To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 26 października 2010

Znowu o potworach. Tym razem gorszych niż w Poza sezonem, bo tam była dzicz z jaskini a tutaj sąsiedzi z domu obok. W poprzedniej ksiażce Ketchum przewrócił mnie na ziemię po czym skopał, nasikał na twarz a na koniec zasadził klocka na mojej klatce piersiowej. W Dziewczynie z sąsiedztwa przykuł mnie kajdankami do krzesła, skierował ostre światło w moje oczy, po czym długim monologiem zbrukał moją nieśmiertelną duszę i zostawił mnie pobitego, zgwałconego i bezradnego ze spodniami zrolowanymi na kostkach.

Daruję sobie dalsze mało udane analogie, nie będę też zestawiał Dziewczyny z Poza sezonem, bo to co miałem do powiedzenia na temat tej ostatniej leży sobie tutaj i niekoniecznie mam ochotę ją wspominać (nie dałem rady przeczytać jej po raz drugi, poległem, zaczął mnie boleć żołądek, nie kupujcie jej, zamiast tego weźcie lepiej dziewczynę na kawę i ciastko).

Mając to w pamięci, do Dziewczyny z sąsiedztwa podchodziłem ostrożnie, z obawą, uzbrojony w pokłady dobrego humoru, raczej szczęśliwy i ogólnie zadowolony. Równie dobrze mogłem bronić się przed cięciem półtoraka tarczą z tektury. Pisarz z dziecinną łatwością mnie rozbroił a potem zniszczył mój spokój ducha. Dobrze, że podczas lektury nie wiedziałem, że książka oparta jest na prawdziwych wydarzeniach, bo poczułbym się jeszcze gorzej a tak, to tylko miałem komuś ochotę przykopać. W zasadzie miałem ochotę przykopać całej ludzkości, bo mi ją Ketchum obrzydził do cna. Aha, ponieważ Ketchum był dość wierny w szczegółach, artykuł z wiki jest jednym wielkim spojlerem. Jeżeli ktoś ma życzenie sięgnąć po książkę, to może sobie jego czytanie podarować.

W skrócie o fabule: wypadek samochodowy, dwie osierocone dziewczynki trafiają pod opiekę swojej krewnej (Ruth), która samotnie wychowuje kilku synów i ma do świata kilka uzasadnionych pretensji. Od samego początku starsza z dziewczynek (Meg) ma pod górkę, bo ciocia oprócz pretensji, ma również obluzowaną większość klepek. Karcenie Meg zacznie się od słów i szlabanu, by przez bicie, zakończyć się w piwnicy gdzie razem z nią, czytelnik przeżyje piekło na ziemi. Cieszę się, że podczas lektury wiedziałem co się z grubsza stanie[1], bo byłem w stanie choć minimalnie się przed Ketchumem bronić.

No dobra, ale o co tyle krzyku. Przecież na temat przemocy w stosunku do dzieci powstało mnóstwo filmów i książek, powinniśmy się z tym przynajmniej trochę oswoić (nie mylcie oswajania z uniewrażliwianiem) więc emo nie powinno czytelnikowi szybować pod sufit. Ketchum zrobił jednak kolejną przykrość i do zabawy w tortury wprzęgł synów Ruth i dzieciaki z sąsiedztwa. Tym razem krytyka pisząc o krzyżówce Goldinga z Barkerem, będzie miała 100% racji. Teoretycznie, znając Władcę Much, nie powinienem się specjalnie nawilżać przemocą w wykonaniu nieletnich ale ponownie się nie udało. Bo mamuśka Ruth jest psychiczna i to może ją od biedy jakoś tłumaczyć. Dzieciaki zą zwyczajnie złe i krzywdząc bądź obserwując krzywdzoną Meg, dobrze się bawią. Mają w sobie tyle człowieczeństwa co owady. Są najgorszym rodzajem potworów, bo na pierwszy i drugi rzut oka niczym się od nas nie różnią. Przez to trudno się przed nimi bronić. A jak być może pamiętacie, według mnie dla faceta bezsilność to jedno z najbardziej parszywych uczuć. I przez to ich maskowanie, nie wiesz kiedy potwór po ciebie przychodzi.

Pisząc o Ruth, Ketchum stworzył jedną z najbardziej, jeżeli nie najbardziej zwichrowaną psychicznie postać, o jakiej miałem nieprzyjemność czytać. Na początku jest to fajna babka, matka kumpli, która pozwala wypić u siebie piwo, nie donosi na ciebie do rodziców, czasem błyśnie spod sukienki piersią (niechcący) i w ogóle brakuje jej tej upierdliwości jaką obdarzeni są wszyscy nasi starzy. Potem zaczyna jej się lekko odklejać ale niektórzy mogą się jeszcze łudzić, że uda jej się to jakoś ogarnąć i zebrać do kupy. A potem Ruth puszcza się poręczy, zezwala dzieciom na coraz gorsze zabawy z Meg a sama wspina się na wyżyny kreatywności w wymyślaniu tortur, jakim podda dziewczynę i jej siostrę. Oszczędzę ich wam.

Tak czytam to, co napisałem i widzę jeden wielki chaos nad którym nie potrafię zapanować. Ciężko ubiera się myśli w słowa po traumie wywołanej lekturą, bo ksiażka okrutnie wali po głowie. Zło, które się z niej leje nie ma żadnego uzasadnienia, jest nieracjonalne, bo prowadzi tylko do eskalacji przemocy. W Poza sezonem polowanie było dla mięsa a okrucieństwo było dodatkiem do łowów. Tutaj katowanie Meg na początku ma być karą, nauczką. Od pewnego momentu jest tylko sadystycznym spektaklem, podczas którego cierpimy i mamy ochotę się do czegoś przytulić. Do czegoś a nie do kogoś, bo świadomość, że Ruth jest przedstawicielką tego samego rodzaju co my, skutecznie leczy nas z chęci przytulenia się do kogoś.

Gdy pisałem o Poza sezonem, moje zastanawianie się czy wam to polecać czy nie, było nieco kokieteryjne, bo od samego początku wiedziałem, że fuck yeah! koniecznie przeczytajcie, bo mocne. W przypadku Dziewczyny moje rozterki są jak najbardziej prawdziwe. Bo nie wiem czy mogę z czystym sumieniem powiedzieć: tak, przeczytajcie bo warto. Po pierwsze nie chcę, żeby ktokolwiek wziął mnie za zwyrola, który poleca ludziom dziwne pozycje. Po drugie tak się zastanawiam, czy jak ja podczas czytania cierpiałem za miliony, ma sens, żeby przez coś takiego przechodziły kolejne osoby. Żeby to chociaż fikcja literacka była, to może. A tak fakt, że to na motywach i podstawie, dodatkowo robi krzywdę. Więc może mam taką propozycję żebyście przed zakupem przeczytali kilka innych recenzji i sami zdecydowali, czy naprawdę chcecie sobie pogorszyć.

I na koniec dykteryjka, która może wam pomóc w podjęciu decyzji - w sekundę po tym, jak odłożyłem Dziewczynę z sąsiedztwa, sięgnąłem po Requiem dla snu[2] (dlaczego tego tytułu nie zmienili na okoliczność wydania książki to ja nie rozumiem). W porównaniu, Requiem zdało mi się pozycją przyjemną w czytaniu, opowiedziana historia była niemalże z opery mydlanej i nie widziałem większego problemu żeby wprowadzić tę pozycję do programu nauczania w klasach początkowych. Decydujcie sami. Do poczytania.

[1] W przedmowie Stephen King się rozluźnił i zaspojlował rozwój wydarzeń. Mam więc dodatkową sugestię, jeżeli chcecie czytać Dziewczynę, to przedmowę potraktujcie jako posłowie.
[2] Książka poniewiera człowiekiem w równym stopniu co film. A właściwie nawet bardziej.

 

czwartek, 14 października 2010

Dzisiaj będzie, jak na moje standardy, krótko gdyż rozkłada mnie przeziębienie i majaczę oraz halucynuję (jest takie słowo w ogóle?). Poruszone tematy są z tak odległych bajek, że nie mam właściwie pomysłu skąd pomysł, żeby je w jednej notce pożenić. To pewnie przez to halucynowanie.

Hanna Gronkiewicz-Walz, z pomocą swoich urzędniczych pretorianów, robi wszystko żeby przesadzić kierowców do komunikacji miejskiej czy też na rowery. Argumentacja jest taka, że jak się przesiądziesz, to nie będziesz kwitł w korkach. Albo jakoś tak, przyznam się wam, że czytałem to bardzo pobieżnie i niedokładnie gdyż, w przypadku ewidentnych głupot, bardzo szybko tracę koncentrację i zaczynam myśleć o Lindzie Evangeliście a nie o analizowanym tekście.

Metody ratusza to malowanie buspasów, utrudnianie życia kierowcom oraz zapowiedzi wybudowania barykad na wszystkich wjazdach do Centrum. Wszystko po to, żeby kierowców uszczęśliwić.
Wszyscy wiecie, że nie mam samochodu więc, zgodnie z logiką Prawdziwego Polaka, powinienem się cieszyć, że ktoś chce zrobić w poprzek tym patafianom za kierownicą. Przykro mi bardzo ale nie. Kompletnie nie jestem za tym żeby kierowcom cokolwiek utrudniać, bo jeszcze się tak zdarzy, że oni faktycznie zaczną się przesiadać do komunikacji zbiorowej. I wszyscy będziemy mieli przerąbane.

Dlaczego? Spróbujcie w porannym/popołudniowym szczycie wbić się do tramwaju czy metra[1]. A teraz wyobraźcie sobie, że jest tam o 20% więcej luda. Jestem więc za tym, żeby kierowcy zostali w samochodach. O przesiadce na rowery nie będę wspominał, bo to jest zbyt abstrakcyjno-zabawna koncepcja i na poważnym blogu społeczno-politycznym nie będę jej poruszał, bo trzeba mieć jakieś standardy[2].

Przejdźmy do drugiego tematu. W jednej z ostatnich notek użyłem jednego z moich ulubionych klasycznych cytatów. Chodzi o 'grube pliki tatusiów'. Szybki wtręt - powtórzyłem sobie Sposób w te wakacje i on jest jeszcze lepszy niż był gdy byłem młody. Fraza porywa, bohaterowie są znakomici a śmieszy tak, że dławiłem się raz na dziesięć stron (Jakie znasz tryby? Głównie zębate. No jak to może nie rozśmieszyć).

Pod wspomnianą notką, jeden z komentatorów zadał nietrywialne pytanie: 'Zastanawiałeś się kiedyś ile to jest półtora tatusia? Ja nie wiem, a szukałem...' Owszem, zastanawiałem się, mam mocnego kandydata ale nigdy nie doszedłem do wiążącej konkluzji. Wiążącej w tym znaczeniu, że ktoś żyjący w tamtych latach by mi to potwierdził. Przyjrzyjmy się sprawie dedukcyjnie.

Książka powstała w roku 1964 więc bohaterowie posługują się banknotami obowiązującymi w latach 1950-1978.
Na zakup sposobu mają 47,10 zł, komplet sposobów kosztuje trzech tatusiów.
Gdy chcą kupować na sztuki okazuje się, że Żwaczek kosztuje półtora tatusia. Ile to jest półtora tatusia?

Na pewno więcej niż 47,10 zł. Zerknijmy w banknoty, które są podejrzane o bycie tatusiem:
- 50 zł z rybakiem
- 100 zł z hutnikiem
- 500 zł z górnikiem
Górnika odrzucamy z góry, bo trzech tatusiów oznaczałoby w tym przypadku 1500 złotych. Żaden sposób nie mógł tyle kosztować, bo mówimy jednak o uczniowskich kieszeniach. Zostaje rybak i hutnik.
Trzech tatusiów rybaków oznaczałoby 150 złotych, półtora - 75. To tylko o 27,90 więcej niż mieli do dyspozycji nasi bohaterowie. W ich dramatycznej sytuacji raczej dozbieraliby brakujące trzy dyszki niż kupowali SPONĘ, bo przecież wszyscy pamiętamy, że profesor Misiak był zasadniczo najbardziej nieszkodliwym członkiem ciała gogicznego. Zostaje więc hutnik.

Półtora tatusia hutnika oznacza 150 złotych. Czyli brakuje stówki a pamiętamy również ilu poświęceń wymagało zgromadzenie oszałamiającej kwoty wyjściowej. Stówka jest dla chłopaków nie do przeskoczenia, biorą SPONAA. Za hutnikiem przemawia jeszcze jeden argument - nazwa tatuś skądś się musiała wziąć. Nie znam ówczesnych realiów i skojarzeń więc sobie roboczo założyłem, że nazwa jest związana z wyglądem patrona banknotu. Obadajmy:

50 złotych - rybak

100 złotych - hutnik

Nie ma bata żeby kolesia w damskim kapeluszu nazwali tatusiem. Tak więc półtora tatusia to 150 złotych. CBDU.

Dziękuję za udział w tym fascynującym procesie dedukcyjnym i do poczytania.

[1] Pomysł jazdy autobusem po tym zakorkowanym mieście odrzucam jako niezorganizowany. Chyba, że wsiadamy na takim przystanku, na którym są jeszcze wolne miejsca, można usiąść i poczytać albo się zdrzemnąć.
[2] Osoby chcące zarzucić mi potraktowanie tematu pobieżnie mogą się śmiało zrealizować w komentarzach. Albo pójść na spacer, z korzyścią dla zdrowia.