To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 28 sierpnia 2007
Moja ksienrzniczka jest bez sęsu

Jedno wam powiem - to apsurt. Absurdem jest to, co widzę w największym polskim portalu. Absurdem jest to, jak zachowują się 'internauci'[1] i absurdem jest pierwsze miejsce bloga, w którym autor zbiera wypowiedzi onetowej 'gwiazdy'[2]. Nie, nie zazdroszczę mu pozycji, bo pierwsze miejsce na bloxie mi nie jest do szczęścia potrzebne - ja chcę sobie wmaszerować do pierwszej pięćdziesiątki albo setki, podium mam w dupie. Po prostu smutno mi się robi. Z powodu zdebilenia młodzieży mi się robi smutno, bo nie wierzę, że ktoś, kto skończył dwadzieścia kilka lat a mózgu używa nie tylko po to, by móc równocześnie iść po ulicy i żuć gumę, może ekscytować się onetowymi przygłupami.

Mowa oczywiście o dyżurnych komentatorach z forów onetu: czuły wojtek, jasiu śmietana, lexus, megatomek, sławni wegetarianie, antek emigrant, kasia lublin i reszta swołoczy. Klasyczne attention whores. Żeby tylko trollowali i flejmowali, miałbym na to wyjebane - każdy robi to, co lubi lub potrafi. Bardziej wkurwia mnie fakt, że każda z wymienionych osób ma głęboko w dupie jakiekolwiek reguły stylistyczne, ortograficzne czy gramatyczne. A potem idziesz sobie gdzieś podyskutować i dostajesz między oczy 'bez sęsu', 'apsurtem' albo 'porzondaniem'. A piszącemu to kserobojowi wydaje się, że jest odkrywczy, kreatywny i zabawny.

Nie chce mi się nawet wnikać skąd popularność tych wymiocin - jeżeli ktoś ma do przejebania życie, jest to jego prywatna sprawa. Jeżeli komuś podoba się 'humor'[3] prezentowany przez wzmiankowane indywidua, to jest to jego prywatna sprawa. Jeżeli ktoś doszedł do wniosku, że odrobina sławy owych trolli, spłynie na niego w momencie gdy zacznie używać debilnych konstrukcji, to jest to jego prywatna sprawa. A wszystko to zebrane do kupy daje mało krzepiący obraz: banda małp, która od kilku lat wali na oślep łapami w klawiatury. Tyle tylko, że im nigdy nie uda się stworzyć po raz kolejny dzieł wszystkich Szekspira. Udało im się za to stworzyć wielki ocean sraczki umysłowej, w której co chwila, czy tego chcę, czy nie chcę, się taplam.

Swoją cegiełkę dokładają 'moderatorzy' onetu, o których mógłbym opowiadać długo i obraźliwie, ale nie poopowiadam, bo nie chce mi się. Ja rozumiem pewne zależności biznesowe. Rozumiem, że dla reklamodawcy najważniejsza jest ilość real users albo liczba odsłon. I rozumiem, że portal stara się spowodować, żeby klikało na nim jak najwięcej bydła. A jak najlepiej zmusić bydło do klikania? Ano rzucić im do 'dyskusji' kontrowersyjną wypowiedź a wymoderować teksty wyważone, solidnie uargumentowane, napisane w języku polskim a nie polskawym. Nie pierdolę sobie tutaj z punktu widzenia gawędziarza-teoretyka. Ja od kilku lat prowadzę prywatne badania nad onetową szkołą moderacji i wiem o czym mówię.

Wynikiem tych badań jest twierdzenie. Jest to twierdzenie tak oczywiste, że nawet nie chce mi się nazywać go swoim nazwiskiem. Oto ono: szansa na publikację komentarza na dowolnym forum onetu jest odwrotnie proporcjonalna do stopnia jego sensowności, rzeczowości i poprawności językowej. Dodatkowymi czynnikami wpływającymi na moderunek są: brak porannego seksu, nieobecność partnera życiowego, pogoda, ciśnienie, plany do wykonania[4], zimna kawa na biurku, długość snu i wielkość penisa, ale ich dokładnego wpływu nie potrafię ująć w zgrabny wzór. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że przepuszczono mi jakieś 5% postów, w których miałem coś do powiedzenia, i jakieś 90% postów, które były bełkotem w stylu: jusz jush nie mogę s tymi kaczorami. Aha, żeby ktoś nie pomyślał, że chciałem kiedykolwiek prowadzić jakąkolwiek dyskusję na forum onetu - jeszcze mnie nie pojebało. Nazwijcie to badaniami terenowymi.

W zasadzie powinno mnie to wszystko pierdolić centralnie. Ale nie pierdoli, bo za kilka lat te forumowe trolle i ich wyznawcy, pójdą do pracy i zacznę od nich dostawać służbowe maile, których nie będę w stanie przeczytać i zrozumieć. Nie sądziliście chyba, że jestem jak Skarga i zacznę wieszczyć katastrofę w umysłach naszych dzieci. W dupie mam nasze dzieci. Znaczy wasze, bo mnie jeszcze nie pojebało do tego stopnia, by znaleźć sobie żonę i się rozmnożyć. Wasze dzieci są nie moje, i jako takie, obchodzą mnie tyle, co trzęsienie ziemi w Indonezji, wybuch wulkanu na Jamajce albo kometa uderzająca w Jowisza.

Wkurwia mnie natomiast niepomiernie fakt, że to dysfunkcyjne półmózgi będą kiedyś do mnie mówić przez telefon, będą do mnie mówić osobiście (kurwa, już mnie boli), będą do mnie pisać maile firmowe i będą prosić mnie tym swoim netowym wolapikiem o wykonanie jakiejś pracy. Gdzie jak gdzie, ale w pracy cenię sobie wygodę. Wygoda wynika z kilku czynników, z których najważniejszy jest, jak zwykle, czynnik ludzki. Bo chyba każdy widzi różnicę między prośbą (lub, o zgrozo, poleceniem) brzmiącą 'eeee.... yyyy.... zrób mi coś' a taką, która jest sformułowana następującą: 'potrzebuję tego, tego i tego a zbiór danych do analizy zawiera to, to i to'. Prośby gatunku pierwszego... no cóż, ich autorzy mnie nienawidzą, bo ja jestem trochę za bardzo zorganizowany i konkretny, by po takim petencie nie pojechać. Jak myślicie - jak będzie za lat 10-15 wyglądał stosunek próśb gatunku pierwszego do próśb gatunku drugiego? Ja wam powiem. Moim zdaniem 80 do 20, a są to prognozy bardzo łaskawe dla przyszłych pokoleń. Kurwa, otoczą mnie głupcy, a głupoty nienawidzę najbardziej.

Może wam się wydać, że czepiam się szczegółów, piszę o dupie maryni i wyciągam zbyt daleko idące i nieuprawnione wnioski. No cóż - gdyby nie fakt, że przez ostatnie 3-4 lata (od momentu upowszechnienia się internetu szerokopasmowego) widzę postępujące skretynienie uczestników sieci, pewnie też bym się nie przejmował czułym wojtkiem i pozostałymi. Niestety - owo skretynienie zwiększa się w postępie geometrycznym i niedługo normalni ludzie zostaną przez czułowojtkopodobnych zepchnięci do gettopodobnych enklaw. Takich na hasła, tylko dla znajomych, dostępnych po rozwiązaniu testu na inteligencję i napisaniu dyktanda. Zresztą, co ja mamroczę - już nas spychają. Jest ich więcej, mnożą się jak robactwo, i tak samo jak robactwa, trudno się ich pozbyć. 'They're coming for us. The crowd with no face. And with no brain', że tak strzelę cytatem.

A na koniec coś, co rozbawiło mnie do łez. Otóż jakieś pół miesiąca temu, onet poświęcił wojtkowi artykuł na głównej. Chuj z tym, że ktoś potraktował go jako dobry temat, bo rozumiem, że jest rodzina, jest kredyt i wierszówka nie śmierdzi. Chuj z tym, że pod artykułem znalazlo się momentalnie prawie 6 tysięcy komentarzy, bo jak się komuś nudzi, to może komentować nawet proces schnięcia farby. Ale lektura niektórych z owych komentarzy powala. 10/10, rzondzisz wojtek, jasiu ci do pient nie dorasta, albo o korwa, to było piękne - no cóż, folklor generowany przez dysgraficzne, dysortograficzne i dys... chuja tam z dys. Generowany przez głęboko upośledzone dzieci neostrady. Ale jak rzekłem - to jest folklor, który wcześniej omówiłem. Najbardziej miażdżyły mnie te komentarze, w których ludzie długo i namiętnie dowodzili, że czuły wojtek jest inteligentnym, kulturalnym i dowcipnym człowiekiem. I to jest dopiero żenujące, że w stosunku do klasycznego kretyna[5] używa się tego typu sformułowań. Sformułowań, które do tej pory były zarezerwowane dla dla Bułhakowa, Pythonów albo Hellera. Jak rzekłem - jakie pojeby, takie gwiazdy. Dobranoc państwu, idę poczytać bloga poświęconego czułemu wojtkowi, bo czas wzbogacić moje ubogie słownictwo i zajumać kilka przednich żarcików sytuacyjnych.

[1] W mojej prywatnej klasyfikacji, miano internauty może nosić ktoś, dla kogo takie pojęcia jak netykieta, kultura osobista, gramatyka, ortografia i stylistyka, nie są jedynie nic nieznaczącą, a na dodatek za długą zbitką sylab. Ludzie, którzy mają komputer z internetem i wyjebane na wszystko, to zwykłe bydło. No dobra - 98% z nich to zwykłe bydło, pozostałe 2% kiedyś dostąpi zaszczytu zostania internautą.
[2] Jaki kraj, takie pojeby. Jakie pojeby, takie gwiazdy. Nic tylko się kurwa napić.
[3] Jest to humor rodem z większości polskich kabaretów, którym wydaje się, że wypowiedzenie magicznych słów 'moher', 'kaczory', 'teletubisie' albo 'dupa' jest zabawne. Dla mnie jest żałosne i świadczy jedynie o impotencji umysłowej owych kabareciarzy.
[4] Za każdym razem gdy widzę drzewko gównianych one-linerów, mam przed oczami taką wizję: moderator kończący dyżur daje swojemu przełożonemu tabelę z przepuszczonymi komentarzami. Jeżeli tych durnych, obraźliwych, bezsensownych i nieortograficznych jest mniej niż 85%, moderator obrywa po premii. Bo inaczej sobie tego nie jestem w stanie wytłumaczyć.
[5] Mam świadomość, że czuły wojtek może być (a najprawdopodobniej jest) zgrywą kogoś, kto jest faktycznie inteligentny, kulturalny i dowcipny. Ale dopóki ta osoba identyfikuje się na forum jako czuły wojtek, pozostaje dla mnie kawałem bezmózgiego kretyna. Rzekłem.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
Forsyth: Afgańczyk, Mściciel

Jak obiecałem, tak robię. Dodałem kategorie i od dzisiaj wrzucam na bloga opisy, recenzje czy jak tam chcecie je sobie nazywać. Jak się zbierze więcej materiału, kleję wszystko razem i daję na stronę. 

Początki mojej znajomości z Frederickiem Forsythem datują się gdzieś tak na rok 1977/1978. Szczylem byłem gdy w ręce me wpadł Dzień Szakala (dzięki sąsiadowi). Film widziałem wcześniej (oczywiście gówno zrozumiałem), najbardziej spodobała mi się scenea wypróbowywania pocisków rtęciowych na arbuzie, więc siłą rzeczy był to jedyny kawałek książki, jaki przeczytałem. No i oczywiście końcówkę, w której Szakal przelatuje przez pokój jak szmaciana lalka. Rzecz jasna, nie możemy wymagać od kilkulatka, by przetrawił taką cegłę (wtedy objętość rzędu 300-400 stron była do przyjęcia tylko w przypadku Winnetou), chociaż z Igłą Folleta sobie poradziłem, i przez długie lata była to dla mnie najlepsza wojenno-szpiegowska książka świata. Gdy byłem w ogólniaku, bodajże Iskry, wyemitowały kapitalne Psy Wojny w wersji ocenzurowanej[1], które do tej pory uważam za książkę z jednym najbardziej powalających zakończeń świata. Potem trafiłem rzeczony Dzień Szakala i zbiór opowiadań Czysta robota (do tej pory rozwala mnie kawałek o łowach na marlina).
A po wybuchu wolności, nieoceniony Amber począł wydawać książki Forsytha w miarę jednolitej szacie graficznej. Miałem już lat naście, wyrosłem z Winnetou, Nienackiego i Szklarskiego więc rzuciłem się na nie niczym rozbitek na kobietę. Pod nóż poszło praktycznie wszystko, co wydawano: Negocjator, Fałszerz, Czwarty Protokół, Akta Odessy i Diabelska alternatywa. Na studiach łyknąłem (aczkolwiek nie kupiłem) Pięść Boga, kilka lat temu Ikonę i kolejny zbiór opowiadań: Weteran (pisałem o nim).

Mój problem z panem F. polega na tym, że lektura większości jego książek po latach, potwornie boli. Przede wszystkim okrutnie drewniany język, który jest leitmotivem każdej książki i raczej nie jest to wpadka tłumacza, zwłaszcza, że tłumaczyli go różni ludzie. Dla osoby choćby średnio osłuchanej, brzmi to wszystko fałszywie do stopnia, który miejscami niemalże uniemożliwia lekturę.
Po drugie, większość książek napisał na jedno kopyto. Nie w sensie fabuły, bo pomysłów facet ma dużo i są ciekawe. Chodzi raczej o poszczególne rozwiązania fabularne, które po maratonie z Forsythem, odbijają się męczącą czkawką. I nawet jedgo znak rozpoznawczy, czyli styl dziennikarsko-reporterski, symulujący znaną nam rzeczywistość, na dłuższą metę męczy, a bywa nawet, że drażni.
Dlatego obiecałem sobie, że nie będę psuł sobie dobrych wrażeń sprzed kilkunastu lat i w ciągu ostatniej pięciolatki nie nawiązywałem stosunków występnych ze starymi kawałkami mistrza.

Pojawienie się dwóch nowych książek Forsytha przegapiłem i kupiłem je w czas jakiś po polskiej premierze. Pierwszą ofiarą upadł Afgańczyk. Stwierdziłem, że niecałe 30 zł to nie majątek, i nawet jeżeli po lekturze przeklnę Forsytha, to tak nie będzie to bardzo bolesne. A tu niespodzianka, bo bardzo przyzwoicie się to czytało.
Daruję wam streszczanie fabuły, bo jest do wyguglania, zapodam jedynie szybki skrót. Muslimy planują atak terrorystyczny na niespotykaną skalę. Nie wiadomo co to będzie, gdzie to będzie i kiedy to będzie. Trzeba więc coś bardzo szybko wymyśleć. Okazuje się, że w Guantanamo siedzi talib, który na wolności był dużą szyszką w strukturach Al-Quaidy. Wywiad postanawia podmienić go swoim człowiekiem. Mike Martin urodził się na wschodzie, miejscowe języki i dialekty ma w małym palcu, jest emerytowanym wojskowym, bardziej przypomina Araba niż Europejczyka i kiedyś, w czasie wojny afgańsko-rosyjskiej, spotkał osobiście Osamę. I dostajemy jazdę w stylu starego, dobrego Forsytha. Z tym, że lektura nie boli aż tak straszliwie - dalej jest lekko z drewna ale widać progres. I albo autor wygładził w końcu lekko styl, albo tłumacz odwalił dobrą robotę. Nieważne zresztą, bo dzięki Afgańczykowi dostałem kilka godzin świetnej zabawy. Mógłbym tu wyliczyć wszystkie zalety prozy Forsytha, ale po co? Jak ktoś go lubi, to niech sięga bez zastanowienia. Nowicjusze też się nie powinni specjalnie zdenerwować albo zawieść. Do księgarni, szanowni Państwo. Do księgarni.

W Mścicielu opowiedziano nieco inną bajkę. Młody absolwent renomowanej, amerykańskiej uczelni, postanawia zrobić w życiu coś innego niż tłuczenie mamony. Udaje się w tym celu na tereny byłej Jugosławi w charakterze pracownika agencji humanitarnej. Dobry uczynek zostaje przykładnie ukarany, pewnego dnia dopada go banda miejscowego wirażki i Billy kończy bardzo kiepsko i mało wzniośle - topią go w dole kloacznym. Wrażliwy na ekstrema i ekskrementy jakoś przesadnie nie jestem, ale opis kaźni młodego idealisty wycisnął mi metaforyczne łzy z oczu. Bo zawsze dobijało mnie poczucie beznadziei i bezsilność, a tego dostajemy w tej scenie aż nadto.

Pech morderców polega na tym, że dziadek Billego jest miliarderem, który święcie wierzy w starą zasadę 'oko za oko, ząb za ząb'. Nawiązuje kontakt z byłym żołnierzem tajnej jednostki US Army, Calem Dexterem (tytułowy Mściciel) i od tego momentu czas życia na wolności głównego oprawcy zaczynamy liczyć w tygodniach. Bo Cal zawsze dopina swego - dawno temu służył w Wietnamie w najbardziej pojebanej jednostce świata. W Szczurach Tunelowych. A Szczury nie odpuszczaly, bo była to gromada najtwardszych skurwysynów w całej dolinie. I właśnie kawałki z Wietnamu podeszły mi najbardziej, wam zaś polecam poguglanie po frazie 'tunnel rats'.
Kolesie uzbrojeni w nóż, broń krótką i latarkę, wchodzili do tuneli Wietkongu i polowali na żołnierzy wroga. Patrząc na fotografie, nie byłem w stanie wyobrazić sobie nawet wejścia do takiej nory, nie mówiąc o oddaleniu się od wejścia na dystans dłuższy niż pół metra. Kolesiowcy, którzy się w nim czołgali, przy okazji omijali pułapki i zabijali przeciwnika. Z kimś takim nie chciałbym zadrzeć, podobnie jak nie chciałbym, by ktoś taki żywił do mnie urazę. Jeżeli kogoś interesują mniej znane epizody z wojny wietnamskiej, to może wyszarpać trzy dyszki i kupić sobie Mściciela. Bo to fajna książka jest.
A historia poszukiwania oprawcy? No cóż - dużo podróżnowania, dużo knucia, dużo spryciarskich patentów i sztuczek socjotechnicznych plus kilka nieoczekiwanych zwrotów akcji i twist końcowy, który jest cechą charakterystyczną niemalże wszystkich książek Forsytha. 400 stron pooooszłooo jak z bicza strzelił , żadnych wielkich niespodzianek dla konesera nie było i po zakończonej lekturze, wzorem inżyniera Mamonia, powiedzieć: podobają mi się rzeczy, które już kiedyś czytałem. Kilka lat przerwy dobrze Forsythowi zrobiło. Polecam.

[1] Wycięto kawałki, w których Forsyth sugerował, że za zamachem stanu mógł stać Związek Radziecki. To się kiedyś nazywało 'godzenie w sojusze'.

środa, 22 sierpnia 2007
Ordżenajzer

Skąd we mnie zamiłowanie do debilnych tytułów notek - nie wiem. Ale jak już napisałem i spojrzałem na tą potworność, to stwierdziłem, że nie będę cierpiał w samotności i wam też jebnę po oczach. Zasadniczo chodzi o to, że miałem taki bardziej refleksyjny tydzień i postanowiłem popełnić notkę porządkująco-wyjaśniającą. Oraz refleksyjną niczym zwierciadło.

Po pierwsze - jak już napisałem w komentarzach: bilet poszedł u mnie w pracy, kasa pójdzie do mojego rodzinnego miasta. Niezadowolony Quadur natchnął mnie do czegoś, co na stronie nie miało racji bytu a blogasek-cmokasek jest jak znalazł. Otóż, jak tylko uda mi się wykombinować jakieś faszystowskie pytanie, będę nakurwiał konkursem. Ale żebyśmy się dobrze zrozumieli - pytanie musi być tak przejebane, że pomrzecie próbując znaleźć na nie odpowiedź. Co oznacza, że konkursy nie będą się odbywać co tydzień. Raczej co kwartał. Postanowiłem też, że nie będę robił wiochi w stolycy i wygłupiał się z jakimiś chujowymi gratulacjami dla zwycięzcy albo jotpegiem z gołą babą na skrzynkę. Zwycięzca dostanie książkę (jak mu się nie spodoba mój gust, to trudno), z przybitym moim prywatnym exlibrisem. Fanatykom mogę zakurwić autograf, chociaż napawa mnie to okrutnym zażenowaniem. Konkursy postaram się robić takie, żeby nie było jęczenia 'a, bo to chujowa opcja jest 'kto pierwszy, ten lepszy'. I albo będę dawał sierotce do losowania zwycięzcę, albo arbitralnie podejmę decyzję, na zasadzie: o, ten sposób budowania zdań i pojebana konstrukcja psychiczna odpowiadającej osoby odpowiada mi do tego stopnia, że dam mu zgrzewkę Harlequinów. Się zobaczy.

Dobra, teraz będzie bezwstydne prężenie muskułów i chwalenie się. Po trzech miesiącach bytności na bloxie, wylądowałem w tysiącu najpopularniejszych blogów. Aktualnie jest to pozycja numer 397 i walę do góry jak pojebany. Co prawda kompletnie nic z tego nie wynika ale przynajmniej ego mi napuchło jak jądro po kopniaku. Także klikać, dawać linka znajomym i wrogom, klikać jeszcze bardziej, aż paluchy spuchną i dawać linka jeszcze większej grupie ludzi. Mogą być nawet nieznajomi. Bo wiecie - jestem małym, zahukanym i zakompleksionym chłopcem, któremu w życiu nie wyszło i bardzo chciałbym zagościć w pierwszej setce i wylądować na głównej bloxora. To podbuduje moje ego wielkości orzeszka (bo takie jest po spuchnięciu) i może w końcu odważę się powiedzieć coś do kobiety. Klikać powiedziałem.

Komunikat dotyczący strony. No cóż, blog daje mi możliwość wyżycia się pozamerytorycznego. Strona daje mi możliwość wypowiedzenia się na tematy kulturalno-rozrywkowe. Ale jej formuła się mi nieco nie podoba. Nie w sensie zawartości, chodzi mi o moje wrodzone lenistwo i styl pracy. Co tu dużo gadać - kolejny wrzut na stronę tworzy się i tworzy. Trzeci miesiąc chyba. Albo lepiej. A w tym czasie zdążyłem na blogu napierdolić prawie 50 stron formatu A4. Dlatego podjąłem decyzję. Od dzisiaj na bloga będę wrzucał również 'recenzje' książek i filmów. Jak się ich zbierze więcej, skleję do kupy i walnę na stronę. Wiem, że to chujowa opcja ale mam świadomość, że istnieje spora grupa osób, która w dupie ma moje ociekające jadem i bluzgiem przemyślenia o życiu, wszechświecie i całej reszcie, i woli kawałki bez kurew. Specjalnie dla nich będę więc stronę ciagnął dalej. Chociaż w takiej bardziej wtórnej opcji, w sensie recyklingowania kawałków już raz opublikowanych.
Jak już tylko ogarnę koncepcję tworzenia kategorii notek, to wrzucę na bloga krwawy strzęp o dwóch książkach Forsytha i jednej Bourna i zacznę jechać tą metodą. Bo stwierdziłem, że to, co się odbywa teraz, jest do chuja niepodobne.

I na koniec komunikat. Jakby ktoś jeszcze nie kojarzył, to większość czasu wolnego spędzam w Paradoxie. Lokal taki. I jutro będzie można w nim obejrzeć pokaz fotek z naszego rejsu po Bałtyku. 'A na chuj mi wasze fotki' - zapytają się niektórzy. Fotki są zajebiste, to raz. Pokaz fotek będzie kraszony opowieściami na temat. Między innymi w moim wykonaniu. To dwa. Także jak ktoś ma ochotę posłuchać na żywo, jak to na morzu bywa, może śmiało wpadać. Zaczynamy o 1900, namiary na Paradox leżą sobie tutaj:
http://www.paradox-cafe.pl/index.php (adres i mapka w zakładce Kontakt, po lewej stronie).

Dobra, tutaj zakończę wpis i zaczynam odliczanie do Polconu. Ale będzie impreza. O rany, ale będzie impreza.  

środa, 15 sierpnia 2007
Pięknie Kurwa Pięknie

Wczorajsza notka była jednym z elementów potężnej, zakrojonej na szeroką skalę, kampanii teaserowej, która ma rozpropagować mojego blogaska wśród fajnych... erm, pardon - koffanych loodkoow. Co ja pierdolę. Trochę pijany byłem a tak mnie roznosił wkurw, że musiałem coś napisać. A na całą notkę nie miałem siły. Dzisiaj zaś opowiem wam historię zabawną bardzo. Weźcie sobie coś do picia, usiądźcie wygodnie i posłuchajcie jak się dałem posunąć w dupala.

Jak już wiecie, 07.07.2007 wypływałem w tygodniowy mini-rejs po Bałtyku. Jako, że startowaliśmy z Pucka, to trzeba było do tego Pucka jakoś dojechać. Drogowcy rozjebali w strzępy wszystkie drogi na wybrzeżu, więc wybór padł na pierdoloną kolej państwową. O, jakie mi fajne rozwinięcie skrótu wyszło. Co prawda z koleją, a właściwie to z paniami z kas, mam zadawnione porachunki i zasadniczo to ich bojkotuję, ale nie mogłem pozwolić załodze, by bez sensu czekała na bosmana, który przebija się autobusem przez infernalne korki. Zaćmiło mnie i niepomny faktu, że tej instytucji nie wolno ufać pod żadnym pozorem, postanowiłem skorzystać z wyjątkowo, kurwa, korzystnej, kurwa, promocji, jebana jej faszystowska mać. Przepraszam, już jestem spokojny. Otóż, mianowicie, dowiedziałem się, że można sobie kupić bajerancki bilecik-karnecik na dwa przejazdy dowolnie wybranym pociągiem, za nędzne 100 złotych.

(a na drugi raz, czytaj durniu to, co napisane jest najmniejszym z najmniejszych druków)

Pomyślałem, że grzechem byłoby nie zaoszczędzić kilku złotych i kupiłem to ścierwo. Nazywa się to Wakacje Pierwsza Klasa i upoważnia do przejazdu wagonem 1 klasy w pociągach ekspresowych, InterCity i na Tanich Liniach Kolejowych. Fajnie - ta lista wyczerpuje w 60% dostępne rodzaje pociągów[1], czyli szanse miałem spore. Pech mój polegał na tym, że nocą do Trójmiasta jeżdżą tylko pośpieszne (zonk) i TLK. 'Jaki pech?', powiedzą niektórzy. 'Twój bilecik-karnecik-skurwysyn jeden, obowiązuje w TLK'. No, obowiązuje. Tylko, że PKP postanowiła, że TLK zakurwiające w nocy, nie posiadają pierwszej klasy. A podróżny powinien się tego domyśleć. Tak przynajmniej wynikało z mojej rozmowy z panem na infolinii, który był bardzo zdziwiony, że jestem nieograniętym debilem, który tak oczywistych rzeczy nie wie[2]. No i chuj strzelił oszczędności, bo na drugą klasę mój karnecik-bilecik-chuj złamany, ważny nie jest. Nic to, Baśka - pomyślałem. Wykorzystam go przy innej okazji. Wysupłałem 49 złotych i nabyłem bilet do Pucka, z przesiadką w Gdyni, na 2 klasę w inkryminowanym TLK. 49 złotych - czujecie ironię?

Logiczne było, że w drodze powrotnej też nie wykorzystam karnecika, bo co to byłby za bosman, który jechałby pierwszą klasą w InterCity w czasie, gdy jego załoga telepie się bydłowozem pośpiesznym albo ekspresem klasy drugiej. Pewnych rzeczy się nie robi. Aha, z tego miejsca pozdrowienia dla chuja taksówkarza z Pucka, który przyjął kurs z portu na dworzec i nie przyjechał. Musieliśmy dygać, obwieszeni ciężkimi bagażami[3], jak pierdolona beduińska karawana. I nawet pies nie zaszczekał. Jak widzicie, pierwsze podejście do opcji bilecik-karnecik-człon jebany, spaliło na panewce.

Czas jakiś później, już w sierpniu, w pierwszej połowie sierpnia, tak na początku sierpnia, postanowiłem udać się z wizytą weekendową w miejsce odległe. Na wspomnienie rozmowy z kurwą z kasy, jeszcze mnie trzęsie. Najpierw miała pretensje, że robotę jej komplikuje bilecikiem-karnecikiem-mendą pierdoloną, a potem z zadowoloną miną, oświadczyła mi, że owszem, tak, jak najbardziej, stoją otworem do klienta, ale miejsca nie ma i mogę sobie pojechać kiedy indziej[4]. Szlag mnie trafił, wizytę odłożyłem ad kalendas Graecas i stwierdziłem, że któregoś dnia zrobię na centralnym powtórkę z Pacykarza[5]. Karnecik postanowiłem zwrócić, bo oceniłem, że nie mam już ochoty na oszczędności a instytucja, która stoi do mnie nie tym otworem co trzeba, wkurwia mnie niemożebnie.

(a na drugi raz, czytaj idioto to, co jest napisane małym drukiem na ostatniej stronie)

Karnecik-bilecik-gej chciałem zwrócić tam, gdzie go kupiłem, czyli w Złototarasowym Empiku. Mwahahahaha, in your face, dumbass. In your face. W Empiku mogę zwrócić uwagę obsłudze, że czytające gdzie popadnie rumuny, uniemożliwiają mi dostęp do półki[6] a nie bilecik-karnecik-złamas. Bo bilecik-karnecik-skurwysyński ułatwiacz, mogę zwrócić w miejscu wymienionym na ostatniej stronie tegoż. Czyli w Biurze Rozliczeń Krajowych PKP Intercity w Krakowie. A oni w ramach wyświadczonej mi przysługi, ukradną 10% wartości bilecika-karnecika-sukinsyna, tytułem odstępnego. Uśmiałem się serdecznie, czytając ten kawałek regulaminu. Naprawdę. Bo to oznacza, że musiałbym ów bilecik-karnecik-penis odesłać pocztą. Prędzej piekło zamarznie, niż to zrobię. Dlatego postanowiłem zrobić akcję, o której za moment.

Rekapitulując, jestem sam sobie winien, bo przez cały czas dawałem dupy na maksa. Po pierwsze, na ten jebany bilecik-karnecik-obciągacz, można przejechać drugą klasą. Tylko jakoś nie mam ochoty wchodzić w spór zbiorowy z babą z okienka. Po drugie, przed zakupem trzeba było przeczytać regulamin małodrukowy a nie teraz kwękać. Bo po lekturze owego regulaminu, rzuciłbym tym bilecikiem-karnecikiem-lachociągiem w twarz pani z Empiku. Po trzecie, trzeba było szybciej decydować się na datę przejazdu i zarezerwować sobie miejsce z wyprzedzeniem. No dobra, tu jestem dla siebie zbyt surowy - druga próba była efektem spontanicznej akcji, na którą zdecydowałem się w ostatniej chwili. Zjebałem jak leszcz ale nie mam o to pretensji do świata, bo dzięki bilecikowi-karnecikowi-dobroczyńcy wiem, że zasada, której trzymałem się do tej pory bardzo konsekwentnie (dwa przejazdy pekapem w roku - na Nordcon i z Nordconu), była dobra i nie należy jej zmieniać. No i mam nauczkę - nie ufać firmą[7] firmom państwowym. Dobre jest to, że może podczas lektury tego wpisu, kilka osób się ubawi. Dobre jest to, że podczas tworzenia tej notki, ja się dobrze bawię. Kurde, same plusy. A teraz akcja, o której wspomniałem.

Bilecik-karnecik jest ważny do 31 sierpnia, czyli jeszcze przez 2 tygodnie. Do dyspozycji pozostają zatem dwa weekendy. Dla osób mających wakacje, całe 16 dni. Postanowiłem więc ów bilecik-karnecik sprzedać za pośrednictwem sieci. Wiem, że długi weekend znacznie ograniczy liczbę czytających bloga osób ale chuj z tym - spróbować nie zaszkodzi, nespa? Bilecik-karnecik jest do wzięcia, cena wywoławcza 50 złotych, oferty proszę wpisywać w komentarzach, pokrywam koszty wysyłki.
Osoba, która wygra, przelewa pieniądze na dowolnie wybraną organizację pożytku publicznego, organizację dobroczynną, dom dziecka, hospicjum, cokolwiek. Aczkolwiek za wyjątkiem Caritasu[8]. Akceptuję też deklarację oddania określonej ilości krwi - przelicznik jest taki: 100 ml - 15 złotych. Ufam w uczciwość takich ofert. Jeżeli wygra kasa, ufam oferentowi, wysyłam bilet kurierem następnego dnia i czekam cierpliwie na potwierdzenie wykonania przelewu. W Warszawie mogę bilecik-karnecik dostarczyć osobiście.
Same korzyści - będziecie się mogli przejechać InterCity, będziecie sobie mogli tę kasę odpisać od podatku, komuś pomożecie, ja będę zadowolony, że pozbyłem się tego kukułczego jaja i będę miał jakąś tam satysfakcję. A jak powiecie 'pierdol się ćwoku ze swoją akcją', to też zrozumiem. I, w zależności od nastroju, albo sobie ów bilecik-karnecik przybiję gwoździem do ściany, albo któregoś dnia, wsiądę w pociąg, pojadę do Krakowa, udam się do 'Dymu' gdzie sponiewieram się 'wściekłymi psami'. A nad ranem wrócę sobie do Warszawy. Też ładnie. Wiem, że na allegro byłoby szybciej, skuteczniej i respons większy. Ale pierdolę również allegro. Ot, zaszłość taka. To jak? Czy widzę od tej ładnej pani w drugim rzędzie 60 złotych?

[1] Zostają jeszcze pośpieszne i osobowe (darujcie sobie żart o liniach podmiejskich, bo śmieszył mnie przez pierwsze trzy powtórzenia).
[2] Konia z rzędem temu, kto znajdzie gdziekolwiek informację o tym, że nocne TLK mają tylko 2 klasę. Oczywiście podaną w formie komunikatu 'Uwaga jelenie podróżujące pekapem - w nocy zakurwiacie 2 klasą', bo na wczytywanie się w skład osobowy kolejnych składów toczących się ku morzu, nie mam czasu.
[3] Z portu na dworzec jest rzut beretem ale po rejsie zostało nam w kutas jedzenia, które rozdzieliliśmy między siebie. W wyniku czego bagaże nam się cudownie rozmnożyły i taksówka była po to, żeby dwie osoby ze wszystkimi klamotami przycięły na wakzał, a reszta, spacerkiem, kulturalnie przemierzyłaby malownicze miasteczko Puck. Chuja tam spacerkiem, mało mi ręki nie urżnęło, zapociłem się jak świnia i zdarłem sobie skórę z ramienia, taka jej mać gamratka.
[4] Tak, wiem - mogłem pojechać wczesnym rankiem dnia następnego. Tyle tylko, że zrobiłaby się z tego, bezsensowna wizyta jednodniowa, na którą, z pewnych przyczyn, się nie zdecydowałem.
[5] Bardzo sympatyczne opowiadanie Konrada Lewandowskiego, które z tego miejsca, szczerze polecam.
[6] Czy tylko mnie wkurwia ta nowa, świecka tradycja? Pół biedy gdy w Empiku wygrodzą im miejsce, gdzie mogą usiąść i czytać tak, by nie przeszkadzać kupującym. Szału dostaje jak pierdolnie się taki penis na podłodze, na środku przejścia i ma pretensje do świata, gdy musi się przesunąć. A już totalnie chuj mnie strzela gdy okazuje się, że inkryminowany brudas (po tym, jak wygląda książka po jego czytaniu, nie mogę go nazwać inaczej - wynurana, jakby rozkoszy lektury, typ zaznawał w chlewie) czyta ostatni dostępny egzemplarz, który właśnie chcę kupić. Wtedy mam ochotę napierdalać z torped. Ckliwe opowieści o tym, że książki są drogie, zwińcie w rulon i zaimplementujcie sobie doodbytniczo - po to wymyślono biblioteki. Aha, dzięki tego typu ludziom przestałem odwiedzać Empiki w weekendy - stanowią oni zaporę nie do sforsowania.
[7] O kurwa, zupełnie bezwiednie tak napisałem. Aaaaaaa... to promieniuje. Zbiorowa głupota internetu znalazła drogę do mojego zamkniętego i odpornego na nią, do tej pory, umysłu. Niech mnie ktoś dobije.
[8] Nie mam odchyły antyklerykalnej, antykościelnej czy antyłorewa. Ale organizacja, której wodzowie mówią, że nie wezmą brudnych pieniędzy, jest u mnie przegrana. Brudne pieniądze to te, które chciał na konto Caritasu, przekazać organizator koncertu Stonesów. Jakie, wy małe, fanatyczne chujki, macie moralne prawo odmawiać przyjęcia kasy, której potrzebują potrzebujący? Jakie macie prawo do oceniania, czy dane pieniądze są brudne czy nie? Dopóki macie co jeść, gdzie spać i obnosicie swoje spasione ryje i obwisłe dupska po tym świecie, macie, kurwa, psi obowiązek przyjąć nawet kasę pochodzącą z handlu bronią czy narkotykami. Bo wy nie jesteście od oceniania, czy kasa wam śmierdzi czy nie. Wy jesteście od jej zbierania i redystrybucji między tych, którym życie dojebało kopa w jaja. Bo odmówić przyjęcia takich pieniędzy, ma prawo tylko osoba, która ich potrzebuje a nie wy, zarządcy z Bożej łaski. Świętojebliwi hipokryci, kurwa wasza mać.

Jebać PKP, a zwłaszcza centralę

Jutro przybliżę temat. W kontekście jazdy cieszy mnie, że bloga czytają zarabiający ziomalowie z kraju i zza granicy. Gdyż będzie prucie portfeli. Ale to jutro, gdy tylko przybliżę zagadnienie. A tymczasem nawołujcie znajomych, spamujcie w biurach, zakurwiajcie na swoich blogach, o których wiem, że z nich do mnie wpadacie, oraz wysyłajcie maile do wszystkich ludzi, których adresy macie w skrzynce. Będzie, kurwa taka akcja, że się Caritas posra. Ale to jutro. Poważnie. Mam plan. Jutro. A tymczasem dobrej nocy. 

wtorek, 14 sierpnia 2007
Zniszczmy sobie mózgi część czwarta

Ministerstwo Zdrowia i Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych ostrzegają - nadmierne spożycie alkoholu niszczy mózg, wątrobę, nerki, żołądek, jelita oraz ułatwia nawiązywanie kontaktów towarzyskich z osobnikami płci odmiennej. Może prowadzić do przypadkowego seksu bez zabezpieczeń, wdrapywania się na wysokie budynki użyteczności publicznej, utraty zdolności kojarzenia faktów, do zaników pamięci, kąpieli w fontannie, zasypiania na trawniku, wiacie tramwajowej lub w autobusie nocnym lub bliskim spotkaniom z przedstawicielami służb mundurowych. Pamiętaj - pijesz na własną odpowiedzialność.

Wino - oooo..., to jest dopiero wujek samo zło. Wina dzielą się na wina sklepowe, wina swojskie i wina tanie. Wina sklepowe to domena gejów i kobiet, dlatego ja wam o nich nic nie opowiem. No dobra - mogę wam powiedzieć, że najbardziej lubię pić wina białe półwytrawne, od biedy białe wytrawne. Wina słodkie zupełnie mi nie smakują. Wina czerwone wytrawne mają chyba za dużo garbników, bo po wypiciu kieliszka mam wrażenie, że mam w ustach tarkę. Wino czerwone półwytrawne, hm...  w sumie też nie jest złe. I czasami nawet sobie lubię zrobić butelkę do obiadu. Ale nie znam się na nich zupełnie, nie mam pojęcia jak upijają i co robią z człowiekiem następnego dnia. Wiem natomiast wszystko o działaniu win swojskich i win tanich. Po kolei.
Z winem swojskim jest tak samo jak z bimbrem. Jeżeli ktoś potrafi je zrobić, picie go jest czystą przyjemnością. Jeżeli nie potrafi, ewentualnie robi takie wynalazki jak nam się zdarzało, następnego dnia przychodzi wielki ból i jeszcze większe torsje. Nasze wynalazki były potworne. Raz zrobiliśmy na szybko wino z porzeczek czerwonych. Stało za krótko (chcieliśmy je zabrać ze sobą na wyjazd wakacyjny, za późno je nastawiliśmy, nie nabrało mocy a pić trzeba) więc wzmocniliśmy je butelką spirytusu. W wyniku tajemniczych reakcji, wydzieliło się mnóstwo 'gazu' (chyba CO2), wina zaczęły eksplodować w wieprzowozie kursującym między Krasnymstawem a Okuninką, ogólnie jebało jak w chacie Beduina i była obora. W smaku było nawet niezłe ale pieniło się upiornie i po wypiciu butelki, człowiek miał wrażenie, że nałykał się kamieni. Nie udało mi się nim upić, bo przehandlowałem swoją działkę za kilka butelek piwa.
Drugim wynalazkiem jest wino ryżowe, zwane przez nas Partyzantem. Woda, ryż, drożdże, cukier i rodzynki. Po 14 dniach jest gotowe do spożycia. Niby leciutkie ale odbiera władzę w nogach, powoduje zerwanie filmu, skandaliczne zachowania, błądzenie po nocy oraz wpadanie do wykopów nagle. Nie polecam ale my wtedy byliśmy młodzi, głupi oraz spragnieni a produkcja tego wina tak krótka i tania, że nie mogliśmy się powstrzymać. Z tego co słyszałem, gdy odstoi nieco dłużej, sklaruje się je i podaje lekko schłodzone, smakuje całkiem przyzwoicie. Wierzę na słowo. Aha, bardzo rozrywkowy trunek i jeżeli nie boisz się bólu, to możesz wychylić litra albo dwa, aczkolwiek z należytą uwagą, bo obala znienacka. Ból będzie gdyż kac po Partyzancie jest makabryczny. Jak zresztą po większości win swojskich.
Wino tanie - kto go nie pił, przegrał życie. No dobra, kto go nie pił, nie może o sobie powiedzieć, że był kiedyś młody. No dobra, kto go nie pił, nie może o sobie powiedzieć, że był młodym głupkiem w koszuli flanelowej. O winach tanich możnaby napisać epopeję narodową. Przy pomocy ich etykietek i nazw, opowiedzieć historię najnowszą PRL-u i RP. Jak również spisać tysiące żywotów ludzkich. Oferują całą paletę barw, smaków, zapachów, aromatów i pogłosów. Oferują całą paletę kaców - od zespołu nagłej śmierci łóżkowej aż po 'jak dobrze wstać skoro świt'. Oferują cała paletę wymiotów - od krwawej, pienistej mielonki, w której widać kawałki kału, po delikatny pawik, na zasadzie 'ostatnie dwa łyki mi nie weszły'. Oferują całą paletę kackup - od niszczycieli galaktyk, które wyrywają z ciebie kręgosłup i okrężnicę i cuchną jak dziewiąty krąg piekieł, po delikatny, bezzapachowy ostrzał porcelany z breneki. I wreszcie potrafią zafundować taką zgagę, przy której picie stężonego kwasu siarkowego wydaje się być połykaniem bitej śmietany.
Tanim winem możesz spić się na wesoło, na smutno, depresyjnie, euforycznie, melancholijnie i agresywnie. Nie ma reguły - wszystko zależy od nastroju wyjściowego, pogody, towarzystwa i stężenia siarki w siarce. Aczkolwiek stany te łączy jedna rzecz - po tanim bełcie, śmierdzi ci z ust niczym z wychodka, i nie ma przeproś. Jabol powoduje też śmieszne efekty potowe dnia następnego - masz wrażenie, że ostatnie trzy dni spędziłeś na imprezie z żulami w śmietniku. Aha, siarka w siarce okrutnie jebie w wątrobę, więc następnego dnia czujesz się jak Prometeusz na Kaukazu skale. Jak więc widać, tanie wina nie nadają się do picia dla osób dorosłych, z odpowiednią płynnością finansową. Ot, raz na jakiś czas, wspominając stare, dobre dzieje, można walnąć szklaneczkę (nie pijcie szatajaboli z kieliszków, bo to w chuj pretensjonalne jest) Kwiatu Jabłoni albo Jabłuszka Sandomierskiego, i zapłakać nad młodością dziwną i gniewną, która już nie wróci nigdy. Wasze zdrowie, kochani. Wasze zdrowie.
Aha, prytozol należy pić tylko i wyłącznie z gwinta. Albowiem, jak już wspomniałem, inne sposoby są gej. No dobra - dopuszczalne jest jeszcze picie z metalowego kubka albo wyszczerbionej musztardówki. O kieliszkach, szklankach czy kubkach kamionkowych możecie zapomnieć.

Wódka - napój narodowy Polaków. Jesteśmy w stanie funkcjonować bez szynki. Jesteśmy w stanie funkcjonować bez oliwy, czekolady, musztardy, masła, chleba i igrzysk. Nie jesteśmy w stanie funkcjonować bez wódki i papierosów, i dlatego zupełnie nie rozumiem dlaczego komuna nie padła 20 lat wcześniej. Wódka to największa nieprzyjaciółka ludzkości. Wódka poniża. Wódka niszczy życia, związki, szczęście rodzinne i stosunek pracy. Wódka to samo zło. Oferuje najszerszy wachlarz stanów upojenia ze wszystkich alkoholi. W początkowej fazie narodzin nałogu alkoholowego, po wódce masz ochotę się bawić, śpiewać i tańczyć, na koniec imprezy idziesz rzygać jak kot a rano chcesz umrzeć. W środkowej fazie nałogu alkoholowego, zdarzają się najebki depresyjne, na smutno, chociaż w dalszym ciągu dominują pijaństwa radosne i taneczne. Rzygasz rzadziej, potrafisz pić wódkę pod ogórki, grzybki, wodę kranową i pieczywo ciemne[1], rankiem zdarza ci się wstać i pójść do szkoły albo do pracy. W końcowej fazie nałogu alkoholowego, walisz wódkę pod chucha[2], coraz częściej po gorzale wpadasz w nastroje mrok of darkness, zdarzają się akty wandalizmu, agresji i totalnego zbydlęcenia. Potrafisz rzucić pawia i pić dalej. Masz też nowego znajomego, czyli jazdę na zerwanym filmie. Dzięki niemu, spotkania z kompanionami od kieliszka w dzień po bani, bywają bardzo pouczające. Mianowicie dowiadujesz się, że numer z dwoma balonami i kloszem od lampy był świetny i podobał się prawie wszystkim, aczkolwiek nie wzbudził entuzjazmu żony twojego szefa, bo dziwka była trzeźwa. Nie wymiotujesz po najebce, bo organizm dawno przyzwyczaił się do trucizny. Następny krok to zjazd w regiony tak nieprzyjemne, że nie będę tu o nich mówił. Tak, tak - wóda to gorzka, zazdrosna dziwka, której nie wolno się poddawać.
Kace po wódce są jak kace po bimbrze - po 'Czerwonej kartce' albo po 'Lodowej', zastanawiasz się co za chuj to gówno kupił i polewał, i co za chuj tym syfilisem się częstował i go pił. Bo nie dość, że łeb łupie, w ryju trampek a oczy przekrwione, to na dodatek odbija ci się rozpuszczalnikiem, benzyną albo naftą. A na przykład po takim Absolucie Black Currant, którego wciągnąłeś bez popijania, i na dodatek wypiłeś go ponad pół litra, nie masz żadnych nieprzyjemności i, pomijając fakt strucia aldehydem octowym, czujesz się jak młody bóg. Ja swój namiętny, gwałtowny i wieloletni romans z wódką zakończyłem kilka lat temu, i od tamtej pory piję ją okazjonalnie. Zawsze z tym samym skutkiem. Zdecydowanie wolę whisky albo tequilę, bo wódka gorzka jest i szczypie w usta. Prosit.

Whisky - Nie jestem kolesiem snobującym się na znawcę alkoholi, nigdy nie 'piłem' etykietek i koncentrowałem się na zawartości butelki (czerwony Johnie Walker jest trunkiem kultowym, który mi absolutnie nie wchodzi gdyż jest bełtem podbarwionym karmelem) i bez problemu potrafię stwierdzić, czy dany alkohol mi smakuje, czy niekoniecznie. Przygodę z whisky zacząłem 15 lat temu. No dobra, to był Jim Beam, czyli burbon, ale po pierwszym piciu miłość do rudej na myszach pozostała. Zaczęło się klasycznie - pierwsza szklanka Jima, z dużą ilością lodu, śmierdziałą jak szambo a smakowała jak denaturat. Druga jak rozpuszczalnik. Trzecia jak politura. Czwarta jak mydło rozpuszczone w wódce. Piąta weszła na spoko a szósta była rozkoszną pychotką. I tak już zostało. Mogę tylko powtórzyć to, co napisałem przy okazji burbonów - whisky to prawdziwy dar od Boga/boga/BOGA i nie wyobrażam sobie lepszego trunku. I o ile whisky blended, czyli mieszanka kilkudziesięciu singli, potrafi być okrutna w swojej wymowie (na przykład niezłe, choć dosyć ostre Bushmills albo Old Smuggler), to same single są alkoholami idealnymi.
Nie podejmuję się opisywania smaku singla, bo to się nie uda, ale na przykład ogień owinięty w jedwab zdaje się być niezłym przybliżeniem. Nie uznaję mieszania blendów z czymkolwiek, akceptuję kostkę lodu, za colę mógłbym uderzyć. Natomiast dewastowanie smaku singla jakimkolwiek dodatkiem mogę porównać do nasrania na Pietę dłuta Michała Anioła. Not in my fucking house. Działanie whisky jest podobne do działania burbona więc się powtarzać nie będę. Sposób picia - uniwersalnie. Można usiąść w domu i pić w stylu podobnym do koniaku, albo posnuć się do lokalu i pić w sposób podobny do burbona albo tequili - ogranicza was tylko nastrój w danym momencie.
Zupełnie nie wiem skąd się wzięły historie o potwornych kacach po whisky - pewnie z tendencji Polaków do mieszania alkoholi. Najebka samą whisky jest genialna, no chyba, że piłeś jakiegoś syfiastego zajzajera (takie się też zdarzają). Po normalnym trunku dzień następny nie boli wcale a wcale. Popij whisky piwem albo wódką - no cóż, zerwany film, torsje i kaca giganta zawdzięczasz nie temu boskiemu napojowi, a samemu sobie.
Rankingu robił nie będę, chociaż ze wszystkich whisky, jakie próbowałem, najsympatyczniej wchodzi mi Tullamore Dew - w pierwszym łyku łagodna, po sekundzie pokazuje charakterek aczkolwiek nie jest zbyt ostra i nie 'śmierdzi'[3] tak bardzo, jak inne. Moim zdaniem, optymalny wybór na rozpoczęcie płomiennego romansu z tym cudownym trunkiem.

Żołądkowa Gorzka i Żubrówka - w ramach bonusu, poznajcie dwa najgorsze syfilisy, jakie udało się wyprodukować polskiemu przemysłowi spirytusowemu. Kieliszek zabija mnie na miejscu i są to chyba jedyne alkohole, po których mogę rzucić pawia bez ostrzeżenia. Jedyna wątpliwość - po którym będzie gwałtowniejszy i dalej poleci. Jak zapewne bardziej kojarzący skumali, z oboma są związane traumatyczne przeżycia, które przekonują mnie, że wyganianie nałogu pałą, jest bardzo skuteczne. W skrócie, było to tak:
Żołądkowa gorzka - żołądkowa gorzka z sokiem pomarańczowym - o kurwa, ja pierdolę, dajcie coś do popicia - żołądkowa gorzka - paw, po którym byłem jałowy, jak narzędzia po seansie w autoklawie.
Żubrówka - żubrówka - żubrówka - zzzżżubrufka - pifo - wiencej piva - zzzzżżuberowka z gwina - trawka w przełyku[4] - aaaarrrrghhhh - paw dalej niż widzę.
W obu przypadkach - never, kurwa, more. Dobranoc państwu i do zobaczenia przy kielichu.

Oczywiście powyższe zestawienie nie wyczerpuje tematu. Ale starałem się wymienić wszystkie alkohole, które wypróbowałem w swoim życiu (głównie podczas studiów), i o których mogę coś powiedzieć. Bo co z tego, że znam takie bajeranckie nazwy jak calvados, ajerkoniak czy Montrachet, skoro w życiu ich w ustach nie miałem? Tak właśnie - pozostaję wierny zasadzie: bawiąc uczy. A ściemniać nie lubię. Podczas lektury pamiętajcie - wszystko o czym napisałem, zostało przetestowane na żywym organizmie. Na zdrowie, proszę państwa. Na zdrowie.

[1] Patent z Moskwy-Pietuszki, dzięki któremu zostałem idolem pewnej imprezy młodzieżowej. Po wypiciu kieliszka wódki, głęboko zaciągasz się chlebem. Najlepszy jest kilkudniowy razowiec. Nie wierzyłem, jak to zobaczyłem w spektaklu Teatru Telewizji i postanowiłem wypróbować. Działa, aczkolwiek ten sposób sugerowałbym raczej studentom, których nie stać na zapojkę. Nie sprawdza się u nowicjuszy, musisz mieć przynajmniej 25 level.
[2] Pijesz, chuchasz, odpalasz fajkę.
[3] 'Śmierdzi' oczywiście tym, którzy za whisky nie przepadają. Co do mnie, no cóż - użyję klasycznego cytatu: That's just about the finest smell in the world, except maybe for pussy. I szarlotki.
[4] Dawno temu, gdy większość czytelników tego bloga na chleb mówiła bep a na muchy tapty, sprzedawano żubrówkę bez zawiaska do nalewania i można było ją pić z gwinta. Zły to był pomysł.

niedziela, 12 sierpnia 2007
Zniszczmy sobie mózgi część trzecia

Ministerstwo Zdrowia i Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych ostrzegają - nadmierne spożycie alkoholu niszczy mózg, wątrobę, nerki, żołądek, jelita oraz ułatwia nawiązywanie kontaktów towarzyskich z osobnikami płci odmiennej. Może prowadzić do przypadkowego seksu bez zabezpieczeń, wdrapywania się na wysokie budynki użyteczności publicznej, utraty zdolności kojarzenia faktów, do zaników pamięci, kąpieli w fontannie, zasypiania na trawniku, wiacie tramwajowej lub w autobusie nocnym lub bliskim spotkaniom z przedstawicielami służb mundurowych. Pamiętaj - pijesz na własną odpowiedzialność.

W trzeciej części, opiszę alkohole masowego rażenia.

Piwo - czy jest ktoś, kto nigdy w życiu nie wypił przynajmniej łyka piwa? Gorzkie, ciepłe, przegazowane ścierwo. Tak mówią niektórzy. Chłodny, naturalnie nagazowany, odpowiednio goryczkowy napój bogów. Tak mówią pozostali niektórzy. Gdyby nie jedna wada, piwo byłoby najlepszym napojem alkoholowym świata. Wada piwa przejawia się w tym, że facetom, którzy go nadużywają, rosną piersi i brzuchy. I nic na to nie da się poradzić. Znaczy da się zrobić tak, żeby nie rosły za bardzo - siłownia. Ale nie da się poradzić nic, żeby nie rosły wcale. Chyba, że jesteś naperfumowanym i nażelowanym człowiekiem sukcesu, który woli drinki z palemką od piwa. Tobie brzuch i cycki nie urosną ale facetom, którzy nie lubią piwa, nie powinno się ufać.
O piwie można napisać grubą książkę ale nie taki jest mój cel, bo moja książka będzie o czymś zupełnie innym. Chodzi mianowicie o to, że piwo może ci zafundować wszystkie stany dostępne pijakom i alkoholikom. Dzięki piwu możesz uzyskać stan lekkiego rauszu, dzięki piwu możesz uzyskać stan pod tytułem 'paczcie[1] tylko moi państwo - ja tańczę'. Po piwie możesz zostać gadułą, po piwie możesz zamknąć się w sobie, siąść w kącie sali i pić w ciszy i w samotności. Piwo może dać ci nastrój euforyczny, w którym kochasz cały świat, piwo może strącić cię w otchłanie upicia się na smutno. Piwo jest nieobliczalne - jednego dnia wypijasz 15 kufli, wstajesz i idziesz grzecznie do domu, bełkocząc w sposób umiarkowany. Innego dnia wychylasz owych kufli 8, radośnie tracisz przytomność za barem i nie pamiętasz jak wróciłeś do domu. Pełny wachlarz usług i tylko od ciebie zależy w jaki sposób wykorzystasz opcje, jakie daje ci piwo. Gdyż piwo ma tę przewagę nad innym alkoholami, że już w połowie krytycznego kufla wiesz, że jeżeli dopijesz go do końca, to będzie nieciekawie ale jeszcze nie dramatycznie. Ale już następny, zabije cię na miejscu. Dlatego teoretycznie zawsze wiadomo kiedy przestać. A dlaczego teoretycznie?
Ano, widzicie - piwo jest napojem bardzo towarzyskim. Nie rozumiem facetów, którzy łoją je w samotności w domu, przed telewizorem. Znaczy owszem - można ukuć[2] dwa, trzy kufle pod jakiś mecz albo do kolacji. Ale siedzieć i wychlewać zgrzewkę - bez sensu. Piwo należy pić w towarzystwie - im większe, tym lepiej. A w towarzystwie - wiadomo. Się siedzi, się pali, się gada, się żartuje, się śmieje. Z każdym kolejnym kuflem czujesz się coraz bardziej atrakcyjny, coraz bardziej dowcipny i masz coraz mocniejszą głowę. Ponadto w gardle zasycha. No i jak tu nie wziąć następnej kolejki, zwłaszcza, że poprzednia wypiła się nie wiadomo kiedy? No i się bierze. A potem okazuje się być za późno, bo nastąpił stan, znany zapewne wielu czytelnikom, czyli 'a shot to far'. Dlatego czujnym trzeba być.
Kac po wypiciu piwa bywa chujowy, bo piwo jest napojem okrutnie moczopędnym. Dopóki trzymasz je w pęcherzu i nie sikasz, jest w porządku. Po pierwszej odlewce masz wrażenie, że ktoś pozbawił cię mięśni utrzymujących mocz na miejscu i ganiasz co kwadrans. Bilans zawsze wychodzi ujemny, dlatego zazwyczaj pierwszą rzeczą po przebudzeniu się po imprezie piwnej, jest wypicie dużej butelki wody. Jeżeli nie pomieszałeś piwa ciemnego z jasnym, nie upiłeś się terminalnie piwem ciemnym i nie piłeś wynalazków z Tesco albo Biedronki, to Sahara w ustach będzie jedyną przykrą rzeczą, jaka spotka cię następnego dnia. Jeżeli natomiast zrobiłeś jedną z wymienionych rzeczy albo popełniłeś grzech śmiertelny i przepijałeś piwem mocniejsze alkohole (u-boot[3] to dla mnie najgorszy wynalazek ludzkości), to nie zdziw się, jeżeli następnego dnia poczujesz, że pod czaszką tańczą ci demony. Taki kac jest porównywalny z kacem po średniej jakości bimbrze. Jeżeli popijałeś wynalazkiem z Tesco wódkę marki 'Czerwona kartka', masz kaca porównywalnego z Ojcem i Matką Wszystkich Kaców Świata. Szanujcie piwo, a ono będzie szanować was.
Aha, picie piwa 'ze sokiem' jest zbrodnią straszliwą, bo albo lubisz tą goryczkę, albo lubisz słodziaczka. A jak lubisz słodziaczka, to nie wkurwiaj mnie psuciem dobrego napoju, tylko sobie kup jakiegoś lepkiego drinka na bazie likieru. Amen.

Spirytus - spożywanie czystego spirytusu, kończy się nader szybkim zejściem na imprezie. Spożywanie spirytusu rozrobionego pół godziny wcześniej wodą z kranu, jest karą za grzechy i torturą okrutną. Spożywanie schłodzonego spirytusu, rozrobionego dwa dni przed imprezą, na przykład wodą z miodem i cytryną, jest doznaniem nader przyjemnym, bo taki dekokt wchodzi gładko, nie wymaga zapojki, upija radośnie i tanecznie. A jeżeli spirytus nie był przemycanym w niedomytych kanistrach po benzynie gównem zza Buga, to następnego dnia budzisz się niczym młody bóg. Polecam wszystkim pijącym studentom (w akademikach zawsze można kupić tani spirytus) oraz poważnym osobom, które mają czas, cierpliwość i umiejętności, które pozwalają stworzyć ze spirytusu napoje pierwszej klasy. Na przykład nalewki.
Rozpisywać się o jego walorach nie ma sensu, bo ze spirytusem jest jak z wódką, o której więcej w kolejnej części. Jeżeli jest dobrej jakości i jest dobrze spreparowany - klękajcie narody. W przeciwnym wypadku - narody klękają przy kiblu a rano chcą, by podbił je germański, kurwa, oprawca. Pijcie go z głową, a wynagrodzi wam to z nawiązką.

Szampan - cichy morderca, pacyfikator imprez, bringer of death, inciter of chaos i messenger of rage[4]. Powinien służyć tylko i wyłącznie do delikatnego celebrowania dużych rzeczy, typu awans, podwyżka, otrzymanie grantu naukowego albo wygrana w lotka. Kretyna, który wymyślił witanie nowego roku przy pomocy szampana, wrzuciłbym do klatki z głodnymi i wkurwionymi hienami. Dobry szampan nie jest zły - ot, lampka, dwie i do domu. Picie go po 3-4 godzinach imprezy (typu Sylwester albo urodziny) jest czymś tak złym, że brakuje mi słów. Znalazł się w zestawieniu tylko po to, bym mógł was przed nim ostrzec. Jest to jedyny znany mi alkohol, który mieszany z czymkolwiek (pewnie nawet z płatkami kukurydzianymi), powoduje błyskawiczne upicie, zerwanie filmu i koszmarnego kaca dnia następnego.
I żebyśmy się dobrze zrozumieli - szampan jako standalone na imprezie, jest ok. Zwłaszcza gdy jest to dobry szampan[5]. Jest też kapitalnym prezentem. Niestety - wysoka zawartość CO2 powoduje, że jest w stanie zabić największego twardziela, w czasie krótszym niż pół godziny. Pamiętajcie o tym, żeby potem nie było kwękania, że nie ostrzegałem.

Tequila - tatataratatatata, TEQUILA!!! Najbardziej rozrywkowy alkohol świata. Nie da się nim upić na smutno. Jeżeli upijasz się tequilą na smutno, udaj się do najbliższego lekarza od głowy. Albo na jakieś grupy wsparcia się zapisz. Ewentualnie przestań pić w ogóle. Po zrąbaniu się tequilą, masz ochotę podrywać dziewczyny, zaprzyjaźnić się ze wszystkimi i powiedzieć im, jak bardzo jesteś szczęśliwy, chcesz tańczyć do rana, nawet na grwawiondzych zdupkach, śpiewać do zdarcia gardła i ogólnie, chcesz robić wszystkie rzeczy, które są fajne. Jestem wielkim entuzjastą tequili i reklamuję ją wszędzie, gdzie tylko mogę.
Oczywiście wszyscy wiedzą, że po nadmiarze tequili wypitej w Tijuanie, możesz na zerwanym filmie, stanąć na ślubnym kobiercu z wąsatym Meksykaninem w dużym sombrero. Ale przecież nie o to chodzi, by bać i martwić się na zapas. Dlatego uważam tequilę za najlepszy alkohol na imprezy. Pod kilkoma, wszakże, zastrzeżeniami.
Po pierwsze i ostatnie - jeżeli decydujesz się na picie tequili, nie pij niczego innego. Ze znanych mi mieszanek-zabójców, tequila pod browar plasuje siętuż przed wódką pod browar, i trochę za szampanem z czymkolwiek. Najgorszy możliwy pomysł, to pozwolić tequili, by stawiła się na posterunku pod koniec imprezy - lepiej od razu strzelić sobie bezpośrednio w żyłę i umrzeć. Przynajmniej rano nie będzie tak strasznie boleć. Po wymieszaniu mogą stać się rzeczy różne - możesz dalej tańczyć, możesz zwalić się pod bar, możesz zaatakować wyimaginowanych wrogów albo ubikację, możesz mieć problemy z chodzeniem, a co za tym idzie, z powrotem do domu, możesz nawet zacząć mówić głosami. Dużo rzeczy możesz zrobić. Dlatego z całego serca odradzam bełtanie, bo w takim układzie tequila może stracić swoje zabawowe właściwości. Poza tym powoduje to powstawanie niedobrych kaców, podczas których chcesz umrzeć i zwymiotować wszystek alkohol wypity w ciągu swego całego życia. Po prostu zło w czystej postaci.
Przy okazji chciałbym też zwrócić uwagę na fakt, że to, co możemy kupić w naszych sklepach, to taka uboga siostra prawdziwej tequili. Na mocy umów międzynarodowych i porozumień wzajemnych, to co rozlewa i sprzedaje się za granicą, musi zawierać przynajmniej 51% agawówki. Resztę mogą stanowić (i zazwyczaj stanowią) inne alkohole, wynalazki typu karmel do podbarwienia (kłania się złota tequila), fruktoza, gliceryna i aromat nadający trunkowi posmak drewnianych beczek, w których tequila leżakuje.
Dlatego pamiętajcie - jeżeli już pijecie tequilę, to nie zadzierajcie nosa tylko z tego powodu, że wy łoicie ekskluzywną złotą, a ja plebejską srebrną. Bo złota, która jest sprzedawana w Polsce, wcale nie jest smaczniejsza od srebrnej. Ba, z uwagi na te chujowe dodatki, które mają jej nadać wygląd trunku wyleżakowanego, ja preferuję srebrną, która zawiera ten sam alkohol ale nie ma w niej kolorowego gówna. Pamiętajcie - pije się alkohol a nie bajeranckie etykietki. No, chyba że jesteś bufonem - wtedy możesz piać peany nad czerwonym Walkerem i złotą Olmecą.
Przy okazji pociągnę jeszcze kilka ciekawostek, które wyjaśnią wam niektóre mity, które narosły na temat tego świetnego trunku.
W żadnej tequili nie znajdziecie robaka. Robaki są tylko w meskalu. Meskal to każdy alkohol, który jest robiony z agawy i nie jest tequilą. Meskalu nie rozlewa się za granicami Meksyku, dlatego jeżeli ktoś wam sprzedaje w knajpie taki alkohol, to sprawdźcie czy na etykiecie są słowa '100% agave mezcal legitimo de Oaxaca' albo 'regional de Oaxaca'. Podrabiający meskal często zapominają o umieszczeniu ich na etykietce.
Picie meskalu jest bardzo ciekawym doświadczeniem, z uwagi na jego 'dziwny' smak. Dziwność polega na tym, że smak meskalu bardzo różni się od tego, do czego przyzwyczailiśmy się pijąc sklepową tequilę. Dlatego na początku ma się wrażenie, że ktoś nas wyruchał i sprzedał nam bimber. Bardzo wyraźnie bowiem czuć posmak drewnianych, mokrych desek i dodatkowo, coś dziwnego, tak nieco z tyłu. To, dla odmiany, jest smaczek, który daje robak. Picie meskalu daje efekty inne od tequili, jest on zdecydowanie mniej zabawowy, zaś osoby niewprawione w piciu, może zwalić z nóg w mgnieniu oka.
Tequila pita z solą i cytryną, to wynalazek spoza Meksyku. Tam miejscowi trąbią ją czystą albo razem z sangritą[6] (w sensie przepijania - wymyślilibyście żeby tequilę czymś popijać?). Tak czy inaczej, picie tequili z solą i cytryną to najlepszy antykacowy wynalazek świata. Sól zaostrza smak tequili (czysta tequila jest, nie bójmy się tego określenia, mdła jak skurwesyn) i wiąże wodę w organizmie. Tequila upija. Cytryna działa jako zapojka, daje dodatkowy smaczek, jeszcze bardziej podostrza smak tequili, zaś zawarta w niej witamin C zmniejsza objawy kaca. Sól i cytryna pasują zarówno do tequili srebrnej, jak i złotej (powyżej pisałem o pozornej między nimi różnicy). Cipy, które przynoszą mi do do złotej tequili cynamon i pomarańczę, pędziłby przez kwadrans na bosaka po śniegu, potem rozpruwałbym im plecy i przymusowo instalował esperal. Mdła tequila plus mdło-słodki cynamon (który, swoją drogą, uwielbiam) plus słodka pomarańcza (albo, co gorsza, mandarynka) równa się paw a nie impreza. Jeżeli już chcecie szpanować, to łupnijcie tequilę na modłę australijską. Sól - tequila - łyczek soku z ananasa. Podobno połączenie trzech tak różnych smaków jest rewelacyjne. Mam zamiar w końcu spróbować, bo brzmi nieźle.
I zapamiętajcie - nie powtarzajcie błędów innych, bo po co się męczyć. Oczywiście nikomu nie odmawiam prawa do picia tequili tak, jak mu się podoba i smakuje. Jedni lubią pić smacznie, inni wolą, jak im nogi śmierdzą. To naprawdę wolny kraj.

Ponieważ bloxorz mówi mi, że notka jest zbyt długa, odbędzie się jeszcze jedna część quasi-poradnika, w której opowiem o winie, whisky i wódce.

[1] Wiem, że pisze się 'patrzcie' ale znajdźcie mi jedną osobę, która nie wypowiada tego jako 'paczcie' a powiem wam, że znaleźliście ptaka dodo.
[2] Słowo ukuć urzekło mnie na studiach - używał go mój bardzo dobry kumpel w kontekście 'ukujemy piwko albo dwa', tudzież 'ukujemy flaszkę albo dwie'. Spodobało mi się jego brzmienie i czasami go używam.
[3] Oczywiście nie mam na myśli łodzi podwodnej. Dla niekojarzących: u-boot zwany ubotem albo ubocikiem to drink-masakra. Do kufla piwa wrzucasz kieliszek wódki i wypijasz. Upija szybko i boleśnie. Gorsze od tego jest tylko popijanie wódki piwem.
[4] Pozwoliłem sobie na cytat, bo niedawno odkurzyłem swoją starą miłość i mi się udziela.
[5] Mówiąc szampan, mam na myśli wina musujące, które w naszych sklepach sprzedawane są pod taką właśnie nazwą handlową. Mam świadomość, że jest to niepoprawne i nie mają z prawdziwym szampanem nic wspólnego, ale podobnie jak w przypadku mojej prywatnej systematyki whisky i burbonów, mam na to wyjebane. Aha, prawdziwego szampana piłem raz w życiu, był zabójczo smaczny i zamordował kilkunastu Koreańczyków.
[6] Sangrita (proszę nie mylić z syfilisem zwanym Sangrią) to drink na bazie soku pomidorowego, do którego dodaje się sok pomarańczowy i ostre papryczki. Czasami cebulę. Łyk tequili, łyk sangrity - bez pośpiechu, bo przecież Meksyk to kraj maniany.

poniedziałek, 06 sierpnia 2007
Zniszczmy sobie mózgi część druga

Ministerstwo Zdrowia i Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych ostrzegają - nadmierne spożycie alkoholu niszczy mózg, wątrobę, nerki, żołądek, jelita oraz ułatwia nawiązywanie kontaktów towarzyskich z osobnikami płci odmiennej. Może prowadzić do przypadkowego seksu bez zabezpieczeń, wdrapywania się na wysokie budynki użyteczności publicznej, utraty zdolności kojarzenia faktów, do zaników pamięci, kąpieli w fontannie, zasypiania na trawniku, wiacie tramwajowej lub w autobusie nocnym lub bliskim spotkaniom z przedstawicielami służb mundurowych. Pamiętaj - pijesz na własną odpowiedzialność.

Likiery - jak sama nazwa wskazuje, większość z nich może służyć do malowania grzejników... Kurwa, wyjątkowo daremny był ten żart ale go zostawię na znak, że jestem tylko człowiekiem i zdarzają mi się chwile słabości. Zrobiłem wyjątek i opisałem oddzielnie advocata, becherowkę i ouzo ale szybki rzut oka na listę likierów ukazał bezsens wypisywania poszczególnych trunków, należących do tej kategorii - za dużo ich. Dlatego pociągnę ogólnie.
Jeżeli masz mocną głowę - nie próbuj upijać się likierami, bo aby wprowadzić się w stan nirwany, potrzebujesz wiaderka trunku. A co za tym idzie - zbankrutujesz po miesiącu. Niektóre likiery są rozkosznymi pychotkami (Baileys, Sheridans, Carolans). Niektóre likiery są mniej rozkosznymi pychotkami (Kahlua, Amaretto, Curacao, Becherowka, Jagermaister). Niektóre likiery są tak niedobre, że masz po nich ochotę spalić sobie jamę ustną (Ouzo, Ricard). Jeszcze inne, które nazywam wynalazkami, nadają sie do picia w ogólniaku albo podczas wczesnych studiów, gdy istotny jest wskaźnik atrakcyjności kosztowej najebki[1] - zaliczam do nich wszelkie wynalazki rodzimego chowu, w stylu cytrynówki, likieru kawowego, kakaowego, bananowego albo pomarańczowego. W stosunku do wszystkich obowiązuje jedna zasada - nadają się tylko i wyłącznie do drinków, zaś próba ich picia saute, kończy się w sposób bardzo opłakany. Po Amaretto odbija się migdałami wymoczonymi w syropie waniliowym, Jagermaister to taka Becherowka dla bogatszych, rozkoszne pychotki oblepiają gardło. Wynalazki, nie dość, że oblepiają gardło, to mają zdolność wyrwania z człowieka trzewi już po 4 kieliszku.
Sampoczucie po nawaleniu się likierem jest chujowe - człowieka od tej słodyczy mdli jak sam skurwesyn i najlepszym miejscem do imprezowania wydaje mu się kopalnia soli w Wieliczce albo kibel. Nigdy nie wiesz kiedy trzewiami szarpną ci torsje, paw jest tak gęsty, że potrafi zatrzymać się w gardle (zupełnie jakbyś próbował zwymiotować miód) i wrócić do żołądka, odbija ci się kawą, pomarańczą, kakao, ziołem, anyżem, cytryną albo bananami - w zależności od tego, jakie świństwo w siebie wlewałeś. Jeżeli masz słabą głowę - tym bardziej nie pij czystych likierów. W takiej sytuacji polecam kupowanie lepszych jakościowo alkoholi. Jak się upijać, to z przyjemnością.
Żeby nie było, że demonizuję te alkohole. W drinkach sprawdzają się genialnie. Baileys, Carolans albo Sheridans są kapitalne jako dodatek do kawy rozpuszczalnej. Zresztą je akurat można śmiało pić czyste, byle w małych ilościach. Amaretto też możemy wlać do kawy, czyste jest potworne, za to bezkonkurencyjne jest w deserach (uwielbiam smak migdałów). Jagermaister i Becherowka dają radę po sutym posiłku a bez Kahluy nie da się zrobić 'Ruska'[2]. Ricard i ouzo... no cóż, dla nich, podobnie jak i dla wynalazków, nie widzę żadnych zastosowań zaś nastukanie się Ricardem (na studiach, rzecz jasna) wspominam niczym koszmar najgorszy. Wybór należy do was.

Malibu - jak się do malibu doleje mleka i doda trochę lodu, powstaje pyszny drink (bardzo lubię smak i aromat kokosów). I nieprawdą jest jakoby byłby to drink babski. Owszem - żeby upić się malibu z mlekiem, przeciętny facet musiałby podczas tej czynności, wprowadzić do organizmu sześćdziesiąt kostek lodu i dwa litry mleka. Dlatego przy pomocy malibu z mlekiem się nie upijamy, bo tak podane malibu służy do sączenia a nie do jebania go na masę, niczym jakiegoś jabola. Dlaczego więc w ogóle wrzucam je do zestawienia? Zgadliście - udało mi się kiedyś nawalić czystym malibu.
Była to dziwna historia, bo tego akurat dnia wszyscy mieliśmy dobry dzień do umierania i każdy z nas wypił w knajpie jakieś absurdalne ilości alkoholu. Impreza na zejściu u kumpla w domu, zamiast zejścia zafundowała nam pobudzenie. No dobra - mi i jednemu koledze, bo reszta ekipy padła. Gospodarz zjebał, bo nie wytłumaczył nam gdzie trzyma swojskie wino i trzeba było wypić to, co wpadło nam w ręce. Czyli 0,7 malibu na dwóch. Nikomu nie chciało się dymać na stację po mleko, więc szło czyste. Kumpel popijał je słodką herbatą, ja przegotowaną wodą. Pomimo zrobienia całej flaszki, upić się tym nie dało. Dlatego nie wiem jak wygląda stan upicia po malibu. Wiem natomiast, co się działo rano. Nieważne co piłeś dnia poprzedniego. Jeżeli wśród alkoholi znalazł się chociaż jeden kieliszek czystego malibu, masz przejebane. Kokosami będzie ci się odbijać jeszcze przez 2 dni. Gdy dzień wcześniej wypiłeś pół butelki malibu pod wodę... No cóż, jesteś kretynem i zasługujesz na wszystkie cierpienia, przez jakie będziesz przechodził przez kolejne kilka dni - wszystko będzie ci smakować i pachnieć kokosem. Nawet mnie, fana tego zapachu, wykurwiście ten fakt bolał, bo schabowy o smaku batonika Bounty to chujnia jakich mało.

Metaxa - bardzo dobre. Bardzo. Takie whisky dla mniej zamożnych klientów. No, chyba że decydujesz się na Metaxę siedmiogwiazdkową lub Private Reserve (12 lat) - wtedy trafiasz na górną półkę. Metaxa powinna podejść każdemu fanowi koniaku, burbona i whisky, bo smakuje podobnie - jest mieszanką brandy i wina. I tutaj leży jej drobna słabość. O ile stan po nawaleniu się Metaxą jest błogostanem, to kac może być brutalny - trzygwiazdkowa Metaxa potrafi zafundować mało fajne przeżycia, jakże niepokojąco zbliżone do stanu po nagrzmoceniu się kiepską wódą. Siedmiogwiazdkowa Metaxa (piłem raz w życiu) jest napojem bogów i tak też czujesz się następnego dnia rano. Jak młody bóg. Świetnie wchodzi, lód jej nie przeszkadza, upija sympatycznie, nie kwasi imprezy, nie zwiększa ciężaru gatunkowego dyskusji. Zasadniczo bardzo fajnie działający i smaczny alkohol. Dlatego, jeżeli zarabiasz więcej niż 500 złotych miesięcznie i nie wadzi ci aromat koniakopodobny, wiesz o co pytać w sklepie.

Miód pitny - tradycyjny, staropolski trunek, łojony w ilościach przemysłowych przez polską szlachtę. Nie dziwię się, że zaborcom poszło z nami łatwo a rozbiory przypominały strzelanie z Gatlinga do ryb pływających w beczce. Po prostu po miodzie ma się ochotę umrzeć. Smakowo miody plasują się dosyć wysoko, bo są całkiem smaczne. Oczywiście nie mówimy tutaj o chamskich czwórniakach, które w sklepie kosztują praktycznie tyle samo co tanie bełty albo denaturat. Mam na myśli półtoraki i dwójniaki. Nie należy pić ich zbyt dużo, bo działają z partyzanta, idą do głowy i człowiek nie wie, kiedy właściwie osunął się pod stół. Ponadto są słodkie, więc potrafią zemdlić znienacka. Ogólnie, zarówno stan nawalania się, jak i stan po nawaleniu się miodem, są średnio fajne. Szklanka - w porządku. Więcej - przypomina to picie likierów. Miód potrafi człowieka tak zmęczyć, że po najebce jesteś bardziej zirytowany niż szczęśliwy i zadowolony. Dlatego hurtowego łojenia miodów nie polecam. Poza tym półtoraki i dwójniaki są dosyć drogie. Natomiast pite dla smaku - jak najbardziej.
Co zaś do wspomnianych już czwórniaków - strzeżcie się ich w sklepach. Strzeżcie się też niektórych trójniaków. I strzeżcie się ludzi, którzy częstują was dużymi ilościami tychże. Nawalenie się czwórniakiem to kara. Brak mi skali porównawczej ale myślę, że da się to opisać następująco: po wypiciu trzech butelek 0,7 czujesz się jak po wypiciu kwasu siarkowego. Gardło zlepione na amen. Marzysz o wiadrze słonej wody, o soku z ogórków kiszonych albo o frytkach z budy na nadmorskim bulwarze. Paw, który nie jest opcją a pewnikiem (po miodku musisz rzygnąć), jest w stanie zerwać płytki ze ściany akademika, rozjebać muszlę na pół albo urwać zlew. Posmak jaki pozostawia w ustach na wpół przetrawiony miód... No cóż, o tym wam nie opowiem. A jak już wam się wydaje, że najgorsze za wami... nadchodzi poranek i juz wiecie jak czuł się Paul Atryda podczas przetwarzania Wody Życia. Horror to za mało powiedziane. Kończę ten temat, bo skończyły mi się słowa, którymi mógłbym wam opisać ten stan. Pamiętajcie - degustujcie dla smaku, nie pijcie do stanu zgonu.

Mojito - jeden z dwóch drinków, które dorobiły się oddzielnego hasła. Ale najpierw cytat: "Top shelf booze, tell ya! And this guy knew his stuff. Made me a mojito. I don't think it's a gay drink. Mo-ji-tooo." Też nie sądzę, że mojito to gejowski drink. Sądzę natomiast, że jest to jeden z najlepszych drinków świata: rum, cukier, liście mięty, limonka, lód i odrobina wody. Jest to też jedyna forma rumu, jaką jestem w stanie przepuścić przez gardło. Zasadniczo nie pijam drinków. Dla gin&tonic, mojito, tequila sunrise i TGV, jestem w stanie zrobić wyjatek. Każdy z nich upija łagodnie i bezboleśnie, nie powoduje praktycznie kaca, jest kapitalnym katalizatorem w reakcjach damsko-męskich, ułatwia nawiązywanie kontaktu, przełamywanie lodów oraz taniec towarzyski. Każdy z nich wprowadza człowieka w stan radosno-euforyczny. Nie ma możliwości, by tymi drinkami ujebać się na smutno. Następnego dnia boleć może jedynie sumienie. Zero dolegliwości fizycznych. Kurwa, one są prawie jak nektar bogów Olimpijskich. Pić, nie gadać. Absolutne mistrzostwo świata.

Nalewki - czyli coś pięknego w domu i zagrodzie. Nie podejmuję się wyliczać ile rodzajów nalewek produkują rodacy ale cyfra idzie w dziesiątki. Jeżeli do wyrobu został użyty spirytus dobrej jakości, powstają małe arcydziełka. Jeżeli nalewka odpowiednio długo popracuje a autor ma pojęcie o wytwarzaniu tego typu alkoholi, to można ją pić bez popijania, bez krzywienia twarzy i ze śpiewem na ustach. Najlepszą nalewką jaką w życiu piłem, była pigwówka. Dobra, domowa nalewka wchodzi gładko, upija radośnie i nie boli następnego dnia. Jestem fanem nalewek. Szkoda tylko, że tak mało osób para się szlachetną sztuką ich wytwarzania. Polecam wszystkim.

Rum - z jednej strony, rum jest składnikiem jednego z najgenialniejszych drinków świata. Z drugiej - nie potrafię go pić w innej formie niż mojito. Prawdopodobnie jest to związane z trzema przygodami, w których rum grał pierwsze skrzypce.
Po raz pierwszy, rum piłem na chyba najlepszej imprezie, na jakiej kiedykolwiek w życiu byłem. Słynne French Party 1997 w akademiku Hermes, na którym zapoznałem się z TGV. Terry i Rafael serwowali również krwawą Marysię, wina francuskie oraz rum z colą. Walnąłem jedną kolejkę tego ostatniego i stwierdziłem, że jest zbyt niesmaczny i zbyt ulepkowy.
Po raz drugi rum piłem na konwencie. Pewien kolega poczęstował mnie austriackim wynalazkiem wielkiej mocy - jego Stroh miał chyba 80 procent alkoholu i wywrócił mnie na drugą stronę.
Trzeci mój kontakt z rumem był czysto wizualny - widziałem ofiary spożycia rumu Seniorita. Nie sądziłem, że człowiek może wymiotować powietrzem a tu patrzcie państwo - da się. Po trzech razach obiecałem sobie, że rumu pić nie będę. Wspomniałem o nim tylko dlatego, że wchodzi w skład mojito. Poza tym, mam na rum totalnie wyjebane i nie spożywam go w żadnej innej postaci. Nie opowiem wam więc jak wchodzi i co robi następnego dnia, gdyż tego nie wiem.

Sake - okrutny żart żółtej rasy. Sake podaje się na ciepło, i w tej formie nie da się tego gówna wypić. Sake na zimno? No cóż, też się nie da tego wypić. Raz wmusiłem w siebie porcję (na zasadzie badania kultury obcych nacji) i nie mam ochoty, ani tego powtarzać, ani sprawdzać jak upija sake. Gdyż mam to centralnie w dupie. Napój w sam raz dla snobów, którzy z aplauzem witają otwarcie kolejnego sushi-baru, i którym odkleiło się do tego stopnia, że smakuje im surowa ryba z ryżem i jakimiś wodorostami. Normalni ludzie powinni trzymać się od tego syfu z daleka.

Śliwowica - bimber ze śliwek, który dobrze potrafią wypędzić jedynie mieszkańcy Polski południowej. Najbardziej znana - śliwowica łącka. Problem z tym alkoholem polega na tym, że próba picia czystej śliwowicy może zakończyć się bolesnym zejściem i upiornymi torsjami. Poza tym woltaż ma powalający (70 procent nie jest wśród jej wytwórców traktowane jako coś nadzwyczajnego) i może zjarać gardło. Upiłem się nią raz w życiu i o ile najebka była w porządku, to poranek dnia następnego wpędził mnie w depresję. Mam więc mieszane uczucia.
Nasi dalsi sąsiedzi, pędzą swoje odmiany wódki na owocach. Na Węgrzech skatowałem się ciepłą palinką brzoskwiniową (albo morelową) - nie była zbyt smaczna (bo ciepła i słodziutka), nawaliłem się szybko (bo gorąco i bezchmurnie) i wrażenia pozostały niezbyt przyjemne.
Bułgarska rakija, którą kiedyś spróbowałem (kieliszek), smakowała jak wódka wyciśnięta ze szmaty. A na dodatek wypala gardło nie gorzej od kwasu solnego. Tylko dla masochistów.

TGV - killer, przy którym Szakal i Carlos to mali chłopcy z pistoletami na kapiszony. Francuski wynalazek dla twardzieli. Rosną po nim włosy na klacie (facetom) i piersi (kobietom). Po sześciu kolejkach jesteś w stanie przeskoczyć budynek, zatrzymać pociąg towarowy lewą ręką i wyzwać na pojedynek Chucka Norrisa. Na osoby, które nie spodziewają się podstępu, działa szybciej niż jego imiennik pokonuje dystans Paryż-Bruksela-Kolonia-Amsterdam. Osobom o rozchwianej psychice, pozwala przeniknąć zasłonę i zobaczyć świat takim, jakim stworzył go Demiurg. Potrafi czynić dobro, potrafi czynić zło - od was zależy, co wybierzecie. Pozwólcie, że przedstawię najbardziej bezlitosnego zabójcę wśród drinków, jakie miałem przyjemność pić: T(equila)G(in)V(odka).
Metoda wyrobu jest prosta jak seks - jedna część (20 gram normalnie, 50 gram dla twardzieli) tequili, jedna część ginu i jedna część wódki. Jak jesteś miękką cipą, możesz dodać do tego lodu. Broń boże nie mieszać. Sączyć albo wypić duszkiem - efekt będzie ten sam. Ja preferuję picie duszkiem, bo tylko w takim przypadku da się osiągnąć jedyne i niepowtarzalne efekty smakowe. Najpierw w nos uderza ostry zapach wódki, po pierwszym łyku czujesz też tylko wódkę. Po chwili, twardo i zdecydowanie, wyłania się spod niej gin. Na końcu, niczym nieśmiała seniorita z bogatej hacjendy, trzepocze rzęsami tequila. W różnych miejscach czujesz różne smaki - w policzki delikatnie głaszcze gin, podstawę języka pieści tequila, gardło przepala wódka. Wszystko miesza się, przenika, uderza w nos, wchodzi do głowy. Warto raz w życiu zaryzykować śmierć kliniczną (tym kończy się picie TGV przez zalęknione osoby, bo ten drink wyczuwa słabych i bezlitośnie rozdziera ich na strzępy), by poczuć tę orgię smaków i zapachów.
Z uwagi na obecność trzech, radykalnie różnych w swojej wymowie i działaniu, alkoholi, TGV może zafundować wam nieziemską jazdę, jak również nieziemskiego doła. Dobrym pomysłem jest takie picie, by nie przedawkować preparatu. Drink mocny, ostry i bezkompromisowy - mięczakom daje kopa w jaja, twardzielom pozwala sprawdzić granice wytrzymałości i percepcji. Pomieszaj go z piwem i winem - następnego dnia eksploduje ci głowa. Pozostań mu wierny na imprezie - kac będzie ostry ale znośny. Najlepszy drink dla kolesi, którym wydaje się, że mają big cojones. Smacznego.

W trzeciej części, opiszę najbardziej znane, rzekłbym klasyczne, alkohole. Przed nami wino, piwo, spirytus, tequila, whisky i wódka, .

[1] Wskaźnik atrakcyjności kosztowej najebki - nie chodzi tu o zwykłe przeliczenie zasobów posiadanej gotówki na flaszki. Chodzi o to, by przy pomocy posiadanej kasy, upić się możliwie najprzyjemniej. I żeby rano nie bolało. Czyli, jeżeli macie luźną stówkę - kupujecie tequilę albo whisky. Jeżeli macie wolną dychę, pozostają wam tanie i mocne piwa z Biedronki albo tanie i mocne jabole ze sklepu na dole.
[2] Biały Rusek i Czarny Rusek - całkiem smaczne drinki.

sobota, 04 sierpnia 2007
Zniszczmy sobie mózgi - część pierwsza

Ministerstwo Zdrowia i Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych ostrzegają - nadmierne spożycie alkoholu niszczy mózg, wątrobę, nerki, żołądek, jelita oraz ułatwia nawiązywanie kontaktów towarzyskich z osobnikami płci odmiennej. Może prowadzić do przypadkowego seksu bez zabezpieczeń, wdrapywania się na wysokie budynki użyteczności publicznej, utraty zdolności kojarzenia faktów, do zaników pamięci, kąpieli w fontannie, zasypiania na trawniku, wiacie tramwajowej lub w autobusie nocnym lub bliskim spotkaniom z przedstawicielami służb mundurowych. Pamiętaj - pijesz na własną odpowiedzialność.

Notka będzie, lekkim chujem, powstawać kilka dni. Zaczynam ją pijany i natchnięty słowami abstynenta. Skończę ją trzeźwy i zawstydzony stanem, w którym ją zacząłem. Dla nikogo, kto pija alkohol, nie jest tajemnicą fakt, że różne alkohole działają na człowieka w różny sposób. Niby podstawą każdego jest poczciwy C2H5OH (pamiętajcie, żeby unikać CH3OH, czyli metylu, bo po nim szybko się ściemnia i impreza umiera) ale stan upojenia po tequili różni się diametralnie od najebki po księżycówce. Dlatego postanowiłem popełnić krótki poradnik, w którym postaram się opisać jakie stany w mózgu i żołądku wywołują poszczególne rodzaje alkoholu. Nie będę szpanował i pisał o egzotycznych trunkach, których w życiu nie piłem. Poniżej efekt kilkunastu lat praktyki w pigułce. Bottoms up, drodzy państwo.

Absynt - napój bohemy i wannabe narkomanów. Zielone świństwo o smaku zioła, którego sposób picia jest w stanie doprowadzić na krawędź załamania nerwowego nawet największego twardziela. Szkół jest kilka, ja piłem tak: nabieramy na łyżeczkę odrobinę cukru i wlewamy nań odrobinę absyntu. Podpalamy to zapalniczką i czekamy aż cukier się lekko skarmelizuje. Zdmuchujemy (to ważne) płomień, łyżeczkę wkładamy do szklanki, w której czeka niecierpliwie większa dawka absyntu, energicznie mieszamy tak, żeby cukier rozprowadzić w alkoholu i pijemy szybko ze smakiem. Niezdmuchnięcie płomienia może spowodować zapalenie się alkoholu w szklance (zwłaszcza gdy jest ciepły) i panikę na imprezie. Mało kiedyś w ten sposób nie puściłem swojego mieszkania z dymem. Geje dodają do absyntu wody, co powoduje jego rozcieńczenie i zmętnienie[1].
Jak widzicie, absynt nie jest napojem, który można walić z gwinta w bramie albo po ciemku na koncercie. Poza tym sposób działania absyntu wyklucza go z grona alkoholi wprowadzających pijącego w imprezowy nastrój. Zawarty w nim tujon, ma bowiem działanie psychoaktywne - odurza. U osób podatnych na sugestię może powodować halucynacje (zawartość tujonu w absyntach dopuszczonych do sprzedaży jest na tyle niska, że powoduje relaksację a nie halucynacje, ale niektórzy dalej wierzą, że absynt to taki legalny narkotyk). Alkohol ten wprowadza w stan kontemplacyjnej najebki, idzie w nogi i w mózg, pacyfikuje imprezy taneczne, wprowadza do dyskusji motywy egzystencjalistyczne. Koniec imprezy absyntowej wygląda tak, że wszyscy bełkoczą, płoną firanki, masz poparzone usta, jamę ustną i gardło (nie zawsze pamięta się, żeby nie pić płonącego absyntu), rozmawiasz z suszarką na pranie i zasypiasz tam, gdzie dopadła cię agonia. Poranny kac jest rzeczą zbyt potworną, by najebkę przy pomocy Zielonej Czarodziejki aka Wróżki powtarzać częściej niż raz na 5 lat. Ziołami odbija się jeszcze przez 4 dni po piciu. Chcesz się urżnąć w stylu bohemy francuskiej z początku ubiegłego wieku - to alkohol dla ciebie. Chcesz iść na dyskę i rwać lachony - obal bełta pod sklepem.

Advocat - napój dla dziewczyn, gejów i pretensjonalnych osobników. Nadaje się do deserów alkoholowych a nie do picia. Zasadniczo całkiem smaczny ale skurwiel tak oblepia gardło, że po wypiciu ćwiartki masz wrażenie, że w przełyku założyły ci gniazdo pszczoły. Nie wiem jak wygląda stan po najebce, bo zawsze go czymś zapijałem.

Anyżówka - najpopularniejszy napój anyżowy to ouzo. Teoretycznie powinno się ją pić z wodą, w praktyce nie da się jej pić z niczym. Przy pomocy ouzo nastukałem się raz w życiu i miałem ochotę wyrwać sobie kubki smakowe. Kurwa mać - czułem się jakbym po pijaku włamał się do cukierni i oszamał wszystkie ciastka. Mdłości, przyjemne kołysanie się pokoju i potworny, przenikliwy aromat anyżu, który zabija całą radość płynącą z najebki. Polecam tylko w dawkach homeopatycznych.

Bimber - rękodzieło łamiące monopol alkoholowy państwa. Źle zrobiony bimber, z uwagi na nadmiar metylu, może oślepić albo zabić. Dobrze zrobiony bimber, może stawać w szranki z najszlachetniejszymi trunkami. Bimber zrobiony przez babcię mojego kumpla, po rozrobieniu go wodą z miodem i cytryną, zamieniał się w jeden z najlepszych alkoholi, jakie piłem w życiu. Księżycówka z piołunu, jaką poczęstowano mnie kiedyś podczas dzikiej popijawy sylwestrowej, mało mnie nie zabiła i smakowała jak na wpół spalona opona oblana przepracowanym olejem silnikowym i moczem alkoholika będącego w fazie cugu denaturatowego.
Kac po najebaniu się chujowym bimbrem jest megakacem. Ojcem wszystkich kaców. Wielkim Wybuchem Kacowym. Po czymś takim, wszystkie następne kace będą jedynie szczypaniem w głowie i drobną niedogodnością. Stanu po przepiciu się złym bimbrem nie da się oddać słowami, a każdy kto próbuje wam o tym opowiadać, to pierprzony blagier i łgarz. Jesteś tylko ty i ocean cierpienia i bólu, którego słowami nie oddasz. Najebanie się złym bimbrem powinno mieć miejsce raz w życiu, dla ustalenia górnej poprzeczki bólu i agonii zatrutego mózgu, wątroby, nerek, śledziony, żołądka... Kurwa, wszystko jest zatrute. Stan po najebaniu się dobrym bimbrem nie różni się niczym od stanu po najebaniu się wódką ze średniej lub górnej półki. Dokładniej opiszę go w sekcji poświęconej naszemu narodowemu trunkowi.

Becherowka - jeżeli rzuciła cię dziewczyna albo wyjebali cię z pracy i musisz się najebać, a na kwadracie masz tylko becherowkę, poważnie rozważ opcje wypicia boryga, denaturatu, płynu ze spryskiwacza albo czajury[2]. Sama w sobie, becherowka nie jest zła, ot kieliszeczek ziołówki na trawienie. Nawalenie się tą perfumą prowadzi do niefajnych skutków ubocznych - odbija ci się kwietną łąką i po dwóch godzinach żałujesz, że nie zaryzykowałeś wybielacza do tkanin. Nie powoduje pierdolca w mózgu, wprowadza w stan sympatycznego upojenia, nie nadaje się do najebania na smutno i gdyby nie ten ziołowy posmak, byłaby becherowka całkiem sympatycznym alkoholem.

Burbon - do swoich prywatnych potrzeb, stosuję następującą nomenklaturę: whisky to jest to, co robią w Anglii, Szkocji i Irlandii, a burbona pędzą w Stanach. I nie interesuje mnie fakt, że jest to nie do końca prawda. Burbon jest napojem farmerów, rokendrolowców i harleyowców. Dobrym burbonem jest Jack Daniel's, który drapie gardło niczym druciana szczotka do czyszczenia kibli. Dobrym burbonem jest Jim Beam, bo i smaczny, i łagodniejszy od Danielsa. Gdyby nie to, że burbony i whisky są drogie jak sam skurwesyn, piłbym tylko je. I jeszcze tequilę. Klasyczny sposób picia burbona - zadymiony bar na południu USA, szklanka, dwie kostki lodu i burbon. Nie wiem kto wymyślił, że burbona powinno się pić z lodem. Najlepszy burbon to ten w temperaturze pokojowej pity z gwinta na środku Marszałkowskiej. Mniej ekstremalnie - pity z gwinta na środku dużego pokoju.
Jeżeli burbon nie jest jakimś podłym wynalazkiem, kac po nim jest całkowicie akceptowalny i jedyną jego upierdoliwością jest to, że czujesz się jakby ktoś owinął ci mózg watą. Kac po podłym burbonie nie różni się niczym od kaca po średniej jakości bimbrze. Stan po upiciu - rewelacja. Oprócz faktu, że czujesz się jakby ktoś odrąbał ci nogi w kolanach, bo burbony w nogi wchodzą najlepiej i odbierają w nich władzę definitywnie (na początku picia, po rozchodzeniu burbona, ten stan mija). Poza tym masz ochotę tworzyć muzykę, grać na gitarze, tańczyć i wdać się z kimś w przyjazną bójkę[3]. Jeżeli do picia zasiadałeś w nastroju melancholijno-przemyśleniowym, burbon ten stan pogłębi ale bez wbijania cię w czarne myśli. Świetny alkohol na każdą imprezę. Jego jedyną wadą jest smak. Ja burbony pokochałem, niektórym smakują niczym mydło rozpuszczone w spirytusie. Nie namawiać, nie zachęcać, nie zmuszać - szkoda dobrego trunku dla profanów. Postawcie im coś innego na stół a sami delektujcie się tym boskim smakiem. Jeżeli chcesz zostać moim przyjacielem, wlej burbona do wysokiej szklanki, wpierdol do środka sto kostek lodu i wlej pół litra coli. Patrząc na ludzi pijących takiego drinka, mam ochotę im do niego zwymiotować. Przykro mi bardzo ale to tak, jakbyś dokleił ręce Wenus z Milo. 'Bo przecież normalni ludzie mają obie ręce, nie?'

Czajura - niby nie alkohol ale potrafi jebnąć w mózg. Jak już napisałem w przypisach - nie próbujcie tego w domu. Aczkolwiek jest ona dobrym patentem na szybkie podniesienie sobie ciśnienia do granic absurdu. Co bywa przydatne na komisji poborowej.

Dereniówka - zioło, piłem raz w małych dawkach. Niezbyt smaczna, nie pozwoliła na wprowadzenie się w stan magiczny, poprawiałem innymi alkoholami. Nie wiem jaki jest po niej kac i jak się po niej człowiek czuje. Nie mam też ochoty tego sprawdzać.

Eter - eee... to nie ta bajka.

Gin - swego czasu jeden z moich ulubionych alkoholi. Na szóstym roku studiów upijaliśmy się głównie nim. Do czasu pewnej feralnej imprezy, na której, zmorzony snem, zaległem na środku pokoju. Koleżanka B. zasiadła mi na brzuchu (bo tak jej było wygodnie), reszta zwierzyńca obsiadła mnie dokoła, i wespół w zespół, radośnie kontynuowali imprezę. W pewnym momencie usłyszałem tekst koleżanki 'a dlaczego Radek nie pije?'. Chwilę później poczułem, jak do ust wlewa mi się czysty gin. To nie było złośliwe - ona po prostu chciała, by mnie kolejki nie omijały. Nawet gdy leżę nieprzytomny. To był najszybszy paw w moim życiu, na szczęście kolega skojarzył co się ze mną dzieje i zdążył dobiec z koszem na śmieci - od wlania ginu do mych ust, do jego zdeponowania w rzeczonym koszu nie minęło więcej niż 5-6 sekund. Uraz trwał kilka lat.
Niedawno oswoiłem gin ponownie i powiem wam, że gin z tonikiem i koncentratem cytrynowym to jeden z najlepszych i najsmaczniejszych drinków świata. Wchodzi gładko, nie powoduje praktycznie kaca (jest mało moczopędny więc nie odwadnia a o błogosławionym działaniu cytryny nie muszę chyba praktykom pisać, nespa?) i upija w sposób wielce radosny, by nie rzec euforyczny. Idealny napój na imprezy taneczne, idealny napój na imprezy, na których planujesz zostać dłużej niż dwie godziny. Idealny napój na imprezy, na których planujesz bajerować kobiety (nie powoduje bełkotania, chyba że wyłoisz litr ginu i trzy litry toniku). I do tego jest rozkoszną pychotką. Jeden z moich faworytów, mocna pozycja w pierwszej dziesiątce najfajniej upijających alkoholi świata. Polecam wszystkim. Jedyną jego wadą jest to, że niektórych odrzuca aromat jałowca. No cóż, nie wszyscy są idealni.

Koniak - napój zdecydowanie dla koneserów. Zarówno z uwagi na cenę (nie mówię o podróbach za 30 zł), jak i na dosyć złożony smak i aromat. Niektórym koniak kojarzy się z whisky - nie zamierzam się z nich nabijać, bo to nie kącik snoba a poradnik alkoholika. Owszem, niektóre koniaki mają delikatny posmak zbliżony do whisky. Z tym, że cała różnica ujawnia się w okolicach gardła. Picie dobrego koniaku to jak łykanie jedwabiu posmarowanego lubrykantem i bitą śmietaną. Alkohol zdecydowanie do kontemplacji a nie do walenia go z colą na baunsie. Wygodny fotel, odpowiedni kieliszek, delikatna szemrząca muzyka - tak się go pije najlepiej.
Nigdy nie udało mi się uzyskać po koniaku kaca, co świadczy o klasie tego alkoholu. Pijąc dobry koniak, osiągasz stan nirwany zaś po upiciu się koniakiem jesteś blisko Boga, boga, BOGA czy w co tam wierzysz. Nie powoduje agresji, euforii, małpich wygłupów. Wycisza, pozwala pokontemplować, wsłuchać się w siebie. Obok single whisky, jest najgenialniejszym w smaku napojem świata. Obok Lindy Evangelisty, chleba i single whisky, będzie dla mnie najlepszym dowodem na istnienie Boga, boga albo BOGA gdy zechcę go kiedykolwiek poszukać i z Nim, nim albo NIM porozmawiać. Ludziom dolewającym do dobrego koniaku coli, przestrzeliwałbym kolana i wszywał przymusowo esperal. Mistrzostwo świata, kurde.

Ponieważ w trakcie pisania, trochę mi się to rozrosło, podzielę mój quasi poradnik na części. Kolejny kawałek popełnię jak tylko wytrzeźwieję po dzisiejszej imprezie. Do poczytania.

[1] Ten sposób picia absyntu został wymyślony w stanie totalnej śmierci mózgowej, podczas jednej z imprez u mnie na kwadracie. Jest zbliżony do czeskiej szkoły picia absyntu.
[2] Stara, więzienna metoda wprowadzania się w odmienny stan świadomości. Paczkę herbaty zalewasz naparstkiem wody. Otrzymanym wywarem można asfaltować drogi. Po wlaniu go w siebie, zamieniasz się w innego człowieka, mówisz głosami, masz widzenia, jesteś niewidzialny i nieśmiertelny. Bananowa młodzież wychowana na kolorowych drinkach z palemką nie powinna pić czajury, bo pechowcy skończą na Powązkach a szczęściarze na OIOM-ie. Żeby nie bylo, że nie ostrzegałem.
[3] Przyjazna bójka nie kończy się złamaniami otwartymi i wybitymi zębami. Kończy się zaś tarzaniem na pobliskim trawniku, butnymi słowami i stroszeniem piórek. Po zakończeniu przyjaznej bójki, idziecie obaj do baru (już jako koledzy) i stawiacie sobie naprzemiennie kolejki aż do utraty świadomości i osunięcia się na podłogę.