To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 04 października 2013

Miałem nie ale nie strzymałem.
Kurwa jako przerywnik, przecinek, pauza, chwila na oddech oraz przerwa na zebranie myśli do dalszej dyskusji, jest słowem przepięknym i je kocham całym swoim małym, nikczemnym serduszkiem. Zbitka 'rw' nadaje jej takiej mocy, że ja pierdolę i nie dziwię się, że według badań amerykańskich naukowców, przeklinanie może łagodzić ból. Oczywiście nie przeklinanie po amerykańsku, no bo w ich fuck, dick, sod, up yours czy co tam sobie wymyślimy, brakuje pierdolnięcia. Według mnie, jeżeli przeklinanie ma łagodzić ból, należy to robić po polsku a jak ma ładnie brzmieć, po francusku. Przeklinanie po angielsku jest bez sensu.
Kurwa jako określenie osoby jest słowem słabym bo moim zdaniem, wydobywa z tego, w kogo je wycelowaliśmy, najgorsze cechy, nawet jeżeli ofiara jest ich pozbawiona. Dlatego w życiu nie nazwałem nikogo kurwą, bo to nie jest fajne i odradzam.
Oczywiście tym bardziej odradzam rzucaniem tym słowem w kierunku mistrzów ortalionu, bo w odniesieniu do mężczyzny, określenie 'ty kurwo' ma ładunek zbliżających się z prędkością lecącej w kierunku naszej szczęki pięści kłopotów, porównywalny z cwelem (jak to zdanie jest uroczo zjebane). Dlatego pamiętajcie, jak się kiedyś znajdziecie w sytuacji romantycznego tetatet z młodzieżą sportową, to 'z czym masz, kurwA, problem' jest w porządku i oznacza, że nie pękamy, chociaż i tak zbierzemy wpierdol, bo ich jest zawsze więcej, tych niehonorowych frajerów. Ale pamiętajcie, żeby to wymawiać wyraźnie, nawet jak usta i policzki drętwieją od adrenaliny. Poprawna artykulacja może być w tym przypadku naszym być albo nie być. Nie muszę wam bowiem tłumaczyć, że sportowiec słyszący 'z czym masz, kurwO, problem' będzie jakieś 1024 razy bardziej rozwścieczony. Bo go obraziłeś. Ciężko. A teraz biegnij jak nie biegłeś nigdy w życiu.
O tym, że niewinny w moich stronach rodzinnych frajer, w Warszawie zamienia się w obelgę przedostateczną, dowiedziałem się w warunkach kontrolowanych, jakoś tak na pierwszym roku, w akademiku więc obyło się bez przykrych następstw. W Krasnymstawie frajer to był ktoś, kto łatwo daje się nabierać albo zrobił zły interes, wymieniając zajebistą kolekcję angielskich, kolorowych 'królówek' na bardzo popularny polski bloczek ze sportowcami czy olimpiadą pokoju. Nie wiem jak w innych regionach i rejonach kraju ale w Warszawie frajer, to proszenie się o trzy płaskie na klatę i poprawkę w wątrobę, i nie mówię tu o uderzeniach pięścią.
Ponownie, ciężar gatunkowy obelgi wziął się z więźnia i jak nie jesteś git, to jesteś frajer. A resztę narracji już znacie z poprzedniego odcinka.
Słowa frajer jako obelgi, przytomnie użyłem raz, bo mnie gość wkurwił. Jadę sobie ulicą wąską, z obu stron obstawioną poparkowanymi byle jak samochodami a z naprzeciwka leci młody i nerwowy środkiem. I to takim środkiem, że ja z rowerem, ni chuja się nie zmieszczę. Więc mu macham, żeby odbił w jego prawo a moje lewo a on do mnie 'pierdol się' z daleka krzyczy przez otwartą szybkę. No to się tak bardzo zirytowałem, że zamiast mu przez tą otwartą szybkę napluć na okulary, rzuciłem do niego 'pierdol się frajerze'. Jeszcze nigdy nie widziałem takiej reakcji, bo on naprawdę nie wiedział czy ma hamować, zawracać i mnie gonić, czy wykonać w pełnym biegu combat drop i zacząć mnie lutować w usto bolesne. Wyglądał jakby chciał robić to wszystko na raz a wszystkie te uczucia malowały mu się na twarzy tak bardzo, że w pokera grać nie powinien. Na szczęście gabaryt dał mi immunitet i dowiedziałem się tylko, że jestem kurwą. Ponieważ wszystko odbyło się podczas mijanki i obaj byliśmy w ruchu, nie zdążyłem ujebać mu lusterka, czego do dzisiaj bardzo żałuję.
Na koniec zostawiłem sobie konfidenta i nie ukrywam, że powyższe bzdury napisałem tylko po to, żeby mieć pretekst by móc wam opowiedzieć jak kiedyś nim zostałem. Bo wiecie, konfident to taki ktoś, kto sprzedaje na policję. Nazywanie rycerzy szelestu konfidentami to pomysł zły tak bardzo, że nawet nie chce mi się zastanawiać co nas może po tym spotkać. Dlatego zachowajcie umiar i nazywajcie ich po prostu kutasami.
A konfidentem zostałem tak. Lat temu kilka wstecz, długi weekend majowy postanowiliśmy spędzić u rodziny ciotecznej mojego zioma. Rodzinę ma w Węgorzewie, pomysł się spodobał, pomknęliśmy. Któregoś dnia wylądowaliśmy na jakimś piwie w restauracji w centrum miasta, potem jakiś inny punkt gastronomiczny, ziom z żoną postanowił wrócić na kwadrat, ja posnułem się do Tawerny w porcie, bo liczyłem na jakąś rozrywkę. Dostałem jej aż nadto.
W Tawernie wiało lekko chujem dlatego postanowiłem spożyć jedno, góra dwa i wracać do domu. Siedzę przed knajpą, dosiada się jakiś ziom, zaczynamy rozmawiać nie pamiętam o czym bo to było kilka lat temu i tak płynie wieczór. Ludzi coraz więcej, tłum gęstnieje, gwar rośnie a dym wisi w powietrzu. Nagle do mojego stolika podbija jakieś dresiwo i mówi do mnie 'ty jesteś konfident policyjny'. Patrzę na niego z miną Dzieciątka Jezus i się pytam grzecznie 'co ty, chłopaku, pierdolisz'. 'KONFIDENTEM JESTEŚ I SPRZEDAJESZ NA PSY'. No kurwa, myślę, sprawa poważna bo gość pojebany.
I wtedy popełniłem bardzo poważny błąd, bo trzeba było wstać, wziąć krzesło i mu jebnąć. Byłbym usprawiedliwiony, bo takiej obelgi nie puszcza się płazem. Problem polegał na tym, że ja jeszcze wtedy tego nie wiedziałem i dla mnie określenie konfident było tak bardzo śmieszne, bo przecież idiotyczne. Dlatego zamiast wdać się z gościem w lekką awanturkę towarzyską, pozostałem niewzruszony przy stoliku. A temu Cześkowi w to graj. Dosiadł się i odpytuje, skąd jesteś, kogo znasz i gdzie mieszkasz i takie tam. Zorientowałem się, że:
a) jestem już trochę pijany
b) ni chuja nie pamiętam jak się nazywa brat cioteczny kumpla, u którego mieszkam
c) dresiwo staje się natarczywe
d) kasa się kończy
d) a wieczór i tak mam spierdolony
Ergo, należy zastosować manewr ucieczkowy. Wstałem i wyszedłem. Sportowiec postanowił pójść za mną. Z Tawerny halsowałem bulwarem wzdłuż kanału a trzeba było inaczej, bo dogonił mnie po 100 metrach i dalej zapodaje ten swój monolog o konfidentach. Grzecznie go proszę, żeby się odpierdolił, na co on do mnie z takim tekstem 'czekaj, mendo, zaraz dostaniesz kosę' czy coś takiego, i zaczyna gmerać w kieszonce.
Ponieważ wierzę, że przed nożem skutecznie wręcz, to może się obronić Bruce Lee oraz gwiazdorzy filmowi w swoich filmach, zacząłem się rozglądać za przedłużeniem dłoni typu palik od drzewka albo znak drogowy, w ostateczności ławka. Znaku nie było, drzewa grube jak dęby a ławki, kurwa, wmurowane w ziemię. A gość dalej gmera w kieszonce. I pomimo tego, że nie byłem do końca pewien czy on przypadkiem nie gmera w poszukiwaniu penisa i chropawej, męskiej miłości, wybrałem wolność.
W stanie kompletnego przepalenia i intoksykacji wyciąłem taką dzidę, że wierzcie mi, Usain Bolt ze swoim rekordem na setkę, rozśmiesza mnie tylko. Biegłem tak szybko, że stopiłem sobie laczki. Biegłem tak szybko, że rozgrzałem się od tarcia. Biegłem tak szybko, że po 3 sekundach, zaczęły się pojawiać efekty relatywistyczne. Nikt nigdy nie biegł tak szybko jak ja. I pamiętałem, żeby się nie oglądać, bo szybciej biec już nie będę a chodnik wyjątkowo krzywy.
Opuszczałem to niegościnne miejsce, żegnany cichnącym 'czekaj ty kurwo'.


Tak, czytam komentarze. Tak, wiem czym to grozi. Ale warto, bo czasami trafi się coś ładnego. Tylko z pozoru jest to tekst prosty, by nie rzec prostacki. On jest bardzo ładny. Popatrzcie.

twoja matka cię przez całe życie okłamywała że cię piersią swą karmiła a prawda jest taka że to ojciec przejął inicjatywę

Po pierwsze trafiła mnie melodia frazy, ze szczególnym uwzględnieniem fragmentu 'piersią swą karmiła'. Nie 'karmiła cię piersią', nie 'swoją piersią' tylko piersią swą karmiła. To naprawdę ładne i świetnie brzmi.
Po drugie, popatrzcie jaki tu jest diss. Jasne, w towarzystwie oświeconych humanistów, nikt się nie będzie obrażał za to, że ktoś mu zarzuca homoseksualizm, do tego bierny (molestowanie sobie odpuśćmy, bo to śliski temat), bo za tekst 'ty pedale' już się od dawna nie obrażamy.
Ale już taki dres, za supozycję, że jest pedałem, urwie ci ryj. Teraz wkroczymy na chwilę na grunt bardzo grząski i niebezpieczny, zwłaszcza w usportowionych rejonach miasta stołecznego.
Cwel.
Normalny, biały człowiek gdzieś tam coś słyszał, jakieś więźnie tak mówią, nawet tak brzmi nieźle, krótko, węzłowato i trochę obraźliwie ale tak właściwie, to nie bardzo wiadomo dlaczego. Nazwanie sportowca cwelem to gwarantowane ciężkie obrażenia ciała, bo to u nich bardzo ciężki kaliber. Widzicie, oni wszyscy nasłuchali się od recydywy o więzieniu albo sami trochę pobębnili więc kojarzą od dziecka, że w więzieniu cwel znajduje się najniżej w hierarchii. Parias, kasta niedotykalnych. Pierwotnie jedno ze znaczeń tego słowa, obejmowało biernych homoseksualistów. A bierny to przecież, jak wszyscy wiedzą, taki co bierze do ryja i w dupę (wybaczcie mi, dużo jeżdżę komunikacją po Pradze i udaję, że słucham nuty a w rzeczywistości wsłuchuję się w prawdziwy głos ulicy). No i nikt z trójpaskowych nie chce być cwelem, oni chcą być prawilni a nie jakieś odpady.
Zbierzmy to wszystko razem: pedał, cwel - dwa ultraciężkie epitety, które są zaproszeniem do zajść krwawych i gwałtownych. Homoseksualizm, do tego bierny, branie do dzioba...
I komentarz z jutuba: matka, karmiła, pierś, ojciec przejął inicjatywę... czujecie schemat. No więc jak chcielibyście kiedyś odszczekiwać się sportowcowi, to nie używajcie słów na p czy c, tylko pojedźcie tą uliczną poezją. Jak się uprą, to i tak dostaniecie wpierdol. Ale przynajmniej z fasonem.
W przyszłym tygodniu omówimy kurwę, frajera i konfidenta.
Żartowałem, niech wam wystarczy, że na młodzież sportową nigdy nie mówimy ty kurwo, frajerze albo konfidencie, bo to zaproszenie do walca. Za bycie wyimaginowanym konfidentem, dresiwo zagroziło mi ożenieniem kosy (ta historia jest bardzo zabawna, nigdy w życiu tak szybko nie biegałem), za rzucone do kierowcy, który nie chciał mi zjechać na wąskiej ulicy na bok, 'pierdol się frajerze', prawie doszło do rękoczynów (uratował mnie gabaryt, bo gość był bardzo napalony oraz sam zaczął, ja się tylko odszczekiwałem) a za źle zrozumiane 'weź się, kurwa, odpierdol' (usłyszał 'kurwo' no i zrobiło się jeszcze nieprzyjemniej) była jakaś akcja z butelką ale nie pamiętam do końca, bo byłem krzynkę zestresowany (dawno temu się to działo i byłem młody i spięty). Więc wiecie, tylko kulturalne obelgi. No i bez patologii.
PS. Wybaczcie, jestem przeziębiony i mam gorączkę. Jak się po weekendzie nie przyznam do tego tekstu albo stwierdzę, że to było przejęcie konta i podszyw, podejdźcie do tego ze zrozumieniem.


PS. Ponieważ dzisiaj na fejsa wrzuciłem część drugą, która była na tyle długa, że totalnie pasuje mi do blogaska, wrzucam najpierw część pierwszą, a za chwilę drugą. Rozumiecie?