To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
poniedziałek, 07 września 2009

Teraz trzeba zawołać fachowca.

Po ośmiu latach mieszkania w Piasecznie doszedłem do wniosku, że wieś jest fajna ale dla tych, którzy lubią wieś. Ja za wodą czystą, trawą zieloną i długimi, męczącymi dojazdami do pracy, kultury, znajomych i przyjaciół jednak nie przepadam. Do Warszawy przeniósłbym się wcześniej ale na przeszkodzie stała moneta. Gdy w mieszku zaczęło robić się grubiej, kupiłem mieszkanie na Pradze.
Do tego kroku nie natchnął mnie film Rezerwat, entuzjastyczne opinie młodych, rzutkich, pięknych i bogatych, którzy zaczęli kolonizować Pragę (zaczynając od owianej złą sławą Ząbkowskiej) czy chęć poczucia klimatu starej Warszawy. Chodziło mi o rzecz banalną - chciałem mieszkać blisko centrum miasta (15-20 minut komunikacją), do pracy dojeżdżać w pół godziny i nie zbankrutować płacąc dyszkę z metra. Prawy brzeg Wisły był zatem naturalnym i logicznym wyborem.
Jako, że osłabiają mnie grodzone osiedla[1], oko moje spoczęło na stojącym luźno, pojedynczym bloku, który góruje nad okolicą niczym Patyk nad Warszawą. Puściłem mimo uszu mrożące krew w żyłach historię o gwałtach, pobiciach, wymuszeniach rozbójniczych i strzelaninach i zawinszowałem sobie kwadrat na Pradze Północ. Co prawda nie dałem rady uniknąć płotu całkowicie ale ogrodzona jest druga strona bloku i trzypoziomowy garaż, czego ze swoich okien nie widzę. Co mnie cieszy.

Z przyczyn, których nie chce mi się tu roztrząsać, prace wykończeniowe zacząłem ładny kęs czasu po kupieniu mieszkania. Kumpel zaoferował mi zrobienie projektu, po kilku tygodniach osiągnęliśmy konsensus co do ostatecznego kształtu wnętrz, wybrałem ekipę, obgadałem z jej wodzem projekt i pełen dobrych przeczuć oraz naiwnej wiary w ludzkość, wpuściłem fachowców na miejscówkę. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że za miesiąc będę wypalał paczkę fajek dziennie, spał po 4 godziny na dobę, nienawidził ludzi i przeklinał bardziej niż przeklinam, to wyśmiałbym go nikczemnie. No cóż, człowiek uczy się całe życie. Był koniec słonecznego czerwca, czułem euforię i podniecenie na myśl, że wkrótce zamieszkam w mieście i pierwszy tydzień robót upłynął mi pod znakiem naturalnego haju. Nie wiedziałem, że właśnie zaczyna się moja droga krzyżowa, na końcu której będę gotów kłamać, oszukiwać, odmawiać uiszczenia rachunków i życzyć całemu światu nagłego zgonu. Ale nie uprzedzajmy nadchodzących wydarzeń.

[1] Tak, wiem - jak ogrodzone, to cisza, spokój, bezpieczeństwo i brak dewastacji. Cóż poradzę, że mi się takie enklawy kojarzą z wsią ulicówką gdzie kolejne posesje są ogrodzone od pola, sąsiadów i drogi solidnym płotem i gdy zaatakuje cię luźny doberman, to nie ma gdzie spierdalać. A jak już wspomniałem, za wsią nie przepadam.