To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 26 października 2007

Na pewno wszyscy czytający nałogowo znają ten rozciągnięty w czasie błogi stan. Najpierw jest Obietnica. Nasz ulubiony pisarz zapowiedział nową książkę. Przebieramy nogami w miejscu i czekamy. Jeżeli pisarz jest z innej strefy klimatycznej, to po światowej premierze przeklinamy Amerykanów, Anglików, Francuzów, Hiszpanów albo Rosjan, że oni już a my jeszcze nie, i dopingujemy tłumacza do wytężonej pracy. Nadchodzi w końcu ten upragniony dzień i następuje Zwrot. Gnamy do księgarni, ustawiamy się w ogonku do półki, potem do kasy, ze świeżo nabytą książką galopujemy do domu (twardziele) albo do parku/kawiarni (mięczaki, które nie są w stanie dawkować sobie przyjemności), rozsiadamy się wygodnie w leniwcu, pod ręką ramka fajek, jakiś napój, komórka wyłączona. I zaczynamy czytać. Na razie jeszcze nie klaszczemy, bo przecież nawet geniuszom zdarzają się słabsze dni. Jednak zazwyczaj już po kilkunastu, kilkudziesięciu stronach widzimy, czy alchemikowi udało się przemienić ołów w złoto. Ta faza nazywa się Prestiż. Nie wiemy na czym polega sztuczka ale każda rozsądna osoba kojarzy, że zdradzenie tajemnic iluzji odziera ją ze wszystkiego, czym ta nas czaruje. Nie wnikając więc, zanurzamy się w świat książki i fundujemy sobie kilka godzin oderwania od smutnej jak Szczelina Zagłady rzeczywistości.

Porywa nas fabuła, perfekcyjnie skreśleni protagoniści zdają się wychodzić ze stronic, rozsadzać okładki, zapraszają nas do swojego świata. Dajemy się porwać rytmowi dialogów, radują nas małe i większe smaczki wrzucane przez pisarza, śmiejemy się, płaczemy, złościmy, rzucamy (metaforycznie) książką o ścianę i życzymy Głównemu Evilowi nagłego zgonu. Zachwycamy się prawdopodobieństwem psychologicznym postaci, porywa nas bogactwo języka, ślizgamy się po falach umiejętnie budowanego i dawkowanego napięcia, i czujemy, że od ostatniej popijawy, były to najlepiej wydane pieniądze w tym miesiącu. Bo dzięki magii dostępnej dobrym pisarzom, wniknęliśmy w świat książki i razem z jej bohaterami, przeżyliśmy opowiedzianą historię naprawdę.

Tego wszystkiego nie znajdziecie w powieści Sama Bourne pt. ‘Trzydzieści sześć dusz’. Zanim zacznę rozwłóczać tego gniota na krwawe strzępy, słów kilka o autorze. Nie będę się wysilał i guglał, bo po przewróceniu ostatniej kartki mam dosyć jakichkolwiek kontaktów z owym osobnikiem do końca życia. W związku z tym pójdę na łatwiznę i przepiszę wybrane kawałki z okładki: Pod pseudonimem Sam Bourne ukrywa się znany brytyjski dziennikarz Jonathan Freedland, piszący m.in. dla The Guardian. Swoją trzecią książką, a zarazem pierwszą powieścią, zaskoczył wszystkich. W lecie 2006 ‘Trzydzieści sześć dusz’ awansowała na pierwsze miejsce brytyjskiej listy bestselerów, zaś The Mirror nazwał autora ‘najpoważniejszym kandydatem do korony Dana Browna’, porównując ją do ‘Kodu Leonarda da Vinci’. Niektórzy dziennikarze uznali książkę za najlepszy thriller ostatnich lat. Amen.

Nie chce mi się weryfikować tych informacji (lista bestselerów, pretendent do korony, najlepszy thriller), bo szkoda czasu i zdrowia mego. Muszę jednak stwierdzić, że jeżeli to wszystko prawda, to po raz kolejny bliźni moi dali mi sygnał, że kondycja ludzka ledwie dycha. Bo jeżeli taka kupa nawozu trafia na jakąkolwiek listę oprócz listy książek przeznaczonych na przemiał, a niektórzy dziennikarze uznają to coś za najlepszy thriller ostatnich lat, to źle się dzieje w państwie duńskim. Oj źle. A fakt, że spłodził toto dziennikarz pisujący do gazety z prawie dwustuletnią tradycją (The Guardian powstał w 1821 roku), jak najgorzej świadczy o metodach naboru, stosowanych przez angielską prasę.

Największym grzechem tego czegoś (wzdragam się przed użyciem słowa literatura) jest język. Albo spieprzył pisarz, albo tłumacz. Tertium non datur. Czegoś tak niedobrego mógłbym oczekiwać od średnio rozgarniętego ucznia liceum, a nie od kogoś, kto pisze do prasy. Jakieś nieporadne konstrukcje, jakieś potworki językowe, rwane akapity, bo wytwórcy arcydzieła zabrakło słów, żeby je sensownie dokończyć. No nędza proszę państwa, nędza. I czytać się tego nie da. Swoją cegiełkę dołożył też polski wydawca, bo na korektę i redakcję zabrakło najwyraźniej pieniędzy.

Konstrukcja bohaterów tego klocka. Woła. O. Pomstę. Do. Nieba. Może i Bourne jest dobrym dziennikarzem. O tworzeniu postaci, w które mógłbym uwierzyć, nie ma bladego pojęcia. W okolicach setnej strony doszedłem do wniosku, że cała akcja rozgrywa się w amatorskim teatrzyku szkolnym, a scenariusz do tego przedstawienia napisał pan od wuefu – niespełniony literat. Bo jeżeli facet, któremu porywają żonę miałby się zachowywać jak główny bohater, to by oznaczało, że ludzkość padła ofiarą międzygalaktycznych pożeraczy mózgów.

Konstrukcja kupy nawozu. Napięcie trzeba umieć dawkować. Wróć. Napięcie trzeba umieć tworzyć. Jedyne napięcie jakie odczuwałem podczas lektury, płynęło z dupy (w autobusie są twardawe siedzenia) i z ośrodka w mózgu odpowiedzialnego za percepcję grafomanii. Czułem też napięcie w okolicach obszaru mózgu odpowiedzialnego za racjonalne gospodarowanie zasobami pieniężnymi. 28 złotych to 6 piw w Paradoxie: 5 męskich i 1 młodzieżowe. 6 piw w Paradoxie to okazja do rozmowy z fajnymi ludźmi, z której to rozmowy wyniesiesz dużo więcej niż z lektury tego powieścidła. 28 złotych to seans w kinie i butelka Coca Coli. 28 złotych to może być też nowy Pratchett albo Mściciel Forsytha. Każda alternatywa jest lepsza. O czym to ja... aha, o napięciu. Napięcia nie ma. Skąd pomysł żeby to łajno nazwać thrillerem, nie wiem. Toż to usypiacz a nie thriller. A skąd pomysł żeby ten stolec okrzyknąć najlepszym thrillerem ostatnich lat? Zabijcie, bo również bladego pojęcia nie mam.

No i na koniec historia opowiedziana przez ‘następcę Dana Browna’. O Danie Brownie można powiedzieć i powiedziano wiele złego. Ale przynajmniej odrobił dwa najważniejsze dla twórcy zadania domowe. Po pierwsze skończył całkiem niezły kurs pisania, co podczas lektury widać, słychać i czuć. Wie jak rozmieścić akcenty, jak zbudować i dawkować napięcie, ma pojęcie o konstruowaniu fabuły i z grubsza orientuje się jak tworzyć bohaterów, których czytelnik polubi i którym uwierzy. Wie to wszystko, czego nie wiedział Sam Bourne. Po drugie, Brown wiedział, że jeżeli nie masz do opowiedzenia ciekawej historii, to możesz być nawet Bogiem Pióra a i tak nikt twojej pisaniny nie kupi. Ukradł więc... wróć, znalazł inspirację w książce ‘Święty Graal, Święta Krew’ panów Baigenta, Leigha i Lincolna, dorobił do tego historyjkę sensacyjną, zgrabnie napisał i sprzedał pierdylion egzemplarzy na całym świecie. Co zrobił Bourne? Ano stwierdził, że zabawy z Biblią są pewniakiem i wygrzebał gdzieś w literaturze żydowskiej przypowieść o tym, że w każdym pokoleniu żyje 36 sprawiedliwych, tak zwanych cadyków. Są to ludzie, których życiorysy są mało święte ale każdy z nich dokonał w życiu jednego bardzo szlachetnego czynu: ktoś sprzedał majątek i dał kobiecie pieniądze, żeby ta nie musiała się prostytuować, kolejny anonimowo oddał nerkę, a jeszcze inny stworzył własnym sumptem obóz dla uchodźców w Afryce. Od cadyków zależy los tego świata – gdyby w jakimś pokoleniu zabrakło ich wszystkich, mielibyśmy powtórkę z Sodomy i Gomory w wydaniu bardziej rozległym terytorialnie. I ktoś tych cadyków zaczął likwidować. Ergo, jacyś psychopaci kojarzą starożytne legendy i chcą końca świata. A ponieważ na pewno tego czegoś nie przeczytacie (a jak ktoś już przeczytał, to współczuję), to zdradzę wam tajemnicę – cadyków likwiduje chrześcijańska sekta: Kościół Chrystusa Odrodzonego. W dobie gdy dopieprzanie chrześcijaństwu jest bezpieczne (bo nie przyjdą podpalać ci domu za zamieszczenie karykatur Chrystusa), jest to całkiem nośny temat. Dla oportunistów, grafomanów i zwolenników spiskowej teorii dziejów. Ale ja bym chętniej poczytał zwyczajne thrillery spod znaku Forsytha, Ludluma albo Morella, a nie udziwnione clerical-wannabe-thrillers, bo tych ostatnich mam już najzwyczajniej dosyć.

Wspomnę o jeszcze jednym, zgaduję, że niezamierzonym przez Bourne’a, aspekcie książki. Otóż nie do przecenienia jest jej aspekt komiczny. Począwszy od sms-ów z zaszyfrowanymi podpowiedziami, które dostaje główny bohater (śmieszny jest sposób ich rozszyfrowywania oraz stopień złożoności zagadek), poprzez działania przedsiębrane przez niego w celu uwolnienia żony i zdemaskowania spisku, a skończywszy na tym, w jaki sposób namierzyć owych 36 sprawiedliwych. Wystawcież sobie, że miejsce ich pobytu ustala się w sposób następujący: bierzemy aktualny rok (według kalendarza żydowskiego), potem bierzemy wers z rozdziału dziesiątego Księgi Przysłów (w niej zaszyfrowane są miejsca pobytu 36 cadyków), wypisujemy kolejne litery odpowiadające kolejnym cyfrom roku (5-7-6-8 i tak dalej, do końca wersu), litery zamieniamy na cyfry, wpisujemy je do GPS-a i mamy długość i szerokość geograficzną miejsca pobytu pierwszego cadyka. Przelatujemy cały rozdział Księgi Przysłów i możemy zacząć polowanie na sprawiedliwych. Co jest bardzo ciekawe gdyż przed 1884, gdy przyjęto za południk zerowy uznawać ten, który przechodzi przez Greenwich, nie był on wartością stałą i odnoszono się do różnych miejsc: Rzym, Kopenhaga, Jerozolima, Sankt Petersburg, Piza, Paryż, Filadelfia, Waszyngton czy też do Wyspy Południkowej (El Hierro). Przynajmniej z szerokością nie ma problemu, bo równik się nie przemieszczał. Zresztą, kim ja jestem by dyskutować ze Słowem Bożym? Właściciele GPS-ów na start, trzydzieści sześć dusz czeka na zlokalizowanie. A jakby się okazało, że któryś z cadyków mieszka w Polsce, to może udałoby się go zaprosić do Paradoxu na spotkanie. Podczas którego wy zadawalibyście pytania a ja spaliłbym przed lokalem kukłę Sama Bourne’a, niech będzie przeklęty i niech przez eony płonie w piekle grafomanów. Moja rekomendacja – lepiej sobie odgryźć nogę albo wydłubać oczy szydełkiem niż czytać ‘Trzydzieści sześć dusz’. Mówię poważnie – jest to jedna z najgorszych książek, jakie kiedykolwiek czytałem.

środa, 24 października 2007

Niby zauważyłem pewną prawidłowość ale ważniejsza od popularności i poczytności jest dla mnie możliwość sprawdzania się w tym, od czego swoją przygodę z 'poważnym' pisaniem w sieci zacząłem. Znaczy sensowniejsze dla mnie jest napisanie notki o książce lub filmie, którą to notkę przeczyta 50 osób[1], niż nasyconego bluzgami i wściekłością fragmentu na temat czułego wojtka albo malarzy pokojowych, na które rzuca się tysiąc osób. Rozumiem, że tłuszcza woli krew, przemoc, spermę i treść żołądka od spostrzeżeń na temat książki ale ja, rozumiecie, mam misję. Prawie jak Elwood i Jake. Dlatego dzisiaj trochę o literaturze wam poopowiadam. A w następnej notce wrzucę kawałek, który część z was już zna z forum pewnego lokalu, ale dla sporej części będzie premierowy. Lubię go, szkoda żeby się zakurzył a poza tym mieć w kieszeni 30 zł i nie mieć w kieszeni 30 zł, to razem jest 60 zł. W przypadku wzmiankowanego kloca lepiej mieć, o czym przekonacie się czytając brawurowy kawałek o... Niespodzianka. A tymczasem chciałem was zachęcić do wzięcia, a właściwie brania do ręki książek pana Christophera Moore'a, bo fajny z niego koleś.

Moore napisał sporo książek, listę sobie możecie wyguglać. W Polsce, z tego co udało mi się namierzyć, wydano 'Blues Kojota'. Z nim możecie mieć kłopoty, bo książkę na rynek rzuciła w 1994 roku Alfa. Mnie Blues rozdrażnił. Liczyłem na zabawną historię (za chwilę zrozumiecie dlaczego oczekiwałem zabawy) a dostałem historię kolesia, któremu stary, indiański bóg (tytułowy Kojot) próbuje pomóc w zdobyciu kobiety marzeń. A z bogami zawsze jest taki problem, że zaplątani w niebiańskie intrygi, na ziemi potrafią zachowywać się jak lekko upośledzone dziecko z ADHD. Za dużo drażniących kawałków, za dużo jechania po głównym bohaterze (nie lubię gdy ktoś kogo trochę polubiłem, dostaje non stop w dupę), za dużo mistyki, za dużo niuejdżowego fu-szmu a za mało psychodelicznego humoru.

Chronologicznie Blues to jedna z najwcześniejszych ksiażek Moore'a, ja go przeczytałem na końcu. Bo przed nim był 'Najgłupszy anioł' oraz 'Brudna robota'. Ja wiem, że to nieprofesjonalne ale mogę być nieprofesjonalny i w związku z tym zapodam najkrótszą rekomendację, która może pójść tylko na blogu obleśnego grubasa[2]: przy lekturze pierwszej z wymienionych książek mało nie posrałem się ze śmiechu. Przy Brudnej robocie szło prawie z dwóch otworów. Ostatnią tak zabawną książką było Życie, wszechświat i cała reszta pióra Douglasa Adamsa. Część z was, która Adamsa kojarzy z czegoś innego niż średnio udany film na motywach Autostopem przez Galaktykę, może w tej chwili przestać czytać i udać się do księgarni. Tym, którzy nie wiedzą o czym mówię, przybliżę nieco chore poczucie humoru pana Moore'a.

'Najgłupszy anioł' wbił mnie w ziemię prostym pomysłem i galerią niewymuszenie śmiesznych scen. Mały chłopiec jest świadkiem dziwnego zdarzenia - zobaczył jak Święty Mikołaj dostał w głowę szpadlem. A do Bożego Narodzenia tylko jeden dzień. Co robi Joshua (ten chłopiec)? Nie prosi o wypasiony prezent. Prosi o to, by Święty Mikołaj ożył. Prośbę jego usłyszał niestety anioł Razjel, który wznosi się nad wodami. A wznosi się gdyż ma misję - spełnić życzenie dziecka. I nie byłoby problemu gdyby nie fakt, że Razjel jest idiotą i życzenie spełnia nieco zbyt dosłownie. W wyniku czego pobliskie miasteczko Pine Cove padnie ofiarą groźnego żywiołu - tłumu wkurwionych zombie.
Tak, z premedytacją zaspoilowałem, bo wnerwiały mnie recenzje mniej, bardziej, całkiem mało i kompletnie nieuznanych Uznanych Krytyków. Po pierwsze, co za idiota zestawia Najgłupszego anioła z Opowieścią wigilijną? Ja rozumiem, że marketing. No ale jak już piszesz recenzję za pieniądze, to graj człowieku fair. Moore ma z Dickensem tyle wspólnego co ja z metroseksualnym modelem z reklam Armaniego. To jest komediowe wymieszanie konwencji a nie wielka literatura. To jest książka, którą przeczytasz w trzy godziny, zaliczając po drodze dwie pętle autobusowe. Kupa prostego, czasami wręcz prostackiego humoru. Jeszcze większa kupa psychodelicznego humoru. Oraz wielka kupa absurdalnego humoru. Jest krew, są przekleństwa, jest szarganie mitu spokojnych i wesołych świąt. Nie znajdziecie w niej skomplikowanych psychoanaliz, aczkolwiek Moore nie ucieka od próby opisu mieszkańców spokojnej i cichej prowincji, ich rozterek, dylematów i problemów. Ale nie to stanowi oś książki. Autor bryzga na lewo i prawo gagami, i to dzięki nim Najgłupszego anioła czyta się świetnie. Oczywiście w Poważnych Recenzjach przeczytacie, że humor jest momentami przaśny, prostacki i na granicy dobrego smaku. I bardzo dobrze - nie samym Allenem człowiek żyje. Lubicie Pythona i Adamsa? Sięgajcie po historię krwawego Bożego Narodzenia w Pine Cove. Wolicie egzystencjalne grzebanie w odbycie? Łyknijcie prozac, wypijcie piwo, poderwijcie dziewczynę/faceta/kozę i przestańcie zawracać mi głowę swoim jęczeniem, że Anioł to literatura rozrywkowa. A jaka ma być tego typu historia? Poważna? No bez jaj.

'Brudna robota' też obraca się wokół istot nadprzyrodzonych. Główny bohater, Charlie to typowa dupa wołowa. Wróć, Charlie to typowy samiec beta. Przez życie kroczy ostrożnie, nie wychyla się, nie naraża i ustępuje miejsca samcom alfa. Prowadzi lombard/komis, ma kochającą żonę, dziwnych współpracowników i ogólnie nie ma powodów do narzekania. Do czasu. Po narodzinach córki widzi przy jej łóżku faceta, którego teoretycznie widzieć nie powinien. I wszystko zaczyna się pieprzyć. Oszczędzę wam detalicznych opisów i podsumuję krótko: Charlie zostaje Mrocznym Żniwiarzem a jego córeczka nie powinna zdrabniać. Robota mało popularna no ale ktoś to musi robić. I zaczyna się jazda. Dla Charliego, jego córki, znajomych a przede wszystkim dla czytelnika. Po raz kolejny Moore pokazuje, że z najprostszego zdarzenia potrafi zrobić zabawną dykteryjkę portową[3]. Po raz kolejny nie jest to wyrafinowany humor najwyższych lotów. Ale co z tego, skoro przez prawie 400 stron nie mogłem się przestać śmiać? Facet po prostu ma dar od Boga - umiejętność gawędzenia o niczym w sposób, jaki nie pozwala się oderwać od lektury. I przez to czuję z nim powinowactwo dusz, bo mam podobnie. Czuję w kościach, że gdybym z Moorem siadł przy browarze, to skończylibyśmy nad ranem z popękanymi przeponami i skurczami wszystkich mięśni twarzy. Przy okazji moich wiedźmińskich ekscesów, dostałem linka do dyskusji na zonie Sapkowskiego, w której jeden z dyskutantów określił prezentowany przeze mnie typ humoru mianem humoru imprezowego. Krótko, lapidarnie, na temat i nie sposób się z tym określeniem nie zgodzić. Identyczny styl prezentuje Moore, aczkolwiek jego kupują setki tysięcy osób i rzadziej ode mnie przeklina. Przez co jest mniej monotonnie (no bo ile można żartować na temat przysłowiowej dupy) i cały czas śmiesznie[4]. Brudna robota to kawał świetnej literatury rozrywkowej, jako taka broni się sama i jest w swojej klasie perełkowa. Oczywiście polecam, jakby się ktoś jeszcze nie zorientował.

A wszystko to napisałem po to, żeby zrobić nieodpłatną reklamę kolejnej książce Moore'a, która chyba już jest w księgarniach. Dziwne trochę jest to, że polecam coś, czego nie przeczytałem. Tyle tylko, że 'Baranek' nie może być słaby. No bo jakim cudem słaba może być książka, w której o młodzieńczych latach Jezusa opowiada nam jego najlepszy kumpel? Historia w której znajdziemy wędrówki, magię, cudowne uzdrowienia, kung-fu, ożywianie ciał, demony i ostre laski, napisana przez Moore'a i przetłumaczona przez Piotrka Cholewę nie może być zła. I dlatego rekomenduję ją wam w ciemno - totalnie nieprofesjonalnie. Zresztą - dzisiaj śmigam do księgarni, nieufni mogą wstrzymać się z zakupem do przyszłego tygodnia. Wtedy będzie już po lekturze i uaktualnię notkę o spostrzeżenia na temat Baranka. Tymczasem możecie zaś sięgnąć po Najgłupszego anioła albo Brudną robotę. Bo szczery śmiech to zdrowie.

[1] Wyglądać to może na pozę ale co niby innego robiłem przez ostatnie 5 lat na stronie?
[2] To długa historia.
[3] Też potrafię.
[4] Niektórym fakt, że porównuję się do uznanego pisarza, może wydać się czystej wody bucówą i megalomanią. Szanuję wasze zdanie ale możecie sobie z nim śmiało pospierdalać. Jednym z talentów jaki mam, jest umiejętność fajnego opowiadania różnych historii. Jedną z umiejętności jakiej nie posiadłem, jest krygowanie się i fałszywa skromność - wiem co potrafię robić dobrze a czego nie, bo w moim wieku powinna być to wiedza powszechna. I powiem wam jedno - gdyby mnie któregoś dnia pojebało i doszedł do wniosku, że chcę napisać książkę, to byłaby w 70% zbliżona stylem do Moore'a. Znaczy nie wiem czy by była. Starałbym się aby była. No ale o tym się pewnie nigdy nie przekonamy.

poniedziałek, 22 października 2007

... pierdolona hołota.

W ten sposób witał się z publicznością kultowy Dr Huckenbush. Do pięknych tradycji pijackiego punk-cover-bluzg-rocka nawiązał wczoraj jakiś babon z PiS-u. Najpierw byłem złodziejem. Potem łże-elitą. Następnie wykształciuchem. Stałem razem z ZOMO. Oligarchowałem. A na sam koniec zostałem niedobitą hołotą. Tyle tylko, że nic nie jest mi w stanie popsuć humoru. Nie dlatego, że wygrała Platforma - pamiętam rządy zarówno KLD, jak i AWS-u. Ja w tych wyborach głosowałem nie na konkretne ugrupowanie a przeciw konkretnym ugrupowaniom. I się udało. Mam nadzieję, że będzie nudniej ale ciut normalniej.

A PiS? No cóż, skończył tak, jak się spodziewałem. Wszystkim, którzy myśleli, że Lechujarek będzie potrafił przegrać z klasą, życzę rychłego powrotu do zdrowia. Na koniec pozdrawiam jeszcze raz warszawską hołotę i do zobaczenia na piwie. Bo fakt, że z cyrku na Wiejskiej zniknęły takie indywidua jak... sami wiecie zresztą jakie, wymaga opicia. Na koniec strawestuję zaś dowcip: Donald, nie spierdol tego.

środa, 17 października 2007

W zasadzie notka powinna nosić tytuł 'Ballada o zgubnych skutkach nadużycia' ale pozwolę sobie na przygarść rozważań natury ogólnej a mojej małej, prywatnej tragedii osobistej poświęcę akapit malutki. Więc tytuł dałem taki bardziej odpowiadający treściom.

Było jedno, góra dwa i do domu zjechałem przed 1:00. Normalnie w takich sytuacjach kładę się spać ale wczorajszy dzień przejechałem na jakimś żałośnie niewielkim mielonym i złapała mnie gastrofaza. Wyjąłem zestaw ratunkowy czyli chleb i pyszny pasztet z pomidorami, poklikałem po kanałach, soft porno na Zone Europa było daremne, sport bez sensu a muzyka rzygotliwa. Padło na Polsat ale tylko dlatego, że w ucho wpadła mi fraza 'bez seksu'. Stwierdziłem, że 'bez seksu' jest bez sensu i postanowiłem posłuchać co też młodzież ma na ten temat do powiedzenia.

Chwilę potem pasztet, chleb, coca cola i ślina bryznęły na wszystkie strony a ja zacząłem się dusić ze śmiechu. Kurwa mać, mało się przez was debile nie przekręciłem. Na drugi raz jakieś tablice ostrzegawcze emitujcie: uwaga, kretyni na wizji albo coś takiego, to się będę wystrzegał. A nie napierdalacie treścią bez dania racji. A było to tak.

Kliknął mi się drzyzgopodobny tok szoł, który się nazywał 'Nasze dzieci'. Utwierdził mnie on w przekonaniu, że lepiej poddać się wasektomii niż takiego (w sensie występującego w tok szole) kretyna spłodzić, wychować a potem umierać ze wstydu oglądając go w telewizji. Znaczy nic do telewizji nie mam, w wolnym kraju każdy może z siebie wała przed kamerami zrobić (sam mam kilka teleturniejów na koncie) ale to co w owym programie usłyszałem, wbiło mnie w ziemię. Kilka sztuk młodzieży tam było, każdy opowiedział swoją wzruszającą bardzo historię (nie staje mi, rodzice nie rozmawiali ze mną o seksie, tata mnie wyruchał i tego typu fragmenty) a mistrzami wieczoru okazała się młodociana para (on 23 lata, ona 21 albo coś w ten deseń), która:
- kocha się nad życie
- chce się hajtnąć
- seks dopiero po ślubie, teraz dużo szklanek zimnej wody
- wspólne mieszkanie również dopiero po ślubie

Tak uroczych głupot dawno nie słyszałem. Najgorsze jest to, że z rozmowy wynikało, iż nie ma ich kto naprostować. Ale po kolei.
Kochają się. I w porządku, miłość pięknym uczuciem jest, zwłaszcza w szczenięcych latach. To właśnie wtedy zakochujemy się na zabój a partnerów z tamtych lat pamiętamy jeszcze długo po tym jak uczucie wygasło albo związek rozpierdolił się na kawałki z hukiem. To wtedy nasze naiwne wizje wspólnego życia z innym człowiekiem są weryfikowane na drodze doświadczalnej a nie przy pomocy eksperymentów myślowych. I przy całym swoim zgorzknieniu i cynizmie, miłość uważam za jedną z najpiękniejszych rzeczy, jaka się człowiekowi przytrafia. Dlatego kawałek o tym, że się kochają nie wzbudził we mnie jakiejś nadmiernej złośliwości.

Chcą się hajtać. I słusznie. No bo przecież ci co się nie hajtają to zwykłe, leniwe chuje z roszczeniowym, egoistycznym i konsumpcyjnym podejściem do życia. Ci co się nie rozmnażają, to jeszcze większe złamasy i fiuty bez kręgosłupa moralnego, bo kto zapracuje na moją emeryturę i kto mi poda szklankę wody na starość[1]. Zajebmy singli albo wprowadźmy bykowe. Także dla tych szaleńców, którzy decydują się na zawarcie święconego sakramentu małżeństwa mam całe mnóstwo szacunku. Zrozumienia. Oraz współczucia.

Seks po ślubie. W Polsce seks to temat tabu i przysłowiowy Kowalski prędzej odgryzie sobie rękę bez znieczulenia niż przyzna się przed samym sobą, że kręcą go:
szesnastoletnie dziewczyny
palce u stóp partnerki
widok sikającej partnerki
klamerki na sutkach
stymulacja analna

...i tak moglibyśmy wymieniać jeszcze przez pół godziny ale nie spotkaliśmy się, by o parafiliach rozmawiać. W naszej siermiężnej rzeczywistości, przeciętny Kowalski odczuwa prawdopodobnie dyskomfort w sytuacji gdy posuwa żonę w pozycji innej niż dozwolona przez kościół. Z niepojętych dla mnie powodów jedną z najfajniejszych form aktywności ludzkiej, zrepresjonowaliśmy w stopniu urągającym zdrowemu rozsądkowi. Ale się rozgadałem nie na temat. Chodzi o to, że według mnie z ludźmi, którzy nie lubią seksu, jest coś zajebiście nie tak. Ponieważ trochę się dusiłem i próbowałem sam na sobie wykonać rękoczyn Heimlicha, koncentracja mi gdzieś spierdoliła i nie dosłyszałem ale zakładam, że wzmiankowana para poznała się na oazie i jest głęboko wierząca. Bo każdy inny scenariusz wydaje mi się zbyt nieprawdopodobny[2]. Oczywiście nie obyło się bez tekstów o tym, że oni do ślubu chcą żyć w czystości. To się kurwa myjcie. I zacznijcie myśleć na własny rachunek a nie przyjmować bezkrytycznie wszystko, co ksiądz proboszcz wam mówi. Seks nie jest czymś, co bruka. Seks jest piękny. Zwłaszcza między dwiema osobami, które się kochają. No ale to jest ich krzyż i ich ból w lędźwiach. Dlatego ten kawałek też mnie przesadnie nie zwilżył. Ale na sam koniec pierdolnęli na bogato.

Mianowicie dopiero po ślubie zamieszkają razem. A przed ślubem 'nie ma jak u mamy'. Bo zapewne gdyby dwie osoby myślące poważnie o małżeństwie zamieszkały razem przed ślubem, to co by ludzie powiedzieli. Kurwa mać, jakie to było żałosne. Być może wylezie teraz ze mnie mój pragmatyzm i dopierdalanie się do szczegółów, ale wolałbym wyruchać kaktus niż 'docierać się' we wspólnym mieszkaniu dopiero po ślubie. Chuj z niedopasowaniem w łóżku, dla tej dwójki, jak widać, seks nie jest najważniejszy i odbędą w życiu tyle stosunków, ile będą chcieli mieć dzieci. Ich sprawa. Ale zdarzają się sytuacje, w których dwie osoby nie są w stanie wytrzymać razem pod jednym dachem. Przepraszam za podwórkową filozofię i truizm, ale taka jest prawda: prawdziwie poznasz człowieka dopiero wtedy, jak z nim pomieszkasz wspólnie przynajmniej przez tydzień. I nieważne czy będzie to tydzień na wakacjach w hotelu, pod namiotem albo na kempingu, czy też tydzień we wspólnie wynajmowanym mieszkaniu. Przecież to jest oczywiste.
I nie mówię tutaj o akcji: kocham cię ale nie dam rady być z tobą, bo rozrzucasz po domu brudne skarpetki. Nie, mi chodzi o to, że znacznie lepiej przejść przez okres dopasowywania się do siebie bez urzędowego czy kościołowego papierka. Bo gdyby się jednak nie udało dopasować (zdarza się), to łatwiej się pożegnać na zasadzie: siema, zostańmy przyjaciółmi niż siema, teraz będziemy się rozwodzić albo zapodamy separację. Wspólne mieszkanie to dla wielu osób duże wyzwanie, to umiejętność budowania zdrowej relacji, dzielenia przestrzeni i dochodzenia do kompromisów. To jeden z testów na dorosłość i dojrzałość. Nie żyjemy w średniowieczu, do chuja Wacława i nic złego we wspólnym mieszkaniu nie ma. No ale nie wszędzie i nie dla wszystkich.
Co czeka występującą dwójkę? Codzienne gwałcenie własnej indywidualności. W imię miłości, oczywiście. Bo tu nie będzie kompromisów, tu będzie bezwolna zgoda na wszystkie skrzywienia i fanaberie partnera. A wszystko to przy zaciśniętych do bólu zębach i do wtóru bezgłośnego okrzyku protestu, który będzie rozbrzmiewał w ich głowach. Być może będą szczęśliwi. Być może kochają się tak bardzo, że wszystko dadzą radę znieść. Być może kiedyś w Polsce rządzić będą przyzwoici i uczciwi ludzie. Ale jeżeli tak miałoby wyglądać moje szczęście małżeńskie, to ja to proszę Państwa serdecznie pierdolę w sam środek abstynencji seksualnej i mieszkania oddzielnie.

A teraz dokonam kilku bolesnych uogólnień. Jak wspomniałem, nie dosłyszałem czy owa para jest wierząca ale na podstawie dowodów dedukuję, że tak. Do instytucji kościoła nic nie mam, bo Chrystus miał kilka fajnych pomysłów na życie (nie zabijajmy się nawzajem, bądźmy dla siebie mili, nie nośmy w sercu urazy, wybaczajmy innym, pomagajmy słabszym). Szkoda tylko, że patrząc na tych młodych dostrzegłem jedynie dewastującą mózgi indoktrynację. Wiem, że jak wierzysz, to łykasz dogmaty z całym dobrodziejstwem inwentarza. Ale ludzie są istotami niedoskonałymi, błądzącymi. Dlatego może gdyby do tej wiary we wszystko, co zapodają z ambony panowie w czarnych sukienkach dodać odrobinę trzeźwego osądu, logicznego myślenia i adaptacji do realiów współczesności, byłoby to wszystko mniej żałosne.

A teraz wszyscy pijemy zdrowie młodej pary. Niech zajączek pomyślności im nigdy nie zagaśnie. Dobranoc.

[1] Dwa najdurniejsze 'argumenty' miłośników życia wypoczętego. Że niby ja, nie rozmnażając się, pozbawiam ich emerytury. Czyli moje nieistniejące dziecko nie zarobi pieniędzy na ich emerytury. No co za pasożyty pierdolone. Mi się zawsze wydawało, że o swoją emeryturę albo zatroszczysz się sam (oszczędzać trzeba), albo będziesz się ścigał ze szczurami w śmietniku o to, kto szybciej zmaca gdzie jest chleb i szybciej go przeżuje. Bo państwowy ochłap wystarczy co najwyżej na fajki, colę i waciki, a i to pod warunkiem, że istniejący u nas system nie pierdolnie wkrótce. Kawałek o szklance wody jest jeszcze śmieszniejszy, bo szklankę wody poda mi prywatna pielęgniarka. W głowie by mi nie postało żeby obciążać swoim starczym niedołęstwem kogokolwiek z rodziny.
[2] Słyszałem o osobach, których seks nie kręci. Nie umiem tego skomentować.

piątek, 12 października 2007

Nie czytajcie recenzji w prasie i w internecie przed seansem. Możecie przeczytać moją impresję na temat, bo ja wam przynajmniej nie będę do głowy wkładał wyświechtanych frazesów, a powiem konkretnie co i jak. Otóż Planet Terror (w dalszej części wywodu skrócę to sobie do PT) jest filmem w swojej klasie wybitnym. A teraz przystąpię do uzasadnienia.

Filmów o zombie, które widza straszyły a nie rozśmieszały, powstało niewiele. Wróć. Filmów o zombie, które mnie straszyły a nie rozśmieszały, powstało niewiele. Była to oczywiście Noc żywych trupów (Romero), Świt żywych trupów (tegoż samego), zaskakująco udany remake Świtu autorstwa Zacka Snydera oraz 28 dni później (Boyle). Każdy z tych filmów wywarł na mnie wrażenie ze zupełnie innego powodu, każdy szanuję i każdy lubię. Nic nie poradzę na to, że pozostałe historie o żywych trupach wzbudzają we mnie śmiech. Pół biedy gdy jest to śmiech zamierzony przez twórców (Shaun of the dead). Gorzej gdy widz płacze ze śmiechu na filmie mającym z założenia straszyć (95% produkcji z tego gatunku). I jak już muszę, to wolę te śmieszne z założenia.

Teraz powinienem być kaczi i użyć następujących sformułowań: 'zabawa konwencją', 'antologia motywów i chwytów rodem z tandetnych horrorów', 'zgodnie z wymogami konwencji', 'wirus jako metafora komunizmu/ talibizmu/ onanizmu', 'dekonstrukcja zbiorowych fobii i obaw' oraz 'bolesna, wręcz dojmująca dosłowność niektórych scen'. Ale nie użyję, bo wiem że wyręczą mnie w tym Znani i Szanowani Krytycy. Ja się postaram skupić na czymś innym, bo nigdy w akademickich wywodach i analizach zawartości treści z dupy wydłubanych nie byłem zbyt mocny.

Lubię gdy do roboty zabiera się zapaleniec. Ktoś, kto zna temat, jest w tym co robi szczery i kojarzy o co w tym wszystkim chodzi. Nie pójdę kupować komputera do kolesia, który jest sprzedawcą szeroko pojętej elektroniki w dużym sklepie. Nie zrobię sobie kolejnego tatuażu u kolesia, który sam nie jest obdziargany. Nie odbędę męskiej rozmowy przy barze, z kolesiem który pije sok pomidorowy z pieprzem i tabasco. I nie będę się bawił dobrze na horrorze nakręconym przez kogoś, kto horroru nie kocha ale wydaje mu się, że to łatwy kawałek chleba i da radę. Rodriguez swoim 'Od zmierzchu do świtu' udowodnił, że w temacie żywych trupów daje radę. Tak, wiem że tam były wampiry ale proszę mi najpierw udowodnić, że krwiopijcze gacopyrze są żywe, a potem krytykować nieznajomość systematyki kinowo-literackich potworów. Ale to tak na marginesie.

Na planie PT pokazał, że te kilka lat, jakie minęło od premiery Od zmierzchu, wyszły mu na dobre. I zafundował widzom półtorej godziny świetnej zabawy. Po raz kolejny daruję sobie mundre słowa i napiszę wprost: dawno się tak nie ubawiłem. Bo dla mnie PT to w pierwszej kolejności inteligentnie zabawny film. Owszem, podlany cysterną krwi, ale w dalszym ciągu zabawny. Radowało mnie wszystko: ładne dialogi, przerysowane do granic absurdu sceny (jądra wrogów w dużym słoiku, rozpuszczający się penis, szatkowanie żywych trupów... no dobra, bez spojlerów nadmiernych), galeria barwnych postaci, o których szerzej za chwilę, kilka niezłych coverów scen znanych i lubianych oraz bijący z ekranu duch dobrej zabawy, jaką na pewno na planie miała cała ekipa. Wszystko to złożone w jedną całość w sposób znamionujący znawstwo tematu. Kurde, po obejrzeniu PT zastanawiam się, czy aby na pewno chętniej napiłbym się piwa z Tarantino niż z Rodriguezem. Dobra, bez nadmiernej egzaltacji - oczywiście, że z Tarantino. Jego pozycja w rankingu 'znany człowiek, z którym najchętniej skułbym się tequilą w trzy dupy' jest od czasu Pulp Fiction niezagrożona. Ale Rodriguez w tym rankingu znacznie podskoczył.

Strona wizualna bez zarzutu. W recenzjach na pewno przeczytacie, że reżyser przegiął, że przekroczył granice dobrego smaku, że nadmiar, że przesyt, że obrzydliwość, że żona nie zrobiła mi wczoraj laski. No panowie, czego niby oczekiwaliście od filmu o zombi? Ja jak się wybieram do kina na film z żywymi trupami w tytule, to oczekuję rzeczy następujących: fontann krwi, dużej ilości tytułowych żywych trupów, obrzydliwej charakteryzacji, kałuż krwi, obrzydliwie dosłownych scen pożerania mózgu i okręcania się w jelita ofiary, zadowalającej liczby poobrywanych rąk, nóg, głów i rozszarpanych torsów, wybuchów, pożarów, sadzawek krwi, bohaterów, którzy wystrzeliwują przez godzinę więcej pocisków, niż wystrzelono ich podczas lądowania na Omaha Beach, szatkowania ożywieńców, eksplodujących głów, rozjeżdżania i miażdżenia, krwawych bryzgów na ścianach, podłodze i suficie, scen kurczących mosznę (wydłubywanie oka skalpelem, przybijanie do ściany ręki strzykawkami, kastracja, odcinanie nogi na żywca i czytanie na głos programu gospodarczego PiS) oraz kilku cycków. Broń biała i piły łańcuchowe też są fajne. No i krew, dużo krwi. Rodriquez, ten złośliwy bydlak, wszystko mi to dał, przez co słowa krytyki z moich ust nie usłyszycie. Nawet do wyrzygu sztampowa końcówka była zgodna z konwencją (kurde, użyłem tego słowa). Pod tym względem PT prezentuje się bez zarzutu.

Smaczki w filmie. No siła ich, każdy znajdzie coś dla siebie, spojlować nie będę i wspomnę tylko, że mój faworyt to patent z zagubioną rolką filmu. Aha, reżyser popełnił spore fopa, naruszył tabu i ugodził w niepisaną umowę filmowców - nie zabijamy dzieci[1]. Bo w amerykańskim filmie zginąć możesz dopiero po ukończeniu 16-17 lat, wcześniej jesteś nieśmiertelny. A nawet jeżeli już zginiesz, to nie pokazuje się ciała. Rodriguez olał to wszystko ciepłym moczem i w pewnym momencie zapodaje suspens z takim orgazmem i fazą odprężenia, że robi się autentycznie nieprzyjemnie. Ale poza tym jest cieplutko, milusio i ślisko od krwi. Oraz zabawnie.

No i rzecz najważniejsza, bez której całość łatwo mogła zamienić się w nędzną karykaturę - obsada. Megagwiazd w tym filmie, z drobnymi wyjątkami, nie uświadczymy. Ale to przecież nie nazwiska a ludzie grają, nie? No i się udało skompletować zaiste zabójcze komando: Josh Brolin i Marley Shelton jako bardzo dziwne małżeństwo lekarzy (zwraca uwagę Shelton, bo z ładnej dziewczyny zrobili zwykłe straszydło), bardzo dobry, charyzmatyczny Freddy Rodriguez jako tajemniczy El Wray (czy tylko mi przypominał T-Bone'a z Prison Break?), prześliczna Rose McGowan, która nawet z drewnianą nogą przyśpiesza panom puls, Naveen Andrews - biochemik, który jaja swoich wrogów trzyma w słoju z formaliną, Tom Savini jako niezbyt rozgarnięty zastępca szeryfa, Michael Biehn jako szeryf, który ma niezbyt rozgarniętego pomocnika i Jeff Fahey, brat szeryfa, restaurator poszukujący idealnego sosu do żeberek z grilla. Plus przemykający w kilku scenach Bruce Willis jako skrywający zabawny sekret dowódca oddziału komandosów. Nie mogło oczywiście zabraknąć Tarantino, którego spece od efektów przetransformowali w przypakowanego żołnierza, i który prezentuje się nam jako miłośnik Avy Gardner i gwałciciel z rozpuszczającym się penisem.
Zagrali dobrze (chociaż Oskarów nie przewiduję) a co najważniejsze, ich świetną zabawę na planie widać w filmie. Przez co ogląda się go jeszcze przyjemniej, jak zresztą każdy film, w którym aktorzy grają na luzie, nie spinają pośladków i są prawdziwi.

O fabule nie piszę, bo fabuła w filmach o zombi jaka jest każdy widzi. Da się ją zazwyczaj streścić w jednym zdaniu: tajemnicza substancja uwolniona do atmosfery ożywia martwych, którzy snują się dokoła, siejąc śmierć, chaos i zniszczenie. Niczego innego nie spodziewajcie się po Planet Terror, bo dostaniecie dokładnie to, co film o zombie powinien widzowi dać. Plus wszystko, o czym napisałem powyżej i co wywindowało Planet Terror o kilka poziomów wyżej. Podziękujcie panu Rodriguezowi, bo kto inny mógł zrobić z tego wagon gówna. Do kina marsz. A recenzje Poważnych Krytyków poczytajcie sobie po powrocie do domu - dobra zabawa gwarantowana.

[1] Zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym się zastanowił, to znalazłbym jakieś hollywoodzkie produkcje, w których dzieci są zabijane albo giną. Ale na gorąco nic mi nie przychodzi do głowy. Dlatego napisałem o niepisanej zasadzie, bo filmowcy ewidentnie unikają tego tematu.

wtorek, 09 października 2007

Wiem, że kwękanie typu 'za moich czasów woda była czystsza a trawa zieleńsza' jest oznaką starczej demencji ale w kontekście rodzimej sraczki serialowej, jaką obserwuję w telewizorze polskim, ma ono bardzo głębokie uzasadnienie. Kiedyś seriale były lepsze. Teraz pozostaje mi oglądanie produkcji zagranicznych.

Nie chcę mi się robić tutaj kącika kombatanckiego, bo zakładam, że każda z odwiedzających to miejsce osób jest w stanie na bezdechu wymienić przynajmniej 5 klasycznych tytułów, bez zastanawiania się nad. Jeżeli zaś chodzi o produkcję aktualną, to zalewa nas Proszę Państwa, wodospad gówna. Z powodów finansowych od 15 lat nie jesteśmy w stanie wydalić niczego, co byłoby choćby promilowo porównywalne z kultowymi gigantami[1] wyprodukowanymi przez zgniłych, upadłych i dekadenckich Amerykanów: Przyjaciele, Świat wg Bundych, Alf, Miasteczko Twin Peaks, Z Archiwum X, Gwiezdna Eskadra, Ostry dyżur, Prison Break (trzeci sezon woła o pomstę do nieba), Lost, Desperate Housewives czy Battle Star Galactica. Skazani jesteśmy na kolejne telenowele, nudne jak Bydgoszcz i nieśmieszne komedie[2] i bajkowe seriale o polskiej policji. Dlatego od czasu serialu 'W labiryncie' jestem skazany na śmierć. Oraz na zagraniczne seriale.

W dzisiejszym odcinku chciałem zainteresować was kilkoma niezbyt nowymi ale bardzo dobrymi kawałkami rodem zza wody. Na początek Kill'em all. No dobra, nie all. W 2005 roku ktoś wpadł na pomysł, że należy wesprzeć zagraniczne zaangażowanie US Army i do emisji wszedł serial Over There. Z jakichś powodów wyprodukowano tylko 13 odcinków ale warto spojrzeć na misję wyzwoleńczą Iraku oczami Amerykanów. Historia banalna do wyrzygu - grupa świeżych rekrutów wyjeżdża na pustynię i w kolejnych odcinkach wykonują sobie jakieś tam misje.
Podoba mi się Over There, bo obawiałem się, że będzie to serial propagandowy a propagandowy on do końca nie jest. Począwszy od głównych bohaterów, którym daleko do wizerunku dzielnego wojaka bez skazy, zmazy i odrobiny wątpliwości. Kogóż to mamy w oddziale: gangsta madafaka, który dostał wybór więzienie albo armia, Amerykanin arabskiego pochodzenia, który zaciągnął się po 9/11, głęboko wierzący koleś, któremu trafiła się funkcja strzelca wyborowego, targany wątpliwościami koleś po studiach, dwie niby twarde kobitki czy archetypiczny sierżant, który robi wszystko, żeby żółtodzioby wyniosły z tej awantury swoje dupy w całości. Nie ma nadętego hurrapatriotyzmu i hurraoptymizmu. Irakijczycy to nie tylko mięso armatnie, to ludzie którzy czują, cierpią i umierają. Żołnierze wykonują rozkazy ale nie pozostają one bez wpływu na ich psychikę. I w ogóle bliżej temu do Plutonu niż przeciętnej wojennej rozpierduchy.
Właśnie - rozpierducha też jest i do tego koleś od zdjęć dał radę ją sensownie pokazać. Różne tryby pracy kamery: szerokie plany pokazujące ogólną sytuację walczących stron, nocą w konwencji noktowizorowej, w czasie szturmu czy odwrotu kamera z ręki, dzięki czemu możemy na własne oczy przekonać się czym jest wojna - burdelem ogarniętym pożarem. Podoba mi się ten szarpany styl, podoba mi się pokazanie chaosu podczas teoretycznie zorganizowanej, a w praktyce bezładnej strzelaniny. Tutaj nikt nie pada po skierowaniu w jego stronę lufy karabinu, tu trzeba wywalić kilka magazynków, by kogoś trafić. Do tego kupa werystycznego naturalizmu - pourywane ręce i nogi, jelita na wierzchu czy totalna anihilacja po uruchomieniu bomby-pułapki.
Aktorzy totalnie nieopatrzeni (kojarzę tylko jakiegoś drugoplanowego pułkownika) ale dają radę. Scenariusz jakoś się trzyma kupy. Fajne zdjęcia. Fajne krajobrazy. Fajna historia, bo poznajemy też drugą stronę arabskiej awantury - problemy i dylematy rodzin i bliskich walczących żołnierzy. Warto poszukać, bo to całkiem przyzwoite kino jest. Nie rozumiem tylko dlaczego poprzestali na 13 odcinkach.

House MD - socjopatyczny, cyniczny geniusz medycyny. Historia byłaby płaska jak płat czołowy polityka gdyby nie on - tytułowy doktor Gregory House, koncertowo zagrany przez Hugha Laurie. Obejrzałem na razie 6 odcinków pierwszego sezonu i jestem zachwycony, bo rzadko ma się okazję oglądać szoł jednego aktora na tak wysokim poziomie. Doktor House nie jest lekarzem, którego chcielibyście spotykać w szpitalu albo w przychodni. Z pacjentami nie rozmawia, bo pacjenci kłamią. Ba, nawet ich nie ogląda. Ale jako, że jest geniuszem, to daje radę skutecznie ich leczyć. A potem musi odbębnić obowiązkowe godziny w przychodni - dla tych kilku minut, warto obejrzeć cały odcinek a wszelkie cytowanie jego perełkowych one-linerów ma tyle sensu, co próba opowiedzenia wam Narodzin Wenus Boticellego.

Pewnym paradoksem jest to, że House jest właściwie (pamiętajcie, wnioskuję na podstawie 6 odcinków) serialem nieznośnie wtórnym, w sensie wtórności wewnętrznej. Każdy odcinek to ten sam schemat - na początku do szpitala trafia trudny przypadek, ekipa House'a próbuje go zdiagnozować i wyleczyć a w przerwach między diagnozowaniem i próbami znalezienia adekwatnego traktamentu, House przyjmuje pacjentów w przychodni i droczy się ze swoją ekipą i szefową szpitala. I byłoby to do wyrzygu nudne gdyby nie inteligentne pomysły na kolejne przypadki i autentycznie wielki Hugh Laurie - dopóki nie poznałem jego House'a, wydawało mi się, że jestem cynikiem. No z tym, że niekoniecznie, bo przy Housie to ja jestem radosny optymista. Polecam, zwłaszcza że telewizja reżimowa puszcza to wieczorami we wtorek albo czwartek. Zresztą, sprawdźcie program i nie przegapcie następnego odcinka.

David Duchovny ma u mnie ciepłe miejsce w sercu do końca dni moich, za jeden z najlepszych seriali świata - Z Archiwum X. Po zamknięciu serialu, błąkał się gdzieś z boku, po jakichś dziwnych produkcjach, by w końcu, po 5 latach i 4 miesiącach, jakie upłynęły od odcinka 'The Truth'[3], wypłynąć w czymś, co dla mnie ma wszelkie możliwości, by stać się przebojem. Mówię o Californication. Dla wszystkich fanów Foxa Muldera postać Franka Moody'ego będzie dużą niespodzianką. Już nie ogarnięty obsesją poszukiwacz spisków i obcych. Tym razem Duchovny gra pisarza, którego dopadły niemoc twórcza i zaczątki kryzysu wieku średniego. Kryzys wieku średniego dopadł go z powodu wieku. Niemoc twórcza z powodu rozstania z wieloletnią towarzyszką życia, z którą układało mu się świetnie ale zapomniał się z nią ożenić a potem nieco zaniedbał.

Twórcy ładnie zbalansowali akcenty komediowe, dramatyczne i cyckowe. Tak właśnie, całość firmuje Showtime, które nagości się nie boi, dzięki czemu niemalże w każdym odcinku mamy goliznę. I to goliznę cieszącą oko. Ale nie w cyckach leży moc i potencjał serii, bo te umiejscowiono gdzie indziej. W dobrym scenariuszu i jeszcze lepszych aktorach. Śliczna Natascha McElhone gra jeszcze śliczniej. Kolejna udana rola dziecięca w wykonaniu Madeleine Martin, wcielającej się w córkę Duchovnego. Nieco z tyłu przewija się bardzo solidny Evan Handler (agent Duchovnego). I wreszcie sam Duchovny, który pokazuje się w Californication z jak najlepszej strony. Trochę cyniczny, trochę niezorganizowany, wybitnie złośliwy, inteligentny i zabawny. Przebłyski takiego Davida mieliśmy w Archiwum X. Tutaj objawia się nam w całej swojej okazałości. Niby dupek, który schrzanił najlepszą rzecz, jaka przytrafiła mu się w życiu a teraz odreagowuje to tonąc w morzu cipek i oceanie alkoholu, ale nie sposób go nie polubić. Jestem pod wrażeniem.
Do tego twórcy zdecydowali się, że nie będzie to tylko komedyjka o kolesiu z pisarskim zatwardzeniem, który próbuje odzyskać swoją kobietę. W ostatnim wyemitowanym odcinku (California son), dostaliśmy naprawdę porządny kawał dramatu a retrospektywna scena zerwania Duchovnego i McElhone to jedna z najlepiej pokazanych scen tego rodzaju - ma się wrażenie, że kamera nie filmuje aktorów a zwykłych ludzi, którzy odbywają tą najtrudniejszą rozmowę. Plus kawałek o trudnym związku ojciec-syn. Całość skontrapunktowana śmieszno-smutną sceną z dziwką w barze, a potem w pokoju hotelowym plus kilka flashbacków dało mieszankę zaiste piorunującą, dzięki której przechodzimy płynnie od śmiechu do płaczu. Jest sztuką upchnąć to wszystko w 24 minutach.
Polski telewizor puści to za 3 lata. Albo w ogóle nie puści, bo przecież cycki. Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak jumać albo oglądać to on-line. Co i wam polecam. I jeszcze jedno - początek pilota to jedno z najmocniejszych otwarć w historii kina ever. Nie żartuję. Tak powinien zaczynać się każdy porządny film - od kopa w głowę.

Earl swoją prostaczkową filozofią niektórych śmieszy do łez a innych wkurza do granic wytrzymałości. Ja się zaliczam do tych pierwszych, bo historia jest fajna, bohaterowie sympatyczni a dowcipy śmieszne. Earl był złym człowiekiem i jeszcze gorszym złodziejaszkiem. Pewnego dnia wygrał 100 000 dolarów, zaś w chwilę po wyjściu z kolektury walnął w niego samochód. W szpitalu Earl zobaczył program o karmie (nie o tej dla kotów), a jako że jego wykształcenie pozostawiało wiele do życzenia, uznał karmę (tą dla psów też nie) za najlepszy wynalazek świata i postanowił się zmienić. Pierwszym zdarzeniem, które przekonało go o słuszności obranej drogi było cudowne zrządzenie losu, w wyniku którego zwycięski kupon wrócił do niego, dzięki czemu Earl zdobył środki ułatwiające mu odkupienie win (nie chodzi o odkupienie bełtów, kurde - jakoś mi się dwuznacznie zaczęło robić).
Odkupienie ma polegać na naprawieniu wszystkich złych rzeczy, jakie zrobił w swoim podłym życiu. Tworzy więc listę i jedzie według niej a my co tydzień oglądamy historię kolejnej dobrze wykonanej roboty. W zbożnym dziele Earlowi pomaga jego lekko spowolniony brat Randy (ich dialogi w łóżku są rozczulające), była żona Joy (typowa seks blondyna z przyczepy na przedmieściach), motelowa pokojówka Catalina (nielegalna imigrantka z Meksyku) oraz wyjątkowo psychodeliczny Crab Man (człowiek z tajemniczą przeszłością), który zastąpił Earla na stanowisku męża Joy. Cała ta zbieranina jest wyjątkowo lewa ale za to poczciwa i zabawna.
Dlaczego piszę o My name is Earl? Ano, z tego co zauważyłem, telewizja stwierdziła, że może by to pokazać Polakom i od września emituje go Dwójka. Warto, bo to wbrew pozorom bardzo mądry film. Pomimo całej swojej naiwności.

A na koniec staroć i to taki, że niektórzy ludzie tyle nie żyją, ile ten serial ma lat. Kilka razy uderzyły mnie w oczodół entuzjastyczne recenzje American Gothic. Zajumałem pilota i pierwszy odcinek i zacząłem oglądać. Daruję sobie opowieści o treści i przybliżę wam go skojarzeniowo. W Trinity spotyka się David Lynch ze Stephenem Kingiem a całość klimatem przypomina Carnivale. Trinity to miejsce gdzie nic nie jest takie, jak się wydaje a pod sielską skorupką małomiasteczkowego spokoju, buzuje ocean zgnilizny. Jestem w 1/3 serialu, więc na razie akcja zdążyła się zawiązać i nieco zagęścić. Już wiemy, że szeryf Lucas Buck nie jest dobrym człowiekiem. Tak właściwie, to nie mamy też pewności czy szeryf Lucas Buck jest w ogóle człowiekiem. Domyślamy się, że główny bohater, gwałtownie osierocony Caleb, nie jest zwykłym chłopcem i gra o jego duszę może mieć charakter starcia na poziomie wyższym niż jednostkowy. Zastanawiamy się jaką rolę odegra w tym wszystkim duch jego tragicznie zmarłej siostry i jakie jeszcze bluźniercze tajemnice odkryją przed nami mieszkańcy miasteczka. Jest gęsto, mrocznie i zadowalająco.
Jeżeli chodzi o obraz południowej, amerykańskiej prowincji, to nie wiem czy więcej tu Lyncha czy Kinga. Ale tak między nami - czy jakakolwiek proporcja dla miłośników ich twórczości może być niezadowalająca? Ewidentnie kingowski jest szeryf - skojarzenia z tajemniczym sklepikarzem Lelandem Gauntem narzucają się same. Czy w finale Lucas też okaże się Złym? Nie wiem, a nawet gdybym wiedział, to bym nie powiedział.
Jak już wspomniałem, film jest mroczny, atmosfera gęsta a tajemnica intrygująca. Dlatego z czystym sumieniem polecam go wszystkim miłośnikom tego typu klimatów. Jedyną rzeczą, która niestety się zestarzała (serial jest z 1995 roku) są dramatyczne efekty specjalne. Tutaj niestety technika poszła mocno do przodu i niektórych może to drażnić. Ale dzięki naprawdę umiejętnemu budowaniu klimatu, w większości momentów owe efekty są bardziej niepokojące i pogłębiające psychozę niż śmieszne i zabijające nastrój. Szkoda tylko, że powstało nędzne 22 odcinki i że ostatni, według imdb był robiony z toporem nad głową, przez co nie dostajemy odpowiedzi na wszystkie pytania. Z drugiej strony czy tajemnica nieodkryta do końca nie jest bardziej intrygująca? A teraz wracam do Trinity - trzymajcie za mnie kciuki i życzcie mi powodzenia, bo z Lucasem nie ma żartów. Do poczytania.

[1] To są moje kultowe giganty. Jak się komuś nie podoba, to niech zachowa swoją niechęć dla siebie.
[2] Amerykanie nawet śmiech z puszki potrafią zrobić tak, że nie irytuje. A u nas generują go chyba komputerowo, bo jest tak samo naturalny jak nylon.
[3] Ostatni odcinek ZAX. Płakać mi się chciało gdy dotarło do mnie, że już więcej nie będzie. Nawet pomimo tego, że ostatnia seria, bez Muldera, była kiepska, by nie rzec żałosna.

piątek, 05 października 2007

Jestem kretynem.

Zrobił mi się zastrzał, palec wygląda jakby mi ktoś fajka na nim zgasił, pisać na klawiaturze nie mogę (patrzcie jak się dla was poświęcam), bo mnie jebie okrutnie. Hoduję tego syfa i przyglądam mu się uważnie od poniedziałku. We wtorek trochę żółto-zielonego z niego wycisnąłem - z palca a nie z syfu, to ten syf był żółto-zielony. No i myślałem, że będzie dobrze.

W środę tajemnicza zawartość torbieli stwardniała a purpurowa pręga przemieściła się w okolice podstawy paliczka dalszego palca serdecznego, czyli digitus annularis phalanx distalis basis[1]. A potem zaczęły mnie łapać zabawne przykurcze rzeczonego digitusa. Postanowiłem sobie znowu powyciskać. Dżizas, kurwa, ja pierdolę - pocisnąłem 3 sekundy i przez następny kwadrans siedziałem na fotelu, palec mnie jebał jakbym przywalił w niego wikińskim młotem, pot wystąpił mi na czoło a wiązanki jakie generowałem, spowodowałyby rumieniec wstydu na twarzy marynarza z dwudziestoletnim stażem albo u dziwki portowej ze stażem trzydziestoletnim. Postanowiłem wrzoda przeczekać.

We czwartek nawet mnie tak bardzo z rana nie bolało. Zabolało natomiast w pracy, gdy podczas ablucji walnąłem zgniłkiem w zlew. To już były czarne plamy przed oczami. Stwierdziłem, że samiec alfa do lekarza idzie dopiero jak mu coś urwie i starałem się zapomnieć o bólu i nie zwracać uwagi na to, że kolor jaki digitus przybrał, dałby mu miejsce honorowe u boku Karmazynowego Króla. Wieczorem, celem znieczulenia i dezynfekcji, wychyliłem kilka browarów a przed snem postanowiłem wypróbować starą metodę na uporczywe, nabrzmiewające wągry twarzowe znane wszystkim, którzy okresu dojrzewania nie przespali. Posmarowałem gnojka pastą do zębów.

Stary a głupi. Efekt smarowania pastą był taki, że palec się przebarwił i nie mogłem go rano pod prysznicem domyć. Nie żeby barwa była trwała, po prostu tak mnie skurwiel łupał, że nie mogłem go dotknąć. Ubrałem się i pomknąłem do kombinatu. Około południa stwierdziłem, że przebrała się miareczka, nie będzie mnie boleć jak nie musi, i w ogóle sram na ciebie czyraku pierdolony. Poszedłem do zakładowego weterynarza. Miła pani doktor stwierdziła, że może mi dać antybiotyk. Skru ju bicz, nie łykam antybiotyków, bo mi kultury bakteryjne zabijają. No to w takim razie do chirurga. O, to już lepiej - będzie ciachanko. Na odchodne, w ramach żartu, rzuciłem pytanie: a czy są jakieś metody babuni na panaritium subcutaneum (bo tak go sobie zdiagnozowałem)? Do wrzątku pan wsadzi sukinsyna. Stwierdziłem, że nie będę przesadnie okrutny dla siebie i zabrałem swoją twarz sprzed twarzy pani lekarki na placówce.

Po powrocie na stanowisko pracy, ciężko opadłem na fotel i zacząłem kontemplować tą gangrenę. Fajnie, bo pojawiły się pręgi wpadające w kolor niemalże brązowy, zaś przy paznokciu wykwitły zielonkawe ornamenty. Trochę do siebie, trochę w przestrzeń, rzuciłem filozoficznie: kurwa mać, no nie ma lepszej metody od wrzątku? Kolega zza pleców stwierdził, że wrzątek na zastrzał jest najlepszy. Zwlokłem dupsko sprzed kompa, poszedłem do kuchni, nagrzałem wrzątku, wlałem go do kubeczka i przystąpiłem do misji samobójczej 'ugotuj sobie palec debilu'. Po pierwszym włożeniu palca do wrzątku, zrobiło mi się ciepło. Po drugim cieplej. Po trzecim jeszcze cieplej. A po czwartym całkiem gorąco. Poczułem, że w palcu zaczynają zachodzić procesy denaturacji białka i odpuściłem. Spłukałem ropniaka zimną wodą, wróciłem do biurka, zrobiłem z nudów trzy analizy i czterdzieści mądrych tabelek, po czym zacząłem ponownie kontemplować barwy zwycięstwa głupoty nad zdrowym rozsądkiem. Tak właśnie - digitus annularis phalanx distalis się mi ugotował. Bo okazuje się, że wrzątek świetnie działa. Ale na zastrzał świeży. A nie na taki, którego hodujesz piąty dzień.

Kończę ten bezsensowny wywód, bo muszę przygotować się mentalnie do nacinania. I jak mi Bóg świadkiem - jeżeli chirurg ortopeda zaproponuje mi antybiotyk, to przybiję go skalpelami do drzwi i puszczę im tą cholerną poliklinikę z dymem. A o tym jak mi poszło napiszę gdy tylko zjem zupę. Wrrrrróć, napiszę jak tylko dojdę do siebie po rżnięciu. Trzymajcie kciuki.

Minął jakiś czas.

Ożesz kurwa mać, jeszcze mnie boli na samo wspomnienie tego zajścia. Doktor miał 96 lat... No dobra, doktor wyglądał na 96 lat i stwierdził, że szkoda ciąć. Nie wiem, może faktycznie za małe to było. Ja raczej skłaniam się ku wersji takiej, że koleś bał się, że przez pomyłke amputuje mi palec. Tak czy inaczej do ciachanka nie doszło.

Zamiast tego, inkryminowany doktor nauk medycznych postanowił ropę wydłubać. Rękę na stół kazał położyć, wdział rękawiczki, rozciął opakowanie z narzędziami, wyjął łopatkę, siostra Irena oblała mi palec spirytusem i przystąpiliśmy do zabiegu. Kurwa mać, łopatka miała trzonek wielkości byczego penisa a część chwytną wielką niczym szpadel do odgarniania śniegu. Trwało to góra cztery minuty ale pomijając dwie akcje[2], no... trzy akcje[3], ok, kilka akcji[4], były to najdłuższe cztery minuty w moim życiu, na wspomnienie których jeszcze pot zimny mnie oblewa. Dobrze, że moja prawa ręka jest silniejsza od lewej, dzięki czemu mogłem sobie rękę łyżeczkowaną (tak się ów zabieg nazywa) przytrzymać.

Tak więc ciachanka nie było ale i tak pan doktor sprawił się galanto. Palec dzisiaj nie boli, ropa zeszła i purpura jakby mniej purpurowa. Czad. A teraz idę pomoczyć digitusa w NaHCO3.

[1] Pamiętajcie - bawiąc, uczy.
[2] Piłka do tenisa w prawe jądro, pięść koleżanki w oba jądra.
[3] Dwukrotne przelecenie nad kierownicą roweru.
[4] Pierwszy egzamin na studiach, który oczywiście uwaliłem. Moment, w którym uświadomiłem sobie, że wylosowałem jeden z dwóch zestawów (spośród stu albo lepiej), na który nie znam odpowiedzi, trwa tak po prawdzie do dzisiaj.