To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 28 października 2008

Środa była dla mnie dniem niezwykłym. Nie, nie wynalazłem leku na raka, nie napisałem książki, która zmieni życie milionów i nie spłodziłem syna. Ale za to pierwszy raz w życiu oglądałem filmy Dario Argento na dużym ekranie. Jak być może moi starsi czytelnicy pamiętają[1], zabrakło mi słów gdy po raz pierwszy pisałem o tym, jak świetnym filmem jest Suspiria. Moi młodsi czytelnicy nie pamiętają więc przypomnę i dodam wrażenia po obejrzeniu tego w kinie.

Dario Argento to reżyser niezwykły. Z jednej strony jego filmy zazwyczaj charakteryzują się fatalnymi scenariuszami, koszmarnym aktorstwem i scenami przestylizowanymi do tego stopnia, że nie wiemy czy to jeszcze jego charakterystyczny sznyt czy rażące nadużycie środków ekspresji. Z drugiej strony mało który reżyser, nie tylko horrorów, potrafi stworzyć na ekranie tak hipnotyzujące połączenie obrazu i dźwięku, jak on. Nie wolno oglądać jego filmów mózgiem, jego filmy należy oglądać tylko i wyłącznie sercem. Nie analizować, odłożyć na bok logikę, pozwolić sobie poczuć. Dopiero wtedy bedziecie w stanie zachwycić się jego twórczością.

Moim zdaniem zarówno pech, jak i szczęście Argento polega na tym, że ze wszystkich gatunków filmowych, wybrał jeden z najbardziej pogardzanych - horror. Wycieczki w stronę thrillerów nie poprawiły jego notowań. Już tłumaczę o co chodzi. Gdyby robił filmy głównonurtowe, byłby wygodnym chłopcem do bicia, bo krytykowanie jego filmów jest czynnością tak trudną jak odebranie sześciolatkowi komórki. Ale mam też wrażenie, że w głównym nurcie mógłby mimo wszystko łatwiej się przebić. Być może kosztem zmniejszenia zawartości klimatu w klimacie, być może kosztem korekty stylu. Ale jako artysta nietuzinkowy, tam miałby łatwiej, chociaż też trochę trudniej.
Zamiast tego, poszedł w horror. Tutaj z kolei było mu łatwiej zdobyć fanów, bo ciężko mi wyobrazić sobie prawdziwego miłośnika horroru, który mógłby nad twórczością Argento przejść do porządku dziennego i nie dostrzec tego, jak mistrzowsko pogrywa sobie z widzem. Z drugiej strony, i nie bójmy się tego powiedzieć, co mu z dużej bazy fanowskiej, jeżeli jest to grupa miłośników horroru? Wiem, że to brutalne ale nie w horrorach leży prawdziwa kasa. Czekaliście aż coś powiem o fanach horroru? Że głupi, prości, tępi i niewyrobieni? Cóż, nie wiem jak inni ale mi nie przeszkadza łatka prymitywa, który nie kojarzy kto wyreżyserował arcydzieło kinematografu pt. Pancernik Eisenstein. Bo łatki mają to do siebie, że osobie ometkowanej pozwalają podkraść się do ofiary dużo bliżej, niżby mogła to zrobić osoba kulturalna a potem uderzyć bez jakichkolwiek szans na obronę. Klasycznie pobrnąłem w dygresję ale ta wyjątkowo miała trochę sensu.

Argento to reżyser, który pomimo[2] flirtu z kinem rozrywkowym, może pochwalić się według mnie przynajmniej dwoma arcydziełami. Jeżeli kogoś boli użycie tego zwrotu zarówno w stosunku do horroru, jak i Ojca Chrzestnego, to doprawdy nie mój problem. Według mnie stworzył dwa wielkie filmy: Profondo Rosso i właśnie Suspirię[3]. Pierwszy wymieniony ma nawet całkiem przyzwoity scenariusz ale jak wspomniałem wcześniej, to nie scenariusze przyciągają u niego uwagę widza. W obu wymienionych filmach dostajemy piorunującą dawkę tego, co Argento robi najlepiej. Po pierwsze obraz - częste łamanie kadru czerwonym albo niebieskim światłem - w Profondo są nawet takie sceny, w których reżyser dzieli obraz na pół wyraźną linią i jedna część jest purpurowa a druga ciemnoniebieska. To chyba najbardziej znany znak rozpoznawczy Argento. Do tego swobodne pokazywanie makabry - możecie być pewni, że zobaczycie nóż wbijający się w ciało, ostrze podrzynające gardło i tryskające fontanny krwi (która też ma bardzo charakterystyczną, czy aby nie unikalną dla niego barwę). Do tego niektóre sceny przeciągnięte są do granic absurdu ale zarazem do granic wytrzymałości psychicznej widza. Suspens bywa tworzony w taki sposób, przy którym metoda Hitchcocka jawi się niczym seks nastolatka - szybko i byle jak. Dołóżcie sobie do tego nieco histeryczną pracę kamery (te zbliżenia na przerażone twarze ofiar/bohaterów, ze szczególnym uwzględnieniem rozszerzonych strachem oczu), dziwny montaż i pokazywanie scen, które przeczą zdrowemu rozsądkowi (w sensie zachowania bohaterów) ale mają jeden konkretny cel - budowanie gęstego klimatu, który niemalże czuje się pod palcami. Mnie ta mieszanka zwala z nóg.

Nie jestem jedynym, który twierdzi, że bez Goblina nie byłoby przynajmniej połowy tego uczucia, które towarzyszy nam przy oglądaniu filmów Argento. Nie znam historii tego zespołu ale wiem dwie rzeczy - pisali świetną muzykę i bardzo trudno znaleźć ich soundtrack z Suspirii. Panowie grają w sposób frenetyczny, histeryczny i absolutnie hipnotyzujący, tworząc idealny podkład pod obraz. W zasadzie na gorąco do głowy przychodzą mi jeszcze tylko trzy soudtracki, które tak bardzo skleiły się z filmem, żeby być jego pełnoprawnym uczestnikiem. Pierwszym jest film bardzo dla mnie osobisty - Misja Rolanda Joffe. To co zrobił w nim Ennio Morricone trafiło mnie w serce i za każdym razem gdy słucham tych melodii, mam wrażenie, że obcuję z absolutem. Drugim filmem jest Requiem for a Dream z absolutnie najlepiej współgrającym z obrazem soundtrackiem świata. Trzeci zaś to soundtrack do najlepszego filmu świata - The Blues Brothers. Jest oczywiście mnóstwo filmów, które mają w ścieżce dźwiękowej chwytne kawałki (każdy ma swoją listę), pojedyncze utwory kojarzone na zawsze z danym filmem (As time goes by w Casablance) albo sam soundtrack stanowi oddzielną jakość (Judgement Night). Ale takiego efektu, jak twórcy wymienieni powyżej, w moim przypadku nie udało się uzyskać nikomu.

Drugim filmem pokazywanym w czasie tego seansu był La Terza Madre aka Mother of Tears. Po 30 latach Argento ukończył swoją trylogię o Trzech Matkach, rozpoczętą właśnie Suspirią. Część druga, Inferno, była nieco słabsza ale w dalszym ciągu klimat oblepiał nas kilogramami. Koniec wieńczący dzieło jest natomiast czymś tak niedobrym, że zrobiło mi się słabo. Rozumiem, że wyższy budżet kusił tak długo aż skusił ale jakim cudem można film wyprać z nastroju tak skutecznie, jak zrobił to Argento w MoT, nie zrozumiem do końca życia. Dość powiedzieć, że możemy zapomnieć o wszystkim, za co go kochamy. No dobra, za wyjątkiem gore, którego w tym filmie jest pod dostatkiem. Zabrakło natomiast wszystkiego innego, przez co seans był ekstremalnie traumatycznym doznaniem, końcówkę powitałem śmiechem będącym mieszaniną ulgi i zażenowania tym, jak postanowił film zakończyć zaś całość można podsumować krótko: zdradzenie ideałów giallo nie wyszło ani nam, ani Argento na zdrowie. Przed seansem nie sądziłem, że nie będę chciał kupić trzeciej części trylogii. Po seansie wolałbym wbić sobie nożyczki w nogę niż mieć ten krap na półce - fatalne pożegnanie z tematem i brutalny gwałt na fanach. I nawet ósmy cud świata, jakim są nagie piersi Asii Argento (w roli głównej) nie były mi w stanie osłodzić gorzkiego smaku w ustach.

Niektórzy być może zastanawiają się skąd taki debilnie nieadekwatny, nawet jak na moje standardy, tytuł. Ano takie spostrzeżenie mi podczas pokazu przyszło do głowy - skąd u was chuje taki styl myślenia, że można przez ponad 3 godziny gadać praktycznie non stop. Śmiechy młodzieży wychowanej na Piłach, Ringach i Grudge'ach mi nie przeszkadzały, bo mam świadomość, że w ich wieku też bym się być może na Suspirii śmiał. Ale dlaczego te skurwięta przez cały czas gadały? Po co w ogóle płacić za bilet i tracić czas? Cały czas liczę, że w piekle jest specjalny kącik dla gadających w kinie. Zaraz obok tych, którzy nie oddają pożyczonych książek. I jednych, i drugich jednakowo nienawidzę.

[1] Ten zwrot pytuje na maksa. Umieszczam go tutaj z pełną premedytacją i z solennym postanowieniem, że nie użyję go już nigdy więcej. Gdyby mi się zdarzyło, możecie pociągnąć ze mnie łacha w komentarzach.
[2] Nie uważam kina rozrywkowego za gatunek gorszy od kina problemowego. Po prostu ludziom trudno przyznać, nawet przed samym sobą, że Terminator to film wybitny. Bo przecież wybitny to jest Kurosawa. Zupełnie jakby to się wykluczało. Co dopiero mówić o krytykach, którzy w tej materii są absolutnie niezłomni i nieprzejednani.
[3] Z powodów nie do końca dla mnie zrozumiałych, nie oglądałem do tej pory filmu The Bird with a Crystal Plumage, który jest wymieniany w gronie największych dokonań Argento. To poważne niedopatrzenie i kiedyś będę musiał się poprawić. Ale na razie nie będę robił wsi i udawał, że widziałem i że się podobało, bo tak mogą robić tylko poważni recenzenci w poczytnych gazetach i magazynach.

środa, 15 października 2008

Przeprowadzka w pracy, nowe miejsce (piętro wyżej), nowi ludzie (bliżej sprzedaży), nowe wyzwania (nie dać się przewiać zimie, bo siedzę tuż przy wiszących tarasach) i nowe problemy (palący na tarasie gapią mi się zza pleców w monitor). A do tego urodziny. No to chyba sami rozumiecie, że nie było czasu na nowe notki. Dzisiaj serialowo, bo kilka obiecujących rzeczy udało mi się trafić.

Generation Kill - amerykanie mają przepis praktycznie na wszystko, począwszy od światowego kryzysu finansowego a skończywszy na bestselerze książkowym. Bierzesz kolesia z Rolling Stone i wysyłasz go wraz z oddziałem najtwardszych skurwieli US Army na wojnę z Saddamem. Zderzenie postaw i przekonań konserwatywnych maszyn do zabijania z lewicującym spedalonym ćpunem[1] byłoby śmieszniejsze gdyby nie otaczająca bohaterów wojna. I jak to w Stanach - ta historia zdarzyła się naprawdę, zaś jak to u mnie, chciałem żeby zabrzmiało fajnie a wyszedł mi akapit z dupy. Ale zostawię, żebyście nie myśleli, że zawsze jestem taki sprytny.

Evan Wright dołączył do Pierwszego Batalionu Zwiadu i towarzyszył im przez 2 miesiące. W tym czasie załapał się na wojnę z Irakiem (2003). Po powrocie do domu siadł i najpierw napisał serię artykułów do Rolling Stone (pod kulerskim tytułem Killer Elite[2]) a w 2004 książkę Generation Kill. Cztery lata później ktoś w HBO wpadł na pomysł, że książka jest fajnym materiałem na film, dzięki czemu obejrzałem drugi najlepszy wojenny serial świata. Już przy okazji Kompanii Braci (pierwszy najlepszy wojenny serial świata) stacja pokazała, że znak jakości HBO to tak, jak kiedyś znak jakości Q. Ciężko stwierdzić, że Generation Kill jest filmem słabszym od BoB dlatego ograniczę się do użycia słowa 'innym'. Odniosłem bowiem wrażenie, że w Kompanii twórcy położyli większy nacisk na aspekt ludzki. W GK nie dowiadujemy się o bohaterach praktycznie niczego poza tym, że wstąpili do Marines bo chcieliby zabijać[3]. Tyle tylko, że przyjęta przez twórców konwencja pozwala widzom przejść nad tym niedostatkiem fabuły do porządku dziennego.

Konwencja mianowicie jest taka, że HBO udało się zrobić świetny film wojenny oparty do tego stopnia na męskich dialogach, że mnie każda scena akcji wkurzała, bo przestawali ze sobą rozmawiać. Dialogi rządzą tak, że w odcinku 4 znalazł się najlepszy kawałek komediowy ostatnich kilku lat (marines wyobrażający sobie o czym to dowódca rozmawia z miejscowym - zobaczyć i umrzeć ze śmiechu). Oprócz dialogów mamy znakomitą ilustrację frazy z Sapkowskiego: wojna to burdel ogarnięty pożarem. Nikt nic nie wie, zwiad miast zwiadować pełni rolę szpicy, na dodatek w nieopancerzonych humvee, zupactwo dokoła, pojebani dowódcy średniego szczebla, pojebani dowódcy wyższego szczebla, pojebany głównodowodzący, niewyszkolone a przez to niebezpieczne dla samych siebie i wszystkich dokoła, uzupełnienia. Zasadniczo pisanie o filmach wojennych jest bez sensu, bo to trzeba oglądać a nie o tym czytać. Serial jest krótki, ledwie siedem odcinków - ssać bez zastanowienia. A jak wyjdzie na DVD to natychmiast zajmie miejsce na półce, tuż obok Band of Brothers. Zasłużył.

Krótko o serialach znanych i lubianych. Ale zaczniemy od premier, które zwróciły moją uwagę.

Mentalist - główny bohater był oszukańczym medium. Pewnego razu na antenie zażartował z nieuchwytnego, seryjnego zabójcy i przyszło mu zapłacić za to najwyższą cenę - życie rodziny. Rzucił robotę w telewizji i poszedł do policji. Fenomen Patricka polega na tym, że w odróżnieniu od większości osób patrzy i widzi (większość tylko patrzy). Do tego zna sztuczki (mowa ciała, sugestia posthipnotyczna, techniki NLP etc.), dzięki którym jest w stanie skierować śledztwo na nieoczekiwane tory. Pilot i pierwszy odcinek spodobały mi się do tego stopnia, że będę serial śledził.
Fringe - nowe dziecko twórcy Lost miało być przełomem wśród seriali. Niestety, okazało się być średnio udanym klonem X-Files. Za mną cztery odcinki i dalej nie jestem przekonany. Niby ciekawi bohaterowie, niby spisek, niby tajne i nieodgadnione siły, wszechpotężna korporacja, teoretycznie sklep ze słodyczami otwarty dla dużych dzieci. A tu niespodzianka - coś nie zaskoczyło, perypetie jednostki śledczej w ogóle mnie nie kręcą, spisek jakiś taki niewydarzony, nie potrafię się do tych ciekawych bohaterów przywiązać i gdyby zginęli nagle, wcale by mnie to nie obeszło. Brak w tym wszystkim tej iskry, która potrafi w przeciętne filmiszcze tchnąć życie i zrobić z niego rzecz kultową. Z Lost się udało, Fringe leży i brzydko pachnie. Boję się, że Abrams spojrzy na słupki oglądalności i skorzysta z metody Szamalajana by Robot Chicken (łot e tłist), na siłę nawsadza jakichś dziwnych tematów (w Lost zaczął kombinować ponad miarę dopiero w okolicach 3 sezonu) i serial dżampnie szarka, zanim się zdąży rozkręcić. Dam mu jeszcze szansę ale tylko dlatego, że pod koniec tygodnia nie mam już zazwyczaj czego oglądać.
Sons of Anarchy - mistrz. Kalifornijskie bractwo motocyklowe Sons of Anarchy aka SAM CROW, ciemne interesy, wojny gangów. W to wszystko wrzucony trzydziestoletni syn założyciela Synów Anarchii, który ma wątpliwości, czy tak to wszystko miało naprawdę wyglądać. Aspekt filozofowania nad granicami wolności w dawkach odpowiednich, główny nacisk twórcy położyli zaś na losy grupy, która znalazła się w krytycznym dla niej momencie. SoA podoba mi się pod każdym względem - jest akcja, są wybuchy, są trupy i odpowiednia dla tego typu produkcji dawka przemocy plus akuratna dawka dobrego, mocnego kina obyczajowego. Ale nie dam sobie ręki uciąć, że w ogóle zacząłbym to oglądać gdyby nie obsada.
Głowę SoA gra, TADAM, Ron Perlman, SPOCZNIJ. Facet powinien być gwiazdą z najwyższej półki ale pedały z Hollywood wolą wymuskanych lalusiów. Nieważne, silna grupa fanowska wie swoje - Ron to jeden z najlepszych aktorów świata i każdy film z jego udziałem to frajda. Szyja kręcąca głową SoA (ale bez pejoratywnych skojarzeń) to Katey Sagal, która zrobiła rzecz, zdawałoby się niemożliwą - nawet oddany fan Świata wg Bundych nie będzie w stanie przyczepić się, że nie przekonuje go Peggy w roli żony szefa gangu harleyowców. W Gemmie nie ma choćby miligrama przygłupiej żony Ala B. i totalnie zaskoczyło mnie tak kompletne i skuteczne oderwanie się od najsłynniejszej roli. Ponadto Sagal panuje nad głosem do tego stopnia, że w dialogach nie brzmi niczym Turanga Leela. A już całkiem bonusowo okazuje się, że z Katey zrobił się taki MILF, że czapki z głów. To małżeństwo to również najmocniejsze charaktery w filmie.
Do tego bardzo przyzwoity Charlie Hunnam w roli głównej (momentami bardzo przypomina Ledgera) i kilku aktorów charakterystycznych w drugim planie (Mitch Pileggi jako szef gangu skinów, hell yeah! Mark Boone Junior czy Kim Coates). Nie gadać tylko oglądać aczkolwiek na koniec małe ostrzeżenie - chociaż w filmie nie ma przesadnie dużo ekstremy, to scena wypalania tatuażu palnikiem acetylenowo-tlenowym wepchnęła mi jądra w głąb jamy brzusznej. Być może dlatego, że sam mam tatuaże i wyobraziłem sobie samego siebie w takiej sytuacji. Być może zaś dlatego, że pokazana została bardzo detalicznie. Co nie zmienia mojej o serialu opinii - dobre, mocne, męskie kino, w którym panie też znajdą coś dla siebie.

A co u starych, znanych i lubianych? Różnie.

Desperate Housewives - powtarzam, ten serial w takiej formule może jak dla mnie trwać do końca świata i jeden dzień dłużej. Z jakiegoś powodu ukochałem gospodynie domowe z Wisteria Lane i rozpoczęcie każdej nowej serii, witam entuzjastycznie.
Weeds - scenarzystka znowu postanowiła dojebać Nancy a ja stwierdziłem, że trochę przesadza, chociaż nieoczekiwana końcówka sezonu tchnęła w me serce odrobinę nadziei, że jeżeli powstanie kolejna seria (a pewnie powstanie), to Nancy przestanie być w końcu jebana tak mocno. Wujek Andy i Doug jako 'kind and gentle coyotes'[4] rozbijali mnie na każdym kroku i stanowili absolutnie genialny duet komediowy. Na plus liczę też nagą Mary-Louise Parker w wannie, chociaż akurat ta scena jest ciężka.
Burn Notice - podtrzymuję wszystkie entuzjastyczne słowa, jakie napisałem o tym serialu jakiś czas temu. Twórcy są nawet do tego stopnia przyzwoici, że ostatni odcinek przed przerwą w emisji, zakończyli efektownie ale bez irytującego cliffhangera. Za co polubiłem ich jeszcze bardziej. Niestety, według internetów na wznowienie drugiego sezonu przyjdzie nam poczekać do roku 2009. Może czas na powtórkę pierwszej serii? Wszystkim fanom serii chcę kryptycznie zwrócić uwagę na scenę rozmowy telefonicznej, jaką Michael odbył w połowie ostatniego odcinka - nie spodziewałem się takiego kopa emocjonalnego w tym serialu i przewinąłem to sobie ze 2 razy. Mocny akcent.
Prison Break - pierwsza seria była świetna, druga bez sensu rozwleczona, trzecia bez sensu, czwartej obiecałem nie oglądać. Ale oczywiście się złamałem. I miła niespodzianka, bo dostałem w miarę przyzwoity serial sensacyjno-spiskowy z nieodłącznymi dla tego gatunku filmowego fuck upami (nie chce mi się ich wymieniać ale kopiowanie jednej części dysku na odcinek, to tempo lepsze od olimpijskiego). Natomiast wszystkim srającym na 4 sezon polecam dokonanie prostego eksperymentu myślowego - wyobraźcie sobie, że film nosi tytuł "Between Scylla and Charybdis" a role odtwarzają inni aktorzy. Jeżeli dalej po nim jedziecie, to znaczy, że nie lubicie filmów szpiegowskich i nie ma sensu się męczyć. Mi się podoba i 4 sezon stawiam pod względem fajności za sezonem 1.
House M.D. - jeżeli nie podoba ci się ten serial, to idź stąd i wychędoż się sam. Wiem, że niektórych drażni powtarzalność i wtórność odcinków ale ja nie mówię o kompozycji filmu a o całej reszcie. Która jest genialna. Na dodatek w 5 serii wprowadzili rewelacyjnego prywatnego detektywa i pokazali kobiecą stronę, bardzo przecież kobiecej Cuddy. Mam nadzieję, że nie był to pojedynczy wyskok scenarzystów. Więcej nie napiszę, bo bym naspojlował za bardzo. A wszystkim, którym House się nie podoba, mówię 'idź i wychędoż się sam'.
My name is Earl - to jest niesamowite. Schemat teoretycznie powinien się zgrać najpóźniej rok temu i teraz Earl ze swoją listą powinien mnie męczyć i irytować. Nic podobnego - serial daje radę i jest jedną z tych nielicznych rzeczy w telewizji, która bez wysiłku potrafi przywołać na mej twarzy ciepły uśmiech. Niektórzy nazwą to łzawym sentymentalizmem ale to już ich problem.
Dexter - trzeci sezon zapowiada się naprawdę smakowicie gdyż Dexter odkrył uroki płynące z improwizacji. Dodatkowego smaczku dodaje też fakt, że ścigający go koledzy z pracy są jeszcze bliżej niż, w dość krytycznym dla Dextera, sezonie drugim. No dobra, nie są a ja chciałem tylko podpimpować serial, chociaż nie wiem po co, bo sam się znakomicie broni. Rekapitulując - jeżeli nie wiesz kto to Dexter, to jakżeś tu zbłąkał wędrowcze?
Californication - jestem dopiero po 2 odcinkach, dalej uważam, że śmiało mogli poprzestać na jednym sezonie, będącym zwartą, zamkniętą całością i dalej będę przygody Franka Moody'ego oglądał. Nie da się bowiem nie lubić Duchovnego w tej roli.
Eureka - nowa seria niczym nie różni się od dwóch poprzednich, ogląda się ją dokładnie tak samo przyjemnie a szeryf Carter dalej rządzi. Szkoda, że zaczęła się przerwa.
Heroes - i tutaj mam problem. Pierwszy sezon był mistrzowski chociaż nieco wtórny w stosunku do 4400. Drugiemu ewidentnie zaszkodził strajk scenarzystów. W trzecim twórcy stwierdzili, że trzeba namieszać i teraz bohaterom łatwiej przenieść się w przyszłość niż przejechać w pół godziny z jednego końca miasta na drugi. Zamieszanie potęguje jeszcze kilka innych rzeczy ale nie chcę psuć zabawy tym, którzy jeszcze tego nie oglądali. Nie wiem, może jakoś to sensownie rozwiążą z końcem sezonu ale na razie w Bohaterach panuje nieznośny chaos. Chociaż dalej się to nieźle ogląda.

Ale i tak wszystko blednie w obliczu dwóch faktów: za 39 dni i 12 godzin FOX wyemituje dwugodzinny opening siódmego sezonu 24 godzin. A potem byle tylko do stycznia. W tym czasie wszyscy, którzy są fanami Jacka Bauera mają się modlić do bóstw, w które wierzą o jedną rzecz - żeby scenarzyści nie poszli drogą 6 serii, która początek miała świetny i elektryzujący ale koniec ciut żałosny. A ja już wiem co sobie wkrótce zapodam powtórkowo.

To w zasadzie byłoby wszystko. A powody mojej długiej absencji są prozaiczne - przez ostatni miesiąc zacząłem wiele notek. Ale żadnej z nich nie skończyłem, bo w trakcie pisania uznałem swoje przemyślenia za miałkie, wtórne, doraźne i takie trochę bezsensowne. Raz na jakiś czas dopada mnie samokrytycyzm w ostrej formie, który objawia się właśnie takimi długimi przerwami w pisaniu, osłabieniem aktywności komentatorskiej na innych blogach, spadkiem zapału polemicznego. Po prostu wymagam od siebie tego, żeby każde zdanie spływające spod klawiatury zmieniało świat. Albo przynajmniej czyjeś życie. A tak się oczywiście nie da. Blokadę postanowiłem przełamać tematem neutralnym, celem zwiększenia szans zacząłem równolegle pisać kolejnego Wujka Dobrą Radę i ósmą część serialową a do publikacji puścić to, co pierwsze skończę. Padło na seriale. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - jak znam życie, to rozgrzebane notki mają szanse stać się zaczynem nowej jakości. Tak, jak to miało miejsce z kawałkiem '15:10 do Jumy'.

[1] Skoro pisuje do Rolling Stone musi być lewicującym spedalonym ćpunem. Przecież to oczywiste.
[2] Nie wiem czy to brzmienie słów kill/killer czy o co chodzi ale Killer Elite brzmi mi naprawdę fajnie.
[3] Upraszczam, bo o członkach oddziału dowiemy się nieco więcej ale akurat w tej materii miedzy BoB a GK jest przepaść.
[4] Kojot to osoba przeprowadzająca nielegalnych uchodźców przez południową granicę USA. Nie wiem, czy ktokolwiek chce dostać się nielegalnie do Stanów z jakiegokolwiek innego kierunku i dlatego też nie wiem czy przemytników ludzi z kanady nazywa się też kojotami, czy może na przykład karibu.