To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 20 lipca 2011

W zasadzie to miałem nie pisać, bo to puste bicie bitów ale jak sobie przypomnę, że prawie się spierdoliłem z roweru, to jednak dopada mnie imperatyw.

Jadąc ulicą padał deszcz. Przepraszam, jadąc ulicą. Wróć, jadąc chodnikiem, po to by za chwilę zjechać na ulicę, słuchałem sobie Antyradia. W Antyradiu między 16 a 18 jest idiotyczna audycja motoryzacyjna, której słucham tylko dlatego, że w przerwach między mamrotaniem składu na miejscówce, puszczają naprawdę świetną muzykę i nie urywają kawałków nagle. W przerwach między kawałkami, siedzący w studio ludzie rozmawiają o motoryzacji. Zazwyczaj smętne pierdolenie o nowych markach przelatuje mi przez uszy ale wczoraj Przemysław 'Jah Jah' Frankowski wydał wojnę rowerzystom jeżdżącym po chodnikach. Spoko, to wolny kraj, można wydawać wojnę każdemu i nie przejmować się tym, że przejaz rowerem Wisłostradą albo Puławską to proszenie się o śmierć lub kalectwo i nie ma bata, będę jeździł tam chodnikiem. Puściłem jego teksty mimo uszu.

Następnie zaczęły się płacze nad zmianami w przepisach, które dały rowerzystom jakieś szanse na drodze. Bo widzicie, cykliści nie są gotowi na taki szok i tyle wolności gdyż brak nam tego skila, który mają inne nacje. Chodzi o sensowną koegzystencję pieszych, rowerzystów i kierowców w tkance miasta. Za mało było czasu żeby go wyrobić, rozumiecie. No nie ma tradycji i już. Trochę zwolniłem i zacząłem słuchać z uwagą. Bo ciekaw byłem jakimi mądrościami jeszcze mnie uraczą.

Zgodnie z przewidywaniami, w audycji motoryzacyjnej nikt nie zająknął się o kierowcach łamiących nagminnie przepisy. Zaczęła się za to moja ulubiona fikcja - przecież w Warszawie wszędzie jest ograniczenie prędkości do 50 km/h więc jazda po chodniku no to normalnie jest szok i przerażenie. Ale i to przyjąłem na klatę, bo prywykszy do takiego smutnego pierdolenia.

Potem był słuszny postulat żeby nie przejeżdżać rowerem przez przejścia dla pieszych na pełnej kurwie, bo kierowcy podczas prawoskrętu nas nie widzą gdy wyskakujemy im przed maskę nagle. Tu się zgodzę, przez przejścia przejeżdżam w tempie pieszych. I piesi zawsze mnie odgradzają od skręcających prawoskrętnych gdyż jadę po zewnętrznej bandzie.
Aż wreszcie nastąpił ten moment, w którym prowadzący zadał mi gnadensztosa - od przejść dla pieszych płynnie przeszedł do przejazdów rowerowych. I to była ta chwila gdy mało się nie wyjebałem na krawężnik. Otóż jeden z prowadzących rzucił frazą: w zasadzie to i na przejazdach rowerowych moglibyście zsiadać i przeprowadzać rower, gdzie wam się spieszy, co wam zależy?

Powiedział to facet, którego syn zapierdalał po Puławskiej Ferrari, jakoś tak trzykrotnie przekroczył prędkość po czym wbił się w filar i zabił swojego pasażera. Kurtyna.

piątek, 01 lipca 2011

Rozprawię się pokrótce ze swoimi wróżbami z pierwszej notki o Uważam Rze oraz spróbuję policzyć na ile ten projekt jest opłacalny. Specjalnie do celów notkowych poszedłem i kupiłem egzemplarz. A potem go podczas obiadu próbowałem czytać i zrobiło mi się trochę smutno, bo tematy mają fajne ale wykonanie nudne. Jak można napisać takiego klocka mając pod ręką policjantów prowadzących sprawy przeciwko pedofilom to ja nie wiem. No ale pracuję przy tabelkach więc nie muszę się znać na pisaniu felietonów.

Co ja tam nawypisywałem w lutym... Początkowy nakład 200-250 tysięcy, ZKDP mówi że w lutym średni nakład wynosił 230 tysięcy. Nieźle, kolego Teklak, nieźle. Początkowa sprzedaż wersji za 1,90 zł miała według mnie wynosić 120-150 tysięcy. ZKDP mówi, że średnie rozpowszechnianie razem wyniosło 120 tysięcy. No i jogi babu Jasiu, może faktycznie coś kojarzę z tego rynku i nie jestem tak kiepskim analitykiem, jakim widział mnie mój przedpoprzedni szef.

Następnie zastanawiałem się jakie poziomy osiągnie Uważam Rze w momencie zmiany ceny na 4,50 zł. Wydawca wyciął numer i cenę zwiększył do 2,90 zł więc w tym momencie moje mamrotanki nie mają już umocowania w rzeczywistości. Przewidywałem zjazd sprzedaży do poziomu 80-100 tysięcy ale musimy z weryfikacją tych danych jeszcze trochę poczekać. Chwilowo jest taka akcja, że za wzrostem ceny poszła znacząca poprawa jakości tytułu (papier, szata graficzna) i widać to w rozpowszechnianiu - w marcu 140 tysięcy, w kwietniu 133 tysiące.

Wymyśliłem sobie też koszt kampanii launchowej, cytuję: Jeżeli budżet powstał w księgowości, to 2 miliony. Jeżeli przy współpracy z domem mediowym: 4,5-5 milionów. Obstawiam ostrożnie 4 miliony. Oczywiście mówimy o kwotach z cennika, bo nie znam wysokości rabatów jakie ma Mindshare. W tym miejscu wróżę sobie największą porażkę w zgadywaniu. Okazało się, że budżet powstał w księgowości gdyż w lutym wydawca wydał na reklamę we wszystkich mediach 2,5 miliona złotych po cenniku. Kurde, miewam dobre momenty. Podtrzymali tę kwotę w marcu, potem już tylko jakieś drobne na piwo na kampanie radiowe wydawali. Oczywiście może to być barter wydawniczy z RMF i Zetką ale to nieistotne (znaczy zaraz będzie, ale teraz jeszcze nie). Istotne jest to, że z kwotą udało mi się trafić, jestem z siebie dumien. I dobrze zrobiłem, że sobie kupiłem dużego Glenfiddicha - zasłużyłem na niego.

A teraz chciałbym się przyjrzeć biznesowej stronie całego projektu. Od razu mówię, że nie mogę przedstawić szczegółowych danych dotyczących kosztów produkcji, redakcji, druku, papieru etc. Mam taką wiedzę ale dotyczy moich tytułów i nie jest do upubliczniania. Jak się jednak za chwilę okaże, nie będzie nam ona do niczego potrzebna. Jasne, analiza byłaby pełniejsza ale mi nie chodzi o drugie miejsce po przecinku tylko o odpowiedź na jedno pytanie - czy ten biznes się opłaca.

Po kolei więc. Większość tytułów zarabia na dwóch polach - sprzedaż i reklamy. Policzę jak to wygląda w przypadku Uważam Rze.

Łączne rozpowszechnianie płatne razem od lutego do kwietnia (tylko tyle mam danych w ZKDP) wyniosło w przybliżeniu 1,5 miliona egzemplarzy. Tutaj trochę czarów na danych szczegółowych i lu - na egzemplarzówce wydawca zarobił 3,9 miliona złotych.

Z reklam, cennikowo, od lutego do kwietnia (ujednolicę okres badania) wydawca zarobił 1,7 miliona złotych. Razem 5,6 miliona. No z tym, że niekoniecznie. Wpływy z reklam są liczone po cenniku. W tym kraju po cenniku możecie kupić paliwo albo chleb, na reklamy daje się solidne rabaty. Nie znam oczywiście poziomu rabatów jakie oferuje biuro reklamy Uważam Rze ale wydaje mi się, że podzielenie tej kwoty na pół nie będzie przybliżeniem krzywdzącym dla wydawcy. Od lutego do kwietnia wydawca zarobił więc na reklamach i egzemplarzówce 4,75 miliona. No niech będzie, że 5 milionów pękło.

Po stronie wydatków mamy dostęp do wydatków na reklamę i po cenniku jest to 6 milionów (luty-kwiecień). Po rabatach niech to będą 4 miliony. Zadałem sobie trud i przejrzałem emisję po emisji żeby wykluczyć ewentualnych klientów barterowych. Za outdoor zapłacili w całości, wydatki w magazynach to grosze. W przypadku telewizji pewnie zapłacili za duże stacje, jeżeli mają przytomną promocję z niszówkami mogli się zbarterować. Załóżmy optymistycznie, że faktycznie tak było i zapłacili tylko za państwową i TVN. W przypadku radia mam podejrzenia, że wydawca ma podpisany barter z RMF i Zetką, bo sieją tam kasą jak opętani. Poczyniwszy te wszystkie, miejscami dość karkołomne założenia, otrzymujemy 3 miliony po cenniku. Po rabatach policzmy sobie zgrubnie 2 miliony.

Co nam zostało? Ano 3 miliony łącznie czyli milion miesięcznie. Z tego trzeba ponieść:
- koszty eksploatacji biur
- koszty redakcji, biura reklamy, księgowości etc.
- koszty druku
- koszty sieci dystrybucji

Oczywiście nie jestem w stanie bezspornie stwierdzić ile konkretnie w Uważam Rze kosztują poszczególne piony, bo nie wiem jak oni są sklejeni organizacyjnie z Rzepą. I być może koszty biur, księgowość, HR i innych działów wspólnych bierze na siebie Rzepa. Zresztą po co ja to piszę, bierze czy nie bierze - milion miesięcznie oznacza, że Uważam Rze jest solidnie pod kreską. W okresie luty-kwiecień wydrukowali w sumie 3,5 miliona egzemplarzy (nakład). Kasa którą w tym czasie zarobili nie pokryła im nawet kosztów druku - sorry, jeden egzemplarz, nawet przy solidnych rabatach na jakie może liczyć w drukarni Presspublica, kosztuje trochę więcej niż złotówka. A gdzie jeszcze w tym wszystkim dystrybucja, produkcja czy redakcja? Zresztą nawet gdyby drukowali za 50 groszy (to bardzo karkołomne założenie) nie da się za pół miliona miesięcznie opędzić pozostałych wymienionych kosztów. Dziękuję za uwagę.

Mógłbym tutaj tworzyć jakieś modele, w których koszty kampanii reklamowej nie liczą się do wyniku Uważam Rze i zostały poksięgowane gdzie indziej. Tytuł nie płaci również za powierzchnię biurową a po stronie kosztów ma wyłącznie redakcję i okolice (27 osób) oraz biuro reklamy (6 osób). Plus koszty druku i dystrybucji. Nie ma to jednak najmniejszego sensu, bo jakbym nie kombinował, nie wychodzi nic innego niż to, że Presspublica jest na razie w plecy. Gdzie szukać zyskowności?

Na egzemplarzówce nie zawalczą dużo więcej, bo jak podniosą cenę do 4,5 zł to ewentualne nadwyżki zostaną skonsumowane przez obniżoną sprzedaży. Zakładam, że czytelnicy Uważam Rze nie odbiegają od czytelnika 'standardowego' i są wrażliwi na cenę egzemplarza. Podwyżka o 50% spowoduje spadek sprzedaży. Zawsze się tak działo i zawsze na rynku prasy się tak dziać będzie.
Jedyną szansą dla tytułu jest przyciągnięcie reklamodawców. Newsweek, Polityka i Wprost zarabiają miesięcznie na reklamach 5-6 milionów po cenniku, Uważam Rze pół miliona. Sytuacja nie zmieni się dopóki tytuł nie zostanie objęty badaniem PBC. Chociaż oczywiście może być też tak, jak napisałem w pierwszym wpisie: Skąd więc bierze się ta niewdzięczność rynku, skoro w 2010 rosło tak, jak obiecywał premier? Z dwóch powodów - wszystkie pisma są na nim zasiedziane i piekielnie trudno będzie walczyć o reklamodawcę. Ale to jest do przeskoczenia.
Drugi powód jest według mnie ważniejszy - Presspublica wsiada moim zdaniem na złego konia. Chodzi mi o tematykę i skład osobowy.

Zobaczymy. Podtrzymuję to, co napisałem w lutym - nie czytam ale kibicuję pismu i chciałbym żeby im się udało. Poważnie. Natomiast jeżeli wydawca czy naczelny Uważam Rze mówi cokolwiek o sukcesie tego magazynu, to mam nadzieję, że ma na myśli sukces sprzedażowy. W przeciwnym wypadku trochę się mija z prawdą. Do poczytania.