To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 25 lipca 2014

Z narkozą okazało się tak, że mam kondycję i być może nie będą mnie usypiać, tylko kombinować. Rozmowa z pierwszym anestezjologiem przebiegała w duchu wzajemnego zrozumienia. Najpierw mi zaproponował, że przed operacją, chirurg będzie mnie żgał igłą w okolicach barku, w takie wgłębienie. I jak trafi w splot nerwowy odpowiadający za obsługę całej ręki, to dojebie mi w to miejsce litr znieczulenia, da środek nasenny, żebym nie słyszał wiercenia w kości i będzie git. 

Na moje pytanie, czy jest wariant awaryjny, usłyszałem coś takiego: założymy panu motzno opaskę na nadgarstek a jak krew spierdoli z ręki, poprawimy opaską nad bicem. Następnie w żyły wlejemy wiadro lidokainy, damy środek nasenny i ciachanko. 

No to kurwa pięknie, pomyślałem. Będę się musiał wysilić i wyczuć prąd przebiegający przez rękę (opcji z lidokainą nie dopuszczałem do świadomości, choć brzmiała zajebiście, pomyślcie, zamiast krwi anestetyk), bo jak się pomylę, to znieczulenie pójdzie bokiem i umrę na tym stole. 

Potem jeszcze przyszedł ordynator z chirurgiem jakimś i pożartowaliśmy sobie, że może trzy tramale, znieczulenie miejscowe, kołek między zęby i jechane. Ordynator się obśmiał, zimny chirurg sprowadził mnie na ziemię i powiedział, że cięcie to by pan pewnie jakoś wytrzymał ale wiercenie w kości by pana zabiło. Umarłbym od szoku. Brzmi nieźle, Teklak tak się zszokował stanem polskiego państwa, że zszedł. 

No ale żarty na bok, bo końca nie wiedziałem co się będzie odpierdalać i trochę dygałem. Przyszedł piątek. Do południa na stendbaju, staram się nie umrzeć od tego szoku przedoperacyjnego, co to może mnie zabić, zabrali zioma ode mnie z sali, szykuję się powoli, prysznic wzięty, wbijają salowe. Próbuję się ubrać w ten szlafroczek operacyjny, na dupie rozcięty, z fizoliny, kurwa jakiejś, ale on jest w rozmiarze uniseks, czyli dla szczupłej pani metr siedzemdziesiąt maks a nie dla schaba, który ma własną grawitację. No to panie ujebały lewy rękaw, przekładam rękę, próbuję włożyć prawą i chuj powitał. Rękaw wypada na wysokości mojego prawego cyca. Dobra, to pieprzyć rękawy, i tak mi tego się nie da zasznurować na plecach. Rozebrałem się do rosołu, okryłem tą fizokurwaliną słabiznę, wczołgałem się do koja, zarzuciłem na siebie kołdrę i jedziemy. 

O w dupę, jak we filmach. Leżę sobie na wznaku a nade mną śmigają panele sufitowe, i co trzeci albo czwarty, ma w sobie światło. I co kilkanaście metrów, jeb, podskok, bo próg. A potem drzwi i jeb, burtą, bo za wąskie kurwa są te drzwi. No bo po co robić takie na szerokość łóżka z okładem, jak można na styk gdyż polska szkoła architektury szpitalnej. Się czułem jak konwój do Murmańska na polu minowym i modliłem się, żeby w jakąś futrynę nie przyjebać łokciem obolałym, bo nie byłoby operacji tylko masakra w wykonaniu gołego grubasa. 

Zajeżdżam na blok, piździ jak w Rzaholeckim Lesie, podchodzi pani anestezjolog, bo ten typ, co z nim rozmawiałem, nie będzie mnie jednak znieczulał, uśmiecha się, przedstawia, ja się obszczerzam jak jaki głupi, mało mi czubek łba nie odpadnie, bo pani aligancka i szykowna. Kurwa, ja chyba w tym szoku, co to miał mnie zabić, zacząłem z nią flirtować ale na szczęście wzięła poprawkę na mój stan, zlitowała się nade mną i mi przerwała. Po czym zaproponowała, że jednak znieczulenie będzie na pełnej kurwie, sobie pan zaśnie i git. Proszę podpisać, że się pan zgadza i podtyka mi podkładkę sztywną i jakiś kwit. Owszem, przeczytałem, żeby nie było, że komuś oddaję nogę i nerki, wciska mi długopis do ręki, stawiam te kaligrafy kulfoniaste, podpis wygląda jak sfałszowany przez dziecko i sam nie wiem, czy mam już przejebane, czy potem. 

Wwożą mnie na blok, leniwa krzątanina profesjonalistów, bo to w sumie tylko kolejny kawał mięsa do pokrojenia, pani anestezjolog gładzi mnie po ramieniu i opowiada co się będzie działo, tu tlen, to gorzkie to na pana kondycję, o kurwa, jakie to pyszne, duszę się, DUSZĘ SIĘ, KOBIETO! Pani od znieczulenia nie reaguje, bo jak ma zareagować, jak ja sobie o tych dusznościach tylko myślę, co ona, telepatka jest, i do swojej pomagierki mówi milijon jednostek czegokolwiek ale bez atropiny. Jakiej, kurwa, atropiny. Atropinę to sobie Harry Shulz pakował w nogę, jak nie udało mu się zatruć Barto Scalisio, to co wy mi tu, jakąś odtrutkę na pobudzenie dajecie, po co...

Zgasło światło. Zdrada. Umarłem. 

Śpię sobie i śni mi się jakaś megalitycznie rozkurwiatorska impreza. Największy melanż mojego życia, na którym są wszyscy ludzie, których kiedykolwiek znałem. Wino, kobiety, śpiew i substancje nieakcyzowane. Ja się nie będę wdawał w szczegóły, bo dzieci mogą to czytać ale nie zdziwiłbym się bardzo, gdybym w tej śpiączce farmakologicznej, nie próbował skroić chirurgowi portfela kutasem. A tak ze trzy razy. No jest tak bardzo dobrze, wszyscy tańczą, piją, ciągną albo kopulują i nagle jeb, światło i jakiś ziom złowoniaszczy mi mówi, że koniec, po zabiegu. Rozklejam ślip, patrzę w sufit i pierwsza myśl: no to, kurwa, zajebiście. Czuję się, jakbym imprezował dwa tygodnie a tu trzeba się ogarnąć i iść do pracy, no co za przypał. Jak po 20 sekundach wszedł w łokieć największy ból mojego życia, skojarzyłem, że chyba jeszcze jakiś wpierdol obskoczyłem na tym baunsie. No jak ja do tej pracy pójdę, pytam się ja was ale bardziej siebie, może jakiś urlop na żądanie, bo nie dość, że jestem pijany, to chyba ktoś mi narkotyki wsypał do kebaba. Kolejne 20 sekund, powrót do rzeczywistości, blok, przy łóżku kilku gości oblanych krwią, Ryszard zapiekankę... A nie, to nie to. Radek, raduj się, nie idziesz do pracy. 

Radość nie trwała długo. 

Zawlekli mnie na blok pooperacyjny, nawpierdalali jakichś rurek, elektrod i innych szemranych interesów w moje ciało bolesne, zaczynają kroplić coś do żył, to ja się pytam pielęgniarki, czy ktoś mógłby mi z sali numer 12 przynieść książkę do poczytania. No co pan, kołowaty jakiś? To może chociaż komórkę, rodzina i ludzie się niepokoją, bym smsa wysłał. No co pan, kołowaty jakiś? Szlag, przyjdzie mi tu jebnąć z nudów. 

Nudy nie groziły. Na łóżku po drugiej stronie bloku, jakaś kompletnie otępiała pani, próbuje wyplątać się z pościeli i gdzieś chce iść. Podbiegają pielęgniarki, laska kompletnie nie kontaktuje i na dodatek straciła zdolność mowy, więc nie jest w stanie im powiedzieć o co chodzi. Się domyśliły, że boli i zajebały ją narkotykami. Po prawej, w moich nogach, leży ziom, który sobie na zbicie bólu wymyślił taką litanię: o kurwa, jak boli, ja pierdolę, jak boli, o kurwa, jak boli i tak da capo al fine. Przychodzi pielęgniarka, prosi go, żeby przestał przeklinać i zapierdala gościa narkotykami. Leżę i myślę tak sobie, że nic gorszego mnie nie spotka gdy obok mnie instalują Fetora. Fetor to wyjątkowo obrzydliwa postać, leżałem z nim przez chwilę na sali ale same pielęgniarki załatwiły mi transfer, bo koleś był bezczelnym skurwielem, srał pod siebie, chociaż bez problemu mógł obsłużyć basen i nie mówił, tylko warczał z pretensją, bo jemu się należy a obsługa jest chujowa. Żłób kompletny, wnioskując po haftach, po kryminale, kutas pieprzony, który pielęgniarzowi powiedział, że jemu się nie chce i nie opłaca pracować. I jak tylko wjechał na salę, się zaczęło. Siostro! SIOSTRO! Coś bym się napił, więcej przeciwbólowego, coś bym się napił, SIOSTRO! I tak, kurwa, do zajebania. 

Bliski byłem powyrywania sobie tych rurek, elektrod i interesów i zaorania gościa maszyną monitorującą ale właśnie wtedy środki przeciwbólowe przegrały swoją walkę z moim organizmem. Dość powiedzieć, że jeszcze nigdy w życiu nie bolało mnie aż tak, że łzy leciały mi z oczu, chociaż nie płakałem. To jakiś fizjologiczny fenomen musiał być, bo chłopaki płaczą tylko na niektórych filmach wojennych. Przyszła pielęgniarka, okazało się, że jest za krótka, zawołała panią doktor, która zajebała mnie narkotykami, przy czym dopiero druga albo trzecia mieszanka zadziałała. 

Chciałbym powiedzieć, że koktajl działał długo, ale nie mogę więc po jakimś czasie zawołali doktora (bo pani doktor chyba skończyła dyżur na bloku) i ziom ponownie zajebał mnie narkotykami, ale jakimiś innymi, bo ciągle czułem stępiony ból. A w tle Fetor nadawał bez ustanku. Po trzech albo miljonie godzin, dałem znak-sygnał pielęgniarce i się spytałem, czy mogę wrócić na salę, bo zaraz sąsiadowi przypierdolę. Ona chyba też miała typa dość, bo powiedziała, że spoko, jak pan woli tam leżeć, to nie ma problemu. W drodze powrotnej każdy podskok na progu był tak zabawny, że o rany, na szczęście ostatni zakręt, wmontowanie się w futrynę i już w domu. Koszmarne mdłości, zawroty głowy i miękkie nogi (powaga, do kibla nie szedłem tylko takie pół na pół skradanie i czołganie uskuteczniałem, jak pająk jakiś) były naprawdę niską ceną za opuszczenie sali, w której gnił Fetor. 

Będę żył, pomyślałem i odpaliłem Vikingów. Będę żył. Obolały, pocięty ale będę...

Chciałbym powiedzieć, że zapadłem w sen ale nie będę kłamał. Nadchodzące dwa tygodnie miały mnie nauczyć kilku rzeczy o samym sobie. Na przykład tego, że na luzie można nie spać przez prawie trzy dni albo jeść tramal jak tik-taki ale przestaję już skamlać, inni mają gorzej. 

A wszystkich, którzy pierdolą, że cierpienie uszlachetnia, zajebałbym szpadlem i zasypał wapnem w anonimowej mogile, na której zamiast znicza, postawiłbym kloca. Nie uszlachetnia, wy chuje bez serca. Za to bardzo upokarza i odziera z godności. A mnie, w porównaniu z innymi, których naprawdę boli, przecież ledwie swędziało. A nawet i to nie.

wtorek, 22 lipca 2014

No więc ukonstytuował się kolektyw mieszkańców i na pierwszym spotkaniu ustaliliśmy przez aklamację, że jest taka zorganizowana akcja, że wszyscy lokatorzy wpłacają pieniądze na konto kolektywu. Jak zwykle w kwocie, jaką podpowiada wam wasze sumienie, jednakowoż zwyczajowo sugeruję, żeby wpłacić trochę więcej niż trochę mniej, bo za trochę więcej są bonusy. 

Tak, wystartował nowy bookrejdż i tym razem twórcy pakietu mają dla was niespodziankę: Szczerek, Żulczyk i czwórka autorów, których możecie nie znać. Gdzie tu opłacalny deal? zapytają się niektórzy. No więc opłacalny deal jest podwójny. Po pierwsze, na mieście gadają, że nowa rzecz Szczerka jest jeszcze śmieszniejsza od Mordoru. Nie wiem jak wy, ja się nie mogę doczekać. Druga część dobrego interesu jest taka, że tych czterech anonimów warto, moim zdaniem, poznać, bo to ludzie dobrej roboty, którzy, niczym Szarmach, głowę wkładają tam, gdzie inni boją się włożyć nogę... Nie, po chuju ta analogia. Albo i nie, bo przecież czasami dokoła są jednak rycerze ortalionu. Chodzi o to, że oni robią taką kronikę z życia miasta. Karolina Pochwatka prowadzi Puls Trójmiasta, pije zimne piwo na murku, jara szlugi, przeklina ładniej ode mnie i ma zajebistą matkę, która, mam nadzieję, dorosła już do pewnych rzeczy. Łukasz Najder z kolei redaguje Głos Zakutasia i nadaje na falach długich z tramwaju 46, który to tramwaj będzie niedługo kvltovy i będzie stał w Muzeum Słowa Polskiego. Paweł Ziętek jest redaktorem naczelnym w Halo Poznań i czasem wrzuca swój urobek na bloga, za rzadko jednak, zobaczymy co skleił w książce. No i ja, redaktor i wydawca niecodziennika Warszawa Muwi, znacie mnie, to się nie będę produkował. 
Z moim zbiorkiem jest taka sytuacja, że rozmowy o pakiecie zaczęliśmy jakiś czas temu. I ja od tego, jakiegoś czasu temu, pisałem nowe rzeczy, do tego zbiorku. Bo część wybraliśmy starszych, a część miała być nowych, że niby nowa jakość. Ale jak już mi się udało coś napisać i wrzucić do szuflady, to natychmiast tekst zaczynał mi dno tej szuflady przepalać i najdalej po dwóch dniach, nakurwiałem tym kawałkiem w internet, bo przecież jak tak można więzić słowa? Dlatego nowych rzeczy nie ma, wszystko znacie ze strony, bloga i fejsa. Co nie zmienia faktu, że wam życzę dobrej zabawy a sobie nieustających przygód na mieście, zakończonych nie wpierdolem a kolejnym tekstem. 
Pakiet leży na stronie bookrage.org Klikacie w linka, klikacie w 'Kup' (hehehe), wybieracie kwotę albo wpisujecie swoją, jak ktoś czuje przymus, może pobawić się suwaczkami,następnie mail, płatność i lu, macie książki w mailu w fensi formatach epub, mobi i pdf. No to sobie możecie poczytać na każdym urządzeniu. 
Dziękuję za uwagę.