To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 27 sierpnia 2008

Jeżeli ktoś pomyślał, że zamieszczę tutaj poradnik sieciowego jumania, to oznacza, że zaszło zabawne percepcyjne nieporozumienie - jeżeli nie wiesz jak jumać, to znaczy, że przez ostatnie 5 lat mieszkałeś w buszu. Albo jesteś uczciwy. Dzisiaj zatem, korzystając z przerwy w jumaniu filmów, chciałem krótko opędzić temat jumania książek. Chyba przesadziłem z użyciem tego słowa w jednym akapicie.

Mam tak (o czym kilka razy wspominałem), że nie jestem w stanie powstrzymać kompulsywnego kupowania książek. W wyniku czego leżą one u mnie wszędzie. Regał na całą ścianę w sypialni w 3/4 zastawiony książkami (reszta to wieża, prywatne papiery i półka z alkoholami świata). Pół ściany w drugim pokoju - regał zastawiony książkami (na półkach) i filmami DVD (na górze). Parapet do wysokości pół metra zastawiony nowościami z ostatniego okresu, czekającymi na oexlibrisowanie i wprowadzenie do bazy bibliotecznej. Ba, ja nawet w pracy mam jakąś małą kolekcję.

Dodajmy do tego 6 albo 7 różnej wielkości kartonów spiętrzonych dokoła szafki na telwizor, mini-biblioteczkę w ubikacji i kilku pozycji na szafce w przedpokoju, a otrzymamy obraz upadku, rozkładu i degrengolady. W sumie mam jakieś półtora tysiąca książek plus wszystkie roczniki Fantastyki do roku bodajże 2003 albo 2004, kilka roczników Science Fiction i około setki komiksów. Wysypuje mi się papier zewsząd a myśl o oczekującej mnie przeprowadzce powoduje ataki paniki i wbija w poczucie beznadziei. Dlatego jakiś czas temu postanowiłem uderzyć w serce problemu i zacząłem jumać książki z netu. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie jedna przykra okoliczność.

Książki w formie dokumentów wordowych mają mnóstwo zalet i jedną wadę. Wrzucam je sobie na palma i czytam kiedy chcę i gdzie chcę. Nie przeszkadza mi ujebane oświetlenie w autobusie, konieczność trzymania się jedną ręką rurki, tłok w komunikacji czy brak powierzchni magazynowej w kieszeniach bojówek. Skończyły się post-cegłowe omdlenia dłoni i syndrom napięcia nadgarstka. Nie muszę już wyklinać geniuszy z wydawnictw, którzy raczą mnie takimi cegłami jak nowe wydania Hyperiona, Diuny, Diamentowego Wieku, że o potworności Lodu nie wspomnę. Wygoda, wygoda i jeszcze raz wygoda. Na dodatek książka taka leży sobie gdzieś na dysku, nie zabiera miejsca, nie powiększa chaosu panującego w moim mieszkaniu i ogólnie jest bardzo fajnie. Poza jednym drobiazgiem.

O ile nie mam dylematów moralnych związanych z oglądaniem nie do końca legalnych kopii filmów czy słuchaniem kradzionych empetrójek, to okradanie pisarzy powoduje u mnie moralne zaniepokojenie, by nie rzec panikę. Efekt jest taki, że najpierw biorę sobie książkę z netu, czytam ją wygodnie w drodze do i z pracy, cieszę się, że nie zawaliłem kolejnych centymetrów sześciennych następnym tomiszczem a potem, podczas wizyty w księgarni, kupuję te zajumane książki, targam je do domu, stawiam w parapetowej poczekalni i zaczynam się zastanawiać, czy pojebało mnie już w łonie matki, czy dopiero na studiach. Powodów tego zachowania jest kilka. Najważniejszym jest świadomość tego, jak pisanie jest trudne i jak bardzo kiepsko za nie w Polsce płacą. Wróć, najważniejszy powód jest inny - często zdarza mi się naszych pisarzy widywać osobiście. Czy to przy okazji konwentu, czy to podczas ich spotkań w Paradoxie. Ba, niektórzy nawet mówią do mnie 'cześć'. Oczywiście wykorzystuję takie sytuacje i w ramach podziękowania za szczególnie udany fragment prozą, piątkę przybiję, pochwalę czy postawie piwo. No i teraz pomyślcie - jaki wynik w skali świńskości bym osiągnął gdybym z jednej strony zajebał z netu książkę autora X, a potem na Nordconie stawiał mu piwo albo bez mrugnięcia okiem gadał z nim o tym, jak bardzo mi się podobała książka A albo zbiór opowiadań B. Dopóki polskie grupy skanerzystów piraciły książki zagraniczne, ów dylemat był mniejszy a czasami nawet skutkował nieplanowanym zakupem gdy w desperacji zaczynałem czytać coś, czego w księgarni nie tknąłbym kijem, a w trakcie lektury okazywało się całkiem przyjemnym kawałkiem. Teraz, gdy zaczęto złośliwie piracić polskie książki, jestem w dupie. Bo z jednej strony cenię sobie wygodę formatów elektronicznych a z drugiej wiem, że akurat w tym przypadku, moje postępowanie byłoby niefajne[1]. I stąd na przykład moja akcja z Lodem - dostałem od jednego z czytelników worda a dzień później podreptałem do księgarni i kupiłem cegłę, której czytać się nie da ale za to ładnie wygląda na półce obok pozostałych książek Jacka.

I dlatego ciekawi mnie jedna rzecz - dlaczego nie mogę w łatwy sposób kupić sobie legalnego e-booka[2]? Koszt wyprodukowania książki w formacie cyfrowym jest pomijalny i jednostkowy. Nie wiem ile w naszej republice bananowej pisarz zarabia na jednym sprzedanym egzemplarzu wydania papierowego, dlatego strzelę sobie, być może bardzo niecelnie - niech sobie książka w formacie wordowym kosztuje dyszkę. Którą to dyszką się jakoś literat z wydawcą podzieli. A jeżeli po przeczytaniu książki na palmie zapragnę ją mieć w formie drukowanej, to niech wydawca sprzeda mi egzemplarz po nieco niższej cenie specjalnej, takiej dla posiadacza wersji elektronicznej[3]. Oczywiście wiem dlaczego pewnie nie doczekam się takiego rozwiązania - osób funkcjonujących w stylu czytelniczym podobnym do mojego jest w Polsce pewnie z tysiąc i nie warto dla nich tworzyć rynku. Co nie zmienia faktu, że rozwiązanie takie jest całkiem niezłe. Czytelnikowi łatwiej przełknąć gniota i wybaczyć pisarzowi wpadkę, bo dycha to dwa piwa w knajpie. Kolekcjoner i tak kupi/dokupi wydanie drukowane. Unikniemy też sytuacji, w której za złą książkę zapłacę trzydzieści złotych i moje niechrześcijańskie miłosierdzie bardzo szybku zsublimuje. Więc może to nie jest taki zły pomysł z tymi tanimi e-bookami? Oczywiście niektórych autorów kupuję w ciemno i w ich przypadku e-book jest czystym ułatwiaczem - każda książka takiego na przykład Kinga będzie u mnie stać na półce niezależnie od faktu, że większość jego rzeczy mam na dysku w formie elektronicznej. Ale już Koontza czy Mastertona mógłbym przyjmować bez konieczności mieszania w to papieru.

Miałem tutaj napisać jakąś mądrą puentę ale zabrakło mi natchnienia. Zamiast tego zapytam się, czy jest na sali ktoś, kto ma inside view na jakieś wydawnictwo książkowe i jest w stanie, bez zdradzania tajemnic handlowych, powiedzieć mi z jakiego powodu Potworny regiment Pratchetta w merlinie kosztuje 17,50 a w sklepie na stronie Prószyńskiego 26,90?

Aha, i darujcie sobie duposzczipatielnoje historie o niepowtarzalnym zapachu świeżej farby drukarskiej i papieru na którym wydrukowano książkę oraz o jakże ważnej w recepcji dzieła frajdzie wynikającej z przewracania kartek i czucia ich faktury pod palcami. Ja się już tyle tego nawąchałem i nadotykałem, że przestało mnie to ruszać. Proszę też o niezadawanie mi pytania 'a wydania albumowe też byś kupował w formie e-booka?', bo moja tolerancja na idiotyzm ma swoje granice. A teraz wracam do spiraconego Pratchetta[4].

[1] Jak ktoś ma życzenie pojechać mnie za relatywizowanie i wartościowanie kradzieży, to wolna wola - wiem, że moja argumentacja jest schizofreniczna ale wali mnie to.
[2] Nie potrzebuję fikuśności - wystarczy mi pdf i word. Pierwszy do oglądania (jeżeli są jakieś obrazki), drugi do czytania.
[3] Niech książka 'normalna' kosztuje 30 zł. Sprzedajcie mi e-booka za dychę a potem ewentualnie drukowaną za dwie dychy. I tak w każdym przypadku wydawca i autor wygrywa.
[4] Nie pomyliliście się, mam wszystko ze Świata Dysku na półce a repetytoria robię na palmtopie, bo popularniejsze egzemplarze po 15 czytaniu bardziej zaczęły przypominać wycieraczkę w mordowni niż książkę.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Ponieważ zadajecie mi mailowo mnóstwo pytań, postanowiłem zebrać je wszystkie w jednym miejscu, opowiedzieć wam więcej o sobie i przybliżyć wam swoją osobę. Kolejność pytań przypadkowa.

P: Ile masz latek?
O: Trzydzieści...

Nie, no naprawdę myśleliście, że aż tak nisko upadłem, żeby robić na swój temat FAQ? Bez jaj, ludzie. Dorośli jesteście, macie mózgi, trochę się znamy. Pokuta jest taka, że każdy kto do mnie zagląda dłużej niż kwartał i uwierzył w FAQ, ma za zadanie przeczytać 3 razy Jimajicę Clive'a Barkera[1]. Raz po razie.

Chodziło mi o to, że jedyne sensowne pytania jakie od dłuższego czasu mi zadajecie brzmią: 'ej, to ty jesteś ten od streszczeń Wiedźmina na radkowiecki.republika.pl' oraz 'sam mówiłeś, że nie będziesz nigdy prowadził bloga a prowadzisz'. Są to jednocześnie jedyne pytania na mój temat na jakie mam ochotę odpowiedzieć. Więc odpowiem tym, którzy są ciekawi tej nudnej historii: najpierw pisałem aktywnie na grupę dyskusyjną pręgierz (jakoś tak od początku 1999 do października 2002). W zasadzie to nie wiem czy jeszcze byłem aktywnym grupowiczem, czy już spamerem. Z okresu tego wyniosłem znajomość netykiety, umiejętność niegadania z trollami i lekko wyszlifowałem swój chropawy styl pisania.

Od października 2002, wraz z 4 albo 5 odcinkiem Wiedźmina, przeniosłem się do siebie, na radkowiecki.republika.pl. Był to efekt wkurwienia się na to, że na totalnie offtopowej grupie, jednemu z jej największych spamerów zaczęły przeszkadzać moje streszczenia. Które, celem ich łatwiejszego filtrowania, nawet specjalnie oznaczałem w temacie stringiem w$. Wkurw był potężny, html prosty, republika darmowa a pisać się chciało - właściwie, to dziwnym by było gdyby ta strona się nie narodziła. Nawet gdyby nie Wiedźmin, to wzrastające zbydlęcenie ściągających zewsząd na pręgierz trolli, skutecznie mnie od grupy odstręczało a Wiedźmin stał się wygodnym pretekstem. Ale to taki wtręt bez związku, wróćmy do właściwej linii czasowej.

Na republice szarpałem do marca 2007, bo właśnie wtedy przyjaciółka zaproponowała mi przenosiny do siebie. Strona zawędrowała pod nowy adres radkowiecki.is.evil.pl. W kwietniu 2007 wrzuciłem ostatnią notkę, stwierdziłem że nie chce mi się i poszedłem na browara. W maju, po skończonym browarze stwierdziłem, że zarezerwuję sobie adres radkowiecki.blox.pl, bo nie chciałem żeby jakieś dysfunkcyjne dziecko neostrady mi go zasrało. Pierwotnie miałem tam wrzucać coś krótkiego raz na miesiąc (żeby mi nie zamknęli bloga), czekać aż mi się znowu zechce cokolwiek pisać i wrócić na evila. A potem stwierdziłem, kurwa, u siebie na stronie zrobiłem kącik kulturalny, to sobie chociaż na blogu pobluzgam. I nawet całkiem długo bluzgałem ale mi się znudziło. Poza tym sporo osób miało dysonans, no bo jak to tak - typ pisze o zen i pogodzeniu się ze światem, a jebie wszystko równo przy ziemi. Ostatecznym gwoździem do trumny, w której pochowałem notki pełne gniewu i jobów był fakt, że młodzież mnie czyta... Nie, no jaja sobie robię. Stwierdziłem, że skoro już sprawdziłem czy poradzę sobie w takiej konwencji (poradzę), to czas wrócić do pisania w swoim stylu. Poza tym wkurwiały mnie pacany, które przyłaziły tutaj po frazie 'brat mnie ruchał', czytały trzy zdania i zaczynały pieprzyć o tym, że piszę jak Kominek. Do Kominka zaglądam ale pomysł, że miałbym epigonić akurat jego jest tak z dupy, że boli i mógł zrodzić się tylko w głowach osób ze wstrętem do drukowanego, którym wydaje się, że ktokolwiek w polskiej blogosferze pisze na tyle dobrze, że chciałbym od niego ściągać. Sorry ale jak już musiałbym albo zechciałbym się kimś podpierać, to wybrałbym jednego z tytanów, na barkach których stoję i próbuję sięgać ciut wyższych poziomów. No i znowu mi się przydługa dygresja zrobiła.

Bloga nie traktuję jako blogaska-cmokaska tylko jako miejsce gdzie kontynuuję to, co robiłem przez prawie 5 lat na stronie. Dlaczego przesiadka na bloga i porzucenie strony? Wygoda i możliwość pisania również na inne tematy niż na stronie bez siania zamętu gdyż system kategorii pozwala odsiać bluzg od kącika kulturalnego wszystkim, dla których skończyłem się na Kill'em all. Możliwości powrotu na stronę nie widzę, jeżeli się rozmyślę, to dowiecie się o tym jako pierwsi.

P: A dlaczego niektórzy mówią na ciebie Teklak?
O: To mówisz, że bardzo lubisz seks oralny?

[1] Grzmot tak nudny, że podczas lektury umierałem wiele razy a potem stwierdziłem, że szkoda mojego zdrowia i Jimajica pozostaje jedyną książką Barkera, której nie doczytałem do końca.

środa, 13 sierpnia 2008

I sure don't want to hurt no one...

Poniższy wpis może zawierać śladowe ilości spojlerów ale nie takich, po których zakrzykniecie 'no co za chuj, zdradził zakończenie'. To są naprawdę drobiazgi.

Przed chwilą właśnie[1] zwlokłem się z Mrocznego Rycerza w IMAX-ie i teraz z całym przekonaniem mogę powiedzieć: jeżeli macie taką możliwość, to tylko tam. Gdzieś tak na wysokości 3/4 sali, w samym środku. Efekt zwala z nóg i współczuję jumaczom wersji camowych. Ale ja nie o tym. Obejrzałem to sobie na spokojnie i już wiem o co chodzi z Jokerem.

Po pierwsze dostrzegłem dwa proste zabiegi dzięki którym Heath mnie cholernie wystraszył, chociaż nie zdawałem sobie sprawy dlaczego. Po pierwsze, tracił pewność siebie gdy ktoś mu mówił, że jest nienormalny - widać to zwłaszcza w scenie jego pierwszej rozmowy z bandytami z Gotham. Najpierw ma mocne wejście i na pewniaka robi sztuczkę z ołówkiem, a potem przygasa gdy z sali sypią się teksty 'nienormalny' czy 'dziwak'. Wiem dlaczego się bałem - zastanawiałem się w jaki sposób eksploduje jego szaleństwo. Suspens w najlepszym wydaniu. I wszechogarniające poczucie ulgi gdy Joker postanowił rozładować sytuację przy pomocy najprostszego patentu z granatami.

Druga, ważniejsza i przewijająca się przez cały film sztuczka, zrodziła się na poziomie podstawowego warsztatu aktorskiego. Zwróćcie uwagę jak Ledger w czasie mówienia wysuwa i chowa język. Najczęściej robi to w typowo gadzi sposób, szybko i bez żadnego sensownego powodu. Nie pomaga sobie w ten sposób w artykulacji, rzadko kiedy służy to oblizaniu ust. Po prostu szybko wysuwa i chowa język. Nie wiem jak dla was ale dla mnie bardziej obce i straszniejsze od gadów są tylko niektóre owady. A przy okazji pojawia się bardzo kusząca nadinterpretacja: Joker-Wąż kuszący Denta, Joker-Wąż, który chce spalić cały świat. Joker-Wąż, który wodzi nas na pokuszenie i wystawia nasze nieśmiertelne dusze na ostateczną próbę. Takie tam przemyślenia i tania filozofia.

I zrozumiałem też dlaczego w kilku momentach było mi go tak żal, że aż chciało mi się nad nim płakać. Nad przerażającym, stuprocentowym psychopatą. Kluczowe są trzy sceny: dwie, w których opowiada skąd ma swoje blizny i scena jego przesłuchania przez Batmana. W przypadku jego konfabulacj na temat blizn boli to, że jego wizje są same w sobie straszne. Jak bardzo zła może być wersja prawdziwa?
Jeżeli chodzi zaś o przesłuchanie, to cała jatka jaką funduje w areszcie Jokerowi Batman zostaje postawiona w zupełnie innym świetle w chwili, gdy wiemy już, że Nietoperz nie ma w zanadrzu kompletnie niczego, czym mógłby Jokera złamać. Niby w finale sceny Joker wykrzykuje mu to w twarz ale my od samego początku podskórnie czujemy, że nie da się złamać kogoś, kto nie ma nikogo ani niczego, co by kochał a sam jest tak pokręcony, że ból sprawi mu przyjemność. A mimo wszystko Batman i tak robi wszystko, żeby wytłuc z niego duszę. W 99 przypadkach na 100 kibicowałbym mu z poczuciem, że realizuje się prawo talionu. Tym razem postawił się dla mnie w roli tępego oprawcy najgorszego gatunku. Najgorszego gatunku, czyli takiego, którego przedstawiciele najpierw biją a potem pytają. Zresztą, bije wiedząc, że i tak się niczego nie dowie. Kibicowałem więc Jokerowi.

Największy zaś smutek czułem mając świadomość, że człowiek, którego w roli Jokera chciałbym zobaczyć jeszcze przynajmniej raz, nie zagra już niczego[2]. Zmienia to perspektywę i optykę w stopniu, z jakiego przed seansem nawet nie zdawałem sobie sprawy. Nawet mając w pamięci casus Brandona Lee w Kruku.

Tutaj był jeszcze kawałek o tym na równi z jakimi kreacjami stawiam Jokera ale stwierdziłem, że wykorzystam ten materiał podczas tworzenia dłuższego rankingu najlepszych kreacji aktorskich świata, który kiedyś zrobię. Tymczasem zaś uzbrajam się w cierpliwość i czekam na wypasione DVD z godzinami materiałów dodatkowych.

[1] Wiecie jak jest, napisałem to zaraz po powrocie z kina ale notka musi przejść drugie, trzecie a nawet czwarte czytanie i swoje odleżeć. Stąd brak jedności czasu i miejsca.
[2] No dobra, zobaczymy go jeszcze u Terry'ego Gilliama w The Imaginarium of Doctor Parnassus ale umówmy się, że to nie będzie to samo.

czwartek, 07 sierpnia 2008

Nie brałem twardych narkotyków, nie płakałem po papieżu i nie czytałem komiksów z Batmanem. To tak na początek, żeby mi nikt nie wyjeżdżał, że Nolan nie zrozumiał przekazu Millera z 'Powrotu mrocznego rycerza' i 'Roku pierwszego' oraz spłycił wizje Moore'a z 'Zabójczego żartu'. Korzenie komiksowe pozwolę sobie mieć w dupie, co pozwoli skoncentrować mi się na tym, co najważniejsze czyli na filmie. A właściwie na jego najważniejszym elemencie. Ale najpierw o detalach.

Wizualnie The Dark Knight (dalej jako TDK) oszałamia, przy czym warto dodać, że oglądałem to w normalnym kinie. Do IMAX-a wybieram się w przyszłym tygodniu. Ale niekoniecznie mam tutaj na myśli wbijające w fotel sekwencje pościgów (są), strzelaniny i eksplozje (są) czy pokazy możliwości Batgadżetów (są). W moim prywatnym rankingu najpiękniej na świecie miasto filmuje Michael Mann. Jest ono u niego jednym z głównych bohaterów filmu. Nolan niemalże sięgnął jego poziomu i Gotham jest w końcu miastem z krwi i kości, w które mogę uwierzyć. Rozmyślając nad wyglądem GC wyszedł ze słusznego założenia, że świetną lokalizacją będzie rzeczywista metropolia i w roli głównej obsadził Chicago. Szczerze powiedziawszy wolę Gotham prawdziwe od tego Burtonowskiego. Które owszem, miało swój gotycki klimat ale na kilometr śmierdziało makietą, i nie mówcie, że nie śmierdziało, bo śmierdziało. Chicago było pierwszym elementem w układance 'zmieniamy estetykę filmowego Batmana na bardziej mroczną i bliższą ludziom'. Bo gdy oglądałem Batmany Burtona to owszem, świetnie się bawiłem. Ale miałem świadomość, że na ekranie oglądam bajkę. Gdy patrzyłem na Gotham Nolana nie miałem problemu z uwierzeniem, że przy braku farta mógłbym być tym biednym sukinsynem, który ginie w wybuchu albo staje przed trudnym wyborem moralnym - metropolie nocą potrafią być bardzo do siebie podobne. Kurde, kocham ludzi, którzy tak klimatycznie filmują Miasto.

Mój przyjaciel Mrok. TDK jest jednym z najmroczniejszych filmów jakie widziałem. Taka krzyżówka Kruka, Taksówkarza, Gorączki, Siedem, Terminatora i kilku innych. W końcu, po wielu latach, ktoś znowu pokazał mi prawdziwy noir. Poprzednio był to Noir Jork City, teraz Gotham Noir. Klimat jaki wyprodukował Nolan zahipnotyzował mnie bez reszty. Gość wziął mnie za rękę i poprowadził w śmierdzące rozkładem i gangreną zaułki, w których żyją zbóje i rodzi się szaleństwo. Nie liczcie na prosty i przyjemny happy end, o nie. Nie liczcie na to, że niewinni i szlachetni przetrwają. Właściwie to nie liczcie na nic, do czego przyzwyczaił nas Hollywood - oszczędzicie sobie bolesnych rozczarowań.

Scenariusz - w mądrzejszych od mojej recenzjach znajdziecie sobie informacje z których części Nolan zaczerpnął dłonią, dowiecie się też o co w nich chodziło a na najbardziej prężnych stronach dostaniecie linka do skanów komiksów na rapidzie. Ja od siebie powiem tyle, że już po filmie przeczytałem 'Killing Joke' i w nim akurat chodzi o, nazwijmy to, eksperyment socjologiczno-psychologiczny, w wyniku którego da się dowieść, że wystarczy jeden zły dzień, by z normalnego, uczciwego obywatela uczynić zbrodniarza. W filmie motyw ten jest podniesiony ale Nolan postawił sobie ambitniejsze zadanie i z TDK uczynił opowieść multiwątkową. Mamy więc rzeczony jeden zły dzień. Mamy historię przemiany ostatniego sprawiedliwego GC, walczącego ze zbrodnią prokuratora Harveya Denta w opętanego rządzą zemsty Two Faces. Obejrzymy historię miłosnego trójkąta bez happy endu. Zadamy sobie pytanie czy Batman jest dla GC zbawieniem czy bolesnym wrzodem, który właściwie należałoby przeciąć. I wreszcie popatrzymy na gothamskiego Nikodema Dyzmę, który pokonuje długą drogę, od ulicznego oprycha przez kolesia kradnącego pieniądze mafii aż po demiurga dzierżącego w swych rękach los Gotham i jego mieszkańców. Jedynego i niepowtarzalnego Jokera. I powiem wam, że inteligentnego widza, któremu dobrego nigdy mało, ta wielość wątków nie wystraszy i nie przesyci, bo są odpowiednio ze sobą splecione i odpowiednio zbalansowane.

Oczywiście w takiej sytuacji zawsze możemy liczyć na Pawła Felisa, który jest znanym wielbicielem jednowątkowych filmów moralnie zaniepokojonych i po seansie zapostulował, pozwólcie że zacytuję: 'Przydałaby się np. selekcja wątków, co widać zwłaszcza w finale - dwuipółgodzinny film nie może się skończyć.'. Być może oglądaliśmy inny film, pozwólcie że znowu zacytuję 'a to dziwne żeśmy się tam nigdy nie spotkali ale faktycznie, może akurat w kiblu byłem'. Zrozumiałbym pretensje gdyby faktycznie tych wątków było bóg wie ile. Ale czy okres skupienia uwagi Poważnych Krytyków jest naprawdę tak krótki, że nie radzą sobie z ogarnięciem trzech przeplatających się i uzupełniających linii fabularnych? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam wam.

Aktorsko bez zarzutu. W rolach głównych aktorski top i solidne stany wyższe. Oszczędny i epizodyczny ale za to wyrazisty Morgan Freeman jako gadżetmen Batmana. Michael Caine tym razem się zlitował i nie kradnie każdej sceny ze swoim udziałem ale oczywiście każdy moment gdy pojawia się na ekranie to ekstraklasą. Zaskakująco dobry Aaron Eckhart - wierzyłem mu jako prokuratorowi, uwierzyłem w jego motywy gdy zmienił się w Dwie Twarze, chociaż normalnie taka wolta wzbudziłaby moje podejrzenia. Bardzo dobrze pociągnął postać, przydała mu się solidnie odrobiona praca domowa - przygotowując się do roli czytał dużo o osobowościach mnogich. Oldman jak zwykle, nie schodzi poniżej pewnego poziomu, chociaż pewnie wolelibyśmy żeby jego komisarz Gordon w mieście takim jak Gotham bardziej przypominał Stansfielda. Obok nieco wycofany Bale, co paradoksalnie nie zaszkodziło filmowi. I wreszcie Joker, zagrany tak, że aż mi z wrażenia słów zabrakło.

O tym, że ta rola była wymagająca, nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Po pierwsze i najważniejsze, mierzysz się z Jokerem Nicholsona. Co byśmy sobie nie myśleli o jego kreacji (żałosność, bufonada, błazenada, nicholsoniada, przegięcie pały, mistrzostwo świata, geniusz, rola kultowa), Nicholson zagrał Nicholsona i stworzył kanonicznego Jokera. Paradoks ale nie takie paradoksy oglądaliśmy. Każda próba zmierzenia się z Jokerem-Nicholsonem przypominała stąpanie po polu minowym. Nie można było Nicholsona poprawiać, bo ten granice groteski postawił tak daleko, że popadłoby się w śmieszność i żałosność. Nie można było roli odegrać jeszcze raz tak samo, bo podobnie jak Nicholson, Joker-Nicholson jest tylko jeden i 'zagraj mi to jeszcze raz Sam' zakończyłoby się zwykłym małpowaniem. Trzeba było zagrać inaczej. Kto o zdrowych zmysłach porwałby się na coś takiego, ja się pytam? Z zadaniem tym przyszło się zmierzyć niespełna trzydziestoletniemu gówniarzowi, który przeciętnemu widzowi kojarzy się z szalonym rycerzem albo zboczonym kowbojem. Znalazł się Heath Ledger i niebiosom niech będzie za to wieczna cześć i chwała. Był to jeden z tych magiczno-mistycznych przypadków gdy aktor nie odgrywa postaci tylko się nią staje. Staje się nią kompletnie i do końca.

Nie będę się rozpisywał o klasie aktorskiej, chciałbym natomiast podrzeć trochę łacha z tych, którzy krytykują jego kreację. Drodzy internauci, jeżeli dla was to co zrobił Ledger było jedynie 'wykrzywianiem ust i mlaskaniem do tego jęzorem' a w kreacji nie było czuć 'jakiegoś zawirowania psychicznego, jakiegoś szaleństwa, tylko zgryw', to znaczy, że większość filmu po prostu przespaliście. Zupełnie jakby powiedzieć, że Tom Hulce jako Mozart był obleśnym kurduplem, który pierdział, przeklinał i rwał lachony. Zupełnie jakby powiedzieć, że Oldman w Leonie zrobił dwie miny, krzyknął 'everyone' a wszyscy nie wiedzieć czym się zachwycają. Nie chce mi się mnożyć przykładów, bo każdy potrafi sobie do absurdu sprowadzić dowolnie genialną kreację aktorską. Chcę jedynie powiedzieć, że krytykowanie filmu w zupełności rozumiem - nie jesteśmy mechanicznymi pomarańczami, żeby mieć takie same gusta. Ale krytykowanie Ledgera świadczy o totalnej nieumiejętności rozpoznania i rozróżnienia kreacji bardzo złych, złych, poprawnych, dobrych, bardzo dobrych, genialnych i absolutnych. Heath w TDK jest genialny a momentami ociera się o absolut. Facet, który potrafi w jednej scenie wzbudzić moje obrzydzenie, potem przerazić a pół minuty później chce mi się płakać nad nim z żalu, musi być pieprzonym geniuszem[1]. Zagrał w absolutnie boskim natchnieniu a przede wszystkim dał radę zrobić z Jokera nie klauna a groźnego szaleńca, psychopatę i socjopatę. Inteligentnego manipulatora. Genialne dopełnienie Batmana i genialne wypełnienie pustki po wyrugowanym z GC źle. I taki Joker bardziej mnie przekonuje od typa z plastikowym kwiatkiem sikającym kwasem. Sorry Jack, no bonus.

Jeżeli miałbym się do czegoś w filmie przyczepić, to sposób, w jaki Nolan w końcówce postanowił nieco oczyścić atmosferę. Zupełnie jakby się przeraził mroku, brudu i szaleństwa jakie wyprodukował przez ponad dwie godziny. Zupełnie jakby przestraszył się tego, że wychodzi mu coś totalnie przerażającego a zarazem genialnego. I w ciągu ostatnich 10 minut wziął i to był rozrzedził. Nie wiem czy to jego pomysł, czy też odgórne wytyczne kolesi trzymających kasę. Dość powiedzieć, że gdyby w końcówce pozostawił nas w tym nieprzewidywalnym chaosie jaki przez cały film produkował, to byłoby perfekcyjnie. Ale to takie moje czepianie się bardziej dla zasady gdyż filmy w których nie mam się do czego przyczepić wzbudzają moją nieufność. Bo przecież doskonale wiem, że jak się kręci blockbustera, to pewnych rzeczy twórca zrobić po prostu nie może - 200 baniek budżetu musi się zwrócić, bo dla księgowych z wytwórni najważniejsze nie są noty za styl a bilans.

Miejsce mi się kończy więc zdecydowałem, że na koniec, trochę dla sportu odeprę kilka bzdurnych zarzutów i nie będę pisał laurki, bo inteligentni jesteście i już się chyba domyśliliście, że TDK ląduje w pierwszej pięćdziesiątce, a może nawet dwudziestce, najlepszych filmów świata. Więc może teraz coś do śmiechu.
'Film nie może się zdecydować czy chce być ekranizacją komiksu, czy moralitetem'. Debil Chandler nie potrafił się zdecydować czy chce pisać kryminały, czy moralitety. Złośliwy palant, pokazał światu, że da się to zrobić równocześnie a ten gupek reżyser postanowił z niego zerżnąć bez dania racji. No przykro mi bardzo, że Nolan postanowił zrobić coś bardziej ambitnego niż tylko kolejną 'adopcję Hemingwaya'[2].
'Hahaha, Batman tak bez sensu chrypi żeby go nie poznali nawet przy tych, co już wiedzą kim jest'. Myślę, że jakiś przetwornik głosu zamontowany w kołnierzu stroju załatwia sprawę permanentnej chrypki.
'Joker tylko chodzi i wysadza bez sensu'. No cóż, rozumiem że dużo dialogów w filmie powoduje dysonans i przekłamania na wejściu ale swoją ideologię Joker wykłada w sposób przystępny i zrozumiały dla dziesięciolatka. 
'Ale on naprawdę nie ma żadnego planu'. Psychopata inteligentnie i umiejętnie manipulujący wszystkimi, zawsze będący nie krok a dwa lub trzy przed wszystkimi nie ma żadnego planu? Polecam zatem oglądanie filmu w kinie albo na DVD a nie w chujowej wersji CAM z niechlujnie zrobionymi polskimi napisami.
'Nolan chyba za bardzo uwierzył w swoje możliwości i chciał zrobić ambitną ekranizację komiksu, przez co zamiast bajki dostałem brutalną, wulgarną dosłowność, której mam wszędzie dokoła pod dostatkiem' - słyszałem, że animowane filmy Pixara są fajne i niedosłowne. Robienie głównego zarzutu z tego, że film nie jest tym, czym chciałbym żeby był, to wyjątkowo słaby chwyt recenzencki. 

Dobra, blox każe spadać a i mi się już nie chce, bo to strzelanie do ryb w beczce przy pomocy shotguna. Zero sportowej frajdy chociaż niektórych może to śmieszyć. Na deser wrzucę wam prawdziwą perełkę - Poważny Recenzent Filmwebu dekonstruuje TDK i pokazuje nam jakim mógł być arcydziełem i jakim gniotem przez pójście na zgniły kompromis się stał. Jeżeli ja kiedyś popadnę w taką niezamierzoną śmieszność, to proszę - powiedzcie mi, że walę bucówę zaś bliscy znajomi mogą sprzedać mi karczycho. Poczytajcie jak mądrze prawi członek redakcji filmwebu, pan Marcin Pietrzyk: http://mroczny.rycerz.filmweb.pl/f236351/Mroczny+rycerz,2008/recenzje?review.id=6348

Nie wiem jak wy ale ostatnią przeczytaną przeze mnie porcją bełkotanek o takim stężeniu był kawałek o Kronikach Sary Connor. Myślę, że pan Pietrzyk śmiało może stanąć w jednym szeregu, tuż obok Sebastiana Łupaka. Czapki kurna z głów pieprzona hołoto. A zaraz potem marsz do kina, bo oglądanie tego na piracie to gorzej niż zbrodnia. Tak, to zwykła głupota.

Na koniec zaś recenzja pisana najprawdopodobniej na podstawie trailerów i materiałów dystrybutora. Ewentualnie pod wpływem dużej dawki środków psychoaktywnych. Tak czy inaczej szczyt żenady: http://www.ofilmie.pl/recenzje/the_dark_knight_solo.html
Ja to mam talent do wynajdywania takich okazów, szlag by ich wszystkich.

[1] Boję się tylko, że gość padnie ofiarą syndromu Ellen Burstyn i Oscara skosi odtwórca jakiejś roli zaangażowanej. Rzeczony syndrom to moja prywatna nazwa na nietrafione decyzje Akademii. W 2001 Ellen Burstyn była nominowana do Oskara za najlepszą rolę kobiecą w Requiem for a Dream. Oskara jednakowoż zgarnęła Julia Roberts za Erin Brockovich. Każdy kto oglądał te filmy jasno widzi, że w 2001 nie przyznano nagrody za kunszt aktorski tylko za agitkę polityczną. U panów taka sytuacja miała miejsce w przypadku zwycięstwa Adriena Brody (Pianista) nad Danielem Day-Lewisem (Gangi NY). Oba filmy to nudnawe grzmoty ale Lewis nawet grając pniak jest o trzy klasy aktorskie lepszy od Brody'ego wspinającego się na wyżyny swoich umiejętności.
[2] Kawałek ze skeczu (chyba Tyma), którego używam jako słowa-klucza na określenie wyjątkowo nieudanych adaptacj, remake'ów i ekranizacji.

środa, 06 sierpnia 2008

Jak łatwo zorientować się na podstawie lektury poprzednich wpisów w tej kategorii, wszystkie moje ulubione seriale się pokończyły. To znaczy albo mają przerwy albo źli CEO z dużych stacji wzięli i je pozabijali. Kilka dni temu ruszyła co prawda Eureka (nowy odcinek nie różnił się klimatycznie od ocinków z poprzednich serii, co dobrze wróży trzeciemu sezonowi) ale przy jednym serialu... i tak dalej. Dlatego musiałem sobie znaleźć coś nowego, co spełniałoby kilka prostych warunków: jest w miarę nowe, jest w miarę sensowne i w miarę możliwości jest albo będzie kontynuowane (na wypadek gdyby mi się spodobało). A że ostatnio nieco przejadłem się animacjami, musiał to być dodatkowo film fabularny. Na szczęście w internetzach zdarza się czasami pisać ludziom o IQ wyższym od temperatury wrzenia wody, skorzystałem z jednej z ich rekomendacji i trafiłem rozkoszną pychotkę - Burn Notice.

Jeżeli ktoś chce mi w komentarzach napisać, że się nie znam a BN jest kiepski, to niech sobie idzie na filmweb, bo tam jego miejsce. BN spełnia wszystkie warunki jakie stawiam dobremu serialowi rozrywkowemu. Po pierwsze są w nim tajni agenci rządowi, którzy mają akurat przerwę w pracy. Po drugie w filmie występuje MILF[1]. Po trzecie fajnie się biją. Po czwarte znają fajne sztuczki psychomanipulacyjne a jest to rzecz, na którą mogę się patrzeć godzinami. Po piąte zaś jest kilka fajnych wybuchów, scenariusz, jakkolwiek do bólu przewidywalny, wciąga i jest umiarkowanie debilny, niewiarę zawieszamy rzadziej niż niezawieszamy. No i najważniejsze - w jednej z głównych ról występuje Bruce Campbell. Jeżeli jeszcze tego nie wiecie, to Bruce jest jednym z najlepszych aktorów świata, za rolę w serii Evil Dead ma moje wieczne uwielbienie i jak ktoś go nie lubi, to zdecydowanie niech nie wypowiada się w komentarzach i idzie na filmweb.

Główny bohater, Michael (Jeffrey Donovan grający trzema minami ale o dziwo umiarkowanie irytujący) został spalony przez nieznanych sprawców. Musi ich odnaleźć, dowiedzieć się dlaczego stracił wiarygodność jako agent, odzyskać swoje dobre imię i wrócić do pracy w terenie. Niestety, śledztwo nie idzie tak gładko jak myślał a z czegoś żyć trzeba. Wykorzystując swoje umiejętności, Michael pomaga ludziom, którzy wpadli w kłopoty. Zahacza się w Miami na dłużej, montuje mini-ekipę i daje radę. W ekipie ma swoją byłą dziewczynę Fionę, ex-bojowniczkę IRA (Gabrielle Anwar ma 38 lat, prezentuje się lepiej od niejednej młodej aktorki i jest oficjalnym MILF-em serialu[2]) i ex-NAVY Sealsa, ex-agenta, bezbłędnego Sama Axe (w tej roli, BACZNOŚĆ!!! Bruce Campbell SPOCZNIJ!!!). Pobyt w Miami doprowadzi też Michaela do rodzinnego reunionu - tata co prawda nie żyje ale jest za to neurotyczna, odpalająca fajka od fajki mama (świetna Sharon Gless) i pakujący się ciągle w kłopoty brat (Seth Peterson, który momentami wygląda jak Joaquin Phoenix, chociaż już klasą aktorską nie ta). Główna oś fabularna to próba powrotu do służby i zdjęcie ze swojego nazwiska tytułówego burn notice przez Michaela. Farsz kolejnych odcinków zaś to jedna sprawa, którą akurat na prośbę znajomych czy rodziny zdecydował się pociągnąć plus perypetie rodzinne i próby sklejenia pękniętych wiele lat temu więzów familijnych. I to działa.

Poczytałem negatywne opinie na temat BN i nie bardzo rozumiem co oprócz przewidywalności kolejnych odcinków[3] się ludziom nie podoba. No dobra, Donovan to nie jest pierwsza liga aktorska ale gra poprawnie a jego zamierzony sztuczny uśmiech, prezentowany po dziesięciokroć w każdym odcinku, jest bardziej uroczy niż irytujący. Do tego zgrabna, egzotycznie śliczna Anwar, która może się nie podobać tylko dzieciom neo i homoseksualistom, świetny Campbell, który może się nie podobać tylko kretynom oraz kupa śmiechu i żywa akcja. No to czego ja niby chciałbym więcej chcieć od serialu sensacyjnego? Dodatkowo BN ma jedną miłą cechę - jeżeli po trzecim odcinku (bo tyle czasu mniej więcej zajmuje serialowi wejście w koleiny schematu) ci się nie spodoba, to możesz przestać się zmuszać - dalej będzie dokładnie to samo. Przez co zarówno niechętni, jak i fanowie mają łatwiej - pierwsi nie trwonią czasu, drudzy wiedzą, że niczym ich twórcy nie zaskoczą in minus. I wszyscy są zadowoleni. Polecam, aktualnie w Stanach i w internecie leci druga seria, także chętni nie będą mieli zbyt wiele do nadrabiania.

Przy okazji wspomnę o 4 sezonie Weeds - jest specyficzny, bo Nancy poszła w hurt i w struktury zorganizowane ale poza tym wydaje mi się być lepszy od sezonu trzeciego a wszystkie moje obawy związane z tym co mogą spieprzyć w kontynuacji, zostały rozwiane. Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić, to do openingu, w którym zabrakło 'Little boxes', czego żadną miarą zrozumieć nie potrafię. Poza tym czwórka trzyma poziom i ogląda mi się ją z prawdziwą przyjemnością.

Wczoraj byłem na przedpremierowym pokazie The Dark Knight. Jak sobie ułożę wszystko w głowie, to może napiszę więcej. Na razie trzyma mnie wczorajszy zachwyt i notka nie zawierałaby choćby promila obiektywizmu. Stąd też wpis o Burn Notice. Gdyby mi się jednak o TDK nie zechciało napisać, to powiem w skrócie - najlepszy film o superbohaterach jaki kiedykolwiek widziałem.

[1] Dla niekumatych - Mom I'd Like to Fuck. Dla nieznających angielskiego - Mary-Louise Parker w Weeds. Dla nieznających Weeds i Mary-Louise Parker - skąd się tutaj wzieliście?
[2] Kurde, głupawo wygląda określanie kobiety akronimem rodzaju męskiego.
[3] W myśl przewidywalności kolejnych odcinków Monka, Columbo, Cojaka czy Miami Vice.

sobota, 02 sierpnia 2008

Kocham poranne powroty, podczas których słońce wyzłaca mi drogę do domu. Kocham poranne powroty podczas których zawsze mam miejsce siedzące w 'dziewiątce'. Kocham śniadania w kebabie na Brackiej albo w KFC na Jerozolimskich (Donald MC ze swoimi obowiązkowymi zestawami śniadaniowymi śsie pałę na maksa) gdzie znam już wszystkie poranne sobotnie zmiany. Kocham Warszawę budzącą się z lekko pijanego, piątkowo-sobotniego snu. I kocham leniwe, duszne metro, w którym w oczekiwaniu na wagonik, można przysiąść pod zimną ścianą by się lekko ostudzić. A najbardziej kocham sytuacje, w których wystarcza zwykłe, ludzkie 'wypierdalaj', podczas gdy 14 godzin później byłoby mordobicie. Ale jednej rzeczy nie rozumiem.

Skąd w was skurwysyny chęć do zaczepiania lekko upitego, lekko śpiącego, lekko wkurwionego, ważącego tyle co cała pierwsza klasa podstawówki razem z nauczycielką, tablicą i ławką klasowego prymusa, łysego kolesia w czarnych bojówkach i w glanach, który wygląda jak idź stąd? Czy wy chuje nie macie instynktu, który pozwalał przetrwać nam w ciemnych, niedogrzanych jaskniach przez dzikie bestie otoczonych? I czy wam się naprawdę wydaje, że uśmiech samozadowolenia na mej twarzy oznacza 'zaczep mnie pod hotelem Forum a będzie fajnie'? Składam tedy solenną obietnicę, że następnym razem najpierw wykurwię ci w ryj a potem będziemy rozmawiać. Jak się nie potrafisz zachować, to cierp. No co za syf i ogólne nieporozumienie.

Impreza zaś była przednia.