To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 29 października 2009

Some things'll never change. Not.

Weekend po zakupach upłynął mi na leczeniu udaru piwem, konwencie Awangarda, dzikiej imprezie i legendarnej wizycie w KFC przy Poleczki. Misja na poniedziałek - przed pracą zawieźć na obiekt zamówienie z Leroya żeby ekipa mogła odebrać rzeczy z transportu. Zajechałem na Prażkie, człapię ciężko z przystanku pod blok, chłopaki wychodzą z jakiegoś kombiacza i kogo moje piękne, umęczone oczy widzą? Jurku, Wojtku i nieznajomu mężczyznu.

RETROSPEKCJA

Jak pisałem wcześniej, spędziłem z Jurku długie godziny omawiając, analizując, spierając się i osiągając liczne konsensusy. W kilku spotkaniach uczestniczył Wojtku, który miał robić u mnie łazienkę i kuchnię. Dzięki tym spotkaniom wiedział dokładnie jak ma wszystko wyglądać, bo to z nim głównie toczyłem fachowe rozmowy z gatunku 'te rure pierdolniem pod płytkami a góre opierdolim małym sufitem podwieszanym'. To Wojtku namówił mnie na płytki na balkon i w ogóle miał kilka niezłych pomysłów.

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI

- Cześć panowie, szybko się tutaj zwijajmy z kwitami, bo do pracy muszę wracać a już... jestem... ciutkę... spóźniony... - mówiłem coraz wolniej, spoglądając nieufnie na Nowego.
- Cześć Radek, to jest Rafału, będzie robił ci łazienkę i kuchnię - nie wytrzymał nerwowo Jurku.
- Eeee... a co z Wojtku? - zainteresowałem się myśląc, że może coś się stało.
- Wojtku pierdoli i nie robi. Rafału nie pierdoli i robi - odparował Wojtku.
- No ale mam nadzieję, że będziecie pilnować czy Rafału dobrze robi i wytłumaczycie mu wszystkie moje koncepcje? - rzuciłem naiwnie w stronę dzielnej ekipy rem-bud.
- Spoko-Maroko, Rafału nie trzeba pilnować. Rafału jest twardy i nie pęka - odpysknął Wojtku.
- Ale wytłumaczycie mu wszystkie moje koncepcje, prawda? - w moim głosie zaczęły pobrzmiewać błagalne tony, za co natychmiast się znienawidziłem.
- Oczywiście - wkitrał się Jurku - Wszystko wytłumaczymy tak, że mucha nie siada.
- No to gitara. Rozumiem, że jak przyjmiecie transport, to macie co robić, nie muszę srać żarem i mogę się na luzie ustawić na kupowanie płytek w drugiej połowie tygodnia? - postanowiłem doprecyzować żeby uniknąć niepotrzebnych komplikacji.
- Spoko-loko-Maroko - ubarwił wypowiedź Jurku - Mamy roboty huk i w ogóle nie ma paraliżu. Ale fajnie jakby płytki były w tym tygodniu.
- Spoko-loko-Maroko-rokokoko - wbiłem w konwencję - Postaram się wybrać płytki, które będą do wzięcia od ręki albo najdalej na drugi dzień. Może być?
- No mamy w łazience trochę roboty więc myślę, że będzie akurat - uspokajająco powiedział Jurku, który po akcji z kartą rabatową z lekką obawą patrzył na moją poparzoną czaszkę i płaty skóry złażące mi z nosa.
- No to, panowie, ja robię rząd i idę stąd a wy macie tu klucze i idźcie dłubać - pożegnałem się z chłopakami i na skrzydłach euforii pomknąłem do pracy.

Spokój miałem do południa po czym zaczęły się nerwowe telefony.

- Radek, wiesz co, jednak jakbyś mógł kupić dziś te płytki na balkon, to by było fajnie, bo Rafału nie ma co robić - zatrzeszczał w tubusiku Jurku.
- Dżizaskurwajapierdolę - zmęłłem w ustach przekleństwo - jakie płytki, do chuja Wacława?
- No na balkon. Bo nie ma co robić. Rafału - doprecyzował Jurku.
- Dziś nie mogę, jutro kupię, może być? - postanowiłem nie nawiązywać do porannego wywiadu, w wyniku którego dowiedziałem się, że roboty jest od groma i przestoje nie grożą.
- No jak nie może być dzisiaj, to jutro - jebnął lekkiego foszka Jurku.
- No to będzie jutro, pod koniec dnia - z tymi słowami rozłączyłem się gdyż nie chciałem potęgować rosnącego wkurwu i wzmagać bulgotania kwasu żołądkowego.

Po pracy wróciłem do domu, padłem na kanapę, weekend zaczął ze mnie powoli wychodzić, miałem na wszystko wyjebane w związku z czym programowo ignorowałem wszystkie próby połączenia czynione przez zdesperowanego Jurku, który musiał płacić Rafału postojowe.

Nadszedł wtorek i od rana czułem w szpiku, że to będzie niedobry dzień. Tknięty przeczuciem zapakowałem do plecaka koszulkę na zmianę i wbiłem do fabryki. Od 10 zaczęły mnie atakować telefony, które tym razem postanowiłem odbierać.

- Ej, Radek. Co z tymi płytkami - to znowu Jurku
- Gówno - wyszeptałem bezgłośnie - Jak już wczoraj wspomniałem, będą pod koniec dnia.
- Ale my nie mamy co robić. Znaczy Rafału - Jurku załkał w słuchawkę.
- To może niech wam pomoże w salonie albo w sypialni. Płytki będą pod koniec dnia - nerw zaczął mi lekko puszczać.
- A kiedy będą płytki do łazienki? - Jurku nie ustawał w wysiłkach.
- Jak już powiedziałem, po płytki jedziemy w okolicach środy-czwartku więc pewnie będą w piątek - postanowiłem być twardy.
- No to Rafału przez ten czas nie będzie miał co robić - ton Jurku był coraz bardziej płaczliwy.
- Chuj mnie to obchodzi - ponownie wyszeptałem bezgłośnie, zaś do słuchawki rzekłem - Jurku, ale przecież mówiłeś, że Rafału ma robotę i nie ma paniki.
- No wiem ale wyszło inaczej - Jurku postanowił utwardzić swoje stanowisko w tych bezsensownych negocjacjach.
Postanowiłem pomóc Jurku w przydzielaniu pracy - No to może niech Rafału jakąś dziurę w podłodze wykuje pod rurki. Albo pod geberit. Albo niech się pomocuje z wywietrznikiem w kominie kuchennym. Cokolwiek.
- To wiesz co, poczekamy na te płytki ale żeby one w środę rano były - Jurku postawił twarde ultimatum i się pożegnał.
- Będą na pewno - odparłem ale nie wiem czy Jurku usłyszał, bo jak kończyliśmy rozmowę był wyraźnie poruszony.

Po zakończonej pracy ruszyłem na zakupy do Leroya w Arkadii. Dziarrrsko przekroczyłem progi sklepu a w głowie kołatała mi się taka myśl niesforna: 'zakup kilku metrów płytek na taras to przecież chwila nieuwagi, będzie dobrze'.

Ależ byłem naiwnym łosiem.

W sobotę kończy mi się umowa na internet w Piasecznie. W nowym mieszkaniu sieci na razie brak (tak, wiem, będę żył jak zwierzę ale postaram się jakoś sobie z tym poradzić) i nie wiem kiedy będzie. Dlatego wrzucę za chwilę kolejną notkę o kaflu i przez następne 2-3 tygodnie proszę mnie nie zaczepiać. Brak sieci. Pakowanie. Przeprowadzka. Chaos. Ci co przeżyli, wiedzą o czym mówię. Młodym, którzy nie wiedzą, zawczasu dobrze radzę - bez żartów, połajanek i szturchania, bo mogą polecieć pierwsze w historii mojej bytności w internetsach bany. Połączone z bardzo niekulturalnym zjebaniem w komciach.

W skrócie - przez następne 2-3 tygodnie będę niczym odbezpieczony granat. Zostaliście ostrzeżeni, reklamacje nie będą rozpatrywane. Za chwilę nowa notka.

Minęła pełna nerwowego wyczekiwania godzina. No dobra, może pół. Niech będzie, że trzy kwadranse. W tym czasie po sklepie nosiło mnie tak, że Wojtku, pod pozorem załatwiania jakiejś reklamacji, uciekł między regały. Co było z jego strony rozsądne. W momencie gdy oczy poczęła mi z wolna zasnuwać czerwona mgiełka szaleństwa i zacząłem wchodzić w stan 'berserker', tknęło mnie. To chyba wzmożony przypływ krwi do mózgu polepszył jego pracę. Wziąłem komórkę, nabiłem numer do Jurku i po uzyskaniu połączenia, wydusiłem do słuchawki:
- Jurku, gdzie jesteś. Bo tak tu czekam sobie. - popatrzcie, że nawet nie przeklinałem.
- Jestem na miejscu - odparował niezdetonowany Jurku.
- Gdzie konkretnie, bo jakoś ciebie nie widzę przy kasach - odrzekłem, czując już co się święci.
- A bo ja jestem przed wejściem - wyjąkał nerwowo Jurku.
- Ja stoję przed wejściem, przy kasach - wykrzyczałem umiarkowanie głośno, mając prawie stuprocentową pewność, co się stało.
- Nie widzę cię - Jurku jąkał się coraz bardziej.
- A w którym ty Leroyu właściwie jesteś? Bo my, tak jak wspólnie ustaliliśmy, w Alejach - postanowiłem sprawdzić swoje podejrzenia.
- W Arkadii. - wyszeptał przez ściśnięte gardło Jurku.

Przez następną minutę ludzie przy kasach byli świadkami dziwnego spektaklu. Łysy grubas z twarzą poczerwieniałą niczym przy apopleksji, miotał się z lewa na prawo i mówił słowa od których marynarze się rumienili, dorastające panienki mdlały a małe dzieci pytały rodziców 'mama, a co to jest szybkolaskoróbka pigalakowa'? Jak mi już przeszło, oddzwoniłem do Jurku, kazałem usiąść na jakiejś kawie i czekać na mnie. Wziąłem za oszewkę Wojtku, podjechałem z nim do metra, przedarłem się do Arkadii, odebrałem kartę rabatową i zdałem sobie sprawę, że dojechanie do Leroya w Alejach autobusem będzie trudne, bo nie mam pojęcia co tam jeździ. Zdałem się na instynkt.
Instynkt kazał mi wsiąść w jakąś pięćsetkę i wysiąść przy Ryżowej, którą kojarzyłem z mapki na stronie sklepu. Spojrzałem w prażące słońce, określiłem azymut i dawaj z buta. Wędrówka z buta zakończyła się po kilometrze gdy zacząłem słaniać się na nogach. Godzina 14, lato w apogeum, chociaż dopiero czerwiec, ponad trzydzieści gradusów i niebo błękitne, żadnej nie ma na nim chmury. Dziwnym nie jest, że się przegrzałem. Na szczęście panie w aptece poczęstowały mnie kubkiem zimnej wody, drugi wziąłem na drogę i tak szłem, kurwa, szedłem do Leroya. Aż w końcu udało mi się na opustoszałej ulicy złapać gościa, który podpowiedział mi jak dojechać do sklepu.
Dojechałem, zapłaciłem, wyszarpałem rabat po czym przestałem na środku pola, znowu w pełnym słońcu, kolejne 20 minut, bo autobus się spóźnił. Drogi do cywilizacji nie pamiętam, bo miałem coś na kształt udaru. O 17 doczołgałem się do Paradoxu, wypiłem kilka piw i zrobiło mi się błogo. Co prawda pierwszy dzień z ekipą, przypłaciłem zagotowaniem mózgu, trzema litrami potu i ogólnoustrojowym wkurwem ale wszystkie najważniejsze rzeczy kupione i dowiozą mi je na obiekt za 4 dni, w poniedziałek. Ekipa ma co robić, ja w tym czasie jadę wybierać płytki do kuchni i łazienki, wszystko ogarnięte, pochytane i pod kontrolą. Co złego może się stać? Co może mnie wkurwić? Nic.

Ależ byłem naiwnym łosiem.

wtorek, 27 października 2009

Rzeczy, które mi się w Żmii podobały:

- pierwsze 40-50 stron
- sceny batalistyczne
- język i styl (samo się czyta)
- sceny z życia radzieckich żołnierzy w Afganistanie
- kilka zdań, które trafiły w sam środek mojego emo związanego z braterstwem broni i tego typu historiami, które windukowałem sobie za dzieciaka[1]

Rzeczy, które mi się w Żmii nie podobały:

- cała reszta
- cena (33,90)
- objętość (240 stron)
- czas spędzony na lekturze (poszło w niecałe 3 godziny ale tylko dlatego, że sobie przerwy robiłem)

Napisałbym coś więcej ale autora cenię, szanuję i tak wiele mu zawdzięczam, że prędzej sobie wbiję dłuto w zdradliwą dłoń niż zacznę się pastwić występnie nad czymkolwiek jego pióra. Ale żal trochę.

I jeszcze ciepłe słowo do wydawcy - topowy autor dostaje papier toaletowy[2]? Poważnie? Wstydu, kurwa, nie macie. Ani szacunku. Tak dla pisarza, jak i dla czytelnika. Jak ja niby mam to postawić na półce obok sagi albo trylogii? Tani tandeciarze.

[1] Przez co filmy wojenne są jedynymi, na których zdarza mi się wzruszyć do łez.
[2] W zasadzie powinienem użyć frazy 'obsrany papier toaletowy' gdyż papier użyty do druku wygląda jakby ktoś się na niego wypróżnił.

sobota, 03 października 2009

I szoping uwielbiam wręcz pasjamy czyli idziemy na zakupy.

W trakcie gdy elektryk walczył z drutem, poprosiłem Jurku o zrobienie listy zakupów budowlanych. Chciałem jednym transportem opękać wszystkie klamoty, zarówno moje, jak i ich zaprawy, bloczki, szpachle, kleje, gipsy, silikony, płyty gk oraz całą resztę niezbędnych do rozpoczęcia inwestycji rzeczy. Nie byłem pewien gdzie robić zakupy ale Jurku powiedział, że ma kartę rabatową do Leroya - 10% przy zakupach za ładne kilka tysięcy to rzecz nie do pogardzenia. Zanim fachowiec  przystąpił do tworzenia owej listy, spotkaliśmy się jeszcze raz u mnie w lekko poszerzonym składzie. Na kwadracie pojawił się Wojtku[1], który miał u mnie dzielnie walczyć z kaflem w łazience i kuchni.

Na spotkanie przyniosłem ponownie wszystkie wydruki, spędziliśmy na omawianiu kształtu mieszkania dobre dwie godziny, chłopaki pomazali ołówkiem ściany jeszcze bardziej i po dogadaniu wszystkich szczegółów oni przystąpili do tworzenia listy a ja zacząłem windykować na mieście kasę na te zakupy. Umówiliśmy termin i ustaliliśmy gromadnie, że wbijamy do LM na Jerozolimskich, bo jest najlepiej zaopatrzony. Wojtku przyjechał tam swoim furgonikiem, co mnie bardzo ucieszyło, bo odpadłyby opłaty za transport. A z Alei na Praszkie taki transport kosztuje coś koło stówki. Uzbrojeni w szczegółową i pełną listę ruszyliśmy na podbój hali.

Pięć minut później musiałem zmienić plany i uwzględnić w kosztorysie transport w wykonaniu sklepu - całość nie zmieściłaby się w furgonetce. Nic to, stwierdziłem. Cały remont będzie kosztował kilkadziesiąt tysięcy więc czymże w tym ogromie kasy jest marna stówka.

Zakupy przebiegały bardzo sprawnie, Wojtku podrzucił na gorąco kilka nowych pomysłów, kilka pozycji spadło. Dzięki temu, że pojawiły się oszczędności, dałem się namówić na terakotę na balkonie[2]. Z perspektywy czasu widzę, że pomysł był znakomity. Nie wiedziałem jeszcze ile z powodu tych cholernych kafli zmarnuję czasu, przeleję potu i wypowiem bluźnierstw. No ale nie uprzedzajmy wydarzeń.

Po przejściu przez sklep i zrobieniu zbiorczego zamówienia okazało się, że jest dobrze. Do dokupienia zostały mi baterie do kuchni i łazienki, grzejnik naścienny oraz blaty. Ruszyłem do kasy uiszczać, daję pani zamówienie, pani wbija pozycje ja rzucam do Wojtka 'daj kartę rabatową' i słyszę 'ale ja jej nie mam'. Kurwa mać.

Poprosiłem panią żeby przerwała, bo ja bez rabatu stąd nie wyjdę. 'To kto ma kartę?', wycedziłem przez zaciśnięte zęby. 'Noooo... Jurku ma, zapomniał mi dać'. Na twarz wypełzł mi maniakalny uśmiech, który przeraziłby każdego, kto mnie choć trochę zna. Wojtku nie znał więc nie uciekł. Ale lekko się ode mnie odsunął. Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do Jurku, który akurat robił u mnie na obiekcie.
- 'Ej, zią - co jest, kurwa? A konkretnie to gdzie jest?' - zagaiłem niezobowiązująco.
- 'Ale co gdzie jest?' - nie skumał Jurku.
- 'Karta, kurwa mać, gdzie jest?' - odparłem, resztką żelazowej woli powstrzymując cisnące się na usta obraźliwe wyrazy.
- 'Ojej, nie dałem jej Wojtku' - speszył się nieco Jurku.
- 'No przecież widzę. Teraz  musimy wykombinować jak mi ją przekażesz'.
- 'Jadę do was', odparował Jurku i przerwał połączenie.
Nawet nie zdążyłem się zdziwić - przecież ode mnie na Jerozolimskie jest w przysłowiowy kutas drogi a Jurku, o czym wcześniej nie wspomniałem, nie ma samochodu. 'Nic to' pomyślałem, chłopak wie co robi.

Zaczęło się długie czekanie.

[1] Nie powiem wam jak Wojtku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych.
[2] Pierwotny plan zakładał pomalowanie balkonu i jebnięcie nań sztucznej trawy. Nie śmiać się, u kumpla ten patent sprawdza się znakomicie.

czwartek, 01 października 2009

Po wielotygodniowych (ciągnących się miesiącami) bojach z ziomem, który projektował mi mieszkanie, zaczął się klarować taki jego kształt, który mnie satysfakcjonował. Równolegle szukałem ekipy, która mogłaby mi ten bałagan jakoś sensownie, szybko, niedrogo i dobrze ogarnąć. Metodą licznych poleceń i rekomendacji trafił w me ręce telefon do Jurku[1], zadzwoniłem, weszliśmy w kontakt i zaczęliśmy omawiać kwestie zakresu robót. W stronę skrzynki mailowej Jurku mknęły kolejne jpgi, pdfy, txty i excele, w których opisywałem szczegółowo końcowy efekt prac, który będzie mnie satysfakcjonował. Kilkukrotnie spotkaliśmy się na kwadracie i z rysunkami w dłoni tłumaczyłem mu jak ma wyglądać moja wymarzona kwartira. Gdy wydawało się, że wszystko jest obgadane, nastąpił pierwszy zgrzyt. Zgrzycik właściwie i dlatego nie wzbudził moich podejrzeń. Otóż okazało się, że on właściwie to elektryki mi nie będzie robił ale ma takiego zaprzyjaźnionego fachowca z uprawnieniami, z którym współpracuje. I on, ten fachowiec z kwitem, do mnie wpadnie i raz-dwa rozrzuci kable po domu.

Trochę się wkurwiłem, bo po co niby tłumaczyłem mu przez godzinę jak ma wyglądać elektryka? Co to, mój czas jest bezwartościowy? Nic, wybiłem numer do Elektryka, umówiliśmy się na wizję lokalną, pomazał mi ściany ołówkiem, na planie mieszkania postawił tajemnicze znaczki, sprostował kilka moich błędów myśleniowych, sprzedał dwa świetne pomysły i się pożegnaliśmy. Dzień później przysłał wycenę, po tygodniu wbił na miejscówkę, w półtora dnia ją okablował, wystawił fakturę, skasował kasę i pozostawił mnie w stanie ekstazy. No dobra, nie pogipsował po sobie dziur ale od razu mnie lojalnie uprzedził, że on robi w drutach a nie gipsie i nie chce mi robić na odpierdol czegoś, czego robić nie potrafi. Zbudowała mnie jego postawa[2] i z nadzieją patrzyłem w przyszłość. No bo jak wszystkie ekipy takie będą, to normalnie czad i dżezi.

Pomyślałem - 'Tak mnie straszyli tymi fachowcami, że takie z nich chuje niesumienne a tu proszę, rachu-ciachu i po strachu. Warunków dotrzymał, wszystko terminowo, kable prosto i jeszcze cedeka z dokumentacją dał. Będzie dobrze.'

Ależ byłem naiwnym łosiem.

[1] Nie powiem wam jak Jurku ma naprawdę na imię, bo chronię winnych.
[2] Jeżeli ktoś kiedyś będzie potrzebował elektryka z uprawnieniami, to mail do mnie i dam numer.