To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 29 maja 2014

Kurwa, całe życie na przypale, i nie mówię o sytuacji, w której, kompletnie spalony, chciałem iść i podrywać policjantkę interweniującą w lokalu, bo wiecie, koński ogon jej tak doskonale wypływał spod policyjnej bejsbolówki, że się od strzała zakochałem. O tym kiedy indziej.

Wczorajszy dzień był długi pracowo i owocny w doskonałe spotkania towarzyskie, w związku z czym skończył się lekko po północy. Zebrałem mandżur do kupy, odziałem się w zrobioną z pajęczej nici, nieprzemakalną kurtkę National Geographic (nie śmiejmy się już z tej nieprzemakalności), wsiadłem na rower i, z twarzą miecioną wiatrem[1] i deszczem, ruszyłem w drogę trasą, której nie lubię ale była najkrótsza, to co będę wydziwiał.
Przejechałem do Gdańskiego, rower na dół, ścieżka po moście, Dom Marstenów[2], zapachy śpiących, być może lekko zaniepokojonych zwierząt, rondo, wykurwiam na ścieżkę i szczęk klamek od hamulców. W trawie leży tobół, który wygląda mi na człowieka. No to się zatrzymałem, wprowadziłem rower w bagnisko, stopka i inwestyguje. Tobół okazał się być całkiem sympatyczną, półnagą…

Nie, to inna fantazja.
Tobół okazał się być kompletnie porobionym młodym człowiekiem. No to przypomniałem sobie wszystkie zalecenia z kursu pierwszej pomocy, dobry ratownik to bezpieczny ratownik, podchodzę do typa od głowy strony, kucam, lekko potrząsam i się pytam ‘ziom, nakurwili ci, czy po prostu przedawkowałeś preparat?’. Młodzieniec martwą podnosi powiekę i rzecze rzecz następującą ‘a bebebebegugu, buergh, aaaarghhhh…’. Nie, no tak to my się nie dogadamy.
-Żyjesz, kurwa, ziom?
W wyniku uporczywego potrząsania, gość się w końcu lekko skoncentrował i mówi, że ogólnie jest wporzo, a zwracam wam uwagę, że mrok, ziąb, chujnia, sukinkot, do tego mokry, pizga złem, deszcz kropi i ogólnie jest jakieś 7 cencjuszów[3] na plusie a gość sobie leży w środku trawy, zupełnie jakby był na plaży.
Pytam się typa, czy w ogóle ogarnia sytuację i czy wie gdzie jest.
Wtedy trafia mnie jego pierwszy wymiot. No dobra, prawie trafia. Przy czym był na tyle przytomny, że przed womitem ukląkł i nie musiałem mu wydłubywać z ust kawałków kabanosa, żeby wiecie, podjąć akcję resuscytacyjną, a bym mógł, bo w pudełeczku z okienkiem, prezencie od Agaty, wożę taką specjalną maskę do sztucznego oddychania.
-Ty, młody. Nie rób wsi, weź wstań, może jeszcze się załapiesz na ostatni tramwaj do domu, kilka zjeżdża na zajezdnię. A tak w ogóle gdzie mieszkasz.
Podał adres, który mi kołatał, że po sąsiedzku[4].

-Chodź typie, odprowadzę cię do tramwaju.
-Nie, nie trzeba. Dzięki, że się zatrzymałeś, jesteś dobrym człowiekiem.
-Idź na chuj z dobrym człowiekiem, jak tu zostaniesz w trawie, to najniższym wymiarem kary będzie zapalenie płuc. A w chwilę po tym, jak je złapiesz, ktoś ci skroi kabonę i te zajebiste słuchawki, co to je masz na uszach, a jak będzie miał fantazję, to jeszcze kilka kopów na ryj obskoczysz. Dasz radę przenieść się na ławkę na przystanku? Przynajmniej w bagnie nie będziesz leżał.
Wstał.
Niektórzy z nas znają z autopsji, inni widzieli, jeszcze inni słyszeli: ten charakterystyczny dźwig pijacki, co to wstajesz, po sekundzie zaczyna ci się w głowie kręcić i nagle, nie wiedząc po ki chuj, zaczynasz biec do tyłu niezbornymi krokami, oczywiście z zamiarem, by nagle ruszyć do przodu. Co nigdy nie następuje, bo wypierdalasz się na potylicę. Miał szczęście i trafił w trawę. Po czym się złożył i znowu zaczął wymiotować.
Korzystając z chwilowej niemocy birbanta, zacząłem lustrować teren wzrokiem. Następnie zaryzykowałem pozostawienie Roweru i udałem się na zwiad bojem, bo stwierdziłem, że jak mu znajdę ławkę, to przynajmniej nie będzie leżał na mokrej Matce Ziemi.
Skracając pierwszą część historii, powiem tyle: udało mi się gościa podnieść, zupełnie zapominając że maczam sobie rękawiczki rowerowe w womicie, ławki nie znalazłem a na przystanku go zostawiać nie chciałem, więc zatargałem go pod drzewo, no na głowę mu deszcz nie będzie pizgać, ostrzegłem go przed losem Hendrixa, zastanowiłem się, popatrzyłem jak się uwala, następnie uwaliłem go w bocznej ustalonej zwanej bezpieczną i podjąłem decyzję. Spierdalam na chatę. No zrobiłem co mogłem, gość nie chce się ruszyć, niech ma przynajmniej baldachim z liści.
Na swoje wytłumaczenie mam tyle: przez te całe mecyje zrobiła się prawie pierwsza w nocy, brak ruchu spowodował u mnie przepiżdżenie na wylot i początki hipotermii, oraz uznałem, że w tej sytuacji zrobiłem wszystko, czego oczekuje ode mnie humanizm, humanitaryzm i matka Karma.
No bo, kurwa, nie wezwę do typa policji. Ziom na oko miał jakieś 25 lat i pierwsza wytrzeźwiałka w tym wieku, to jest jednak siara. Bo nie dość, że śpisz z jakimiś trwohydnymi zekami, to jeszcze pielęgniarze opierdolą cię z dóbr doczesnych, a jeżeli aktualnie to się nie zdarza, to szczerze przepraszam. Na karetkę się nie kwalifikuje, bo w trakcie wywiadu zeznał, że jest tylko po alkoholu, gdyż narkotyków nie poważa. Opcji strażaków miejskich nawet nie rozważałem, bo znacie moje podejście do tej cyrkowej formacji (sprawdzić czy nie eko patrol, bo ci akurat robią dobrą robotę).
Wsiadłem na rower i pocisnąłem na kwadrat. Wbitka pod gorący prysznic, puchaty podom, łóżko, serial, wszystko niby gra ale…
No gryzie mnie fakt, że zostawiłem typa pod drzewem, na tym wypizdunku. Przecież każdy wie, że we leave no man behind. Szybka rozkmina, wyrzuty sumienia, no kurwa, przecież nie zasnę z taką myślą.
-Dzień dobry, chciałem zamówić taksówkę, osiem minut, dziękuję. W siódmej minucie pod blok podjeżdża typ, schodzę z kocem pod pachą i od razu mu mówię: wie pan co, nie będę panu pierdolił, to dziwna akcja jest, prawdopodobnie trzeba będzie zwieźć do domu typa lekko usmoruchanego. Koc rozłożę, żeby panu nie ujebał skórzanej tapicerki, jakby chciał womitować, to mam potróją reklamówkę z Kerfa, pisze się pan na akcję?
-Wie pan, no raczej nie.
-Chuj, dzwoń pan zatem po kogoś, kto się zgodzi. Albo nie, podjedźmy na miejsce, obadam czy typ tam dalej leży, jak leży to go zholuję na ławkę na przystanku, w koc owinę i wtedy pan wezwie któregoś z pana kolegów.
Pojechaliśmy. I w minutę osiem byliśmy na miejscu.
Poszedłem po drzewo. Ziomka nie ma. Chuj, może nie ten grab to był. No żeby było krócej, powiem wam tak: styrałem hektar tego jebanego bagniska, a butki moje były coraz bardziej przemoczone i w błocie, o bracia i siostry moje. Po zbadaniu tego mini-parku, polazłem w osiedle. Po zbadaniu osiedla, stwierdziłem, że chyba typ się ogarnął i jednak coś ze sobą zrobił. Ostatni rzut oka na pobliskie ławki na przystankach i to by było na tyle. Wsiadłem w taksę, uspokoiłem obawy kierowcy, że jednak nikt mu nie będzie wymiotował na dywaniki z Tesco, zadysponowałem podjazd na stację i zawinszowałem sobie dwie Perły w nagrodę.
Uważam, że historia skończyła się umiarkowanym happy endem.
Dlaczego umiarkowanym? Myślę, że należało jednak wziąć gościa chwytem strażackim, przejść 20 metrów z nim na plecach i, niosąc w sumie na kolanach, grzbiecie i sercu jakieś 200 kg (no swoje ważę), umrzeć na serce, próbując wjebać go do taksówki. Zakładając, że którakolwiek chciałaby go zabrać. Po cichu liczę, że te 20 minut, które z nim spędziłem, otrzeźwiły go na tyle, że poleżał pod tym drzewem i stwierdził ‘kurwa, Rafał, co ty tu robisz pod tym ostrokrzewem, spierdalaj do domu’.
Nie opowiadam tej historii po to, żeby się chwalić, bo chwalić się nie ma czym, w dalszym ciągu uważam, że dałem dupy i trzeba to było rozegrać inaczej.
Po prostu chciałem ten kawałek zadedykować tym uczestnikom kultowego wątku na g+, którzy do tej pory wierzą, że lateksowe rękawiczki wożę po to, żeby wyjebywać bezdomnych z komunikacji miejskiej.

[1] Ludzie się mnie pytają, jakim to cudem, potrafię być w środku marca opalony. No więc jest tak, że jako dziecko wychowane na wsi, w trzy dni opalam się wiatrem. Fachowo się to chyba nazywa ‘ogorzała skóra’.
[2] Jest taki dom.
[3] Jako dziecko, długo nie potrafiłem prawidłowo wypowiedzieć tego dziwnego nazwiska.
[4] Co natychmiast po powrocie do domu sprawdziłem przy pomocy najzajebistszego łącza internetowego. Zadzwoniłem do Kai, która mi potwierdziła, że to w bok od święconego Wincentego. No jak jej nie kochać.



środa, 16 kwietnia 2014

Bieszczady, co to najlepiej w nie wyjechać jak życie nas wkurwia. Raz byłem. No, dwa. Pierwszy jeszcze w ogólniaku, na Polowej Zbiórce Harcerzy Starszych. A tak rozrywkowo, pojechałem ze dwie dekady później, na Sylwestra, do schroniska na Jaworzcu.

Z uwagi na fakt, że jak gdzieś się ruszę z grupą moich ziomów, to zachowujemy się jak najgorszy lumpenproletariat, ta wizyta nie mogła się jakoś bardzo różnić. I faktycznie, się nie różniła. Zjeżdżaliśmy się na raty, my drugiego dnia, dzięki czemu ominęła nas próba zagazowania schroniska przy pomocy paleniska w sali kominkowej, brutalne ataki na miejscowego celebrytana Rysia oraz próby podrywu pomocy kuchennej, niejakiej Ani. A, i awantura o lekko zakurzone sienniki. No dobra, na jednym czy dwóch wykryto ślady pawia.
Dość powiedzieć, że jak dobiliśmy na miejsce, większość pozostałych gości nas nienawidziła i jak się tak czasami zastanawiam, to sam bym nas znienawidził. Czas pobytu dzieliliśmy między spacery po górach...

Hahaha, ja się kiedyś sam wykończę ze śmiechu. Ja i góry. Ja, który na góry mówię pieszczotliwie kurwy. Ja, człowiek co prawda wyżyny ale płaskiej wyżyny. Ja, człowiek wody i lasu. Ja i spacery po górach...

No, więc te spacery po górach to i może ktoś z naszej ekipy uskuteczniał, my woleliśmy wódkę czystą wyborową pitą na obiekcie albo wino z kartonika pite pod sklepem. Tego dnia wybraliśmy sklep, w drodze do niego, pomogliśmy wypchnąć jakiś samochód z koleiny i on nas w podzięce obsypał od stóp do głów błotem i żwirem. Znaczy nie wiem czy ziomów ale mnie owszem, od stóp do głów. Dość powiedzieć, że jak już zeszliśmy pod ten sklep, to nie miałem ochoty na pomaganie bliźnim, bo jeden dobry uczynek, został już przykładnie i natychmiast ukarany.

Siedzimy pod sklepem, Major na stole, z którego zgarnął śnieg, Ryszard na wykuszu, parapecie tego sklepu, ja na ławce, a sklep, zważcie, to był taki klasyczny, gieesowski, wsiowy bunkier-blok. Beton, szare tynki, okratowane okno na całą ścianę, wąski korytarzyk na wejściu i pani Mariola czy też Jadwiga, niepodzielna królowa taniego wina i garmażu.

Ja, jak ten francuski piesek, piwo wziąłem. Ziomy wymyśliły, że wino marki wino z kartonika pite wprost, będzie najlepszym wyborem świata. No i tak siedzimy i pijemy. Major w futrzanej czapce uchance, ale takiej fest sobole, chociaż prawdopodobnie sztuczne, ja w czarnej bawełniance, w typie tych, w jakich duzi kolesie chodzą po spacerniaku, Rychu z gołą głową, bo Major mu zajebał uchankę. Wyglądaliśmy ubogo ale chędogo, konkretnie jak lekko pierdolnięci turyści ale gdybyśmy mieli waciaki, zupełnie nie różnilibyśmy się od miejscowych.
Ogólnie jest taki relaks, za który bogaci ludzie płacą 7k złotych od twarzy, a potem lądują w hotelu, w którym za jedną ścianą, przez dwa tygodnie wyje im półroczne dziecko, a za drugą, wyje im para, najwidoczniej na dwutygodniu miodowym. A myśmy mieli las, góry, połoniny, kawałek ławki do przycupnięcia, trochę alkoholu do osuszenia, paczkę fajek, zen wyjebane i relaks. Ale taki, że mało tam nie zemdlałem z rozkoszy. Tylko w dziczy możliwy jest taki relaks.

Nagle, zupełnie bez ostrzeżenia, podchodzi do nas smolarz i zagaja rozmowę. No to rozmawiajmy. Co pan tu robi, po co i kiedy pan tu przyjechał, no bez jaj, jaki pan, przejdźmy na ty, Mieczysław jestem albo jakoś tak. Gawędzimy w najlepsze gdy za naszymi plecami przemyka van, chyba nawet Kia Carnivale, próbuje wziąć zakręt i wpierdala się tylnym prawym kołem do rowu. Kierowca piłuje gaz, spod koła wydobywa się obłok plazmy, która powstała w wyniku tarcia o żwir, bo śnieg już się dawno stopił, ogólna kurzawa i nie dzieje się zupełnie nic.

Z samochodu wysypuje się grupa eleganckich, pięknych młodzieńców w kolorowych kostiumach narciarskich i zaczynają wypychać vana z rowu. Ale czy to dzień poprzedni był intensywny, czy się wycieńczyli już tego dnia na stoku (są w ogóle stoki narciarskie w Bieszczadach? Może zabłądzili?), no fakty są takie, że im nie szło.

Obraca się do mnie ten smolarz i mówi 'e, ty, byku, taki wielki jesteś, dlaczego im nie pomożesz'. Pamiętacie ten samochód, co mnie dwie godziny wcześniej zajebał żwirem po gałkach i błotem po klacie? No ale co będę typowi jaśnił. Podnoszę się, podchodzę do tego vana, bo on był całkiem blisko w tym rowie, retorycznie pytam 'pomóc', rozsuwam trochę eleganckich, pięknych młodzieńców w kolorowych kostiumach narciarskich, opieram się o tylny prawy słupek lewą, słabszą, ręką, popycham i samochód majestatycznie i totalnie w zwolnionym tempie, wyjeżdża z rowu.

Odprowadzany zdumionymi spojrzeniami eleganckich, pięknych młodzieńców w kolorowych kostiumach narciarskich, rzucam nonszalancko 'nie ma za co' i oddalam się w kierunku zachodzącego słońca i sklepu, bo zostało mi jeszcze najbidniej pół browara.

Kumple patrzą na mnie z półuśmiechami i minami dzieciątka Jezus i chyba nawet któryś się mnie zapytał jak to zrobiłem. Natomiast chuj z kumplami, znaczy kocham ich ale w tej narracji ważny jest pan smolarz. Gdyż patrzy na mnie i nic nie mówi a ja się zastanawiam, czy może przewiniłem jeżeli chodzi o bieszczadzki sawuarwiwr i on mnie zaraz zacznie workiem węgla drzewnego napierdalać w usto bolesne. Nic z tych rzeczy. On się w pewnym momencie odzywa słowami, które zabrzmiały w moich uszach niczym chóry anielskie, bo wiecie, zaimponować smolarzowi z Bieszczad to jest jednak coś.
'E, ty, byku. We dwóch, to byśmy, kurwa, lokomotywę przenieśli'.
A góry, milcząc, patrzyły na tę scenę mojego triumfu, lekko się uśmiechając.

wtorek, 08 kwietnia 2014

Normalnie jak u Douglasa Adamsa, przy zachowaniu proporcji – z tryptyku zrobił się pięcioksiąg w czterech częściach, bo jednak historia z sejfem okazała się nie być materiałem na oddzielną wrzutkę, więc dokleję ją tutaj i tym wpisem zakończę moje hilaryjne historie przeprowadzkowe.

Na dźwiganie sejfu pojechaliśmy przed robotą właściwą, z Czerniakowem i na kacu. Jak widzicie, byliśmy skazani na porażkę i porażki doznaliśmy, w pełnym tego słowa znaczeniu. Nasza robota polegała na przeniesieniu tego sejfu z piętra trzeciego na pierwsze albo drugie jakiejś instytucji państwowej. Na miejscu okazało się, że ten cholerny sejf stoi we wnęce, więc przy próbach wytargania go z tej wnęki, zmasakrowaliśmy wykładzinę do tego stopnia, że jakimś cudem nie narobiliśmy w niej dziur, ale się powyciągała poza odkształcenie elastyczne, więc pokój zastaliśmy niczym poldery, a zostawiliśmy na podobieństwo karpackich wierchów. Następnie okazało się, że jest nas tylko sześciu a powiem wam, że na przeprowadzce 85 kilo waży zupełnie inaczej, niż ten sam ciężar na siłowni. Do tego ten pieprzony sejf majtał się nam między nogami niczym opuszczone do kolan spodnie. No i oczywiście wszyscy się starali bardzo, ale im bardziej się staraliśmy, tym bardziej oszukiwaliśmy na masie i postawie, przez co kręgosłupy trzeszczały bardziej niż zwykle.

Dotargaliśmy grzmota do schodów i stwierdziliśmy, że podłożymy pasy i go po tych schodach powoli opuścimy, pasy jak gąsienice czołgowe, asekuracja sześcioosobowa i tarcie,  powinny załatwić sprawę. Ale czy to z powodu ogłupienia kacem, czy to dlatego, że Czerniaków promieniował swoiście, coś po dojechaniu na półpiętro przekombinowaliśmy, pas nie znalazł się tam, gdzie powinien i sejf zaczął się rozpędzać, budząc panikę i u nas, i u ludzi, którzy się na tych schodach znaleźli.

Jakim cudem go wyhamowaliśmy, nie mam pojęcia. Ale szkód, które na swojej drodze w dół, poczynił, nie dało się zamaskować. Na 2/3 długości schodów, każdy z nich został wyłupany w miejscu, w którym uderzał w niego ten cholerny sejf. I nawet by nie było sprawy, bo dość szybko się uwinęliśmy ze schowaniem tego lastrykowego gruzu, gdyby nie cieć, który przybiegł i zaczął się awanturować, że dewastacja. No miał rację ale niechże by dał spokój, my na tych schodach o życie walczyliśmy. Jak chłopcy czerniakowcy zaczęli słać w jego stronę chuje, zaczęło się robić niesympatycznie. Typ pobiegł gdzieś się skarżyć, my dostaliśmy rakietowego pędu, minuta osiem zawlekliśmy sejf na miejsce mu przeznaczone, wkopaliśmy go pod ścianę i dokonaliśmy pośpiesznej ewakuacji pod samochód.

Już na nowym obiekcie okazało się, że zostawiliśmy w tym ministerstwie czy innym chuju jeden pas. Michał obciążył nas zatem kosztami i z tej roboty wyniosłem połowę zakontraktowanego hajsu oraz siniaki na krzyż, od barku do połowy klatki piersiowej, w obie strony. Takimi samymi siniakami zakończyła się moja ostatnia praca u Michała. Ostatnia, jaką wykonaliśmy u niego kiedykolwiek.

Nad Wisłę przyjechał gość z wystawą, a właściwie bardziej czymś na kształt instalacji. Wystawiał się w Centrum Sztuki Współczesnej, w Zamku Ujazdowskim. Jego wystawa składała się z tajemniczej zawartości 50? 60 skrzyń. No i pierwszego dnia na robotę pojechała ta bardziej stała ekipa. Do akademika wrócili wieczorem, akurat siedziałem w Szlemiku, klubie naszym akademikowym, poszedłem na mocz, wchodzę do łazienki ręce umyć i widzę przed lustrem kolegę Orła, który wygląda jakby mu ktoś dyszlem wpierdol spuścił. Od barku do klatki piersiowej siniaki na szerokość pasa i ogólnie wygląda jakby nie był zbyt szczęśliwy. Okazało się, że robota spoko, skrzynie po 150-180 kg, zostało ich jeszcze kilkanaście i jak mam ochotę, to Michał szuka na następny dzień chętnych. Nie wyczułem zasadzki i byłem bardzo chętny. Kultura, kurwa. I sztuka. To dzięki nam wystawa powstanie. Trzeba iść, nosić. No i ekstra kasa, bo za te skrzynie płacone było lepiej. Ależ ja byłem naiwnym łosiem.

Bo widzicie, sztuka była wstrząsająca i ciężka. Poszukajcie w internecie: Antony Gormley, The European Field. No i on się w 1993 wystawiał w CSW, nazywało się toto po naszemu Pole i połowę tego pierdolonego Pola wniosłem na pierwsze piętro CSW na własnych plecach.
Ponieważ większość ludzi z akademika usłyszało na temat tych skrzyń trochę więcej ode mnie, na imprezę przyjechałem z moim przyjacielem, też Michałem i z Czerniakowem. Było nas albo 6 albo 8. Zrzuciliśmy pierwszą skrzynkę z jakiejś paki, masywna swołocz zbita z desek calowych, na podkładach chyba z szyn 180-tek, na pasy ją, kilka schodków przy bocznym wejściu i kyrie elejson, winda na wprost, więc się do niej pakujemy bez dania racji. Wyskakuje cieć (musiał się czaić, jebaniutki i nas oczekiwać) i w krzyk, że winda nie dla nas, bo uciąg ma taki mały, że nawet martwego szczura nie powiezie na pierwsze piętro, a co dopiero taką skrzynię.
Bo widzicie, w międzyczasie okazało się, że te skrzynie to może i ważą 150-180 kg. Ale, kurwa, mianowicie jako tara. Bo z zawartością to jakieś 250 w górę. Poszliśmy obejrzeć schody i nagle zrozumiałem, skąd siniaki i ogólna niechęć do kontynuowania pracy przez ekipę z wczoraj.

Skrzynie były ciężkie w chuj, schody strome jak drabina i wąskie jak poch..., prawda, więc wąskie były bardzo. Z tych powodów myśmy tam więcej siedzieli i odpoczywali niż pracowali, bo po każdej skrzyni, potrzebowaliśmy dwóch fajek i kwadransa leżenia, żeby dojść do siebie. Na klatce było wąsko, więc nie można się było ustawić fizjologicznie do dźwigania. I jak już się tam wklinowaliśmy to między skrzynią a ścianami zostawało tyle miejsca, żeby się tam zmieściły nasze nogi. Bo wiecie, dwa pasy wzdłuż ale i dwa pasy w poprzek, przez co pasami opasani, do ścian dobici, no porażka. Tak wiec te chujowo wyheblowane skrzynie, szarpały nam odzież roboczą, uda i krocza. Poobijane kolana i kostki dostawaliśmy w promocji z automatu. Do góry można było iść praktycznie wyłącznie na przeprostowanych nogach i do tego tak śmiesznie wysztywnionym, z kręgosłupem ustawionym bardzo nie za bardzo. No od pasa w dół było jedno wielkie ognisko bólu. Górą niewiele lepiej, bo pomimo grubego ubrania, pasy wciskały się nam tak głęboko w ciało, że po najdalej piątej skrzynce, wszyscy mieliśmy rozlane na barkach krwiaki i jeszcze więcej bólu. Dlaczego ja wtedy nie wstałem i nie wróciłem do akademika, nie wiem do tej pory.

Więc targaliśmy te skrzynie dość powoli a było ich coś około 25-30, jak nie więcej. W przerwach między targaniem, albo leżeliśmy i paliliśmy, albo zwiedzaliśmy obiekt. Bo widzicie, te skrzynie na bieżąco rozpakowywali jacyś studenci, ale lepsi widno od nas, bo dostali lekką robotę i nie musieli pizgać towaru, tylko rozstawiali wystawę. I oni byli jacyś powolni na ciele i uduchowieni na umyśle, gdyż często się robiły zatory, jak im za dużo i za szybko nanieśliśmy tej cegły. Wtedy zwiedzaliśmy obiekt, o czym nie opowiem, bo do tej pory się wstydzę swojego niewyrobienia kulturalnego i towarzyskiego – śmiałem się w głos z kustosza jednej z wystaw, który doznawał ekstazy przed obrazkami namazanymi długopisem na kartkach papieru w kratkę i przy płycie odtworzonej z adapteru. Przepraszam ale taka sztuka, to było dla mnie za dużo.

Dlaczego wspomniałem o cegłach. Otóż widzicie, myśmy gdzieś w połowie roboty, jedną z tych skrzyń, z frustracji i wkurwu, rozbili. Znaczy oderwaliśmy jej wieko i organoleptycznie sprawdziliśmy co tak właściwie targamy. Były to mocno uproszczone ludki, które skojarzyły mi się z postacią z Krzyku, ale nie Cravena tylko Muncha. Artysta brał rolkę szamotu czy też materiału, z którego robi się cegły, zgniatał w dłoniach, robiąc barczysty korpus i urabiając resztę ciała, przez co ludki wyglądały, każden jeden, jak Policjant Biblioteczny, takie moje skojarzenie. Następnie cegłoplastyk formował głowę, w głowie robił gwoździem dwie dziury na wzrok a na koniec przyciskał dół do stołu, uzyskując w ten sposób podstawkę i wrzucał tego koszmarka do pieca, do wypalenia. I on nawypalał tego 11 tysięcy sztuk, tak nam powiedziano. Jedenaście. Tysięcy. Pierdolonych. Ludzików. Z. Cegły.

Czy wy wiecie ile waży 11 tysięcy ludzików z cegły? Ja też nie wiem ale pewnie z 5-6 tysięcy kilo. Plus opakowanie. Nawet nie chce mi się już irytować na wspomnienie tego koszmaru. Tak czy inaczej, po rozpruciu jednej ze skrzyń, Czerniaków wziął te ludziki koszmarne pod but. I ani jednego nie byli w stanie upierdolić, nawet jak mu położyli głowę na krawężniku i rozpędzili glany. Nic nie pękło, nie wiem, może te ludki miały jeszcze do środka wpierdolony pręt zbrojeniowy, pojęcia nie mam. Nawet nie daliśmy rady tego materiału ukruszyć, bo przyznam się ze wstydem, że byłem tak wściekły, że też się na tych biednych figurynkach wyładowywałem.

A jak już nam przeszło, brocząc krwią z licznych ran, wnieśliśmy resztę skrzyń na górę i stwierdziliśmy, że sobie popatrzymy na ten kawałek, który dali radę ci lepsi studenci rozstawić. Oczywiście ja z kumplem, bo Czerniaków miał wyjebane na uniesienia ducha. I powiem wam, że się cieszę, że przyłożyłem, tfu, cegiełkę, do tej wystawy. Widzicie, oczy tych figurek były zrobione tak, że one się patrzyły w górę. Z perspektywy ich trzydziestocentymetrowej jaźni, patrzyły się więc prosto na mnie. I pomimo tego, że tej wystawy była może 1/5, pokręciłem się minutę, stwierdziłem, że te oczy robią bardzo mocne wrażenie, następnie poczułem się nieswojo i po kolejnej minucie, taktycznie stamtąd spierdoliłem, po to, by nigdy do CSW nie wrócić. NIGDY.

Przed akademikiem wydębiliśmy z kumplem od szefa zaliczkę, na konto naszej wypłaty, bo stwierdziliśmy że to trzeba opić, pożegnaliśmy się i to był ostatni raz, jak szefa Michała widzieliśmy na oczy.

Całej kasy za tę robotę, nigdy nie zobaczyłem.

A tutaj fotka, na pewno nie z 1993 z CSW ale możecie sami skojarzyć, jakie to było creepy.

 

piątek, 04 kwietnia 2014

Dzisiaj ostatnia część tryptyku przeprowadzkowego, bo chociaż było tego mnóstwo, ponad dwa lata przecież, to jakieś przykuwające uwagę akcje, działy się relatywnie rzadko. Ten konkretny przypadek był dość smutny jako taki, ale zakończył się wesołym, slapstickowym numerem, który rozśmieszył wszystkich, a najbardziej mnie.
Siedzimy w akademiku, gramy w karty, czy coś takiego, na dole, przy portierni, siwo nad głowami, bo szlugi znikają jak płonący australijski step, palone jeden od drugiego, normalnie słoma latem. W drzwiach staje Michał, znowu się bawi pagerem, widzi mnie (tak to pamiętam, zresztą nie liczą się detale) i mówi, że trzeba mu jeszcze dwóch ludzi na ekspresową przeprowadzkę. Lekko się zdziwiłem, bo godzina była 21 albo coś w podobie, pora mało przeprowadzkowa ale za to mocno wypoczynkowo-imprezowa. Zobaczył moją minę i stwierdził, że płaci ekstra, bo to ekspres i do tego w takiej godzinie, więc żebym się nie martwił, bo krzywdy miał nie będę. Uwierzyłem. Ależ byłem naiwnym łosiem.
Pobiegłem na górę, rozpytałem sublokatorów, pasowało im, w minutę osiem byliśmy w ordynku i pod parą przy portierni, paka, ale tym razem Michał jakiś egzotyczny wóz miał, coś a'la autobus zespawany ze Starem. No mówiłem, lekko szemrany typ, który wziął rodzący się polski kapitalizm za rogi i ujeżdżał go jak kowboj byka.
Dobiliśmy na miejsce, gdzieś na Raszyńską, drzwi otwiera nam mała, zahukana kobiecina, z dwójką bodaj dzieci przyczepionych do spódnicy, wita się i zaczyna pokazywać, co będziemy wynosić. Na komodzie widzę zdjęcia ze ślubnym ale ślubnego na orbicie nie ma. Podedukałem niczym Sherlock i wydedukałem, że pewnie kobieta ucieka po nocy od męża, ale wszystko sobie zorganizowała, więc spryt życiowy posiada i nie udaje się w noc, tak jak stoi, na poniewierkę, tylko się po prostu fachowo wynosi.
Z tego pokoju panowie łóżko i kredens, z tego szafę, stąd krzesła i stół, łóżka dziecięce a z piwniczki jakieś szpargały, obciążone najprawdopodobniej srogim bagażem emocjonalnym. No i, jak zawsze, kartony z ubraniami i utensyliami kuchennymi. Targamy ten mandżur jak pojebani, w tempie rakietowym, bo każdy oczami wyobraźni widzi wbijającego na kwadrat małżonka, który szybko ocenia rzeczy wyprawiające się na obiekcie, po czym zaczyna nas kopcić w usto bolesne, bez dania racji. Najprawdopodobniej łomem. No bo czterech typa czyści mu mieszkanie z mebli, ja bym się na jego miejscu wkurwił.
Zasuwaliśmy więc jak wujek samo zło, a jak wszyscy wiemy, gdy się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy. No i straciłem w pewnym momencie swoje unagi. Z kolegą Andrzejem złapaliśmy szafę, ja z przodu szafy, ale tyłem idę, bo wygodniej i szybciej gdy nagle, bez żadnego ostrzeżenia, ziemia rozstąpiła mi się pod nogami i poleciałem tak ze trzy metry, albo dwa i pół, wprost w otchłań piekielną. Dobrze, że zdążyłem wyciągnąć palce spod mebla, to mi ich nie zmiażdżyło a jeszcze lepiej, że jak mi jedna noga poleciała w dół, to druga nie została na górze. Wiecie o czym mówię. No i lecąc, nie zahaczyłem pyskiem o winkiel, bo bym już nie miał jednego własnego zęba.
Otóż nasz trzeci kolega, jak już powynosił krzesła i kartony, zaczął chyba patroszyć piwniczkę. A ona była dziurą w podłodze, z tego co pamiętam w kuchni. No i zapomniał zamknąć po sobie klapę. I jak łamaliśmy się z szafą na winklu, trafiłem idealnie w otwór. Jak bila do łuzy. Jak kula w serce. Jak siekiera w środek szczapy. Całe życie drugi a, kurwa, tym razem, wyjątkowo pierwszy.
Jak już się wygrzebałem z tych sentymentalnych gratów, słoików i fragmentów półek, okazało się, że ogólnie jestem cały ale ujebałem sobie nogę w kostce, żadne tam złamanie, ot, skręcenie czy zwichnięcie. A może tylko sobie coś tam ponaciągałem. Nie wiem, bo do lekarza nie doszedłem, altacet dobry na wszystko. Kumple wywlekli mnie z tej dziury, zaciągnęli do wozu i tam zostawili. A noga puchła.
Plus był taki, że resztę przeprowadzki spędziłem wpółleżąc w szoferce i paląc papierosy. No i najważniejsze, hajs się zgodził więc z tej perspektywy, krzywdy nie miałem.
Historia jest trochę pretekstowo bezsensowna ale ze stu przeprowadzek, tę zapamiętałem prawie najlepiej. Winą za to, obarczam spojrzenie tej pani. Spojrzenie ofiary. Smutne w chuj.


środa, 02 kwietnia 2014

Miałem odczekać chwilę ale wspomnienia pieprznęły we mnie z siłą osiemnastokołowca i jeszcze jedną historię wam sprzedam. O przeprowadzkach i temu, jak dzięki nim, zaobcowałem z kulturą, kurwa, i sztuką. O sztuce innym razem, bo muszę zrobić zdjęcia artefaktów, kultura dzisiaj.
Szef Michał podjechał pod akademik, zdzwonił nas z portierni, zeszliśmy na dół, popatrzyliśmy jak bawi się pagerem i oddzwania pilnie (pager w 1992 to był bajer, mówię wam), skończył oddzwaniać pilnie i oznajmił nam, że trzeba czterech czarnuchów, robota lekka, na pasach, zleceniodawca elegancki, nie palić w pomieszczeniach, nie pluć w doniczki, nie szczać popod ścianami i nie zostawiać śladów brudnych łap na blatach kuchennych.
Trochę się obruszyliśmy, bo byliśmy przodującą siłą tego kraju i, jako taka, wiedzieliśmy, że do zlewu się szcza po uprzednim wyjęciu z niego naczyń, w związku z czym tłumaczenie nam sawuar wiwru jest niepotrzebne i nadmiarowe. Foszek minął szybko, sformowaliśmy grupę i pomknęliśmy na obiekt, który był za winklem, bo w takiej fajnej, okrągłej willi na Dąbrowskiego. W środku powitała nas kobieta z gatunku takich, co to się je widzi w eleganckich filmach, eleganckich wnętrzach, na eleganckich jachtach i plażach. No promieniowała elegancką, stuprocentową, dojrzałą czterdziestoleciem dojrzewania kobiecością. Jak nie przymierzając Catherine Deneuve. Oczywiście z miejsca się w niej zakochałem ale nic nie powiedziałem, bo z wrażenia zaniemówiłem. A ona patrzyła na nas, odzianych w te rozczłapane robocze buty, powyciągane dżinsy i sprane bluzy, i wyjątkowo nie dawała nam odczuć, że jesteśmy plebsem. Zakochałem się w niej jeszcze bardziej.
Pani ładna powiodła nas na pokoje, a każdy jak dwa kwadraty akademikowe, które przecież nie były takie małe. Rozglądamy się na boki i fachowym okiem oceniamy: kredens, kurwa, wielki i nieforemny, uszarpiemy się z nim jak skurwesyn. Szafa gdańska, trzydrzwiowa, mamy przejebane, stół ciężki, dębowy, jak się nóg nie da zdemontować, to chyba przez okno go będziemy wyjebywać, sofa w typie Kremlu, polegliśmy panowie i dlaczego tylko czterech nas jest, przecież umrzeć nam tu przyjdzie.
Obawy nasze były próżne gdyż ta pani przyszła do nas w tym futrze, i w tym futrze od nas wychodzi. Mieszkanie, wróć, willa była wynajęta z pełnym meblem, do przetargania mieliśmy tylko jeden gadżet.
Fortepian.
Z pianinem sprawa jest łatwa, jedną ręką łapie się za cyferblat, drugą za specjalne rączki na plecach pianina i się niesie, luksusowo wręcz a jak schody, to sobie można dać moralne wsparcie pasami. Tak dla pewności, bo zawsze istnieje ryzyko, że rączka na plecach się ujebie i pianino zjedzie po schodach na półpiętro, walcując po drodze pechowca idącego na przedzie. Z fortepianem sprawa ma się inaczej i byłem bardzo ciekaw jak się odbywają takie przenosiny. Potrzebne są następujące rzeczy: europaleta, cztery koce, pledy, derki, dwa pasy oraz taśma elastyczna do spinania rzeczy z innymi rzeczami. Fortepian kładzie się delikatnie na kocu rozesłanym na europalecie, bokiem. Mocuje się go do tej palety taśmą, uprzednio omotawszy kocami, pledami, derkami. Odkręca mu się nogi. Pod paletę pasy, z krzyża i do góry. Czterech to bardzo udobna liczba, gdyż w sześciu przy palecie można się co najwyżej wydusić. Demontaż w minutę osiem, do samochodu, paka i odjazd. Punkt docelowy: Zatoka Czerwonych Świń. Wyjaśniam osobom spoza Warszawy: rzeczona zatoka to osiedle zbudowane na zlecenie URM-u w latach osiemdziesiątych przy zbiegu alei Wilanowskiej i Królowej Marysieńki. Nazwa wzięła się stąd, że zamieszkiwało tam stado polityków PZPR-u (dla młodych: Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, to oni robili komunę i trzodę nad Wisłą). Dojechaliśmy, zdejmujemy ostrożnie tego Szopena na ziemię, pasy pod paletę, z krzyża hej rup! i poszli. Przy czym daleko nie uszli, bo w pewnym momencie kolega Wojtek, mój partner od pasa, stracił ciąg. Ale kompletnie i tak bardzo, że w krytycznym momencie, cały ciężar... Ale nie uprzedzajmy faktów.
Szliśmy po prostej i wszystko grało, doszliśmy do schodków, nasza para przodem pod górę, ja stoję na schodku czwartym, ostatnim, druga para przed pierwszym, każden jeden widzi i rozumie, że cały ciężar spoczywa w tym momencie na parze górnej. I właśnie wtedy Wojtek stracił moc, jak Samson bezwłosy normalnie. W wyniku czego, cały ciężar spoczął na mnie. Wycharczane przez ściśnięte gardło 'Wojtek, kurwa, nieś to', pozostało bez odzewu, gdyż wiecie, para zeszła i on by wtedy nawet martwego szczura nie dźwignął. Więc pas tylko na nim wisiał a ja przyjąłem na klatę cały fortepian.
I stała się rzecz, której nie doświadczyłem nigdy wcześniej i tylko raz później. Ciało przestało się mnie słuchać. Znaczy ja bardzo chciałem pozostać wyprostowany ale nie byłem w stanie, bo ciężar ciągnął mnie do ziemi. Kręgosłup i obręcz barkowa, trzeszczały niczym chrząszcze w chaszczach, mięśnie, po błyskawicznym spaleniu całego paliwa, przeszły w stan shutdownu, zacząłem cały dygotać i nagle, bez ostrzeżenia począłem się chylić ku upadkowi. Ideał sięgał bruku.
To zły stan jest, bo z jednej strony wszystko krzyczy 'a weź to stary jebnij w pizdu, to tylko fortepian i nie jest wart twojego zdrowia, i tak Michał będzie płacił za demolkę, bo robimy na czarno i chuja nam udowodni, nas tu nie było', a z drugiej ta głupia, męska ambicja (męska, bo kobiety chyba nie są tak pojebane, żeby wbrew sobie coś udowadniać światu i trzem ziomom), że nie, nie odpuszczę, utrzymam, choćbym miał tu zdechnąć. No i trzymałem, jak krasnoludy mahakamskie pod Brenną.
Powrót do rzeczywistości był brutalny - coś mi trzasnęło w kręgosłupie ale na szczęście ten właśnie moment wybrał sobie Wojtek na reboot. Weszliśmy na płaskie, zrzuciłem pas, upadłem na murek, zapaliłem szluga i zacząłem sobie masować plecy. A kilka pięter dalej, na szczęście z windą, zapadłem się w bialutką wykładzinę, która była taka puchata i stwierdziłem, że jak dorosnę, chcę być jak ta pani: bogaty i z taką wykładziną.
Ta historia nie ma większego sensu ale opowiedziałem ją po to, żebyście zrozumieli, że czasami nie mogę wam pomóc w przeprowadzce nie dlatego, że się w to bawiłem dwa lata. No kręgosłup mnie jebie. 

wtorek, 01 kwietnia 2014

I po raz kolejny wątek u znajomego (tym razem u Łukasza Najdera o przeprowadzkowych dresach) wzbudził we mnie wspomnienia, tym razem z czasów studenckich. Biegałem wtedy na przeprowadzki, do niejakiego Michała, lekko szemranego (tak wyglądał, no nie poradzę na skojarzenia) biznesmena warszawskiego, który wszedł w przewóz mebli i paczek oraz w odkurzacze przemysłowe. Te drugie obstawiali stali ludzie, w tym nasza koleżanka Honorata. Do dyspozycji był rzeczony odkurzacz, z typu takich, co to nie tylko brud, ale i wykładzinę wciągną do środka. Oraz Maluch, którym ekipy czyszczące śmigały na zlecenia, i którego najlepiej odpalało się na pych albo kulą, taką jaka występuje przy złamaniach.
Ja tam się do odkurzania nie pchałem, bo mimo tego, że robota lżejsza, to przy przeprowadzkach Michał lepiej płacił.

Czasem było tak, że na robocie cały skład był z akademika, a czasem zdarzało się nam pracować z sympatycznymi chłopcami z Czerniakowa, których nasz szef skądś znał i dawał im zarobić. Niestety, ci konkretni chłopcy o nieskomplikowanym sznycie dresowo-cwaniackim, uosabiali chujnię po całości, bo ani przesadni silni nie byli, ani fanatycznie robotni, a na dodatek robili sobie promocje. Chwali się im chociaż, że tylko jak przeprowadzaliśmy firmy, fantów z mieszkań prywatnych nie tykali.

W przerwach od pracy byli dość zabawni, szlugi sępili umiarkowanie, śmiesznie mówili, to im zawdzięczam zapoznanie się z przepiękną konstrukcją 'szybkolaskoróbka pigalakowa' i ogólnie byli na krótkie dystanse znośni, chociaż przez te promocje miałem o nich zdanie nie najlepsze. Jednakowoż pewnego dnia, wykazali się niespotykanym smakiem i gustem muzycznym, co wprawiło mnie w stupor, zadziwienie i wkurwienie, bo te płyty miały być moje. A było to tak.

Przeprowadzaliśmy dobrą przyjaciółkę szefa i zapowiedział nam, że robota ma być na błysk, żadnych obcierek, ujebanych tynków czy urwanych nóg od szafy, bo jak nie, to będzie przykrość. No to się postanowiliśmy przyłożyć. Entuzjazm nam nieco opadł jak zobaczyliśmy na parkingu, że dołącza Czerniaków ale ich też kieras poustawiał więc była szansa na to, że nie spierdolą. Dojechaliśmy na miejsce, drzwi nam otworzyła jakaś absolutna seksbomba, do tego wykształcona medycznie, więc zero zdziwień, że się z miejsca zakochałem ale nic nie powiedziałem, bo z wrażenia zaniemówiłem.

Zaczęliśmy targać mandżur, w tym czasie gospodyni z szefem siorbali małą czarną, robota szła sprawnie gdy nagle, zupełnie niespodziewanie, rzekłbym nawet WTEM, ta ładna i gładka pani, postanowiła nam pomóc. W króciutkich szortach była i w wydekoltowanej bluzce, tiszercie, topiku takim. Trochę ponosiła pudeł a potem się kilka razy schyliła i ilość wypadków na obiekcie skoczyła wykładniczo, bo pani ładna postanowiła tego dnia nie zakładać stanika. I wiecie, jak się podaje pudło na pakę a ona już schylona, żeby je odebrać, na tej pace mianowicie, to nie macie wyjścia, żeby jej w oczy prosto nie spojrzeć. No bez sensu, bo wszyscy zaczęli się snuć jak w pijanym, zakochanym widzie ale tempo za to wzrosło dwa razy bardziej niż wypadkowość. No i oczywiście zawody kogucików, kto więcej na raz uniesie, kto da radę trzy pudła, cztery pudła. Chuj, pięć pudeł, to piąte na kutasie wybalansowane. No szopki i jasełka, w których, przyznam się nie bez wstydu, brałem czynny udział, aczkolwiek bez udziału członka, w sensie balansu, bo to, że przejął za mnie myślenie, jest chyba dla wszystkich oczywiste.

No i jak już praca dobiegała końca, widzimy gospodynię jak niesie wielkie naręcze płyt winylowych. I do śmietnika zmierza. Zaprosiliśmy ją do naszej wesołej gromady, każdy szarpnął w jej kierunku papierosem i się pytamy, co planuje z tymi płytami robić. A ona na to, że wyrzucić chce. Tak szybko jej je wyrwaliśmy, że chyba złamaliśmy jej kilka paznokci. Niestety, płyty przejął Czerniaków i trzeba było targować, po targach odłożyli mi połowę i zaczęliśmy przebierać. I jak to u mnie w życiu bywa, mi przypadła kupka chujowsza. Niby przepatrywałem swoje płyty ale spode łba łypałem na to, co oni wybierają. I chuje mieli 100% trafień, wyszarpali wszystko, co chciałem, w wyniku czego przejrzenie sterty po nich, było czystą formalnością i przyniosło jakieś jedno, średnio udane trafienie.
No bo kto by pomyślał, że czerniakowscy dresiarze słuchają Rolling Stonesów, Davida Bowie i Ludwika van.

A na sam koniec, jakiś ormowiec zaczął z okna huczeć, że mu hałasujemy pod blokiem i tłuczemy klapą od paki. Chłopaki posłali mu kilka chujów prosto w czoło a potem, w ramach mściwego żartu, wnieśliśmy czyjegoś Malucha do wiaty śmietnikowej. Tak, na przeprowadzkach śmiechom i żartom nie było końca.
Kiedyś wam opowiem jak w pewnej instytucji państwowej, znosiliśmy z drugiego piętra półtonowy sejf. Ale to dopiero jak skończę zupę. 

środa, 19 marca 2014

Dokoła Pyrkonu zrobił się smród na fejsie i w mejnstrimie ale nie mam zamiaru o tym pisać, bo tak bardzo mi się nie chce, że żałujcie, że tego nie widzicie.
Wszystkich, którzy postanowili nie uskuteczniać prawicowego bojkotu imprezy i przyjeżdżają, chcę zaprosić. Nie, inaczej. Chcę poinformować a nie zaprosić (i zaraz wytłumaczę dlaczego), że mam prelekcję w ramach bloku naukowego.
Informuję a nie zapraszam z dwóch powodów. Po pierwsze prelekcję mam w niedzielę o 14:00 i się zastanawiam, czy wspomniałem o tym miłym ludziom, z którymi jadę na Pyrkon i będę próbował razem z nimi wrócić.
Drugi powód to tematyka - będę mówił o czytelnictwie. Trochę o sytuacji w prasie i magazynach, trochę o czytelnikach książek i ich zachowaniach i trochę o rynku książki w Polsce na przestrzeni ostatnich kilku lat. Więc dupy nie urywa, bo to jednak trochę analityczna herma.
Na razie moja prezentacja liczy 36 slajdów z szarymi słupkami, planuję jeszcze ze 20, w piątek będę płakał i wycinał, prawdopodobnie tam poumieramy z nudów.
Jednakowoż jak ktoś ma ochotę, to wbijajcie. Niedziela, 1400, reprezentuję na scenie w budynku 8. 

czwartek, 27 lutego 2014

No więc dzisiaj w drodze do pracy, w autobusie uwożącym mnie w stronę Mokotowa, zobaczyłem dziewczynę, która wyglądała prawie identycznie jak koleżanka moja, Hania. Prawie, bo włosy miała blond, reszta w stylu z tatusia zdarta skóra, jeden do jednego przeniesione, normalnie jakby Hani ktoś zdjął wycisk twarzy, napełnił go formą i przymocował do tej dziewczyny, że niby do kadłuba. I ja chciałem jej po prostu zrobić zdjęcie, żeby Hani pokazać, że patrz, taka podobna ale po pierwsze nie umiem siec fotek z partyzanta, a po drugie byliśmy oddaleni od siebie o metr dziesięć dystansu i nawet jakbym umiał tajniaczyć, to może bądźmy poważni.
Jechaliśmy tak, od czasu do czasu zerkając na siebie. I ona chyba widziała, a na pewno czuła, że coś mnie drąży jak robak, i że coś bym chciał albo zrobić, albo się zapytać ale ani ja nie zrobiłem ruchu, ani ona nie wykonała zachęty, prawdopodobnie przeczuwając, że w przypadku komunikacji miejskiej, zachęta w moim kierunku musiałaby być bardzo zachęcająca. Gdyż zaczepianie kobiet w komunikacji znajduję, w swoim przypadku, bardzo absurdalnym. Z dużym prawdopodobieństwem zaczęłyby krzyczeć albo uciekać i Kindełe w dłoni nic a nic by mi nie pomógł. Mówię jak jest, bo kiedyś kilka razy spróbowałem.
Zrezygnowałem zatem z kontaktu bojem i tylko od czasu do czasu zerkałem znad lektury, nie wierząc, że można być tak bardzo podobnym do kogoś innego, pomijając oczywiście blond włos. A w głowie miałem Wielką Pardubicką myśli o tym, jak sensownie rozpocząć dialog, który nie brzmiałby jak podryw kompletnego creepa.
'Cześć, czy myśmy się kiedyś nie spotkali' skreśliłem od razu, bo jakkolwiek czasami mi się zdarza mieć wrażenia, tak zdaję sobie sprawę z daremności takiego openingu.
'Cześć, bardzo mi przypominasz koleżankę'. So fuckin' what? A właściwie to bardziej się bałem, że ta piękna kobieta odpowie mi coś w stylu 'chuj mie to boli' i wtedy będę zdewastowany podwójnie.
Najsensowniejsza opcja 'Cześć Hania, co ty tu robisz, o przepraszam, pomyłka jakże zabawna' zjarała się po minucie czy dwóch, no bo przecież idiota po minucie czy dwóch by się zorientował, że to jednak nie jest jego znajoma.
Autobus nawijał kolejne kilometry na ośki, Wisła leniwie toczyła się wzdłuż trasy a ja myślałem, tylko nie bardzo mi kombinowanie wychodziło, bo zasnąłem o 1 w nocy a zbudziłem się o 6:40 więc sami rozumiecie. I nawet nie chciałem jej numeru.
Dlatego gdy ślina zaczęła mi kapać spomiędzy wpółotwartych ust, stwierdziłem, że Orbitowski się sam nie przeczyta, przestałem móżdżyć i oddałem się lekturze. Czego oczywiście bardzo szybko pożałowałem gdyż Szczęśliwa ziemia nie jest taką do końca szczęśliwą ziemią i czytelnika wbija piąchą w podłogę ale to zupełnie inna historia, którą opowiem jak tylko skończę lepić garnek.
Morał z tego jest taki: jak przychodzę na imprezę i od drzwi wołam 'nie uwierzycie, w stoosiemdziesiątce jechał ze mną typ, który wyglądał prawie tak samo jak Robert Downey Jr. (true story), to nie krzyczcie na mnie 'dlaczego nie zrobiłeś mu zdjęcia' albo 'dlaczego nie wziąłeś od niego numeru telefonu'. Właśnie dlatego. Nie mam pojęcia jak w takiej sytuacji zagaić.


wtorek, 11 lutego 2014

Wczoraj nie pisałem bo byłem chory, mam zwolnienie. Nowy bookrage, nowi autorzy, nowe możliwości. Ot, choćby możliwość skompletowania sobie cyklu Szererskiego w formie aliganckich e-booków, bo to oczywiste, że papier już dawno stoi na półce. Owszem, w tym tempie kompletacja zajmie chwilę ale przecież się nie pali, słyszałem, że lutowy Ragnarok się nie odbędzie wiec można się oddać zbieractwu.
Do tego Stefan Grabiński, zawsze na propsie, bo warto przypominać młodzieży, że kiedyś w Polsce był ktoś, kto pisał horrory a nie tylko Orbitowski i Orbitowski, który ciągnie garba pisarza fantastyki, i co gorsza, horrorów (nie czarujmy się, to w tym zjebanym kraju garb) i pewnie przez to nie dostał Paszportu Polsatu, chociaż Szczęśliwą ziemię uważam za książkę lepszą od Mordoru Szczerka ale głosu nie miałem więc siema. Poza tym ja nie o tym, tylko o Grabińskim, którego należy znać.
Wojciech Chmielarz, którego dwa poprzednie kryminały łyknąłem na szybkości, bo już nawet nie o to chodzi, że są swojskie, bo nasze i paterotyzm oraz te rzeczy, tylko chodzi o to, że to dobre kryminały. Szerlokowskie apokryfy to w tym sezonie must read gdyż wszyscy, zwłaszcza ostatnio, kochają Szerloka więc totalnie nie ma się co zastanawiać. Dodatkowo zwracam uwagę na tłumacza, Marcelego Szpaka, znanego poetę, prozaika, erudytę i człowieka wielkiej kultury, który obiecał, że kasy za bukrejdża nie wyda na nic pożytecznego i jest to idea, której warto przyklasnąć i wesprzeć, bo szlugi coraz droższe i bez przelewu Marceli może zacząć palić machorkę, a każdy kto palił machorkę wie, że to Gehenna i szatani. Do tego jest napisane, że Marceli zrobił tlumaczenie brawurowe i jak mi tak reklamują gościa, który przełożył Lęk i odraza w Las Vegas, to łapie mnie ciekawość.
Stawkę uzupełniają Rafał Dębski, którego nie znam ale się zapoznam i Krzysztof Boruń, którego znam i warto, żeby młodzież też poznała. Wszystko tradycyjnie za co łaska ale nie opłaca się być tanim ziomem albo laską i warto dać więcej, bo jak się da więcej niż średnia, to są bonusy w postaci dwóch ekstra książek, o których wspomniałem powyżej więc się nie będę powtarzał.
A teraz najpierw do kasy, a potem do lektury. Prosit!
Edyta mówi, że się nie liczy doklejanie po fakcie ale dokleję a następnym razem spróbuję zapamiętać, żeby to zrobić w trakcie pisania notki. Dobro, które reklamuję jest do kupienia na bookrage.org w licznych fikuśnych formatach typu mobi, pdf i epub.

piątek, 17 stycznia 2014

Opowiem wam o świni.
Jako dzieciak, wychowywałem się praktycznie na wsi. Ojciec Mieczysław zasmakował w żywocie plantatora oprawcy, sorry, uprawcy i do pewnego momentu, co roku raczył nas płodozmianem. Była jakaś złowoniaszcza fasolka. Były chyba ogórki i pomidory. Na pewno był len, podczas zbioru którego doznałem udaru i oparzeń na tyle ud (tak bardzo mi się to udało, że nie wiem). Były konopie, ale te legalne, przy których ujebaliśmy się jak nieludzie, i z których monetka była tak żartobliwa, że ja pierdolę. Mieliśmy również tytoń (nawlekaliście kiedyś tytoń na druty? to się nazywa brudna robota), buraki, jakieś zboża jare i ozime. Aż w końcu wzrok Ojca Mieczysława spoczął na malinach, i Ojciec stwierdził, że to jest dobre. Rozpoczęła się gehenna, bo uprawa malin to praca od kwietnia do października, wysładzana dobrobytem, bo za wszystkie prace polowe miałem płacone, dzięki czemu opływałem w dostatek oraz stałem się posiadaczem zajebistej wieży trzysegmentowej plus adapter, nazwy firmy nie pamiętam ale taka srebrna z wyjeżdżającą automatycznie szufladką na kasety oraz komputera osobistego Timex 2048. Rzecz jasna kasa pochodziła ze zrzutki, jaką czyniłem z Bratem. No dobra, nie oszukujmy się,  Rodzice też się dorzucali.
W jakąś pobrnąłem dygresję.
Jako dziecko, które dzieliło czas między miasto i wieś, trochę jestem z miasta a trochę ze wsi, dzięki czemu krowę wydoję, drzewa narąbię i w piecu napalę oraz nie zgubię się w Poznaniu i wiem, że do niektórych bram się nie wchodzi. Moja wsiowa egzystencja, pomijając pomoc w pracach polowych, była zajebista. Spałem na sianie, co jest chujowe, bo w sianie jest paździerz i kurz, które powodują obrzęk i swędzenie oraz skorek, który wchodzi do ucha i przegryza się przez bębenek (koszmar mojego dzieciństwa, taki skorek). Spałem pod grubą pierzyną, obok pieca, co zimą jest rzeczą tak absolutnie doskonałą, że o rany. Dziadek Bolesław siekierą wystrugał nam z desek pepeszki więc ganialiśmy z Młodym i ostrzeliwaliśmy z zasadzki faszystów. Z leszczyny powstawały świetne łuki i jeszcze lepsze rapiery, z którymi mam taką historię, że fechtowałem z Bratem, pociągnąłem go po palcach (gdyż leszczynowy rapier nie miał żadnej osłony na rękę, sama klinga na hardkorze), on się wkurzył, uruchomiłem manewr ucieczkowy, zblokowałem się na dyszlu, jedna noga została z tyłu, poczułem dziabnięcie i od tamtej pory mam w lewej łydce taki punkt, że jak się go naciśnie, natychmiast łapie mnie skurcz. To śmieszne.
Najmilej jednak wspominam trzy rzeczy. Młode ziemniaki i chłodnik pod orzechem, podpłomyki z blachy piecowej oraz świniobicia. Pierwsze jest oczywiste, owady nie lubią orzecha więc jest to strefa wolna od fruwającego badziewia. Koc, micha, kubki i o rany. Podpłomyków wyrobu Babci, byliśmy w stanie zjeść każdą wyprodukowaną ilość. Jakoś tak prosto się to odbywało, mąka, woda, sól, może soda ale się przy tej ostatniej nie upieram, zagnieść, uklepać małego placka i upiec go krótko z obu stron na blasze pieca. Jak do tego są jeszcze rydze z tej blachy, to naprawdę niewiele jest rzeczy od tego lepszych. Może idealizuję smaki dzieciństwa ale nie wydaje mi się, to jest naprawdę pycha.
No i świniobicie. Największe wydarzenie w obejściu. Oraz najlepsze dwie rzeczy pochodzące z martwego zwierzęcia: tak zwana świeżynka aka świeżyzna, i nie dajcie się nabrać reklamom w przydrożnych barach, bo świeżyzna, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi z jeszcze parującego osobnika. Oraz mózg. Mózg zabełtany z jajkiem na patelni to najlepsza rzecz, jaką ma w sobie zwierzak. To jest tak pyszne, że jakbym nie był poetycznym analfabetą, jebnąłbym poemat, odę albo sonet o smażonym mózgu. Ale nie umiem rymów i nie jebnę.
To było jedno z pierwszych świniobić zarejestrowanych przeze mnie. Jak było coś wcześniej, to nie pamiętam, to jedno wyryło mi się w mózgu i pamiętam je do dzisiaj a lat miałem ze sześć albo coś.
Cały poranek i przedpołudnie upłynęły rodzinie pod znakiem nerwowego wyczekiwania i drżenia, nie miałem pojęcia o co chodzi. Koło południa do obory weszło trzech oprawców: Ojciec, Wuj i Dziadek. Uzbrojeni jak jebani ninja. Noże, siekiery, tasaki, jeszcze więcej siekier, jakiś młot bojowy i dałbym sobie uciąć skórę z pięty, że Wujek upychał po kieszeniach shurikeny a za pasem przynajmniej jeden sierp (tak, do tej pory na ścianie w domu wisi wyrobiony sierp, którym się żęło w ogrójcu). Zamknęli się szczelnie w środku, bo wszyscy znamy te opowieści o świni, którą niedokładnie ogłuszono, po poderżnięciu gardła zwierzę się ocknęło, wyjebało drzwi od obory i pognało na podwórek, marnując dobrą krew do kaszanki. Bita trzoda ma się wykrwawić do wielkiej wannomiski a nie na trawę.
Dlatego świniobicie przebiegało zgodnie z zasadami bhp, chociaż powiem wam, że trwało tak długo, że byłem przekonany, że Trzech Oprawców robi z tą świnią zgoła inne rzeczy niż rzeź. Po półgodzinie, gęsto szpikowanej kurwątwojąmacią i okrzykami 'trzymaj tę kurwę', świnia kwiknęła po raz ostatni i zapadła krępująca cisza. A potem chlust i odgłosy ssania...
Wybaczcie, to skądinąd. Dzielni Oprawcy spuścili krew ze świni, wywlekli truchło na podwórko i rozpoczął się bardziej brutalny element kultury wiejskiej. Patroszenie. Nie miałem pojęcia, że w środku trzody mieści się tak dużo dziwnych rzeczy, młody byłem i wyobrażałem sobie, że całe zwierzę jest zrobione z mięsa a szynkę uzyskuję się z języków. Świnia została wypatroszone selektywnie, jelita trafiły do jednej wannomiski, podroby do drugiej. Nad pierwszą postawiono mnie i Młodego, dostaliśmy do ręki po garści witek wierzbowych i przykazanie, żeby odganiać muchy energicznie. Drugą wannomiskę zaczęły sprawiać kobiety. Staliśmy z Bratem spowici w gorący opar niewypróżnionych jelit i melancholijnie siekliśmy po tych jelitach witkami, gdyż przydzieloną pracę traktowaliśmy bardzo poważnie.
W tym samym czasie, Trzech Oprawców zbryzganych krwią, pastwiło się nad zwłokami. Patrzyłem z fascynacją jak przy pomocy jakiegoś wiechcia zmoczonego w denaturce, opalają świniaka. A potem zaleciał do mnie smród palonych włosów i zrozumiałem po co to. Jeszcze jakieś czary, kolejna abrakadabra gęsto szyta makabrą, zainteresowany przekazałem witki Bratu i podszedłem bliżej.
Wtedy padły ponadczasowe słowa Dziadka Bolesława, który na moje filozoficzne pytanie 'co dalej z tą świnią', odpowiedział tak:
Powiesimy ją za tylne nogi na jabłonce, sparzymy wrzątkiem, obskrobiemy tarką i świnia będzie jak panna młoda w białej sukience.
To wtedy zrozumiałem, że Dziadek Bolesław się nie pierdoli w tańcu i czas dorosnąć. Zostałem małym mężczyzną.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 24