To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 07 sierpnia 2012

To był dopiero drugi wypad na Woodstock ale wiem, że jeżeli będzie chociaż cień składu, będę tam wracał do końca istnienia tej imprezy. W punktach.

KLIMAT

To miła odmiana. Żyję w kraju, w którym eksperyment polegający na uśmiechaniu się do ludzi w metrze, musiałem zarzucić bodaj po tygodniu, bo ci reagowali ucieczką. I nawet nie chodzi o mnie, chodzi o ogólną tendencję, polegającą na tym, że ludzie patrzą na siebie bykiem. A tutaj niespodzianka, skład uśmiechnięty, większość ludzi zadowolona z życia, imprezy, czegokolwiek, odzywają się do ciebie tak po prostu, nikt się nie spina, wyjebka, luz, miłość i opar sympatyczności.
Nie wiem jak to opisywać, bo żeby zrozumieć, trzeba tu przyjechać i samemu to poczuć. Mnie te 4 dni ładują pozytywnie na bardzo długo.

PRZEPISY BHP

Poza banem na mocniejsze alkohole, na Woodstocku nie ma żadnych zakazów. Można sobie przynieść wszędzie własne piwo, własną wodę czy własne wino. Dodatkowo ten znarkotyzowany, brudny i pijany tłum ogarnia sytuację na tyle, że przez 3 dni widziałem JEDNĄ rozbitą szklaną butelkę a wszystkie plastiki były wyrzucane bez zakrętek. I nie trzeba do tego żadnych służb, pomimo zezwolenia na praktycznie wszystko, ludzie sami potrafią się ogarnąć. Dziwne.

KREW POD SCENĄ

Nikt nikomu nie zabrania niczego, dzięki czemu pod sceną trwa w najlepsze pogo, odbywają się liczne eventy typu ściana śmierci czy crowd surfing, no i w ogóle jest jakaś masakra i koszmar każdego organizatora. Do tego bez barierek. I nie ma tragedii, wszyscy, którzy chcą idą młynować i się świetnie bawią. A ci, którzy nie chcą, siadają po emerycku na glebie i tupią sobie nóżką, bawiąc się równie świetnie. A to zdjęcie wyrazi więcej niż 1000 moich zużytych słów - pierwszy dzień festiwalu.

ŻYJECIE TAM JAK ZWIERZĘTA

Dla ludzi, których ogranicza budżet, jest darmowe miejsce do rozbicia namiotu. Do tego darmowe tojki i darmowe krany, do których dokręca się słuchawkę prysznicową i myjesz się bez problemu, chociaż w zimnym. Do jedzenia kupujesz, chleb, margarynę, parówki, dżem i serek topiony, z alko Harnasia w promo i masz imprezę za dwie stówki. I od razu powiem, że teraz już bym się nie zdecydował na taką opcję, bo nie lubię jak mi ktoś chodzi po głowie nocą i staram się jeść przynajmniej jeden ciepły posiłek dziennie, ale 10 lat temu nie miałbym z tym problemu, bo nie na takich polach się sypiało za młodu. Tak, jak byłem młody, spędzałem wakacje jak zwierzę - pod namiotem.
Na szczęście dla burżuazji, którą stać, żeby zapłacić trzy dyszki za dobę, organizowane jest zamknięte pole, w którym jest ciut spokojniej, można się wysrać w porcelanę i wziąć normalny prysznic. Wszelkie opowieści o tym, że nie jadę na Brudstock, bo nie będę się mógł umyć, oznaczają ściemniacza, który nie pojedzie na Woodstock nawet jak mu obok zbudują hotel i tylko tak sobie gawędzi, żeby wyjść na higienicznego, limitowanego buntownika. Albo coś takiego.

MUZYKA

Woodstock to niesamowite miejsce. Rok temu najlepszy koncert dała kapela, którą znałem z jednego kawałka na tubie, i tylko dlatego, że chciałem skojarzyć, z czym będę miał do czynienia. Skindred wyszedł na scenę i z partyzanta pierdolnął w nas taką serię, że długo jeszcze nie mogliśmy się pozbierać a mi uśmiech nie schodził z twarzy jeszcze ze 2 godziny po koncercie.
W tym roku każdy czekał na swoje gwiazdy, ja cieszyłem się na Ministry, Sabaton, Darkness, Luxtorpedę (którą przegapiłem rok temu), Analogsów a w bonusie Vavamuffin[1].
I teraz wyobrażam sobie, że wychodzi taki zespół na scenę główną, patrzy przed siebie i widzi ludzi po horyzont. No, konkretnie do linii drzew, czyli kilkaset metrów głów. Plus tyle samo po każdym z boków. Jeżeli ma w sobie choćby 1 procent profesjonalizmu, zagra jeden z dziesięciu najlepszych koncertów w swojej karierze, no bo jak często zdarza się w życiu grać dla półmilionowej publiczności?
A ty później stoisz z otwartymi ustami, ślina leje ci się spomiędzy nich i jesteś w szoku, że w ciągu 5 godzin, to trzeci najlepszy koncert, na jakim byłeś w życiu[2].
Pragnę również dodać, że bardzo dobrą zabawę miałem znowu przy kompletnym fuksie. Zespołu Shantel nie kojarzyłem, dopóki nie zagrali 'Disko Partizani'. Jak się ten kawałek skończył, dalej ich nie kojarzyłem. Dali ponaddwugodzinny koncert, na którym, pomimo absurdalnie późnej pory, bawiło się na oko około 80-100 tysięcy osób. Ale pył był taki, że mogłem się omylić.
Tak, tutaj nawet kompletnie egzotyczna kapela ma szansę spacyfikować publiczność, zostać szeptaną gwiazdą imprezy i przebić nawet Prodigy. A stare klasyki mogą odzyskać swoje brzmienie, otrząsnąć się z formaliny i ponieść publikę do zabawy jak za dawnych, dobrych czasów.
Wiecie jakie to fajne uczucie, uczestniczyć w czymś takim?

TANIE WZRUSZENIA DLA KAŻDEGO

Serce mi rośnie, jak widzę setki wolontariuszy, ogarniających imprezę. Są wszędzie, wiedzą wszystko i zasuwają za darmo po to, żeby inni mogli się dobrze bawić. Czuję ciepło w sercu gdy widzę pięćdziesięcioletniego pana, który wiąże na głowie bandanę, wsuwa na plecy spłowiałą kurtkę z metalowymi naszywkami i idzie się bawić razem z ludźmi, którzy są w wieku jego dzieci. I nikt nie komentuje 'o, stary się poczuł luźny raz do roku i się wygłupia'. I mam ciary na plecach i łzy w oczach gdy widzę kolejny zespół, który nie wierzy co się przed jego oczami wyprawia gdyż widownia postanowiła mu zrobić niespodziankę. Albo organizatorzy. Rok temu 700 tysięcy osób podskoczyło równocześnie na koncercie Prodigy i było to coś, co pewnie dane mi będzie zobaczyć raz w życiu. Zespołowi również. W tym roku na Sabatonie, który kręcił koncertowe DVD, pod scenę wjechała wielka flaga Polski. A potem, po kawałku 40:1, publiczność podziękowała zespołowi śpiewając Mazurek Dąbrowskiego.
Gdyby mi ktoś powiedział, że przy hymnie uronię łzę i urośnie mi gula w gardle, wyśmiałbym go. Zresztą tanie wzruszenia dopadły nie tylko mnie, wokaliście też się spociły oczy.
Nawet cynik potrzebuje od czasu do czasu ludzkiego odruchu. Najłatwiej mi o niego na Woodstocku.

UPDATE
Dzisiaj znalazłem to zdjęcie, też powie więcej niż 1000 słów. Gra Sabaton[3].

NARKOMANI, DZIWKI I ZŁODZIEJE

Wiadomo, nie dość, że brudno, to niebezpiecznie. Wąchają trawkę, dają dupy za konserwę i kradną z namiotów oraz kieszonek. No bo trudno sobie wyobrazić, żeby w półmilionowym tłumie, składającym się głównie z patologii, nie działy się rzeczy, przy których Kambodża to Kansas. Rok temu widziałem jednego pobitego kolesia, w tym roku, oprócz opatrunków na rany poniesione ewidentnie pod sceną, nie dostrzegłem żadnych śladów przemocy. W sensie na twarzach ofiar. Wróć, jedna z dziewczyn z Patrolu miała opuchliznę pod prawym okiem, nie pytałem skąd się wzięła. Strzykawką mnie nikt nie straszył, o drobne i papierosy prosili grzecznie, upierdliwość w stanach praktycznie do zniesienia (oprócz kilku akcji, przy których nawet Dalaj Lama by się lekko zirytował). Upapranych dziwek, posuwanych w kolejarza nie widziałem ale może się jakoś przemyślnie ukryły. I niczego mi nie ukradziono, pomimo tego, że namioty i różne rzeczy zostawialiśmy niestrzeżone, nic tylko brać. No ale co komu z anegdoty, jak zawsze można skontrować 'a bo mojego znajomego skłuli strzykawką, zgwałcili przy tojkach, ukradli mu konserwę i nasrali w namiocie'. Oddam głos policji, posłuchajcie ich kłamstw dotyczących festiwalowych niebezpieczeństw.
Policja nie miała wielu powodów do poważnych interwencji. W czasie działań odnotowano w sumie: 55 kradzieży, 25 przypadków posiadania narkotyków, 7 przypadków uszkodzenia mienia, 1 znieważenie. Policjanci zatrzymali też 7 nietrzeźwych kierujących i kilka osób posługujących się cudzymi dokumentami. Pomimo olbrzymiej ilości zmotoryzowanych odnotowano tylko 1 wypadek drogowy. Najpoważniejszym wydarzeniem był niefortunny skok młodego mężczyzny do rzeki Warty. Dzięki szybkiej pomocy służb został on sprowadzony na brzeg i przetransportowany śmigłowcem do szpitala. To był kolejny bardzo spokojny Woodstock - ocenił rzecznik lubuskiej policji, Sławomir Konieczny.
Jak widać ludzie na Woodstocku są tak znarkotyzowani i pijani, że nie potrafią wykręcić żadnej sensownej statystyki. Co za banda bez kręgosłupa moralnego.

BŁOTO, WSZĘDZIE BŁOTO

To lajtmotiv wszystkich tekstów nieprzychylnych imprezie. Taplają się w błocie jak świnie a potem chodzą brudni, jak świnie. To nie ludzie, to świnie. Więc ja może wyjaśnię. Nie ma obowiązku kąpieli błotnych, bawią się w to tylko ci, którzy chcą. Niewielu chodzi ubłoconych, bo większość ludzi po błocie, idzie się umyć. I dlaczego takie emocje wzbudza coś, co w każdym jednym spa, przechodzi bez echa. Nikt się nie ekscytuje, że bizneswomen się brudzi i jeszcze za to płaci. A tu oburzenie i moralna panika.
Oczywiście w tym roku mieliśmy trochę hardkorowo, bo w sobotę nad festiwal przyszła burza, powiedziała 'siema' i jak nie pierdolnęło. Normalnie jakby ktoś w gwizdek zadął. Staliśmy wtedy w kolejce do bankomatu więc załapaliśmy się na komplet rozrywek - burza, kałuże, błoto, jeszcze więcej kałuż, trochę więcej błota oraz upalne słońce i gnilny opar, który zaczął się podnosić z tych kałuż w 5 minut po zakończeniu burzy. No ale ciężko mieć pretensje do organizatorów za to, że deszcz zalał teren festiwalu, który składa się w większości z, uwaga, ziemi.
A jak ktoś nie potrafi trafić butem w przeschnięte i ciągiem wdeptuje w błoto, pretensje może mieć tylko do swojego błędnika.

NIE ZAWSZE JEST KAWIOR

Jasne, są też minusy. W niektórych miejscach śmierdzi moczem infernalnie. Opady powodują zabłocenie większości terenu i zazwyczaj z koncertu wraca się lekko przykurzonym. Jak jest sucho, pod sceną okrutnie się pyli i bez arafaty przewiązanej na twarzy, nie podchodź. Impreza trwa 24 godziny na dobę więc czasami ciężko się śpi. Do wszystkiego kolejki, punkt gastronomiczny daleko od płatnego pola (ale za to za zajebistego schabowego z młodymi ziemniakami, płaciliśmy 13 ziko, ogólnie jedzenie w cenach barowych), im później, tym więcej pijanych się pałęta, chociaż praktycznie nikt nie szuka dymu. Jak nie chce ci się targać swojego alkoholu, to masz piwo wyłącznie sponsorskie, a nie każdemu leży Carlsberg. Tylko 3 bankomaty na całej imprezie. I tylko jednego Lidla na terenie festiwalu rozstawiają. Im bliżej sceny, tym bardziej robi się gwałtownie, więc jak boisz się pogo, zostań pod lasem. I muzyka gra głośno. Niewygodnie śpi się na ziemi, nawet na dmuchanym materacu. Pod namiotem wcześnie robi się gorąco, bo na polu namiotowym nie ma cienia - organizatorzy nie zadbali o rozdawanie parasoli barowych albo sztucznych drzew. I ogólnie jest słabo. W zasadzie im dłużej się zastanawiam, tym bardziej nie wiem po co tam jeżdżę. Przecież w tym roku przez 4 dni imprezy, spałem w sumie 10 godzin i dwa razy poparzyło mnie słońce, a to nie jest dobre dla starszego pana. Muszę się zastanowić nad sensem tej mordęgi, bo nie mogę płacić tak wysokiej ceny, tylko po to, żeby znowu się poczuć trochę młodziej.

Do zobaczenia za rok.

[1] Machine Head widziałem w Chorzowie przed Metallicą więc jakiegoś konkretnego podjaru nie czułem.
[2] Dodaję frazę objaśniającą - trochę przesadziłem, to drugi najlepszy koncert, na jakim byłeś w życiu.
[3] Zachęcam do komentarzy 'OMG Monako/Indonezja, lol'.