To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 31 grudnia 2013

Nadszedł czas na podsumowanie upływającego roku 2013...
Hahaha, to rzadkie ale sam siebie rozbawiłem. No jeszcze mnie nie pojebało. Natomiast zamiast podsumowania opowiem wam historię, która, od biedy, może służyć za podsumowanie roku ale nie musi, bo po co szukać drugiego dna tam gdzie go nie ma? Historia jest, niestety, prawdziwa.
Jakoś tak miesiąc albo dwa tygodnie temu to było. Stoimy na fabrycznym balkonie z kolegą P., nie palimy papierosów i rozmawiamy o rzeczach. I jakoś tak zjechało na mój dowód osobisty, który utracił ważność i trzeba by się wybrać do Piaseczna żeby sobie nowy wyrobić. Bo wiecie, że dowody osobiste mają termin ważności? 10 lat i ani dnia dłużej a po terminie, jak znam polskie państwo, można trafić do więzienia gdzie walą w dupę oraz trzeba pewnie uiścić wielotysięczną grzywnę. No bo przecież obywatel bez ważnego dowodu jest obywatelem nieważnym.
Rozmawiamy więc o urzędach i przypomina mi się usenetowa albo forumowa opowieść sprzed lat. Koleś wybrał się do urzędu załatwić sprawy. Z niezrozumiałych dla niego powodów, sprawy były załatwiane bardzo szybko, z delikatnym wyrazem oszołomienia, obrzydzenia a czasami zachwytu na twarzach obsługujących go pań. Ziomek wyszedł z urzędu, poczuł przeciąg, spojrzał w dół i zmartwiał. Rozpiął mu się zamek w jeansach i guzik w boksach i wszystkie sprawy urzędowe załatwiał z fiutem na wierzchu.
Hahaha, jaka śmieszna historia, pomówmy o czymś poważnym.
Trzy dni później.
Fabryczna stołówka, zamówiłem sztukę mięsa, jakieś surówki, siadam u stołu, rozkładam mojego Kindełe, oddając się lekturze, zjadam sztukę mięsa, jakieś surówki, kawałek talerza, bo Clancy był wciągający. Wstaję, odnoszę tacę i idę przed firmę, żeby nie zapalić i dokończyć rozdział. Czuję przeciąg...
Mam jedną parę bojówek z ukręconym zawiaskiem od zamka. Miękki był i się ukręcił. I on, ten suwak, ma tendencję do otwierania się samoczynnego, bo nie można ukręconego zawiaska włożyć w klamrę pasa, gdyż jest ukręcony zawiasek przecież. Dlatego mam zasadę, że to tych konkretnych bojówek zakładam wyłącznie bokserki bez guzików. Tylko pełna osłona i nie ma lęku, że stanie się coś nieoczekiwanego.
Tego dnia stało się coś nieoczekiwanego.
Przemaszerowałem wzdłuż sześciu stołów z fają na wierzchu.
Wszystkiego najlepszego dla wszystkich w nowym roku. 

wtorek, 10 grudnia 2013

Byłem na Nordconie więc nie mogłem wcześniej napisać, znaczy mogłem, bo laptopa wziąłem i jakieś wifi było, ale nie napisałem, bo robiłem co innego i mam nadzieję, że wszystko jasne.
No więc jest taka akcja, żebyście dali tyle, ile wam sumienie podpowiada, bo w przypadku tego pakietu, ciężko mi być waszym sumieniem i coś szeptać do ucha chętnego gdyż musiałbym zaszeptać 'każde pieniądze' i wtedy pewnie byście się ze mną nie zgodzili.
Tym razem ziomy z bookrage przeszli samych siebie i odpalili pakiet z samym Zajdlem (samym, zarówno w znaczeniu Tym Zajdlem, jak i zawartościowo, bo w pakiecie tylko książki Zajdla).
Jak ktoś nie wie kto to był Janusz Zajdel, to mu na pewno jacyś dobrzy ludzie wytłumaczą w komentarzach. Jak ktoś chce sobie tutaj pożartować, że jedynie Lem pisał w Polsce prawdziwą fantastykę, a reszta to grafomani i bajkopisarze, to od razu mówię, żeby mnie nie sprawdzał na okoliczność posiadania poczucia humoru, bo ja wiem, że tak to można napisać tylko w żartach ale nie polecam, a przynajmniej nie u mnie. Co to ja miałem, oprócz straszenia banami...
A, wiem. Na bookrage leży pięć książek Janusza Zajdla, i to takich, które, według mnie, znać należy. Znaczy rozumiem, że mogą mnie czytać ludzie, którzy na słowo 'fantastyka' dostają drgawek ale i tak uważam, że nawet oni, powinni znać przynajmniej dwa teksty pisarza, za taki pakiet minimum uważam Limes Inferior i Paradyzję, więc nawet jak dacie mniej niż pięć dyszek, to i tak wam się opłaci, bo to będzie dalej dwie dychy za dobrą książkę. Poza tym, kto wie, może się spodoba i przeczytacie resztę.
Jak zwykle, dla tych, którzy godzą się płacić więcej niż średnia (którą, tak przy okazji, znajduję bardzo niską), ziomy przygotowały dodatkową pozycję. Tym razem jest to zbiór opowiadań Relacja z pierwszej ręki, tak popatrzyłem po tytułach i stwierdzam, że warto zapłacić powyżej średniej, bo przynajmniej te, które znam, to są dobre opowiadania.
Żeby wam uświadomić jak bardzo warto mieć tę paczkę, to wam powiem, że pięć pozycji z pakietu mam na półce ale i tak je kupię po raz kolejny. Po pierwsze warto, bo są dobre, po drugie warto, bo warto, żeby inicjatywa się rozwijała. To tyle.
I jeszcze na koniec słowa uznania dla Pawła Ausira Dembowskiego, który ogarnął zawartość pakietu.
A teraz uprasza się o udanie się na stronę bookrage.org, pociśnięcie przycisku 'Kup' (może czas pomyśleć nad zmianą na, bo ja wiem, Nabądź albo Uczyń sobie przyjemność za niewielkie pieniądze), wsłuchanie się głos sumienia i zafundowanie sobie paczki znakomitej literatury. 

piątek, 29 listopada 2013

Od 1 grudnia Ikarusy znikną z ulic Warszawy. Z jednej strony fajnie, że pozbywamy się autobusów, które przy prędkości większej niż 50 km/h wpadały w takie wibracje, że plomby się kruszyły a szew w kroku potrafił zwalić ci konia na dystansie krótszym niż dwa kilometry. I miały tak sparciałe uszczelki w oknach, że szyby tłukły o prowadnice jak oszalałe i zawsze się zastanawiałem kiedy któraś w końcu pęknie i wypadnie ale żadna skubana nie pękła, pancerne były jak Rudy pod Studziankami. Z drugiej jednakowoż, będzie mi brakować pojedynczego, ODPOWIEDNIO SZEROKIEGO, zajebistego miejsca siedzącego przy przegubie, tyłem do kierunku jazdy, na którym nikt nie chciał siadać, bo większość ludzi mdli jak jadą tyłem a do tego przy łączniku telepało jak na małym jachcie przy siódemce. A jak ostatnie 709, to o 23:40, startowało z Wilanowskiej naładowane pod sufit, a ty wbijałeś, po trzech aliganckich[1], na minutę przed startem, można było sobie usiąść na wysokiej rurze przy harmonii, złapać się ręką pionowego pala i jechać sobie jak panisko, z lekkim tylko wyrzutem sumienia, że zostawiasz na rurze dolnej błoto z bieżnika ale tylko podczas słoty. Zaś harmonia fajowo masowała ci plecy.
Świetne były te wielkie okna, które można było otworzyć i się przez nie latem wychylić albo tylko nonszalancko wyrzucić zimny łokieć i jechać jak paniosko, wielką limuzyną, z szoferem, i czuć się panem życia nawet wtedy, gdy reprezentowałem biedę. A nie teraz te pierdolone lufciczki, które w połowie niskopodłogowych i tak są zagwożdżone na amen, bo przecież jest klima, która nie działa gdyż kierowca jeździ dla prywaciarza, tnie w chuja i nie włącza albowiem paliwo oszczędza. I nie mówcie mi, proszę, o wygodzie dla matek z wózkami, bo w wysokopodłogowych Ikarusach zawsze znalazło się przynajmniej trzech facetów, którzy dusili się w drzwiach, żeby pomóc kobiecie wnieść wózek do środka. Ba, wielokrotnie byłem świadkiem scen, jak tej matce wyrywali rączki. Te od wózka. I sami go wnosili, żeby się kobieta nie spociła i nie było, że boli. I wózki inwalidzkie tak samo. Bo może i Warszawa ma opinię miasta chamów ale w pewnych sytuacjach ludzie zawsze sobie pomagają. Tak, do Ikarusów mam sentyment i trzy anegdoty. Znaczy mam ze sto ale te trzy wam opowiem, nawet jeżeli są nudne.

Wyszedłem kiedyś, po trzech aliganckich[1] z  Eleganckiego Bolka. Piąta z minutami była więc stwierdziłem, że idę do metra. Trzy kroki zdążyłem zrobić, jak z hukiem panewek i dzwonieniem cimeringów[2], zajechał Ikarus linii 167. Podjadę jeden przystanek, pomyślałem. I tak się zmęczyłem myśleniem, że usiadłem. Nawet nie z upojenia, zmęczony długą nocą byłem. I gdyby on przemknął na pomarańczowym, nie byłoby dykteryjki. Niestety, zatrzymał się, jak ten gupek, i odstaliśmy cały takt. Nastąpiło bardzo długie mrugnięcie. Chwilę później obudził mnie okrzyk kierowcy –jedzie pan dalej czy wysiada!? Potoczyłem wzrokiem dokoła. Wilanowska. Może być, też stacja metra. Spojrzałem na zegarek. 13:30.
Żaden autobus nie miał tak wygodnych siedzeń jak Ikarus.

Nocne 604 i 607 na Ursynów, miały same zalety, czyli permanentną w nich imprezę bez chamstwa i patologii oraz jedną wadę, aczkolwiek zależną od kierowcy. Skręt z Puławskiej w Wałbrzyską niektórzy brali leniwie a niektórzy, znudzeni jazdą i zmorzeni zmęczeniem, wchodzili w niego na ręcznym, w pełnym drifcie i na pełnej kurwie. I on w lewo był, ten zakręt, co jest bardzo ważne w kontekście miejsca, jakie zająłem. Wkitrałem się pod Emilką i ruszyliśmy, a wieczór był chujnia mrok ziąb zima sukinkot a do tego mokry. To oczywiste, że jak jedziesz z Centralnego na Stokłosy, masz prawo się zmęczyć jazdą. Na Ursynów jest przecież kawał drogi. Zasnąłem na moim ulubionym pojedynczym siedzeniu przy łączniku, tyłem do kierunku jazdy a ono, jak niektórzy pamiętają, było po stronie kierowcy. I nagle przyśniło mi się, że spadam. Tylko to nie był sen. Kierowca zakurwił taki zakręt, że klękajcie kierowcy F1, a do tego chyba wpadł w lekki poślizg i mało nie urwał harmonii. Ale to mnie nie interesowało. Bardziej bowiem trapił mnie fakt, że leżę z policzkiem przytulonym do jakiegoś pośniegowego błota. Wstałem, zdjąłem kaptur i potoczyłem dzikim wzrokiem po pasażerach, czy się niby żaden z nich nie śmieje, bo nawet unurany, fason staram się trzymać i lekceważących parsknięć nie zniosę (co innego szczery śmiech, ten przyjmuję na klatę). Jak się okazało, że nie ma chętnych, otrzepałem się z syfu i, już siadając, zdałem sobie sprawę z tego, że w tym oto, niezbyt fortunnym zdarzeniu, los zsyła mi szansę na wygłoszenie klasycznego tekstu z klasycznej legendy miejskiej. Pół autobusu mogło usłyszeć moje ‘to żeś, kurwa, wymyślił’. Reszta drogi minęła bez zakłóceń.
Żaden autobus nie miał tak śliskich siedzeń jak Ikarus.

Akcja, którą wam teraz opowiem jest w stu procentach prawdziwa, chociaż sam nie wierzę w jej prawdziwość. Ale to prawda.
Był dzień święconego Patryka i on wypadł niefortunnie na tygodniu. Plan mój, w związku z tym, zakładał trzy aliganckie w Irishu na Miodowej i grzeczny powrót do domu metrem. Realizacja planu przebiegała bez zakłóceń do momentu, w którym moi kompani opuścili mnie nagle, bo dostali sygnał, że ich stare są niekontente i czas do domu. Oceniłem, że dopiję piwo i też się będę zbierał, bo akurat jest 22 i to dobra pora, żeby wrócić do chatę.
I pech chciał, że do Ajrisza wkitrała się banda Francuzów, a ja, po naszych akademikowych Francuzach (Terry, Rafael, Sebastien – pozdrowienia, gdziekolwiek jesteście), mam do tej nacji szczególny sentyment. Dopijając resztki piwa, nawiązałem lekki kontakt bojem. Z niezrozumiałego dla mnie do dziś powodu, ucieszyli się, że zagadał do nich łysy grubas. Ja bym wolał, żeby zagadała do mnie powabna blondynka ale kto zrozumie francuską ich nację? I oni z tego ucieszenia przynieśli mi kolejne piwo, a zważcie, że tego dnia nie brałem jeńców i piłem z kufli litrowych. Odstawiłem kolejkę, potem oni przynieśli następną i nagle trzeba było wysiadać z taksówki przy hotelu Polonia gdzie chłopaki mnie podrzucili, a jak sobie łatwo możecie sprawdzić, gdzie Miodowa, a gdzie Rondo Dmowskiego i co się stało? Olałem wątpliwości, zszedłem do metra, usiadłem na foteliku i powiem wam, że żaden wagonik nie ma takich wygodnych siedzeń, jak ten rosyjski. Mój pech polegał na tym, że był to ostatni kurs a ja przegapiłem moją stację. Moje szczęście polegało na tym, że na Kabatach, gdzie metro kończy bieg, nocne miały pętlę. A jak już wiecie z poprzedniej historii, pasowały mi dwa nocne, bo to ciągle dziwny rok mojego życia na Ursynowie był. Było grubo po północy a nawet bliżej pierwszej, jak z tłumem podobnych mi patrykowych birbantów, wychynąłem z podziemi metra. No wyglądaliśmy jak Uruk-hai i się nie dziwię kierowcom niektórych nocnych, że postanowili odjechać z przystanku trochę wcześniej. Dam sobie rękę uciąć, że gdzieś w tłumie wyraźnie słyszałem ‘ash nazg durbatuluk’.
Kierowcy wystartowali z hukiem silników jak tylko zobaczyli tłum facetów, który, zataczając się i śpiewając śmieszne piosenki, halsował w ich kierunku.
Zupełnie się nie przejmując tłumem pijanym, pałętam się po tej pętli, szukam czwórki albo siódemki i co widzę nagle. Otóż na tej pętli stoi zaginiona w akcji pięćsetka pośpieszna, a zważcie, że już dawno powinna być w zajezdni a nie na pętli w końcu dupy, bo przecież po północy grubo a nawet bliżej pierwszej. Numeru konkretnego nie pamietam ale majaczy mi się, że to mogło być coś na kształt 519. Nieważne zresztą. Stoję przed przednią szybą i patrzę się na kierowcę z miną dzieciątka Jezus, on się patrzy na mnie i się uśmiecha. Uśmiecham się, kiwam głową pytająco, on mi odkiwuje. Nie wierzę, w to, co za chwilę chcę zrobić no ale przecież jestem w nastroju imprezowym, to co mi zależy. Podchodzę do bocznej szybki, pukam, gość ją otwiera i rozpoczynam jeden z dziesięciu najdziwniejszych dialogów mojego życia.
-przepraszam, ale co pan robi na pętli, o tej porze, pięćsetką przecież dzienną? Przecież po północy grubo a nawet bliżej pierwszej.
-a stoje sobie (tak powiedział, stoje a nie stoję)
-o, to ładnie, a kiedy pan jedzie?
-jak się da, to moge zaraz
Wbrew temu, co twierdzą co złośliwsi, nie jestem palcem robiony więc sięgam do kieszeni, wygrzebuje dychę złotych, przyklejam mu ją do tej otwartej szyby, bo wieczór był rześki i szyba obroszona, i mówię –to jakbyśmy pojechali obok Stokłosy, tam przy Dominos Pizza, byłoby fantastycznie a panu pasuje, bo to KEN. Sorry, że tak mało ale muszę sobie zostawić jakiś pieniądz na rano, na bułeczkę.
Gość, śmiejąc się, odkleja Mieszka, któremu to wcale nie przeszkadza, bo od dawna nie żyje, szarpie za wajchę, otwierają się przednie drzwi i rzuca do mnie –wsiadaj pan.
Wsiadłem.
Wiecie już, że żaden autobus nie miał tak wygodnych siedzeń jak Ikarus, więc oczywistym było to, że się zdrzemnąłem. Kierowca jednakowoż się wywiązał gdyż podjechał na mój przystanek, wysiadł z szoferki, grzecznie mnie obudził, pożegnałem go wylewnie, podziękowałem za wysoką jakość świadczonych usług i pożeglowałem do domu, gdzie powitał mnie słowami wyrzutu i opierdolu mój Brat, ale to już zupełnie inna historia.
Bodajże Głowacki pisał o tym, jakim szykiem za jego lat kawalerskich, było przywieźć kobietę do domu polewaczką. Się dawało operatorowi polewaczki równowartość małego mieszkania i z szykiem podjeżdżało się na kwadrat. Urodziłem się tak z dziesięć lat za późno na takie akcje ale i tak uważam, że niewiele osób może się pochwalić przelotem tak zajebistą taksówką jak Ikarus. Do tego po taniości.
Żaden autobus nie miał tak fajnych kierowców jak Ikarus.

Dlatego tak sobie wspominam moje niezliczone kursy tymi wrakami i w kąciku oka kręci mi się łza. Trochę za Ikarusami, trochę za młodością, bezpowrotnie utraconą. Bo może i faktycznie, kupiliśmy sobie najnowocześniejszą flotę niskopodłogowych autobusów, które się obniżają na przystankach i mają klimę i są w ogóle takie fajne, chociaż lufciki się w nich nie otwierają a nawiewami poddachowymi steruje kierowca z szoferki. Tylko, że one są cholernie nudne. Tak bardzo nudne, że bardziej się nie da. I mają te pieprzone wąskie siedzenia a na dodatek odstępy między nimi są zaprojektowane dla kobiet i Koreańczyków, bo na pewno nie dla faceta, który ma więcej niż 175 cm wzrostu. Dlatego w weekend wychylę szklaneczkę whisky za Ikarusy. Spoczywajcie w spokoju w tym niebie, do którego was wyślą w niedzielę. Szkoda.

[1] Trzy aliganckie to ta ilość piwa, którą z czarnuchami z działu graficznego Edipressu, określaliśmy ‘jedno, góra dwa’. Co oznaczało od czterech piw wzwyż, przy czym górną granicę określał jedynie stopień naszego imprezowego nastroju. Tak było. 
[2] Wiem, że pisze się simeringi, nie mam pojęcia czy one dzwonią i szczerze mówiąc, w dupie to mam. U nas mówiliśmy cimeringi.


piątek, 08 listopada 2013

Południowy ring, znaczy obwodnica, Warszawy, będzie miał nazwę. I to żeby jedną. Nie, w Polsce, w kraju, w którym tradycja 'zastaw się a postaw się' jest wiecznie żywa, będzie tych nazw więcej, bo może jesteśmy biedni ale za to dumni. Przecież nazwać to jakoś normalnie, byłoby nienormalnie, no bo jak to tak, nie dojebać paterotyzmem i martyrologią, i naszą, tak zajebistą wszakże, historią.
Nie żeby to mnie jakoś dziwiło, przecież fragment S8 przez Bemowo nazwali aleją Obrońców Grodna. Tym razem akcja jest taka, że obwodnica południowa ma być podzielona na dwa kawałki - aleja POW (Polska Organizacja Wojskowa) i aleja Legionów Piłsudskiego.
Oczywiście jak komisja nazewnicta, to niezawodna Nehrebecka dała głos. Dowiedziałem się, że na południową obwodnicę już teraz nieoficjalnie mówi się skrótem POW. I ona się boi, że nikt nie będzie tego skrótu rozwijał jako aleja Polskiej Organizacji Wojskowej i wyjdzie niedouczenie historyczne Polaków. Mam pytanie: kto nieoficjalnie mówi na ten kawałek obwodnicy POW? Ktokolwiek? Czy może to jest znowu taka akcja, że na most Północny wszyscy mówię Curie-Skłodowskiej i ja coś przegapiłem?
Ale to jeszcze nie jest koniec. Obwodnica południowa nie leży w całości w granicach Warszawy: Piastów, Warszawa, Michałowice, znowu Warszawa, Raszyn i na końcu znowu Warszawa. I teraz każdy z samorządów może sobie nazwać swój kawałek obwodnicy jak mu się podoba. I jak na przykład stwierdzą, że POW im się nie podoba, to Nehrebecka nie będzie im mogła niczego narzucić. I zapewne to bardzo Nehrebecką martwi.
Szkoda, że nikt nie będzie miał dość jaj, żeby w końcu zrealizować moje marzenie i nazwać te ogryzki obwodnicy nazwami nieistniejących, ale zajebiście brzmiących, zgrupowań AK. Piastów mógłby wyjść z propozycją Zgrupowanie AK Skorpion, Michałowice - Zgrupowanie AK Kobra a Raszyn - Zgrupowanie AK Rosomak.
A jak się nie uda, to pierdolnijmy po całości i zgodnie z prawdą: Południowa Okrężnica Warszawy.
I git.


piątek, 04 października 2013

Miałem nie ale nie strzymałem.
Kurwa jako przerywnik, przecinek, pauza, chwila na oddech oraz przerwa na zebranie myśli do dalszej dyskusji, jest słowem przepięknym i je kocham całym swoim małym, nikczemnym serduszkiem. Zbitka 'rw' nadaje jej takiej mocy, że ja pierdolę i nie dziwię się, że według badań amerykańskich naukowców, przeklinanie może łagodzić ból. Oczywiście nie przeklinanie po amerykańsku, no bo w ich fuck, dick, sod, up yours czy co tam sobie wymyślimy, brakuje pierdolnięcia. Według mnie, jeżeli przeklinanie ma łagodzić ból, należy to robić po polsku a jak ma ładnie brzmieć, po francusku. Przeklinanie po angielsku jest bez sensu.
Kurwa jako określenie osoby jest słowem słabym bo moim zdaniem, wydobywa z tego, w kogo je wycelowaliśmy, najgorsze cechy, nawet jeżeli ofiara jest ich pozbawiona. Dlatego w życiu nie nazwałem nikogo kurwą, bo to nie jest fajne i odradzam.
Oczywiście tym bardziej odradzam rzucaniem tym słowem w kierunku mistrzów ortalionu, bo w odniesieniu do mężczyzny, określenie 'ty kurwo' ma ładunek zbliżających się z prędkością lecącej w kierunku naszej szczęki pięści kłopotów, porównywalny z cwelem (jak to zdanie jest uroczo zjebane). Dlatego pamiętajcie, jak się kiedyś znajdziecie w sytuacji romantycznego tetatet z młodzieżą sportową, to 'z czym masz, kurwA, problem' jest w porządku i oznacza, że nie pękamy, chociaż i tak zbierzemy wpierdol, bo ich jest zawsze więcej, tych niehonorowych frajerów. Ale pamiętajcie, żeby to wymawiać wyraźnie, nawet jak usta i policzki drętwieją od adrenaliny. Poprawna artykulacja może być w tym przypadku naszym być albo nie być. Nie muszę wam bowiem tłumaczyć, że sportowiec słyszący 'z czym masz, kurwO, problem' będzie jakieś 1024 razy bardziej rozwścieczony. Bo go obraziłeś. Ciężko. A teraz biegnij jak nie biegłeś nigdy w życiu.
O tym, że niewinny w moich stronach rodzinnych frajer, w Warszawie zamienia się w obelgę przedostateczną, dowiedziałem się w warunkach kontrolowanych, jakoś tak na pierwszym roku, w akademiku więc obyło się bez przykrych następstw. W Krasnymstawie frajer to był ktoś, kto łatwo daje się nabierać albo zrobił zły interes, wymieniając zajebistą kolekcję angielskich, kolorowych 'królówek' na bardzo popularny polski bloczek ze sportowcami czy olimpiadą pokoju. Nie wiem jak w innych regionach i rejonach kraju ale w Warszawie frajer, to proszenie się o trzy płaskie na klatę i poprawkę w wątrobę, i nie mówię tu o uderzeniach pięścią.
Ponownie, ciężar gatunkowy obelgi wziął się z więźnia i jak nie jesteś git, to jesteś frajer. A resztę narracji już znacie z poprzedniego odcinka.
Słowa frajer jako obelgi, przytomnie użyłem raz, bo mnie gość wkurwił. Jadę sobie ulicą wąską, z obu stron obstawioną poparkowanymi byle jak samochodami a z naprzeciwka leci młody i nerwowy środkiem. I to takim środkiem, że ja z rowerem, ni chuja się nie zmieszczę. Więc mu macham, żeby odbił w jego prawo a moje lewo a on do mnie 'pierdol się' z daleka krzyczy przez otwartą szybkę. No to się tak bardzo zirytowałem, że zamiast mu przez tą otwartą szybkę napluć na okulary, rzuciłem do niego 'pierdol się frajerze'. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej reakcji, bo on naprawdę nie wiedział czy ma hamować, zawracać i mnie gonić, czy wykonać w pełnym biegu combat drop i zacząć mnie lutować w usto bolesne. Wyglądał jakby chciał robić to wszystko na raz a wszystkie te uczucia malowały mu się na twarzy tak bardzo, że w pokera grać nie powinien. Na szczęście gabaryt dał mi immunitet i dowiedziałem się tylko, że jestem kurwą. Ponieważ wszystko odbyło się podczas mijanki i obaj byliśmy w ruchu, nie zdążyłem ujebać mu lusterka, czego do dzisiaj bardzo żałuję.
Na koniec zostawiłem sobie konfidenta i nie ukrywam, że powyższe bzdury napisałem tylko po to, żeby mieć pretekst by móc wam opowiedzieć jak kiedyś nim zostałem. Bo wiecie, konfident to taki ktoś, kto sprzedaje na policję. Nazywanie rycerzy szelestu konfidentami to pomysł zły tak bardzo, że nawet nie chce mi się zastanawiać co nas może po tym spotkać. Dlatego zachowajcie umiar i nazywajcie ich po prostu kutasami.
A konfidentem zostałem tak. Lat temu kilka wstecz, długi weekend majowy postanowiliśmy spędzić u rodziny ciotecznej mojego zioma. Rodzinę ma w Węgorzewie, pomysł się spodobał, pomknęliśmy. Któregoś dnia wylądowaliśmy na jakimś piwie w restauracji w centrum miasta, potem jakiś inny punkt gastronomiczny, ziom z żoną postanowił wrócić na kwadrat, ja posnułem się do Tawerny w porcie, bo liczyłem na jakąś rozrywkę. Dostałem jej aż nadto.
W Tawernie wiało lekko chujem dlatego postanowiłem spożyć jedno, góra dwa i wracać do domu. Siedzę przed knajpą, dosiada się jakiś ziom, zaczynamy rozmawiać nie pamiętam o czym bo to było kilka lat temu i tak płynie wieczór. Ludzi coraz więcej, tłum gęstnieje, gwar rośnie a dym wisi w powietrzu. Nagle do mojego stolika podbija jakieś dresiwo i mówi do mnie 'ty jesteś konfident policyjny'. Patrzę na niego z miną Dzieciątka Jezus i się pytam grzecznie 'co ty, chłopaku, pierdolisz'. 'KONFIDENTEM JESTEŚ I SPRZEDAJESZ NA PSY'. No kurwa, myślę, sprawa poważna bo gość pojebany.
I wtedy popełniłem bardzo poważny błąd, bo trzeba było wstać, wziąć krzesło i mu jebnąć. Byłbym usprawiedliwiony, bo takiej obelgi nie puszcza się płazem. Problem polegał na tym, że ja jeszcze wtedy tego nie wiedziałem i dla mnie określenie konfident było tak bardzo śmieszne, bo przecież idiotyczne. Dlatego zamiast wdać się z gościem w lekką awanturkę towarzyską, pozostałem niewzruszony przy stoliku. A temu Cześkowi w to graj. Dosiadł się i odpytuje, skąd jesteś, kogo znasz i gdzie mieszkasz i takie tam. Zorientowałem się, że:
a) jestem już trochę pijany
b) ni chuja nie pamiętam jak się nazywa brat cioteczny kumpla, u którego mieszkam
c) dresiwo staje się natarczywe
d) kasa się kończy
d) a wieczór i tak mam spierdolony
Ergo, należy zastosować manewr ucieczkowy. Wstałem i wyszedłem. Sportowiec postanowił pójść za mną. Z Tawerny halsowałem bulwarem wzdłuż kanału a trzeba było inaczej, bo dogonił mnie po 100 metrach i dalej zapodaje ten swój monolog o konfidentach. Grzecznie go proszę, żeby się odpierdolił, na co on do mnie z takim tekstem 'czekaj, mendo, zaraz dostaniesz kosę' czy coś takiego, i zaczyna gmerać w kieszonce.
Ponieważ wierzę, że przed nożem skutecznie wręcz, to może się obronić Bruce Lee oraz gwiazdorzy filmowi w swoich filmach, zacząłem się rozglądać za przedłużeniem dłoni typu palik od drzewka albo znak drogowy, w ostateczności ławka. Znaku nie było, drzewa grube jak dęby a ławki, kurwa, wmurowane w ziemię. A gość dalej gmera w kieszonce. I pomimo tego, że nie byłem do końca pewien czy on przypadkiem nie gmera w poszukiwaniu penisa i chropawej, męskiej miłości, wybrałem wolność.
W stanie kompletnego przepalenia i intoksykacji wyciąłem taką dzidę, że wierzcie mi, Usain Bolt ze swoim rekordem na setkę, rozśmiesza mnie tylko. Biegłem tak szybko, że stopiłem sobie laczki. Biegłem tak szybko, że rozgrzałem się od tarcia. Biegłem tak szybko, że po 3 sekundach, zaczęły się pojawiać efekty relatywistyczne. Nikt nigdy nie biegł tak szybko jak ja. I pamiętałem, żeby się nie oglądać, bo szybciej biec już nie będę a chodnik wyjątkowo krzywy.
Opuszczałem to niegościnne miejsce, żegnany cichnącym 'czekaj ty kurwo'.


Tak, czytam komentarze. Tak, wiem czym to grozi. Ale warto, bo czasami trafi się coś ładnego. Tylko z pozoru jest to tekst prosty, by nie rzec prostacki. On jest bardzo ładny. Popatrzcie.

twoja matka cię przez całe życie okłamywała że cię piersią swą karmiła a prawda jest taka że to ojciec przejął inicjatywę

Po pierwsze trafiła mnie melodia frazy, ze szczególnym uwzględnieniem fragmentu 'piersią swą karmiła'. Nie 'karmiła cię piersią', nie 'swoją piersią' tylko piersią swą karmiła. To naprawdę ładne i świetnie brzmi.
Po drugie, popatrzcie jaki tu jest diss. Jasne, w towarzystwie oświeconych humanistów, nikt się nie będzie obrażał za to, że ktoś mu zarzuca homoseksualizm, do tego bierny (molestowanie sobie odpuśćmy, bo to śliski temat), bo za tekst 'ty pedale' już się od dawna nie obrażamy.
Ale już taki dres, za supozycję, że jest pedałem, urwie ci ryj. Teraz wkroczymy na chwilę na grunt bardzo grząski i niebezpieczny, zwłaszcza w usportowionych rejonach miasta stołecznego.
Cwel.
Normalny, biały człowiek gdzieś tam coś słyszał, jakieś więźnie tak mówią, nawet tak brzmi nieźle, krótko, węzłowato i trochę obraźliwie ale tak właściwie, to nie bardzo wiadomo dlaczego. Nazwanie sportowca cwelem to gwarantowane ciężkie obrażenia ciała, bo to u nich bardzo ciężki kaliber. Widzicie, oni wszyscy nasłuchali się od recydywy o więzieniu albo sami trochę pobębnili więc kojarzą od dziecka, że w więzieniu cwel znajduje się najniżej w hierarchii. Parias, kasta niedotykalnych. Pierwotnie jedno ze znaczeń tego słowa, obejmowało biernych homoseksualistów. A bierny to przecież, jak wszyscy wiedzą, taki co bierze do ryja i w dupę (wybaczcie mi, dużo jeżdżę komunikacją po Pradze i udaję, że słucham nuty a w rzeczywistości wsłuchuję się w prawdziwy głos ulicy). No i nikt z trójpaskowych nie chce być cwelem, oni chcą być prawilni a nie jakieś odpady.
Zbierzmy to wszystko razem: pedał, cwel - dwa ultraciężkie epitety, które są zaproszeniem do zajść krwawych i gwałtownych. Homoseksualizm, do tego bierny, branie do dzioba...
I komentarz z jutuba: matka, karmiła, pierś, ojciec przejął inicjatywę... czujecie schemat. No więc jak chcielibyście kiedyś odszczekiwać się sportowcowi, to nie używajcie słów na p czy c, tylko pojedźcie tą uliczną poezją. Jak się uprą, to i tak dostaniecie wpierdol. Ale przynajmniej z fasonem.
W przyszłym tygodniu omówimy kurwę, frajera i konfidenta.
Żartowałem, niech wam wystarczy, że na młodzież sportową nigdy nie mówimy ty kurwo, frajerze albo konfidencie, bo to zaproszenie do walca. Za bycie wyimaginowanym konfidentem, dresiwo zagroziło mi ożenieniem kosy (ta historia jest bardzo zabawna, nigdy w życiu tak szybko nie biegałem), za rzucone do kierowcy, który nie chciał mi zjechać na wąskiej ulicy na bok, 'pierdol się frajerze', prawie doszło do rękoczynów (uratował mnie gabaryt, bo gość był bardzo napalony oraz sam zaczął, ja się tylko odszczekiwałem) a za źle zrozumiane 'weź się, kurwa, odpierdol' (usłyszał 'kurwo' no i zrobiło się jeszcze nieprzyjemniej) była jakaś akcja z butelką ale nie pamiętam do końca, bo byłem krzynkę zestresowany (dawno temu się to działo i byłem młody i spięty). Więc wiecie, tylko kulturalne obelgi. No i bez patologii.
PS. Wybaczcie, jestem przeziębiony i mam gorączkę. Jak się po weekendzie nie przyznam do tego tekstu albo stwierdzę, że to było przejęcie konta i podszyw, podejdźcie do tego ze zrozumieniem.


PS. Ponieważ dzisiaj na fejsa wrzuciłem część drugą, która była na tyle długa, że totalnie pasuje mi do blogaska, wrzucam najpierw część pierwszą, a za chwilę drugą. Rozumiecie?

piątek, 20 września 2013

Domofon.
- Tak?
- Dzień dobry. Nazywam się (nieczyt.), i rozmawiamy dziś z sąsiadami o tym, czy Halloween jest świętem biblijnym.

Taki wpis znalazłem u koleżanki O. i stwierdzam, że opowiem wam w jaki sposób, zupełnie niechcący, spowodowałem, że przestali mnie nachodzić Świadkowie Jehowy. Nie będzie to jakaś przesadnie fajna historia czy coś a już na pewno nie traktujcie jej jako poradnika, bo nadmiar inscenizacji może zabić efekt. Ja wszystko pociagnąłem na półprzytomności, pewnie dzięki temu osiągnąłem wysoką efektywność.

Było to jeszcze w Piasecznie, co ważne, bo jak mieszkałem w Piasecznie, reprezentowałem biedę (dalej reprezentuję, ale to nie o tym), nie było mnie stać na płacenie za taksę stówki a nocne zatrzymywały się jeszcze wtedy przy Karczunkowskiej, potem PKP Jeziorki (przystanek-widmo, nigdy nie widziałem, żeby tam ktoś wsiadł lub wysiadł, niektórzy pasażerowie, korzystając z opcji, że to była taka minipętla, wyskakiwali na odsik) i z powrotem do Warszawy. A ja z Karczunkowskiej do domu miałem równiutko 4 kilometry i bardzo nie chciało mi się chodzić, zwłaszcza nocą. Bo albo krzakami, albo poboczem. W krzakach kryły się niespodzianki, pobocza się bałem.

Dlatego raczej wolałem zostać na imprezie do 4:00, przebić się na Wilanowską i złapać pierwsze 709 do domu (4:50). Ważne było, by nie wbić się w 727 o 5:00, bo pętla była dalece za daleko.

No i wracałem często z imprez w ten sposób, w efekcie w niedzielę kładłem się spać około 5:30. Pewnie się domyślacie, jak wyglądałem gdy mnie ktoś budził o 11:00. W zasadzie to wam się tylko wydaje, że się domyślacie. Wyglądałem gorzej niż się wam śniło w najgorszych koszmarach. Ciąłem się krótko ale po takim przebudzeniu, potrafiłem mieć zmierzwione włosy. Na twarzy dwudniowy zarost, więc dokładnie widać każdą fałdę poduszki odbitą na ryju. Usta sklejone takim białym nalotem poimprezowym, który wydziela się nawet jeżeli umyjesz zęby dwukrotnie. Pocisz się alkoholem, nikotyną i knajpą oraz zjedzonym po drodze kebabem, który chyba był z psa. I ogólnie wyglądasz jak żul, którego inny pies wszamał a potem zwrócił.
Dodatkowo mam taki zwyczaj, że jak nie mam gości, to śpię nago a jak mam gości, to też śpię nago. Chyba, że któryś z gości śpi w moim łóżku, wtedy nie śpię nago, bo to byłby już nadmiar gościnności. W Piasecznie ludzie odwiedzali mnie raz na rok, i wcale się im nie dziwię, więc spałem nago przez okrągły rok, za wyjątkiem tych odwiedzin.

No i jak mnie obudził pewnej poimprezowej niedzieli dzwonek do drzwi, wstałem i poczłapałem do drzwi, a chuj melancholijnie bawił się w metronom, bo przecież świtaniec, co nie? W połowie drogi skojarzyłem, że nie mogę otwierać ludziom drzwi nago, bo będzie siara i kolejny kamyk do ogródka pt. grubasy, nie dość, że chamskie, to jeszcze obleśne. Wróciłem po pantalony. Nie znalazłem. Wciągnąłem zatem bokserki i poszedłem otwierać. Z tym wzwodem, sklejonym pyskiem i innymi historiami, o których za chwilę.

Bez patrzenia w judasza, otworzyłem.
- Czy zastanawiał się pan czasami skąd się tutaj wszyscy wzięliśmy i... dokąd... wszyscy... zmierzamy...
Patrzyłem kaprawym okiem (bo drugie miałem sklejone wyjątkowo twardymi śpiochami) jak słowa stygły i umierały na wargach sympatycznej starszej pani. To, że się uśmiechałem, nie polepszało mojej sytuacji bo jak się uśmiecham, wyglądam trochę jak krokodyl. I teraz sobie wyobraźcie, co zobaczyła ta sympatyczna, starsza pani: grubego, wytatuowanego, łysego gościa w samych gaciach, z dziwnymi purpurowymi pręgami, poodbijanymi na całym ciele (prześcieradło mi się pomięło a i poduszka była nielitościwa), który patrzy na nią jednym, przekrwionym okiem i uśmiecha się, jakby miał coś na myśli. No i ten nieszczęsny wzwód, celujący jej w okolice mostka, bo niższa była.

Oczywiście uśmiechałem się nie do sympatycznej, starszej pani tylko do jej towarzyszki. Na oko 25-27 lat, śliczna jak ruska bajka, wszystko na miejscu, na pewno inteligentna, chciałem z miejsca klękać i się oświadczać gdyż po pięciu godzinach snu, byłem jeszcze krzynkę pijany.

- Panie wejdą, herbaty naparzę. Albo nie, mam lepszy pomysł. Panie pójdą pochodzić po innych mieszkaniach a ja proszę o 10 minut. Się trochę ogarnę i zapraszam, herbatę mam i inne rzeczy, - zapodaję, nie spuszczając wzroku z tej młodej. Aż się zarumieniła. Kiedy ostatnio widzieliście jak się dziewczyna płoni? Bo ja jakoś dawno. Z drugiej strony ja jej się nie dziwię, bo od 15 sekund wzwodem celowałem w jej mostek. Oczywiście nieświadomy tego faktu.
Wycofały się, również nie spuszczając ze mnie wzroku, ja się cały czas uśmiechałem, w tych gaciach, pręgi gasły na ciele, wzwód poranny znikał, ale jakoś niechętnie. Dobrze, że mi się kij bejsbolowy nie przewrócił, wtedy trzymałem go opartego o szafkę na buty, tuż przy drzwiach. Bo jakby się zaczął turlać w kierunku progu, zabiłyby się na schodach i miałbym grzech śmiertelny.

Poszły i już nigdy więcej nie wróciły a przede mną zatrzasnęły się bramy raju. Czasami siedzę w starym fotelu i zastanawiam się, jakby się potoczyło moje życie gdybym poprzedniego dnia nie był jednak na imprezie, otworzył im trzeźwy i ubrany, wpuścił do domu (wiecie, ta młoda była naprawdę śliczna) i zaczął rozmawiać.
Tak, mam wrażenie, że znowu gdzieś coś spierdoliłem i przegapiłem okazję zdobycia klucza do wieczności. Trochę mi smutno.

piątek, 30 sierpnia 2013

Dobra, wszyscy dzisiaj tylko Polcon i Polcin więc ja może o czymś innym. W ubiegłą sobotę byłem na szkoleniu z pierwszej pomocy przedmedycznej. O, tej
I jeszcze jeden link, bezpośredni
Zaczęliśmy o 9:30, kończyć mieliśmy o 16:30-17:00 ale nawet nie zauważyliśmy kiedy zrobiła się 18:30. Część osób nie dotarła więc pracowaliśmy w grupie pięcioosobowej, dzięki czemu było kameralnie i bardzo aktywnie, bo przy fantomie musieliśmy się zmieniać częściej niż rzadziej.
Zagadnień omówiliśmy multum: ocena miejsca zdarzenia, środki ochrony osobistej, wstępna ocena poszkodowanego, resuscytacja krążeniowo-oddechowa u osoby dorosłej, dziecka i niemowlęcia, użycie automatycznego defibrylatora zewnętrznego, krwotok, uraz kręgosłupa, wstrząs, zawał, zadławienie, złamania, napad padaczkowy, oparzenia.
Przy czym nie tak, że siedzieliśmy a prowadzący snuł jakieś usypiające ćmoje-boje i gawędy z mchu i paproci. Nic z tych rzeczy. Jak o czymś mówił, to od razu pokazywał.
Dzięki temu, że pokazywał, wiem jaki jest algorytm postępowania w przypadku wypadku samochodowego i jak bezpiecznie wyciągnąć zioma z samochodu (ofc w sytuacji gdy silnik nie leży mu na kolanach). Wiem jak się ustawić do rękoczynu Haimlicha i dlaczego inaczej się go wykonuje w przypadku osób otyłych. Układanie wielkich ziomów w pozycji bocznej bezpiecznej jest łatwe jak się użyje dźwigni. Warto też wiedzieć jak przy nim kucnąć tak, że gdy po ocknięciu zechce ci jebnąć ze stresu przed całującym go pedałem, minimalizować skutki takiego zamachu. Nauczyłem się jak ściągać kask motocykliście i w jakich przypadkach nie jest to konieczne. Wiedzieliście, że defibrylator nie zawsze razi typa prądem oraz jest w stanie mówić wam, co macie robić? No i przekonałem się, że RKO jest dużo łatwiejsze, jak się wie, jaką przyjąć postawię nad osobą ratowaną a wręcz banalne i niemęczące, gdy ruch wyprowadzasz z dan tien (treningi tai-chi popłacają). No i najważniejsze - dobry ratownik to żywy ratownik, dlatego tak ważna jest ocena miejsca zdarzenia.
Oraz oczywiście wiele, wiele innych sztuczek i patentów, które pomagają pomagać innym, ze szczególnym uwzględnieniem nakreślenia sytuacji prawnej osoby niosącej pomoc oraz rozwianiem legend ulicznych o tym, jak to osoba ratowana, po akcji pozwała ratującego za to, że połamał jej żebra czy zniszczył ubranie. TO BZUDRA I SZKODLIWE PIERDOLENIE. Które może zniechęcać ludzi do działania. I należy z takim pierdoleniem walczyć.
Wracając. W moim przypadku sytuacja była o tyle specyficzna, że za młodego przebiegałem 10 lat w harcerstwie gdzie nauczyli mnie jak przy pomocy mchu, paproci i patyczka, nałożyć opaskę uciskową i opatrzyć ranę. Do tego w liceum biegałem w jakichś walkach o kolorowe odznaki OC (Obrona Cywilna, info dla młodszych), startowałem w zawodach i w zasadzie potrzebowałem przypomnienia i usystematyzowania wiedzy. Co nie oznacza, że jak się wybierzecie na ten kurs kompletnie zieloni, to niczego was tam nie nauczą. Nauczą. Moim zdaniem, bardzo skutecznie nauczą.
Pod koniec kursu wypełnialiśmy ankietę. I był tam punkt, w którym spytano się mnie, czy po tym kursie, niósłbym pomoc, gdyby wymagała tego sytuacja. Z czystym sumieniem zaznaczyłem 'zdecydowanie tak'. Nie dlatego, że nagle zostałem super wykwalifikowanym ratownikiem. Po prostu wiem co robić. To plus moje opanowanie w sytuacjach nietypowych (5 lat jako negocjator w akademiku robi swoje) pozwala mi twierdzić, że dopóki nie zemdleję na widok czyjejś krwi, będę wiedział co robić i to zrobię. Tej myśli się trzymam.
Polecam wszystkim z serca, z duszy. Jeżeli chłopaki i dziewczyny będą kontynuować zbożne dzieło, mam zamiar sobie wiedzę odświeżać przynajmniej raz do roku. I wam polecam.
A teraz widzę wszystkich moich czytelników z Warszawy i okolic jak się ustawiają w kolejce na zajęcia. Odmaszerować. 

czwartek, 29 sierpnia 2013

Jest nowy Book Rage
Znaczy nie tak, że przyszli młodzi, rozjebali aktualnych, śmierdzących moczem i starymi ludźmi bukrejdżowców i zaczęli rządzić po swojemu, tylko chłopaki nowy pakiet wrzucili. Tajemnicą pozostaje dla mnie to, jak w ogóle dogadali się z Kresem, żeby cokolwiek gdziekolwiek, bo tak między nami, to gdybym go kiedyś nie spotkał w Paradoxie, to bym nie uwierzył, że ten człowiek istnieje naprawdę. Powaga, na konwenty zacząłem uczęszczać chwilę po tym, jak on skończył i w zasadzie to tyle, co do jego realności. O Nordconie mówię, nie mam pojęcia, czy jeździł na inne, bo w zasadzie Nordcon wystarcza za wszystkie. O czym to ja...
A, no i znowu jest akcja taka, żebyście dali piątaka. A właściwie to więcej, bo przy pierwszym bukrejdżu, gdy napisałem tekst o PKP i piątaku, nawiązał się jakiś moronita, który zaczął popuszczać po nogawicach i wykrzykiwać 'przebóg, juści azaliż, bezmyślne pachołki cebulowe, jak tylko usłyszą, że piątak będzie dosyć, to wrzucą do sakiewki chędożonego piątaka i chuj z tego wszystkiego, szanowny panie, będzie, sic, mać jej gamratka, acan!'. A ja to wiecie, wrażliwy jestem na krytykę i złe słowo, więc sami rozumiecie, że nie chcę mieć znowu przeprawy z podobnymi mu pół i ćwierćgłówkami.
Dlatego nie piątaka, tylko pięć dych, artyści głodują. 
Dla zagubionych, zamyślonych oraz śpiących, podaję linka bezpośredniego, żebyście się nie musieli błąkać po fanpejdżu i pytać 'gdzie jest Jasiek', bo to głupie.
http://bookrage.org/
I jak już tam wejdziecie, to celujcie w duże pole z napisem 'Kup'. Tak, wiem, brzmi trochę niefortunnie i kojarzy się z wychodkiem.
Jak już, nie przejmując się zapachem, wcelujecie w pole, wpisujecie cenę. Sugeruję wyższą niż aktualna średnia, bo wtedy dostaniecie dwie dodatkowe książki. To razem siedem. No to sobie policzcie ile jest dla was warte siedem książek i nie ściemniajcie. A książki dodatkowe są fajne, bo drugi Kres i Ania Brzezińska, która pisze ładnie i mądrze oraz jest sympatyczna i fajna więc wiecie, głupio by było osobom fajnym i sympatycznym jakieś obierki rzucać.
Ponieważ mam zmysł, to się domyślam o co możecie się zechcieć zapytać. 'A gdzie reszta Kresa, ziom? Chcesz mnie orżnąć na kasie?'. Autorzy mówią, że reszta Kresa będzie w kolejnych pakietach.
Cieszę się, że mogłem pomóc. A teraz idźcie i kupujcie.  

14:57, radkowiecki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dzień jasny, chociaż późno, słońce świeci z góry. Niebo błękitne, żadnej nie ma na nim chmury. To jakby ktoś chciał coś poopowiadać o niedostatecznej widoczności albo złych warunkach drogowych.
Jadę wczoraj wzdłuż Wisłostrady, włączam się do ruchu w Górnośląską. W tle widzę zamiąch przy Czerniakowskiej, jedni się próbują wbić w Górnośląską, inni coś głupieją, jadę przed siebie równym tempem, dojeżdżam do Czerniakowskiej, mam 3-4 metry do zbiegu ulic gdy nagle jeb, zza pleców wyskakuje mi debil na lubelskich blachach, prawoskręt na pełnej kurwie i pociął w Czerniakowską.

To co mi pociekło po nogawicach to był na szczęście pot gdyż gość wygrał moją prywatną nagrodę zbliżeniową - tak blisko mnie jeszcze nikt nie zajechał. Nikt i nigdy. To była naprawdę kwestia kilku centymetrów, bo o tyle jego tylny błotnik minął moje przednie koło.
Pan nie wiedział dwóch rzeczy - nigdzie mi się nie spieszyło, bo to był relaks po posiłku oraz tego, że wzdłuż Czerniakowskiej są nieprzyjemne, wysokie progi zwalniające. Postanowiłem gościa pouczyć.

Ruszyłem w pościg.

Zrównałem się z ziomem, obciąłem tylne siedzenie, czy nie wiezie dzieci albo starej (bywam niedobry ale jechanie typa w obecności progenitury to wyjątkowo parszywy numer) i rozpocząłem dialog.
- Co żeś kurwa zrobił? (polszczyzna taka sobie ale strzał adrenalinowy sparaliżował mi częściowo mózg, język i policzki)
- Ale o co chodzi?
Dialog się w tym momencie zakończył.

Tutaj słowo wyjaśnienia. Polscy kierowcy nie mają zwyczaju przepraszania za niebezpieczne manewry. Zamiast tego wolą rżnąć głupa albo stosować uderzenie wyprzedzające, które zazwyczaj polega na tekście 'jak chuju jeździsz' albo 'co TY odpierdalasz'. Działa to na mnie jak płachta na byka. Na czym to ja skończyłem. Aha.

- O to chodzi, że jak nie wiesz o co chodzi, to co chuju robisz za kierownicą.

I dalej w podobnej estetyce monologowałem gdyż pan zobaczył ogień szaleństwa w moich oczach, przepalający szkła Ray Fanów i przytomnie zamknął twarz. Próbował uciekać przed psychicznie chorym ale wiecie, te progi. I z każdym kolejnym metrem, w którym mu towarzyszyłem, był coraz mniejszy, coraz bardziej przestraszony i coraz rzadziej patrzył na drogę, a coraz częściej w bok. Nie mój. Gdyby się zatrzymał i próbował coś robić, prawdopodobnie miałbym postawione zarzuty. Dojechałem do Alei Stanka, pożegnałem się z chujem staropolskim fakiem i oddaliłem się przez park w kierunku Rozbratu gdzie zacząłem się trząść, dostałem silnych dreszczy i zmarzłem w temperaturze +20 stopni.

Jestem na siebie wkurzony tylko z jednego powodu. Że mu nie upierdoliłem lusterka.

Jako rowerzysta, jestem najsłabszym użytkownikiem drogi. Uderzenia boczne należą do najbardziej niebezpiecznych. Robiąc taki ryzykowny prawoskręt, zyskujecie jako kierowca, sekundę. Czy ktoś z kierowców mi wytłumaczy dlaczego tak chujowo zagrywacie? 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24