To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony

Muza. Siódma.

piątek, 14 grudnia 2012

Zanim zacznę. Niektórzy pytają jak moralnie godzę to, że piszę notki na fejsa i bloga (na tego ostatniego coraz mniej) w godzinach pracy. Zapamiętajcie - moralność to wymówka przegranych a notki piszę w czasie przerw na papierosa, których nie mam, bo musiałem rzucić palenie.
I jak już mamy jasność w temacie, przejdźmy do. Kontyngentując walkę z przeładowaniem na półkach i niespiętrzaniem nieprzeczytanych książek, do długiej listy rzeczy oczekujących na przeczytanie na kindlu, dokupiłem trochę papieru. Oczywiście bez chamstwa i patologii, bo dzieci patrzą ale.

Tutaj zaprezentowałem zabieg, który znacznie skraca czas powstawania takiej notki. Nazywa się on 'kopiuj-wklej'. Fachowo 'ctrl+C, ctrl+V'. Bawiąc, uczę.

Podczas ostatniej wizyty, dołożyłem jednego Archera, o którym zapomniałem wspomnieć, bo się wstydziłem. Nadłubią tych małych literek a ja mam wadę wzroku i astygmatyzm. Udało mi się przebiegle, kupić drugi tom cyklu-sagi o rodzinie Cliftonów, czy coś takiego. Pierwszego nie kupiłem. Ale mam drugi. Nazywa się Za grzechy ojca.
I tutaj sobie coś wyjaśnijmy, Archera kupuję w ciemno i wszystko więc wasze śmiechy są totalnie nie na miejscu.
No więc zacząłem czytać te grzechy i dopiero w okolicach 50 strony skojarzyłem, że jakoś tak nas wrzucił w środek akcji, nawiązuje do czegoś, co ewidentnie napisał gdzieś (gdzie?), wcześniej (kiedy?). Obejrzałem dokładnie okładki i na blurbach doczytałem, że elo zią, tom drugi reprezenta. No kurwa.
Ta kurwa, to wyraz mojej frustracji, że musiałem przerwać lekturę i rozejrzeć się za tomem pierwszym, bo jakkolwiek symetria to estetyka symetrystów ale kolejność powinna być zachowana, bo spojler. Czekajcie, nie napisałem dlaczego frustra mnie dopadła. Archer jest jednym z najlepszych opowiadaczy historii, jakich czytałem i słyszałem. I jak dorosnę, chcę być choć w połowie tak fajny jak on. A tu zamiast historii, dostałem niekontrolowany poślizg na ręcznym. Jakiś stosunek przerywany, nie przymierzając. No musiałem przerwać w trakcie.
Ponieważ w międzyczasie zacząłem symultanicznie szarpać inne książki, ktoś chętny i ochoczy, może mi zrobić z pierwszego tomu prezent bez okazji. Dla ułatwienia podaję tytuł - Czas pokaże.
Jestem blogerem, zasługuję na ładne rzeczy, kurwa mać.

Oprócz Archera, kupiłem też nowego Kołodziejczaka, o którym też nie wiedziałem, że jest pozycja poprzedzająca. Na Nordconie szarpnąłem się na Czerwoną mgłę, bo jak mi na okładce piszą, że świat zaatakowały barlogi i ich słudzy cienia (grafowie, jegrzy i inne chuje z piekła rodem), to ja to łykam, bo oczekuję tam dobrej naparzanki, w opisywaniu której Kołodziejczak jest mistrz (cykl Dominium Solarne i wszystko w temacie).
Ile tam jest naparzanki w dobrym, gladiusowym stylu, to weźcie przestańcie. Są fagi, bojowe kata i mantry, nanokadabry, pociski suicydalne, klątwy bojowe, tatuaże mocy, przeczarowane naboje i hetman wielki koronny El-Galad (elf, wiek nieznany). Ja to się czułem jak dziecko, które znalazło kawałek taśmy produkcyjnej Delicji Szampańskich(TM) i Ptasiego Mleczka(TM), po którym naprzemiennie jadą delicje(TM) i ptasie mleko(TM).
Cztery opowiadania, niecałe 400 stron i niedosyt. Który szybko przeszedł jak się okazało, że 2 lata wcześniej Kołodziejczak wydał powieść z tego samego uniwersum, pod tytułem Czarny horyzont.
Teraz będzie wstydliwe wyznanie. Tak bardzo chciałem ją wczoraj kupić i zacząć czytać, że złamałem się i wszedłem do Empiku, który przecież bojkotuję. To było silniejsze ode mnie. Na szczęście Empik bardzo szybko przypomniał mi, z jakiego powodu pozamerytorycznego, go nie lubię - między półkami rozwaliło się dwóch ziomków i brudzili książki. Nie byłem w stanie stwierdzić, który z nich śmierdzi bardziej bo z miejsca oddalałem się tak szybko, że zelóweczki najpierw dały iskrę a potem się zapaliły. Kurwa, co za sztynks. Umyjcie się brudasy a potem sięgajcie po książkę. Dobra, inaczej. Ręce chociaż umyjcie.
No i sobie czytam i się zadowalam tym Czarnym horyzontem, chociaż chwilowo Czerwona mgła wydaje mi się lepsza, bo się więcej w niej lutują w usto bolesne.

Grzędowicz czeka na umówiony znak-sygnał, to znaczy aż powtórzę sobie 3 tom. Mam na kindlu więc na siłowni szybko pójdzie, bo na stacjonariuszu jest poręczna półeczka i samo się czyta.
Co tam jeszcze? A, oprócz tego dowaliłem nowego Simmonsa, stron 832. Szykuję się niezła orgia. No i Gambit Michała Cholewy. Pewuc powiedział, że warto przeczytać więc nie mogę się nie posłuchać.
Jak widać walka z przeładowaniem na półkach i niespiętrzaniem nieprzeczytanych książek idzie mi nieźle. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że z poprzedniego rzutu skończyłem Kinga (za krótka), Crichtona (bez formy, po jego śmierci kończył wyrobnik i to też widać i czuć) i Chrisa Kyle (Cień snajpera). W przypadku tego ostatniego, w dalszym ciągu mi przykro - dalej nie potrafię go znienawidzić. Dobranoc państwu. 

wtorek, 02 listopada 2010

Jedna rzecz w całej tej jesieni jest dobra. No dobra dwie: atrakcyjnie obniżone temperatury i przesiadka z roweru do komunikacji miejskiej. Dzięki temu drugiemu, ilość czytanych tygodniowo książek skoczyła do 2-3 sztuk (nie powiem z ilu skoczyła, bo się swojego wiosenno-letniego lenistwa trochę wstydzę[1]).

 

UWAGA, CAPS LOCK PRZEMÓWIŁ - gdy pisałem jakoś do mnie nie dotarło, że zdradzam dosyć istotne dla odbioru książki rzeczy. Zwrócił mi na to uwagę jeden z komentatorów. Dlatego zdecydowałem się na dodanie na początku ostrzeżenia: w dalszej części trochę psuję radość z odkrywania świata opisanego w Miasto i miasto. Więc może tak - książkę polecam, brać w ciemno, jest świetna. Do mojego tekstu wrócić po lekturze albo nie wracać, bo do tego czasu internet napisze mnóstwo innych rzeczy. Dziękuję za uwagę.

 

Tydzień ubiegły był pierwszym tygodniem jesiennego przebudzenia, amoku i bankructwa. Od tamtej pory znalazłem czas na starszego Ketchuma, znalazłem czas na wpisane niedawno na listę 'koniecznie' Requiem dla snu (czy tylko mnie telepie gdy widzę takie tłumaczenie, czy też może tłumaczenie jest w porzo a ja nie skumałem o co w książce i filmie chodzi, dżim?), dokończyłem przykurzonego Wolskiego, zacząłem w końcu czytać Skórę Kathe Koji (Koi?). No w ogóle szał.

A potem zadałem na blipie pytanie o coś, co mnie po Dziewczynie i Requiem przeciągnie po glebie jeszcze bardziej i objawił się nasz doradca od rzeczy dziwnych i egzotycznych, niezawodny Blindlibrarian (tam, w Beszel) aka Braineater (tutaj, w Ul Quomie). Zasunął książką Miasto i Miasto pióra China Mieville (nie podejmuję się odmieniać ani imienia, ani nazwiska), podjąłem ryzyko finansowe, po 3 dniach skończyłem ją czytać i, zwyczajowo już, zacząłem kląć. Bo widzicie, 4 dyszki za 3 dni czytania to jest trochę przegięcie pały. Tak w ogóle muszę napisać jakąś hejtnotkę o cenach książek w tym kraju, bo to jest bandytyzm w biały dzień i rozbój na prostej drodze. Oraz wychowywanie pokolenia analfabetów, bo za 3 książki mam grę na peceta a za 4 na konsolę. To który nastolatek o zdrowych zmysłach zdecyduje się przepłacać za książki, męczyć się z czytaniem... Dobra, ja nie o tym.

Kląłem, bo Miasto i Miasto ma niekorzystny wskaźnik atrakcyjności (cena / czas poświęcony na czytanie x radość z lektury) gdyż jest za droga i za szybko się czyta. I tylko radości z lektury miałem całe mnóstwo chociaż była to radość dziwna, o czym za chwilę.

Dziwna radość wzięła się stąd, że to bardzo schizofreniczna książka jest. Mieville wrzucił motto z Brunona Schulza (Sklepy cynamonowe): 'Otwierają się w głębi miasta, żeby tak rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe i zwodne'. A potem potraktował ten fragment bardzo dosłownie i stworzył coś, z czym się do tej pory nie spotkałem nigdzie - dwa miasta zajmujące prawie ten sam obszar. Pomimo wypełniania tej samej przestrzeni, są to dwie różne jednostki administracyjne. Mieszkańcy Beszel nie mogą przekroczyć granicy z Ul Quomą i odwrotnie, bo następuje Przekroczenie, które jest przestępstwem największym. Wkracza wtedy obdarzona złą sławą superjednostka Przekroczeniówka, która delikwenta dokonującego przekroczenia znika. Działanie jej jest możliwe dzięki ustaleniom między władzami obu miast i bardzo silnego tabu, którego naruszenie jest dla większości mieszkańców niewyobrażalne.

Tutaj wtręt - pomysł jest świetny ale miałem problem z ogarnięciem siły tego tabu. Brak mi usystematyzowanej wiedzy, informacje o różnych dziwnych zakazach biorą się raczej z ogólnego oczytania ale bardzo trudno było mi przyjąć na klatę, że ludzi może aż tak pogiąć. Wszelkie przykłady prawdziwych zakazów, dziwniejszych niż Przekroczenie, powitam w komentarzach z radością. Wracamy prędziutko do tematu.

Ponieważ przekroczeniem może być praktycznie wszystko, mieszkańcy obu miast od dziecka uczą się przeoczać wszelkie przejawy i formy drugiego miasta - jego obywateli, ich ubrania, budynki i szerzej architekturę, autobusy i tramwaje, śmieci[2], zdarzenia i wypadki nawet, a zwłaszcza, jeżeli mają miejsce metr od ciebie. Podczas lektury miałem dojmujące poczucie deja vu, bo kojarzyło mi się to z połową powieści Zajdla gdzie ogłupieni, oszukani bądź samoogłupiający i samooszukujący się mieszkańcy Ziemi/stacji kosmicznej starają się nie dostrzegać i nie urażać swoich aktualnych władców[3]. Mieville bardzo udanie wprawił mnie w ten stan, który można nazwać tylko po francusku, bo pomimo tego, że nie daje mi żadnych wskazówek kiedy i dlaczego nastąpiło rozdzielenie miast, to pisze tak przekonująco, że bardzo szybko zacząłem traktować świat zastany jako coś normalnego. Normalnego w sensie łatwości poruszania się po nim przeze mnie jako przez czytelnika. Przy tak wykręconym patencie, to naprawdę duża sztuka a nie z masłem buła.

Gdyby nie patent z Przekroczeniem, fabuła byłaby sztampowa do bólu bo Mieville nie wymyślił specjalnie skomplikowanej intrygi - zabójstwo, śledztwo, trochę polityki, niepokoje społeczne, ekstremistyczne grupy nawołujące do rozdziału, międzynarodowa korporacja i twardy, chandlerowski inspektor. W zasadzie nic, czego nie dostałbym gdzieś wcześniej. Ale dzięki patentowi z Przekroczeniem, autor mógł kopnąć nas w głowę i mógł wrzucić kawałek, przy czytaniu którego drżałem z rozkoszy - główny bohater ściga mordercę po tych samych ulicach ale każdy z nich jest w innym mieście. I jest problem, bo bez Przekroczenia nie da się niczego zrobić[4], nie można nawet drugiej osobie zbyt natarczywie się przyglądać. W końcówce książki, robi nam się jeszcze bardziej, bo jeden z bohaterów przemieszcza się w ten sposób, że nie da się jednoznacznie określić, w którym mieście się znajduje, co paraliżuje pracę organów ścigania. No same smakowitości.

I tylko jedna mała łyżeczka dziegciu w wielkiej beczce pysznego miodu - konstrukcja bohaterów. Z żadnym się nie zżyłem, z żadnym się nie zaziomiłem, na żadnym mi nie zależało, żadnego za miesiąc nie będę pamiętał. Może oprócz głównego bohatera, inspektora Borlu z Brygady Najpoważniejszych Zbrodni. To w zasadzie jedyna słabość tej ksiażki, bo w takiej książce chcę bohaterów, za których będę dawał choćby najmniejszego faka. A tu nic - dobrze napisani a nie zachwycają. I właśnie przez to nie mogę wbić do chóru pod batutą Neila Gaimana, w którym mógłbym w grupie pośpiewać 'Literatura nowego stulecia'. Szkoda, bo Miasto i miasto miało wszelkie szanse, by zostać dla mnie powieścią wybitną. A tak jest tylko bardzo dobra. Na szczęście jestem tylko amatorem, który się nie zna, wcześniej wypowiedzieli się fachowcy i książka skosiła Hugo, Locusa i nagrodę Arthura C. Clarka.

Oczywiście się droczę - rzecz jest warta każdej złotówki jaką na nią wydacie a wszystkie nagrody jakie skosiła są jak najbardziej zasłużone. Wysupłajcie kasę, miłej lektury i do poczytania. Ja zaś udaję się na mało skomplikowane poszukiwania innych rzeczy tego szalonego Angola, bo widzę, że warto się z nim bliżej zapoznać.

 

[1] Z drugiej strony mam pewność, że pomimo nikczemnej cyfry i tak latem czytałem więcej niż 80% społeczeństwa. Tak, najważniejsze to podbijać bębenek dobrego samopoczucia.
[2] Pyszny krótki kawałek o cyklu życia śmieci wart jest osobnej nagrody dla pysznego, krótkiego kawałka o rzeczach niezauważanych.
[3] Mniemam, że kojarzycie o co chodzi w moim skrócie myślowym. Wyjście z cienia, Proksowie, zakaz korzystania z piłek do rugby, cygar albo wykreślenie mrówek z podręczników mniej mi się kojarzyło z cenzurą a bardziej z oszukiwaniem samego siebie i niewidzeniem pewnych rzeczy. Jak ulał przeoczanie.
[4] Znaczy da się. Jedyne miejsca gdzie nie dochodzi do Przekroczenia a legalnego przekroczenia granicy między miastami, to specjalnie wyznaczone punkty kontrolne (Hale Łącznikowe). Bohater mógł wrócić do takiego punktu, przekroczyć zamiast Przekroczyć, po czym kontynuować pościg. Jak na złość, po drodze żaden punkt się nie przytrafił więc mogliśmy się cieszyć przepiękną, psychodeliczną sceną, zakończoną trzęsieniem ziemi.

wtorek, 26 października 2010

Znowu o potworach. Tym razem gorszych niż w Poza sezonem, bo tam była dzicz z jaskini a tutaj sąsiedzi z domu obok. W poprzedniej ksiażce Ketchum przewrócił mnie na ziemię po czym skopał, nasikał na twarz a na koniec zasadził klocka na mojej klatce piersiowej. W Dziewczynie z sąsiedztwa przykuł mnie kajdankami do krzesła, skierował ostre światło w moje oczy, po czym długim monologiem zbrukał moją nieśmiertelną duszę i zostawił mnie pobitego, zgwałconego i bezradnego ze spodniami zrolowanymi na kostkach.

Daruję sobie dalsze mało udane analogie, nie będę też zestawiał Dziewczyny z Poza sezonem, bo to co miałem do powiedzenia na temat tej ostatniej leży sobie tutaj i niekoniecznie mam ochotę ją wspominać (nie dałem rady przeczytać jej po raz drugi, poległem, zaczął mnie boleć żołądek, nie kupujcie jej, zamiast tego weźcie lepiej dziewczynę na kawę i ciastko).

Mając to w pamięci, do Dziewczyny z sąsiedztwa podchodziłem ostrożnie, z obawą, uzbrojony w pokłady dobrego humoru, raczej szczęśliwy i ogólnie zadowolony. Równie dobrze mogłem bronić się przed cięciem półtoraka tarczą z tektury. Pisarz z dziecinną łatwością mnie rozbroił a potem zniszczył mój spokój ducha. Dobrze, że podczas lektury nie wiedziałem, że książka oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, bo poczułbym się jeszcze gorzej a tak, to tylko miałem komuś ochotę przykopać. W zasadzie miałem ochotę przykopać całej ludzkości, bo mi ją Ketchum obrzydził do cna. Aha, ponieważ Ketchum był dość wierny w szczegółach, artykuł z wiki jest jednym wielkim spojlerem. Jeżeli ktoś ma życzenie sięgnąć po książkę, to może sobie jego czytanie podarować.

W skrócie o fabule: wypadek samochodowy, dwie osierocone dziewczynki trafiają pod opiekę swojej krewnej (Ruth), która samotnie wychowuje kilku synów i ma do świata kilka uzasadnionych pretensji. Od samego początku starsza z dziewczynek (Meg) ma pod górkę, bo ciocia oprócz pretensji, ma również obluzowaną większość klepek. Karcenie Meg zacznie się od słów i szlabanu, by przez bicie, zakończyć się w piwnicy gdzie razem z nią, czytelnik przeżyje piekło na ziemi. Cieszę się, że podczas lektury wiedziałem co się z grubsza stanie[1], bo byłem w stanie choć minimalnie się przed Ketchumem bronić.

No dobra, ale o co tyle krzyku. Przecież na temat przemocy w stosunku do dzieci powstało mnóstwo filmów i książek, powinniśmy się z tym przynajmniej trochę oswoić (nie mylcie oswajania z uniewrażliwianiem) więc emo nie powinno czytelnikowi szybować pod sufit. Ketchum zrobił jednak kolejną przykrość i do zabawy w tortury wprzęgł synów Ruth i dzieciaki z sąsiedztwa. Tym razem krytyka pisząc o krzyżówce Goldinga z Barkerem, będzie miała 100% racji. Teoretycznie, znając Władcę Much, nie powinienem się specjalnie nawilżać przemocą w wykonaniu nieletnich ale ponownie się nie udało. Bo mamuśka Ruth jest psychiczna i to może ją od biedy jakoś tłumaczyć. Dzieciaki zą zwyczajnie złe i krzywdząc bądź obserwując krzywdzoną Meg, dobrze się bawią. Mają w sobie tyle człowieczeństwa co owady. Są najgorszym rodzajem potworów, bo na pierwszy i drugi rzut oka niczym się od nas nie różnią. Przez to trudno się przed nimi bronić. A jak być może pamiętacie, według mnie dla faceta bezsilność to jedno z najbardziej parszywych uczuć. I przez to ich maskowanie, nie wiesz kiedy potwór po ciebie przychodzi.

Pisząc o Ruth, Ketchum stworzył jedną z najbardziej, jeżeli nie najbardziej zwichrowaną psychicznie postać, o jakiej miałem nieprzyjemność czytać. Na początku jest to fajna babka, matka kumpli, która pozwala wypić u siebie piwo, nie donosi na ciebie do rodziców, czasem błyśnie spod sukienki piersią (niechcący) i w ogóle brakuje jej tej upierdliwości jaką obdarzeni są wszyscy nasi starzy. Potem zaczyna jej się lekko odklejać ale niektórzy mogą się jeszcze łudzić, że uda jej się to jakoś ogarnąć i zebrać do kupy. A potem Ruth puszcza się poręczy, zezwala dzieciom na coraz gorsze zabawy z Meg a sama wspina się na wyżyny kreatywności w wymyślaniu tortur, jakim podda dziewczynę i jej siostrę. Oszczędzę ich wam.

Tak czytam to, co napisałem i widzę jeden wielki chaos nad którym nie potrafię zapanować. Ciężko ubiera się myśli w słowa po traumie wywołanej lekturą, bo ksiażka okrutnie wali po głowie. Zło, które się z niej leje nie ma żadnego uzasadnienia, jest nieracjonalne, bo prowadzi tylko do eskalacji przemocy. W Poza sezonem polowanie było dla mięsa a okrucieństwo było dodatkiem do łowów. Tutaj katowanie Meg na początku ma być karą, nauczką. Od pewnego momentu jest tylko sadystycznym spektaklem, podczas którego cierpimy i mamy ochotę się do czegoś przytulić. Do czegoś a nie do kogoś, bo świadomość, że Ruth jest przedstawicielką tego samego rodzaju co my, skutecznie leczy nas z chęci przytulenia się do kogoś.

Gdy pisałem o Poza sezonem, moje zastanawianie się czy wam to polecać czy nie, było nieco kokieteryjne, bo od samego początku wiedziałem, że fuck yeah! koniecznie przeczytajcie, bo mocne. W przypadku Dziewczyny moje rozterki są jak najbardziej prawdziwe. Bo nie wiem czy mogę z czystym sumieniem powiedzieć: tak, przeczytajcie bo warto. Po pierwsze nie chcę, żeby ktokolwiek wziął mnie za zwyrola, który poleca ludziom dziwne pozycje. Po drugie tak się zastanawiam, czy jak ja podczas czytania cierpiałem za miliony, ma sens, żeby przez coś takiego przechodziły kolejne osoby. Żeby to chociaż fikcja literacka była, to może. A tak fakt, że to na motywach i podstawie, dodatkowo robi krzywdę. Więc może mam taką propozycję żebyście przed zakupem przeczytali kilka innych recenzji i sami zdecydowali, czy naprawdę chcecie sobie pogorszyć.

I na koniec dykteryjka, która może wam pomóc w podjęciu decyzji - w sekundę po tym, jak odłożyłem Dziewczynę z sąsiedztwa, sięgnąłem po Requiem dla snu[2] (dlaczego tego tytułu nie zmienili na okoliczność wydania książki to ja nie rozumiem). W porównaniu, Requiem zdało mi się pozycją przyjemną w czytaniu, opowiedziana historia była niemalże z opery mydlanej i nie widziałem większego problemu żeby wprowadzić tę pozycję do programu nauczania w klasach początkowych. Decydujcie sami. Do poczytania.

[1] W przedmowie Stephen King się rozluźnił i zaspojlował rozwój wydarzeń. Mam więc dodatkową sugestię, jeżeli chcecie czytać Dziewczynę, to przedmowę potraktujcie jako posłowie.
[2] Książka poniewiera człowiekiem w równym stopniu co film. A właściwie nawet bardziej.

 

piątek, 14 maja 2010

Tłumacz zajawił, znajoma zachęciła, ja się skusiłem, wczoraj kupiłem, dzisiaj skończyłem czytać i w zasadzie nie wiem od czego zacząć. Bo łatwo książkę zaszufladkować jako 'bezsensowne gore porno', następnie obudować ten leitmotiv kilkoma zręcznymi akapitami, w których popastwimy się nad dziełem, dolać dużo krwawych epitetów a na koniec napisać, że jest to lektura dla osób z problemami psychicznymi. I można iść zainkasować wierszówkę. Na początku nawet chciałem tak zrobić, bo mnie ta pozycja rozwścieczyła jak mało co. A potem ochłonąłem i stwierdziłem, że pisanie z gorącą głową ma tyle samo sensu, co wyznawanie miłości świeżo poznanej kobiecie na 10 sekund przed orgazmem - gdy opadną emocje zostaje ocean niezręczności. Postaram się nie sprzedać zbyt dużych spojlerów więc będą uproszczenia. Ci, którzy już czytali Poza sezonem, niech mi je wybaczą.

Schemat do bólu znany, bo mamy domek w środku niczego, w nim grupkę nowojorczyków na wywczasie a dokoła bandę najbardziej zdehumanizowanych kanibali, z jakimi miałem kiedykolwiek nieprzyjemność obcować. I tutaj trudno i nudno, ale muszę dać krótki rys historyczny. Pierwsza wersja książki powstała w roku 1980. Co nas wtedy straszyło z podobnych, znanych szerszej grupie nerdów, rzeczy? Ano niewiele - Noc żywych trupów, Świt żywych trupów, Teksańska masakra, Halloween, być może Piątek 13 (ten sam rok, nie wiem czy Ketchum pisał Poza sezonem po czy przed premierą filmu). Książek o podobnym ładunku ekstremy, z tamtego okresu nie kojarzę ale to przez mój kompletny brak oczytania.

W czasach gdy książka powstała, nie miała szans ukazać się w takiej treści, w jakiej ją sobie pisarz umyślił. W posłowiu Ketchum opisuje proces przeredagowywania powieści tak, aby była przyswajalna dla przeciętnego czytelnika[1]. A i tak po premierze ludzie doznali szoku, wydawca wycofał z obiegu niesprzedany nakład i postanowił nie robić dodruków. Minęło kilkanaście lat i pisarz przywrócił książce jej pierwotny kształt. Ponieważ wywalił do kosza jej pierwszą wersję, to co dostałem wczoraj do ręki, było książką napisaną praktycznie od nowa.

Dzisiejsze możliwości CGI i fantazja scenarzystów, pozwalają ukazać na ekranie najgorsze zezwierzęcenie (Dom 1000 trupów choćby) ale w ciągu ostatnich 10-15 lat powstało tyle filmów o ludziach w dziczy ściganych przez lokalnych zwyrodnialców, że trochę nam to wszystko spowszedniało, cierpienie ofiar zdaje się być umowne, zwyrodnialcy nie są aż tak bardzo zwyrodniali a krew jest ledwie letnia i za mało czerwona. Siada spowszedniały i urobiony czytelnik, który ma wrażenie, że nic go już nie ruszy, zaczyna czytać i po 70 stronach dostaje takiego mentalnego kopa w jaja, że zwija się na podłodze i zanurza w otchłań psychicznego cierpienia. O tak, dostałem dokładnie to, czego się nie spodziewałem.

Styl. Całość to ledwie 190 stron tekstu. Dominuje fraza reportersko-dokumentalna. Nie dostajemy naszpikowanych przymiotnikami opisów wszystkiego, nie dostajemy mistrzowskiej wiwisekcji psychologicznej bohaterów, nie dostajemy rozbudowanego komentarza odautorskiego (wszystkowiedzący, wszystkokomentujący narrator). Historia zdaje się wisieć w powietrzu a bohaterowie są naszkicowani. Ale dostajemy za to, z jednej strony wydestylowane cierpienie i pierwotną, animalistyczną wolę przeżycia, a z drugiej chłodny, pozbawiony oceny, opis obcej formy życia, jaką są atakujący kanibale. Prostota formy plus prostota treści plus brak kompromisów autora, dało mieszankę, która wybuchła mi w twarz z siłą supernowej. I mam wrażenie, że gdyby to napisał King, to z całym szacunkiem dla jego warsztatu, rozcieńczyłby to do stopnia, w którym zamiast szklanki krwi ze skrzepami dostałbym szklankę lurowatego soku malinowego. Tym razem mniej znaczyło lepiej.

Treść? Treść wszyscy znamy, bo każdy z nas obejrzał do tej pory przynajmniej 20 filmów o grupie ludzi z miasta osaczonych w dziczy przez ludzi z dziczy. Ogólne założenia scenariuszowe nie kopią, bo się oswoiliśmy. Kopie wykonanie, kopie opis, kopie rządzący całą rzezią przypadek[2], kopie bezsensowność zbrodni a przede wszystkim kopią momenty, w których rzeczy się stają. Bo stają się nagle i bez ostrzeżenia. Ofiary praktycznie ani razu nie mają szans na skuteczną obronę a jak im się udaje, to tylko dlatego, że zadziałał wspomniany król-przypadek[3]. Ketchum nie napisał tej książki, żeby się z czytelnikiem pieścić czy wchodzić w jakieś kompromisy. Przeciwnie, on robi wszystko, żebyśmy go znienawidzili. I świetnie mu to wychodzi.

Oprawcy. Przeczytałem i obejrzałem dużo rzeczy. Do tej pory tak naprawdę przeraziły mnie dwie rodziny psychopatów: ci z Teksańskiej masakry i ci z Domu 1000 ciał. Wydawało mi się, że poprzeczka stoi wysoko. Dla Ketchuma wisiała ona na wysokości kolan, przeszedł nad nią bez wysiłku, podniósł i zawiesił gdzieś, gdzie moim zdaniem, nikt do tej pory nie sięgnął. I ja się tutaj naprawdę nie egzaltuję. Daje nam jakieś sygnały skąd się mogli wziąć ale tak naprawdę to zasłona dymna, bo jedyne czego możemy być pewni, to pochodzenie ich praprzodkini. Cała reszta pozostaje niedopowiedziana - nie wiemy kim są, skąd przyszli, dlaczego stali się tym, czym się stali. Są idealnie obcą, pozbawioną uczuć wyższych, formą życia, z którą nie ma, innego niż siłowy, możliwości kontaktu. Varelse. Błaganie ich o litość ma tyle samo sensu, co błaganie o litość ksenomorfa. Możesz mówić. Może nawet zrozumieją, co do nich mówisz. Ale zareagują w sposób kompletnie dla nas niezrozumiały. Może ostatnio stałem się wrażliwszy ale wyjątkowo zszarpały mi psychę opisy tortur, jakim poddani zostali niektórzy z bohaterów. Nawet nie z powodu plastyczności opisu. Najgorsza była wylewająca się spomiędzy zdań bezsilność ofiar połączona z obojętnością oprawców. I dlatego opis śmierci Laury to jedna z najbardziej szarpiących nerwy rzeczy, jakie w życiu czytałem[4]. Bo wiecie, dla faceta bezsilność to jedno z najbardziej parszywych uczuć.

No dobra, nie odpuszczę tego, czym się większość ekscytuje - są tortury, są opisy, często człowieka mdli, kilka razy musiałem przerwać lekturę, bo nie wyrabiałem. W skrócie - jest patroszenie, kastracja, dekapitacja, amputacje, rozbijanie głów, gotowanie głów, przebijanie języka haczykiem, gulasz z ludzi, kiełbasa z ludzi, grillowani ludzie, poderżnięte gardła i odgryziony sutek. W zasadzie jest praktycznie wszystko, o czym niekoniecznie chcielibyśmy czytać. Ketchum funduje nam prawdziwą ekstremę.

A jakby tego jeszcze było mało, dorzuca do tego zdziczałe, kanibalistyczne dzieci. Robi też rzecz rzadko spotykaną - dzieciom zdarza się ginąć a my wtedy cieszymy się i bijemy brawo. I pewnie przez te dzieci, niektórzy recenzenci będą strzelać napinkę i pisać o tym, że Golding we Władcy Much dał nieporównanie pełniejszy opis rozkładu więzi społecznych i staczania się... Wiecie o co chodzi. To nic, że w Poza sezonem nie chodziło o opisywanie genezy powstania gatunku a dzieci są wprowadzone po to, żeby jeszcze bardziej szarpnąć czytelnikiem. I tak mu się pewnie dostanie, wspomnicie moje słowa. A jak się nie stanie, to będę bardzo zdziwionym Teklakiem.

Bo widzicie, nie żywię złudzeń. Na dobre recenzje ta książka nie ma co liczyć. Pewnie wszyscy powtórzą chórem 'kontrowersyjna i wstrząsająca'. A potem doprawią 'brutalna, bezsensowna i niepotrzebna'. Bo trzeba odrobiny dobrej woli podczas czytania by dostrzec, że w całej tej historii nie chodzi o epatowanie czytelnika opisem zjadania penisa i jąder a o próbę, moim zdaniem wcale udaną, opisu różnych zachowań ludzi w sytuacji ekstremalnej.

Pomimo tego, że książka mi się, nazwijmy to, podobała, mam mieszane uczucia, czy wam to polecić, bo to jednak obrzydliwa rzecz. Niby trzy dyszki to nie majątek ale mniej się boję o stan waszego portfela a bardziej o to, co sobie o mnie pomyślicie gdy powiem 'marsz do księgarni'. Z drugiej strony, czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka? Dlatego zaryzykuję, wieczorem wezmę ostrego kebaba[5] a teraz powiem 'marsz do księgarni, trzy dyszki to nie majątek'. Dziękuję za uwagę i do poczytania.

[1] Ketchum zgodził się na drastyczne zmiany w tekście, bo jak sam pisze 'To w końcu był mój debiut i samo posiadanie umowy starczało mi do pełni szczęścia'. W zupełności go rozumiem.
[2] Bohaterowie giną w zupełnie innej kolejności niż to sobie wyobrażałem w trakcie czytania. Dlaczego? Ano, jedni mieli pecha spać akurat w tym a nie innym pokoju, inni okazali się słabsi, niż mogłoby się nam wydawać a jeszcze inni wykrzesali z siebie odrobinę niezbędnej odwagi.
[3] Polityka niespojlerowania powoduje, że upraszczam.
[4] W Teksańskiej masakrze jest scena gdy niedołężny dziadek próbuje rozbić młotkiem głowę jednej z bohaterek. Nie radzi sobie, rodzina się zaśmiewa a dziewczyna odchodzi od zmysłów z przerażenia. Źle się podczas jej oglądania czuję. Przy wspomnianym opisie jawi mi się ona niczym poranek dla dzieci.
[5] Bardzo hermetyczny żart, zrozumiały dla tych, którzy mnie trochę znają.

wtorek, 27 października 2009

Rzeczy, które mi się w Żmii podobały:

- pierwsze 40-50 stron
- sceny batalistyczne
- język i styl (samo się czyta)
- sceny z życia radzieckich żołnierzy w Afganistanie
- kilka zdań, które trafiły w sam środek mojego emo związanego z braterstwem broni i tego typu historiami, które windukowałem sobie za dzieciaka[1]

Rzeczy, które mi się w Żmii nie podobały:

- cała reszta
- cena (33,90)
- objętość (240 stron)
- czas spędzony na lekturze (poszło w niecałe 3 godziny ale tylko dlatego, że sobie przerwy robiłem)

Napisałbym coś więcej ale autora cenię, szanuję i tak wiele mu zawdzięczam, że prędzej sobie wbiję dłuto w zdradliwą dłoń niż zacznę się pastwić występnie nad czymkolwiek jego pióra. Ale żal trochę.

I jeszcze ciepłe słowo do wydawcy - topowy autor dostaje papier toaletowy[2]? Poważnie? Wstydu, kurwa, nie macie. Ani szacunku. Tak dla pisarza, jak i dla czytelnika. Jak ja niby mam to postawić na półce obok sagi albo trylogii? Tani tandeciarze.

[1] Przez co filmy wojenne są jedynymi, na których zdarza mi się wzruszyć do łez.
[2] W zasadzie powinienem użyć frazy 'obsrany papier toaletowy' gdyż papier użyty do druku wygląda jakby ktoś się na niego wypróżnił.

środa, 12 sierpnia 2009

Premiera. Będzie to pierwszy tekst jaki kiedykolwiek napisałem pod wpływem różnych środków psychoaktywnych. Z premedytacją i świadomie. Środki to piwo aczkolwiek jeżeli pod koniec utracę spójność wywodu, oznaczać to będzie, że sobie lekko dobawiłem wziewnie. Błędów nie wytykajcie.

Goszczący tu tłumacz, prawdopodobnie chcący zachować anonimowość, przetłumaczył na rodzimy książkę, której po filmie wyczekiwałem jak kania. Po latach owszem, dostałem ale niestety wydawca zarzucił rynek jakimś nikczemnym nakładem w wyniku czego Lęku nawet na alegro nie byłem w stanie utrafić. Za to utrafiłem zupełnym przypadkiem dzisiaj, na półce księgarnianej. Jako, że mam urlop, o 1500 zasiadłem w knajpie, zamówiłem duże piwo (w sensie litra a nie pół) i począłem kończyć ledwo zaczętego Careya (Mój własny diabeł). Lekko mroczna, chandlerowska duchem opowieść o egzorcyście, którą polecam. Skończyłem ją czytać w okolicach początku trzeciego dużego (albo szybko czytam, albo wolno piję). W lokalu spodobało mi się na tyle, że po zakończonej zacząłem następną. Tytułową. I piwa dokupiłem. No i kurwa zrobiłem sobie dobrze.

Uwaga na marginesie. Czytanie Lęku na trzeźwo ma taki sam sens jak picie ciepłej wódki. Niby smakuje ale... Porównanie mi chyba nie wyszło. No moim zdaniem trzeba to czytać na spawie. W moim przypadku alkoholowym, lepszy pewnie byłby inhalator.

Tutaj, celem nadęcia objętości, miał być ściągnięty z posłowia i z wiki kawałek o gonzo, kontrkulturze i innych mądrych rzeczach ale doszedłem do wniosku, że w stanie w jakim się znajduję, kopypasta mogłaby się nie udać i przeczytalibyście kawałek o langustach jedzących dżem. Więc nie będzie o gonzo i o kontrkulturze. Wszystko wskazuje na to, że będzie to średnio udany strumień świadomości skatalizowany lekturą. Jak nie będzie strumienia to przepraszam.

Fabuła jest taka, że dwóch ziomów jedzie do Las Vegas żeby napisać artykuł o jakichś złowoniaszczych wyścigach motocyklowych na pustyni. Walić fabułę. Cała książka to jakiś chory trip zafundowany niczego nie spodziewającemu się czytelnikowi. Thompson i Gonzo ładują dragami tył cadillaca i pociskają do stolicy hazardu. Ładują narkotyk garściami a ich kolejne jazdy świetnie zgrywały się z kuflami mojego piwa. Aczkolwiek uważam, że w przypadku tej książki powinna być taka możliwość, że zaczynam ją czytać od ósmego-dziesiątego piwa a kończę na trzecim. Bo pierwsza część jest tak pojebana, że nie próbujcie dotykać tego na trzeźwo. Znaczy pewnie się da ale po chuj, tak się zapytam?

Jak już napomknąłem kolesie walą dragi, widzą nietoperze, jaszczury i inne rzeczy, potem jest eter, koka, znowu meskalina, jakieś pixy, znowu meskalina i jeszcze więcej rzeczy, których nazw nie pamiętam. Sączyłem kolejne browary i dawałem się porwać opowieści. Dalej czuję się porwany ale za to nie czuję nóg i końcówek palców. Nie pamiętam kiedy ostatnio książka zafundowała mi taką jazdę bez trzymanki w otchłań szaleństwa. Do tego tak sugestywną jazdę.

Gówno wyszło ze strumienia, ręce mnie mrowią coraz bardziej, pisać bym chciał ale się nie klei więc może podsumuję ten jakże krótki jak na mnie, mętny wywód. Kupować, czytać, pożyczać żeby czytali. Mocarny literacki kop w łeb. Pod koniec lektury i browara chcieli mi chyba dać do zrozumienia żebym spierdalał, bo co prawda trochę tutaj monalizy drobnej zostawiłeś ale twoje dzikie kwiki (ze śmiechu) płoszą gości. No to dokończyłem kwicząc i wyszedłem. Czytać. Po środkach.

Ten Thompson to był ktoś, ten Thompson.

A teraz odpalam piwo i wracam do ponownej lektury.

niedziela, 24 maja 2009

Trzeci wpis o Kingu w ciągu ostatnich 40 dni (swoją drogą jak ten czas zasuwa) jest z takiego powodu, że ukazał się nowy zbiór opowiadań, który przeczytałem i o którym chcę wam kilka słów powiedzieć, bo warto rozmawiać. Przy okazji Stephena Kinga na wielkim ekranie sobie trochę popomstowałem, na okoliczność Po zachodzie słońca pomstowania będzie mniej. 13 lepszych i gorszych kawałków, polecę wedlug klucza 'które opowiadanie w zbiorze podobało ci się najmniej, a które najbardziej, odpowiedź uzasadnij albo obniżę ci ocenę'.

Dzień rozdania świadectw - takie małe kwiprokwo. King łykał proszki, odstawił, wynikiem efektów ubocznych był sen, który był tak wyraźny, że King rano wstał i go opisał. Zrozumiałbym to gdyby sen był ciekawy. Nie był. Na szczęście opowiadanie jest tak krótkie, że zanim zdążymy się zniesmaczyć, kończy się. O dziwo, wybuch atomowy nie ratuje całości.

Sen Harveya - takie małe kwiprokwo. Kolejne opowiadanie, które jest oparte na śnie Kinga. Po zakończonej lekturze miałem zadziwioną minę dzieciątka Jezus.

'New York Times' w cenie promocyjnej - eee..., ponownie - o co chodzi? Do żony dzwoni mąż, który zginął kilka dni wcześniej w katastrofie lotniczej. Chodzi po niebie i zastanawia się dlaczego Święty Piotr to taki kawał chama. No dobra, nie chodzi i nie zastanawia się. A szkoda, bo jakby chodził i się zastanawiał, to byłoby przynajmniej śmiesznie. A tak ani ciekawie, ani zabawnie.

Ayana - rzecz o cudownych uzdrowicielach. No dobra, bardziej ogólnie - rzecz o cudach. Normalnie cuda są zachwycające, bo to albo słońce tańczy po niebie, albo są ślady na drzewach. W tym opowiadaniu zachwycające było to, że się skończyło. Fakt, że King je lubi pozwolił mi zrozumieć dlaczego znalazło się w zbiorze. Po przeczytaniu kilku recenzji zbioru poczułem się jak buc bez wrażliwości, bo wszystkim się podobało. Zacząłem czytać drugi raz z myślą, że za pierwszym gdzieś mi magia umknęła. Niestety, poległem. To chyba magia Slytherinu, która na mnie nie działa.

Willa - baza ludzi umarłych, którzy się trochę domyślają, że nie żyją ale nikt tego głośno nie chce mówić. W tle fajna historia miłosna. Mogło być z tego dobre opowiadanie, wyszło jakieś takie bez konkretnego przykopania. Szkoda, bo pomimo zgranego patentu potencjał był.

Rzeczy, które po sobie zostawili - Kinga rozprawa z traumami Amerykanów po 11 września. Temat dla Polaka trochę obcy, bo w nasze wieżowce terroryści nie chcą się wbijać nawet latawcami (i dobrze), i jako taki, mało interesujący. Ale jedna rzecz mnie w nim ruszyła - jak drobiazg może zmienić całe twoje życie. Główny bohater usłuchał głosu w głowie i nie poszedł feralnego dnia do pracy a teraz zmaga się z poczuciem winy. Temat jest mi bliski, bo miałem w swoim życiu depresyjny epizod, podczas którego rozpamiętywałem wszystkie decyzje, które generowały w moim życiu rozdroża fundamentalne z punktu widzenia całej biografii[1]. I z jakimś kompulsywnym uporem analizowałem, jak potoczyłoby się moje życie gdybym na przykład pewnego lutowego poranka powiedział 'tak' albo pewnego czerwcowego popołudnia był nieco bardziej uparty. Na szczęście jakoś to rozchodziłem, bo w przeciwnym wypadku zaszczułbym sam siebie. Opowiadanie trafiło w mojego osobistego pierdolca i w zasadzie powinno być wyżej w tym zestawieniu. Bo w sumie nie zawsze chodzi o sprawność pióra czy atrakcyjność opowiedzianej historii, liczą się też uczucia jakie nami targają po lekturze. Może jak dopiszę resztę, to przekleję ten akapit gdzieś niżej (czyli wyżej).
Jednak nie przekleiłem, nie chciało mi się.

Piernikowa dziewczyna - pewnego dnia pani wyszła z domu pobiegać. A ponieważ nie bardzo wiedziała gdzie chce biec, zatrzymała się w motelu i poinformowała swojego męża, że jakiś czas jej nie będzie. Spoko, niezły sposób na radzenie sobie ze śmiercią dziecka i odejście od ślubnego. Następnie wywędrowała na Florydę, gdzie dobiegła w nieodpowiednie miejsce w nieodpowiednim czasie i padła ofiarą psychopaty. Schemat zgrany ale na tym między innymi polega wielkość Kinga, że ze zgranych schematów potrafi wycisnąć mnóstwo słoików smakowitego miodu. Tym razem nie wyszło. Ani bohaterka nie była na tyle interesująca bym jej w starciu z psychicznym kibicował, ani psychiczny nie był na tyle poryty by mnie przestraszyć, zobrzydzić czy zafascynować. A jak nie ma komu kibicować, to całe napięcie idzie w przysłowiowy gwizdek i nie ma chemii. A bez chemii nie ma gorących uczuć. I na dodatek to daremne zakończenie.

Miejsce obsługi podróżnych - samo opowiadanie bez rewelacji ale porusza temat, który lubię obracać w głowie gdy nie mogę zasnąć. Jesteś świadkiem potencjalnie niebezpiecznej sytuacji (facet grozi kobiecie, dresiarz kroi studenta). Co, jako osoba postronna i szczęśliwie w ten gnój niezaplątana, robisz? King pisze, że w razie czego odwołałby się do swojego wewnętrznego Richarda Bachmana. Do kogo odwołałbyś się ty? Masz swojego wewnętrznego złego chłopaka/dziewczynę? I czy mając napastnika pod butem, powstrzymałbyś się od wkopania mu zębów do gardła? Naprawdę? Powstrzymałbyś się?
Oczywiście można opowiadanie analizować z innego punktu widzenia - pisarz jako fotograf momentów i ich kronikarz. Ale ten akurat kierunek myślowy mnie nie zwilżył więc go tylko sygnalizuję, bez głębszego wdawania się weń.

Rower stacjonarny - tekst zapowiada się nieźle ale potem King leci w jakieś dziwne tematy i zaczyna rozmawiać ze swoimi bezrobotnymi organami wewnętrznymi i enzymami, które z braku pracy (robiły przy śmieciowym żarciu wpadającym do żołądka bohatera a ten buc przeszedł na dietę i zaczął ćwiczyć), mają problemy ze spłatą hipoteki. Mogło być tak pięknie, wyszedł jakiś bełkot. Gdyby nie świetny początek, umieściłbym je zaraz po opisach snów.

Zbiór ten potwierdza tezę, że dłuższa forma lepiej służy Kingowi. Na koniec bowiem zostawiłem sobie trzy dłuższe opowiadania, które w całym zbiorze podobały mi się najbardziej. Pewnie dlatego, że nie silił się w nich na eksplorację dziwnych miejsc tylko napisał porządne teksty, zgodne ze schematem, który wtłoczono mi do głowy jeszcze w podstawówce: opowiadanie powinno przekazać fajną historię i składać się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Prawda jakie to proste?

N. - kolejna podróż w klimaty Lovecrafta wymieszana z wyjątkowo mnie niepokojącym opisem zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Niby wiem, że w pewnym wieku każdy ma jakieś prywatne jazdy ale w opowiadaniu odnalazłem wcale sporo pierdolców, które są moje. No dobra, przesadziłem - nie wcale sporo a kilka. O kilka za dużo. Mocna rzecz, która zszarpała mi nerwy.

Niemowa - podstarzałemu przedstawicielowi handlowemu życie się trochę zawaliło. Korzystając z faktu, że zabrał na stopa głuchoniemego, funduje sobie spowiedź, podczas której wywleka wszystkie brudy. Więcej nie powiem, bo spojler to niefajna rzecz. W przeciwieństwie do opowiadania, które jest dobre i w prosty sposób opowiada o nieprostych rzeczach.

Bardzo trudne położenie - i tu King przegiął, bo wlazł do mojej głowy. Pewnie nie tylko mojej, bo nie wierzę, że ta trauma jest tylko moim udziałem. Chodzi mianowicie o toj-toje. Za każdym razem jak odwiedzam jedną z budek usytuowanych przy Wilanowskiej zastanawiam się, co by było gdyby to cholerstwo wywaliło się drzwiami do dołu. No byłby wstyd i konieczność powrotu do domu w ciuchach walących chemią, moczem i stolcem. King oczywiście idzie dalej - co by było gdyby tojka stała na odludziu a na dodatek w celu ochrony przed wandalami, została obita ze wszystkich stron grubą blachą. Mocne gówno. Dosłownie i w przenośni. Opis przejścia przez fekalia ruszył moim żołądkiem. Nawet King pisze, że zrobiło mu się niedobrze.

Jak ktoś jest sprytny i liczył, to się pewnie nie doliczył jednego tekstu. Zostawiłem go sobie na koniec, bo jest fajny i recenzentom się nie podoba. Kotu z piekła rodem postawiono takie zarzuty, że jest tekstem starym (sprzed 30 lat), trafił do zbiorku nie wiadomo po co (przecież King napisał, że to taki bonus track) i w ogóle jest jakiś taki nijaki. Nie znają się. Kot to tekst w stylu Creepshow czy Opowieści z krypty, jest straszny, śmieszny i obrzydliwy, wali ramotą, jest napisany z przymrużeniem oka i sporo w nim czarnego humoru. Pewnie dlatego mi się tak spodobał. No dobra, istotne jest też to, że kot wygrywa.

Dobra, teraz to już naprawdę koniec. Cóż mogę powiedzieć? Mam jakieś oczekiwania w stosunku do każdej książki Kinga. Czasami spełnia je w przerażający mnie sposób, bo wydobywa na światło dzienne traumy, które są moim udziałem, wiwisekcjonuje je dokładnie a całość kończy konstatacją 'boisz się swoich strachów? Masz rację'. Te rzeczy uwielbiam i wracam do nich regularnie. Innym razem napisze coś z potrzeby serca i czasami tę frajdę widać podczas czytania. Jeszcze innym razem mierzy się z estetyką, do której nas nie przyzwyczaił i czasem wychodzi z tego starcia z tarczą. Od Po zachodzie słońca oczekiwałem dobrze napisanych tekstów z tak zwanym przypierdoleniem. Ilościowo nie wygląda to najlepiej, bo więcej tu opowiadań słabszych niż dobrych. Na szczęście te lepsze są dłuższe więc objętościowo stosunek dobrego do złego jest satysfakcjonująco korzystny.
Miałem jeszcze taką myśl niesforną żeby upchnąć tą pozycję gdzieś w rankingu zbiorów opowiadań ale się rozmyśliłem, bo to w sumie temat na oddzielną notkę. Dlatego zakończę tak - wydaje mi się, że dla trzech długich tekstów warto zostawić w księgarni kilka złotych. Ale oczywiście mogę się mylić. I już na sam koniec chciałbym was przeprosić za trywializowanie, prześmiewczość i skróty myślowe w opisach poszczególnych tekstów. Jak zwykle chciałem uniknąć ewidentnych spojlerów. Do poczytania.

[1] Mimo rozchodzenia, do tej pory z tyłu głowy kołacze się pytanie - gdybym został na uczelni, jakim byłbym naukowcem i wykładowcą i jak teraz wyglądałoby moje życie?

czwartek, 30 kwietnia 2009

W ramach koszenia furmanki szmalu, po lewej stronie pojawiło mi się okienko, dzięki któremu w ciągu roku osiągnę supremację w świecie finansów. Wszystkich, którzy zechcieliby napisać w komciach albo na priva dobre słowo o komercji i sprzedajnych dziwkach proszę o powstrzymanie się, bo aktualnie mam taki moment, że żarty się mnie nie trzymają. Ale ja nie o tym.

Komentarz pod notką o 'nowym' zbiorze opowiadań Kinga rozrósł mi się tak, że postanowiłem zrobić z niego oddzielny fragment. Teza jest taka, że King skończył się na Kill'em All, a większość z tego, co napisał po zderzeniu z samochodem prowadzonym przez pana Smitha[1] jest kiepskie, słabe, złe albo bardzo złe. No z tym, że niekoniecznie. Polećmy po kolei.

Łowca snów - King napisał go niecałe dwa lata po wypadku. Z niezrozumiałego dla mnie powodu wielu fanów uważa Łowcę za krap okrutny. Zgoda, książka nie jest wybitna, nie zapisała się złotymi zgłoskami w historii literatury ale King nie miał przecież wcale takiego zamysłu. Leżał sobie w łóżku, cierpiał z powodu bólów w zmielonym biodrze i postanowił coś napisać. No i napisał remake Inwazji porywaczy ciał z realiami przesuniętymi bliżej naszych czasów i bez zimnowojennego lęku w tle. Łowca podobał mi się z kilku powodów - King znowu rozgrywa motyw przyjaźni z dzieciństwa, który w jego wykonaniu uwielbiam i kupuję bezkrytycznie. Owszem, nie jest on tak rozbudowany jak w It (To), ani tak intensywny jak w The Body (Ciało) ale to nie znaczy przecież automatycznie, że jest zły. Po drugie, z powodów czysto sentymentalnych, lubię czytać o takich przyjaźniach potraktowanych przez czas. Nie podejmuję się tego uzasadniać, bo nie wszystko mam ochotę wrzucać do internetów. A po trzecie w Łowcy są pościgi, obozy przejściowe, faszystowska soldateska, psychopata, ekstremalny cykl rozwojowy Obcego, strzelaniny, wybuchy i zagrożenie dla planety. Ludzie, jak to się może nie podobać? Oczywiście przy moim dziwnym guście czytelniczym mogę się mylić ale to już jakby nie mój problem. Zresztą, King pisząc Łowcę, czerpał niesamowitą radość z tworzenia, po dosyć długiej dla niego przerwie na wątpliwy wywczas. Dla mnie jest to wystarczający powód, by wciągnąć tą pozycję na listę rzeczy niekoniecznie świetnych ale na pewno niezasługujących na tak obcesowe potraktowanie przez krytykę i fanów.

Czarny Dom - podróż Jacka Sawyera przez Terytoria (Talizman) jest piękna i magiczna a jak macie ochotę, to możecie sobie przeczytać dlaczego jestem w niej zakochany. O, tutaj: http://radkowiecki.is.evil.pl/23-03-4.html. Kontynuacja jedną dłonią czerpie z Talizmanu a drugą z Mrocznej Wieży. O co chodzi marudzącym, nie bardzo rozumiem, bo chociaż Czarny Dom jest od części pierwszej słabszy, to nie jest słabszy aż tak, by nurać go w smole i obsypywać pierzem.

Buick 8 - no dobra, w tym przypadku mistrzu popełnił mały fakap, bo Buick 8 jest mało porywający. Na dodatek premiera zbiegła się z zapowiedziami Kinga o wycofaniu się z pisania. Ale było to tak samo przekonujące jak ofiara metaamfetaminy zarzekająca się, że od jutra przestaje grzać. Oczywiście fandomici trochę przypękali, bo historia pisarza przypominała nieco tą z Worka Kości. King napisał prawie całego Buicka przed wypadkiem[2], potem trochę nie miał możliwości pisać, bo po wypadku siedzenie przed komputerem było bolesne. Dopiero po 3 latach rzuca książkę na rynek, ludzie czytają i widzą, że jest kiepska. I jest stres, że gość się wypalił i jedzie na rezerwie. Do tego doszły problemy z gwałtownie pogarszającym się wzrokiem Kinga i oczywiście dolegliwości powypadkowe. Jednym słowem koniec, do tego przykry gdyż z jednej strony pisarz recyclinguje stary kawałek, a z drugiej nie dokończy swego opus magnum (Mroczna Wieża). Oczywiście śmiałem się z tego, bo King musiał dokończyć MW. Poza tym gdyby ten człowiek przestał pisać, po kwartale zadusiłby się słowami. Ale to tylko moje spekulacje, bo pewnie zadusiłby się po miesiącu.

Mroczna Wieża V, VI i VII - w ciągu dwóch lat (2003-2004) King dokończył swoje koronne dzieło (w sumie prawie 2000 stron) i dla mnie te trzy książki stanowią najlepszy dowód na to, że ględzenie o powypadkowym wypaleniu się Kinga są pozbawione sensu - te pozycje można śmiało postawić obok takich gigantów jak To, Bastion, Wielki Marsz czy Misery. Miesiąc temu powtórzyłem sobie całość więc mam wrażenia na bieżąco.

Colorado Kid - traktuję to opowiadanie (bo ciężko to nazwać książką) jako fajną wprawkę literacką i dowód na to, że dobrze opowiedziana historia wcale nie musi mieć takiej puenty, jakiej wszyscy oczekują. Ale faktycznie bez szału.

Komórka - czyli Bastion dla ludzi ze wstrętem do drukowanego, niechętnym poważnym rozważaniom o manichejskim konflikcie Dobra i Zła. I to jest właśnie problem Komórki - nieuchronne zestawianie jej właśnie z Bastionem, w którym King dał swój najpełniejszy obraz upadku społeczeństwa. Przez co Komórka nie miała żadnych szans na dobre recenzje, bo każdy spinał dupę, robił mądrą minę i mówił coś takiego: phi, odcinanie kuponów od arcydzieła i nędzne po nim popłuczyny. Na co ja mam tylko jedną ripostę - popłuczynami to cię człowieku robili. Pewnie, że Komórka nie jest czymś, przed czym będziemy klękać (swoje uwagi na jej temat wyłożyłem tutaj: http://radkowiecki.is.evil.pl/07-04-09.html). Ale porównywanie jej do gówna, to lekka przesada.

Historia Lisey - i tutaj jest problem, bo krytyka zachwycona, czytelnicy zachwyceni a ja niekoniecznie, o czym również możecie poczytać w zalinkowanym powyżej kawałku.

Ręka mistrza - jedyna jej słabość, to fakt, że miejscami jest przegadana. Jakby zmniejszyć jej objętość z 600 do 450 stron, choćby wyrzucając ze dwa wątki poboczne, byłoby idealnie.

Blaze - wspominam o niej niechronologicznie (wydano ją między Historią Lisey a Ręką mistrza), bo nie bardzo wiem, czy mam Kingowi wierzyć. Twierdzi, że napisał ją w połowie lat siedemdziesiątych jako Richard Bachman. Potem książka, w niewyjaśnionych okolicznościach, trafiła do schowka w bibliotece (co to w ogóle jest ten schowek?) gdzie przeleżała wiele lat, przeżywszy swego twórcę (Bachman zmarł w 1985 roku na schizonomię, czyli raka pseudonimu). King ją odnalazł, uwspółcześnił i wydał w 2007. Skąd moje wątpliwości? Bo ja nie bardzo wierzę w to, że pisarz ograniczył się jedynie do uwspółcześnienia - za bardzo mu się styl zmienił i za dużo jego niepochlebnych opinii o starszych pozycjach czytałem, żeby w to bezkrytycznie uwierzyć. Z drugiej strony, kto go wie? Może faktycznie postanowił zabrać czytelników w podróż literackim wehikułem czasu i postanowił ją tylko lekko podszlifować? Tak czy inaczej o książce złego słowa powiedzieć nie dam, bo równie rozczulającego prostaczka jak Blaze nie udało mu się stworzyć ani wcześniej, ani później. Tom Cullen z Bastionu, podobny charakterologicznie, był zbyt męczący, by móc z Blazem stawać w szranki a John Coffey z Zielonej Mili irytował swoją świętością. Przy Kingu wzruszam się dosyć często, bo gość potrafi indukować ten stan u czytelnika. Ale tylko przy dwóch książkach uroniłem łzę - przy Zielonej Mili i przy Blaze.

Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika występuje poza konkursem, bo to zupełnie inna bajka w takim sensie, że to poradnik a nie beletrystyka.

Wszystko jest względne - jak na pisarza wypalonego, udało mu się w tym zbiorze pomieścić wcale sporo świetnych opowiadań. Wywiozą ci wszystko, co kochasz napisał w 2001. Śmierć Jacka Hamiltona również 2001. Jazda na kuli jest z roku 2000. Dla mnie wygląda to na niezły wynik.

Tak patrzę i wychodzi mi, że jak na załamanie formy, to King daje radę. Ale to oczywiście mój, i tylko mój punkt widzenia. Gdybym miał wskazać słabszy okres w twórczości pisarza, to obejmowałby on czas między rokiem 1992 (Gra Geralda) a 1998 (Worek kości). W tym czasie popełnił również Dolores Claiborne i Rose Madder, które były świetnymi studiami kobiet terroryzowanych przez mężów ale wielkiego poklasku fanów nie zdobyły. Do tego niezbyt fajna Desperacja, okrutnie niedobrzy Regulatorzy, nielubiana przez czytelników Bezsenność (mi akurat podoba się bardzo), Zielona Mila (szacuneczek), Mroczna Wieża IV (szacuneczek) oraz najsłabszy według mnie zbiór opowiadań Marzenia i Koszmary. To tyle, teraz spadam na długi weekend.

Nie wiem czy tym swoim tl;dr cokolwiek udowodniłem ale przynajmniej fajnie mi się ten kawałek pisało. A o to przede wszystkim w moim grafomanieniu mi chodzi[3]. Do poczytania.

[1] Brzmi, jakby kierowcą był mały człowiek w żółtym płaszczu.
[2] Zastanawiające jest to, jak ten gość wyprorokował sobie w tej książce swoją przyszłość - jeden z bohaterów, oficer policji, podczas rutynowej kontroli drogowej, zostaje zmiażdżony między kontrolowaną ciężarówką a przejeżdżającym samochodem.
[3] No dobra, niedługo zacznę zarabiać na reklamach na blogu. Dychę na kwartał, jak się jakiś reklamodawca w ogóle zgłosi. Szlag, w końcu udało mi się zaprzedać Babilonowi. Idę to opić a konto przyszłych zysków.

czwartek, 16 kwietnia 2009

Prosty i stary jak świat przepis na to, jak wyciągnąć forsę od fana[1]:

Weźmij orzechów jedną przygarść, weźmij zasię kulek żelaznych przygarść drugą. Miodu łagiewkę, dziegciu drugą. Mydła szarego faskę, twarogu drugą. Kędy fan siedzi, pójdź nocną porą. A jeść pocznij orzechy. Wraz fan, któren łakomy jest, przybieży i spyta, smaczne li. Wonczas daj onemu kulki żelazne...

Się zirytowałem. Kocham Kinga miłością bezkrytyczną za to, że jest człowiekiem dobrej roboty. Kupuję wszystko, co ma jego nazwisko na okładce, bo taka już dola kolekcjonera ulubonych autorów. No i oczywiście czekam drobiąc nogami na jego kolejne książki. Z tydzień temu przyczaiłem na stacji metra bilboard reklamujący jego nowy zbiór opowiadań i się najarałem na ten zbiór niczym psych jakiś najgorszy na psycholskie rzeczy. Dzisiaj wbiłem do Empiku, zdjąłem książkę z półki, otworzyłem na spisie treści po czym zacząłem kląć długo, zapamiętale, kwieciście acz plugawie. Gdyż wiedziałem, że za chwilę zaznam finansowego odpowiednika gorącego, niedobrowolnego seksu pod więziennym prysznicem. Miały być orzechy, dostałem kulków żelaznych. A mianowicie:
- 1408 ze zbioru opowiadań 'Wszystko jest względne'
- Maglownica z 'Nocnej zmiany'
- Mali ludzie w żółtych płaszczach z 'Serc Atlantydów'
- Skazani na Shawshank z 'Czterech pór roku'
- Dzieci kukurydzy z 'Nocnej zmiany'
Dobór mnie nieco poraził, bo rzeczy nadających się do zbiorku tematycznego sfilmowano bardzo dużo. Nie rozumiem jakim kluczem (poza, rzecz jasna, ekranizacyjnym) kierował się King. Moim zdaniem mógł wybrać o niebo lepiej. Maglownica i Dzieci kukurydzy, jakkolwiek przyjemne w czytaniu, nie są mistrzostwem świata. Od 1408 też znalazłbym kilka lepszych opowiadań. Małych ludzi i Skazanych lubię więc się nie czepiam. A czym możnaby zastąpić wymienioną trójkę? Ot, choćby Ciałem (dla mnie jedno z najlepszych opowiadań Kinga) albo Zdolnym uczniem z Czterech pór roku. Można było wrzucić przejmujące Wywiozą ci wszystko, co kochasz albo Ostatni szczebel w drabinie. W kategorii strachów jedzie Jazda na kuli. I wreszcie najlepsze opowiadanie Kinga, czyli Quitters, Inc[2]. Mogło być naprawdę pięknie a tak wygląda na to, że zbiorek został skompilowany na odwal.

Ból nadwyrężonych zębów miał mi zostać nawysładzany, tu cytat, 'krótkim, fascynującym komentarzem pisarza, osobistym i pełnym informacji spoza planu filmowego'. Gdyby owe komentarze liczyły w sumie więcej niż 4 strony, moja irytacja byłaby mniejsza. Właściwie z każdą kolejną stroną fascynującego komentarza malałaby wykładniczo, bo King potrafi zajmująco gawędzić o niczym. Ale 4 strony? No bez okrutnych eksperymentów na czytelniku. Tak oto miast miodu łagiewki dziegciu mi zadano.

A piana na me usta wystąpiła gdy przyszło do płacenia. 36 złotych za coś, co już mam. Rozumiecie sami, że w tej sytuacji faska mydła była zbędna.

Gdybym chciał podsumować ten zbiór w swojej zwyczajowej estetyce, osoby mniej wytrzymałe przy lekturze następnych kilku linijek zemdlałyby. Dlatego skorzystam z gotowej kalki i pojadę schematem. Należy sobie zadać pytanie do kogo właściwie kierowany jest Stephen King na wielkim ekranie? Czytelnik znający Kinga nie znajdzie tu dla siebie niczego, poza komentarzami autora. Ktoś, kto chce zacząć swoją przygodę z mistrzem horroru, może się zawieść, bo poza Skazanymi na Shawshank i Sercami Atlantydów, reszta opowiadań to drugi a nawet trzeci garnitur w dorobku pisarza. Wychodzi więc na to, że rzeczony zbiorek kupią wyłącznie takie łosie jak ja, czyli ludzie, którzy chcą mieć na półce wszystko sygnowane nazwiskiem Kinga. Odradzam, bo za 36 złotych można dostać dwa pełnowymiarowe zbiory opowiadań. Kurde, a tak się na tą książkę napaliłem.

Ostatni akapit podczas drugiego, trzeciego i czwartego czytania, sprawił mi niesamowitą frajdę. Widać w nim, że nie zatraciłem umiejętności tworzenia wybitnie drewnianych tekstów rodem ze szkolnych wypracowań. Czego wam niekoniecznie życzę.

[1] Normalnie użyłbym frazy 'jak wyruchać fana na sucho aż mu się strup w okrężnicy zrobi' ale chcę startować w następnym konkursie onetu na najlepszego bloga świata. W kategorii kultura. Nie mogę więc za bardzo przeklinać, bo jak mawia mój Brat 'kultury, kurwa'. Poza tym skoro trafiła tutaj moja Ciocia, mogą również trafić Rodzice. I wtedy wstyd i sromota oraz ogólna obora obyczajowa nastąpi, czego pragnę uniknąć.
[2] Nie zostało sfilmowane jako standalone, jest jedną z sekcji w Cat's Eye.

piątek, 14 grudnia 2007

Miało być o Nordconie ale co mógłbym wam opowiedzieć o konwencie, który spędziłem ze znajomymi, w miejscach, w których podawano alkohol (czyli wszędzie)? No nie za wiele. Dlatego przyjedźcie i przekonajcie się sami, dlaczego Nordcon jest w pytkę. Bo jest.

Dzisiaj znowu literacko, dzisiaj znowu pochwalę terapeutyczne działanie bloga (kolejne dwie notki pełne wkurwu zostały skasowane tuż przed publikacją). Skoro już tak chwalę (cała notka będzie chwalcza), to chciałem również pochwalić lubelską Starówkę. A konkretnie lokal Czeska Piwnica, w którym można wypić smakowite czeskie piwo ciemne z kija. Oraz kilka jasnych. Również z kija. To plus urocze i pełne chęci niesienia pomocy kelnerki oraz atrakcyjna dla mieszkańca stolicy cena (7 zł) daje miłą miejscówkę, którą planuję odwiedzać podczas każdej wizyty w Lublinie. Za chwilę dalszy ciąg chwalenia.

Jarek i Maja to moje ulubione małżeństwo pisarsko-fandomowe, bo nie dość, że fajne rzeczy piszą, to na dodatek są parą uroczych, sympatycznych i kojarzących osób. Ale to tak zupełnie na marginesie, bo chciałem osobom niezorientowanym w niuansach powiązań osobistych zaznaczyć, że jadę kodem. Poprzednio ojciec i syn, dzisiaj mąż i żona, następnym razem będę musiał poszukać jakiegoś rodzeństwa. A tak na poważnie, to po prostu zbiegły się im premiery nowych książek, tak jakoś się zdarzyło, że przeczytałem jedną po drugiej i stwierdziłem, że zarekomenduję. Wyjątkowo panowie przodem.

Dwa lata temu Jarek wtargnął na rynek z hukiem, z pierwszym tomem Pana Lodowego Ogrodu. Może i przelałbym kilka bitów, coby napisać o treści ale inni uczynili to za mnie. Dlatego o fabule się jąkać nie będę zbyt szczegółowo i skoncentruje się na tym, dlaczego proza Jarka miała zachwycać, a cholera zachwyca... Niezbyt udana ta trawestacja ale niech już zostanie, bo sił na lepszą nie mam. Pan Lodowego Ogrodu (PLO) jest dla mnie, czytelnika niewyrobionego, gustującego w taniej sensacji, tandecie, erotyce i niepoważnej fantastyce, książką absolutnie mistrzowską. Bardzo chciałbym się do czegoś przyczepić, bo produkty idealne zawsze wzbudzały moją podejrzliwość, ale kurna nie mogę. Wszystko w niej gra. Po pierwsze fabuła - niby wszyscy znają wykorzystane wątki, bo ciężko nie znać takich klisz jak kontakt między cywilizacjami stojącymi na różnych poziomach rozwoju, hormonalne wspomaganie bohatera, wszczepy czy obraz imperium w trakcie poważnej dziejowej zawieruchy (upadek). Jarek z kuglarską zręcznością miesza je w swoim tygielku i rzuca nam przed nos produkt czytelniczo doskonały.
Po pierwsze, KA-PI-TAL-NI bohaterowie. Vuko Drakkainena pokochałem od pierwszego wejrzenia. Sprawnościowo podobny do tanatorów albo cybernetycznych żołnierzy solarnych z cyklu Tomka Kołodziejczaka[1], ma jednakowoż nad Danielem Bondaree[2] jedną przewagę - nie jest postacią marmurową. Vuko to taki koleś, z którym poszedłbym na piwo a potem, przez trzy godziny, odprowadzalibyśmy się wzajemnie do domów, zahaczając o kolejne knajpy. Ma swoje słabsze chwile, ma momenty wahania, wyrzuty sumienia, nie zawsze jest przekonany o słuszności tego, co robi i przez to nam, ludziom ułomnym duchem i obarczonym wadami, bliższy. Do głównego bohatera wątku równoległego (pewnie się zejdą w trzecim tomie) miałem na początku stosunek ambiwalentny. Niby spoko chłopaczyna ale jakoś tak mnie irytował. Na szczęście w którymś momencie zaczął dawać radę i przestałem życzyć mu nagłego zgonu. A do tego ma kapitalnych mentorów-pomocników, którzy wszystko umio i wszystko potrafio (nie poprawiać). W tym wypadku drugi plan jest lepszy od pierwszego. Drodzy państwo, zasiadając do lektury PLO zapomnijcie o papierowych, pokracznych i prawdziwych jak kamień filozoficzny bohaterach. Psychologia rządzi.
Fabuła. Pewnie, że są lepsze. Tylko co z tego? PLO sam się czyta i lojalnie ostrzegam, że lekkomyślne rozpoczynanie lektury w dzień powszedni, zaowocuje dnia następnego ciężkimi chwilami w pracy. W kategorii 'szansa na zarwaną noc' książka uzyskuje notę 99% (setkę zostawiłem sobie na Dzieło Ostateczne[3]).
Język. Czyli to, co dla mnie stanowi esencję mistrzowskiego pisarstwa. Zawsze byłem zwolennikiem tezy, że mistrz języka giętkiego potrafi opowiedzieć beznadziejnie nudną, głupią czy bezsensowną historię w taki sposób, że słuchacze/czytelnicy, zupełnie irracjonalnie, proszą o więcej. Opanowanie języka to warunek podstawowy, by próbować mienić się pisarzem, o czym niestety wielu twórców zapomina. Niech sobie złośliwi szydzą, że Jarek pisze tak, jakby każde słowo wykrwawiał[4]. Jest to typowa gówno-prawda, bo w rzeczywistości językiem włada mistrzowsko. I potrafi w hipnotyzujący sposób opowiedzieć każdą historię. Będzie przykład - są w PLO momenty zwolnienia, rozciągnięcia, by nie rzec rozwleczenia akcji. W cegle liczącej 600 stron, rzecz praktycznie nie do uniknięcia. Tyle tylko, że kunszt autora powoduje, że zdajemy sobie z nich sprawę dopiero wtedy, gdy opadnie pył i kurz po bitwie. A w trakcie lektury przemykamy po nich niczym Polacy po Hiszpanach pod Samosierrą.
Dokładnie to samo dostałem w tomie drugim. No, może oprócz bezsennej nocy, bo bezsensownie zacząłem PLO2 czytać natychmiast po zakupieniu. A że był to poniedziałek, książki wystarczyło mi aż do środy. Także wiecie co robić - 60 dyszek w kieszonkę i do księgarni marsz. Chyba, że należycie do osób, które nie lubią sobie cyklu szatkować. Wtedy musicie poczekać. Nie wiem jak długo, bo jakoś nie przyszło mi do głowy zapytać autora na ile tomów sobie ów cykl zaplanował. Przyjemnej lektury. Aha, wszystkie nagrody jakie zakosiła część pierwsza są jak najbardziej zasłużone. A wszystkim utyskującym nad stylem Jarka mogę zadedykować taką sobie ukradzioną krotochwilę: krytyk i impotent z jednej są parafii. Obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi.

Maja z kolei napisała książkę, która powiela wszystkie schematy fantasy - młody ale coś w sobie mający bohater (nastoletni szaman Ergis) ze swoim wiernym rumakiem (Bęben) idzie do Mordoru, by ocalić świat przed siłami zła (Ruda Sfora). Zło jest Złe, na swojej drodze spopiela wszystko, gasi wszelkie życie i tam gdzie przejdzie, nie zaśpiewa już ptak. Oczywiście nasz bohater wędrując do mety przez punkty A (Ziemia), B, C i D (Światy Dolne), E, F, G oraz H (Światy Górne), sam by sobie nie poradził. Dlatego po drodze skompletuje drużynę. Towarzyszyć będą mu: Aragorn (bohater-pieśniarz Ellej), Arwena (córka ognia Tujaryma) i Sam Gamgee (kościej-tupilak Iwaszka). Po drodze spotka ich mnóstwo przygód, przyjdzie im ścierać się z potężnym i niepokonanym wrogiem, niektórzy za ową awanturniczą przygodę zapłacą głową. Podobieństw jest więcej. Mniej sprawny twórca zrobiłby z Rudej Sfory kolejne repetytorium z Tolkiena, które po zakończonej lekturze odłożylibyśmy na półkę z niesmakiem i starali się o nim jak najszybciej zapomnieć. Najlepiej przy pomocy litra. A Maja zrobiła jeden myk i całość nabrała smaku, barwy, faktury i sensu.
Ręka do góry kto wie bez guglania co to jest Jakut? To taki dziki z tajgi, proszę państwa. Ruda Sfora jest osadzona w mitologii jakuckiej. Ręka do góry kto wie bez guglania cokolwiek o mitologii jakuckiej? Tego się spodziewałem, bo sam też tak miałem. Dzięki wmontowaniu zgranego do cna schematu w egzotyczne i niewyeksploatowane regiony[5], dostaliśmy nową jakość na starych substratach. Oczywiście pomysł nie wypaliłby gdyby nie to, że wykorzystana mitologia jest zaskakująco[6] bogata i naprawdę interesująca. Opowieść rozgrywa się w porewolucyjnej Rosji, więc symbolika też nie powinna stanowić najmniejszego problemu.
Oczywiście autorka mogłaby sobie mykać do końca świata gdyby nie potrafiła sprawnie operować piórem i tworzyć bohaterów, z którymi czujemy jakieś powinowactwo i przejmujemy się ich losem. Ergis był do samego końca niepewny swojej mocy i głównie mi go było szkoda (w sumie dzieciak). Ellej miał w sobie mrok jak trza. Iwaszka był postacią tragikomiczną i nie dało się go nie polubić. Tujaryma to dama z charakterkiem, śmieszno-żałosny szaman-uzurpator plus cały tłum pełnokrwistych postaci drugoplanowych, kreślonych zdałoby się lekko i od niechcenia. To plus sprawne operowanie polszczyzną dało produkt zapewniający całe mnóstwo radochy, satysfakcji i solidnej wiedzy na temat egzotycznego ludu. 
Oczywiście gdybym był typem analno-retentywnym, to znalazłbym jakieś wpadki. Ale od tego na szczęście mamy Krytyków. Ja mogę z czystym sumieniem i bez kluczenia, Rudą Sforę polecić. Nawet tym, których irytuje wędrówka z Shire do Gór Szarych. W których, jak powszechnie wiadomo, złota nie ma. Do poczytania.

[1] Kolory sztandarów i Schwytany w światła. I jak nie przepadam za space-operą, tak ten cykl powtarzam sobie średnio raz na rok. Świetna rzecz, jedna z nielicznych przy których łzy ciekły mi z oczu. Wiecie, braterstwo broni, kompania braci i te rzeczy, które ruszają jedynie beznadziejnych romantyków skrywających się za grubą skorupą cynizmu, ironii i zen.
[2] Główny bohater cyklu Dominium Solarne.
[3] Mityczna i nieistniejąca książka, która okaże się dla mnie Bezapelacyjnie Najlepszą Książką Świata. Coś z gatunku 'dostałem cię do ręki, nie muszę już czytać niczego innego'. Widzicie zagrożenia? No właśnie. Dlatego modlę się, by nigdy nie powstała.
[4] Skąd ten pomysł, że Jarek zmaga się z językiem? Być może jest to jakaś projekcja własnych kompleksów albo rozgrywek natury osobistej. Nie wiem ale zastanawia mnie, do jakiego stopnia trzeba być zaślepionym, by wypisywać takie głupoty.
[5] Ich niewyeksploatowanie w naszej literaturze to podstawa sukcesu książki. Jak fajna, interesująca i niesztampowa byłaby Ruda Sfora osadzona w mitologii arturiańskiej?
[6] Zaskakująco bogata, bo na pierwszy rzut myśli wydawało mi się, że ludzie żyjący w tajdze i tundrze raczej martwią się o to czym wykarmić zwierzęta domowe i jak ogrzać dom, niż wymyślają panteon bogów, drzewo będące osią świata, bogate bestarium i demonarium oraz superbohaterskich bohaterów. Logiki w takim myśleniu za grosz (co robić oprócz seksu i snucia opowieści gdy dom po dach śniegiem zasypany?) ale pierwsze skojarzenie takie właśnie miałem. Nie jestem z niego dumny.

 
1 , 2