To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 28 lipca 2009

Bajsikl, baaajsikl... Wiem, że moje pisanie o szalonych kierowcach, którzy od wielu lat na mnie polują jest nudne i nikt już tego nie chce czytać. Dlatego dzisiaj, albo jutro, w końcu nie wiemy kiedy to pójdzie, napiszę o moich braciach w niedoli - cyklistach.
Proszę państwa, w większości to są bezmyślne chamy.
Tu mógłbym zakończyć ale jako analityk nie mogę rzucać wniosku bez uzasadnienia, bo źle bym się z tym czuł. Temat wzbierał i nabrzmiewał od kilku lat ale ostatnie trzy tygodnie intensywnego roweringu pozwoliły mi zaobserwować taki zestaw debilnych zachowań, że grzechem byłoby nie zrobić listy. Kolejność przypadkowa ale starałem się uszeregować dziwne akcje od najbardziej hardkorowych do lajcików. Co mi się nie udało ale nie chce mi się przeklejać akapitów.

1. Kodeks obsysa. Tak na oko 90% rowerzystów nie ma bladego pojęcia o przepisach ruchu drogowego. I nie mówię tu o przejeżdżaniu na rowerze przez przejście dla pieszych, bo przepis ten jest archaiczny i moim zdaniem zbędny. Wystarczyłoby wpisać w kodeksie obowiązek zwolnienia przed wjazdem na przejście. Nie, no co ja bredzę - przecież rowerzyści kodeksu w życiu na oczy nie widzieli więc przepis i tak byłby martwy. Poza tym każdy rozsądny cyklista, który co nieco widział i przeżył, na przejście wjeżdża w tempie pieszego i raczej nie jedzie prawą krawędzią, bo można wtedy obskoczyć od kierowców, którzy prawoskręt na zielonej strzałce widzą tak: kierownica w prawo i gaz do dechy. Niech się martwią piesi.

2. Są nas bezmózgie miliony. Dobra, pobrnąłem w dygresję więc zacznę jeszcze raz. Większość rowerzystów na drodze jest gorsza od stonki, dżumy i przemarszu rosyjskich wojsk. Jazda środkiem pasa, wymijanie stojących na czerwonym świetle samochodów[1], jazda zygzakiem (i nie chodzi mi o mijanie studzienek), jazda lewym pasem (niepojęte dla mnie), jazda prawym pasem podczas gdy obok jest pobocze, zmiana pasów bez oglądania się za siebie, włączanie się do ruchu na rympał (bo przecież jestem wąski i mogę sobie skręcać w prawo kiedy zechcę - wozy na pewno mnie miną). Z drobniejszych przewin wymieniłbym niesygnalizowanie skrętu, swobodne przeskakiwanie między ulicą i chodnikiem, bez oglądania się na pieszych i samochody czy jazda dwóch albo więcej rowerzystów obok siebie (skrajny debilizm).

3. Paint it black. Specjalny punkt przeznaczyłem dla Mrocznych Rycerzy. Opaska odblaskowa kosztuje jakieś 3 złote. Migające światełka wraz z kompletem baterii jakieś 20 złotych sztuka. Odblaski w niektórych sklepach rowerowych rozdają za darmo, trzeba je sobie tylko przykręcić. A ci debile jeżdżą nieoświetleni. Dzisiaj prawie zaliczyłem bonusa, bo starszy pan na idealnie niewidocznym junku postanowił sobie zjechać na ulicę. Z lewego chodnika walnął śmiało na prawy pas, nie oglądając się za siebie. Kierowca, nawet jadący przepisowe 50 km/h nie miałby żadnych szans na uniknięcie dzwona. Skąd wiem? Bo ja jechałem jakieś 20 na godzinę i ledwo dziadka minąłem. Tak na lakier. Zwróciłem mu uwagę, że warto byłoby zainstalować jakieś światła i na przyszłość rozejrzeć się przed takim zjazdem. Nie zareagował na moje chamskie zaczepki i pojechał dalej.
Ktoś ma pomysł dlaczego ludzie nie chcą zainwestować pięciu dyszek w bezpieczeństwo? Poważnie, zdrowie albo życie nie jest tyle dla nich warte? Mój postulat - jeżeli na rowerze nie ma pół światła, odblasku czy czegokolwiek co zwiększałoby widoczność rowerzysty na drodze, policja powinna takich pajaców zatrzymywać i walić mandaty. Szybko by się okazało, że pięć dyszek to nie tak dużo. A za recydywę można rekwirować rower.
I co mnie najbardziej szokuje - maszynka na oko za trzy, cztery klocki, na siodełku właściciel wyglądający na inteligentnego pracownika umysłowego a wszystko razem to jedna, wielka czarna dziura. Oprócz firmowych odblasków nic. Nul. Zero. Z empatycznym bólem serca mogę zrozumieć, że ten starszy pan nie miał pieniędzy na światełka, dlatego mówiłem do niego spokojnie, kojąco i grzecznie (nie żartuję). Ale tych nowobogackich ciulów chyba stać na wydanie stówki na kosmiczne światła widoczne z odległości kilometra? Dlaczego sobie ich nie kupili? Kolejny temat na pracę z socjologii albo psychologii. Chociaż w ich przypadku to chyba psychopatologia jest raczej.

4. Mam rower - nie muszę myśleć. Niedouczenie i brak oświetlenia można w jakiś sposób zniwelować odrobiną wyobraźni i umiejętnością dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych. Niestety, jakoś tak około połowy rowerzystów to bezmyślne bezmózgowia. Naprawdę nie trzeba kończyć klasy mat-fiz żeby wiedzieć, że samochód nie jest w stanie zatrzymać się w miejscu i istnieje coś takiego jak droga hamowania. Dla niektórych to za trudne. Z innej beczki - kierowca ma jakieś 0,1 sekundy na reakcję gdy gwałtownie odbijasz tuż przed nim w bok - czasami jadąc ulicą warto byłoby zatem na nią patrzeć, bo wszyscy wiemy jaki jest stan dróg w Polsce. Obserwacja umożliwia wyminięcie przeszkody szerokim i długim łukiem. No ale jak się gada przez komórkę albo gapi na boki, to czasami studzienkę dostrzega się w ostatniej chwili. Co jest przykre.

5. Jazda bez trzymanki. Za coś takiego rekwirowałbym rower z automatu. Bez trzymania to można sobie jeździć pod blokiem albo w cyrku. Niestety, przygłupów którzy robią to na ulicy bądż na chodniku obserwuję coraz więcej. I nie są to wyłącznie młodzi ludzie chcący zaszpanować przed dziewczynami. Trzydziestolatek jadący bez trzymania powinien pójść do lekarza i przeszczepić sobie z pół kilograma mózgu.

6. Who's the king babe! Zachowanie rowerzystów na ścieżkach. Woła. O. Pomstę. Do. Nieba. Wolna amerykanka, brak wyobraźni, dzicz i zezwierzęcenie. Większości rowerzystów na ścieżkach nie obowiązują żadne przepisy, nie trzeba myśleć, nie trzeba przepuszczać pieszych na przejściach, nie trzeba włączać świateł, nawet jeżeli się je ma. Można jeździć falangą macedońską, można zatrzymać się, postawić rower w poprzek ścieżki i pogadać przez komórę. Nie ma obowiązku jazdy prawą stroną, slalom jest fajny, luzacki i stylowy. Jak się pan rowerzysta zmęczy, to można prowadzić rower po ścieżce, nawet jeżeli obok jest chodnik. I oczywiście należy reagować nerwowo albo agresywnie na zbliżających się z tyłu innych rowerzystów, którzy dzwonkiem bądź okrzykiem ostrzegają, że będą wyprzedzać. Na ścieżce rowerowej można wszystko, zakazany jest tylko zdrowy rozsądek, myślenie i kultura.

7. Pieszy wrogiem twym. Dawno temu piesi na ścieżce mnie irytowali. Po dwóch latach jazdy zdałem sobie sprawę, że większość pieszych po ścieżce idzie nie dlatego, że nienawidzą rowerzystów i chcą im zrobić na złość. Zazwyczaj jest to efekt zagapienia, zmęczenia, roztargnienia albo wygody. Normalny człowiek zwalnia, z bezpiecznej odległości mówi głośno 'przepraszam', wymija pieszych z uśmiechem a gdy słyszy 'przepraszam, nie zauważyłem, że to ścieżka', uśmiecha się szerzej i mówi 'nie ma problemu' albo 'spoko, zbliżałem się czujnie i powoli'. Oczywiście jest to oznaka spedalenia i mięczakowości. Pieszego na ścieżce należy zjebać jak psa, zwłaszcza gdy jest mniejszy lub słabszy od nas. Niezłym celem są umęczone kobiety z siatami, starsi ludzie i matki z wózkami. Dresiarze i postawni faceci na ścieżce mogą czuć się swobodnie, bo przeciętny rowerzysta jest odważny w granicach rozsądku.

8. Moja racja jest najmojsza. Nieważne co zrobił rowerzysta, zawsze jest to wina innych: kierowcy, pieszego, psa, dziecka albo rolkarza. Pan na rowerze wie wszystko najlepiej, kierowcy to debile (można kopnąć ich w maskę albo urwać lusterko z buta), piesi są nieuważni, psy ganiają bez smyczy, dzieci wkurzają, bo sa nieobliczalne a rolkarze to tacy gorsi cykliści. Gorsi, bo snują się powoli i zajmują niepotrzebnie miejsce na ścieżce. Na dodatek nosi ich na obie strony. Za to my to jeżdżące ideały.

9. Rowerzysta na chodniku. Mało który rowerzysta wie, że na chodniku jesteśmy w gościach i w związku z tym powinniśmy zachować na nim wzmożoną uwagę. Z tym, że niekoniecznie. 30 km/h, szał w oku i dziki slalom między przechodniami. Hamowanie by pieszych przepuścić, to oznaka słabości, przecież jedziemy tak szybko, że na pewno zdążymy przejechać przed nimi. Gorzej, że czasami się to nie udaje i rowerzysta w pieszego wjeżdża. Za każdym razem jest to oczywiście wina tego powolnego zawalidrogi. I tu zdradzę wstydliwą tajemnicę - gdy widzę takiego artystę pędzącego z naprzeciwka, jako pieszy zawsze idę na konfrontację. Nawet jeżeli na rowerze pociska wielki jak góra ziom z siłki. Bo wychodzę z założenia, że jak przydzwoni we mnie, to może dzięki temu nie przydzwoni za rok w wózek z półrocznym dzieckiem. Ja zderzenie w rowerzystą okupię kontuzją, dziecko może nie dać rady. Przez moje nieodpowiedzialne zachowanie, wdałem się już w kilka pyskówek, dzięki czemu wyoptmowałem sobie tekst, działający w moim przypadku na wszystkich szybkopędzących. Notujcie.
'Stary, pojebało cię? Chcesz kogoś zabić tym makrokeszem? Znasz jakiekolwiek przepisy? Masz mózg? Zwolnij, zacznij myśleć i spierdalaj, bo nie mam ochoty na awanturkę towarzyską.' Gdy mam fazę erudycyjną, zdarza mi się dodawać ornamentów. Gdy jestem w nastroju 'idź stąd', ograniczam się z reguły do formy skróconej: 'Pojebało cię, chcesz kogoś zabić? Spierdalaj.'
Sprawdzone, działa.
A ja zacząłem po chodniku jeździć ze wzmożoną czujnością po dwóch akcjach. Raz, wyrypanym okrutnie po pracy będąc, snułem się powolnie z buta do domu, nie zauważyłem ścieżki i władowałem się rowerzyście prawie pod koła. Przeprosiłem, powiedziałem, że się zamyśliłem, obaj się uśmiechnęliśmy i każdy udał się w swoją stronę. Za drugim razem to ja byłem rowerzystą - wjechałem znienacka w szkło na chodniku i zamiast się od razu zatrzymać, zacząłem spoglądać na tylne koło, czy sobie opony nie ściachałem. Pół sekundy później wjechałem między nogi kolesia, który walczył ze smyczą, w którą owinął go jego pies. Żaden z nas nie widział tego drugiego więc jak na komendę obaj zaczęliśmy przepraszać się nawzajem a chwilę potem wpadliśmy w panikę, bo stworzyliśmy bezwiednie taką grupę Laokoona, jakiej w życiu nie widzieliście. Łysy typ na rowerze zaparkowanym między nogami kolesiowca, który coraz beznadziejniej plącze się ze smyczą. Pies rasy duży kudłaty zwęszył zabawę, obiegł rower dokoła i zablokował ową smycz między kołem a błotnikiem. Gość cierpi, ja próbuję się nie wywalić, pies się świetnie bawi. Wymotanie się z tej intymnej nieomal konfiguracji zajęło nam z 15 sekund, po czym obaj zaczęliśmy się tłumaczyć, przepraszać i dopytywać czy z tym drugim wszystko w porządku. Wszystko było w porządku, przeprosiliśmy się po raz dziesiąty, grzecznie pożegnali i każdy udał się w swoją stronę. Od tamtej pory mam oczy dokoła głowy, bo wiem, że wtedy to była moja wina. I gdyby gość był trochę niższy, styrałbym mu jądra kołem. Not cool.

10. Mam wyjebane. Dwa razy leciałem twarzą w przód przez kierownicę. Raz przez nieuwagę i niezdecydowanie kierowcy. Raz przez własne nieogarnięcie. Rozumiem, że zakrwawiony, kurwiący pod niebiosa łysy grubas nie jest kimś, do kogo się podchodzi by nieść pomoc. Ale wystarczy z daleka krzyknąć czy wszystko w porządku i już czuję się lepiej. Niestety, lepiej to jest się odwrócić w drugą stronę, ominąć mnie i udawać, że nic się nie widzi.
Raz byłem świadkiem półprzelotu przez kierownicę. Dziewczynie coś się pomotało i poszła czołgiem o glebę. Zawróciłem, pozbierałem jej rower, spytałem się czy wszystko w porządku, pomogłem się jej podnieść, jeszcze raz spytałem czy wszystko w porządku, poprawiłem pytaniem, czy nie uderzyła się w głowe, ponowiłem pytanie o samopoczucie, by na koniec zapytać czy nie potrzebuje pomocy i czy nie odprowadzić jej na pogotowie (wiem jak niefajne jest przytarcie o asfalt gołymi dłońmi i kolanami). Jak już doszliśmy do porozumienia, że jest w porządku i że może jechać dalej, z dużymi oporami pozwoliłem jej się oddalić. W tym czasie minęło nas kilku rowerzystów i jakoś żaden nie zainteresował się co jest nie tak z wynuraną kobietą. Do dzisiaj uważam, że dałem dupy, bo nie powinienem pozwolić jej odjechać. No ale byłem w niezłym szoku, bo dziewczyna wykonała naprawdę koszmarny przelot i nie myślałem jasno. Niezszokowani rowerzyści mieli wszystko w dupie. Oby wam flaki zgniły i wypłynęły dupą, wy gnoje.

11. Kto nie pije, ten z Policji. Nie jestem święty, zdarzyło mi się dwa razy wracać rowerem do domu po sporej dawce alkoholu. Wstydzę się tego, bo wiem, że to była jedna z najbardziej idiotycznych rzeczy jakie zrobiłem w życiu i przy odrobinie pecha mogłem unieszczęśliwić wiele osób. Często obracam te akcje w głowie i zastanawiam się w których spodniach zostawiłem wtedy mózg. Nie rozumiem ludzi, którzy w jeździe po pijaku nie widzą niczego zdrożnego, ba, robią z tego jakiś wyczyn. No ale to już nie moja historia.

Na koniec trochę emo niezwiązanego z bucerą. Mamy mało ścieżek rowerowych. Na drodze traktują nas jak intruzów. Na chodniku patrzą na nas koso. Przed dużymi gmachami użyteczności publicznej nie ma stojaków na rowery a gdy próbujesz przypiąć go w środku, ochroniarz grzecznie cię prosi abyś pospierdalał. Koleiny na drodze, wysokie krawężniki na zjazdach z chodnika, strome schody zamiast podjazdów i ściężki z kostki Bauma (najgorsze i wcale nie najtańsze rozwiązanie), które kończą się nagle albo na środku ktoś stawia słupek (Ursynów). Studzienki kanalizacyjne, korzenie drzew wysadzające kostkę, parkujące na ścieżkach samochody. Złe oznakowanie ścieżek, proste błędy projektowe i olewanie uchwały władz Warszawy o budowie ścieżek przez ZDM. Buduje się bezmyślnie, drogo i niebezpiecznie. Jesteśmy traktowani przez włodarzy miasta jak marudni ekscentrycy i kłopotliwi petenci, bo w głowach wygarniturowanych kolesi z samochodami nie postaje myśl, że na rowerze można dojeżdżać do pracy a nie tylko oddawać się rekreacji.
Zamiast wypisywać listę żali, mógłbym w sumie zacytować byłego rzecznika prasowego ZDM, pana Marka Wosia, który jakoś tak w 2005 podsumował nasze mędzenie: 'Warszawa to nie wieś, żeby po niej rowerem jeździć'. Maksymą Gorkiego popisał się również były prezydent Warszawy, Lech Kaczyński. Z okazji Europejskiego Dnia bez Samochodu błysnął tekstem 'Nie przesadzajmy z budową ścieżek rowerowych'. Była wiceprezydent, Dorota Safjan, na żale dotyczące schodów na ścieżce pod Rondem Zesłańców Syberyjskich, odparła 'Jesteście młodzi, możecie 10 metrów znieść rower'. Były wice Urbański - 'Dopóki ja tutaj będę wiceprezydentem, ścieżka na Wale Miedzeszyńskim nie powstanie!'. Domaradzki, autor projektu remontu Krakowskiego Przedmieścia: 'Rower na wydzielonej ścieżce jest dość niebezpieczny dla przechodniów - nadjeżdża szybko i nie pozwala swobodnie spacerować[2]'. Białek, dyrektor ZOM, na temat przygotowań do zimy: 'Ścieżki będą czyszczone sporadycznie więc zachęcam do saneczkarstwa'. I wiele, wiele innych złotych myśli, z których bije zaściankowość, wąskie horyzonty myślowe, kompleks dorobkiewicza i zwykła głupota. Ale ja wierzę, że nawet w tym kraju gówna, trawa kiedyś zamieni się w mleko.

I zupełnie na koniec dykteryjka portowa. W sobotę odbył się w Muzeum Powstania Warszawskiego koncert. Pojechałem rowerem. Nie pozwolono mi z nim wejść, co od biedy rozumiem, bo względy bezpieczeństwa. Ale czy takim dużym problemem było ustawienie kilku przenośnych stojaków przy ochronie, gdzie mógłbym sobie przypiąć bicykla bez obawy, że się komuś spodoba i go sobie weźmie? Znowu pokazano mi, że moje miejsce jest na wsi i lepiej bym zrobił gdybym na imprezę przyturlał się samochodem. Koncert, wraz z pokaźną grupą podobnych mi naiwniaków na rowerach, obejrzałem sobie zza ogrodzenia. Które na szczęście było niskie więc widziałem kawałek sceny i dwa reflektory. Dobranoc Państwu. Jutro do pracy znowu jadę rowerem, bo ja tak łatwo nie pękam.

[1] Ma to sens jeżeli widzimy, że za światłami też jest korek. Debilizmem jest wymijanie samochodów jeżeli za światłami jest jasna, długa i pusta prosta, bo zmusza się w ten sposób kierowców by wyprzedzali cię jeszcze raz. Na następnych światłach historia się powtarza, rowerzysta blokuje pole position, zielone i kierowcy znowu go muszą wyprzedzać. I znowu. I znowu. Dziwicie się, że gdy kierowca widzi rowerzystę dostaje szału? Ja po 10 takich akcjach bym się odzenował.
[2] Czy tylko ja po tym tekście umarłem ze śmiechu?

sobota, 25 lipca 2009

...to gdy chcesz zatańczyć na imprezie, orkiestra akurat idzie srać. Jak mnie po raz pierwszy (i zdaje się ostatni) zalinkowali na głównej gazety, dostałem w twarz kilkoma tysiącami wejść. Jak przedstawiłem się moim potencjalnym przyszłym czytelnikom? Tekstem o nieudanej pizzy, pod którym w komentarzach rozwinęliście kreatywne skrzydła i wpisaliście co też dostanę w gratisie od obsługi. Była ślina, nasienie, ulepszane przez męską część obsługi białe sosy, smarki, krew i wydzieliny po chemicznym oparzeniu, łupież, martwe owady i oczywiście kupa (Mikk, szacun), która znalazła uznanie u większej grupy komentujących. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie krytykuję waszych wpisów, bo podczas czytania komciów wyłem ze śmiechu jak psychicznie chora hiena. Ale ludzie, którzy weszli, mogli odnieść błędne wrażenie, że blog, którego nieoficjalne motto brzmi 'kultury, kurwa', traktuje o koprofilii, koprofagii a prowadzony jest przez kolesiowca z koprolalią.
Wczoraj Przekój opublikował listę 33 blogów wartych uwagi. Z tego miejsca szacuneczek dla Barta (http://licorea.pl/bart/blog/) i Braineatera (http://www.ultramaryna.pl/mkk/), których słitaśne blogaski się w owym zestawieniu znalazły - nie zastanawiać się tylko klikać, bo chłopaki potrafią pisać jak trza (muszę w końcu zrobić blogrolla, muszę w końcu zrobić blogrolla, muszę...). Temat trafił na wykop, w komciach niektórzy zaczęli pomstować, że nie ma Kominka a inni niektórzy powklejali swoje propozycje. Jeden z miłych wykopowiczów wrzucił mnie, krasząc linka następującym opisem 'gość pisze z polotem; o książkach, filmach, serialach, kulturze, życiu i calej reszcie'. Będzie dygresja.
Na blogasie wydłubałem przynajmniej kilkadziesiąt tekstów, z których jestem dumny dumą dumnego blogera. Część z nich traktuje o literaturze, część o filmach a jeszcze inna część o historiach bardziej ogólnych. Są kawałki śmieszne, są kawałki, które po pewnym czasie nawet mnie zadziwiają celnością obserwacji (zdecydowanie mam dobrego brata bliźniaka). Oraz oczywiście są kawałki, w których daję upust swoim frustracjom. W którym momencie mojego życia trafiam na wykop? Oczywiście, że się nie mylicie - idealnie wtedy gdy wkurwia mnie ekipa remontowo-budowlana, banda półmózgów na forum, dowcipni kierowcy i ekipa remontowo-budowlana. Jakie więc wrażenie odnosi kilkusetosobowa grupa gości z wykopu? Ano błędne, chociaż na taki a nie inny odbiór sobie zasłużyłem. Ludzie czytają najnowsze notki, widzą czającego się za spółgłoskami Tourette'a zaś za samogłoskami siedzi wspomniany koleś z koprolalią. I następuje zabawne kwiprokwo, celnie podsumowane przez jednego z wykopowych komentatorów: On pisze o kulturze?
Kurwa, nigdy nie zdobędę popularności w sieci, bo prędzej zostanę zielonoświątkowcem niż przestanę używać mięsa w swoich wrzutach na bloga. I nie wygram konkursowego skutera, bo żiri padnie po pierwszych dwóch notkach, zadając sobie pytanie: co jest nie tak z tym, w sumie inteligentnym, kolesiem?
Oczywiście ta notka jest kolejną, pozbawioną
kompletnie sensu zbitką wyrazów ale jakiś taki miałem wewnętrzny imperatyw żeby sobie coś napisać (a przy okazji podrapać się w emo). I napisałem. Przynajmniej jakieś wartościowe linki zalinkowałem. O, i nawet na koniec częstochowsko zarymowałem.
A teraz z nieco innej beczki. Najsamprzód autocytat dotyczący ewentualnego zwycięzcy w konkursie Wydamy ci bloga na papierze: '
Mam zamiar się przyjrzeć zgłoszonym blogaskom chociaż i tak nie żywię złudzeń, wygra nudny jak encyklika papieska blog jakiejś gospodyni domowej'. Zwyciężył blog Matki Polki (http://mattkapolka.blox.pl/html), od dzisiaj możecie mówić do mnie Prophet. Do poczytania.

Notka pojawi się tuż po północy gdyż albowiem. Konkurs ogłosiłem 25 maja, po północy miną równo dwa miesiące a ja lubię okrągłe rocznice. Pratchettów będzie dwóch, kobieta przodem. Monika napisała zgrabną miniaturkę, która nie zdobędzie Hugo ani Nebuli ale wywołała uśmiech na mej twarzy. No a czego ja więcej od życia oczekuje niż dobrej zabawy i zerowej liczby idiotów w moim otoczeniu? Natomiast Kajetan trafił swoim uzasadnieniem w moje emo.
Następny konkurs będzie na okoliczność zakończenia prac na moim nowym kwadracie. Musze obmyśleć jakieś zwyrodniałe pytania.

wtorek, 21 lipca 2009

Wszyscy tłuką notki o KDT, jakby im ktoś ognisko pod klawiaturą rozpalił. To i ja sobie coś szybko napiszę.
Moje uczucia w stosunku do Warszawy wyraziłem dawno temu tym tekstem: Mój sen o W.. Po kilku latach podpisuję się pod nim obiema rękami, w dalszym ciągu kocham to miejsce a dodatkową radość wzbudza fakt, że dotrzymałem danego sobie kiedyś słowa. Cytuję 'Po pięciu latach mieszkania w miejscu cichym, miłym i peryferyjnym, wiem jedno - jestem stworzony do życia w mieście. Im bliżej centrum, tym lepiej. Dlatego mam zamiar do Warszawy wrócić.' Wracam. We wrześniu.
Każde działanie władz zmierzające do upiększenia czy ulepszenia tego miasta witam z prawdziwą, szczerą i niekłamaną radością. Bo chciałbym żeby żyło się w Warszawie fajnie. Dlatego wykopanie 'kupców' z KDT przywitałem entuzjastycznie. Nie dlatego, że uważam to miejsce za tandetny jarmark gdzie handluje się tandetnym, jarmarcznym towarem. Nie, ja w KDT kupiłem sobie mnóstwo fajnych, nietandetnych rzeczy i poznałem kilku miłych kolesiowców. Ale kurde, nie może być tak, że na najdroższym terenie w Polsce grupa awanturników próbuje przez zasiedzenie usankcjonować bezprawie. Za długo ten stał trwał i cieszę się, że w końcu ktoś pokazał, że ma jaja (o ironio, kobieta) i pogonił 'kupców' w kibinimatry.
Proponowano im alternatywne miejscówki (Propozycje). Nie skorzystali. A teraz płaczą, że się im krzywda dzieje. Panowie i panie - trzeba w końcu zacząć brać odpowiedzialność za swoje czyny i przestać na chuj liczyć. A typowym na chuj liczeniem było nielegalne siedzenie na miejscówce od stycznia 2009. Jeszcze gorszym, bo kompletnie irracjonalnym, na chuj liczeniem była wiara w to, że jak odeprą szturm sił porządkowych, to sytuacja wróci do słodkopierdzącego stanu sprzed roku. Panowie 'kupcy' - mózgi też przehandlowaliście?
Całość zakończyła się tak, jak kończą się tego typu sprawy w Polsce - 'kupcy' rozpierdolili kawałek centrum, sparaliżowali ruch i próbowali pozabijać policjantów przy pomocy płyt chodnikowych i kostki brukowej (około 11 strażniczka dostała kamieniem w głowę. Rana ciężka, dziewczyna wylądowała w szpitalu). Na szczęście ugrali tyle, że czołowi zadymiarze spotkają się z Temidą a na froncie zachodnim zapanował spokój. Mam nadzieję, że w końcu Plac Defilad zacznie wyglądać jak plac a nie kibel.
Mógłbym tu napisać jeszcze mnóstwo rzeczy ale mi się nie chce, bo napisali je inni. Wspomnę jeszcze tylko o kanaliach z PiSu. Albo nie wspomnę, bo poleciałyby wyrazy a mi po dzisiejszym fajnym dniu nie chce się bluzgać. Więc krótko - chuje z was, panowie i panie. Zwykłe, małe chuje.
Na koniec propozycja - jak już halę rozbiorą, miejsce po niej zaorają, wypalą, posypią solą i rozstawią beczki radu, proponuję spotkać się pod Patykiem i obalić na szybko szampana w intencji rewitalizacji Placu Defilad. Potem będzie można przenieść się do nowego Paradoxu, gdzie w ciszy i spokoju walniem piwo. Albo dwa. Termin proponowany - sobota, 15 sierpnia 22 sierpnia (toż 15 jest święto święconej Panienki, jeszcze nas okładą laskami), około 15:00. Kto ma życzenie niech wpada. Do zobaczenia.
A w następnej notce w końcu podam wyniki el konkurso. Co? Myśleliście, że zapomniałem. Nie ma takiej możliwości. A opóźnienie było spowodowane przyczynami obiektywnymi.

Rzutem na taśmę, w ostatniej chwili - przeczytałem tytuł artykułu na portalu gazety 'KDT - koniec epoki'. Owszem, z tym, że niekoniecznie. Ja, w kontekście dzisiejszych zdarzeń, zatytułowałbym to inaczej 'KDT - koniec chujozy'. Dobranoc.

niedziela, 19 lipca 2009

Dla siebie o nic nie wnoszę. Tylko mu dosrajcie proszę.

Tak, rodacy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. W piątek, w wyniku mocnej ulewy, zalało kilka stacji metra. Co robią ludzie na forum? Cieszą się, że aura dojebała 'krawaciarzom i karierowiczom', na co mogę znaleźć tylko jedną ripostę: jebał was pies wy skurwysyny. Ale nie zwykły pies, który jest zasadniczo w miarę sympatycznym stworzeniem, tylko brudny i parszywy kundel, któremu żadna suka nie da. Ale ja nie o tym.
Jechałem pożegnać się z Paradoxem. Na rowerze. W połowie lasu Kabackiego odbiłem się od ściany wody, zawróciłem, wyjechałem na drogi trzeciej kolejności odśnieżania i miła przejażdżka zakończyła się walką o przeżycie. No dobra, jak zwykle przesadzam, bo wcale nie walczyłem o przeżycie. Tym niemniej fantazja kierowców w deszczu, połączona z ich wrodzoną tępotą i brakiem ogarnięcia prostych związków przyczynowo-skutkowych spowodowała, że powrót do domu tyłami Puławskiej obfitował w liczne, bardzo zabawne przygody.
Kurde, zawsze mi się wydawało, że skoro komuś jest lepiej (-popatrz synku, deszcz pada a ten debil rowerem jedzie zamiast samochodem, - tato, a dlaczego on jedzie rowerem? - bo jest biedny synku) i nic tak nie cieszy Polaka jak nieszczęście bliźniego, to powinni mi, przynajmniej w takiej sytuacji, odpuścić. Ni chuja, zawsze znajdą na dnie swoich małych, nikczemnych serduszek dodatkowy ładunek pogardy. Co w połączeniu z okolicznościami sprzyjającymi wszelkiego rodzaju dowcipom spowodowało, że zmokłem bardziej niżby to wynikało z okoliczności przyrody. Dziękuje dwóm taksówkarzom i jednemu panu na jakichś zamiejscowych numerach za ożywienie i uatrakcyjnienie tej nudnej jak Bydgoszcz przejażdżki. Dziękuję całym sercem i duszą.
Aha, byłbym zapomniał - jebał was pies wy skurwysyny. Ale nie zwykły pies...

czwartek, 16 lipca 2009

Dzielna ekipa budowlana pod wezwaniem, spierdoliła robotę w łazience. Na szczęście nie technicznie a koncepcyjnie ale i tak jak to wczoraj zobaczyłem, to ogarnęła mnie zimna wściekłość z gatunku tych, co to człowiek się uspokaja, ręce przestają mu się telepać ale gdyby go ktoś w tym momencie zaczepił, zrobiłby najgorszy interes swojego życia. Dzisiaj, na samo wspomnienie tego gnoju, od rana mnie roznosi i nie wiem co z tym zgniłkiem począć.
Z jednej strony mogą poprawić na własny koszt. Z drugiej chcę ich oglądać jak najkrócej, bo któregoś dnia nie wytrzymam i zajebię ich szpadlem. Zresztą mam już umówionych parkieciarzy i nie mam zamiaru przekładać terminów, bo całość inwestycji ma jakiś bezsensowny obsuw czasowy. Zostaje chyba tylko solidne zejście z ceny. Kochana Redakcjo, co robić?
No kurwa mać, czy nie da się jakoś normalnie tutaj funkcjonować?

czwartek, 09 lipca 2009

Ale mnie przygniotło, normalnie życie i rzeczywistość. Ale tu nie miejsce na sentymentalne ćmoje-boje więc może do rzeczy, bo chwila przerwy była. Tym razem o serialach dwóch, jednym starym a drugim nowym. Albo o trzech. I trochę o czwartym ale ostrożnie, bo jestem dopiero po dwóch trzech odcinkach. Po drodze wskoczył jeszcze jeden więc będzie na bogato. Najpierw stary, za który podziękujmy koledze Braineaterowi. Nie w sensie, że go zrealizował ale wspomniał był o nim kilka razy, że niby najlepszy serial komediowy świata. Jak najlepszy, to się skusiłem i powiem, że warto było. Czy najlepszy - nie wiem ale faktem jest, że spędziłem przy nim miłe kilkanaście godzin. Mówię o brytyjskim sitcomie Black Books.

Główny atraktor był taki, że akcja dzieje się w księgarni, a właściwie bardziej to w antykwariacie. Największą i jedną z dwóch wad serialu jest niedostateczne moim zdaniem, wykorzystanie potencjału księgarnianego. Owszem, zdarzają się zabawne akcje powiązane z miejscem ale było ich dla mnie jakby za mało. Druga wada to angielska długość. Co oni mają z tymi sześcioodcinkowymi sezonami? I do tego zrobili tylko trzy serie, przerywając serial nagle. Poza tym same plusy.

Obsada trafiona znakomicie. Właściciel antykwariatu, Bernard (Dylan Moran) to szalony Irlandczyk, który do prowadzenia biznesu ma stosunek ambiwalentny. Niby fajnie jest mieć miejsce gdzie można spić się do nieprzytomności ale irytujące są rachunki, kasa fiskalna, księgi rachunkowe i klienci. Ponadto Bernard jest alkoholikiem, nałogowym palaczem, potwornym niechlujem i abnegatem - pokochacie go od pierwszego wejrzenia, chociaż niektórych może nieco zniechęcić jego ośli upór, skłonność do delikatnych aktów przemocy, chamstwo i dziwny akcent. Bernard od wielu lat przyjaźni się z Fran (Tamsin Greig) - biznesową sąsiadką, właścicielką sklepu z niuejdżowym fu-szmu. Fran ma wiele wspólnego z Bernardem - pali jak lokomotywa, nadużywa alkoholu i jest neurotyczką. Do tego nienajlepiej radzi sobie z facetami i więcej czasu spędza w księgarni u kumpla niż w swoim sklepie i życiu pozabernardowym. I wreszcie Manny (Bill Bailey) - znerwicowany i zahukany pracownik korporacji, który pewnego dnia traci pracę, zyskuje zen, trafia do księgarni Bernarda i zostaje w niej jako człowiek od wszystkiego. Nosi zabójcze hawajskie koszule, krótkie spodenki, sandały i ma funky brodę. Cała trójka wypadła według mnie znakomicie, najbardziej przypadła mi do gustu Fran, bo momentami bardzo mi przypomiała jedną z moich studenckich przyjaciółek.

O scenariuszu jakoś przesadnie się rozpisywać nie ma co, bo to przecież krótki serial i twórcy nie bardzo dali radę się z nim rozpędzić. Główni bohaterowie spędzają wspólnie czas, piją cysterny wina, jarają fajki i toczą rozmowy o życiu, wszechświecie i całej reszcie. W międzyczasie generują chaos i zniszczenie. Całość podlana bardzo obficie angielskim humorem w wydaniu, jakie trafia do mnie najbardziej. W efekcie otrzymałem rozkoszną pychotkę, która niestety wystarczyła na jakieś 4 wieczory, a i tak sobie dawkowałem odcinki homeopatycznie. Polecam.

Uczciwie powiem, że nie mogę nazwać Black Books najlepszym serialem świata, bo bardziej podobało mi się choćby Coupling. Nie polepsza również odbioru fakt, że ucięli to nagle i bez jakiejkolwiek konkluzji. Ale gdybym miał, niczym jakiś celebryta, podać dziesiątkę najlepszych seriali komediowych, to Black Books miałby wielkie szanse by się w niej znaleźć. Oczywiście film jest niedostępny w Polsce na jakimkolwiek nośniku i pozostają zwyczajowe opcje: zakupy za granicą albo 15:10 do Jumy.

Drugi serial to nówka sztuka z Showtime a więc będzie seks, przemoc, flash boobsy, narkotyki i ogólny luz obyczajowy. Jestem dopiero po trzecim odcinku ale Nurse Jackie rokuje tak dobrze, że wam go polecę. Niby wszystko już było - szpital, w roli tytułowej pielęgniarka z problemami z kręgosłupem, z którymi radzi sobie wciągając środek przeciwbólowy nosem. Do tego młoda, zahukana i wystraszona praktykantka, uroczy sanitariusz-gej, dupkowaty lekarz świeżo po szkole, kochanek w szpitalu, mąż i dzieci w domu, creepy administratorka placówki i najlepsza przyjaciółka (wyjątkowo nie inna pielęgniarka a lekarka z Anglii). No i obyczaj. Ale taki fajny obyczaj, że 40 minut pilota i 30 minut odcinka mija jak z bicza strzelił, bywa strasznie, śmiesznie, dramatycznie i życiowo. Chwilowo kupiłem, zobaczymy co się będzie działo dalej.

Trzeci serial to niestety zimny trup. I zastanawiam się jak można było ukilić tak dobrze zapowiadający się projekt. The Unusuals odrabia zgrany do cna schemat dzielnych nowojorskich policjantów z dosyć dziwnego posterunku. Funkcjonariusze też są dziwni - panienka z bogatego domu, którą transferują z obyczajówki, gość z rakiem mózgu, którego nie chce leczyć, facet obawiający się rodowej przepowiedni (Michael 'Zejtukmajsan' wyjątkowo do strawienia) czy dupkowata gwiazda medialna wydziału. Przynależność gatunkowa wyjaśnia wszystko, czego możecie po filmie oczekiwać - policyjny komediodramat pokrywa 100% zawartości Unusuals.

Zagadką nieodgadnioną jest to, dlaczego serial został zabity. Wszystko grało jak należy, aktorzy nieopatrzeni ale solidni, porządnie odrobili swoje role. Fajny scenariusz, odpowiednie proporcje policji, komedii i dramatu. Przyjemnie się na to patrzyło i naprawdę ciężko mi znaleźć jakiś ewidentny fakap w tym filmie. Padł po 10 odcinku. Znaczy padł wcześniej ale mieli nakręcony pierwszy sezon do końca i go wyemitowali. Więcej nie będzie.

W przypadku tego akurat tytułu nie czuję się jakoś przesadnie kompetentny, bo generalnie filmy o policjantach to niekoniecznie mój ulubiony gatunek. I być może dla prawdziwego konesera gatunku Unusuals to jakiś przewidywalny krap, niegodny by stać obok takich gigantów jak The Shield. Może tak być. Z tym, że klasycznie mam na to odrobinę wyjebane, bo skoro film mi się podobał, to po co ulegać niepotrzebnej napince? 10 odcinków do obejrzenia to nie jest dużo, jak się wam po drugim nie będzie podobać, to śmiało można przerwać. Dlaczego oni to kurne skancelowali?

Mam nadzieję, że każdy kto tu wchodzi obejrzał Firefly i podziela moją opinię, że jest to jeden z najlepszych seriali sf na świecie? Wiem, że Whedon zaczerpnął obficie dłonią z Kowboja Bebopa ale dopóki zapożyczenie skutkuje dobrym filmem czy serialem, nie mam z tym problemów. Obie pozycje uwielbiam. Uwielbiam też Nathana Filliona, chociaż większe zasługi w budowaniu jego zajebistości są po stronie genialnej mini-serii Dr Horrible aka Dr Horrible's Sing-Along Blog, która jest tak świetna, że nawet ludzie nienawidzący musicali łykną to z zachwytem na twarzy. Tych niełykających w życiu nie zrozumiem. Odplątując się z dygresji - Fillion wystąpił ostatnio w serialu sensacyjnym/kryminalnym Castle, który spodobał mi się z bardzo wielu powodów.

Richard Castle to megagwiazda literatury kryminalnej. Pewnego dnia NYPD prosi go o konsultacje w sprawie naśladowcy, kopiującego zbrodnie z jego książek. Przydzielają go do pani detektyw Kate Beckett (rewelacyjna Stana Katic) i zaczyna się wytargana do przezroczystości gra przeciwieństw. Kate to solidna policjantka z tajemnicą, która robi wszystko według regulaminu ale równocześnie potrafi podejść do ofiary bardzo po ludzku, w czym leży jej chyba największa siła. Castle to przystojny, bogaty, lekko bufonowaty (ale w nieirytujący mnie sposób) gość z ego jak stąd do Londynów. Który niczego nie robi według regulaminu (bo go nie zna) a przygodę konsultanta traktuje tak, jak powinien traktować przygodę - jak przygodę. I oczywiście non stop wrzuca swoje pisarskie mądrości i doświadczenia, które prawie w każdym odcinku doprowadzają do przełomu w śledztwie. Nad dwójką bohaterów skrapla się rzecz jasna delikatne ale wyczuwalne napięcie erotyczne i mam nadzieję, że nigdy nie zostaną parą, bo szkoda byłoby to zniszczyć. Już w tym momencie twórcy wygrali widza.

Do mnie dodatkowo przemówiła córka i matka Castle'a. Córka jest wyjątkowo rozgarniętą piętnastolatką, co powinno mnie za każdym razem irytować (takie mądre dzieci występują tylko w filmach) ale jakoś nie irytuje. Podobało mi się to, jak pokazali jej układy z ojcem. Matka (piękna pięknem i elegancka elegancją starych hollywoodzkich gwiazd Susan Sullivan) to lekko już przebrzmiała gwiazda Brodwayu. Teraz zajmuje się piciem dobrego alkoholu, delikatnym dokuczaniem synowi, rautami, przyjęciami i samorozwojem. I znowu - takie rzeczy tylko w filmach, powinienem się wkurzać ale jakoś nie mogę. Niby czuć fałsze ale jednak nie czuć.

No i scenariusze kolejnych odcinków. Fajnie pomyślane i za każdym razem kluczowym okazuje się być jakiś drobny detal, który można wypatrzeć i zabawić się razem z aktorami w rozwiązywanie zagadek, co daje mnóstwo radości. Zwłaszcza w tych momentach gdy wpadasz na rozwiązanie zagadki wcześniej niż bohaterowie. Nie wiem czy to słabość zagadek w Castle, czy takie rozgrywanie scenariusza w innych serialach, by widz nie miał szans na rozwiązanie sprawy (na przykład przez wprowadzanie podpowiedzi bez której nic nie zwojujesz, tuż przed końcem odcinka) ale ja wolę gdy, choćby niechcący, się w scenariusz zaangażuję. Przecież na tym między innymi polega fajność płynąca z oglądania dobrych filmów i czytania dobrych książek - coś nas w nich łapie i nie puszcza.

No właśnie, Castle jest fajny i jak ktoś ma ochotę, to pierwszy sezon liczy sobie 10 odcinków, niedawno skończyli emisję więc powinien być do znalezienia bez problemu w miejscach, w których szukacie zagranicznych seriali.

Piąty, ostatni tytuł to Green Wing i tak przewrotnie wyszło, że z jednej strony jest to serial angielski, w którym gra wspomniana wcześniej Tamsin Greig, a z drugiej tytułowe Zielone Skrzydło odnosi się do skrzydła szpitalnego, czyli że niby taka klamra z Nurse Jackie. Sprytne, nie? Obejrzałem pierwszy i drugi odcinek na Comedy Central (czwartek 2200) i łyknąłem jak młody pelikan. Irytować może młodzieżowy montaż ale cała reszta mi podeszła. Szczególnie polubiłem szefową tego bałaganu, nimfomankę zaangażowaną w płomienny romans z wyjątkowo obleśnym szefem rentgena, obdarzonym wrażliwością cegły i poczuciem humoru mchu. Zapowiada się nieźle. Na koniec zagadka - zgadnijcie bez zaglądania na imdb ile w sumie odcinków Green Wing wyprodukowali. Zagadka jest bardzo łatwa, w komentarzach wpisujcie miasta które nie popierają angielskiej szkoły reżyserii seriali.

I już naprawdę na koniec, mam pytanie - większośc opisywanych przeze mnie w tym cyklu seriali jest w Polsce niedostępna. Można zdecydować się na zakup za granicą, poczekać na polską edycję (Futurama, fuck yeah) albo ukraść z sieci. Powiedzcie mi, bo może to trochę uspokoi moje sumienie polecacza rzeczy raczej niedostępnych w handlu - zdarza wam się po obejrzeniu zajumanego filmu, wysupłać przygarść monalizy drobnej i kupić sobie oryginał?

środa, 08 lipca 2009

Kurwa. JA PIERDOLĘ! Przecież to miało być łatwe - ja płacę, wy robicie oraz ja płacę, wy sprzedajecie[1]. No ale Polska, mieszkam w Polsce. I tu niektóre rzeczy muszą być pojebane. Bo tak. I chuj.
Oddalam się poza miasto by zaleczyć tworzącego się wrzoda i w piątek wyjebuję na Biohazard do Węgorzewa (anyone?). W przeciwnym wypadku zacząłbym wyjebywać ludziom na ulicy. Jeżeli w moim nowym słitaśnym mieszkaniu nastąpią kolejne komplikacje, przeczytacie o tym w stołecznym dodatku do GW. W rubryce 'z mrocznych, praskich historii'. A teraz idę stracić przytomność. Czas, potrzebuję więcej czasu.

Edyta mówi, że nie mogę się opierdalać. W związku z czym zasiadam do finalnego czytania dużego tekstu o serialach, który wrzucę pewnie jakoś po północy. To będzie chyba najbardziej wychuchana notka, bo powstaje z przerwami od 17 czerwca. Jak znajdziecie w niej jakiś błąd, to się potnę.

[1] Plus darmowe przysługi, które w tym wszystkim okazują się historią najmniej, by nie rzec zerowo stresującą. I dzięki którym przekonuję się, że są jeszcze przyzwoici ludzie na tym smutnym jak Bydgoszcz łez padole.

środa, 01 lipca 2009

Do tego stopnia staje się to nudne, że nie dam głowy czy kiedyś już tak notki nie zatytuowałem. Oczywiście notki na temat 'ludzie, żyję ale mam lekko przejebane'.
Chodzi o to, że... Dobra, polecę trochę w emo. Uderzyła mnie w klatę furmanka cegieł ale nie takich brutalnych pustaków, że kurwa mać żebra w rozbryzg, tylko pozytywnych cegiełek, co to się je kupuje na okoliczność ratowania malowniczej ruiny, która stoi na planowanej trasie trasy szybkiego ruchu. Chodzi o to, że w międzyczasie powstały dwie notki i solidne zręby felietonu. Z tym, że jedna notka jest fajna ale przerośnięta i nie mam czasu sprawdzić czy nie nawrzucałem jakichś bzdur do niej a półfabrykatu w życiu nie zapodam do ludzi. Druga z kolei jakaś taka niewydarzona, komentująca tematy przeżute i przetrawione, a więc z mojego punktu widzenia odrobinę bezsensowna bo redundantna. Felieton to jeszcze inna bajka, o której opowiem jak tylko zjem zupę. I tylko na to wszystko czasu brakuje. Dobrze, że mam dwa dni urlopu, bo jeszcze tydzień i nie wiedziałbym jak po palcu do dupy trafić.
No, a teraz prośba, objaśniająca cegły na furze: trzymajcie ludzie kciuki za to, żebym w końcu pełnoparowo wystartował z pimpowaniem mojego nowego mieszkania, żeby ekipa nie skrewiła, świetne pomysły wypaliły, kolorystyka konweniowała, żeby mnie było pod koniec stać na pomysłowy regał na książki, co to go sobie wyknułem i, w końcu, coby niespodziankowy bajer na ścianie, mnie i kumpla nie przerósł. Jak, nieźle zbudowałem napięcie?
Aha, o konkursie nie zapomniałem i przy najbliższej okazji go rozwiążę. A teraz wracam do skomplikowanych obliczeń jaki format płytki będzie najmniej stratny przy klejeniu a jednocześnie będzie się najlepiej na ścianie prezentował. Do poczytania.

Och, bym zapomniał - nie bądźcie dla siebie niedobrzy w komciach pod poprzednią notką.