To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 01 lutego 2013

W sumie mogłem napisać o tym wcześniej, bo to fajna zabawa jest ale jakoś nie pomyślałem i piszę teraz, chociaż zupełnie nie wiem, dlaczego się tak kryguję, skoro przecież są ludzie, którzy komunikacją miejską jeżdżą przez okrągły rok i przez cały rok się mogą tak bawić, a nie, tak jak ja, przesiadają się na rower w marcu. Nieważne.

Do zabawy potrzebny jest, niestety, w miarę długi odcinek prostej ulicy nieopodal waszego przystanku. Przez w miarę długi rozumiem tutaj coś, co od świateł ma przynajmniej ze 100 metrów, zaraz zrozumiecie dlaczego. Następnie, pamiętając, że przeciętna długość kroku dorosłej osoby, to ok. 70 cm, odmierzamy 100 metrów. Nie musi być co do milimetra ale pewna dokładność będzie nam niezbędna, zaraz zrozumiecie dlaczego. A że im dokładniej, tym zabawniej, możecie zmierzyć długość swojego kroku i potem odmierzać dłuższe dystanse.

Podaję poręczny wzór na obliczenie ilości kroków wchodzących na dystans stumetrowy: y=10000/x, gdzie y to ilość niezbędnych kroków, zaś x to długość waszego kroku wyrażona w centymetrach (niektórzy mogliby mieć kłopot z przeliczeniem cm na metry, dlatego unikam tutaj niepotrzebnej komplikacji). Dla przyjętej długości 70 cm, musimy pokonać 143 kroki aby odmierzyć te sto metrów.

Błędem byłoby sądzić, że możemy sobie odmierzać gdziekolwiek albowiem do naszej zabawy, niezbędne jest wyznaczenie przynajmniej punktu, w którym zaczynamy odmierzać dystans. Ja zacząłem od słupa. Po pokonaniu 100 metrów, próbujemy skojarzyć gdzie wypada koniec dystansu, zaraz zrozumiecie dlaczego.

Jak już mamy start i metę, rozpoczynamy obserwację przejeżdżających na pełnej kurwie samochodów. Fotokomórka łapie punkt startowy i rozpoczynamy odliczanie przy pomocy najprostszej chyba metody, czyli 'sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, etc.' Zawodnicy pro, mogą zaopatrzyć się w stoper albo ściągnąć na telefon odpowiednią aplikację (być może telefony mają też stopery, nie wiem, w swoim nie znalazłem). Odliczamy do momentu, w którym samochód mija naszą umowną metę.

Następnie wykonujemy bardzo proste działanie, już podaję poręczny wzór: y=360/x, gdzie y to czas potrzebny na przejechanie 100 metrów w zgodzie z przepisami a x to ograniczenie prędkości wyrażone w kilometrach. Dla uproszczenia możemy przyjąć, że w całej Warszawie ograniczenie wynosi 50 km/h. Czyli kierowca jadący zgodnie z przepisami, na pokonanie 100 metrów powinien zużyć 7,2 sekundy. Każdy jadący dłużej, przemieszcza się z prędkością poniżej limitu, każdy jadący krócej, przekracza dozwoloną prędkość. Mając poręczny wzór, możemy sobie na luzie modyfikować wartości, dostosowując je do lokalnych ograniczeń. Wisłostrada, 70 km/h, 5,1 sekundy na sto metrów i liczymy. Szkoła, progi zwalniające, 30 km/h, 12 sekund. I tak dalej.

A teraz stoper do ręki i wszystkim życzę licznych udanych odliczeń oraz kupy dobrej zabawy.

PS. Dystans, jakiś czas temu, odmierzyłem sobie przy pomocy rowerowego licznika. Na moim przystanku, kierowcy mają dosko kawałek, żeby się rozpędzić, bo od świateł do zakrętu jest jakieś 200-300 metrów (nie liczyłem dokładnie). Po wyjściu z zakrętu, przed którym stoją znaki ograniczenia do 40 km/h i 'śliska jezdnia', kierowcy dostają kolejny kawałek prostej, który złośliwie przecina przejście dla pieszych i przystanek tramwajowy, na którym tramwaj zatrzymuje się na środku jezdni i pasażerowie muszą przejść przez jeden z jej pasów, by wsiąść (rozwiązanie znane choćby z przystanków na Al. Solidarności na wysokości Starego Miasta).
To co się na moim przystanku wyprawia, to najlepszy dowód na to, że mniej więcej połowa kierowców, to bezmózgie bydło, pozbawione umiejętności logicznego myślenia, wyciągania wniosków, tworzenia spójnych łańcuchów przyczynowo-skutkowych, do tego bez elementarnej, ludzkiej kultury i życzliwości.
Więcej ani o ich wyglądzie ani obyczajach pisać nie będę, albowiem zaprawdę powiadam wam: słów szkoda tracić na tych kurwich synów.

A rekordzista przemknął moje sto metrów w czasie poniżej 4 sekund. Jako pracę domową, policzcie sami jak szybko jechał.
Jeszcze raz wszystkim życzę udanej i pouczającej zabawy. Nie ma za co.


piątek, 21 grudnia 2012

Los mnie rzucił do szpitala. Okoliczności trafienia do niego były śmieszne ale, jak się okazało, była to ostatnia śmieszna rzecz na długi czas. No dobra, na jakiś czas, bo tydzień to nie jest długo.
Po przekroczenia progu tego sympatycznego miejsca, długo nie mogłem zrozumieć co robię wśród tej pieprzonej hołoty[1]. Znaczy nie tyle hołoty, co schorowanych poważnie ludzi. A ja przecież miałem tylko chlupiące zapalenie płuc i wyjście za 3 dni w planach.
Plany mi rozjebała sympatyczna dziewczyna na SOR-rze w momencie, gdy oznajmiła mi, że do piątku (wylądowałem we wtorek w nocy) to ja na pewno nie wyjdę. Później humor psuli mi jeszcze kilka razy. 'No co pan, do niedzieli minimum', 'w najlepszym układzie po tygodniu', 'panie Radku, minimum 10 dni', 'ze 2 tygodnie pan poleży' i mój ulubiony '3 tygodnie i proszę nie dyskutować'.
Jak większość ludzi, nienawidzę szpitali. Oczywiście do tej pory tylko je wizytowałem i nigdy nie potrafiłem pojąć, dlaczego z sufitów sączy się trupie światło lamp jarzeniowych a ściany pomalowane są w obrzydliwy, nijaki kolor, który, w połączeniu z zapachem, wbija człowieka w stany depresyjne. Przecież w tym miejscu ma się dochodzić do zdrowia a nie psuć sobie wzrok, dobry smak i estetykę wnętrz.
I nagle mam tu spędzić minimum tydzień. No kurwa.
Pierwszej nocy praktycznie nie spałem, no bo jak. Pomijam już trudność z zasypianiem i budzeniem się pod obcym niebem ale mój sąsiad... Obłęd. Charczał przez sen obłędnie a jak zaczynał kasłać, to klękajcie narody. Dość powiedzieć, że jego kaszel przyoblekał się w materialne kształty, miał osobowość prawną i był jedynym znanym nauce kaszlem, który był zarówno suchy, jak i mokry. Naraz. Jak dodam, że ten kaszel nie przeszkadzał ziomowi w paleniu papierosów (ale tylko jednego, cienkiego, pani doktor), to macie pełny obraz typa z inhalatorem i pod tlenem.
Właśnie, pod tlenem. Wpierdolili mi te rurki do nosa i one mnie drażniły. Owszem, czułem się jakbym miał na sobie element filtrfraka[2] ale świerzbiło mnie w nosie. Więc z tego powodu też zasnąć nie mogłem. Oraz cała instalacja syczała (jakieś uszczelki chyba nie trzymały) i bulgotała (tlen szedł przez jakiś płyn odżywczy).
No i przede wszystkim, to nie było moje łóżko.
Dobrze, że miałem przy sobie kindla, bo gdyby nie on, to rano z sali wyniesiono by trzech, uduszonych plastikową rurką od tlenu, typów. W tej sytuacji każdy sąd by mnie uniewinnił.
Przez 3 tygodnie mojego leżenia, przez moją salę przewinęło się w sumie 10 pacjentów. Każdy z własną, mniej lub bardziej pojebaną historią życia, choroby, nawyków, nałogów i problemów. Był jeden lajtowy, który w dłuższym okresie okazał się potencjalnie bardzo nie lajtowy, bo w trakcie badań, pojawiła się opcja rozwiązania ultymatywnego. Był inny, który miał listę schorzeń jak stąd do pojutrza ale nie dawał faka, bo osiągnął w życiu rzeczy dla niego najważniejsze i postanowił się nie przejmować za bardzo swoim rakiem, cukrzycą, nerkami, wątrobą, jelitami, sercem i co tam jeszcze mu dolegało. Powaga, pogodą ducha mógłby obdzielić tysiącosobowy gimbazjon, któremu wydaje się, że ma problem w szkole albo w prawej komorze.
I w tym wszystkim ja, który jeszcze 10 dni temu byłem na treningu a 5 dni temu bawiłem się na imprezie helołinowej. Niech mnie ktoś stąd weźmie, co? Albo przynajmniej uszczypnie, bo śnię na pewno.
Starałem się jak mogłem, robiłem dobrą minę do nie tak całkiem złej gry, trzymałem swoje gówno razem i coraz bardziej wkurwiało mnie wszystko. Ci cierpiący, ci obsrywający deskę w kiblu, ci palący w drugim kiblu, ci jęczący przez pół nocy, ci śmierdzący, ci krwawiący w łazience, ci niekontaktowi, śpiewający przez pół dnia i krzyczący przez pół nocy, ci kontaktowi, którzy chcieli o czymś ze mną rozmawiać a mnie nie interesowała historia ich cewnika, dializy czy rury w policzku oraz... No wszyscy mnie wkurwiali, przecież jestem zdrowy i po chuj mnie tu trzymacie. Oczywiście rzadko kiedy dawałem cokolwiek po sobie poznać, a już na pewno nie przed moją lekarz prowadzącą.
I teraz już się mogę przyznać: miałem taki moment, że chciałem wstać, wyjebać sobie te wszystkie rurki i wenflony, wyjść ze szpitala i niech się dzieje, co ma się dziać. Bo narastało we mnie przekonanie, że ja tutaj nie wyzdrowieję, a jedyne co się mi może przydarzyć, to jakiś kompletny pierdolec. Coraz więcej czasu spędzałem stojąc przed szpitalem, na krótkich spacerach dokoła obiektu albo przy stoliku na korytarzu, gdzie mogłem się odizolować od wszystkich kindlem i słuchawkami. O tak, narastała we mnie chęć do czynów nieprzemyślanych i gwałtownych.
Pewnie zapytacie, dlaczego przez 10 akapitów opowiadam wam historię matki boskiej bolesnej, jej 8 tajemnic, jeszcze bardziej bolesnych i moją, wcale nie tak ciekawą. No bo widzicie, zdarzyła się jedna, mała rzecz, dzięki której trochę mi się polepszyło. Na tyle, że jednak nikogo nie wybluzgałem, nie uderzyłem i nie wyszedłem ze szpitala do domu, nie oglądając się na konsekwencje zdrowotne.
Do tego stopnia była to rzecz mała ale ważna, że zrobiłem fotkę. Doprawdy bardzo dziwne, skąd potrafi przyjść coś, co cię skleja. I nie, nie o jej działanie w tym wszystkim chodziło.

Nigdy nie wiesz kiedy proste 'awwww...' ci pomoże. Jak bardzo dziwne to wszystko.


 
Do poczytania.

[1] Strawestowany cytat, więc można sobie śmiało darować napinki.
[2] Nawiązuję do Diuny nieprzypadkowo. W trakcie pobytu przeczytałem Ród Atrydów, Dżihad Butleriańską, Krucjatę przeciw maszynom i Bitwę pod Corrinem. I powtórzę - jak się człowiek podniesie z klęczek, to da się to na luzie czytać. 

piątek, 14 grudnia 2012

Zanim zacznę. Niektórzy pytają jak moralnie godzę to, że piszę notki na fejsa i bloga (na tego ostatniego coraz mniej) w godzinach pracy. Zapamiętajcie - moralność to wymówka przegranych a notki piszę w czasie przerw na papierosa, których nie mam, bo musiałem rzucić palenie.
I jak już mamy jasność w temacie, przejdźmy do. Kontyngentując walkę z przeładowaniem na półkach i niespiętrzaniem nieprzeczytanych książek, do długiej listy rzeczy oczekujących na przeczytanie na kindlu, dokupiłem trochę papieru. Oczywiście bez chamstwa i patologii, bo dzieci patrzą ale.

Tutaj zaprezentowałem zabieg, który znacznie skraca czas powstawania takiej notki. Nazywa się on 'kopiuj-wklej'. Fachowo 'ctrl+C, ctrl+V'. Bawiąc, uczę.

Podczas ostatniej wizyty, dołożyłem jednego Archera, o którym zapomniałem wspomnieć, bo się wstydziłem. Nadłubią tych małych literek a ja mam wadę wzroku i astygmatyzm. Udało mi się przebiegle, kupić drugi tom cyklu-sagi o rodzinie Cliftonów, czy coś takiego. Pierwszego nie kupiłem. Ale mam drugi. Nazywa się Za grzechy ojca.
I tutaj sobie coś wyjaśnijmy, Archera kupuję w ciemno i wszystko więc wasze śmiechy są totalnie nie na miejscu.
No więc zacząłem czytać te grzechy i dopiero w okolicach 50 strony skojarzyłem, że jakoś tak nas wrzucił w środek akcji, nawiązuje do czegoś, co ewidentnie napisał gdzieś (gdzie?), wcześniej (kiedy?). Obejrzałem dokładnie okładki i na blurbach doczytałem, że elo zią, tom drugi reprezenta. No kurwa.
Ta kurwa, to wyraz mojej frustracji, że musiałem przerwać lekturę i rozejrzeć się za tomem pierwszym, bo jakkolwiek symetria to estetyka symetrystów ale kolejność powinna być zachowana, bo spojler. Czekajcie, nie napisałem dlaczego frustra mnie dopadła. Archer jest jednym z najlepszych opowiadaczy historii, jakich czytałem i słyszałem. I jak dorosnę, chcę być choć w połowie tak fajny jak on. A tu zamiast historii, dostałem niekontrolowany poślizg na ręcznym. Jakiś stosunek przerywany, nie przymierzając. No musiałem przerwać w trakcie.
Ponieważ w międzyczasie zacząłem symultanicznie szarpać inne książki, ktoś chętny i ochoczy, może mi zrobić z pierwszego tomu prezent bez okazji. Dla ułatwienia podaję tytuł - Czas pokaże.
Jestem blogerem, zasługuję na ładne rzeczy, kurwa mać.

Oprócz Archera, kupiłem też nowego Kołodziejczaka, o którym też nie wiedziałem, że jest pozycja poprzedzająca. Na Nordconie szarpnąłem się na Czerwoną mgłę, bo jak mi na okładce piszą, że świat zaatakowały barlogi i ich słudzy cienia (grafowie, jegrzy i inne chuje z piekła rodem), to ja to łykam, bo oczekuję tam dobrej naparzanki, w opisywaniu której Kołodziejczak jest mistrz (cykl Dominium Solarne i wszystko w temacie).
Ile tam jest naparzanki w dobrym, gladiusowym stylu, to weźcie przestańcie. Są fagi, bojowe kata i mantry, nanokadabry, pociski suicydalne, klątwy bojowe, tatuaże mocy, przeczarowane naboje i hetman wielki koronny El-Galad (elf, wiek nieznany). Ja to się czułem jak dziecko, które znalazło kawałek taśmy produkcyjnej Delicji Szampańskich(TM) i Ptasiego Mleczka(TM), po którym naprzemiennie jadą delicje(TM) i ptasie mleko(TM).
Cztery opowiadania, niecałe 400 stron i niedosyt. Który szybko przeszedł jak się okazało, że 2 lata wcześniej Kołodziejczak wydał powieść z tego samego uniwersum, pod tytułem Czarny horyzont.
Teraz będzie wstydliwe wyznanie. Tak bardzo chciałem ją wczoraj kupić i zacząć czytać, że złamałem się i wszedłem do Empiku, który przecież bojkotuję. To było silniejsze ode mnie. Na szczęście Empik bardzo szybko przypomniał mi, z jakiego powodu pozamerytorycznego, go nie lubię - między półkami rozwaliło się dwóch ziomków i brudzili książki. Nie byłem w stanie stwierdzić, który z nich śmierdzi bardziej bo z miejsca oddalałem się tak szybko, że zelóweczki najpierw dały iskrę a potem się zapaliły. Kurwa, co za sztynks. Umyjcie się brudasy a potem sięgajcie po książkę. Dobra, inaczej. Ręce chociaż umyjcie.
No i sobie czytam i się zadowalam tym Czarnym horyzontem, chociaż chwilowo Czerwona mgła wydaje mi się lepsza, bo się więcej w niej lutują w usto bolesne.

Grzędowicz czeka na umówiony znak-sygnał, to znaczy aż powtórzę sobie 3 tom. Mam na kindlu więc na siłowni szybko pójdzie, bo na stacjonariuszu jest poręczna półeczka i samo się czyta.
Co tam jeszcze? A, oprócz tego dowaliłem nowego Simmonsa, stron 832. Szykuję się niezła orgia. No i Gambit Michała Cholewy. Pewuc powiedział, że warto przeczytać więc nie mogę się nie posłuchać.
Jak widać walka z przeładowaniem na półkach i niespiętrzaniem nieprzeczytanych książek idzie mi nieźle. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że z poprzedniego rzutu skończyłem Kinga (za krótka), Crichtona (bez formy, po jego śmierci kończył wyrobnik i to też widać i czuć) i Chrisa Kyle (Cień snajpera). W przypadku tego ostatniego, w dalszym ciągu mi przykro - dalej nie potrafię go znienawidzić. Dobranoc państwu. 

wtorek, 07 sierpnia 2012

To był dopiero drugi wypad na Woodstock ale wiem, że jeżeli będzie chociaż cień składu, będę tam wracał do końca istnienia tej imprezy. W punktach.

KLIMAT

To miła odmiana. Żyję w kraju, w którym eksperyment polegający na uśmiechaniu się do ludzi w metrze, musiałem zarzucić bodaj po tygodniu, bo ci reagowali ucieczką. I nawet nie chodzi o mnie, chodzi o ogólną tendencję, polegającą na tym, że ludzie patrzą na siebie bykiem. A tutaj niespodzianka, skład uśmiechnięty, większość ludzi zadowolona z życia, imprezy, czegokolwiek, odzywają się do ciebie tak po prostu, nikt się nie spina, wyjebka, luz, miłość i opar sympatyczności.
Nie wiem jak to opisywać, bo żeby zrozumieć, trzeba tu przyjechać i samemu to poczuć. Mnie te 4 dni ładują pozytywnie na bardzo długo.

PRZEPISY BHP

Poza banem na mocniejsze alkohole, na Woodstocku nie ma żadnych zakazów. Można sobie przynieść wszędzie własne piwo, własną wodę czy własne wino. Dodatkowo ten znarkotyzowany, brudny i pijany tłum ogarnia sytuację na tyle, że przez 3 dni widziałem JEDNĄ rozbitą szklaną butelkę a wszystkie plastiki były wyrzucane bez zakrętek. I nie trzeba do tego żadnych służb, pomimo zezwolenia na praktycznie wszystko, ludzie sami potrafią się ogarnąć. Dziwne.

KREW POD SCENĄ

Nikt nikomu nie zabrania niczego, dzięki czemu pod sceną trwa w najlepsze pogo, odbywają się liczne eventy typu ściana śmierci czy crowd surfing, no i w ogóle jest jakaś masakra i koszmar każdego organizatora. Do tego bez barierek. I nie ma tragedii, wszyscy, którzy chcą idą młynować i się świetnie bawią. A ci, którzy nie chcą, siadają po emerycku na glebie i tupią sobie nóżką, bawiąc się równie świetnie. A to zdjęcie wyrazi więcej niż 1000 moich zużytych słów - pierwszy dzień festiwalu.

ŻYJECIE TAM JAK ZWIERZĘTA

Dla ludzi, których ogranicza budżet, jest darmowe miejsce do rozbicia namiotu. Do tego darmowe tojki i darmowe krany, do których dokręca się słuchawkę prysznicową i myjesz się bez problemu, chociaż w zimnym. Do jedzenia kupujesz, chleb, margarynę, parówki, dżem i serek topiony, z alko Harnasia w promo i masz imprezę za dwie stówki. I od razu powiem, że teraz już bym się nie zdecydował na taką opcję, bo nie lubię jak mi ktoś chodzi po głowie nocą i staram się jeść przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie, ale 10 lat temu nie miałbym z tym problemu, bo nie na takich polach się sypiało za młodu. Tak, jak byłem młody, spędzałem wakacje jak zwierzę - pod namiotem.
Na szczęście dla burżuazji, którą stać, żeby zapłacić trzy dyszki za dobę, organizowane jest zamknięte pole, w którym jest ciut spokojniej, można się wysrać w porcelanę i wziąć normalny prysznic. Wszelkie opowieści o tym, że nie jadę na Brudstock, bo nie będę się mógł umyć, oznaczają ściemniacza, który nie pojedzie na Woodstock nawet jak mu obok zbudują hotel i tylko tak sobie gawędzi, żeby wyjść na higienicznego, limitowanego buntownika. Albo coś takiego.

MUZYKA

Woodstock to niesamowite miejsce. Rok temu najlepszy koncert dała kapela, którą znałem z jednego kawałka na tubie, i tylko dlatego, że chciałem skojarzyć, z czym będę miał do czynienia. Skindred wyszedł na scenę i z partyzanta pierdolnął w nas taką serię, że długo jeszcze nie mogliśmy się pozbierać a mi uśmiech nie schodził z twarzy jeszcze ze 2 godziny po koncercie.
W tym roku każdy czekał na swoje gwiazdy, ja cieszyłem się na Ministry, Sabaton, Darkness, Luxtorpedę (którą przegapiłem rok temu), Analogsów a w bonusie Vavamuffin[1].
I teraz wyobrażam sobie, że wychodzi taki zespół na scenę główną, patrzy przed siebie i widzi ludzi po horyzont. No, konkretnie do linii drzew, czyli kilkaset metrów głów. Plus tyle samo po każdym z boków. Jeżeli ma w sobie choćby 1 procent profesjonalizmu, zagra jeden z dziesięciu najlepszych koncertów w swojej karierze, no bo jak często zdarza się w życiu grać dla półmilionowej publiczności?
A ty później stoisz z otwartymi ustami, ślina leje ci się spomiędzy nich i jesteś w szoku, że w ciągu 5 godzin, to trzeci najlepszy koncert, na jakim byłeś w życiu[2].
Pragnę również dodać, że bardzo dobrą zabawę miałem znowu przy kompletnym fuksie. Zespołu Shantel nie kojarzyłem, dopóki nie zagrali 'Disko Partizani'. Jak się ten kawałek skończył, dalej ich nie kojarzyłem. Dali ponaddwugodzinny koncert, na którym, pomimo absurdalnie późnej pory, bawiło się na oko około 80-100 tysięcy osób. Ale pył był taki, że mogłem się omylić.
Tak, tutaj nawet kompletnie egzotyczna kapela ma szansę spacyfikować publiczność, zostać szeptaną gwiazdą imprezy i przebić nawet Prodigy. A stare klasyki mogą odzyskać swoje brzmienie, otrząsnąć się z formaliny i ponieść publikę do zabawy jak za dawnych, dobrych czasów.
Wiecie jakie to fajne uczucie, uczestniczyć w czymś takim?

TANIE WZRUSZENIA DLA KAŻDEGO

Serce mi rośnie, jak widzę setki wolontariuszy, ogarniających imprezę. Są wszędzie, wiedzą wszystko i zasuwają za darmo po to, żeby inni mogli się dobrze bawić. Czuję ciepło w sercu gdy widzę pięćdziesięcioletniego pana, który wiąże na głowie bandanę, wsuwa na plecy spłowiałą kurtkę z metalowymi naszywkami i idzie się bawić razem z ludźmi, którzy są w wieku jego dzieci. I nikt nie komentuje 'o, stary się poczuł luźny raz do roku i się wygłupia'. I mam ciary na plecach i łzy w oczach gdy widzę kolejny zespół, który nie wierzy co się przed jego oczami wyprawia gdyż widownia postanowiła mu zrobić niespodziankę. Albo organizatorzy. Rok temu 700 tysięcy osób podskoczyło równocześnie na koncercie Prodigy i było to coś, co pewnie dane mi będzie zobaczyć raz w życiu. Zespołowi również. W tym roku na Sabatonie, który kręcił koncertowe DVD, pod scenę wjechała wielka flaga Polski. A potem, po kawałku 40:1, publiczność podziękowała zespołowi śpiewając Mazurek Dąbrowskiego.
Gdyby mi ktoś powiedział, że przy hymnie uronię łzę i urośnie mi gula w gardle, wyśmiałbym go. Zresztą tanie wzruszenia dopadły nie tylko mnie, wokaliście też się spociły oczy.
Nawet cynik potrzebuje od czasu do czasu ludzkiego odruchu. Najłatwiej mi o niego na Woodstocku.

UPDATE
Dzisiaj znalazłem to zdjęcie, też powie więcej niż 1000 słów. Gra Sabaton[3].

NARKOMANI, DZIWKI I ZŁODZIEJE

Wiadomo, nie dość, że brudno, to niebezpiecznie. Wąchają trawkę, dają dupy za konserwę i kradną z namiotów oraz kieszonek. No bo trudno sobie wyobrazić, żeby w półmilionowym tłumie, składającym się głównie z patologii, nie działy się rzeczy, przy których Kambodża to Kansas. Rok temu widziałem jednego pobitego kolesia, w tym roku, oprócz opatrunków na rany poniesione ewidentnie pod sceną, nie dostrzegłem żadnych śladów przemocy. W sensie na twarzach ofiar. Wróć, jedna z dziewczyn z Patrolu miała opuchliznę pod prawym okiem, nie pytałem skąd się wzięła. Strzykawką mnie nikt nie straszył, o drobne i papierosy prosili grzecznie, upierdliwość w stanach praktycznie do zniesienia (oprócz kilku akcji, przy których nawet Dalaj Lama by się lekko zirytował). Upapranych dziwek, posuwanych w kolejarza nie widziałem ale może się jakoś przemyślnie ukryły. I niczego mi nie ukradziono, pomimo tego, że namioty i różne rzeczy zostawialiśmy niestrzeżone, nic tylko brać. No ale co komu z anegdoty, jak zawsze można skontrować 'a bo mojego znajomego skłuli strzykawką, zgwałcili przy tojkach, ukradli mu konserwę i nasrali w namiocie'. Oddam głos policji, posłuchajcie ich kłamstw dotyczących festiwalowych niebezpieczeństw.
Policja nie miała wielu powodów do poważnych interwencji. W czasie działań odnotowano w sumie: 55 kradzieży, 25 przypadków posiadania narkotyków, 7 przypadków uszkodzenia mienia, 1 znieważenie. Policjanci zatrzymali też 7 nietrzeźwych kierujących i kilka osób posługujących się cudzymi dokumentami. Pomimo olbrzymiej ilości zmotoryzowanych odnotowano tylko 1 wypadek drogowy. Najpoważniejszym wydarzeniem był niefortunny skok młodego mężczyzny do rzeki Warty. Dzięki szybkiej pomocy służb został on sprowadzony na brzeg i przetransportowany śmigłowcem do szpitala. To był kolejny bardzo spokojny Woodstock - ocenił rzecznik lubuskiej policji, Sławomir Konieczny.
Jak widać ludzie na Woodstocku są tak znarkotyzowani i pijani, że nie potrafią wykręcić żadnej sensownej statystyki. Co za banda bez kręgosłupa moralnego.

BŁOTO, WSZĘDZIE BŁOTO

To lajtmotiv wszystkich tekstów nieprzychylnych imprezie. Taplają się w błocie jak świnie a potem chodzą brudni, jak świnie. To nie ludzie, to świnie. Więc ja może wyjaśnię. Nie ma obowiązku kąpieli błotnych, bawią się w to tylko ci, którzy chcą. Niewielu chodzi ubłoconych, bo większość ludzi po błocie, idzie się umyć. I dlaczego takie emocje wzbudza coś, co w każdym jednym spa, przechodzi bez echa. Nikt się nie ekscytuje, że bizneswomen się brudzi i jeszcze za to płaci. A tu oburzenie i moralna panika.
Oczywiście w tym roku mieliśmy trochę hardkorowo, bo w sobotę nad festiwal przyszła burza, powiedziała 'siema' i jak nie pierdolnęło. Normalnie jakby ktoś w gwizdek zadął. Staliśmy wtedy w kolejce do bankomatu więc załapaliśmy się na komplet rozrywek - burza, kałuże, błoto, jeszcze więcej kałuż, trochę więcej błota oraz upalne słońce i gnilny opar, który zaczął się podnosić z tych kałuż w 5 minut po zakończeniu burzy. No ale ciężko mieć pretensje do organizatorów za to, że deszcz zalał teren festiwalu, który składa się w większości z, uwaga, ziemi.
A jak ktoś nie potrafi trafić butem w przeschnięte i ciągiem wdeptuje w błoto, pretensje może mieć tylko do swojego błędnika.

NIE ZAWSZE JEST KAWIOR

Jasne, są też minusy. W niektórych miejscach śmierdzi moczem infernalnie. Opady powodują zabłocenie większości terenu i zazwyczaj z koncertu wraca się lekko przykurzonym. Jak jest sucho, pod sceną okrutnie się pyli i bez arafaty przewiązanej na twarzy, nie podchodź. Impreza trwa 24 godziny na dobę więc czasami ciężko się śpi. Do wszystkiego kolejki, punkt gastronomiczny daleko od płatnego pola (ale za to za zajebistego schabowego z młodymi ziemniakami, płaciliśmy 13 ziko, ogólnie jedzenie w cenach barowych), im później, tym więcej pijanych się pałęta, chociaż praktycznie nikt nie szuka dymu. Jak nie chce ci się targać swojego alkoholu, to masz piwo wyłącznie sponsorskie, a nie każdemu leży Carlsberg. Tylko 3 bankomaty na całej imprezie. I tylko jednego Lidla na terenie festiwalu rozstawiają. Im bliżej sceny, tym bardziej robi się gwałtownie, więc jak boisz się pogo, zostań pod lasem. I muzyka gra głośno. Niewygodnie śpi się na ziemi, nawet na dmuchanym materacu. Pod namiotem wcześnie robi się gorąco, bo na polu namiotowym nie ma cienia - organizatorzy nie zadbali o rozdawanie parasoli barowych albo sztucznych drzew. I ogólnie jest słabo. W zasadzie im dłużej się zastanawiam, tym bardziej nie wiem po co tam jeżdżę. Przecież w tym roku przez 4 dni imprezy, spałem w sumie 10 godzin i dwa razy poparzyło mnie słońce, a to nie jest dobre dla starszego pana. Muszę się zastanowić nad sensem tej mordęgi, bo nie mogę płacić tak wysokiej ceny, tylko po to, żeby znowu się poczuć trochę młodziej.

Do zobaczenia za rok.

[1] Machine Head widziałem w Chorzowie przed Metallicą więc jakiegoś konkretnego podjaru nie czułem.
[2] Dodaję frazę objaśniającą - trochę przesadziłem, to drugi najlepszy koncert, na jakim byłeś w życiu.
[3] Zachęcam do komentarzy 'OMG Monako/Indonezja, lol'.

wtorek, 24 lipca 2012

WUJEK DOBRA RADA NA WSZYSTKO

Ludzie są dziwni i zgłaszają się do mnie po rady. Niektóra banalne, bo dotyczące związków, sposobów powiększania penisa, w co się ubrać na randkę albo kto to jest Kamasutra. Inne poważne, dotyczące zarabiania miliona w weekendy albo jakie studia wybrać, żeby zarobić milion w weekendy. Jest też spora grupa, która pyta się mnie jak walczę z okrutnym smrodem, który wydziela moje cielsko podczas i po przejeździe z domu do pracy na rowerze.

Do niedawna odpowiadałem im, że mam w pracy prysznic i się smrodu nie boję. Bo to prawda. Jednakowoż miesiąc temu, podczas fali tych okrutnych upałów, od których się mózg lasował, postanowiłem zrobić eksperyment i sprawdzić, czy faktycznie bez prysznica, dojazd rowerem do pracy, skończy się wymordowaniem współpracowników falami duszących zapachów spod skrzydła.

NAJPIERW O MNIE

Na rowerze jeżdżę od 1998, z dwuletnią przerwą, bo mi się nie chciało. Przekłada się to na jakieś zbudowanie kondycji ale bez przesady. Jestem amatorem a nie wyczynowcem i nie robię na rowerze niczego specjalnego. Tym niemniej, w eksperymencie przyjąłem pewne ograniczenia, o których dalej.
Mam 185 cm wzrostu i ważę 125 kilogramów. Przy mojej budowie ciała oznacza to jakieś 20-25 kilo nadwagi, zgromadzone w oponie. Mam też taki feler, że strasznie się pocę podczas upałów. A już w dusznych autobusach to dramat. Dlatego za punkt odniesienia skali zapocenia, przyjąłem stan, w jakim przyjeżdżam do pracy komunikacją zbiorową.

METODA

Metoda jest prosta. Dystans 10 km, średnia prędkość nie przekraczająca 15 km/h. Dlaczego tak? To proste. 10 km to odcinek z domu do pracy. Średnia prędkość 15 km/h oznacza przejazd z prędkością osiągalną dla każdego. Nawet jeżeli ten ktoś wsiadł na rower wczoraj. Nawet przy założeniu, że rower nie jest dopasowany i wygodny a wyłącznie modny. I nawet przy założeniu, że ten rower jest ciężki. Bo mój Wheeler waży ponad 20 kg więc masa testowanego układu, dobijała w moim przypadku do 150 kg. 15 km/h to tempo rekreacyjne, a, i tak, pozwala osiągnąć spory dystans w niezłym czasie.

TRASA

Trasa uwzględnia wszystkie typy ukształtowania terenu jakie możemy znaleźć w Warszawie, oprócz ostrego podjazdu. Ostry, długi podjazd (Ujazdowskie) stestowałem raz w drodze powrotnej i zalecenie jest takie, żeby nie wjeżdżać tylko wprowadzać. Typy terenu  na trasie, obejmują jedno delikatne wzniesienie na dystansie maksymalnie pół kilometra, jeden krótki zjazd i dużo długich prostych, niektóre lekko pod górę ale uśrednia się to płaskich 8-9 kilometrów. Pół trasy w cieniu, pół w słońcu. Zasadniczo tak wygląda pewnie 75% tras miejskich w Warszawie, bo nie jesteśmy miastem położonym na siedmiu wzgórzach. Dojazd do pracy - 40 minut, od wyjścia z domu do wejścia do firmy. Komunikacja, przy najlepszych układach (przesiadki bez oczekiwania, brak korka), pozwala mi dojechać do pracy w 45 minut (35 minut przejazd, 10 minut dojścia do przystanku i do pracy).

TECHNIKA

Tu było najtrudniej, bo utrzymanie 15 km/h wymaga dużego wysiłku. W sensie zwalniania. To tempo 2 razy szybsze od energicznego marszu wiec rozumiecie, że to jazda mocno wypoczynkowa. Co do samego pedałowania, utrzymywałem równe tempo, żadnego przyśpieszania, żeby zdążyć na światłach albo przemknąć na pomarańczowym. Jazda na pełnym czilaucie. Do tego na odcinkach chodnikowych, rower przeprowadzałem przez przejścia dla pieszych. Więc jak widzicie, zgodnie z przepisami[1] i nienerwowo.

WARUNKI POGODOWE

Poniżej statystyki z kolejnych pięciu dni (pon-pt), wzięte ze strony twojapogoda.pl, stan na godzinę 9:00. Eksperyment trwał od 2 do 6 lipca 2012

02.07 temperatura 26, odczuwana 28, gorąco i sucho, wilgotność 71
03.07 temperatura 26, odczuwana 30, gorąco i sucho, wilgotność 68
04.07 temperatura 26, odczuwana 28, gorąco i mokro, wilgotność 75
05.07 temperatura 26, odczuwana 28, gorąco i sucho, wilgotność 73
06.07 temperatura 27, odczuwana 28, gorąco i sucho, wilgotność 69

Oczywiście nie są to rekordy, bo rano było minimalnie chłodniej niż po południu ale przyznacie, że solidnie grzało.

3...2...1... START

Najgorzej było drugiego dnia, było mi subiektywnie tak gorąco, że odruchowo podkręcałem tempo, żeby się trochę podmuchami ochłodzić. Skończyło się to wykręceniem średniej ponad 20 km/h i w efekcie do pracy przyjechałem zlany potem od pasa w górę. Może byłoby trochę lepiej gdybym nie jeździł z małym plecaczkiem a zamiast tego zafundował sobie małą sakwę. No ale jeżdżę, przez co przy ostrzejszych przejazdach najbardziej leje mi się z pleców i zaczyna się piękna tragedia. 3 lipca udałem się pod prysznic.

W pozostałe dni pilnowałem tempa i przyjeżdżałem do pracy MNIEJ spocony niż po komunikacji miejskiej. Oczywiście gdybym za każdym razem jechał klimatyzowanym tramwajem/autobusem, nie byłoby porównania ale tak się nie dzieje. Po przyjeździe do pracy zbiorkomem, cieknę. Oczywiście nie do stanu 'wanna i kąpiel, albo przynajmniej prysznic' ale opłukanie się pod zlewem pomaga.
Mniejsze spocenie nie oznacza oczywiście, że siedzę w tym tiszercie, w którym przyjechałem. Ale wystarczyło podejść do zlewu, ochlapać się wodą od pasa w górę, zapodać antyperspirant, wrzucić świeżą koszulkę i siąść do pracy. Omdleń z powodu mojego smrodu nie zanotowano.

JEST JEDNO ALE...

Przepraszam potencjalnych urażonych ale muszę to napisać. Cała ta zabawa miała sens tylko wtedy, gdy rano, przed wyjściem do pracy, bierzemy prysznic. Jak ktoś się chce wpakować na rower po przespanej nocy a potem chlapać się pod zlewem i psikać antyperspirantem, to życzę powodzenia w nawiązywaniu kontaktów ze współpracownikami. Jeżdżenie do pracy rowerem w sposób opisany przeze mnie, jest dopuszczalne przy założeniu elementarnej higieny u zainteresowanego.
Więc powtórzę jeszcze raz. Robimy to tak: prysznic - rower w sposób opisany przeze mnie - zlew - antyperspirant - czysty tiszert - biurko.

WOLNE WNIOSKI

Oczywistą rzeczą jest, że nie zawsze się nam wszystko uda tak, jak byśmy chcieli. Czasem podgonimy na trasie, czasem coś nas ukłuje i przejedziemy kilometr na pełnej kurwie. Czasem wilgotność będzie tropikalna. Jasna sprawa. Dlatego nie pretendowałem do miana badacza, który sprawdzi każde warunki.
Chodziło mi tylko o to, żeby pokazać, że, przynajmniej po Warszawie, można dojeżdżać do pracy na rowerze, bez konieczności posiadania w niej prysznica. Bo jeżeli może to robić mutant z prawie trzydziestokilogramową nadwagą, to ktoś z wagą normalną, nie zgrzeje się pedałując ponad 20 km/h. A grubasy mi podobne, mogą pedałować tak, jak im tu podpowiedziałem.

Powiedz mi zatem, jaka jest teraz twoja wymówka?

[1] Moje odcinki chodnikowe obejmują chodniki, po których mogę jeździć legalnie oraz kilometr (w tym most Śl-Dąbrowski), po których jadę nielegalnie.

środa, 18 lipca 2012

BOLI, KURWA, JAK BOLI

Wczoraj, tak zupełnie niechcący, wyszedł mi jakiś przerażający eksperyment socjologiczny, którego ani nie planowałem, ani nie chciałem. Fakt, siła, moc i wszelkie inne przesłanki były po mojej stronie, bo koszmarny ból pleców, nerwobóle w pośladkach i udach, pogorszenie się jakości życia, niemożność wysiedzenia na fotelu w pracy dłużej niż 30-40 minut, medyczna konieczność przesiadki z roweru do komunikacji i zarzucenia treningów na miesiąc, trochę mnie rozstroiły i w dyskusji wystąpiły z mojej strony zaburzenia w przepływie chi, ale nie spodziewałem się, że ta mysz urodzi tak urodziwą górę. Jednakowoż przestrzegam ponownie, bolało mnie, zaczynały kopać mocne środki i nie byłem w tym flejmie w najlepszej formie. Wybaczcie, nie spodziewałem się go po prostu.

TAKI BYŁ POCZĄTEK

Kierownicy bałaganu zwanego Warszawą, po raz kolejny zaproponowali Pradze udogodnienia komunikacyjne związane z budową metra. Po rewolucji sprzed roku, gdy w sierpniu zamknięto nas w ‘getcie’[1] i przewrócono cały ruch zbiorowy do góry nogami, teraz uszczęśliwia się nas kolejnymi utrudnieniami. Otóż kilkanaście linii zostało przeciętych przy Wileniaku, bo objazdy nie wchodzą w rachubę (korki przecież w wakacje są i będą koszmarne) a te kilkaset metrów sobie ludzie szybko przejdą i się przesiądą. Uniosłem się oburzeniem a mój wpis inicjujący brzmiał tak:
To, panie inżynierze, jakby tych brudnych skurwieli z Pragi jeszcze bardziej upodlić? Może opłata na mostach w kierunkach do centrum? No i link do tekstu na gazecie
I nagle, z niezrozumiałych dla mnie powodów się zaczęło.

KLIENT W KRAWACIE JEST MNIEJ AWANTURUJĄCY SIĘ

dla Ciebie zamknięcie ulicy z okazji budowy metra to jakieś upodlenie? 
Ale jak nie wiesz o co chodzi, to po chuj coś piszesz? (pogrubione będą moje moje wpisy z blipa, komentarze do komentarzy innych wrzucam w nawiasy)
widocznie zabrali mu miejsce do spania (to poszło u kogoś innego na blipie jako komentarz do tego pytania o zamknięcie ulic z okazji budowy, jest to mój ulubiony komentarz w tym wątku, hahaha, wyjebali z miejscówki bezdomnego)
No stary, normalnie boki zrywać.
łaknę wiedzy, myślałem, że mnie oświecisz (i dalej jedziemy o upodleniu)
Tak, bo nie mam nic innego do roboty jak ci tłumaczyć historię komunikacyjnego rozpierdalania Pragi od 2 lat. Weź idź gdzie indziej.
geez, jaka agresja 
Tak, agresja. Bo jeżdżę coraz bardziej wydumanymi trasami a potem przychodzi mundry i pyta się mnie, o co mi chodzi.
i sądzisz, że zamknięcie Z POWODU BUDOWY STACJI METRA to kolejny etap "komunikacyjnego rozpierdalania Pragi"? pytam serio (tutaj widać, że ziom nawet nie przeczytał linkowanego tekstu tylko uczepił się moich słówek, znam sztuczkę, myślałem, że jak będę ignorował, to minie)
Czy ja ciebie nie prosiłem, żebyś mnie nie zaczepiał i poszedł sobie gdzie indziej? Mam wyjątkowo zjebany humor więc odpłyń.
no i co, mi też zamknęli Marszałkowską i jeżdżę objazdem, nie piszę że to jakieś upodlenie mnie
Wiesz co, poczytaj w internecie jak to wygląda od 2 lat a potem opowiedz mi o zamkniętej Marszałkowskiej z metrem pod nią.

BOLĄ JUŻ NIE TYLKO PLECY, UDA I POŚLADKI ALE I MÓZG

Dobra, nie mam czasu na indywidualne potyczki. Przeczytaliście zalinkowany tekst czy zobaczyliście tylko mój do niego komentarz? 18 linii to mało? (byłem już w takim stanie, że próbowałem przeciwdziałać eskalacji)

I WCHODZI WYJĄTKOWO UDANY SUBWĄTEK

Skad w Warszawiakach tyle agresji? 
z konsekwentnego upadlania praskiej części miasta 
help help we're being opressed

Ale wiesz o czym ja w ogóle piszę czy tak sobie komentujesz, bo to takie zabawne?
oczywiście, że nie wiem, przecież nigdy w życiu nie byłam w warszawie na pradze. ogarnij się.
I dojeżdżasz stamtąd codziennie rano do pracy, jak rozumiem? Oraz wiesz, którędy będą ludzie chodzić, żeby się przesiąść. Spoko.
a, bo jak rozumiem, żeby to ocenić, trzeba codziennie dojeżdżać, panie znawco. lol&plonk 
Ojej, zgapiłem lola i plonka. Nie, oczywiście, że żeby cokolwiek sensownie ocenić, nie trzeba niczego na ten temat wiedzieć. 
bo oceniać można tylko te trasy, którymi jeździ się codziennie do pracy 
Zawsze mi się wydawało, że to pomaga w dyskusji, jak się cokolwiek wie na temat. Ot, choćby jak wygląda przejście dla ludności.
a ty masz machinę do podróży w czasie i wiesz jak to wygląda od 22 lipca 
Wiem jak wygląda teraz i założę się o wódkę, że jestem sobie w stanie wyobrazić, jak będzie wyglądać w następny poniedziałek.
kurwa, po co było to metro na pragę budować, perły przed wieprze, chodźcie zamiast tego rozkopać bemowo, bardzo proszę 
Czyli nie mogę narzekać na to, że od roku mam jeden tramwaj na 11 Listopada i rano nie da się do niego wbić? (TO BARDZO ISTOTNY KAWAŁEK W KONTEKŚCIE NADCHODZĄCEGO LOLA)
paczpan, właśnie przeczytałem oficjalnego focha od bydgoskiego zarządu komunikacji właśnie w tonie "trzeba widzieć, żeby wiedzieć" 
I co w związku z tym? Znaczy jak to się ma do mnie, ten bydgoski foch?
się mi skojarzył, bo też się odnosił do tego że trzeba BYĆ i WIDZIEĆ, a nie się czepiać że kilometr między przystankami w centrum 
Stary, poranek przy Wileniaku to nowa forma chaosu. Naprawdę dobrze jest to zobaczyć o 8 rano, żeby wiedzieć o co chodzi.
Ale już nie będę do takich głupot nawoływał, bo plonki się za to sypią. Więc pogadajmy o korkach w Bydgoszczy. Uważam, że są złe.
współczuję, ale nie da się zbudować metra nie robiąc dziur w ziemi 
Nie mam nic przeciwko dziurom, bo wiem, że będzie lepiej. Wkurzają mnie eksperymenty na komunikacji. Czy ja tak niejasno piszę?
masz tu lepiej buca do stłuczenia (z linkiem do 'artykułu' jadącego po rowerzystach)
Ziom, znudziło mi się. Zwłaszcza odkąd wyniosłem się z ulicy i ułożyłem trasę pod legalny chodnik. (TO KOLEJNY BARDZO ISTOTNY KAWAŁEK W KONTEKŚCIE NADCHODZĄCEGO LOLA)

Czyli nie mogę narzekać na to, że od roku mam jeden tramwaj na 11 Listopada i rano nie da się do niego wbić?
możesz, ale czemu twierdzisz, że to jakieś "upadlanie"? (teraz powinienem się zorientować, że tu na pewno nie chodzi o sensowną rozmowę tylko o trolling ale akurat wszedł Mydocalm Forte i się rozluźniłem)

Ze 2 godziny temu prosiłem o poczytanie jak mielili komunikację na Pradze przez ostatnie 2-3 lata. Tam leży odpowiedź.
ależ ja wiem bardzo dobrze jak zmienia się komunikacja na Pradze - no i moim skromnym zdaniem mówienie o "upadlaniu" jest na wyrost (dalej nie zauważałem wzorca, moja wina)

CHOPAKI, WJEŻDŻAMY NA TE IMPREZE NA PEŁNEJ KURWIE

Pojawia się nowy komentator, fik. W kontekście całego flejma jest moim absolutnym ulubieńcem

Czyli co? Dalej nie chodzi o to, jaka tam jest chujnia tylko o jedno moje słówko? Może naprawdę zakończmy. 
pozwól, że wytłumaczę: wyjechałeś z typową wielkopańską bucerką bez cienia refleksji, i dziwisz się, że dostałeś kulturalną zjebkę 
No i cóż ja bym bez kulturalnych komentatorów zrobił? I wskaż palcem wielkopaństwo, nie mogę się doczekać.
no jak to co byś zrobił? to samo, co robisz, nadal byś był bucem
To wiem, czekam na wielkopańskość. Napieraj.
i wiem, o czym mówię, pracowałem w zbiorkomie na pierwszej linii kontaktu z elementem przewozowym, widziałem już takich jak ty :-) 
Znaczy narzekających, że każda zmiana na Pradze to nieprzemyślany eksperyment? Oraz dalej czekam na wielkopańskość.
A z frazy 'element przewozowy' aż bryzga kultura, brak bucery i grzeczność. Jakiś specjalny kurs strzelania w nogę z przyłożenia?
"zmiany są nieprzemyślane" = krytyka; "jebane inżyniery nas gnoją" = bucerka. naprawdę nie widzisz różnicy? (pamiętajcie, musicie uważać nie na to co, ale jak mówicie)
Aha, czyli wielkopańskości się nie doczekam natomiast widzę ewolucję cytatów ze mnie.
wielkopańskość już dostałeś, teraz jeszcze jedno słówko w bonusie: PARAFRAZA. 
No tak, dodanie do frazy 'upodlenie' jebanych inżynierów, to PARAFRAZA. Tyle się od ciebie nauczyłem.
Oraz naprawdę nie widzę gdzie dostałem wielkopańskość. Też sparafrazowałeś?
a bez "jebanych" to będzie dość dobry cytat? bo to nadal, like, idiotyzm (tu się wkluczył ponownie poprzedni dyskutant)
Ustalcie wspólny front i tu wróćcie, co? Bo nie wiem o co wam w tej chwili chodzi z tymi parafrazami.
urajanie spisków i czucie się zgnojonym przez absolutnie normalne niedogodności to klasyczny objaw ego wielkości pałacu kultury (to jest właśnie moja wielkopańskość)
To jest według was wielkopańskość? Według jakiego słownika?
a mówiłeś, że to ja się czepiam słówek - no więc nie, ta zmiana nie służy gnębieniu Pragi 
W pierwszej fazie czepiłeś się 'upadlania', potem zeszło na moje bucerstwo. Dopytuję o wielkopańskość, chcę wiedzieć na czym stoję

IDZIE KUP DE GRAS

przerost ego nie jest wielkopańskością? weś wyjć. 
A przerost ego to po prostu przerost ego. Moje sięga Szczecina, Wetliny, Berlina i Kijowa. Nigdy się z tym nie kryłem.

Problem polega na tym, że o ile ciebie rozumiem, to fik przyszedł, puścił bąka i uciekł. Więc może będę kontynuować z jedną osobą?
bąka, miły panie, to puściłeś ty, bajdurząc o "gnębieniu". naprawdę tak ciężko napisać "zagalopowałem się", miast trwać w bucerce? 
To co się dzieje z komem na Pradze przez ostatnie 2 lata, nosi dla mnie wszelkie cechy gnębienia. Co mi teraz zrobisz?
stwierdzę, że jesteś nie tylko bucem, ale i idiotą, i pokażę paluszkiem miejsce w kfie. nara. (to kulturalny fik)
nie wiem jak fik, ja uznam Cię za blisko paranoi (a to drugi kulturalny komentator)
No, coraz kulturniej. Idiota, buc, paranoik, śpi na ulicy. Erupcja dobrego wychowania. 
och, nagle jaki arbiter elegancji 
Ojej, a kogoż to ja w tym bieda-flejmie obraziłem z dyskutantów? 
ktoś, który na proste pytanie reaguje tak: Ale jak nie wiesz o co chodzi, to po chuj coś piszesz?  a potem bieduje nad brakiem wychowania, wygląda śmiesznie 
Przecież to była grzeczna prośba o odniesienie się do linka a nie do mojego niefortunnego doboru słów. Gdzie tu obraza? 
że łomatko niegrzecznie do Ciebie mówio 
Nie, ja się dziwię, że najpierw się dowiaduję, że kulturalnie mnie prostujecie a potem dostaję paranoikiem. Trochę to takie jakieś

DOKĄD? SPYTAŁ RYCHU, I NA TYM ZAKOŃCZYMY

Zapytacie co to niby za eksperyment mi wyszedł. Ano widzicie, w pewnym momencie tego flejma zorientowałem się, że kogoś w jakiś sposób uraziłem a niefortunny dobór słów zeskalował wątek. Zdarza się w internecie. Problem moich dyskutantów polegał niestety na tym, że w całym tym swoim zacietrzewieniu nie czytali dokładnie tego, co ja piszę. Bo jakby czytali, to by się zorientowali, że...

WATSONIE, NAM KTOŚ PO PROSTU PODPIERDOLIŁ NAMIOT

W wątku zaznaczyłem dwie podpowiedzi, które mogły ich naprowadzić na dobry trop i zrozumieć, dlaczego zamknięcie małego kawałka ulicy, wywołało taką furię we mnie. Gdyby częściej tam bywali a nie nadawali z Ochoty, Bemowa czy Śródmieścia, to by łatwo zrozumieli, dlaczego zamknięcie małego kawałka ulicy, wywołało taką furie we mnie. Nie pomyśleli i nie bywają więc walnęli ze wszystkich dział. Problem polega na tym, że w zły cel.

THE PLEDGE, THE TURN, THE PRESTIGE

Czas odpowiedzieć na pytanie, co to niby za eksperyment mi wyszedł? Ano spojrzyjcie na mapkę.

Na niebiesko moja trasa do pracy. Jedyny tramwaj spod bloku z przesiadką w 180
Na zielono trasa z przesiadką na 162
Na fioletowo moja trasa rowerowa. Tak od kwietnia do października, co wytrawni śledczy czytającego mojego blipa, powinni skojarzyć dawno temu ale zawiódł ich zmysł dedukcyjny, bo widzieli tylko 'upodlenie' i 'jebanych inżynierów'.
A na czerwono zaznaczyłem zablokowany fragment przy Wileniaku. W przybliżeniu.
Widzicie pewną rzecz? Wiecie już o co mi chodzi? Was też to śmieszy?

FABRICATI DIEM, PVNC

W całym flejmie dałem podpowiedzi, którędy i czym jeżdżę (zaznaczyłem je wcześniej). W subdyskusjach omówiłem dwie trasy totalnie alternatywne (Most Gdański i zjazd na Wisłostradę w 185 albo Metro Gdański i dalej jak mi się zechce), które wybornym znawcom praskiej komunikacji powinny dać minimalnie do myślenia. Niestety, moim kulturalnym współdyskutantom już wtedy czerwona mgła opadła na oczy i nie zauważyli, że...

TU JEST SPIZEG GRUBYMI NIĆMI SZYTY

Bo wyjątkowo nie skamlałem w swoim imieniu. Mi przez sekundę nie będzie gorzej, ta zmiana nic dla mnie nie zmienia. Ba, jak będę dalej musiał śmigać komem, to na Hallerowym placu mam pętlę 162 i miejsce siedzące. No dobra, gdybym się uparł na jeżdżeniu 169, wtedy mógłbym się pocisnąć. Ale nim nie jeżdżę, bo nie mam takiej potrzeby. Zakupów w Wileniaku nie robię, bo mam pod blokiem tanią osiedlówkę. A jak już się wybieram, jadę tam rowerem, i z dużym plecakiem. Ja, zupełnie jak nie ja, postawiłem się w sytuacji ludzi starszych, dla których Wileniak to świetne, bo tanie, miejsce zakupów. Od przyszłego tygodnia będą ciągnęli swoje torbokółki po trotuarze, który składa się albo z dziur (strona północna) albo z nierównych płyt chodnikowych i jest obstawiony handlarzami tak, że nie da się przejść (strona południowa, zakładając, że tego przejścia nie zamkną).
Wszystkim dojeżdżającym Radzymińską i koleją, dobrze zrobi poranna przebieżka. Bo przecież jak gdzie indziej chodzą, to i tutaj nie powinniście narzekać. Za 4 tygodnie będzie lepiej.

GANGSTABLOGER I WRAŻLIWOŚĆ SPOŁECZNA

Tak, wiem. Z powodu kilku flejmów, mam w lewicowo wrażliwym towarzystwie opinię chama, buca i skurwiela bez serca, który chce wyrzucać śmierdzących bezdomnych z komunikacji na mróz i bić lekarzy. Rzadko się kryję z poglądami, bo wiem, że one nie są w stanie zmienić opinii na mój temat u tych ludzi, na których opinii mi zależy i których szanuję. Opinia pozostałych wisi mi kalafiorem. Ale wydawało mi się, że wystarczy chwilę się zastanowić, wiedzieć, o czym rozmawiamy i flejm potoczyłby się w zupełnie innym kierunku. A tak zostało tylko upodlenie i jebane inżynierki.

Dlaczego wczoraj siedziałem do pierwszej w nocy i to pisałem? Bo dawno się tak nie śmiałem, patrząc na erupcje lewicowej wrażliwości społecznej. Nikt nie postawił się w sytuacji ludzi, których kolejna zmiana skopie, skopano i wyprostowano za to mnie. Kulturalnie, żeby nie było. No i ogóle co się rzucają, będą mieli metro. A że przy okazji zabito handel na sporej części Targowej? Cóż, koszty postępu.

No więc z tego miejsca, życzę wam kochani udanej rewolucji, na pewno mnóstwo osób dołączy do waszej kulturalnej, empatycznej i zaangażowanej grupy. Oraz spróbujcie czasami zdjąć końskie klapki z oczu i dostrzec we mnie coś więcej niż praskiego buca i gangstablogera. Podobno jesteście młodzi, oczytani i inteligentni. Udowodnijcie to następnym razem.
Wszystkim, którzy w tym flejmie wzięli udział, serdecznie dziękuję. Wnioskując po częstotliwości naparzanek u mnie, do zobaczenia w okolicach moich urodzin. Sajonara, biczys.

PS. Żeby uniknąć zarzutu o manipulację przez selektywność - cały wątek jest do obejrzenia na moim blipie: radkowiecki.blip.pl Zaczyna się 17 lipca o 11:29, pierwszym wpisem tego dnia. Wygasa ok. 15. Wybrałem część wpisów, bo przeklejanie całości wydało mi się bezsensowne. Zainteresowani tą kloaką, mogą sobie poczytać bez cięć. Wolny wybór.

[1] Ponieważ kulturalni dyskutanci bardzo lubią czepiać się słówek, 'getto' specjalnie ująłem w cudzysłowy i dodatkowo piszę komentarz. Nie chodzi mi o to, że nas otoczyli murem, głodzą i eksterminują. Po prostu wszystko przy Wileniaku zostało taki inteligentnie pogrodzone, że są miejsca, w których nie są w stanie minąć się dwie osoby a matka z wózkiem jest bez szans (niesławna, krótkotrwała kładka przy zbiegu Targowej i Białostockiej, na ten przykład).

czwartek, 21 czerwca 2012

Och jak bardzo się cieszyłem, że w słuchawkach nie łupało mi akurat Body Count. Zaburzyłbym sobie pewnie przepływ chi, szarpiąc się z idiotą a tak tylko miałem kopa z adrenaliny przed treningiem. Tragikomedia była w dwóch aktach, drugi był wynikiem pierwszego, wszystko skończyło się dobrze ale chyba przestanę się tylko napinać i gadać, i naprawdę kupię sobie batona. Zaczęło się jakiś kilometr od mojej pracy.

W tym sezonie postanowiłem porzucić jazdę ulicami i, tam gdzie mogę, pomykam chodnikiem. Tam gdzie nie mogę, też pomykam gdyż w tym roku to sobie a nie kodeksowi pozostawiłem prawo oceniania gdzie mogę śmignąć bezpiecznie, a gdzie będę przeżywał niekończące się katusze psychiczne, bo panom kierowcom się spieszy. No więc jeżdżę sobie wzdłuż Wisłostrady, bo mogę i jedynym miejscem gdzie się możemy spotkać, są przejścia dla pieszych. Zielonostrzałkowe prawoskręty to temat na oddzielną hejtnotkę ale nie chce mi się jej pisać, bo by było za dużo bluzganiny i opowiem wam tylko o jednym skrzyżowaniu, na którym przynajmniej raz w tygodniu mam rozmowę z kierowcą, który przepisów nie zna ale i tak się będzie ciskał. Jest to wbitka na Czerniakowską ze Szwoleżerów. Skręcający w prawo mają zieloną strzałkę i, w dupie mając pieszych, wbijają na przejście a potem się zatrzymują, bo im z lewej jedzie sznur samochodów. Najczęściej przeprowadzam tamtędy rower, bo stężenie idiotów w tym miejscu jest zbyt duże żeby ryzykować przejazd. Wczoraj spieszyło mi się na trening i stwierdziłem, że jednak przejadę. Niestety, na światłach do skrętu w lewo stał karawan Straży Miejskiej. Nie żeby im się chciało mnie ścigać ale stwierdziłem, że nie będę ostentacyjny i rower jednak przeprowadzę. Jakim byłem naiwnym łosiem.

Dojeżdżam do przejścia, hamuję, zsiadam z roweru, robię krok do przodu i centralnie we mnie wjeżdża w prawoskręt Czesiek. Ja trochę ogłupiały, bo niby zielone mam i na przejściu jestem, idę a Czesiek mnie łukiem łyka. Patrzę na straż ale nie wiem po co, bo przecież oni to mają w dupie. Oni są od radarów i pietruszki a nie od takich akcji. Spojrzałem na brykę, która próbowała umieścić mi kawałki roweru w lewym udzie i rzucam pytanie retoryczne 'poważnie, kurwa?' I nawet by mi ciśnienie nie skoczyło bardzo, bo to powszechna akcja na przejściach gdyby nie pani na siedzeniu pasażera, która odwróciła się do mnie i zaczęła się uśmiechać. Chyba wtedy pękła mi żyła w oku.
Niekierowcom tłumaczę genezę zajścia. Oczywiście najsensowniejsze wytłumaczenie jest takie, że Czesiek jest typowym wąsatym polaczkiem, który gardzi słabszymi, bo liczy się tylko jego wygoda. Wytłumaczenie mniej psychologiczno-socjologiczne jest takie, że gość nie zna przepisów i sytuację zrozumiał tak: mam zieloną strzałkę, koleś się zatrzymuje i zsiada z roweru więc na pewno ma czerwone. Z jakiegoś powodu jednak wchodzi na to przejście. Ha, pewnie chce przejść na czerwonym więc mogę go rozjechać (pozdrawiam pana taksówkarza, który rok temu mnie przyprasował do innego samochodu bo mógł). No to go rozjadę.
Tak oto próba przestrzeżenia przepisu prawie się skończyła dla mnie przykrością. Więc jest taki plan, że jednak będę zsiadał tylko wtedy gdy moje powolne człapanie przez przejście, wkurwi maksymalnie dużą grupę kierowców. Nie ma za co, podziękować możecie temu chujowi z wczoraj.

Potem udało mi się unikać ulicy przez całkiem spory kawałek a te kawałki gdzie nią jechałem, są zazwyczaj dla mnie bezpieczne bo albo buspas (po 18 mogę, porzućcie cięte riposty) albo mało uczęszczane szlaki w otoczeniu Traktu, budowy metra i Marszałkowskiej. Niestety, ostatnia prosta po ulicy prowadzi Królewską i Grzybowską do Żelaznej i dalej już bezpieczniej, bo kolejne rozkopy i wąskie uliczki bez ruchu. Najgorszy kawałek jest między Marszałkowską a JPII, bo wąsko i non stop włączają się do ruchu taksiarze spod hotelu Radisson. Oczywiście na rympał i bez kierunkowskazu więc oczy dokoła głowy się bardzo przydają. Dodajcie do tego kilka linii autobusowych i macie pełny obraz inferna. Do JPII udało się dojechać bez ekscesu, cisnę na zielonym przed siebie, mnóstwo kilometrów na godzinę, gdy po jakichś 150 metrach za skrzyżowaniem słyszę za sobą klakson. Lekko zdziwiony się rozglądam a za mną typ daje mi uniwersalny znak 'spierdalaj w prawo bo jadę'.

Otóż według pana kierowcy ja powinienem odbić na pas z prawej i go przepuścić. I zupełnie mu nie przyszło do głowy, że:
- na skrzyżowaniu ruszyłem pasem do jazdy na wprost i tym pasem jazdę kontynuuję za światłami
- pas po prawej służy do bezkolizyjnego prawoskrętu z JPII i autobusom
- za 50 metrów ten pas się kończy wyjazdem z zatoczki autobusowej i próbując na niego zjechać teraz, wbiję się przednim kołem w krawężnik

Się trochę wkurwiłem ale, że nie jestem złośliwy, zjechałem możliwie najdalej w prawo i macham mu ręką żeby jechał. Zamiast wyprzedzać, zrównał się ze mną i coś pokrzykuje przez okienko. No to teraz się wkurwiłem już na poważnie, powiedziałem coś o jego cechach charakteru, niedostatkach intelektu i że nie będzie mnie uczył jak mam jeździć bezpiecznie rowerem po tym mieście. Coś zaczął machać żebym mu jednak bardziej zjechał w prawo. No więc ja mu macham, żeby już spierdalał, bo robi niebezpieczną sytuację na drodze. Pokazał mi faka i w końcu mnie wyprzedził. No to się wkurwiłem ultymatywnie i macham mu zapraszającym gestem, że może się zatrzymać i pogadamy o jego technice jazdy. Wiecie, delikatne ruchy dłonią do siebie. No to on postanowił pognębić mnie do końca, wysunął rękę przez okienko i pokazał mi takiego faka z gatunku dorodnych.

Normalna sytuacja na drodze i nawet by mnie nie zirytowała tak bardzo, bo przecież wyprzedzał mnie bezpiecznie, ze 20 cm od mojej nogi, gdyby nie jeden fakt. On po całej tej dziwnej manianie, przejechał jeszcze 50 metrów i skręcił w lewo w Waliców. Jako pacyfista i człowiek ciszy, nie skręciłem za nim, bo totalnie skończyłoby się to szarpaniną albo bójką. Zamiast tego zakląłem siarczyście, zjechałem na chodnik, wypłaciłem kasę z bankomatu, kupiłem loda, bo się trochę zgrzałem i popedałowałem na trening. I obiecałem sobie, że następnym razem będę jechał środkiem pasa i nie będę reagował na żadne sygnały, które nie będą odgłosem karetki, straży pożarnej albo policji. Cierpliwość to cnota a ja nie chce, żeby mnie jakiś frustrat z przykrótkim przyrodzeniem, wbił w krawężnik.

Niech mi ktoś wytłumaczy, jak trzeba mieć najebane w mózgu żeby, wiedząc, że się za 150 metrów skręca, robić dym na drodze i generować niebezpieczne sytuacje? Z tą myślą was pozostawię.

piątek, 30 marca 2012

Przeczytałem artykuł na gazecie i mi się ulało.

Rzeke mi wypłaczcie. Tako odtąd do późnych godzin popołudniowych. Gdyby nie moja wrodzona łagodność i pacyfizm, to Warszawa zostałaby pozbawiona szpitala MSWiA i było to tak.
Dawno temu dostałem omłot w bramie, napastnicy zamienili mi pół twarzy w tatara zasiekanego i skuli tak, że dwie godziny leżałem w bramie bez przytomności.
Następnego dnia, w sobotę, ok. 14 zacząłem lekko pływać na łóżku i stwierdziłem, że nie czekam do niedzieli, aż mi się przestanie we łbie kolebać, tylko jadę zaraz. Na 709 nie miałem siły więc znajoma zawiozła mnie na izbę (nie pamiętam dlaczego pojechaliśmy do MSWiA, być może piaseczyńska była tego dnia zamknięta, nie kontaktowałem zbyt dobrze). Kumpela nie mogła ze mną zostać więc podstawiła mnie pod wejście i odjechała.
Rejestracja, ciśnienie, pigułka na obniżenie ciśnienia, godzina oczekiwania i mój ulubiony moment, czyli wywiad w gabinecie z jakąś wredną rurą w fartuchu. No nie rozmawia się w tak impertynencki sposób z człowiekiem, który nie ma pół twarzy, kręci mu się w głowie, mdli go i ma prawo być podenerwowany. Z jakiegoś powodu zostałem przez panią potraktowany jak prymityw i gówniarz. To pewnie wina krótkich włosów i mocnej budowy ciała. Kolejna godzina oczekiwania, rentgen, godzina, tomografia i dopiero wtedy się zaczęło robić słabo.
Uczynię długą historię krótką. Na izbie zalogowałem się ok. 15-15:30. Wstępny wywiad, badanie ciśnienia, rentgen i tomografia zajęły w sumie 3,5-4 godziny, więc wynik do zniesienia. A potem zostałem zostawiony samemu sobie, nikt nie wiedział na co właściwie jeszcze czekam, kto ma obejrzeć fotki i je jakoś skomentować, nul, zilch, nada, zero. Gdyby nie stan zbliżony do dwóch piw i skręta, zacząłbym ten pierdolnik demolować. Czy wspomniałem, że moje rany nie wzbudziły żadnego zainteresowania, nikt ich nie obejrzał i nie zrobiono mi opatrunku? To wspominam.
Ok 22:30 zacząłem mieć dość, poszedłem do recepcji i się spytałem czy ktoś mnie przyjmie bo ja już nie wyrabiam i chcę iść do domu. Okazało się, że jak pójdę do domu, to badania z dzisiaj są nieważne i jutro będę je musiał zrobić znowu. A czekam na laryngologa i nie wiadomo kiedy mnie przyjmie.
Podcięło mi resztki żelazowej woli, klapnąłem na krzesło, zadzwoniłem do innej kumpeli czy by mogła mnie odwieźć na chatę, bo na dzienny się już nie wyrobię i zastygłem na tym sadystycznym krzesełku w poczuciu bezsiły i beznadziei. Nikogo nie chciałem bić, chciałem po prostu zburzyć to miejsce do fundamentów a pracujących tu ludzi wysłać na prosty kurs organizacji pracy i umiejętności rozmowy z pacjentem nieawanturującym się.
Po pół godzinie zaczęły spływać z miasta ofiary dnia św. Patryka i wytrzymałem do momentu gdy jeden nur śmierdzący śmietnikiem wwiózł na wózku drugiego nura śmierdzącego padliną. Tak szybkiego oczyszczenia poczekalni w życiu nie widziałem. Wstałem i skierowałem się w stronę wyjścia, pierdoląc możliwe pęknięcia czaszki i krwiaki mózgu. Dobrze, że mnie kumpela zgarnęła i przekonała żebym jeszcze chwilę wytrzymał.
Siedziałbym tam pewnie do rana, na szczęście Ania poszła do recepcji, zrobiła dym i co się okazało? Że ten laryngolog, co to nie wiadomo kiedy będzie to już jest i można do niego iść. Tylko dlaczego żeby uzyskać jakąkolwiek informację trzeba awantury w recepcji? Dlaczego nikt mnie nie może wywołać po nazwisku. Dlaczego jak się grzecznie pytałem ile mam czekać, to nikt nic nie wiedział (przypominam, ruch niewielki). A potem jak porozmawiałem po badaniu z panią laryngolog (jedyna sprawiedliwa w tej jebanej Sodomie), to okazało się, że ona tu siedzi od 22 i nikt jej nie zgłosił, że ma coś i kogoś oglądać. To wtedy uderzyła mnie kurtyna a od maniakalnego uśmiechu dostałem skurczu nieporanionej połowy twarzy.
Nawet nie macie pojęcia jak się wkurwiłem na wspomnienie tego gnoju. Bym zrozumiał czas spędzony na izbie gdyby był jakiś overkill. Nie było. Była żałośnie wyglądająca grupka mniej lub bardziej cierpiących ludzi i personel, który miał tych ludzi w chuju i niespiesznie przechadzał się z lewa na prawo. Plus totalny burdel organizacyjny.
Pewnie nie mam pojęcia o organizacji pracy szpitala i izby przyjęć. Zapewne czas spędzony w tym kiblu był krótki i nie powinienem się ciskać. I zapewne powinienem dziękować, że nie dostałem od lekarza opierdolu, tak jak kilka lat później, na Hożej (moją winą było to, że byłem na imprezie i miałem wypadek), tylko zostałem potraktowany jak gówniarz. Na szczęście gazeta napisała bardzo wartościowy artykuł instruktażowy, dzięki któremu już wiem jak wejść na ścieżkę szybkiej obsługi. Następnym razem po prostu jebnę lekarza krzesłem albo rozwalę automat do kawy i w domu będę po 2 godzinach.
Ze szpitala MSWiA wróciłem do domu o 1 w nocy.
PS. Każdy, kto skomentuje w stylu 'stary, mogłeś podejść i spokojnie pogadać w recepcji' albo 'sam sobie jesteś winien, bo siedziałeś i nic nie robiłeś a mówisz, że jesteś taki energiczny i zaradny', zostanie wywalony z mojego grona znajomych. Nie chcę się ziomić z ludźmi, którzy nie potrafią czytać ze zrozumieniem. 

Tekst wylądował najpierw na fejsie. I posypały się komentarze. Niektóre pozwolę sobie wkleić poniżej. Lektura akurat na piątek, bo za 3 godziny będzie można zmyć absmak alkoholem. Lecimy.

Nauczka dla wszystkich - jeżeli Wam albo Waszym bliskim (w tym zwłaszcza dzieciom, like, małym) coś się stanie - *PIERDOLCIE SAMODZIELNY DOJAZD DO SZPITALA* i dzwońcie po karetkę, ściemniając bez zmiłowania jeśli trzeba. Chyba, że lubicie być w metodami, jakie Radkowiecki wyżej zapodał, ruchani powoli na izbach przyjęć kilku kolejnych szpitali.

Ja pamietam jak dostalem po lbie, przelatalem pol szpitala na podstawowe badania, po ktorych stwierdzono ze glownie to powinienem lezec i ograniczyc gwaltowne ruchy. Na szczescie bylo mi wtedy dosc wszystko jedno.

Cóż mogę dodać Radku, chyba tylko tyle, że w podobnie "renomowanym" szpitalu mój kolega siedząc w przychodni neurologicznej, czekając na kontrolę leczenia przeciwpadaczkowego zemdlał z powodu spazmu mięśni (czyli miał atak), a jego masakrycznie zdenerwowana żona (8 miesiąc ciąży) usłyszała, że "pijanych nie obsługują". Trzy awantury później i dwa telefony do znajomego, którego ojciec jest tam ordynatorem (dokładnie trzy piętra wyżej siedział w gabinecie), zrobiono mu w końcu zastrzyk lekiem, który dostaje od dnia diagnozy i który wołami wypisany jest nie tylko na jego karcie pacjenta rzeczonej przychodni, ale był także zakodowany na specjalnej bransoletce na jego ręku. 

Jak wylądowałam na izbie MSWiA to pan doktor widząc pacjentów, którzy chcą o coś zapytać zaczynał nagle uciekać sprintem, dostałam ketonal pod skórę (top 5 bólu powodującego łzy i szał bitewny) bo pan z karetki nie umiał założyć wenflonu (w sumie dobrze, że podawali mi zupełnie niepotrzebny w danej chwili ketonal a nie coś co miałoby mnie ratować), dostałam ketonal bo nieopatrznie wspomniałam o bólu głowy, który mi w danej chwili wcale nie wadził. Siedziałam tam od 18 do 23.30. Ale wszystko to wydawało się niczym bo obok mnie siedział potwornie czerwony pan, który ok. 10.00 przyszedł z ciśnieniem z kosmosu (skurczowe like 200) i jak wychodziłam (zaraz po tym jak pani pielęgniarka próbowała mi wmówić, że mam iść do gastrologa, oczywiście, że chodziło o endokrynologa, duh) z tego kurwidołka to ktoś zaczął się zastanawiać czy pana nie przyjąć na oddział.
Szpital na Litewskiej i Wolski utwierdzają mnie w przekonaniu, że pracownicy służby zdrowia powinni dostać czasem kontrolnego liścia na ogarnięcie.
A, co do karetki to mnie się trafił jakiś cyrkowy skład, najpierw pan zauważył, że mam ogromne źrenice ale nie zapytał wprost czy coś brałam tylko zaczął jakieś gimbusiarskie aluzje po czym dopadł w drzwiach moją matkę, która akurat wróciła i zapytał czy to prawda, że miewam takie od dzieciństwa. A na izbie przyjęć nie udało mi się ustalić nazwiska mistrza wenflonu.

BTW: Karetka nie gwarantuje obsługi. Jeśli jesteś odwodnionym po zatruciu pokarmowym pacjentem z wadą serca, sinym na twarzy i palcach - możesz poczekać. Sprawdzaliśmy...

Ech, o czym my tu mówimy, ja przeleżałam tamże ponad godzinę na podłodze ze złamanym kręgosłupem, zanim jakaś pielęgniarka zainteresowała się dlaczego ja tak, a potem zorganizowała łózko na kółkach i prześwietlenie.

Potem trzy dni bez informacji co mi jest (posiłkowałam się ogólną wiedzą z filmów, że jak mogę ruszać palcami stóp, to jest dobrze) a na koniec po włożeniu w gips lekarz kazał mi samodzielnie wracać na salę. Efekt - rzygałam dalej niż widziałam, dwa dni pod kroplówką i pielęgniarki tak przerażone, że nie sądziłam, że coś jest je w stanie tak poruszyć (w końcu to twarde zawodniczki i byle pacjent ich nie rusza). Dodam, że gips opierał się na mostu i kości łonowej, co oznacza, ze sięgał daleko na uda - znaczy zgiąć się ja do siadania nie mogłam. Spróbujcie rzygać w takich warunkach.
Dobrze, że byłam tam tylko tydzień, a kolejne pół roku leżałam w domu i przyjeżdżałam tylko na kontrole i zmianę gipsu, bo mogłabym nie przeżyć...

Odkad otwarte zlamanie nosa mi w jednym szpitalu zszyli, a dopiero w drugim skladali, zreszta bez znieczulenia, malo takich opowiesci mnie zaskakuje

tą opowieścią otworzyłeś mi czakramy złej karmy Radku. Ja z kolei najgorzej wspominam pobyt na izbie przyjęć z moim ojcem, którego ściągaliśmy z kontenerowca, którego był kapitanem, a który znajdował się u wybrzeży Portugalii. Wielka akcja ściągnięcia go śmigłowcem, potem z przesiadką lot do Gdańska, a wszystko na noszach i w jakieś 5 godzin. No po prostu himalaje organizacji i synchronizacji. A potem jebnięcie głową w zamknięte drzwi izby przyjęć w szpitalu na gdańskiej Zaspie. Pan doktur kazał na siebie czekać dwie godziny, w czasie których absolutnie nikt nie wiedział gdzie jest i jak go ściągnąć szybciej. Jak już z durnym uśmieszkiem się pojawił szurając kapciami, to od śmierci uratowało go jedynie moje poczucie przyzwoitości, gdyż w ramionach był taki jak ja w bicepsie.

Nie chcę zaorać całej Litewskiej, spotkałam tam bardzo dobrą lekarkę, ale część personelu powinna się ogarnąć. Pielęgniarka krzycząca się na dziecko, że ma się uspokoić bo nie może się wbić w żyłę? Nic tak nie uspokaja jak darcie ryja. Ta sama pani rozdłubała mi (dosłownie) żyłę a w międzyczasie oskarżyła, że dopisałam sobie badanie na skierowaniu. Pani doktor na oddziale proponowała mi paracetamol na ból głowy, który mam codziennie od 3 klasy podstawówki. A siostra oddziałowa, która nie trafiła atropiną do oka nie była w stanie pojąć, że mam dużą źrenicę bo taka moja natura ale jak mi okulista poświeci to się zmniejszy. No nie do pojęcia.
W mojej sali leżał też dwulatek, którego matka spała na podłodze bo jedyny leżak jaki był dostępny się rozpadał.

I na koniec prawdziwa bolandyjska delicja. Aż się spytałem czy podany termin to nie pomyłka. Nie pomyłka.

Moje przejścia z izbą przyjęć MSWiA i innymi to już klasyki. Nie będę tu ich opisywać bo by miejsca i czasu nie starczyło. Najlepiej zobrazował to komentarz pewnej starszej pani która spędziła obok mnie na sali prawie dwie doby odzywając się do mnie tylko raz (siedziałyśmy oczywiście na krzesłach, ja w stanie agonalnym z niego zwisałam bo wszystkie łóżka były zajęte przez śmierdzących, nawalonych bejów)
– Wydaje mi się, że szybciej umrę niż się dowiem się co mi jest. Myślę też, że personelowi przydała by się ostra lewatywa to może przypomnieli by sobie coś o człowieczeństwie.
Nauczona doświadczeniem już się nie cackam z „miłymi” pielęgniarkami i nie czekam grzecznie. Jeśli z miejsca widzę zlew i pogardę reaguję w odpowiedni sposób. Tak właśnie mój ojciec został przyjęty w ciągu 10 min a zbadany w ciągu 1,5 h. Ja czekałam prawie dwie doby bo kiedyś chciałam zachowywać się przyzwoicie.

Miałem to na zakończenie jakoś skomentować ale zdałem sobie sprawę z tego, że nie bardzo wiem jak i po co. Więc na tym zakończymy.

Jednak będzie komentarz na koniec. Po krótkiej rozmowie z kilkoma komentatorami, okazało się, że niektórzy odczytują ten tekst jako pochwałę przemocy w stosunku do lekarzy i pielęgniarek. Prawdopodobnie przez niezbyt fortunny dobór słów. Nie chce mi się przepisywać fragmentów notki na nowo więc tutaj powiem, że nie zachęcam, nie pochwalam, nie usprawiedliwiam przemocy i współczuje jej ofiarom. Dużo bardziej od momentu kiedy sam zostałem skatowany i skończyłem nieprzytomny na podwórku w bramie. A potem wylądowałem w szpitalu MSWiA na ostrym dyżurze. Mam nadzieję, że teraz jest już jasne jaka jest moja wersja. 

wtorek, 21 lutego 2012

Oglądam dużo seriali bo nie potrzebuję spać długo. I się zastanawiam co się porobiło z kilkoma produkcjami, które rokowały, które polubiłem a potem zeszło z nich powietrze. Dalszą część notki czytacie na własne ryzyko, bo zapodaję umiarkowane spojlery. Będzie też jedno pytanie retoryczne, ale to na koniec.

American Dad udowadnia, że ciągnięcie przez jedną ekipę trzech seriali równolegle, powoduje wystrzelanie się z pomysłów. A tak lubiłem Klausa.

Californication udowadnia, że nie każda syfiasta sytuacja, w jaką twórcy pakują Hanka (i/lub jego rodzinę) będzie bawić widza. Bo ile można oglądać ludzi robiących sobie nawzajem w życiu gnój. I co z tego, że z uśmiechem na ustach. A tak lubiłem Runkle'a i Beccę i Marcy i Karen. I nawet Hanka.

Fringe udowadnia, że bez pomysłu na jakąś konkluzję, można pociągnąć jeden serial i oszukać pół świata (aczkolwiek o Lostach złego słowa nie powiem, bo to był jeden z seriali, który uratował seriale). Jak się próbuje to zrobić z drugim, ludzie stają się nieufni. Czy ktoś mi może z ręką na sercu powiedzieć, że wie gdzie zmierza scenariusz? Kurde, ja mam momenty gdy wydaje mi się, że przegapiłem jakiś poprzedni sezon, bo co drugi odcinek rzucają mi retrospekcje, których nie kojarzę i nie pamiętam. A tak lubiłem Waltera.

Alcatraz udowodnił, że, w sumie niezły, ale jednak tylko pomysł, to za mało żeby robić kolejny serial z cyklu monster of the week i zainteresować tym kogoś więcej od swojej starej, sąsiadów z klatki schodowej i rodzin aktorów.

How I Met Your Mother udowadnia, że wystarczy jeden legendarny ziom w garniturze i ludzie będą oglądać serial, który przestał być śmieszny trzy sezony temu. A tak lubiłem cały skład.

Weeds udowodnił, że zmiana piosenki z openingu jest najlepszą metodą żeby zabić niezły serial. Przyznacie, że taka korelacja jest nieco straszna ale przyznacie również, że Weeds bez Little Boxes zamienił się w niestrawnego gniota. A tak lubiłem Douga i Andego.

Two and a Half Men udowadnia, że trzeba być wielkim optymistą by wierzyć, że zamiana Charliego Sheena na Asthona Kutchera może się udać. Charlie, na zawsze pozostaniesz w naszych sercach bo twoje choroby weneryczne były siedem razy ciekawsze od problemów sercowych Waldena. I tak lubiłem Bertę.

Walking Dead udowadnia, że w przypadku zombie sprawdza się albo szkoła Romero (zrobić pełny metraż i zamknąć gatunek) albo szkoła brytyjska (krótki sezon albo dwa i finał). Wyprawa do Centrum Chorób Zakaźnych była ekscytująca i wciągająca. Wyprawa do... No właśnie, gdzie oni teraz właściwie idą? Więc ta wyprawa jest interesująca jak leczenie kanałowe. A tak lubiłem eksplodujące fragmenty zombich.

House udowadnia, że Hugh Laurie, kurwa!!! A wszystkich, którzy chcieliby powiedzieć złe słowo napominam, że to ostatni sezon i że nie będzie już Grega cytującego wielkiego mędrca Micka Jaggera. Więc wiecie, trochę ciszej nad tą trumną.

White Collar udowadnia, że nie można rozwiązywać głównej sprawy w połowie sezonu. Od kilku odcinków serial sobie gdzieś dryfuje i boję się, że zdryfuje do matecznika niskiej oglądalności i go zabiją. Byłoby szkoda, bo bardzo lubię Mozziego.

Mentalist udowadnia, że Red John jest bardzo ciężki do zabicia i że można zrobić sezon o niczym. Bo o czym jest aktualny sezon? Szkoda, bo bardzo lubię Patricka i Cho.

Castle udowadnia, że wystarczy Nathan Fillon i można ciągnąć 4 sezony fajnego serialu bez wyrazistej przewodniej linii fabularnej. Bo jeden odcinek na sezon to było trochę za mało. Ale tu się nie dam, bo za bardzo lubię cały skład. Może scenarzyści innych produkcji powinni się udać po poradę do tej ekipy?

2 Broke Girls udowadnia, że można wziąć obsadę z twarzy podobną zupełnie do nikogo, dać im do odegrania śmieszne sceny, eksploatować, w granicach rozsądku i ewentualnych pozwów, stereotypy rasowe, pozwolić się dziewczynom bawić na planie i nie przejmować się megatoną nienawiści i fatalnych recenzji, jakie towarzyszyły serialowi od samego początku. Bardzo się cieszę, że nie skasowali serialu po kilku pierwszych odcinkach, bo to teraz mój ulubiony sitcom.

Hustle (Misfits, Sherlock, Doctor Who, wstaw swój ulubiony serial z Wysp) udowadniają, że Anglicy to ludzie pozbawieni serc, dusz i sumienia. Jak można robić sześcioodcinkowe sezony?
Pytanie retoryczne było związane z serialami brytyjskimi i sam sobie w międzyczasie na nie odpowiedziałem. Dziękuję za uwagę.

piątek, 10 lutego 2012

To jest początek drugiego apdejtu.
Jest taka akcja, że podpisujemy petycję oraz wysyłamy maile do komisarz Nehrebeckiej anehrebecka@radny.um.warszawa.pl. Byle grzeczne. Napiszcie coś o młodym elektoracie, to działa na nich jak elektryczny pastuch na bydło na pastwisku.
To jest koniec drugiego apdejtu. Teraz notka.

Bóstwa mi się pomyliły. Akcja krzywa, komisja nazewnictwa stwierdziła, że kij wam w dupę, wasz głos jest potrzebny tylko przy urnach a potem to nam nie przeszkadzajcie. I ta komisja postanowiła, że stację łącznikową dwóch linii metra sobie przemianuje, bo wsłuchali się w głos ludu, który woła z dołu. Przepraszam, lobby. Lobby ma dużo czasu więc sobie wychodziło zmianę ze Świętokrzyska na Świętokrzyska PAST-a. Jest to idiotyzm wyższego rzędu gdyż:
- nazwa Świętokrzyska funkcjonuje od powstania tej stacji
- żeby uniknąć robienia sobie z nowej nazwy żartów, P w PAST-a będzie w formie... kotwicy... Polski... Walczącej, aaaaa!!!
- i już widzę jak ta kotwica przeszkodzi w robieniu sobie z tego idiotyzmu beki
- oraz trzeba będzie dokonać wymiany wszystkich tabliczek informacyjnych, co będzie operacją, i tutaj cytat' 'kosztowną, w dodatku dość kłopotliwą'. To słowa radnej Marii Szreder
- wymiana oczywiście za nasze pieniądze

Ponieważ przestałem już trochę się przejmować tym, co w tym mieście wyprawiają kombatanci i patryjotyczno-bogoojczyźniani radni, skoncentruję się na logistyce i trochę na kasie. No dobra, o jednej akcji dziadków powstańczych warto wspomnieć: wychodzili zamianę ronda Babka na rondo Zgrupowania AK 'Radosław'. Badum-tss i kurtyna.
Doniesienie z ostatniej chwili, kombatanci walczący chcą przemianować kolejne rondo. Tym razem nie pasuje im rondo Żaba i lobbują za zmianą na rondo podporucznika Jana Wójcika "Znicza", który podczas Powstania zginął tuż obok. Rondo Znicza ma nawet sens, obok cmentarz Bródnowski. 

A teraz nudne szczegóły. Moja analiza będzie przybliżona, bo nie mam dostępu do dokładnych danych z ZTM-u. Dlatego proszę mi nie zarzucać uproszczeń bo ja analizuję w innej branży a to robię po godzinach.

Strona warszawskiego ZTM-u donosi, że przez przystanek o nazwie Metro Świętokrzyska jeżdżą następujące linie. Aha, w nawiasach liczba przystanków na trasie w obu kierunkach (często jest tak, że trasy różnią się przebiegiem, a co za tym idzie liczbą przystanków, choćby linia 171 na odcinku Górczewska). Będzie nam to potrzebne do dalszych analiz:

LINIE DZIENNE
- 107 (25/23)
- 127 (48/46)
- 151 (31/30)
- 171 (29/35)
LINIE NOCNE
- N32 (26/21)
- N35 (35/35)
- N38 (21/16)
- N42 (35/32)
- N85 (47/46)
- N88 (45/35)

Razem: 10 linii, 658 przystanków. Oczywiście część przystanków się dubluje dla różnych linii więc będzie ich de facto mniej. Dlatego uściślijmy, na dzień dobry mamy do zamiany 658 rozkładów jazdy. Za chwilę policzę ile jest samych przystanków. Klikety klik, all glory to The Mighty Excel i mamy:
390 (199/191) przystanków w Warszawie oraz 40 (22/18) w strefie podmiejskiej. A konkretnie ekipy będą się musiały przejechać do:
Falenty (5/1)
Falenty Duże (1/0)
Janki (2/2)
Piastów (4/4)
Pruszków (7/7)
Raszyn (3/4)
Razem 430 przystanków. Nie wiem ile jest przystanków w Warszawie i być może 430 to marny procent ale przyznacie, że zmiana jednej nazwy robi duże kręgi na wodzie.

Ale to jeszcze nie koniec. Trzeba też zmienić rozkłady jazdy na stacjach metra. Stacji mamy 23, niektóre są z jednym peronem, inne z dwoma, nie chce mi się już teraz liczyć dlatego przyjmę na oko, że dwa perony to Centrum a potem od Marymontu do końca. Czyli 6x2 plus 17x1. Razem 29. I jeszcze razy 2, bo mam wrażenie, że na każdym peronie są 2 rozkłady. Czyli 58 sztuk.
Ale metro to nie tylko perony, trzeba pamiętać o składach. W każdym wagonie nad drzwiami wisi mapka metra. Każdą trzeba będzie przekleić. Nie pamiętam czy wagony rosyjskie i alstomowe mają tyle samo drzwi (bo kto nie będący fanatykiem metra zwraca uwagę na takie szczegóły) ale wydaje mi się i dlatego przyjmę, że każdy wagon ma 4 pary drzwi. Znaczy razem 8. Według stanu na 03.09.2009 w ruchu pasażerskim było 240 wagonów. Jeżeli były jakieś zmiany to raczej powiększenie taboru więc przeklejenie 1920 rozkładów w wagonach jest wartością co najwyżej zaniżoną (nie macie pojęcia jak spuchłem z dumy gdy udało mi się napisać to zdanie).
Rekapitulując, do objechania mamy:
430 przystanków naziemnych
23 stacje metra
Do zmiany jest
658 rozkładów jazdy na przystankach naziemnych
58 rozkładów jazdy w metrze
1920 planów metra w wagonach
Nie wiem ile to będzie kosztować bo nie znam umów, jakie ma ZTM z drukarnią. Ale pewnie parę zika trzeba będzie wypruć z naszej kieszeni.

No i nie zapominajmy, że w tym mieście dalej jest niewiele autobusów z elektronicznymi tablicami wewnątrz więc trzeba będzie również wyprodukować nowe tablice dla każdej linii. Nie jestem w stanie policzyć ile autobusów obsługuje każdą z tych linii dlatego tutaj pojadę na pełnym fristajlo. W tym sensie, że wykombinowałem sobie taką metodę: czas przejazdu od pętli do pętli to liczba przystanków razy 2. Że niby średnio autobus w 2 minuty robi trasę od przystanku do przystanku. A potem sprawdziłem ile autobusów trzeba upchnąć w szczycie, żeby zrobiły płynnie trasę w obie strony. Zrobimy to na liczbach na przykładzie linii 107 a potem to już tylko same wyliczenia.
- 107. 25x2 czyli w jedną stronę 50 minut, w obie 100 minut. Odjazdy w szczycie średnio co 12 minut. 100/12 daje nam 8 autobusów. W każdym 2 tablice. Razem 16 nowych.
- 127, 26 tablic
- 151, 14 tablic
- 171, 40 tablic
LINIE NOCNE
- N32, 8 tablic
- N35, 10 tablic
- N38, 4 tablice
- N42, 10 tablic
- N85, 6 tablic
- N88, 6 tablic
Łącznie 140 nowych tablic.

Co możemy my, jako mieszkańcy? Napisałbym coś o latarniach ale wiem, że politycy są wrażliwi i mogliby to odebrać jako nawoływanie do przemocy. Więc nie napiszę. Sugeruję natomiast poważne zastanowienie się nad tym, na kogo oddamy głos w następnych wyborach. Różne wpadki notuje ratusz. Ale takiego ładunku lekceważenia i pogardy dla głosów mieszkańców jak w przypadku komisji nazewnictwa to ja nie kojarzę.
Uszczęśliwiają nas Żołnierzami Wyklętymi, rondem Radosława, ulicą Popiełuszki, że przypomnę co głośniejsze, bardziej skandaliczne i nikomu niepotrzebne, uciążliwe zmiany. W dupie mają opinie mieszkańców, o czym najdobitniej świadczy ostatnie forsowanie nazwy Mostu Północnego. Nie czarujmy się, nikt nie będzie mówił na niego Curie-Skłodowskiej tylko Północny. Ewentualnie, wzorem miasteczka akademickiego w Lublinie, będziemy go pieszczotliwie nazywać mostem Maryśki. W sumie, czemu nie. Ale dlaczego z taką pogardą w stosunku do mieszkańców? A PAST-a? No cóż, myślę, że będzie największym dokonaniem komisarzy ludowych z wydziału do spraw nadawania nazw. I jedyna pociecha jest taka, że za 20 lat umrze ostatni uczestnik II WŚ czy Powstania Warszawskiego. I może skończy się debilna martyrologia.

A najśmieszniejsze jest to, że oficjalnie w PAST-a na poważnie ma być kotwica. Ile będzie śmiechu z próbą napisania tej nazwy na komputerze. Może nawet zmienimy polski alfabet. Chociaż oczywiście mogę się mylić.

Mały apdejt po dyskusji na blipie i fejsie.

Gdy pisałem notkę, miała iść na fejsa. Rozrosła mi się i nakarmiłem nią bloga. Pierwotny zamysł jednak pozostał i wspomniałem w niej jedynie o najbardziej oczywistych efektach zmiany nazwy stacji. Skoro mam więcej miejsca, uzupełnię listę.

- nowe nagrania z nazwami przystanków do metra. Głosu za darmo użycza pan Ksawery Jasieński (najbardziej rozpoznawalna po głosie osoba w Warszawie, dawno powinien zostać jej honorowym obywatelem) ale w tym przypadku postuluję żeby zapłacili mu za to z własnej kieszeni komisarze z komisji
- nowe nagrania do autobusów obsługujących tę technologię
- przeprogramowanie wyświetlaczy w metrze
- przeprogramowanie wyświetlaczy w autobusach i tramwajach z elektronicznymi rozkładami
- mapki w metrze poza peronami (zupełnie wyleciało mi to z głowy)
- zmiany w mapach komercyjnych
- zmiany w informatorach, mapkach turystycznych/promocyjnych
- jeżeli jakiś przedsiębiorca ze stacji Świętokrzyskiej ma jej nazwę w papierach, to będzie musiał trochę pospacerować
- TRAMWAJE, ZAPOMNIAŁEM O TRAMWAJACH!!!

No właśnie, taki byłem znudzony, że zapomniałem o czterech liniach tramwajowych. Szybko oblecę:
- 4 (44/43)
- 15 (36/35)
- 18 (42/40)
- 35 (36/38)
Razem 314 rozkładów jazdy, 207 przystanków (103/104).
Tablice. Tutaj trzeba pamiętać, że w składzie są 2 wagony, w każdym po 2 tablice.
- 4, 70 tablic.
- 15, 58 tablic
- 18, 68 tablic
- 35, 60 tablic
Razem 256 sztuk.

Sporo osób zwróciło mi uwagę, że to w sumie nie całe tablice tylko naklejki, że rozkłady na przystankach ZTM zmienia często, bo są różne okazje (np. ferie) i w ogóle to nie będzie ani wielki problem, ani wielki koszt. Otóż nie, to będzie wielki problem i wielki koszt, bo za takie uważam każde bezproduktywne marnowanie ludzkiej energii i naszych pieniędzy.

A kombatanci lobbujący o upamiętnienie ich walk o budynek PAST, płacząc że nie uhonorowano ich należnie, przeginają pałę. 9 listopada 2000 budynek PAST został przekazany środowiskom kombatanckim, była uroczystość, wybuchy, apel poległych, władze państwowe, poczty sztandarowe oraz biskup Głódź. W 2003 na budynku ustawiono kotwicę na 4 metry szeroką i na 6 wysoką. W nocy kotwica podlega iluminacji i widać ją naprawdę z daleka. I maszty z flagami, wyższe nawet od tej kotwicy. No to ja się pytam, kto się na coś takiego jeszcze w tym mieście załapał?

Więc ja mam taką sugestię żeby jednak zostawić stację Świętokrzyska. Dziękuję za uwagę.

11:40, radkowiecki
Link Komentarze (42) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24