To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 30 sierpnia 2013

Dobra, wszyscy dzisiaj tylko Polcon i Polcin więc ja może o czymś innym. W ubiegłą sobotę byłem na szkoleniu z pierwszej pomocy przedmedycznej. O, tej
I jeszcze jeden link, bezpośredni
Zaczęliśmy o 9:30, kończyć mieliśmy o 16:30-17:00 ale nawet nie zauważyliśmy kiedy zrobiła się 18:30. Część osób nie dotarła więc pracowaliśmy w grupie pięcioosobowej, dzięki czemu było kameralnie i bardzo aktywnie, bo przy fantomie musieliśmy się zmieniać częściej niż rzadziej.
Zagadnień omówiliśmy multum: ocena miejsca zdarzenia, środki ochrony osobistej, wstępna ocena poszkodowanego, resuscytacja krążeniowo-oddechowa u osoby dorosłej, dziecka i niemowlęcia, użycie automatycznego defibrylatora zewnętrznego, krwotok, uraz kręgosłupa, wstrząs, zawał, zadławienie, złamania, napad padaczkowy, oparzenia.
Przy czym nie tak, że siedzieliśmy a prowadzący snuł jakieś usypiające ćmoje-boje i gawędy z mchu i paproci. Nic z tych rzeczy. Jak o czymś mówił, to od razu pokazywał.
Dzięki temu, że pokazywał, wiem jaki jest algorytm postępowania w przypadku wypadku samochodowego i jak bezpiecznie wyciągnąć zioma z samochodu (ofc w sytuacji gdy silnik nie leży mu na kolanach). Wiem jak się ustawić do rękoczynu Haimlicha i dlaczego inaczej się go wykonuje w przypadku osób otyłych. Układanie wielkich ziomów w pozycji bocznej bezpiecznej jest łatwe jak się użyje dźwigni. Warto też wiedzieć jak przy nim kucnąć tak, że gdy po ocknięciu zechce ci jebnąć ze stresu przed całującym go pedałem, minimalizować skutki takiego zamachu. Nauczyłem się jak ściągać kask motocykliście i w jakich przypadkach nie jest to konieczne. Wiedzieliście, że defibrylator nie zawsze razi typa prądem oraz jest w stanie mówić wam, co macie robić? No i przekonałem się, że RKO jest dużo łatwiejsze, jak się wie, jaką przyjąć postawię nad osobą ratowaną a wręcz banalne i niemęczące, gdy ruch wyprowadzasz z dan tien (treningi tai-chi popłacają). No i najważniejsze - dobry ratownik to żywy ratownik, dlatego tak ważna jest ocena miejsca zdarzenia.
Oraz oczywiście wiele, wiele innych sztuczek i patentów, które pomagają pomagać innym, ze szczególnym uwzględnieniem nakreślenia sytuacji prawnej osoby niosącej pomoc oraz rozwianiem legend ulicznych o tym, jak to osoba ratowana, po akcji pozwała ratującego za to, że połamał jej żebra czy zniszczył ubranie. TO BZUDRA I SZKODLIWE PIERDOLENIE. Które może zniechęcać ludzi do działania. I należy z takim pierdoleniem walczyć.
Wracając. W moim przypadku sytuacja była o tyle specyficzna, że za młodego przebiegałem 10 lat w harcerstwie gdzie nauczyli mnie jak przy pomocy mchu, paproci i patyczka, nałożyć opaskę uciskową i opatrzyć ranę. Do tego w liceum biegałem w jakichś walkach o kolorowe odznaki OC (Obrona Cywilna, info dla młodszych), startowałem w zawodach i w zasadzie potrzebowałem przypomnienia i usystematyzowania wiedzy. Co nie oznacza, że jak się wybierzecie na ten kurs kompletnie zieloni, to niczego was tam nie nauczą. Nauczą. Moim zdaniem, bardzo skutecznie nauczą.
Pod koniec kursu wypełnialiśmy ankietę. I był tam punkt, w którym spytano się mnie, czy po tym kursie, niósłbym pomoc, gdyby wymagała tego sytuacja. Z czystym sumieniem zaznaczyłem 'zdecydowanie tak'. Nie dlatego, że nagle zostałem super wykwalifikowanym ratownikiem. Po prostu wiem co robić. To plus moje opanowanie w sytuacjach nietypowych (5 lat jako negocjator w akademiku robi swoje) pozwala mi twierdzić, że dopóki nie zemdleję na widok czyjejś krwi, będę wiedział co robić i to zrobię. Tej myśli się trzymam.
Polecam wszystkim z serca, z duszy. Jeżeli chłopaki i dziewczyny będą kontynuować zbożne dzieło, mam zamiar sobie wiedzę odświeżać przynajmniej raz do roku. I wam polecam.
A teraz widzę wszystkich moich czytelników z Warszawy i okolic jak się ustawiają w kolejce na zajęcia. Odmaszerować. 

czwartek, 29 sierpnia 2013

Jest nowy Book Rage
Znaczy nie tak, że przyszli młodzi, rozjebali aktualnych, śmierdzących moczem i starymi ludźmi bukrejdżowców i zaczęli rządzić po swojemu, tylko chłopaki nowy pakiet wrzucili. Tajemnicą pozostaje dla mnie to, jak w ogóle dogadali się z Kresem, żeby cokolwiek gdziekolwiek, bo tak między nami, to gdybym go kiedyś nie spotkał w Paradoxie, to bym nie uwierzył, że ten człowiek istnieje naprawdę. Powaga, na konwenty zacząłem uczęszczać chwilę po tym, jak on skończył i w zasadzie to tyle, co do jego realności. O Nordconie mówię, nie mam pojęcia, czy jeździł na inne, bo w zasadzie Nordcon wystarcza za wszystkie. O czym to ja...
A, no i znowu jest akcja taka, żebyście dali piątaka. A właściwie to więcej, bo przy pierwszym bukrejdżu, gdy napisałem tekst o PKP i piątaku, nawiązał się jakiś moronita, który zaczął popuszczać po nogawicach i wykrzykiwać 'przebóg, juści azaliż, bezmyślne pachołki cebulowe, jak tylko usłyszą, że piątak będzie dosyć, to wrzucą do sakiewki chędożonego piątaka i chuj z tego wszystkiego, szanowny panie, będzie, sic, mać jej gamratka, acan!'. A ja to wiecie, wrażliwy jestem na krytykę i złe słowo, więc sami rozumiecie, że nie chcę mieć znowu przeprawy z podobnymi mu pół i ćwierćgłówkami.
Dlatego nie piątaka, tylko pięć dych, artyści głodują. 
Dla zagubionych, zamyślonych oraz śpiących, podaję linka bezpośredniego, żebyście się nie musieli błąkać po fanpejdżu i pytać 'gdzie jest Jasiek', bo to głupie.
http://bookrage.org/
I jak już tam wejdziecie, to celujcie w duże pole z napisem 'Kup'. Tak, wiem, brzmi trochę niefortunnie i kojarzy się z wychodkiem.
Jak już, nie przejmując się zapachem, wcelujecie w pole, wpisujecie cenę. Sugeruję wyższą niż aktualna średnia, bo wtedy dostaniecie dwie dodatkowe książki. To razem siedem. No to sobie policzcie ile jest dla was warte siedem książek i nie ściemniajcie. A książki dodatkowe są fajne, bo drugi Kres i Ania Brzezińska, która pisze ładnie i mądrze oraz jest sympatyczna i fajna więc wiecie, głupio by było osobom fajnym i sympatycznym jakieś obierki rzucać.
Ponieważ mam zmysł, to się domyślam o co możecie się zechcieć zapytać. 'A gdzie reszta Kresa, ziom? Chcesz mnie orżnąć na kasie?'. Autorzy mówią, że reszta Kresa będzie w kolejnych pakietach.
Cieszę się, że mogłem pomóc. A teraz idźcie i kupujcie.  

14:57, radkowiecki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dzień jasny, chociaż późno, słońce świeci z góry. Niebo błękitne, żadnej nie ma na nim chmury. To jakby ktoś chciał coś poopowiadać o niedostatecznej widoczności albo złych warunkach drogowych.
Jadę wczoraj wzdłuż Wisłostrady, włączam się do ruchu w Górnośląską. W tle widzę zamiąch przy Czerniakowskiej, jedni się próbują wbić w Górnośląską, inni coś głupieją, jadę przed siebie równym tempem, dojeżdżam do Czerniakowskiej, mam 3-4 metry do zbiegu ulic gdy nagle jeb, zza pleców wyskakuje mi debil na lubelskich blachach, prawoskręt na pełnej kurwie i pociął w Czerniakowską.

To co mi pociekło po nogawicach to był na szczęście pot gdyż gość wygrał moją prywatną nagrodę zbliżeniową - tak blisko mnie jeszcze nikt nie zajechał. Nikt i nigdy. To była naprawdę kwestia kilku centymetrów, bo o tyle jego tylny błotnik minął moje przednie koło.
Pan nie wiedział dwóch rzeczy - nigdzie mi się nie spieszyło, bo to był relaks po posiłku oraz tego, że wzdłuż Czerniakowskiej są nieprzyjemne, wysokie progi zwalniające. Postanowiłem gościa pouczyć.

Ruszyłem w pościg.

Zrównałem się z ziomem, obciąłem tylne siedzenie, czy nie wiezie dzieci albo starej (bywam niedobry ale jechanie typa w obecności progenitury to wyjątkowo parszywy numer) i rozpocząłem dialog.
- Co żeś kurwa zrobił? (polszczyzna taka sobie ale strzał adrenalinowy sparaliżował mi częściowo mózg, język i policzki)
- Ale o co chodzi?
Dialog się w tym momencie zakończył.

Tutaj słowo wyjaśnienia. Polscy kierowcy nie mają zwyczaju przepraszania za niebezpieczne manewry. Zamiast tego wolą rżnąć głupa albo stosować uderzenie wyprzedzające, które zazwyczaj polega na tekście 'jak chuju jeździsz' albo 'co TY odpierdalasz'. Działa to na mnie jak płachta na byka. Na czym to ja skończyłem. Aha.

- O to chodzi, że jak nie wiesz o co chodzi, to co chuju robisz za kierownicą.

I dalej w podobnej estetyce monologowałem gdyż pan zobaczył ogień szaleństwa w moich oczach, przepalający szkła Ray Fanów i przytomnie zamknął twarz. Próbował uciekać przed psychicznie chorym ale wiecie, te progi. I z każdym kolejnym metrem, w którym mu towarzyszyłem, był coraz mniejszy, coraz bardziej przestraszony i coraz rzadziej patrzył na drogę, a coraz częściej w bok. Nie mój. Gdyby się zatrzymał i próbował coś robić, prawdopodobnie miałbym postawione zarzuty. Dojechałem do Alei Stanka, pożegnałem się z chujem staropolskim fakiem i oddaliłem się przez park w kierunku Rozbratu gdzie zacząłem się trząść, dostałem silnych dreszczy i zmarzłem w temperaturze +20 stopni.

Jestem na siebie wkurzony tylko z jednego powodu. Że mu nie upierdoliłem lusterka.

Jako rowerzysta, jestem najsłabszym użytkownikiem drogi. Uderzenia boczne należą do najbardziej niebezpiecznych. Robiąc taki ryzykowny prawoskręt, zyskujecie jako kierowca, sekundę. Czy ktoś z kierowców mi wytłumaczy dlaczego tak chujowo zagrywacie? 

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Kolejny Woodstock za mną i po raz kolejny czuję prawie wyłącznie pozytywne emocje. W tym roku w roli głównej wystąpiła Pani Temperatura OVER 40C, przez co do godziny 19-20 nawet nie próbowaliśmy wychylać nosa poza altankę ogrodową, która stała pomiędzy naszymi namiotami (najlepszy pomysł evar, za rok pewnie zabronią ale już mamy sposób, tak wyprzedzająco) tudzież namiot piwny na polu namiotowym. Wyjątek zrobiliśmy tylko dla Atari Teenage Riot i bardzo dobrze, bo to był pierwszy koncert Woodstocku, na którym dostałem z emocji dreszczy i gęsiej skórki oraz włosy stanęły mi dęba na całym ciele, co mieli okazję zaobserwować moi znajomi z ekipy. ATR nie znam. Znaczy słyszałem, że istnieje ale nie słuchałem. Ale jak w pewnym momencie docisnęli tempo, to nie było co ze mnie zbierać. Koncert bardzo dobry. Do tego dołożyliśmy Analogsów, Ugly Kid Joe (poszedłem na niego głównie dlatego, że chciałem usłyszeć Cat in the cradle na żywo), Gooral&Mazowsze, Happysad (skład mi się wykruszył, bo to nie ich nuta ale ja sobie zostałem i doznałem bardzo udanego czilautu). Co tam dalej? W piątek Yelram (nasi sąsiedzi z pola namiotowego, którym pierwszego dnia obiecałem, że pójdę i poszedłem), Anthrax i Danko Jones oraz końcówka Leniwca. W sobotę zaś kawałek Leningradu, Soja i prawie Blade Loki. O tym dlaczego prawie za chwilę, wcześniej zaś o zespołach, których nie znałem a które zamiotły publicznością tak, że nie mam pytań.

Po pierwsze Gooral&Mazowsze. Góralskiej muzyki nie znoszę, folklor też nie jest moją estetyką. Ale wystarczyło dodać do tych kawałków bardziej nowoczesny bit (który nie gwałcił oryginału ale go uzupełniał), beatboxerów i trochę przeszkadzajek, by uzyskać tak nową jakość, że mnie zgniotło. Kolejne potwierdzenie tezy, że na Woodstocku może zagrać każdy, niezależnie od prezentowanej muzyki. No bo dajcie spokój, górale a do tego zespół pieśni i tańca? A tu wyszło absolutne mistrzostwo, które pozostawiło mnie ze szczęką na jajach. Dosłownie.

Wyżyny doskonałości i kontaktu z publicznością odnotował Danko Jones. W życiu o ziomku nie słyszałem ale on się tym zupełnie nie przejmując, wyszedł i zaczął napierdalać z torped we wszystkich kierunkach tak, że zbierałem szczękę już nie z jajec a z podłogi. Przypomniał mi podobne zaskoczenie sprzed dwóch lat, które stało się moim udziałem w trakcie koncertu Skindred. Do tego gość przyswoił sobie wewnętrznego mema woodstockowego i jak krzyknął ze sceny 'Zaraz będzie ciemno', publiczność zgotowała mu jeszcze gorętsze owacje oraz oczywiście kazała mu się zamknąć.

I byłby to najlepszy koncert na tegorocznym Woodstocku gdyby nie jeden mały detal. Otóż w sobotę, po Leningradzie i Soja, trochę się nakręciłem, zwłaszcza końcówką Leningradu, który się mocno rozbujał oraz bodaj ostatnim numerem Soja, zespołu, który gra reggae z mocniejszymi wstawkami. Oraz mają bębny, które tłukły pod koniec tak, że trochę nie mogłem ustać w miejscu oraz wydawałem z siebie bardzo nieludzkie dźwięki. Jak zakończyli, to nogi dalej same mi chodziły. W drodze do wioski Kriszny, gdzie miały za chwilę zacząć grać Blade Loki, przyczaiłem kolesia z mikrofonem, któremu towarzyszyło dwóch bębniarzy. Stali obok słupa, na którym zawiesili kolumienkę głośnikową i coś sobie grali. Zatrzymałem się na minutę, przeszedłem pod namiot Krisznowców po czym powiedziałem grupie, że idę do tego typa od Hari Hari ale zaraz wracam. To był ostatni raz jak znajomi mnie widzieli tego dnia.
Bo nagle stało się coś, czego nie potrafię sobie wyjaśnić - od godziny 23:10 do 3:00-3:20 staliśmy kilkunasto/dziesięcioosobową grupą w kółku i razem z tym ziomem i jego dwoma bębenkowcami, śpiewaliśmy Haribol, Goranga aka Gauranga i coś jeszcze, czego nie zapamiętałem. Od mantry śpiewanej w rytmie reggae same chodziły nam nogi, bo nawet kompletny kloc po trzech minutach zaczynał się kiwać. Od bardzo prostego, trochę drapieżnego rytmu bębenków, takich w typie djembe, wiecie, robiło mi się coś z włosami na rękach i rytmem serca w klatce piersiowej. Nikt by mnie wtedy nie poznał, bo po pierwsze miałem dresy, okulary i kreski na oczach, a po drugie ze statecznego Pana Analityka nie pozostało nic oprócz ryku narastającego w płucach. Zatraciłem się w tym rytmie i w tym śpiewie tak bardzo, że nie pamiętam kiedy te 4 godziny minęły. Gdzieś mi się czas rozlał przez palce ale nie tak, że pstryk jedenasta, pstryk trzecia. O nie, każdą minutę mi wyciągnęło a nie skróciło. I to był dla mnie zdecydowanie najpiękniejszy moment Woodstocku. Takiego zadowolenia, uwolnienia się od zmartwień i oczyszczenia głowy, choćby na 4 godziny, życzę wszystkim a głos się za kilka dni zregeneruje. Tak, zdecydowanie odleciałem na Paragwaj, albo nawet byle gdzie, grunt, że też z kolorami.
Do tego oczywiście wszystko to, o czym pisałem w tej notce.

Co z minusów? Przede wszystkim temperatura, przez którą nie odważyłem się pójść na przykład na Ametrię, która grała o 15, bo o 15 w słońcu było ponad 40 stopni. Z drugiej strony, to dzięki nieludzkim upałom panującym nawet po zmierzchu, zawiązaliśmy Grupę Rekonstrukcyjną Szukaj Wiatru W Polu. Więc jak ktoś z was przyczaił kilku przygłupów, którzy wyciągali ręce do nieba, zmieniali pozycje tych rąk co kilka sekund i najdalej po pół minucie przestawali, to nie był to żaden pojebany flash-mob tylko my, łowiący najlżejsze podmuchy wiatru. Pierwotnie myślałem, żeby nazwać się Grupa Rekonstrukcyjna Laokoona ale okazało się, że nie stać nas na węże i pomysł zarzuciliśmy.
Wyjątkowo męczące były komary-mutanty, których ukąszenia swędziały godzinami a jednej z koleżanek, po ukąszeniu, bąbel rozlał się na pół pośladka, z tym że nie widzieliśmy dowodów więc nie potwierdzę. Mnie zrypały bez dania racji, rozdrapane nogi bolą do tej pory.
Fatalna organizacja toi-kampu, bo to co zrobili w tym roku, to żenada i skandal ale to materiał na inny wpis.
Co jeszcze? Jak co roku zapach przy tojkach oraz wszechobecny kurz, dzięki któremu mam wrażenie jakbym przez te cztery dni zjadł cegłę w kawałkach. Oraz ogrodzili kontener naprzeciwko sceny a to przecież było miejsce ciekawych spotkań towarzyskich. Jasne, był to też matecznik koszmaru olfaktorycznego ale przecież nie bądźmy drobiazgowi.
No i najważniejsze - zdecydowanie największym przegięciem pały było skasowanie schabowych z oferty wioski żywnościowej. Ubiegłoroczne, z niezłymi ziemniakami i niejadalną surówką, za 13 ziko, perfekcyjnie uzupełniały nasz jadłospis. W sumie to głównie tym się żywiliśmy. W tym roku schabowych nie było i musiałem zadowolić się ziemniakami z kiełbą, zapieksami oraz karkówką w chlebie. Do tej pory nie wiem, jak to przeżyłem.

No dobra, żartowałem. Największym przegięciem pały był brak dwójki naszych znajomych, za którymi bardzo tęskniliśmy. Kolega dojechać nie mógł ale na koleżankę bardzo liczyliśmy, bo do końca była szansa. Nie wyszło teraz, wyjdzie za rok.

Dobra, czepiam się oczywiście na siłę. Kolejna świetna edycja, mam na co czekać. Bo oczywiście, że do zobaczenia za rok.