek na silnym wietrze spaliłby się szybciej. Szkoda mi ich.
[4] Po raz kolejny proszę o to, by nie synonimować humoru prymitywnego i prostackiego li tylko z bluzgami.
[5] Uszczegółowię - pisze tak, jak chciałbym, żeby poleciało dalej. Nie jak się domyślam, że poleci, bo to zdarza mi się bardzo często. To, że ktoś spełnia moje czytelnicze zachcianki w pełni, zdarza się nieporównanie rzadziej.

poniedziałek, 05 stycznia 2009

Chorowanie obłożne ma swoje plusy, a właściwie plus - mnóstwo wolnego czasu. Nie żeby ten plus był w stanie przeważyć minusy ale jak już rzuci człowiekiem o łóżko, to ten z nudów zaczyna kombinować. W tym sensie, że wszystkie odcinki ulubionych seriali obejrzałem pierwszego dnia choroby i zaczęła się nuda (nie mogłem czytać, bo to była czynność ponad moje siły gdyż książki z rąk mych wypadały). I z tej nudy ukradłem z internetów dwa filmy polecone przez przyjaciółkę. I oba bardzo mi się spodobały, z pewnymi wszakże zastrzeżeniami, o których za chwilę.

Chodzi mianowicie o to, że serial The Big Bang Theory być może spodoba się skończonej nerdowni, geekowni i ludziom z temperaturą w okolicach 40 stopni. Ocieram się o pierwszą i drugą grupę, podczas oglądania byłem wodzem grupy trzeciej. Normalni widzowie podczas seansu zostaną prawdopodobnie zniesmaczeni gdyż film jest schematyczny, irytujący, nieprawdopodobny psychologicznie, schematyczny... ok, to już było, miejscami potwornie głupi oraz nudny. Mało nie umarłem na nim ze śmiechu. Główni bohaterowie to genialna młodzież pracująca na jakiejś uczelni. W pracy walczą o Nobla, po godzinach zbierają figurki ze swoich ulubionych filmów, rozmawiają o książkach i komiksach, tną na konsoli i marzą by spotkać dziewczynę, która ma inne imię niż jpg. Pewnie się już domyśliliście, że w pierwszym odcinku do mieszkania naprzeciwko wprowadzi się blond seksi mamacita, która co prawda nie wie co to Star Trek i horyzont zdarzeń ale za to pośladki i piersi ma niejąkające się. 80% gagów oprze się na różnicach między nią a naszymi bohaterami.
Teoretycznie powinienem oddać na ten film mocz w okolicach 3 odcinka pierwszej serii. Z jakiegoś powodu 27 odcinków (półtora sezonu) obejrzałem w ciągu jednego, długiego dnia i naprawdę prawie przekręciłem się ze śmiechu (próbowaliście zaśmiewać się z gardłem tak opuchniętym, że prawie niedrożnym? kupa zabawy). Może szybko wyliczę co mi się podobało, żebyśmy w końcu wydostali się z krainy ogólników.
Po pierwsze - całe mnóstwo odniesień naukowych. Nie pytajcie, to mój zajob.
Po drugie - kolesie są skończonymi nerdami więc w każdym odcinku trafi się rozmowa o tym, że gdyby Superman złapał w odległości kilku metrów od ziemi spadającą z kilkuset metrów Lois, to z jego dziewczyny zostałyby trzy niezbyt równe krwawe ochłapy (oczywiście wszystko odpowiednio naukowo uargumentowane, z wzorami i w ogóle).
Po trzecie - stary jak świat schemat czyli niezbyt rozgarnięta blondyna vs nieprzystosowani do życia w społeczeństwie geniusze sprawdza się, że aż dziw bierze.
Po czwarte - dialogi są naprawdę śmieszne, chociaż miejscami wymagana jest znajomość czegoś więcej niż E=mc2 i Gwiezdnych Wojen.
Po piąte - bohaterowie, jakkolwiek miejscami przerysowani, dają radę. Blond Peggy jest zgrabna, gorąca i przyjemna dla oka. Leonard nieźle łączy dwa światy, bo jemu spośród czwórki kujonów najbliżej do normalności. Ba, jako jedyny pójdzie na randkę, puknie kobietę i stworzy związek. Sheldon to skończony geniusz i irytujący socjopata z nerwicą natręctw, którego miałem ochotę udusić ale zdarzyło mu się kilka dobrych momentów. Howard - nie wiem skąd gościa wygrzebali ale jego postać jest chyba najbarwniejsza, bo jaki ma być szczurowaty, z metra cięty żydowski[1] podrywacz ciągle mieszkający z mamą? No i Rajesh, który jest tak nieśmiały, że w obecności kobiet nie jest w stanie wydusić z siebie słowa.
Po szóste - czy koleś, który stworzył Two and a Half Men może zrobić coś nieoglądalnego? No dobra, 10 lat temu miał chwilę słabości i wyprodukował Darmę i Grega ale kto w młodości nie robił głupich rzeczy niech pierwszy rzuci kamień. Big Bang daje radę.
Na koniec dobra rada, którą powtarzam często ale w tym przypadku świetnie się sprawdza. Serial jest tak schematyczny, że jeżeli po 3-4 odcinkach się nie spodoba, to należy dać sobie spokój. Dalej będzie to samo.

Na drugą nogę wrzucam z kolei nieco leciwą perłę. Któregoś dnia w sobotę, siedziałem przy komputerze, mordowałem hordy piekielnych sługusów Mefista i Diablo a w tle pracował sobie telewizor (do pilota było daleko a mi nie chciało się wstawać, bo walka była sroga i wciągająca). W pewnym momencie uwagę mą zwrócił angielski akcent kolesia mówiącego o przekręcie. Zrobiłem sobie przerwę w rzezi, przesiadłem na fotel i obejrzałem 4 odcinek drugiego sezonu serialu Hustle. Pora właściwa telewizji, z przeproszeniem publicznej, czyli sobota godzina 2:00. Był to jedyny odcinek jaki obejrzałem w telewizorze. Resztę sobie kilka miesięcy później wziąłem z sieci i zaprawdę powiadam wam - Hustle to jeden z najlepszych seriali jakie kiedykolwiek na oczy widziałem.
Film opowiada o grupie zawodowych... oszustów... Kurwa, miesiąc przerwy w pisaniu i zapodaję zdania z gimnazjum. Przepraszam. Hustle to film o zawodowych oszustach, którzy utrzymują się z dużych przekrętów - w każdym odcinku oglądamy jedno arcydzieło. Żadni tam tandeciarze od trzech kubków tylko wirtuozi oszustwa, na dodatek kierujący się zasadą, która kupuje im natychmiast sympatię widzów - nie przekręcają uczciwych ludzi, po rogach walą tylko tych, którzy sami dają się wkręcić w nieczyste akcje. Duże numery są szamerowane drobnymi robótkami, dzięki którym ekipa zbiera kasę na realizację rzeczy większych. W zasadzie nie bardzo wiem co więcej napisać, bo Hustle to naprawdę mistrzostwo świata i nie dostrzegam w nim żadnego słabego elementu. Świetnie obsadzone główne role, przemyślane w najdrobniejszych szczegółach przewały, nienachalnie powrzucane mniej lub bardziej znane sztuczki socjotechniczne w praktyce, ozdobnikowe drobniejsze numery, logiczne scenariusze, zabawa z konwencjami filmowymi[2], zabójcze dialogi, angielski humor i rozwalający mnie na łopatki akcent. Wyszukiwanie wad byłoby zwyczajnym grzebaniem w dupie i szukanie dziury w całym, bo wszystkie elementy układanki składającej się na ten serial są ze sobą idealnie spasowane. Zaiste, jeżeli po drugim odcinku komuś się to nie spodoba, to nie wiem co z tym kimś jest nie tak.

No dobra, znalazłem jedną wadę - do tej pory powstały cztery sezony i każdy z nich liczy, uwaga SZEŚĆ odcinków. Kurde, to jakiś ponury żart, co nie zmienia faktu, że Hustle będzie kolejnym serialem z cyklu 'od pirata do oryginału'. Jak się frank trochę uspokoi, to idę na zakupy, bo niemanie tego serialu w kolekcji to poważne niedopatrzenie. A podczas oglądania kolejnych odcinków, ponownie zadawałem sobie wyświechtane pytanie - dlaczego takie rzeczy nie powstają w Polsce?

Na zakończenie jedno spostrzeżenie natury filozoficznej. W poświąteczny weekend w Empiku na Marszałkowskiej była fajna promocja 'trzy książki w cenie dwóch'. Poszedłem, coś tam wybrałem i przy okazji zapałętałem się do sekcji DVD gdzie namierzyłem box z Samurajem Champloo. Cena przystępna (119 zł) to wziąłem, uiściłem, rozpieczętowałem, wcisnąłem play i chuj mnie zastrzelił. Co to za skurwysyński zwyczaj żeby wciskać mi na pełnopłatnej płycie nieprzewijalne reklamy sponsorów. Co to niby ma być? Reklamy sponsorów to możecie mi gnoje wciskać na płytach do których dołączane są czasopisma a nie do filmu/serialu, za który uczciwie płacę przystępne acz wcale niemałe pieniądze. I nie chodzi mi o wkurzające dwie minuty (bo tyle to w sumie trwa) a o zasadę - po to idę kupić oryginał żeby nie musieć oglądać reklam kiepskiego portalu, rozgłośni radiowej, jeszcze bardziej kiepskiego portalu filmowego i jakiejś wody mineralnej. Szkoda że jeszcze nie dowaliliście mi proszkiem do prania, płynem do kibla i zakrwawioną podpaską. Co za chuje wiotkie. Dobrze, że Samuraj jest tak świetnym serialem, że po dwóch minutach pierwszego odcinka mi przeszło, bo pewnie wdałbym się w ognistą korespondencję z Vision/Anime Gate. Do poczytania.

[1] Żeby mi się żaden polit-pop nie przyjebał, uszczegółowię - fakt żydowskiego pochodzenia bohatera podkreśliłem nie z powodów nienawiści rasowej. Po prostu zbudowano na tym całą kupę zabawnych gagów, jasne?
[2] Na przykład matrixowa stop-klatka podczas której jeden z bohaterów tłumaczy nam niuanse rozgrywanej w tym momencie akcji. Albo sekwencje w stylu starego kina. Albo... kurde, sami obejrzyjcie.

środa, 03 grudnia 2008

Półtora roku temu coś mnie podkusiło i kupiłem sobie nowe mieszkanie. Ostatni miesiąc to finalizowanie spraw papierkowych i jedno długie pasmo nieustającego wkurwienia. Deweloper spieprzył sprawę, w dalszym ciągu brak księgi wieczystej dla garażu a ja jebię ubezpieczenie pomostowe do kredytu i będę je jebał jeszcze kilka miesięcy. Dziękuję ci deweloperze, dziękuję. Ale przynajmniej w poniedziałek udało mi się podpisać akt notarialny, jestem pełnoprawnym współwłaścicielem mieszkania i teraz skoczyć mi może tylko bank. Oczywiście w sytuacji gdy skoczy frank. Możecie mi pogratulować. W przyszłym tygodniu rozpoczynam zresztą z nimi pierwszą turę negocjacji, może się zlitują, zadowolą hipoteką tylko na mieszkanie i przestaną mnie szarpać wspomnianą pomostówką.

Drugi numer to zwyczajny kryminał. Otóż lokalny STOEN postanowił wydymać mieszkańców i każdemu przesłał fakturę na 1100 złotych. I teraz mi wytłumaczcie - czym innym niż próbą wyłudzenia jest poprawianie umowy (wyraźne ślady korektora) czy rozliczanie nas po stawce inwestycyjnej a nie indywidualnej (która jest znacząco niższa) w sytuacji, gdy budynek przestał być budową a stał się budynkiem mieszkalnym. A na koniec najweselsze - dostawca energii postanowił się nie pierdolić i wszystkim przydzwonił identyczną prognozę: 830 kWh. Do tego momentu byłem spokojny, jak zobaczyłem cyfrę zacząłem głośno przeklinać. Puste mieszkanie o powierzchni 40 m2 a oni mi dowalają prognozę jak za szklarnię ogrzewaną farelkami. Się trochę wkurwiłem, po weekendzie napiszę reklamację, bo wkurwiają mnie naciągacze-tandeciarze.

Tak byłem tym wszystkim zaabsorbowany, że pozostały czas dzieliłem jedynie między pracę, sen, spotkania towarzyskie oraz bezsensowne pijackie orgie. Sami rozumiecie, że w tej sytuacji czasu ani ochoty na pisanie nowej notki nie miałem chociaż kilka tematów mi się uskładało a dwa teksty dosyć skutecznie rozgrzebałem. Leżą sobie teraz na słońcu i zaczynają powoli gnić aczkolwiek jeden z nich rokuje i jak wytnę z niego głupie frazy i wypłuczę ze 40% afektacji, to go wrzucę. Ale znowu, ja nie przyszedłem tutaj po to, żeby gawędzić radośnie o nowym mieszkaniu czy o cmentarzysku mamrotów niedokończonych tylko po to, by opowiedzieć wam o spotkaniu z legendą. Na żywo. W ostatni piątek.

Chłopaki zeszli się w 1987, rok później wydali pierwszą demówkę. Pierwszy album ujrzał światło dzienne w 1990 ale dopiero drugim wbili w scenę hardcore z siłą młota pneumatycznego. Urban Discipline to jeden z tych albumów, których mogę słuchać w kółko, bo ciężko mi znaleźć na nim słabszy kawałek. Podobnymi właściwościami charakteryzują się również krążki State of the World Address oraz New World Disorder.

Biohazard poznałem dosyć późno, bo gdzieś tak w okolicach 2002 ale uczucie jakie się wtedy narodziło, było bardzo gwałtowne i namiętne. Dość powiedzieć, że ekipa zagościła w moim Winampie na bardzo długo a wymienione płyty były w latach 2002-2004 słuchane przeze mnie non stop. A potem zespół się rozwiązał. Osobiście uważam Biohazard za najlepszą grupę hardcore'ową świata a to jak łączą różne style muzyczne, zachwyca mnie za każdym razem. I co ciekawe, ich płyty wcale się dla mnie nie zestarzały a spośród zespołów z czasów gdy tworzył się węgiel, podobną atencją darzę chyba tylko Body Count (chociaż w ich przypadku pierwsza płyta brzmi dzisiaj jednak trochę retro). Dlatego gdy usłyszałem, że Brooklyn przyjeżdża na Mokotów by zagrać jeden jubileuszowy koncert, na dodatek w oryginalnym składzie, prawie popuściłem z ekstazy.

Daruję sobie pieprzenie i przejdę do rzeczy: załoga wyszła na dechy, zagrała minutę, przerwała, kazała ochronie pospierdalać i wpuszczać chętnych na scenę a potem zafundowała mi najszybsze 80 minut w moim życiu. W tym sensie, że zleciało nie bardzo wiedzieć kiedy. Krótki wtręt - przed koncertem nie miałem obaw, że z racji wieku nie wyrobią kondycyjnie, bo chłopaki mają raptem po 40 lat. Bałem się natomiast, że zabraknie im tej drapieżności, przypierdolenia, wściekłości i energii jakie prezentowali 20 lat temu. Dywagacje moje miały tyle sensu, co zastanawianie się czy zdrowy, heteroseksualny mężczyzna zechce przelecieć Lindę Evangelistę. Tym co pokazali, możnaby obdzielić ze 4 koncerty. Testosteron skraplał się na suficie, adrenalina spływała po ścianach, parkiet się łuszczył, bębenki pękały a włosy na całym ciele stały na sztorc. Było wszystko, za co ich uwielbiam plus synergiczne wzmocnienie wynikające z tego, że grali na żywo. Widać, że to są zwierzęta klubowe, bo dyrygowali publicznością jak chcieli. Po dwóch kawałkach ludzi ogarnęło coś na kształt amoku. Energia rozpierdalała klatkę piersiową. No po prostu wyszli i pozamiatali nami podłogę. Nie jestem jakimś koncertowym junkie ale na kilkudziesięciu imrpezach byłem. Biohazard był do tej pory najlepszy a świetna przecież, tegoroczna Metallica wyglądała przy nich niczym wieczorek taneczny w klubie seniora. Stodoła rozpieprzona, publiczność przeczołgana, totalna anihilacja i fury unleashed[1]. Pozostaje tylko żałować, że z powodu wgłebienia w piszczelu i dramatycznie ograniczonej sprawności lewej ręki musiałem zadowolić się stacjonarnym tupaniem nóżką. Sami rozumiecie - po 10 minutach młyna zostałbym najprawdopodobniej kaleką. Ale jak przyjadą do Polski następny raz to sobie nie odpuszczę i żebym miał o kulach wbijać w tłum, to wbiję. Ja pieprzę, jakie to było intensywne.

Na koniec chciałbym jeszcze odnieść się do głosów typu 'hardcore skończył się na Kill'em all', 'starsi panowie, którzy nie czują tematu' albo 'odgrzewany kotlet'. Cóż po koncercie mogę powiedzieć? Ano chyba tylko to, że przez wasze wąskie horyzonty przegapiliście świetną imprezę. Na wasze szczęście będziecie mieli szansę to nadrobić, bo chłopaki na koncercie oznajmili, że pracują nad nowym materiałem i jak dobrze pójdzie, to podczas trasy promocyjnej ponownie zabłąkają się do dzikiego kraju, w którym niedźwiedzie chodzą po ulicy. Do zobaczenia w młynie pod sceną. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Kawałki rozgrzebane będę kończył w przyszłym tygodniu, bo za 4 godziny ruszam na Nordcon. Mam dla was klimatyczny film, kapitalny serial, cudowną książkę oraz garść przemyśleń natury ogólnej. Chyba, że zbytnio zaabsorbują mnie negocjacje z bankiem i szał przedświątecznych zakupów.

PS. Pomarańczowa koszulka kupiona na koncercie wygląda tak oczojebnie, że chyba stanie się koszulką moją ulubioną.

[1] Fraza ta po polsku brzmi chujowo i nieadekwatnie.

wtorek, 28 października 2008

Środa była dla mnie dniem niezwykłym. Nie, nie wynalazłem leku na raka, nie napisałem książki, która zmieni życie milionów i nie spłodziłem syna. Ale za to pierwszy raz w życiu oglądałem filmy Dario Argento na dużym ekranie. Jak być może moi starsi czytelnicy pamiętają[1], zabrakło mi słów gdy po raz pierwszy pisałem o tym, jak świetnym filmem jest Suspiria. Moi młodsi czytelnicy nie pamiętają więc przypomnę i dodam wrażenia po obejrzeniu tego w kinie.

Dario Argento to reżyser niezwykły. Z jednej strony jego filmy zazwyczaj charakteryzują się fatalnymi scenariuszami, koszmarnym aktorstwem i scenami przestylizowanymi do tego stopnia, że nie wiemy czy to jeszcze jego charakterystyczny sznyt czy rażące nadużycie środków ekspresji. Z drugiej strony mało który reżyser, nie tylko horrorów, potrafi stworzyć na ekranie tak hipnotyzujące połączenie obrazu i dźwięku, jak on. Nie wolno oglądać jego filmów mózgiem, jego filmy należy oglądać tylko i wyłącznie sercem. Nie analizować, odłożyć na bok logikę, pozwolić sobie poczuć. Dopiero wtedy bedziecie w stanie zachwycić się jego twórczością.

Moim zdaniem zarówno pech, jak i szczęście Argento polega na tym, że ze wszystkich gatunków filmowych, wybrał jeden z najbardziej pogardzanych - horror. Wycieczki w stronę thrillerów nie poprawiły jego notowań. Już tłumaczę o co chodzi. Gdyby robił filmy głównonurtowe, byłby wygodnym chłopcem do bicia, bo krytykowanie jego filmów jest czynnością tak trudną jak odebranie sześciolatkowi komórki. Ale mam też wrażenie, że w głównym nurcie mógłby mimo wszystko łatwiej się przebić. Być może kosztem zmniejszenia zawartości klimatu w klimacie, być może kosztem korekty stylu. Ale jako artysta nietuzinkowy, tam miałby łatwiej, chociaż też trochę trudniej.
Zamiast tego, poszedł w horror. Tutaj z kolei było mu łatwiej zdobyć fanów, bo ciężko mi wyobrazić sobie prawdziwego miłośnika horroru, który mógłby nad twórczością Argento przejść do porządku dziennego i nie dostrzec tego, jak mistrzowsko pogrywa sobie z widzem. Z drugiej strony, i nie bójmy się tego powiedzieć, co mu z dużej bazy fanowskiej, jeżeli jest to grupa miłośników horroru? Wiem, że to brutalne ale nie w horrorach leży prawdziwa kasa. Czekaliście aż coś powiem o fanach horroru? Że głupi, prości, tępi i niewyrobieni? Cóż, nie wiem jak inni ale mi nie przeszkadza łatka prymitywa, który nie kojarzy kto wyreżyserował arcydzieło kinematografu pt. Pancernik Eisenstein. Bo łatki mają to do siebie, że osobie ometkowanej pozwalają podkraść się do ofiary dużo bliżej, niżby mogła to zrobić osoba kulturalna a potem uderzyć bez jakichkolwiek szans na obronę. Klasycznie pobrnąłem w dygresję ale ta wyjątkowo miała trochę sensu.

Argento to reżyser, który pomimo[2] flirtu z kinem rozrywkowym, może pochwalić się według mnie przynajmniej dwoma arcydziełami. Jeżeli kogoś boli użycie tego zwrotu zarówno w stosunku do horroru, jak i Ojca Chrzestnego, to doprawdy nie mój problem. Według mnie stworzył dwa wielkie filmy: Profondo Rosso i właśnie Suspirię[3]. Pierwszy wymieniony ma nawet całkiem przyzwoity scenariusz ale jak wspomniałem wcześniej, to nie scenariusze przyciągają u niego uwagę widza. W obu wymienionych filmach dostajemy piorunującą dawkę tego, co Argento robi najlepiej. Po pierwsze obraz - częste łamanie kadru czerwonym albo niebieskim światłem - w Profondo są nawet takie sceny, w których reżyser dzieli obraz na pół wyraźną linią i jedna część jest purpurowa a druga ciemnoniebieska. To chyba najbardziej znany znak rozpoznawczy Argento. Do tego swobodne pokazywanie makabry - możecie być pewni, że zobaczycie nóż wbijający się w ciało, ostrze podrzynające gardło i tryskające fontanny krwi (która też ma bardzo charakterystyczną, czy aby nie unikalną dla niego barwę). Do tego niektóre sceny przeciągnięte są do granic absurdu ale zarazem do granic wytrzymałości psychicznej widza. Suspens bywa tworzony w taki sposób, przy którym metoda Hitchcocka jawi się niczym seks nastolatka - szybko i byle jak. Dołóżcie sobie do tego nieco histeryczną pracę kamery (te zbliżenia na przerażone twarze ofiar/bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem rozszerzonych strachem oczu), dziwny montaż i pokazywanie scen, które przeczą zdrowemu rozsądkowi (w sensie zachowania bohaterów) ale mają jeden konkretny cel - budowanie gęstego klimatu, który niemalże czuje się pod palcami. Mnie ta mieszanka zwala z nóg.

Nie jestem jedynym, który twierdzi, że bez Goblina nie byłoby przynajmniej połowy tego uczucia, które towarzyszy nam przy oglądaniu filmów Argento. Nie znam historii tego zespołu ale wiem dwie rzeczy - pisali świetną muzykę i bardzo trudno znaleźć ich soundtrack z Suspirii. Panowie grają w sposób frenetyczny, histeryczny i absolutnie hipnotyzujący, tworząc idealny podkład pod obraz. W zasadzie na gorąco do głowy przychodzą mi jeszcze tylko trzy soudtracki, które tak bardzo skleiły się z filmem, żeby być jego pełnoprawnym uczestnikiem. Pierwszym jest film bardzo dla mnie osobisty - Misja Rolanda Joffe. To co zrobił w nim Ennio Morricone trafiło mnie w serce i za każdym razem gdy słucham tych melodii, mam wrażenie, że obcuję z absolutem. Drugim filmem jest Requiem for a Dream z absolutnie najlepiej współgrającym z obrazem soundtrackiem świata. Trzeci zaś to soundtrack do najlepszego filmu świata - The Blues Brothers. Jest oczywiście mnóstwo filmów, które mają w ścieżce dźwiękowej chwytne kawałki (każdy ma swoją listę), pojedyncze utwory kojarzone na zawsze z danym filmem (As time goes by w Casablance) albo sam soundtrack stanowi oddzielną jakość (Judgement Night). Ale takiego efektu, jak twórcy wymienieni powyżej, w moim przypadku nie udało się uzyskać nikomu.

Drugim filmem pokazywanym w czasie tego seansu był La Terza Madre aka Mother of Tears. Po 30 latach Argento ukończył swoją trylogię o Trzech Matkach, rozpoczętą właśnie Suspirią. Część druga, Inferno, była nieco słabsza ale w dalszym ciągu klimat oblepiał nas kilogramami. Koniec wieńczący dzieło jest natomiast czymś tak niedobrym, że zrobiło mi się słabo. Rozumiem, że wyższy budżet kusił tak długo aż skusił ale jakim cudem można film wyprać z nastroju tak skutecznie, jak zrobił to Argento w MoT, nie zrozumiem do końca życia. Dość powiedzieć, że możemy zapomnieć o wszystkim, za co go kochamy. No dobra, za wyjątkiem gore, którego w tym filmie jest pod dostatkiem. Zabrakło natomiast wszystkiego innego, przez co seans był ekstremalnie traumatycznym doznaniem, końcówkę powitałem śmiechem będącym mieszaniną ulgi i zażenowania tym, jak postanowił film zakończyć zaś całość można podsumować krótko: zdradzenie ideałów giallo nie wyszło ani nam, ani Argento na zdrowie. Przed seansem nie sądziłem, że nie będę chciał kupić trzeciej części trylogii. Po seansie wolałbym wbić sobie nożyczki w nogę niż mieć ten krap na półce - fatalne pożegnanie z tematem i brutalny gwałt na fanach. I nawet ósmy cud świata, jakim są nagie piersi Asii Argento (w roli głównej) nie były mi w stanie osłodzić gorzkiego smaku w ustach.

Niektórzy być może zastanawiają się skąd taki debilnie nieadekwatny, nawet jak na moje standardy, tytuł. Ano takie spostrzeżenie mi podczas pokazu przyszło do głowy - skąd u was chuje taki styl myślenia, że można przez ponad 3 godziny gadać praktycznie non stop. Śmiechy młodzieży wychowanej na Piłach, Ringach i Grudge'ach mi nie przeszkadzały, bo mam świadomość, że w ich wieku też bym się być może na Suspirii śmiał. Ale dlaczego te skurwięta przez cały czas gadały? Po co w ogóle płacić za bilet i tracić czas? Cały czas liczę, że w piekle jest specjalny kącik dla gadających w kinie. Zaraz obok tych, którzy nie oddają pożyczonych książek. I jednych, i drugich jednakowo nienawidzę.

[1] Ten zwrot pytuje na maksa. Umieszczam go tutaj z pełną premedytacją i z solennym postanowieniem, że nie użyję go już nigdy więcej. Gdyby mi się zdarzyło, możecie pociągnąć ze mnie łacha w komentarzach.
[2] Nie uważam kina rozrywkowego za gatunek gorszy od kina problemowego. Po prostu ludziom trudno przyznać, nawet przed samym sobą, że Terminator to film wybitny. Bo przecież wybitny to jest Kurosawa. Zupełnie jakby to się wykluczało. Co dopiero mówić o krytykach, którzy w tej materii są absolutnie niezłomni i nieprzejednani.
[3] Z powodów nie do końca dla mnie zrozumiałych, nie oglądałem do tej pory filmu The Bird with a Crystal Plumage, który jest wymieniany w gronie największych dokonań Argento. To poważne niedopatrzenie i kiedyś będę musiał się poprawić. Ale na razie nie będę robił wsi i udawał, że widziałem i że się podobało, bo tak mogą robić tylko poważni recenzenci w poczytnych gazetach i magazynach.

 
1 , 2 , 3