To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 30 września 2010

Ojciec mojego kumpla leży w szpitalu i potrzebuje dużych ilości krwi. Żeby ją dostał w odpowiedniej ilości, ktoś musi ją oddać, bo w szpitalu jak w wojsku, cyfra się musi zgadzać. Grupa dowolna, miejsce dowolne ale trzeba dostarczyć zaświadczenie o tym, że się krew oddało. Po kolei.

Województwo mazowieckie
Najlepszym rozwiązaniem jest oddanie krwi w Regionalnym Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa na ulicy Saska 63/75. Oddając krew należy zaznaczyć, że to na Andrzeja Jurgiela (Andrzej Jurgiel) i wziąć zaświadczenie. Jeżeli oddajecie na Saskiej, można je zostawić w recepcji, kumpel odbierze i pokaże lekarzowi.

Lista oddziałów RCKiKa na terenie województwa mazowieckiego. Oddając tam krew też można zostawić zaświadczenie i oni sobie automagicznie wszystkie informacje przetransferują. Z tym że zawsze warto mieć wątpliwość, bo przemiła i uczynna pani na telefonie to jedno, a nasza polska rzeczywistość drugie. Dlatego jeżeli ktoś zdecydowałby się oddawać krew w oddziale, to niech na wszelki wypadek dopyta czy jeżeli zostawi zaświadczenie na miejscu, wszystko będzie w porządku.

Jeżeli okazałoby się, że nie w porządku, to zaświadczenie można wysłać pocztą na adres kolegi:
Paweł Jurgiel
ul Olesińska 6/52
02-548 Warszawa

Jeżeli ktoś odda krew poza Warszawą ale pracuje tutaj, może podrzucić zaświadczenie do:
knajpy Paradox - Jezierskiego 3/5, boczna Rozbratu, powiedzcie barmanom o co chodzi, dadzą znać kumplowi
do mnie do Agory - zostawić na nazwisko Radosław Teklak i powiedzieć dziewczynom, że to pilne - zadzwonią
dać mi znać skąd można zaświadczenie odebrać - podjadę i zabiorę. Kontakt albo telefoniczny (jak ktoś zna) albo mailowy teklak na gmailu albo radkowiecki na gazecie.

Opcje związane ze mną są ważne do końca tego tygodnia, w przyszłym wyjeżdżam z Warszawy. Gdyby ktoś więc miał do przekazania zaświadczenie w przyszłym tygodniu, niech kontaktuje się bezpośrednio z kolegą na adres mailowy: larpownia małpa gmail kropka com. Ewentualnie mail/telefon do mnie i wystąpię za pośrednika.

Osoby spoza Warszawy

Oddajecie krew, bierzecie zaświadczenie, wysyłacie na adres kumpla.

Kryteria dla krwiodawców
Dyskwalifikacja czasowa
Dyskwalifikacja stała

Stan ojca Skały jest taki, że liczy się czas i oczywiście im szybciej krew zacznie płynąć, tym lepiej. Ale jeżeli ktoś nie może jej oddać w tym tygodniu, przyszły też będzie bardzo dobry.

Wiem, że sprawa jest nieco bardziej skomplikowana niż kliknięcie w brzuszek pajacyka ale mam prośbę żebyśmy zrobili przynajmniej tyle, ile jesteśmy w stanie.  Jeżeli nie możesz oddać krwi, przeklej linka u siebie na stronie, blogu czy facebooku. Powiedz znajomym w pracy, szturchnij rodzeństwo. Po coś przecież ten web 2.0 powstał.

środa, 22 września 2010

Miałem sobie zrobić przerwę z notkami ale dzisiaj jest Światowy Dzień Bez Samochodu, który to dzień jest kulminacyjnym punktem Tygodnia Zrównoważonego Transportu.

Przepraszam, musiałem sobie teraz zrobić przerwę innego rodzaju, bo jak widzę mnóstwo wielkich liter w nazwie i takie słowa jak zrównoważony, to zaczynam się mimowolnie śmiać. Takie to podniosłe i pompatyczne, że nie potrafię zachować powagi.

Dzień Bez Samochodu w Warszawie miałby polegać na tym, że kierowcy się przesiądą do komunikacji miejskiej, którą sobie śmigną za darmo, na dowód rejestracyjny. Albo się przesiądą na rower, którym sobie śmigną za darmo. Rower sobie wypożyczą na dowód, w jednym z czterech punktów (cztery punkty na prawie dwumilionowe miasto, mamy jednak poczucie humoru). Punkty są rozmieszczone w sposób bardzo przemyślany - pod Pekinem, Kopernik na Krakowskim, Rozdroże i Szpital Praski. Rowerów jest 200. Za miesiąc proponuję Dzień Pieszego Pasażera, będzie jeszcze bardziej surrealistycznie.

Idea oczywiście jest szczytna ale jak wiele, podobnych jej wynalazków (Zgaś na Godzinę Żarówkę Dla Ziemi, no kto coś takiego w ogóle wymyśla?), wywołuje u mnie rozbawienie. Tak myślą stojącą za, jak naszym wykonaniem. Rozumiem, że chodzi o budowanie świadomości społecznej i temu podobne ćmoje-boje. Ale jak chcemy budować świadomość kierowców? Zapchanymi autobusami i tramwajami, do których wbijasz się na siłę, łapiesz najbliższy twardy element pionowy i modlisz się w myślach żeby to była jednak rurka a nie coś innego.
Metrem, do którego w porannym szczycie często wbić się nie sposób i trzeba przepuszczać 2-3 składy, żeby się w końcu przykleić do szyby? Czy może chcemy zaproponować ludziom spacery do roboty, po wąskich ulicach obstawionych nieprawidłowo zaparkowanymi samochodami, których w Polsce odholować nie potrafimy[1], tylko pierniczymy się z blokadami na koła, które uciążliwości dla pieszych nie likwidują.

Wybaczcie banał ale każdy kto ceni sobie wygodę, wybierze własną brykę, w której jedziesz bez tłoku i, w miarę posiadania klimy, w optymalnej dla siebie temperaturze, słuchasz ulubionej nuty a nie podnosowego mamrotania zirytowanych współpasażerów zaś na wielu warszawskich trasach, w korku i tak stoisz solidarnie z autobusami[2]. A jedyna przewaga komunikacji czyli możliwość poczytania książki, w porannym szczycie jest często nie do wyzyskania, bo jest tłok i nie sposób jednocześnie trzymać się rurki i przewracać strony. No i trafiamy w ścianę, bo w starciu wygody z ideą, ta pierwsza wygrywa w dziewięciu przypadkach na dziesięć.

Jakby tego było jeszcze za mało, chcemy kierowców przesadzić na rowerowe siodełko, co jest dla mnie sadyzmem wyższego stopnia. O ile tłok w komunikacji czy zablokowany chodnik to drobne niedogodności, o tyle przelot po ulicach, dla niewprawnego rowerzysty może być przeżyciem tramuatycznym, skutecznie leczącym go z wszelkich prób zamiany kół czterech na dwa. Zwłaszcza w  taki dzień, jak dzisiaj. Bo widzicie, włodarze miasta w swej niekończoncej się mądrości, zakazali marszu zwolennikom legalizacji konopii[3] ale żeby nam się nie nudziło, wpuścili do miasta związkowców, którzy wystartują o 12 i skuteczniej niż jakikolwiek kataklizm, zakorkują miasto na amen, potęgując frustrację kierowców, a co za tym idzie, obniżając bezpieczeństwo wszystkich uczestników ruchu drogowego.

Poważnie, niech ktoś mi powie co za inteligent postanowił bez przymrużonego oka, zaproponować w Warszawie i innych miastach Polski, Dzień bez Samochodu? W kraju kalekiej infrastruktury jest to lepsze od Monty Pythona.

Osobiście planuję powrót do domu opłotkami, w miarę możliwości po chodnikach. Wszystkim jednodniowym rowerzystom, którzy dali się nabrać na Dzień Niewygody, życzę bezpieczeństwa, spokoju ducha i szerokości. Do poczytania.

Dla tych, którzy chcieliby się napiąć - powyższa notka nie ma żadnej myśli przewodniej, jest pozbawiona głębszego sensu i ma na celu typowo polskie ponabijanie się z utopijnego pomysłu. Na dodatek nie proponując niczego w zamian. Musicie być wyrozumiali - przykro mi, że dzień moich urodzin będzie się ludziom kojarzył nie z moimi urodzinami tylko z lekko bezsensowną akcją. Rozgoryczenie i starość przeze mnie przemówiły, mam nadzieję, że to zrozumiecie. Wasze zdrowie, tak przy okazji.

[1] Holowanie to najlepsza metoda na naszych kierowców, którym wydaje się, że jak kupili samochód, to mogą stawiać go wszędzie. Genialnie na przykład sprawdziła się na moim osiedlu w Piasecznie - po miesiącu chodniki stały się przechodnie, ulice przejezdne i okazało się, że przy minimum wysiłku da się zaparkować jak człowiek a nie jak skończone bydlę bez empatii.
[2] Gdybym dalej mieszkał w Piasecznie, zaproponowałbym przesiadkę do autobusu Bratu. Ciekawy jestem, czy jak już skończyłby się śmiać, kopnąłby mnie w miejsca bolesne, wypisał z rodziny czy tylko nazwał kretynem.
[3] Poprzednią ekipę przeraziły pedały, które mogłyby się rozleźć po mieście pod sztandarami i skalać jego niepokalany wizerunek mało patriotycznymi hasłami. Ekipa obecna martwieje na sam dźwięk słowa marihuana. "Czasy się zmieniają a pan, doktorze Mengele, cały czas młody."

piątek, 17 września 2010

Koledzy z forum rowerowego mnie objebali jak sukę burą, Borskuk stwierdził, że się napinam po czym mnie trafił i zatopił i jakieś takie ogólne niezrozumienie zapanowało. W związku z czym szybciej niż planowałem napiszę kolejny odcinek, bo nie chciałbym żebyście się niepotrzebnie nakręcali. Wystarczy, że niszczy nas jesienna deprecha i koniec wakacji.

Jazda w deszczu i zachowania kierowców. Temat, jakby na niego nie spojrzeć, rzeka. Najpierw odniosę się do tekstu o masochistach, którym radość sprawia pedałowanie w deszczu. No panowie z forum, bądźmy poważni. Rozumiem, że są różne rodzaje hobby ale nie próbujcie na poważnie wmawiać komukolwiek, że jazda w jesiennym deszczu[1] ma sens w przypadku innym niż życiowa konieczność. Bo jak to robicie i zaczynacie z poważną miną tłumaczyć, że to fajna sprawa, dokładacie malutki kamyczek do wielkiego stosu o nazwie 'cykliści to pojeby'. Dla człowieka, któremu rower nie przesłonił logicznego myślenia, nie ma niczego fajnego w jeździe w deszczu. Woda zalewa ci oczy albo chlapie w okulary - tak czy inaczej ogranicza poważnie widoczność. Kaptur na głowie ogranicza dodatkowo widoczność... Stop.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. Na pewno istnieją bajeranckie stroje, które nie krępują ruchów, nie przemakają, nie pozwalają nam się wyziębić i tak ładnie się układają na ciele, że czujemy się w nich jak w drugiej skórze. W to nie wątpie. Ale ja tutaj piszę z punktu widzenia kolesia, który uwielbia jazdę na rowerze, bo to jest fajne, dobre, piękne i pożyteczne. Ale daleko mi do fanatyzmu, który wygoni mnie z rowerem z domu przy -30 stopniach i ze śniegiem walącym z nieba tonami albo podczas jesiennej burzy. Nie zainwestuję również w strój do jazdy grubych plików tatusiów, bo mam inne wydatki. Może żeby ułatwić zrozumienie moich bełkotanek, dam tutaj jakieś swoje credo czy coś na kształt.

W miesiące z normalną pogodą jeżdżę praktycznie codziennie ale rower nie jest dla mnie stylem życia. Jest pięknym urządzeniem, które sprawia mi mnóstwo radochy i pozwala w warunkach zakorkowanej Warszawy, sprawnie przejechać z punktu A do punktu B. Dzięki swojej genialności pozwala mi każdego dnia zaoszczędzić na przejazdach po mieście do półtorej godziny. O tyle dłużej mogę czytać książkę i tylko idiota mógłby twierdzić, że nie jest to dobre i sprawiedliwe. Poza tym, po wyjściu z pracy mogę do domu wrócić dowolną trasą. Choćby przez Ursynów. A nie taką, którą wybrał za mnie ZTM.
W weekendy maszyna pozwala mi na freeride - wychodzę z domu, stwierdzam, że dzisiaj wybieram lewo, po czym jadę w lewo, aż mi się znudzi. Nie muszę sobie planować trasy, skręcam tam gdzie mi się zechce i to w kontekście Warszawy coraz bardziej grodzonej, daje mi jakieś małe poczucie wolności.
Rower zdrowy jest, rower pożyteczny jest, się chudnie, rosną od niego mięśnie i zyskuje się zdrowie, kondycję, zwiększoną pojemność płuc oraz muskulaturę, jakże pomocną w kontaktach z płcią nam nieobojętną.
Ale przy tej całej jego świetności, należy jednak pamiętać, że w moim przypadku, gdy leje albo śnieży, rower zostaje w domu a ja śmigam po mieście furką z fotelami w skórze i z szoferem[2].
Bo widzicie, ja jestem, zaawansowanym bo zaawansowanym, ale ciągle rowerowym piknikiem. I pewnie tak zostanie, bo na wyczyn nie mam specjalnie ochoty.

Gdy już sobie wyjaśniliśmy niejasności, kładące się poważnym cieniem na wzajemnym zrozumieniu, wróćmy do jazdy w deszczu jesiennym. Jest to dla mnie esencja niefajności. Woda skutecznie atakuje z każdego kierunku. Z góry z chmur, z przodu spod samochodów, z dołu z kałuż. Po przejechaniu kilometra w stroju nieprofesjonalnym[3], jest się przemoczonym na wylot a w chłodny dzień, w bonusie znajdujemy się na granicy hipotermii. Dla piknika, traktującego rower stricte utylitarnie, jest to jakiś bezsensowny horror, którego nikt dobrowolnie sobie fundować nie będzie. I wybierze autobus, prywatny wóz albo taksę.

Gdy do takiej burzy dołożymy nieco silniejszy wiatr, mamy szanse znaleźć się ze swoim rowerem w środku filmu katastroficznego, co udało mi się wykonać jakieś 2 lata temu i co wspominam jako straszną traumę. No dobra, to nie był silniejszy wiatr tylko regularna wichura, która zrywała bilboardy przy Puławskiej i łamała gałęzie grubości męskiego uda ale wiecie o co mi chodzi. Nawet średniej wielkości gałąź uderzająca nas w głowę podczas jazdy, potrafi zaburzyć tor albo nawet zrzucić z roweru. Co jest jakby niebezpieczne. A jak wiatr jest słabszy i niczego nie łamie, to i tak nawiewa nam deszcz w twarz. Jak masz okulary, to momentalnie przestajesz przez nie widzieć. Jak ich nie masz, to przestajesz widzieć jeszcze szybciej, bo przy każdym uderzeniu wody, odruchowo mrużysz oczy. Czy gdzieś popełniłem błąd logiczny, czy na razie wszystko się zgadza?

Ale nawet gdybym się zdecydował na jazdę po mieście w deszczu, bo miałbym takie kaprycho, nie mogę zapominać o dwóch dodatkowych atrakcjach. W obfitym deszczu, takim który przykrywa ulicę kilku czy kilkunastocentymetrową warstwą wody, nie widać dziur w nawierzchni. Jasne, większość swoich stałych tras znam na pamięć i wiem gdzie jest niebezpiecznie. Ale jak mnie zawieje poza znane nitki, zaczyna się bardzo brutalny survival, który może skończyć się upadkiem i częściową kasacją roweru. Każdy kto twierdzi inaczej, jest bardzo dzielny. Albo bardzo głupi.

No dobra, załóżmy, że znamy trasę idealnie a nawet gdybyśmy wpadli w dziurę, to zdarta skóra i skasowana obręcz nas nie bolą, bo jesteśmy twardzi i źli a koło było i tak do wymiany. Niestety, ciągle zostają samochody. I to jest główny punkt, dla którego jazdę w deszczu nazywam masochizmem. W Warszawie przynajmniej raz na 3 deszczowe minuty znajdzie się artysta, który musi jechać prędziutko. Ma w samochodzie ABS, ACC, ESP, DSR i WTF, w zwiazku z czym nie musi się niczym przejmować. I ciśnie przez zalane ulice setką, wzbudzając wielki entuzjazm u pozostałych uczestników ruchu. Z tegorocznych obserwacji - koleś jadący w czasie deszczu po Nowym Świecie zasuwał tak ambitnie, że odkosy dziobowe miały, lekko licząc, jakieś 3-4 metry wysokości. Widok imponujący, chociaż nieliczni przemykający popod murami przechodnie, nie podzielali mojego entuzjazmu[4]. I cały czas musimy pamiętać, że zalanie wodą z kałuży, to najmniej przykra rzecz jaka może nas spotkać ze strony samochodu.

Bo czasami zdarza się, że taki ścigant wyprzedza nas bardzo blisko, tak na łokieć. I wtedy strumień wody, który uderza z boku, ma na tyle dużą siłę, że jest w stanie zachwiać rowerem. W tym roku chwiałem się raz, a specjalnie wątły czy słabowity nie jestem. Jest to zarazem nieprzyjemne i niebezpieczne. Zresztą strumień wody może bez problemu rowerzystę obalić. Czy to przez impet, czy to przez zalanie twarzy (utrata widoczności, odruchowe wycieranie oczu, pogorszenie kontroli nad rowerem, dopowiedzcie sobie resztę, bo powoli robi się z tego czytanka dla głupków).

Zdecydowanie jednak najbardziej boję się aquaplaningu, zwanego z polska akwaplanacją[5]. We mnie już raz samochód uderzył. I powiem wam, nie mam ochoty tego powtarzać, bo to dopiero była esencja niefajności. Przy deszczu i kierowcach regularnie przekraczających prędkość, szanse na trafienie rosną. A ja raczej wolę je minimalizować, bo trafienie boli, odziera ze złudzeń na temat własnej niezniszczalności i naraża na spore wydatki na rekonstrukcję roweru, plastry, maście i okłady.

Ergo - jazda w jesiennym deszczu ssie pałkę na maksa. I nikt mnie nie przekona, że może to być przyjemne. Tak samo, jak nikt mnie nie przekona, że podczas przejazdu trwającego dłużej niż 3 minuty nie trafi się jakiś przygłup, który będzie musiał przygazować. Chyba, że wszyscy tkwią solidarnie w korku. Ale to już zupełnie inna historia. Do poczytania.

Wyście naprawdę myśleli, że ja przez deszcz rozumiem uroczy, ciepły, wiosenny kapuśniaczek?

[1] Ciepłe wiosenne i letnie burze to zupełnie inna bajka i nie wrzucamy ich do wspólnego wora z przykrym, zimnym, tnącym w oczy deszczem październikowym. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego.
[2] Wiem, że zaglądają tu ludzie niekumający sarkazmu, ironii i starych dowcipów. Nie mam Bentleya, opis stosuje się do środków komunikacji miejskiej.
[3] Ortalion z kapturem albo żeglarski sztormiak dwuczęściowy, kaszkiet, okulary i totalnie przemakalne buty sportowe.
[4] Ja byłem zen gdyż od kilku minut byłem przemoknięty na wylot. Oni się jeszcze łudzili.
[5] W skrócie - samochód zamienia się w skuter wodny i zamiast jechać, sunie po wodzie. Z punktu widzenia kierowcy jest to dość podobne do poślizgu na lodzie.

środa, 15 września 2010

Sensowny[1] sezon rowerowy powoli umiera, bo tylko masochiście może sprawić radość pedałowanie w drobnym deszczu zacinającym w twarz. Albo jazda spowitym w jakąś psychodeliczną, brezentową pelerynę, która zawija się wokół ud, kręci w szprychach i znakomicie ogranicza pole widzenia. Zresztą, olał pelerynki i deszcz w twarz - kogo normalnego jara jazda w strumieniach wody wzniecanych przez śpieszących się, na swój bądź czyjś pogrzeb, kierowcach? Owszem, cały czas się coś tam jeździ ale powoli czas zacząć podsumowania tego sezonu. Od razu uwaga - 90% mojego czasu na rowerze spędzam w Warszawie. W sensie w mieście. I tego typu jazdy będą dotyczyć moje bełkotanki. Dlatego nie przekładajcie sobie tego na las, szosę, pustynię, góry czy groble między jeziorami. Ułatwi nam to wzajemne zrozumienie.

W pierwszym odcinku pochylę się nad najsłabszymi współuczestnikami ruchu - nad pieszymi. Od wielu lat układam sobie z nimi bardzo poprawne stosunki na ścieżkach i na chodnikach[2]. Wbrew pozorom jest to bardzo łatwe, nie wymaga ukończenia szkoły wyższej z basenem i fortepianem i może to robić z łatwością każdy, nawet skończony cham granatem od radła oderwany. Wrzucę kilka podpowiedzi dla rowerzystów, dla których najlepszą metodą usuwania pieszych ze ścieżek jest wjeżdżanie w nich.

Pieszy na ścieżce, w większości przypadków, znalazł się przez zagapienie albo wygodę. Nie wierzcie w tabuny ludzi, którzy tylko czekają aby zrobić nam w poprzek i snują się po ścieżkach przez złośliwość. Jest to legenda miejska wymyślona przez kogoś z poważnym problemem psychologicznym i nieufnością do świata. Dla mnie ten rok był kolejnym, w którym trenowałem kulturę w domu i zagrodzie i znowu okazało się, że wszystko dało się załatwić przy pomocy 'przepraszam' oraz 'dziękuję'. Wystarczy tylko pamiętać o jednej rzeczy - gdy zbliżamy się do pieszego, to 'przepraszam' krzyczymy nie w momencie gdy nasze tylne koło zdziera mu już skórę z łydki, bo wtedy nie zadziała.

Robi się to następująco: jeżeli pieszy idzie w naszym kierunku, zazwyczaj dostrzeże nas z daleka i się odsunie. Gdy się nie odsuwa, to nie depczemy mocniej w pedały a podczas mijania uderzamy go barkiem w twarz, bo to słabe. Zamiast tego proponuję krzyknąć 'przepraszam' i się uśmiechnąć. Wiem, że trudne dla niektórych ale da się wyćwiczyć. Tego typu postępowanie usuwa pieszego ze ścieżki skuteczniej niż wykrzywiona twarz i stek wyzwisk.
Gdy pieszy jest odwrócony do nas tyłem, lekko zwalniamy i krzyczymy 'przepraszam' z odległości 10-15 metrów. Dla osób o słabszych płucach zalecaną odległością jest metrów 5. W takim układzie nawet jak pieszy wpadnie w panikę i zacznie się miotać po ścieżce, nie wyląduje nam pod kołem. Gdy pieszego mijamy, uśmiechamy się i mówimy 'dziękuję'. To niewyobrażalne jakie cuda potrafi zdziałać to niepozorne słówko. Wystarczy tylko je wydusić spomiędzy zaciśniętych ust. Za dziesiątym razem jest już łatwiej.

Oczywiście, jak w każdej odpowiednio licznej populacji, tak i wśród pieszych znajdziemy 1-2% niereformowalnych frustratów, którzy nie reagują na nic i potrafią złośliwie wejść nam pod koło. Metody są trzy - polska, ruska i zen. Polska polega na tym, żeby takiego kogoś wybluzgać. Pamiętajmy, że jeżeli jest to wielki jak szafa kawał chama, bluzgać powinniśmy z bezpiecznej odległości. Jeżeli jest to starsza osoba, można zahamować przed nią z poślizgiem i zwyzywać od dziadów/starych bab, kretynów, niedołęgów i moherów.

Metoda zen polega na tym, że mijamy takiego jegomościa i nie przejmujemy się tym, że gość jest głęboko nieszczęśliwym skwaszeńcem. Preferuję właśnie tę metodę ale to wolny kraj.

Jeżeli się nie boicie, możecie użyć trzeciej metody - na ruska. Polega na przywaleniu kolesiowi pompką. Pań nie bijemy. Jest to metoda dla prawdziwych wojowników dwóch pedałów.

Powyższe zasady mają również zastosowanie na chodniku. Przy czym przypominam, że jakkolwiek piesi nie byliby na tym chodniku wkurzający, nie możemy ani w nich wjechać, ani uderzyć barkiem (czy pompką), ani nawet zwyzywać. Bo jak jesteś w gościach, to niekulturnie jest atakować gospodarza.

Ostatnim miejscem gdzie możemy spotkać pieszego jest ulica. Pamiętajmy, pieszy na przejściu nie powinien być przez nas bluzgany, omijany, obdzwaniany czy potrącany. Bo na pasach to on ma prawo się znajdować a my powinniśmy umożliwić mu jego bezpieczne pokonanie. Dlatego gdy widzimy pieszego na zebrze, nie przyspieszamy żeby zdążyć jakoś sprytnie przed nim albo za nim przejechać, tylko się zatrzymujemy. Bo jak będziemy próbować mijać, możemy się na któregoś z pieszych nadziać i jest niezbyt śmiesznie.

Drobny patent - jeżeli aktualnie osiągniętej prędkości nie budowaliśmy przez ostatnie pół kilometra, nie uczestniczymy w rajdzie ulicznym, nie spieszymy się na rozmowę kwalifikacyjną, do pracy albo na randkę i nie uciekamy przed komornikiem, możemy zrobić coś, co absolutnie zaskoczy każdego pieszego. Możemy mianowicie zjechać do środka pasa, zatrzymać się przed przejściem na którym czekają ludzie, uśmiechnąć się do nich i gestem zachęcić do przechodzenia. To niesamowite jak łatwo spowodować by przedstawiciele tego sfrustrowanego społeczeństwa odpowiedzieli uśmiechem albo unieśli rękę w geście podziękowania. I od razu dzień jest lepszy. I dla nich, i dla nas.

Występują też sytuacje, w których pieszy wychodzi nam tuż przed koło, w powody nie wnikamy. Gdy uda nam się przed nim zahamować, mamy do wyboru trzy wspomniane wcześniej metody: polską, ruską i zen. Ponownie wybieram zen, wy możecie robić, co wam sumienie i aktualny stan emocjonalny podpowiada.

To na razie wszystko ale myślę, że się rozkręcę. Wszystkie powyższe akapity powstału w oparciu o autentyczne wydarzenia, których świadkiem byłem w tym roku na warszawskich ulicach. Może za wyjątkiem bicia pompką. No i uderzania pieszych barkiem, bo koleś nikogo nie uderzył tylko wjechał dziecku kołem w klatkę piersiową. Ale o tym w którymś z następnych odcinków.

Cykl został otagowany. Nie służy kompletnie niczemu, jest chaotyczny i bez myśli przewodniej, piszę go, bo mam na to ochotę i chcę w rozwlekłej formie zebrać to, co się uskładało na blipie. Jeżeli komuś się nie podoba, niech zachowa opinię dla siebie i nie czyta. Jeżeli ma tu być jakaś dyskusja, niech ma ona ręce i nogi i niech nie będzie takim pokazem żałości, chamstwa i buractwa jakim był atak na mnie po tekście 'I want to ride my bicycle' sprzed roku albo tym, co się działo w komentarzach, których nie mogłem wymoderować gdyż akurat byłem na urlopie. W kontekście owej 'dyskusji' wprowadzam zakaz używania dwóch słów: pedalarze i blachosmrody gdyż jak je widzę, to jest mi słabo. A nie może mi być słabo na moim blogu, co nie?

No, mam nadzieję, że wszystko jasne. Do poczytania.

[1] Częściej jeżdżę niż nie jeżdżę.
[2] Wszystkim, którzy chcą mi nawrzucać w komentarzach z powodu łamania przeze mnie przepisów, pragnę ułatwić - nie tylko jeżdżę po chodniku ale również przejeżdżam przez przejścia dla pieszych. Wrzucać możecie mi na swoich blogach, bo każdy kto się będzie u mnie w komciach o to przyczepiał, zostanie zbanowany. Nie róbcie tego nawet w tonie żartobliwym.