To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Kolejny Woodstock za mną i po raz kolejny czuję prawie wyłącznie pozytywne emocje. W tym roku w roli głównej wystąpiła Pani Temperatura OVER 40C, przez co do godziny 19-20 nawet nie próbowaliśmy wychylać nosa poza altankę ogrodową, która stała pomiędzy naszymi namiotami (najlepszy pomysł evar, za rok pewnie zabronią ale już mamy sposób, tak wyprzedzająco) tudzież namiot piwny na polu namiotowym. Wyjątek zrobiliśmy tylko dla Atari Teenage Riot i bardzo dobrze, bo to był pierwszy koncert Woodstocku, na którym dostałem z emocji dreszczy i gęsiej skórki oraz włosy stanęły mi dęba na całym ciele, co mieli okazję zaobserwować moi znajomi z ekipy. ATR nie znam. Znaczy słyszałem, że istnieje ale nie słuchałem. Ale jak w pewnym momencie docisnęli tempo, to nie było co ze mnie zbierać. Koncert bardzo dobry. Do tego dołożyliśmy Analogsów, Ugly Kid Joe (poszedłem na niego głównie dlatego, że chciałem usłyszeć Cat in the cradle na żywo), Gooral&Mazowsze, Happysad (skład mi się wykruszył, bo to nie ich nuta ale ja sobie zostałem i doznałem bardzo udanego czilautu). Co tam dalej? W piątek Yelram (nasi sąsiedzi z pola namiotowego, którym pierwszego dnia obiecałem, że pójdę i poszedłem), Anthrax i Danko Jones oraz końcówka Leniwca. W sobotę zaś kawałek Leningradu, Soja i prawie Blade Loki. O tym dlaczego prawie za chwilę, wcześniej zaś o zespołach, których nie znałem a które zamiotły publicznością tak, że nie mam pytań.

Po pierwsze Gooral&Mazowsze. Góralskiej muzyki nie znoszę, folklor też nie jest moją estetyką. Ale wystarczyło dodać do tych kawałków bardziej nowoczesny bit (który nie gwałcił oryginału ale go uzupełniał), beatboxerów i trochę przeszkadzajek, by uzyskać tak nową jakość, że mnie zgniotło. Kolejne potwierdzenie tezy, że na Woodstocku może zagrać każdy, niezależnie od prezentowanej muzyki. No bo dajcie spokój, górale a do tego zespół pieśni i tańca? A tu wyszło absolutne mistrzostwo, które pozostawiło mnie ze szczęką na jajach. Dosłownie.

Wyżyny doskonałości i kontaktu z publicznością odnotował Danko Jones. W życiu o ziomku nie słyszałem ale on się tym zupełnie nie przejmując, wyszedł i zaczął napierdalać z torped we wszystkich kierunkach tak, że zbierałem szczękę już nie z jajec a z podłogi. Przypomniał mi podobne zaskoczenie sprzed dwóch lat, które stało się moim udziałem w trakcie koncertu Skindred. Do tego gość przyswoił sobie wewnętrznego mema woodstockowego i jak krzyknął ze sceny 'Zaraz będzie ciemno', publiczność zgotowała mu jeszcze gorętsze owacje oraz oczywiście kazała mu się zamknąć.

I byłby to najlepszy koncert na tegorocznym Woodstocku gdyby nie jeden mały detal. Otóż w sobotę, po Leningradzie i Soja, trochę się nakręciłem, zwłaszcza końcówką Leningradu, który się mocno rozbujał oraz bodaj ostatnim numerem Soja, zespołu, który gra reggae z mocniejszymi wstawkami. Oraz mają bębny, które tłukły pod koniec tak, że trochę nie mogłem ustać w miejscu oraz wydawałem z siebie bardzo nieludzkie dźwięki. Jak zakończyli, to nogi dalej same mi chodziły. W drodze do wioski Kriszny, gdzie miały za chwilę zacząć grać Blade Loki, przyczaiłem kolesia z mikrofonem, któremu towarzyszyło dwóch bębniarzy. Stali obok słupa, na którym zawiesili kolumienkę głośnikową i coś sobie grali. Zatrzymałem się na minutę, przeszedłem pod namiot Krisznowców po czym powiedziałem grupie, że idę do tego typa od Hari Hari ale zaraz wracam. To był ostatni raz jak znajomi mnie widzieli tego dnia.
Bo nagle stało się coś, czego nie potrafię sobie wyjaśnić - od godziny 23:10 do 3:00-3:20 staliśmy kilkunasto/dziesięcioosobową grupą w kółku i razem z tym ziomem i jego dwoma bębenkowcami, śpiewaliśmy Haribol, Goranga aka Gauranga i coś jeszcze, czego nie zapamiętałem. Od mantry śpiewanej w rytmie reggae same chodziły nam nogi, bo nawet kompletny kloc po trzech minutach zaczynał się kiwać. Od bardzo prostego, trochę drapieżnego rytmu bębenków, takich w typie djembe, wiecie, robiło mi się coś z włosami na rękach i rytmem serca w klatce piersiowej. Nikt by mnie wtedy nie poznał, bo po pierwsze miałem dresy, okulary i kreski na oczach, a po drugie ze statecznego Pana Analityka nie pozostało nic oprócz ryku narastającego w płucach. Zatraciłem się w tym rytmie i w tym śpiewie tak bardzo, że nie pamiętam kiedy te 4 godziny minęły. Gdzieś mi się czas rozlał przez palce ale nie tak, że pstryk jedenasta, pstryk trzecia. O nie, każdą minutę mi wyciągnęło a nie skróciło. I to był dla mnie zdecydowanie najpiękniejszy moment Woodstocku. Takiego zadowolenia, uwolnienia się od zmartwień i oczyszczenia głowy, choćby na 4 godziny, życzę wszystkim a głos się za kilka dni zregeneruje. Tak, zdecydowanie odleciałem na Paragwaj, albo nawet byle gdzie, grunt, że też z kolorami.
Do tego oczywiście wszystko to, o czym pisałem w tej notce.

Co z minusów? Przede wszystkim temperatura, przez którą nie odważyłem się pójść na przykład na Ametrię, która grała o 15, bo o 15 w słońcu było ponad 40 stopni. Z drugiej strony, to dzięki nieludzkim upałom panującym nawet po zmierzchu, zawiązaliśmy Grupę Rekonstrukcyjną Szukaj Wiatru W Polu. Więc jak ktoś z was przyczaił kilku przygłupów, którzy wyciągali ręce do nieba, zmieniali pozycje tych rąk co kilka sekund i najdalej po pół minucie przestawali, to nie był to żaden pojebany flash-mob tylko my, łowiący najlżejsze podmuchy wiatru. Pierwotnie myślałem, żeby nazwać się Grupa Rekonstrukcyjna Laokoona ale okazało się, że nie stać nas na węże i pomysł zarzuciliśmy.
Wyjątkowo męczące były komary-mutanty, których ukąszenia swędziały godzinami a jednej z koleżanek, po ukąszeniu, bąbel rozlał się na pół pośladka, z tym że nie widzieliśmy dowodów więc nie potwierdzę. Mnie zrypały bez dania racji, rozdrapane nogi bolą do tej pory.
Fatalna organizacja toi-kampu, bo to co zrobili w tym roku, to żenada i skandal ale to materiał na inny wpis.
Co jeszcze? Jak co roku zapach przy tojkach oraz wszechobecny kurz, dzięki któremu mam wrażenie jakbym przez te cztery dni zjadł cegłę w kawałkach. Oraz ogrodzili kontener naprzeciwko sceny a to przecież było miejsce ciekawych spotkań towarzyskich. Jasne, był to też matecznik koszmaru olfaktorycznego ale przecież nie bądźmy drobiazgowi.
No i najważniejsze - zdecydowanie największym przegięciem pały było skasowanie schabowych z oferty wioski żywnościowej. Ubiegłoroczne, z niezłymi ziemniakami i niejadalną surówką, za 13 ziko, perfekcyjnie uzupełniały nasz jadłospis. W sumie to głównie tym się żywiliśmy. W tym roku schabowych nie było i musiałem zadowolić się ziemniakami z kiełbą, zapieksami oraz karkówką w chlebie. Do tej pory nie wiem, jak to przeżyłem.

No dobra, żartowałem. Największym przegięciem pały był brak dwójki naszych znajomych, za którymi bardzo tęskniliśmy. Kolega dojechać nie mógł ale na koleżankę bardzo liczyliśmy, bo do końca była szansa. Nie wyszło teraz, wyjdzie za rok.

Dobra, czepiam się oczywiście na siłę. Kolejna świetna edycja, mam na co czekać. Bo oczywiście, że do zobaczenia za rok.

czwartek, 18 lipca 2013

No więc ja z tej strony, chciałem wszystkich miłośników dobrej zabawy latem, zaprosić do oglądania filmu Pacific Rim gdyż jest dobry i nie słuchajcie takiego jednego krytyka, co nie mogę o nim pisać oraz innych, którzy się nie znają. Wywlekają temu biednemu Guillermo Labirynt Fauna, żgają go nim w oczy, zupełnie jakby kiedykolwiek Del Toro miał ambicje być reżyserem filmów bardzo ambitnych. Przecież odkąd pamiętam, ziom robi horrory akcji: Mimic, Blade II, Hellboy I/II. Nawet ostatnio (w sensie ostatnio ją przyczaiłem w księgarni, bo napisał ją w 2009) książkę o wampirach napisał (Wirus, do spółki z Chuckiem Hoganem).
To czego wy właściwie od niego, panowie krytykanci, chcecie?
Pacific Rim składa się z samych wad:
- jest przewidywalny do bólu, co udowadnia znany krytyk na F., bo panta rhei i wszystko było
- wszyscy na sali wiedzą, co się za chwile stanie
- przewidywalny do bólu scenariusz
- film nie potrafi niczym zaskoczyć
- dialogi, bardzo niedobre dialogi są
- co nie jest zaskakujące, bo wszystko w tym filmie jest przewidywalne do bólu, a zwłaszcza scenariusz
- patos, lany w oczy i do gardła patos, wszędzie patos, o patos się potykamy i w ogóle
- wszyscy wiemy jak film się skończy
- oraz, wedle krytyka na F., emocji w tym wszystkim tylko trochę więcej niż na grzybobraniu, bo wszystko już było i panta rhei

Do nielicznych zalet należą:
- jest przewidywalny i schematyczny, weźcie dziewczynę na randkę, zaimponujecie jej znajomością klisz i wbijecie over 9000 punktów krizmy, lansu i zajebiozki
- Hunnam i Perlman i Elba i Martini oraz urocza i zjawiskowa Rinko Kikuchi, która jest taka rozbrajająca, że chciałem ją posadzić sobie na kolanach, przytulić i głaskać po włosach oraz oczy ma uroczne
- Del Toro żongluje konwencjami tak, że koleś z trzema piłami łańcuchowymi to przy nim amator
- i prawie ani razu nie przeszarżował
- są w tym filmie mechy
- które są duże i groźne i wredne
- chiński ma trzy ręce zakończone wirującymi ostrzami - TAI-CHI, MOTHELFUCKEL!
- oraz Cthuliczne potwory spoza czasu i przestrzeni
- I ONI SIĘ NAWZAJEM NAPIERDALAJĄ NA PIĘŚCI!!! (oraz te wirujące ostrza)
- a jak już myślisz, że nie może być lepiej, mech wyciąga miecz. WIELKI, PIERDOLONY MIECZ
- to wtedy właśnie zaczęliśmy wszyscy bić brawo po raz kolejny
- a potem biliśmy brawo jeszcze kilka razy, tak najbidniej ze dwa
Kolesie siedzą w głowach mechów, w parach (Chińczycy we trzech) i są ostatnią nadzieją ludzkości. Z dziury w dnie morza wychodzą potwory, które znamy z Lovecrafta. I leją się między sobą na pięści, ostrza, ogony, paszcze i działka plazmowe.
Przepraszam, czy może być lepsza rozrywka na lato? Przez pół filmu siedziałem na skraju fotela i czułem się jak dziesięciolatek a uczucie, które wzbudzały we mnie mechy brodzące w oceanie, da się opisać wyłącznie po francusku. Jak można nie pokochać tego filmu?
Oraz Hunnam w pewnym momencie zaczyna bić Cthulhu tankowcem. Wybacz, twój argument jest inwalidą.
Do kina bez dyskusji.

piątek, 17 maja 2013

Miałem zacząć z wysokiego C i zacząć jechać znowu po rowerzystach, że niby patrzcie, trzeci dzień z rzędu, jaki ze mnie monotematyczny gość ale nie chce mi się, bo to by przecież było tak zabawne jak śrubokręt wbity w udo. Więc sobie odpuszczam.

Jak jeszcze miałem kablówkę, to pasjami oglądałem w zasadzie dwa kanały (plus 3 kolejne od okazji do okazji). Te pasyjne, to był Eurosport (wiecie, tenis ziemny, darts, snooker albo curling to są piękne dyscypliny sportu) oraz kuchnia.tv. Oglądanie tej ostatniej na gastrofazie dało nam kilka pomysłów na twórcze wykorzystanie zawartości mojej lodówki, na którą zazwyczaj składało się kilka puszek i lód.

W kuchni.tv świetne było praktycznie wszystko. Do tego stopnia, że nawet ten psychopata Ramsey mnie nie irytował. I łykałem bez popity dwójkę wegetarian, którzy przygotowali wegetariański smalec a przecież normalnie to bym zaczął wykrzykiwać obelgi i kopać w odbiornik. Tak, kuchnia.tv łagodziła obyczaje i była świetna. Ale najlepszy na świecie był, jest i będzie

BACZNOŚĆ!
Anthony Bourdain
SPOCZNIJ!

Nawet nie wiem gdzie i jak zacząć śpiewać hymny pochwalne na jego cześć, więc się nie będę wygłupiał.
Gość nakręcił dwa cykle programów: Bez rezerwacji i Podróż kucharza[1], które są tak dobre, że właściwie nawet nie będę ich tu specjalnie reklamował tylko idźcie i oglądajcie, bo są piękne, dobre i warto. Warto, bo gość ma świetną stylówkę, takie poczucie humoru jak lubimy, odpowiednią mieszaninę sarkazmu, ironii i ogólnie pojętej doskonałości i się zaplątałem.
Jak już myślałem, że nic lepszego nie zrobi, on sobie wymyślił program Parts Unknown i to jest w tej chwili najlepsza rzecz w całej telewizji świata. Bo to nie jest tak, że on przyjeżdża, zjada rzeczy, poględzi i jedzie dalej. Nie, to seria przede wszystkim o ludziach, jedzenie jest tu przy okazji. Oglądanie egzotycznych miejsc w takiej optyce jest bardzo pouczające i odświeżające. Co najciekawsze, on potrafi egzotykę znaleźć w miejscu tak zdawałoby się pospolitym i oswojonym jak Kanada (swoją drogą był to odcinek, na którym przez cały czas płakałem ze śmiechu) czy LA (gdzie odwiedził Koreatown i miałem mieszane uczucia, pozdro dla kumatych).

Wczoraj pokazał mi marokański Tanger i nagle wszystko do mnie wróciło i uderzyło w pysk obuchem, że ja przecież nie dokończyłem swoich rejsowych opowieści. Może to będzie dobry moment, żeby do tego wrócić i zobaczyć ile wrażeń przetrwało próbę czasu.
To jest Bourdain taki jak zwykle, tylko bardziej i ja kupuję go bezkrytycznie. Jak dorosnę, to chciałbym być przynajmniej w połowie tak zajebisty jak on[2]. Albo inaczej. To jest taki koleś, z którym chętnie byście poszli napić się wódki. Jak ja go uwielbiam.

[1] Dopiero po jakimś czasie okazało się, że moją znajomość z Bourdainem zacząłem od najbardziej hardkorowego odcinka tego cyklu. Wróciłem do domu, padłem na fotel, włączyłem kuchnia.tv a tam jakiś Wietnamczyk podaje dziwnie uśmiechniętemu kolesiowi, bijące serce kobry na małym talerzyku. I ono naprawdę ciągle biło. Typ zjadł, przepił wódką, przepalił papierosem i dalej się dziwnie uśmiechał. To było coś. Oraz wiem, że on tych cykli nakręcił więcej ale nie będę szpanował, bo spoglądałem tylko na te dwa.
[2] Do tej pory nie przeczytałem żadnej z jego książek ale nie jest mi przykro z tego powodu, bo to przecież oczywiste, że czekam z nimi na odpowiedni moment. Coś czuję, że nastąpi on po ostatnim, ósmym odcinku Parts Unknown. 

czwartek, 16 maja 2013

No więc w nawiązaniu do szczegółu, dawać mi tu cztery dwieście i dodatkowo odpowiedzieć mi na pytanie 'co się kurwa dzieje?'

Wczoraj na fejsie trochę popomstowałem na rowerowe bezmózgowie na ścieżkach, ulicach i chodnikach, nie minęło 10 godzin od wrzutu i kolejny przykład, będący przejawem szerokiego zjawiska, które z roku na rok, przybiera rozmiary epidemii. Mianowicie przejeżdżanie na czerwonym. Próbuję zrozumieć ale nie potrafię, bo otchłań głupoty zerknęła na mnie tylko raz i od tamtej pory nieco się jąkam, więc sami rozumiecie, że boję się do tej rzeki wejść ponownie.
Więc ja może powoli, naukowym dowodem z anegdoty. I chociaż wiem, że przemawiam do przekonanych, to pamiętam również, że w raju więcej radości z jednego nawróconego grzesznika niż z dziesięciu świętojebliwych, znacie to, więc nieście dobrą nowinę wśród niewiernych.

Wielokrotnie przeżyłem uderzenia przodem roweru, trzy albo cztery razy przeleciałem przez kierownicę tak efektownie, że jakby byli sędziowie, to bym dostał noty jak Torvill i Dean. Powaga, przynajmniej raz moja głowa celowała w dół a nogi w górę, i mam na to świadka.
Raz przeżyłem uderzenie od tyłu pod ostrym kątem, jak mnie potrąciła taksówka na pustej Puławskiej (północ była, to strasznie śmieszna historia).

Ale w życiu nie dałem się potrącić z boku gdyż:
- w tej materii jestem czujny jak ważka i mam oczy dokoła głowy
- oraz wiem, że dla rowerzysty nie ma bardziej przejebanej opcji od trafienia bocznego.
Nie ma jak amortyzować, nie ma jak chronić głowy (przy upadkach do przodu możemy osłaniać się rękoma, przy tylnych dociągnąć brodę do klatki piersiowej i napiąć mięśnie grzbietu, byłem, sprawdziłem, u mnie działa). Przy strzałach bocznych upadasz na biodro i bok rzepki kolanowej, to u dołu. A u góry walisz bokiem czaszki w glebę - sami sprawdźcie jaki dystans muszą pokonać ręce przy osłanianiu się przy upadku do przodu, a jaki w bok. Oraz jak bardzo małą ruchliwość mamy przy tym osłanianiu boku głowy. Oraz jak to w efekcie lądujemy na glebie na poduszce z własnej dłoni, co jest na pewno śmieszne ale dzięki. Oczywiście można schować głowę między barkami a je same unieść ale to już trochę trudniejsze. Nie mówię, że niewykonalne ale trudniejsze.

No i nie zapominajmy o tym, że przy uderzeniach w płaszczyźnie strzałkowej (przód-tył), nasz kręgosłup w odcinku szyjnym ma dużo większy zakres ruchu niż w płaszczyźnie czołowej (na boki). Sami sprawdźcie jak daleko jesteście w stanie odgiąć głowę w przód i w tył a jak w bok. I dziękuję za uwagę.

Więc dlaczego, do kurwy nędzy, dobrowolnie narażacie się na strzał. A do tego łamiecie przepisy, przez co spierdalacie mi renomę i resztki szacunku, jaki żywią do mnie dziewczyny jak im mówię, że na rowerze jeździć uwielbiam pasjamy.
Przestańcie chuje przejeżdżać na czerwonym.

Dziękuję za uwagę.

PS. Tak, zdarzało mi się przejeżdżać na czerwonym. Na przykład podczas nocnych przelotów. Ale ostatnio nawet tego nie robię, bo wyobrażam sobie siebie, w stanie wegetatywnym, moją rodzinę w dupie i bank, w którym mam kredyt. To świetnie leczy z głupoty. 

czwartek, 02 maja 2013

Wszyscy siedzą i zamulają w pracy albo na zimnym urlopie (sprawdzić czy nie ZAGRANICO), w feedzie dostaję wyłącznie fotki kotków (dzięki czemu, niektórzy z was właśnie zostali moimi dalszymi znajomymi) i narzekania, że w kraju zimno, na zachodzie bez zmian i się ktoś przeziębił (nie spać przy otwartym oknie). W ogóle, wydaje mi się, że tylko ja się na dzisiaj tak załatwiłem, że mam do zrobienia trzy prezentacje i jakieś pół giga raportów okresowych.
Dlatego korzystam z tej krótkiej chwili przerwy i nie mieszkając przechodzę do meritum.
Incepcyjnie było. W The Big Bang Theory (dalej jako TBBT, chociaż nie jestem pewien, czy będę dalej w tekście korzystał z tego tytułu), Sheldon w swoim wątku, zaczął płakać, że serial Alphas skończył się cliffhangerem, w związku z czym zaczął wydzwaniać do wytwórni i do twórców serialu. Do pierwszej, żeby wznowili produkcję, do drugich, żeby się dowiedzieć jak ewentualnie chcieli to zakończyć.
Stwierdziłem zatem, że zerknę o co chodzi. Chodzi o to, że Alphas to serial niemalże identyczny z Heroes, którzy byli oglądalni w pierwszych dwóch sezonach i nawet mi się podobali, stwierdziłem więc, że popatrzę na Alphas (o matko, co za złe zdanie mi wyszło).
Superludzie z supermocami, no co za odkrywczy temat. Nie pamiętam już dobrze Heroes, ale mam wrażenie, że Alphas zrzynają jota w jotę. Jedno im trzeba oddać - wymyślili fajniejsze i bardziej realistyczne[1] supermoce, moim faworytem jest super snajper i koleś widzący jakie skutki wywołają różne akcje (w skrócie), dzięki czemu mamy fajną scenę ucieczki z opancerzonego pojazdu.
I zanim się zorientowałem, wkręciłem się w pierwszy sezon. A potem przyszedł drugi, w którym wszyscy bohaterowie postanowili zostać skurwielami. A potem zaczęła coraz częściej pojawiać się Summer Glau i serial skasowano[2]
Kasacja serialu, którego drugi sezon zakończył się cliffhangerem? Co za chuje bezlitosne. Doszedłem do finału drugiego sezonu, obejrzałem tego cliffhangera i zacząłem dumać nad bytowaniem. Pierwsza myśl była mało odkrywcza i chyba niezbyt oryginalna, bo brzmiała nie ma bytu bez odbytu.
Druga pogrążyła mnie w smutku, bo stwierdziłem, że chyba jestem jakiś głupi bo albo czegoś z serialu nie zrozumiałem, albo nie znam znaczenia słowa cliffhanger.
Trzecia zaś była taka, że Chuck Lorre (twórca TBBT, wiedziałem, że może się przydać w dalszej części tekstu) nie wie co mówi. Przecież zakończyli to tak, że można sobie wymyślić swoją własną wersję i mieć wyjebane na fakt kasacji.
No i mam zgryz.
Jak podobali się wam Heroes, macie dwa dni do zabicia i świadomie przyjmiecie na klatę fakt, że Alphas to serial bardzo podobny, możecie obejrzeć. Jak nie, to nie. Ale jak nie, to stracicie szansę na to, żeby mi wytłumaczyć, w którym miejscu myli się Lorre. Albo ja.
Wróć, w sumie to żadna zachęta. Oglądacie na własne ryzyko, reklamacji nie przyjmuję.

[1] W sensie nikt nie lata nad Manhattanem, chociaż koleś śmigający po suficie jak jaszczurka, bardzo mnie rozśmieszył. Nie będę dyskutował na temat zestawienia ze sobą słów realistyczne i supermoce.
[2] Istnieje teoria, że Summer Glau jest inkarnacją boginii pecha i niskich oglądalności, i wszystkie seriale, w których występuje albo pojawia się w więcej niż 3 odcinkach, zostają wkrótce skasowane. Firefly, Terminator:SCCh, 4400, Unit, Dollhouse, Cape, Alphas. Przypadek? Nie sądzę. 

piątek, 05 kwietnia 2013

Kryzys wieku średniego. Straszna rzecz. Jak sama nazwa wskazuje, dotyka facetów w średnim wieku. Za takiego się mam.

Objawy są zasadniczo różne: jedni kupują sobie pierwszy w życiu garnitur od Armaniego, inni sportowe kabrio. Dzięki garniturowi można zadać szyku, dzięki sportowemu kabrio, wiatr może pieścić nasze przerzedzone, fantazyjnie zaczesane na dyskretną pożyczkę, włosy.
Część facetów postanawia przeżyć mrożącą krew w żyłach przygodę i zaczyna się oddawać adrenalinie, co w wykonaniu pana w średnim wieku, potrafi być tak zabawne, że kurwa mać, i wiem co mówię.

Jest też, wcale liczna, grupa ziomów, którzy postanawiają się odmłodzić. W tym celu idą na dietę i na siłownię (Ibisz) albo idą na dietę i siłownię w styczniu, bo w lutym już pary nie staje (cała reszta z tej grupy). Ci rozsądniejsi odmładzają się w inny sposób i wyrywają siedemnastkę, która co prawda ma w głowie przeciąg ale za to działa jak skrzyżowanie viagry i doppelherza, co wcale nie znaczy, że wychodzi taniej niż te specyfiki. Nawet gdy łykane w ilościach hurtowych.

Co do mnie, to powiedzmy sobie szczerze - czego się nie tknę, to spierdolę. W wyniku czego, nie udało mi się zrobić sobie klasycznego kryzysu wieku średniego. Próbowałem, dalibóg. PRÓBOWAŁEM I MAM NA TO ŚWIADKÓW! Na szczęście obiecali milczeć i nie opowiadać o moich żałosnych próbach kryzysowego przejścia w wiek stateczny. I tak się gryzłem z myślami, co z tym fantem począć aż wymyśliłem.

Kupiłem sobie zegarek.

Tutaj pewnie przez wasze głowy przelatują takie marki jak Rolex, Daniel Roth, Patek, Breguet, Tag Heuer, Longines, Zenith czy Omega, z tanioszkami za 40 tysięcy ziko minimum. Nawet nie będę kłamał, że był taki plan.
Mam Casio G-Shocka GA 120BB, który jest cały czarny i prawie nic na nim nie widać.
Nawet to potrafiłem spierdolić.






Dobra, żartuję. Zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia. Za to, że jest jak ja: czarny, masywny i nie do zajebania. 

środa, 20 marca 2013

Blog i fejs, powoli zmieniają się w tablicę ogłoszeniową i forum wspierania akcji ale jest taka akcja, że jak akcja jest dobra, to ja taką akcję chętnie wspieram i nie narzekam. Nawet jeżeli nie chcą mi dać gratisów i próbek.

Bookrage się skończył więc trzeba się zaangażować w coś innego. Moje kaprawe oko, padło na planszówkę, którą chcą wydać moi dobrzy znajomi. Odpalili akcję na kickstarterze i ściemniają, że potrzebnej im kwoty nie przewalą na panie negocjowalnego afektu i koks. Nikt nie ma złudzeń, że bez muz i chemicznego wspomagania mózgu, można osiągnąć w tym kraju cokolwiek więc nie ciskamy się, że będą nieplanowane wydatki, tylko koncentrujemy się na konkretach.

A konkrety są takie, że chłopaki przymierzają się do wydania cyberpunkowej gry opartej na blefie i wojnie charakterów, co oznacza, że będzie miał miejsce masowy rozpiździel i nie będzie miło, bo korporacje przyszłości to nie eklerki tylko przeterminowana tuszonka owinięta w drut kolczasty.
Samą grę chcą wydać w dwóch wersjach językowych, to znaczy instrukcja będzie i po polsku, i po angielsku, bo sama gra ma być językowo neutralna. Więc jak dasz radę objaśnić zasady Finowi, to potem już sobie możecie pykać, bez konieczności wchodzenia w jakieś krępujące interakcje. 

Jadą przez kickstartera (wszystkie linki poniżej) i on, ten kickstarter, jest taki sprytny, że ważny jest początek. Nie znam dokładnie jego zasad, więc oddam głos zainteresowanym:

(tutaj werbel albo jakiś inny odgłos, jakim zapowiadano drzewiej heroldów, niech będzie, że badum tss)

Jeśli macie taką możliwość i chcecie nas wesprzeć to prosimy: nie czekajcie! Żeby informacja o naszym projekcie dotarła do dużej grupy zagranicznych odbiorców musimy wygenerować na nim ruch! Kickstarter podkreśla, że najważniejszy jest start, który zależy wyłącznie od nas i od naszych znajomych – każdy funt generuje ruch i poprawia naszą pozycję na stronie, pozwala zobaczyć nas większej ilości osób – jeśli dobrze zaczniemy to reszta pójdzie już sama! Mamy na całość jeszcze tylko 28 dni, liczy się każda chwila, więc jeśli chcecie nam pomóc to zróbcie to teraz!

(koniec odezwy)

Właśnie, sami zainteresowani. Co to za goście w ogóle. Otóż nie są to jakieś ziomki spod bloku[1], którym zamarzył się tani zarobek a potem szybka dzida na Hawaje, tylko konkretni zawodnicy, którzy wiedzą co robią. Grupa Lans Macabre jest i była zaangażowana w tyle rzeczy, że nie będę wdawał się w szczegóły, tylko polecę ogólnie: robią gry (Hindu Windu, Cardio Alarm!), wymyślają i prowadzą larpy oraz sesje rpg, prowadzą obozy rpg dla dzieci i młodzieży, koszą tytuły Mistrzów wśród Mistrzów Gry, dużo czytają, niektórzy piszą, przynajmniej jeden próbuje się doktoryzować. Mam wrażenie, że każdy z nich, wyrwany ze snu, zaimprowizowałby z marszu krótką sesję w dowolnie wybranej estetyce. O branży i tematyce wiedzą tyle, że czuję się przy nich, jak dziecko we mgle, i wyjątkowo nie przesadzam. Do tego wszystkiego, są sympatycznymi, młodymi ludźmi a nie jakąś dresiarską patologią i można z nimi pogadać przy pomocy długich wyrazów a nie pochrząkiwań.

Więc jeśli nie damy kasy im, to komu?

Ci, którzy mają konto na fejsie, mogą zajrzeć na ich fanpejdża i przekonać się, że sama prawda z ust mi ciecze: https://www.facebook.com/LansMacabre 

Tutaj o samej grze: https://www.facebook.com/pages/Future-INC/493649747364831

A chętni mogą ustawić się w kolejce i rzucić monetkę na wsparcie akcji na kickstarterze: http://www.kickstarter.com/projects/1411041578/future-inc-high-tech-stakes-the-boardgame 

I jeszcze link do wydarzenia na fejsie ale nie wiem jak działają wydarzenia, więc nie wiem czy go będzie widać: https://www.facebook.com/events/417519465006189/

Jak gra się nie ukaże, dostaniemy kasę z powrotem. A więc totalnie niczego nie ryzykujemy. Dajmy im szansę, co? 

[1] Nie mam nic do ziomków spod bloku, dopokąd mnie nie zaczepiają.

wtorek, 05 marca 2013

PKP, kurwa. Temat przewałkowany na wszystkie możliwe sposoby i wszyscy, od dziecka maleńkiego, pierwszy raz wsadzonego do przykurzonego przedziału, aż po starca i staruszkę, weteranów ciężkich bojów peronowych za komuny, gdy nad morze odjeżdżał jeden skład, tym krótszy, im sezon letnich wojaży bardziej zaawansowany, wiedzą, że ludzie z PKP, czego się nie tkną, to spierdolą. A to zaorają do ziemi zabytkowy dworzec, a to wind ani zjazdów dla niepełnosprawnych czy matek z wózkami, nie uwzględnią w planach. Taki swojski, polski pierdolnik, do którego wszyscy przywykli.
Idealna sytuacja dla kolei zaistniałaby wtedy, gdyby nie musieli wozić pasażerów. Awanturuje się toto, stawia jakieś wymagania, a to za zimno, to za gorąco, raz za ciemno, innym razem słońce ich razi. Korytarz za wąski, kibel zbyt brudny, co to? XXI wiek nagle nam się zrobił, że wymagania tak wzrosły?
Przykładem, który uosabia podejście całej polskiej kolei do pasażerów, jest główny bohater opowiadania Stefana Grabińskiego 'Smoluch'. Poznajcie starszego konduktora Błażka Boronia.
Co? Nie wiecie jak poznać? To proste.
Wejdźcie na stronę http://bookrage.org/ zapłaćcie co łaska i zgarnijcie pięć e-booków. Jeżeli wasze co łaska będzie na bogato i zdecydujecie się wyłuskać z kieszeni więcej monetek, Jacka Dukaja dostaniecie za darmo. Warunek jest prosty - wasza wpłata musi być wyższa niż dotychczas zebrana średnia. Co oznacza, ni mniej, ni więcej, że możecie wykosić sześć (słownie: sześć) e-booków za 24 złote (dane na dzisiaj). Jeżeli to nie jest dla was za darmo, to musimy poważnie porozmawiać.
Dodatkowym bodźcem dla was będzie domyślny podział wpłaconych monetek: 70% dla twórcy, resztą, po połowie, dzielą się pomysłodawcy i Fundacja Nowoczesna Polska http://nowoczesnapolska.org.pl/ Oczywiście serwis oferuje suwaczki, i jak macie takie kaprycho, możecie twórcy przekazać 100% waszej wpłaty. Wolność rządzi!
Jeszcze mało? Twórcy serwisu zapowiedzieli, że jeżeli liczba sprzedanych pakietów przekroczy 1234, dorzucą jeszcze jedną książkę. To już jest jak rozbój na gościńcu w biały dzień a'rebours.
Jeszcze się wahasz? Obadaj autorów: Stefan Grabiński (zbiór Demon ruchu to klasyk i nie znać go, to po prostu obciach), Dawid Kain, Anna Kańtoch, Łukasz Orbitowski, Andrzej Zimniak i, wspomniany wcześniej, Jacek Dukaj.
Akcja kończy się za 8 dni i 14 godzin, więc pośpiechu nie ma ale też nie ma co zwlekać.
Na koniec strawestuję klasyka i powiem wam tak: nie skorzystać z tej oferty to gorzej niż głupota - to błąd!
Idźcie i bierzcie.


poniedziałek, 11 lutego 2013

Kolega szuka pracy dorywczej albo i stałej, ktoś mu zalinkował impresaria, który garnie pod siebie statystów w typie 'dres, bandyta' i przypomniało mi się, jak raz w życiu poszedłem na statystę i to był ostatni raz.
Akademik to dobre miejsce do zbierania ludzi do scen grupowych więc przyjeżdżali do Hermesa i zbierali. W 1992 albo 1993, kilku naszych kumpli z akademika statystowało w Uprowadzeniu Agaty (dwóch pielęgniarzy z psychiatryka i kilku na imprezie tanecznej, jak dziś pamiętam) i chyba dali komuś namiary na miejsce, bo pewnego dnia przyjechali naganiacze i krzyknęli 'bring me everyone. What do you mean 'everyone'? EVERYONE!
Zbiórka była na stadionie Gwardii, gdzie spędziliśmy jakieś 5-6 godzin, na odkrytych trybunach, w pełnym słońcu. I jeszcze kazali się ubrać z grubsza w stylu epoki (lata 70-80) więc połowa ludzi wskoczyła w powyciągane swetry czarne, a druga w marynarki, więc wyobrażacie sobie jak wszyscy się spocili. I z gorąca, i z wrażenia. Oni tam wtedy kręcili scenę meczu do serialu Dom, sezon trzeci, bo ja aż tak stary nie jestem.
No i na boisko wzięli piłkarzy z Gwardii, w tym jednego miejscowego mokotowskiego gangstera, który chyba nawet do nas do akademika czasami na gałę wpadał. I on był takim jakby idolem zgromadzonej na trybunie młodzieży, bo ludzie skandowali jego ksywę, a jak coś mylę, to przepraszam.
Zespół miał przeprowadzić jedną, kurwa, akcję, zakończoną celnym strzałem na bramkę. Z efektowną paradą bramkarza, koniecznie. No i ten ziom, idol, ksywa mi się przypomniała - Łysy, szedł skrzydłem, dogrywali do niego a on, kurwa, nie trafiał. No nie potrafił albo był pijany, ewentualnie miał syfa na mózgu i zaczęło mu się na oczy przerzucać. Możliwe jest też, że miał wyjebane i poczucie humoru, w takim układzie cofam, co napisałem wcześniej. Dość powiedzieć, że nie trafiał.
Za to coś, coraz bardziej, trafiało reżysera. Jeżeli dobrze rozpoznałem, była to kurwica, bo krzyczał coraz bardziej histerycznie a my śmialiśmy się na tych trybunach, bo mieliśmy wszyscy początki udaru. W ogóle byliśmy zajebistym tłumem gdyż dzięki licznym rajdom Łysego po skrzydle, koniecznie zakończonych strzałem niecelnym albo w bramkarza, czyniliśmy radosny doping i taki był aplauz, że Żyleta by nas nie przekrzyczała.
W końcu Łysy trafił, bramkarz wykonał piękną paradę, sędzia odgwizdał spalonego, akcja nabrzmiewa, z ławki podrywa się kolejny statysta i krzyczy coś takiego: no co on jest sędzia kalosz, ten ślepy!
STOP!
Reżyser opadł ciężko na krzesło, z którego dowodził a nam dupy odpadły ze śmiechu. Bo widzicie, na tego statystę, wzięli chyba jakiegoś lokalnego pijaczka z Racławickiej albo okolic. No przynajmniej tak wyglądał, a na pewno w czasie kręcenia sceny był trącony przez butelkę. Otrzepali go z kurzu, ubrali w biały garniak ale to nie pomogło mu na głowę, bo on nie był w stanie zapamiętać jednego zdania, które miał krzyknąć pod adresem tego sędziego. Mam wrażenie, że powtarzali mu je tyle razy, że do tej pory je kojarzy: co on robi, ślepy jest ten sędzia?!
Tak, zdeka wcięty ziomek, nie potrafił zapamiętać tych kilku słów, w związku z czym, byliśmy świadkiem jakiejś absurdalnie śmiesznej ilości dubli. Każdy z inną mutacją tych wyrazów nielicznych. Pod koniec to już chyba nawet darowali piłkarzom bieganie po murawie i kazali mu tylko krzyczeć. Po milionie godzin się udało. Nie wiem jak inni, ja miałem skurcze brzucha i blokadę przepony ze śmiechu. No i ten udar.
Scen na tym stadionie nakręcili niewiele ale zdjęcia trwały i trwały, a nam coraz bardziej skóra oddzielała się od twarzy. Nie wiem jak inni, ja do akademika wróciłem ciężko oparzony i z lekkim udarem, jak już wspomniałem. Bo wiecie, bejsbolówek nie uznawałem do grudnia 2012 a kremów z filtrem w 1995 roku nie znaliśmy. Może dziewczyny, faceci na pewno nie. Zresztą kto by się tam smarował, rano było pochmurnie, bardziej baliśmy się deszczu a zdjęcia miały trwać góra dwie godzinki.
Najśmieszniejsze jednak, zaczęło się po zakończeniu tych zdjęć. Cały sektor ludzi uformował kolejkę a kilka osób z produkcji spisywało nasze dane. Wiecie, do wypłaty. Ludzi była lekko licząc setka z okładem, spisujące bodaj dwie, dopadł nas nastrój histeryczny i zaczęliśmy się niezdrowo śmiać.
Wiśnią na tej stercie, była mocno zmęczona pani z tej produkcji, która przechadzała się wzdłuż kolejki, wyciągała z niej niektóre osoby i coś im mówiła. Wyciągnęła i mnie, zaproponowała udział w scenach bardziej kameralnych, we wnętrzach, za lepsze pieniądze. Spojrzałem na trybuny, dotknąłem rozpalonego czoła i złuszczonego nosa, spojrzałem na nią nieco nieprzytomnie i zrozpaczony wychrypiałem 'dziękuję'. Następnego dnia miałem bowiem jakieś zaliczenie, kolokwium albo egzamin a sceny we wnętrzach oznaczają dach nad głową. Niestety, studia były ważniejsze. Tak zaprzepaściłem swoją szansę na karierę filmową w stylu Harrisona Forda.
Bym zapomniał, za występ jako statysta skasowałem jakieś trzy dychy na rękę, trochę mniej niż wziąłem za oszukany udział w teleturnieju Jeden z dziesięciu. Ale to zupełnie inna historia.

środa, 06 lutego 2013

To jest jeden z tych filmów, po których musisz sobie zrobić przerwę obiadową w stołówce zakładowej i ochłonąć, bo nie wierzysz, że studenci, którzy są naszą przyszłością i nadzieją na przyszły rok, produkują taki kał. A potem sobie przypominasz niektórych studentów, którzy chcieli się z tobą bić w Parku na Hardzone i dochodzisz do wniosku, że coś ci się pomyliło i faktycznie, na trzecim roku studiów, możesz być kreatywny jak głaz narzutowy moreny czołowej. Się trochę popastwiłem w komentarzach nad tym czymś i wyłączyłem internet. A potem włączyłem gdyż mi słabo.

Po głębokim namyśle doszedłem do wniosku, że wytwórcy arcydzieła zasługują na podwójny wpierdol. To na 99% jakiś filmik na zaliczenie przedmiotu typu szydełkowanie albo obsługa ksero ewentualnie największe kampanie społeczne XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem kampanii wrześniowej. I oni wpadają na, ha! taki zajebiście odkrywczy pomysł, że zdissujemy melanż komando przy pomocy Franza i Anny a potem pójdziemy się ruchać z tym nudnym typem spod filaru, który siedzi przy smutnym jak pizda stoliczku, pokrytym ceratą[1], i jest tak, kurwa, zaczytany, że nie potrafi sobie znaleźć wygodniejszego miejsca, ot, choćby pod ścianą na podłodze, gdzie się można pierdolnąć na boku i poczytać, pod warunkiem, że się nie boisz, że sobie unurasz biały sweterek w serek[2], co go dostałeś od cioci pod choinkę i w lutym go nosisz, bo nie chcesz jej robić przykrości, gdyż to w dzidę ciocia, a leżenie jest najwygodniejszą pozycją do czytania, przynajmniej tak mówi większość moich znajomych, którzy czytają i ja sam, bo też czytam, całkiem nawet sporo i takie filmy mnie obrażają, podobnie jak akcje społeczne typu ustąp miejsca bo czytam a jak czytam, to nie umiem się skoncentrować na dwóch czynnościach i się przewracam. KURWA!!!.

I oni, ci studenci, rozpisują to gówno w krótki scenariusz i robią to tak słabo, że aż mi niedobrze. Na dodatek wybierają książki, po które w tym kraju sięgają ludzie ze starego portfela, których nie stać na kupowanie nowych rzeczy a do biblioteki za daleko oraz studenci polonistyki. Po tak zwaną literaturę ambitną, kanon, klasykę czy jak to sobie nazwiemy, sięga dobrowolnie 1% czytających. Inna sprawa, że do jej znajomości przyznaje się pewnie z połowa, no ale to przecież oczywiste, że jak czytam, to mam klasykę w małym palcu. Nawet jeżeli nie czytałem. Ale się zamotałem.

Zło emanuje z tego filmu i tyle.
A, bym zapomniał, link dla tych, którzy jeszcze nie widzieli i chcą się dowiedzieć, jak rwać maniury na W poszukiwaniu straconego czasu, którego nie odzyskam, bo zmarnowałem go na ten filmik i zbędny rant.

http://www.sadistic.pl/czytaj-podrywaj-vt173991.htm

[1] Wiem, że nie jest pokryty. Pasowało mi do narracji.
[2] To już od dawna inna narracja.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24