To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 26 września 2007

Spośród tematów mnogich jakie obsiadły mi głowę, padło na Toma Clancy'ego. Powód jest taki, że w tym tygodniu zakończyłem lekturę dwóch przedostatnich pozycji z Ryanem w roli głównej, których brakowało mi do 'kompletu'. Zanim przejdę do pochwał i połajanek, rzucę słowo komentarza, by mą przygodę z Clancym w kontekście osadzić.

Przez długie lata po techno czy też militarytechnothrillery nie sięgałem, bo ani strzelające patyki, ani apokaliptyczne wizje rozwoju nauki, mnie nie pociągały. Od karabinów było kino, od nauki były książki popularnonaukowe. No dobra, 'Czas nietoperza' zaliczyłem sto lat temu i mnie zachwycił ale nie do tego stopnia, by na studiach polować na Crichtona czy Clancy'ego[1]. I jak zwykle przełomowym momentem była jedna z moich wizyt na Koszykach - ja nie miałem niczego do czytania a 'Andromeda znaczy śmierć' Crichtona była tak tania, że nie mogłem się powstrzymać. Przełom zakończył się pogromem, bo lekko przynudzający, raportowo oschły styl powieści zupełnie do mnie nie trafił (narkotyzowałem się wtedy zupełnie innymi klimatami). Z jakąś masochistyczną (nie)przyjemnością dałem Crichtonowi szansę jeszcze dwa razy: 'Człowiek terminal' był katastrofalny, 'Wielki skok na pociąg' nudny. I tak zakończyłby się mój krótki romans z technothrillerami gdyby nie muza dziesiąta. Do kin weszły dwa świetne filmy: Park Jurajski, który zrewolucjonizował działkę efektów specjalnych[2] oraz Wschodzące Słońce, który był po prostu dobrym kawałkiem kina. Na polskich ekranach zawitały w odstępie kilkumiesięcznym, oba zobaczyłem, oba mnie zachwyciły i postanowiłem dać autorowi ostatnią szansę - sięgnąłem po książkę Park Jurajski.

Ludzie - jaka jazda. Film, owszem - bombastyczny, fantastyczny, zapierający dech w piersiach i ładniutki. Ale za to w książce było coś jeszcze, czyli dużo rozważań na temat teorii chaosu, w filmie jeno zasygnalizowanych. A ja wtedy czytałem na ten temat wszystko, co wpadło mi w ręce gdyż tematyka bardzo mnie jarała. Zajarał mnie też Crichton. I po Parku przeczytałem prawie wszystko, co firmował swoim nazwiskiem. Były rzeczy ewidentnie kiepskie (Linia czasu), były przynudzacze (Kongo), były rzeczy osiągające wysokie stany przyzwoitości (Norton N22, Rój) i były rzeczy, które zwaliły mnie z nóg (Państwo strachu). Chociaż, powiedzmy to sobie szczerze - Crichton ma dobre pomysły, sumiennie odrabia pracę domową związaną z naukowo-techniczną stroną zagadnienia ale pisać to on za bardzo nie potrafi zaś sposób konstruowania niektórych bohaterów woła o pomstę do nieba (na przykład wszyscy z Linii czasu). Dlatego potrzebowałem czegoś nowego. Czegoś, co połączy w sobie sympatycznych i dobrze rozpisanych protagonistów, rzuci ich na sensowne tło, będzie napisane dobrym językiem i podczas lektury nie da złapać głębszego oddechu (to akurat Crichton potrafi).

Dodatkowe objaśnienie dla młodzieży - czasy, w których czytałem Crichtona to tak zwane wieki ciemne. Przede wszystkim nie mieliśmy internetu. No dobra, niektórzy mieli ale w roku 94 albo w 95 mogłem sobie o surfowaniu po necie pomarzyć. Dlatego też nie miałem możliwości wyguglania nazwiska Clancy. Znaczy owszem - wszyscy podekscytowaliśmy się nieco podwodnymi łowami na Marko Ramiusa i kibicowaliśmy pojedynkowi Ryana z terrorystami i kolumbijskim kartelem narkotykowym. Ale od momentu wybuchu wolności, wybuchł też rynek księgarski. Półki były zalewane koszmarnymi ilościami książek, na które student nie zawsze mógł sobie pozwolić. I taki student stawał zazwyczaj przed bolesnym wyborem: nowy King, Masterton i Zelazny ale bez kolacji w tym tygodniu, czy może nowy Dick i Simmons z otwartą opcją mortadelową na czwartek[3]. Na dodatek bardziej interesowała mnie wtedy fantastyka niż zabawy z bronią w wykonaniu analityka z CIA. No i last, but not least - Clancy'ego w Polsce wydawał głównie Adamski i Bieliński (Czarna seria). Wszystko pięknie, hard-cover, obwoluta lakierowana, książki szyte i ceny kosmiczne. Na domiar złego książki z wydawnictwa AiB praktycznie nie lądowały wtedy na Koszykach, więc znajomość z Jackiem Ryanem musiałem odłożyć na później.

Później nastąpiło gdzieś w okolicach roku 2004 gdy wyszarpałem 'Sumę wszystkich strachów' w wersji elektronicznej. Odpaliłem ją na moim nowym, lanserskim palmie Vx i wciągnąłem jakoś tak szybko (pisałem zresztą o tym na stronie). Potem Clancy'ego czytałem chaotycznie, niechronologicznie (w sensie wydarzeń przedstawionych w książkach) ale w większości przypadków z dużą przyjemnością. Polcon stał się dla mnie okazją do zakupienia dwóch przedostatnich, nieprzeczytanych do wczoraj, pozycji: Czasu patriotów i Kardynała z Kremla.

Słowo wyjaśnienia - zdecydowanie preferuję książki Clancy'ego z universum Ryana i Clarka, dlatego nie zająknąłem się słowem na temat kawałków z serii Power Plays, Op-Center, Net Force czy Splinter Cell. Może kiedyś po nie sięgnę, chwilowo nie mam ochoty na coś, co dla Clancy'ego napisali jego murzyni.

Czas patriotów - będę brutalny ale taki być muszę, bo ta książka nudna jest okrutnie. Opisaną w niej historię sobie daruję, bo głównie chodzi o to, że radykalna grupa terrorystów irlandzkich chce porwać członków rodziny królewskiej a przy okazji pozabijać wszystkich, którzy będą im w tym próbowali przeszkodzić. Traf chce, że jednym z niedobitych przeszkadzaczy będzie Jack Ryan.
Nie podobało mi się to, bo zdecydowanie wolę starcie mocarstw od nocnej strzelaniny w sąsiedztwie domu Jacka. Zabrakło mi tutaj praktycznie wszystkiego, za co lubię Clancy'ego - szczegółowych opisów broni, szerszego kontekstu geopolitycznego, gry wywiadów, poczciwych acz nieco naiwnych Rosjan i sprytnych, wszystkomających Amerykanów. Wytłumaczeniem tego wszystkiego mógłby być fakt, że to jedna z pierwszych książek Clancy'ego i nie dał rady się jeszcze rozpędzić. Niestety dla autora, dwa lata wcześniej popełnił on był Polowanie na Czerwony Październik, w którym wszystko, czego brakowało mi w Czasie patriotów, dał radę uwzględnić. Na razie jedna z najsłabszych powieści Clancy'ego, na miejscu dziewic technothrillerowych nie zaczynałbym od niej - można ją sobie zapodać po jakimś czasie, celem ukompletnienia przeczytanych książek.

Za to Kardynał z Kremla ma wszystko to, co lubię. Technologiczny żargon dotyczący laserów, wysoko postawiony zdrajca u Rosjan, rokowania rozbrojeniowe na najwyższym szczeblu, nowatorskie metody łamania ludzi przez KGB, wojnę w Afganistanie, wybuchy, starcia zbrojne, grę wywiadów oraz ewakuację do Stanów kilku rosyjskich oficjeli. Oderwać się od Kardynała ciężko, książka sama się czyta, dłużyzn praktycznie brak i tylko jedna rzecz mnie drażniła. Znowu. Mesje Klansi - Rosjanie to nie są radośni poczciwcy ze złotymi zębami, którzy najbardziej obawiają się tego, że ktoś nazwie ich 'niekulturnymi'. Nie mam nic przeciwko tworzeniu postaci sympatycznych Rosjan, nie jestem ortodoksyjnym rusofobem, w akademiku z braćmi ze Wschodu przegadałem wiele godzin i przetoczyłem przez wątrobę i nerki wiadra wódki. To są fajni ludzie. Ale gdy takimi fajnymi ludźmi próbuje się robić kagiebowskich oprawców, to cierpi na tym prawdopodobieństwo i logika książek. Co w przypadku scenariuszy tak wycyzelowanych, jak ma to w zwyczaju robić Clancy, zgrzyta okrutnie. Oczywiście nie ma przymusu by się ze mną zgadzać - jeżeli ktoś chce wierzyć, że w KGB i GRU pracowali mili i uśmiechnięci dżentelmeni, to jest to jego sprawa. Mnie to irytuje.

Reasumując - do przeczytania pozostał mi tylko Dekret. Jak zabraknie Ryana, to zapoluję na Wycieczki z przewodnikiem po atomowym okręcie podwodnym albo przelecę się samolotem myśliwskim. I dopiero wtedy, być może sięgnę po Op Center albo Net Force - warto?

[1] Dopiero na studiach miałem szansę odwiedzić jakieś sensowne księgarnie, bo ta jedyna w Krasnymstawie miała ograniczoną ofertę czytelniczą.
[2] Na punkcie FX mam coś odklejone w głowie i zły film z dobrymi efektami może dostać u mnie maksymalną ocenę.
[3] Śniadanie mistrzów w Hermesie - dużo chleba, bo zapchać się czymś trzeba. Do tego szklanka kawy mielonej marki 'Podłe w smaku zmiotki z ziemi' (rozpuszczalna była za droga a o Tchibo jeszcze nie słyszeliśmy). Przygarść kapusty kiszonej z cebulą (najtańsze źródło witamin). I clou programu czyli trzy grube plastry mortadeli, bez pedalskiego nadzienia typu oliwki czy inna swołocz, opanierowane w jajku (przywiezionym z domu) i w tartej bułce (najtańsze pieczywo na rynku). Ludzie, takiego smaku nie znajdę już nigdy i nigdzie. Bo to był kurna smak młodości i studenckiej wolności. Którego to smaku nie zakosisz nawet gdy będziesz miał miliony na koncie i chętne dupy w łóżku. Pamiętajcie o tym.

piątek, 21 września 2007

Solorz wykopał z Polsatu Lisa. Jako powód podano 'optymalne wykorzystanie posiadanych środków technicznych i racjonalną alokację kosztów'. Jak to przeczytałem, to myślałem, że mi dupa ze śmiechu odpadnie. Naprawdę trzeba mieć wyjątkowy tupet żeby myślącym ludziom rzucać takim gównem w twarz. No ale przecież poważny biznesmen, właściciel prywatnej telewizji, nie przyzna się publicznie, że do zwolnienia Lisa zmusiły go naciski 'wadzy', po której Lis jechał bez specjalnej obcinki.

Przeczytałem, że wczoraj albo przedwczoraj był jakiś spęd warszawskiego PiSu, na którym jechali po HGW - że korki, że kasy nie wydaje, że burdel i paraliż w stolicy. Dzielnie wtórował im brat poprzedniego prezydenta Warszawy. Jak to przeczytałem, to myślałem, że mi dupa ze śmiechu odpadnie. Każdy kto mieszka, uczy się bądź pracuje w Warszawie pamięta, jak wiele dobrego jej mieszkańcy zaznali od miłościwie nam urzędującego lat kilka temu Kaczyńskiego. Centralizacja, paraliż decyzyjny, odwoływanie i unieważnianie przetargów, za niski tunel przy Zachodnim (nie dali rady poprawić po poprzednikach spieprzonego projektu), dwuletni(?) przestój prac przy Galerii Mokotów, zjebanie remontu Krakowskiego Przedmieścia, żenująca porażka z Mostem Północnym oraz wybudowanie Muzeum Powstania Warszawskiego. Wypas.
Aczkolwiek muszę przyznać, że Kaczyński zrobił dobrze ludziom śmigającym zbiorkomem (czyli mi) - spowodował, że zimą kierowcy włączali ogrzewanie a latem klimę. Nader szczęśliwie dla pasażerów, weszło to kierowcom w nawyk.

Egzystencja chama jest trudna gdyż ścieżki jego żywota są zatłoczone przez osoby podobne do niego. Człowiekowi kulturalnemu łatwiej, bo porusza się w niemalże kompletnej pustce. Ostatnie kilka tygodni było tego dobitnym przykładem. Aha, jeżeli chamstwo utożsamiacie z bluzganiem, to spierdalajcie.

Panowie od Prison Break, zapamiętajcie co wam Teklak mówi. Pierwszy odcinek nowej serii powinien zacząć się tak, że kurwa mać. A nie jak jakaś rozmamłana mamałyga. Przydałoby się widzem wstrząsnąć i go zaskoczyć. Twórcy stwierdzili jednak, że będą jechać na opinii, w wyniku czego dostaliśmy odcinek doskonale przewidywalny, który dodatkowo zapowiada wtórność. Przynajmniej tyle dobrze, że będzie to wtórność a nie ciongłoźdź.

Fascynujący świat singli. Po lekturze kilku artykułów, po udziale w kilku dyskusjach na forach i na podstawie obserwacji własnych mogę powiedzieć wszystkim sparowanym, że jeżeli wydaje wam się, że wiecie cokolwiek o singlach, to macie rację. Wydaje wam się. A najbardziej mylicie się w jednej kwestii - są ludzie, którzy nie mają najmniejszego problemu z przechodzeniem przez życie w pojedynkę, partner jest im potrzebny jak rybie rower, mają wyjebane na fakt, że na wakacje, na imprezę albo do kina śmigają samotnie i nie przejmują się tym, kto na starość poda im szklankę wody. Dlatego mam do was prośbę - jak nie wiecie o czym mówicie, to nie mówcie. Lepiej stwarzać wrażenie człowieka inteligentnego niż otworzyć usta i rozwiać wszystkie złudzenia.

W październiku wybory. Jak ktoś na nie nie pójdzie, to może się do mnie nie odzywać. I pierdoli mnie fakt, że jesteś obdżektorem, anarchistą, śliniącym się kretynem czy analfabetą. Pierdoli mnie również fakt na kogo głosujesz. Jak również pierdoli mnie fakt, że nie masz na kogo głosować - rusz dupę sprzed telewizora, oderwij się na kwadrans od M jak Miłość i idź oddać głos nieważny. Tylko kurwa wykrzesz z siebie minimum aktywności i skorzystaj ze swoich demokratycznych praw.

Amerykanie też potrafią zjebać - kupiłem sobie fajną koszulkę Skulbona. Kolor odpowiednio czarny. Wzór odpowiednio obrzydliwy. Rozmiar odpowiednio mamuci. I tylko im się osie symetrii popierdoliły i nadrukowali rzeczony wzorek zbyt w bok. W wyniku czego lewa krawędź wzoru tnie mi pierś na pół, prawa wypada pod pachą a kręgosłup będący lajtmotiwem wzoru mam w płucu. Kurwa mać.

Następny kawałek będzie o Clancym. Albo o Harrym Potterze. Albo o kinie jako takim. Albo o wkurwionych Polakach. Jeszcze nie wiem który z rozgrzebanych tematów zechce mi się pociągnąć. A za 3 godziny, z uwagi na moje jutrzejsze urodziny, rozpoczynam dwudniowe picie na umór. Życzenia możecie sobie darować, bo nic mnie tak nie wkurwia jak moje urodziny. Aha, przejrzałem fotki z rejsu - w przyszłym tygodniu wystrugam landszaftowo-lanserską galerię, to sobie popatrzycie na rzygotliwie cukierkowe wschody słońca. Do poczytania.

PS. Przeczytałem to co napisałem i mogę skomentować to tylko w jeden sposób: ja pierdolę, pierwsza notka-potworek. Nie dość, że z dupy wyskrobana, to jeszcze w stylu blogaskowo-cmokaskowym. Obiecuję, że będzie to ostatni tego typu wpis.

poniedziałek, 17 września 2007

Wiem co czuję marsylska dziwka, którą marynarz przeleci i nie zapłaci. Czuje się wydymana. Ja też czuję się wydymany. Na szczęście połowicznie.

O tym, że Futurama na DVD w końcu wejdzie na nasz rynek, doniesiono mi czas jakiś temu. Nie powiem, żebym się nie ucieszył - oglądanie filmu na piracie jest słabe, zdecydowanie wolę dyskretny urok burżuazyjnego zestawu kina domowego. Pierwszym kubłem wody dostałem w twarz gdy ujrzałem ile sobie za pierwszy sezon życzy dystrybutor. Przepraszam ale 140 zł za trzy płyty z filmem animowanym, to ciut dużo. Zwłaszcza, że ten sam zestaw na amazonie kosztuje niecałe 70 zł. Postanowiłem poczekać na uspokojenie się rynku i pierwsze korzystne oferty na allegro (korzystne czyli w okolicy 100 zł). Okazało się, że czekać nie muszę - w wyniku różnych okoliczności dostałem pierwszy sezon pod koniec sierpnia. No i wczoraj postanowiłem sobie ów pierwszy sezon obejrzeć. Po zakończonym seansie mam do powiedzenia jedno - kurwa mać.

Na samą myśl, że chciałem za to gówno zapłacić jakiekolwiek pieniądze, oblewa mnie zimny pot. No ale po kolei. Folia, tekturowe pudełeczko na 3 płyty, wszystko ok, jakieś tam wersje językowe, włącz głos oryginalny, podłóż napisy polskie, co tu jeszcze mamy? Wszystko? Trudno, jedziemy.
No cóż, uparli się, żeby to wyemitować jako Przygody Frya w kosmosie - ich broszka. Może faktycznie ludzie kojarzą taki tytuł. Z drugiej strony liczyć na to, że Futuramę za 140 zł kupi ktoś inny poza fanatycznymi wyznawcami? Łorewa, ja się na robieniu międzynarodowego biznesu nie znam i w tytuł nie wnikam - dla mnie to zawsze będzie Futurama a nie jakiś usmażony koleś w przestrzeni kosmicznej. Kawa jest, papierosy są - oglądamy. Hm... dźwięk oryginału 2.0. Trudno, to nie Helikopter w ogniu, niech będzie sobie 2.0. Głos polskiego lektora chujowy ale przecież nie będę oglądał Futuramy z lektorem.

Na razie wszystko w porządku, wszystko wyraźne, wszystko słychać, for antoher lousy millenium, luzik, Leela jest, w porządku, ucieczka, suicide booth, spoko, cześć - jestem Fry, cześć - jestem Zginacz... Kurwa kto? Jaki znowu Zginacz - przecież to nasz stary, dobry Bender. Niestety - wytwórca arcydzieła, pan Kuba Wecsile stwierdził, że Bender nie może być Bender, powinien natomiast zostać Zginaczem. Tak jak Trinity została Trójcą, Matrix Macierzą a Switch Przełącznią czy inną, kurwa, Przerzutnią. I to jest mój podstawowy zarzut pod adresem polskiego wydania - zjebane tłumaczenie. A wszystkim, którzy twierdzą, że zjebane tłumaczenie nie może dyskwalifikować wydania, mogę powiedzieć tylko jedno - pierdolicie głupoty.

Jestem Polakiem, mieszkam w Polsce, kupując polskie wydanie filmu na DVD oczekuję przyzwoitego tłumaczenia. I nie ma nic do rzeczy fakt, że mogę sobie obejrzeć film w oryginale. Domagam się przyzwoitego tłumaczenia nawet gdy z niego nie korzystam. Bo zawarłem ze sprzedającym umowę, w której ja ze swojej części się wywiązałem - wyłożyłem pieniądze. Dodajmy, wcale niemałe[1]. A dostaję tłumaczenie, które jest słabe i niewarte nawet splunięcia.

Po pierwsze - z filmami typu Futurama trzeba ostrożnie, niczym na polu minowym, bo się można wjebać. Imperial się wjebał, bo stwierdził najwidoczniej, że kreskówki nie musimy traktować poważnie. Tłumaczenie nie dostało choćby podstawowej redakcji, co widać na każdym kroku. Drobiazgi typu 'w roku 2403' zamiast 'w roku 2443', na które na początku nie zwracamy uwagi, przy kolejnym razie drażnią, bo są wyrazem niechlujstwa wydawcy. Niechlujstwa, które wkurwia mnie we wszystkich dziedzinach życia. No ale ta wyjebka na swoje obowiązki, to chyba nasze obciążenie dziedziczne, z którego niektórzy zdają się być dumni.

W kilku miejscach tłumacz czyni jakieś dziwne oszczędności: zamiast Omicron Persei 8 mamy Omikron 8. W jednym miejscu mu się pierdolnęło i mamy Omikron 7 (i nie mam na myśli pewnej rozmowy[2]). Jest tego oczywiście więcej, łącznie ze znanymi i wkurwiającymi akcjami typu: bohater mówi dwa zdania, w tłumaczeniu otrzymujemy 'Chodźmy stąd'. Kurwa mać - to nie kino, tutaj można pozwolić sobie na więcej, bo nawet jak ktoś nie zdąży przeczytać napisów, to może sobie do sceny wrócić.

Tłumacz nie rozumie też, że wstawianie własnych żartów do tłumaczenia, to zabieg karkołomny. I nawet bym się nie przypierdalał o wrzucanie śmiesznych tekstów tam, gdzie w oryginale ich nie ma, gdyby tylko były śmieszne. Po pierwsze - nie są. Po drugie - dodawać od siebie możemy tylko wtedy, gdy odrobiliśmy pracę domową. Czyli wtedy, gdy przetłumaczyliśmy z tego oryginału wszystko, co było do przetłumaczenia. Niestety - tłumacz ma wyjebane na swoją pracę, co w połączeniu z jego misją rozśmieszania ludzi, daje efekt co najmniej niezadowalający.

I wreszcie spolszczenia. No ja pierdolę, kto to wymyślił? Tłumacz, który stwierdził, że w odcinku Raging Bender łatwiej mu będzie przetłumaczyć Bender the Offender na Zginacz Przeginacz? W dupie mam takie zabiegi. Kolesia zresztą w ogóle zaćmiło, bo tłumaczy prawie wszystko. W sensie nazw własnych. I o ile, od biedy, jestem w stanie zrozumieć przetłumaczenie Bendera na Zginacza (jeden z głównych bohaterów), to bezkrytyczne łupanie wszystkiego na polski mnie wkurwiło. Od kiedy Slurm to Grzdyl (czy coś w tym zdegenerowanym guście)? Po chuj tłumaczyć imię robota Fender, skoro to właśnie z jego fenderowości rodzi się żart sytuacyjny[3]? Jest tego więcej ale nie mam zamiaru ani oglądać więcej Futuramy po polsku, ani wyszukiwać tego typu kwiatków.

Wydawca zjebał i nie ma dla niego żadnego wytłumaczenia. Nie gonił go czas, bo jesteśmy z tym wydaniem i tak 5 lat za cywilizowanym światem. Imperial miał szansę zrobić przyzwoity set, z dobrym tłumaczeniem, za dobrą cenę. Zamiast tego, rzucili mi w twarz półprodukt za 140 zł. Mam ochotę rzucać kurwami przez pół dnia, tak mnie zdenerwowali. Ale ponieważ wróciło moje zen (a nawet Zen) i się już nie wkurzam na byle gówno, powiem wam jedno. Jeżeli radzicie sobie z angielskim - kupcie całość na amazonie. Oszczędzicie kupę kasy i się nie wkurwicie. Jeżeli po angielsku nie mówicie? No cóż, rzadko namawiam ludzi do piracenia ale tym razem wydawca sam się podłożył - znacznie lepiej ściągnąć sobie odcinki z sieci, dołożyć do nich amatorskie tłumaczenia i obejrzeć w ten sposób, niż silić się na legalność. Jakościowo te produkty będą podobne (jakość obrazu, jakość tłumaczenia) a koszty pozyskania nieporównywalnie różne. Od polskiego, legalnego wydania Futuramy trzymajcie się z daleka. Śmierdzi.

A teraz na spokojnie. Moje narzekanie może wydać się przesadzone. I pewnie trochę przesadzone jest. Ale już od dłuższego czasu wkurwia mnie polityka dystrybutorów DVD. Bierzemy film, dodajemy daremne tłumaczenie i upychamy ludziom za 50 zł. Jak ktoś jest anglojęzyczny, to jest mu wszystko jedno. Co ma jednak powiedzieć osoba, która włada tylko językiem polskim? W spożywczym mogę oddać zapleśniałe masło, w meblowym - rozwalającą się półkę a w odzieżowym - podartą bluzę. Jak mam jednak motywować chęć zwrotu płyty DVD, na której wydawca zjebał tłumaczenie? Co, mam powiedzieć, że ja zrobiłbym to lepiej czy powołać biegłego, który oceni jakość translacji? Nie mam pomysłu i dlatego każde spierdolone napisy traktuję jako oszustwo popełnione przez wydawcę. Do tego popełnione z premedytacją.

I dlatego mam do was wszystkich radę - jeżeli jeszcze nie kupiliście Futuramy, nie róbcie tego. Powiedzcie znajomym żeby też tego nie robili. A znajomi niech powiedzą swoim znajomym. Z jednej strony wydawcy skamlają, że okradają ich piraci. Z drugiej strony, robią z nami dokładnie to samo. Z tym, że w białych rękawiczkach i w majestacie prawa. W tym konkretnym przypadku nie mogę z dystrybutorem sympatyzować - pierdolę was serdecznie[4]. I dziękuję za to chujowe tłumaczenie. Dzięki niemu przełamię się i w końcu kupię sobie coś na amazonie. I za kolejne sezony po polsku też wam serdecznie dziękuję - zrolujcie je sobie i wetknijcie w dupę. Dziękuję za uwagę.

Aha, z tego wkurwu nie dałem rady znaleźć obiecanych materiałów dodatkowych. Jeżeli gdzieś są, to bardzo przemyślnie je ukryto, bo w menu głównym ich nie widzę. Być może technologia mnie przerosła. Być może piana opadła mi na oczy. Nie wiem. Ani moje kino domowe, ani odtwarzacz w komputerze ich nie widzą. Ładnie to tak kłamać?

[1] Nie ma znaczenia fakt, że pierwszy sezon dostałem w prezencie. Gdybym nie dostał, to bym go i tak kupił. Dlatego piszę tak, jakbym został wyruchany na kasie.
[2] Jedyne prawidłowe zastosowanie formy Omikron Persei 7 ma miejsce podczas rozmowy obcej z obcym, gdy ta twierdzi, że kobiety są z Omikron Persei 7 a faceci z Omikron Persei 9. W każdym innym przypadku jest to niechlujstwo.
[3] Robot w kształcie kolumny głośnikowej, który jest w obsłudze zespołu Beastie Boys. W jakim celu przetłumaczono jego imię z Fender na Spinacz? Nie wiem jak wy ale ja nie mam żadnego pomysłu.
[4] Za dwa sezony Ghost in the Shell: Stand Alone Complex, zapłaciłem z przyjemnością. Oba sezony kosztowały mnie w prenumeracie coś około 250 zł (nie pamiętam dokładnej kwoty ale to był ten rząd wielkości). Za te pieniądze dostałem 52 odcinki, każdy w dwóch wersjach tłumaczenia - wersja wydawcy i świetny fansub autorstwa Freemana. Do tego dwa solidne pudełka, dwie trójwymiarowe naklejki na nie, idealny dźwięk, idealny obraz, kupa dodatków wnoszących sporo do zagadnienia. Dodatkowo w każdej paczce duży plakat, szybka reakcja na reklamacje, no ideał. I właśnie tak powinno wydawać się kultowe seriale - z miłością. A ja wtedy z prawdziwą radością wydam na nie pieniądze (w tym przypadku bardzo małe). Inna sprawa, że dla polskich kundli nawet to było za drogie. Wzruszałem się do łez czytając wątki na forach o anime, z których wynikało, że najlepiej by było gdyby wydawca rozsyłał GiTSa za darmo. A potem się dziwią, że IDG nie ma chwilowo w planach ani Innocence, ani Solid State Society. Ja jak za młodu czegoś pożądałem, to zarabiałem na to pieniądze i sobie kupowałem. Teraz młodzież woli zajumać z internetu a potem płakać, że nie ma czego jumać. Pierdolę - nie rozmnażam się.
W podobny sposób wydawca wybajerzył Kompanię Braci - jest warta każdej wydanej na nią złotówki. Futurama wygląda przy wzmiankowanych wydaniach jak żebrak. To boli.

Przez finał rozumiem galerię zdjęć z tegoż rejsu. Początkowo chciałem dłubać w Paincie, przycinać fotki i pieprzyć się z jakimiś darmowymi generatorami galerii. A potem stwierdziłem, że na razie to ja mam gotowca, którego sobie możecie obejrzeć tutaj:

http://www.paradox-cafe.pl/cpgallery/thumbnails.php?album=27

Jest to flota zjednoczonych sił, czyli wybrane zdjęcia autorstwa wszystkich fotografujących członków załogi. Po 22 września postaram się wrzucić landszafty, wschody i zachody słońca, wielką wodę dokoła i nagły atak żywiołu. To co powyżej, to taki apetajzer. Jak się komuś nie podoba, to tradycyjnie już może spierdalać. Pozostałym życzę miłego oglądania. A wieczorem wrzucę brawurowy, przesycony bluzgami fragment na temat jakości wydania 1 sezonu Futuramy. Będzie krew, sperma i flaki.

wtorek, 04 września 2007

Kto nie był, bo mu się nie chciało - ten trąba. Kto nie był, bo nie mógł - przykro mi. Uważam albowiem, że Polcon 2007 był najlepszym do tej pory polskim konwentem ever. A co ominęło tych, którzy nie dali rady dojechać?

Nie, nie będę świnią i nie mam zamiaru się pastwić nad nieobecnymi... Oczywiście, że będę świnią i się popastwię. Ominął was duży blok 'growy' i mam tu na myśli RPG-i, LARP-y, ogromną salę z bitewniakami, sporą salę z planszówkami, możliwość pobawienia się z ASG-owcami w strzelanki, salę komputerową czy wreszcie gry karciane. Do koloru, do wyboru. Do tego mnóstwo konkursów, rozgrywki turniejowe, Puchar Mistrza Gry (gratulacje dla Skały) - każdy miłośnik tego typu rozrywki mógł poczuć się niczym dziecko w sekcji 'darmowe słodycze'.

Jeżeli ktoś miał życzenie posłuchać prelekcji, to miał problem. Problem nadmiaru. Do dyspozycji mieliśmy: na samym dole 4 sale stricte prelekcyjne i jedną kinowo-prelekcyjną, na parterze salę biznesową plus sala na piętrze pierwszym. Każda wielkości małego hangaru lotniczego więc nie było problemów znanych z konwentów odbywających się w szkołach: wszystkie miejsca siedzące zajęte a dodatkowe 30 osób kłębi się przy wejściu. Do tego wydzielona miejscówka na przeprowadzenie Pucharu Mistrza Gry, dzięki czemu nie było sytuacji gdy sędzia biega po korytarzach i dopytuje się 'czy to u ciebie mam sędziować'. Wszystko kulturalnie, w czymś na kształt gabinetów, kulutka i wygoda.
Lista zaproszonych gości godna - zagranicę reprezentowali Chris Achilleos, Marvano, Hal Duncan, Tad Williams i Michael Kandel, Phil Kelly oraz Wojtek Siudmak. Z miejscowych przybyli (nie wiem czy wszyscy wymienieni mieli jakieś prelekcje): Brzezińska, Białołęcka, Kańtoch, Kossakowska, Kozak, Ziemkiewicz, Piekara, Komuda, Grzędowicz, Przybyłek, Szrejter, Ćwiek, Kosik, Huberath, Studniarek, Jabłoński, Kołodziejczak, Lewandowski, Szostak - wymieniłem tych, których przyuważyłem, być może było nas więcej. Do tego prelekcje robione przez fanów dla fanów o tematyce tak rozległej, że ciężko spuentować to jakoś jednym zdaniem. A, byłbym zapomniał Staszka 'Szybki Jest' Mąderka, który przez ponad dwie godziny dzielił się z zainteresowanymi doniesieniami z planu filmu 'Gwiazdy w czerni'. Na koniec zobaczyliśmy zmontowany fragment, z którego autor jest prawie zadowolony. Na strzaskanych kolanach, doczłapał się wreszcie Wojtek Orliński. Atrakcją specjalną było przybycie Pewuca (dla nieogarniętych - tłumacz Pratchetta) i Eli Gepfert. Sympatyczniejszych ludzi ze świecą szukać i wielce się raduję z każdego z nimi spotkania.

Dla szaleńców, którzy jeżdżą na konwenty po to, by oglądać filmy, przygotowano pokaz 3 sezonu Lost. Z przyczyn różnych, wyemitowano sezon 2. Kto chciał, mógł sobie zrobić przerwę i popatrzeć na zdarzenia z Wyspy.

Dwa najlepsze patenty tego Polconu, czyli targi popkultury i sala dla dzieci. Na targach stało kilkunastu wystawców, można było sobie dokompletować biblioteczkę starszymi wydaniami w zakątku antykwarycznym (150 zł), można było kupić sobie zabójcze koszulki Skullbone albo Mountain (130 zł), leżało kilka gorących nowości i brakujących starszości (100 zł). Jak już skończyły mi się pieniądze i mogłem bezpiecznie zanurzyć się w labirynt stoisk, okazało się, że można było sobie jeszcze kupić komiksy, gry komputerowe, figurki, karty, kostki, podręczniki do RPG a na końcu wypić kawę w punkcie Cafe Paradox (życie ratowali mi tą kawą tyle razy, że nie zliczę). Fajnością było to, że książki były sprzedawane z rabatem, przeciętnie 10%, u niektórych można było targować więcej zaś ceny w antykwariacie były skandalicznie niskie. 
Drugim, rewelacyjnym w swojej prostocie, pomysłem była sala dla dzieci. Tak - na tym konwencie można było zostawić swoją progeniturę pod okiem stada opiekunek i pójść się posocjalizować. Opiekunki organizowały dzieciom zabawy, dzieci się bawiły i były zadowolone a zsocjalizowani rodzice mogli na przykład spokojnie zajarać, wypić piwo ze znajomymi albo pójść na jakąś fajną prelekcję. Mała rzecz a cieszyła ich jak diabli.

Na koniec mój ulubiony blok imprezowy, czyli konkursy. Słowo wyjaśnienia - to nie jest tak, że nie znalazłem sobie na konwencie żadnej ciekawej prelekcji. Ja po prostu na prelekcje już nie chodzę tak ochotnie jak kiedyś. Większość autorów polskich znam albo osobiście, albo z poprzednich imprez. Nie jest to jakaś specjalna zażyłość ale kojarzymy się na tyle, by powiedzieć sobie cześć. Kilku z nich bywa regularnie w Paradoksie i czasami prowokuję dyskusje na temat. Zaś ostateczną instancją umożliwiającą mi rozjaśnienie pewnych wątpliwości bądź zapoznanie się z kalendarzem wydawniczym wytwórcy arcydzieła, pozostaje Nordcon, na którym w nieformalnej atmosferze mogę pogadać z osobami, których pisaniem jestem zainteresowany.

Dlatego też na tegorocznym Polconie zahaczyłem dosłownie o kilka prelekcji, z których najbardziej miażdżący treściowo był 'Upadek Pana Kleksa, czyli profesor Ambroży Kleks, zapomniany prekursor polskiej kultury New Age'. Szacun dla twórcy bądź twórców tej prezentacji - momentami ocierali się o geniusz Monty Pythona. Do tego prelekcja Magdy Kozak o broni palnej, panel dyskusyjny o artyście, rzemieślniku i mistrzu, prześmieszna filmowa prelekcja Piotrka Cholewy o potworach z głębin, rzecz o końcach świata autorstwa Krzyśka i Foki, show Mąderka i to by było na tyle. Konkursy zaś mają to do siebie, że jak trafi się kilka niezłych i wyluzowanych ekip, to razem z prowadzącymi, można stworzyć naprawdę nową jakość.

Blok konkursowy dorobił się własnej sali, dzięki czemu można było trzaskać w nim od 10:00 do 22:50 (w tych godzinach odbywały się poszczególne punkty programu). Zaczęło się kubłem zimnej wody, który wylał na mą rozgorączkowaną głowę Juliusz Mróz na swoim konkursie wiedzy o SF, o znamiennym tytule 'Pytania nie do przebrnięcia'. Zdobyłem pół punkta i zacząłem się zastanawiać nad swoim życiem. Na szczęście potem było już lepiej. No, może nie zawsze lepiej ale na pewno śmieszniej. Jeszcze we czwartek przyatakowałem konkurs o Diunie. Drugi członek mojej drużyny był z łapanki, ja na deficycie snu i kofeiny (4 godziny spania, potem 6 godzin w ochronie a wszystko to na czczo - rewelacja), w wyniku czego polegliśmy. Chociaż powinniśmy zająć pierwsze miejsce, bo przecież gdybym nie był tak wycieńczony, to na pewno przypomniałbym sobie, że podatki płaciło się wodą a nie melanżem, a ojcem Chani był Liet a nie Stilgar. Następnym razem przejrzę program konwentu miesiąc przed jego rozpoczęciem i przeczytam wszystkie książki, jakie będą potrzebne do wygrania konkursów. Aha, i się wyśpię. Odpowiedzieliśmy na 3 pytania, zajęliśmy miejsce niepunktowane ale każdy kto dotarł na miejsce mógł zobaczyć, że dobrze się bawię - ja to byłem ten w pierwszym rzędzie, który głównie gadał z prowadzącą konkurs Foką, często powtarzał frazę 'całe życie drugi' i starał się was nieco porozśmieszać.

W piątek znowu ochraniałem[1] a potem głównie odbębniałem spotkania towarzyskie[2]. W chwilach wolnych zaliczyłem kilka prelekcji a na koniec uskuteczniliśmy wieczorne after party w Paradoksie. Sobota zaś była najradośniejszym dniem konwentu - totalnie niewyspany (niecałe 4 godziny to za mało) dotarłem na miejsce i postanowiłem, że dzisiaj mnie nic nie zatrzyma i w jakimś konkursie zajmę punktowane miejsce. Udało się tego dokonać na Zajebistym konkursie Polconowym (edycja 4). Wraz z czterema zabójczymi kobietami i sympatycznym kolegą stworzyliśmy drużynę na miarę naszych możliwości. Ekipa Kochamy Prowadzących Konkurs była najlepsza, najładniejsza i najseksowniejsza. Ubawiliśmy się setnie, na jedno pytanie odpowiedź wyśpiewaliśmy, dziewczyny prawie pokazały prowadzącym piersi a ja prawie dałem prowadzącym numer telefonu do mojej siostry. Tej nieistniejącej. Były to dla mnie najśmieszniejsze dwie godziny na konwencie, bo prowadzący, czyli Jakub Ćwiek i Michał Cholewa to urodzeni gawędziarze, którzy dodatkowo nakręcali się nawzajem. Aha, zajęliśmy oczywiście drugie miejsce, chociaż przez moment prowadzącym się coś pomyliło i wyczytali nas jako pierwszych.
A potem ukoronowałem imprezę konkursem ogólnofantastycznym. Sprawdziło się podejście 'miejmy na wszystko wyjebane, nie napinajmy się na wygraną i grajmy dla fanu'. Moja ekipa bawiła się przednio, ze stopniem trudności trafialiśmy całkiem nieźle i na pełnym luzie zajęliśmy... Zgadliście, drugie miejsce. Ale za to z odpowiedzi na pytanie 'jak zginął Berlioz' jestem dumny bardzo, bo po pierwsze brawa, a po drugie miny ludzi bezcenne.

I na koniec kolejny fajny patent, który częściej powinni stosować organizatorzy innych konwentów - nagrodami w konkursach były konwentowe pieniądze, za które w sklepie z nagrodami można było sobie coś fajnego wybrać. Organizatorzy wyhaczyli od sponsorów nagród na 70 tysięcy złotych, dzięki czemu nawet w niedzielne południe coś tam dla siebie znalazłem. Oczywiście rarytasy rozeszły się już pierwszego dnia ale i tak sensowniej jest wybrać sobie coś osobiście. Bo ja już przywiozłem z innych konwentów sporo przypadkowych nagród, które być może ucieszyłyby kogoś innego. Ale dostałem je ja i stoją smutne i nieprzeczytane na półce. Dość powiedzieć, że jak złożyłem zakupy i nagrody razem, to okazało się, że zajmują trzy czwarte sporego pudła. I znowu trzeba będzie robić miejsce na półkach.

Ukłonem w stronę uczestników były darmowe kursy 'ogórkiem' spod dworca na konwent oraz przejazdy 'okolicznościowe' (na after do Paradoxu i do Proximy). Z poślizgiem, ale udało się dogadać z PKP na specjalne zniżki dla jadących pociągami. Tak, wiem - można je było wykorzystać tylko w drodze powrotnej a ich liczba była ograniczona ale mimo wszystko były. Polcon był jednym z najtańszych konwentów: akredytacja na czterodniową imprezę kosztowała 50 złotych, jeżeli zebrała się pięcioosobowa grupa znajomych, można było kupić grupową za 40 złotych od twarzy zaś wejściówka jednodniowa kosztowała 25 złotych. Tanie spanie - 5 złotych za dobę na miejscu, w sali zbiorowej (polówka i materac), 22,50 w akademikach przy Żwirki i Wigury.

O plusach już czytaliście, jakie były minusy. Po pierwsze organizatorom nie udało się dogadać z dyrekcją hotelu na temat zewnętrznego cateringu. Dlatego też uczestnicy byli zmuszeni do kupowania mało atrakcyjnych cenowo[3] potraw z grilla albo kanapek. Szalę goryczy przelały 0,4 litrowe kubeczki piwa za 6 złotych. Efekt był taki, że większość osób i tak zamawiała pizzę, co potwierdza tylko prawdziwość przysłowia 'chytry dwa razy traci'. Bo wystarczyło lekko rozszerzyć asortyment (bigos i fasolka po bretońsku to przecież podstawa żywienia na konwentach) i, widząc przewagę młodzieży, nieco obniżyć ceny. No ale to nie była wpadka organizatorów.
Pierwszego dnia było kilka problemów z opłaconymi akredytacjami, dwóch leśnych dziadków[4], kilka incydentów z alkoholem i dwóch roztargnionych młodzieńców bez identyfikatora. Na imprezę o takiej skali można powiedzieć, że właściwie nic niesympatycznego się nie działo. Potem doszła do tego przynajmniej jedna kradzież (uczestnikowi zajumano książkę ale nie wiem czy na terenie konwentu, czy w noclegowni) i ciut mi przykro z tego powodu.
Wiem, że na kilku spotkaniach brakowało rzutnika, na laptopach trzeba było szybko doinstalowywać kodeki, playery i Power Point Viewera. W sali Diament drzwi nie dało się zamknąć inaczej jak trzaskając nimi, co trochę dezorganizowało prelekcje. Były momenty, że blokowały się windy. Zabrakło informatorów. Nie do wszystkich zestawów dla konwentowicza trafiły wszystkie upominki. Ale to wszystko drobiazgi, bo udało się uniknąć akcji, jakie miały miejsce rok temu w Lublinie - kto był, ten wie o czym mówię. Jeżeli miałbym wskazać największy fuck-up, to byłby to sposób zorganizowania zamknięcia konwentu i rozdania nagród im. J. Zajdla, a konkretnie przygotowania sali. Imprezę przewidziano na 20:15 - panel wydawniczy, który trwał od 19 do 19:50 wystarczyło przerzucić gdzie indziej i na pełnym luzie ogarnąć salę. Nie zrobiono tego, w wyniku czego chętni tłoczyli się w wąskim przejściu przed salą i było to słabe. Co do mnie - wszystkie interesujące mnie punkty programu się odbyły, brak miejsc siedzących na korytarzach mi nie przeszkadzał a chłód lubię - niektórzy narzekali, że na tarasie gastronomicznym było zimno no ale nie możemy wymagać od Szamana, by dodatkowo zaklinał pogodę.

Tak czy inaczej uważam, że zarówno organizatorzy, jak i gżdacze[5] wykonali kawał bardzo dobrej roboty i Polcon 2007 będzie wzorem tego, jak przygotowuje się dobry konwent. No i człowiek-cyborg, czyli koordynator ochrony konwentowej Goro. Facet każdego dnia był na nogach od 7-7:30, zasuwał po terenie do północy, dawał wsparcie moralne, uspokajał niespokojnych, widywano go w kilku miejscach naraz. Szacun dla człowieka. Ponadto pomysł z wynajęciem części konferencyjnej w hotelu - rewelacja. Nakłonienie sponsora aby za to zapłacił - no cóż, ktoś po prostu umiał negocjować. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że przyszłoroczna Zielona Góra będzie lepsza, a po Łodzi 2009 szczęki obiją nam przyrodzenia. Czego wam i sobie życzę. Do zobaczenia.

PS. Właśnie sobie przypomniałem o jeszcze jednej rzeczy i po namyśle uznaję, że to była największa wpadka organizatorów - koszulki Polconowe były szare. Na nich nadrukowano jakiś obrazek i jakieś litery. Nie wiem co to było, bo użyto koloru szarego. Interesująca koncepcja ale nie skorzystałem.

[1] Mieliśmy zajebiste, żółte koszulki Słonecznego Patrolu (tak je sobie nazwałem). Wyglądałem w takiej koszulce jak dupa koniu, czułem się jak jakiś pierdolony mlecz (na dole zielony, na górze żółty) ale był to najsensowniejszy kolor - było nas widać naprawdę z bardzo daleka.
[2] To najistotniejszy powód mojej bytności na konwentach - można spotkać się ze znajomymi.
[3] Dla młodego człowieka, który utrzymuje się z kieszonkowego i na dodatek musiał już wcześniej wydać trochę kasy na bilet kolejowy, akredytację i nocleg, 8 złotych za kiełbasę albo 12 złotych za mały kawałek karkówki, może być ceną nieco morderczą.
[4] Zorganizowane grupy odwiedzające wszystkie imprezy w mieście, w poszukiwaniu darmowych gadżetów i darmowego posiłku. Oczywiście musiałem trafić na obydwóch i obydwóm tłumaczyć, że wjazd jest płatny, darmowych gadżetów niet a bufet tak drogi, że zgroza. Pierwszy odpuścił po półgodzinie, drugi powoływał się na znajomości z organizatorami i żądał darmowej akredytacji. Grzecznie poprosiłem go żeby pospierdalał. Leśnym dziadkom oraz zachowaniom bankietowym poświęcę kiedyś oddzielną notkę.
[5] Ochotnicy, którzy pomagają na imprezie - obsługują recepcję, green room, sale prelekcyjne etc.

poniedziałek, 03 września 2007

Wieczorem wrzucę dłuższą notkę, na gorąco mogę powiedzieć tyle, że był to najlepszy konwent, na jakim byłem. Z tego miejsca apeluje też do wszystkich jego uczestników, którzy mnie czytają, aby wrzucali w komentarze albo mailem wszelkie uwagi. Jako, że od prawie roku regularnie spotykałem się z jednym z koordynatorów imprezy i trochę Polconem żyłem, jestem ciekaw, co udało się perfekcyjnie, co trochę mniej a co zostało spierdolone koncertowo. Zawsze to jakaś nauka na przyszłość, nespa?