To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 29 lipca 2008

Boże jaki miły wieczór
[...]
czułem jak wyzwalam się
od zbędnego nadmiaru energii
którą natchnęła mnie ta pora dnia

możliwe że jako blogujący mógłbym użyć jej inaczej
np. napisać 4 reportaże
o perspektywach rozwoju małych miasteczek

ale...

Dzisiaj jakoś mi się pieniądze pokończyły, a że prędzej piekło zamarznie niż ja zapłacę Euronetowi choćby grosz prowizji za wypłatę z bankomatu, nie było jak dotankować. Musiałem więc zrezygnować z godziwego posiłku w fabryce i opędzić dzień paczką paluszków i dwoma batonami energetycznymi na ziarnie. Dosępiłem jeszcze ciastek i chrupek na imprezie pożegnalnej kumpla i jakoś te okrutne osiem godzin przewegetowałem. Po powrocie do domu wydoiłem bankomat i zacząłem się zastanawiać coby tu przetrącić na kolację. Dwadzieścia pięć po siódmej zdecydowałem, że będzie to chińszczyzna z centrum Piaseczna. Niestety, gdy przypedałowałem na miejsce był kwadrans do dwudziestej i wrota u Chińczyków były szczelnie zawarte a jakiś pan stojący przed nimi powiedział mi 'siema stary'. Niezrażony przeturlałem się do kebaba tuż obok ale ten również był już zamykany. Nacisnąłem mocniej na pedały i przemknąłem do kolejnego Chińczyka. Za dziesięć ósma zastałem tam zaciągnięte kraty i wielką kłódkę antywłamaniową na nich.

Coś mnie tknęło i już po ośmiu latach mieszkania w tym mieście seksu i biznesu postanowiłem ocenić resztę jego bazy gastronomicznej. Małej gastronomii, kebaba, chińczyka, wietnamczyka czy bułgara nie stwierdziłem. Dwie restauracje oferowały ceny restauracyjne a ja akurat na schabowego za 22 złote ochoty nie miałem, bo wolę za tą kasę kupić kilogram indyka i mieć dwa obiady. Sushi jest dla mnie niezrozumiałym fenomenem, bo nie jestem w stanie pojąć co zachwycającego jest w surowej rybie, wodorostach, ryżu i wątłej dawce warzyw oblanych pikantnym sosem o smaku oleju silnikowego. Rarytasik ów pozostawiłem więc snobom i prawdziwym smakoszom i ruszyłem w dalszy objazd. Konstatacja była smutna - jedyne co o 20:30 ma mi do zaoferowania Piaseczno, to mało apetyczna garmażerka wyłożona w delikatesach Alma i kilku sklepach osiedlowych. Na ciepło mogę łupnąć jedynie sake i trzykrotnie przepłaconego kotleta. Oraz pizzę z jednej z czterech pizzerii, którą to pizzą już rzygam.

Brak możliwości zjedzenia czegoś ciepłego nawet mnie specjalnie nie zwilżył, bo uwagę mą przykuła inna rzecz. Gdy swego czasu pracowałem w usługach, sformułowanie 'sklep zamykamy o 22:00' oznaczało nie 'o 21:30 zamykamy wszystko na głucho, robimy kasę i za pięć dziesiąta wypieprzamy do domu' a 'o 22:00 zaczynamy delikatnie dawać klientom do zrozumienia, że za chwilę zamykamy'. No ale ja bywam dziwny. Sprzedawcy w trzech odwiedzonych przeze mnie na początku jadłodajniach doszli do wniosku, że o 20:00 to się śpi a nie je. I zamknęli na tyle wcześniej, żeby chamstwo nie miało pokusy i nie żarło zbyt późno. A potem mi płaczą małe chujki, że nie opłaca się w Polsce prowadzić interesu. Jak dla mnie to wystarczy otwierać na przykład o 10:30 (bo kto normalny wciąga chińszczyznę na śniadanie) i zamykać o 21:00. Z tym że kim ja jestem, by pouczać polskich przedsiębiorców jak pracować?

Na kolację zjadłem garmażeryjne pierogi z czarnymi jagodami na zimno, polane bitą śmietaną. Przygotowanie tej rozkosznej pychotki zajęło mi 3 minuty, produkty kosztowały 15 złotych zaś satysfakcja i wrażenia smakowe - bezcenne. A puenta? No cóż...

.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka
.......mam w dupie małe miasteczka

PS. Miałem napisać pełną wrażeń i barwnych opisów notkę z rejsu na Zawiszy (tak, przez tydzień bujałem się na Zawiasie, możecie mnie dotknąć). Stwierdziłem jednak, że to wymaga namysłu i odpowiedniego stanu ducha. Pewnie dlatego taka notka nigdy nie powstanie, bo na ile akapitów można rozdąć zdanie: żałujcie, że was tam nie było, bo było bajecznie? Ale jeszcze pomyślę i jak wyzdrowieję, to może coś skrobnę. Ze zdjęciami na ten przykład. Ale nie traktujcie mych słów jako wiążącej obietnicy, bo nie chciałbym być znowu sprawcą jakichś rozczarowań.

czwartek, 10 lipca 2008

Obejrzałem w weekend najgłośniejszy polski film ostatniego półrocza, czyli Rezerwat. Zasadniczo polskiego kina unikam jak trądu, chorób wenerycznych i morowego powietrza ale tym razem postanowiłem zrobić wyjątek, bo wszyscy dokoła piali, że to arcydzieło jest bez mała. Ze 20 nagród i wyróżnień, nominacja do Paszportu Polityki 2007[1] - no miałem prawo oczekiwać czegoś, po czym nie zechce mi się zwymiotować. Zwymiotować mi się faktycznie nie zechciało ale ekscytacja filmem co najwyżej poprawnym świadczy o tym, w jakim kanale tkwi nasze kino.

W kraju, w którym kinematografia nie jest postawiona na głowie, głównych skrzypiec nie grają geronci a młodzi scenarzyści i reżyserzy tworzą coś więcej niż kolejne kalki powieści miejscowej Grocholi, takich Rezerwatów powstaje rocznie kilka albo kilkanaście. W Polsce jeden na dekadę. I na tle wszechotaczającej nas mizerii, wszystkim wydaje się, że to świetny film. No z tym, że niekoniecznie - Rezerwat jest filmem co najwyżej poprawnym, z kilkoma rozwiązaniami, po których zawyłem ze zgrozy.

Główny bohater robi fotkę tatusiowi narzeczonej, fotka trafia do gazet, ojciec ma złą prasę i zgryz. Wkurzona córka wykopuje niefortunnego fotografa z luksusowego apartamentu. Co w takiej sytuacji robi normalny biały człowiek? Ano zaczepia się u znajomych i próbuje znaleźć jakąś tanią metę w cywilizacji a nie melinę w zakazanej dzielnicy. Tak się jednak nieszczęśliwie składa, że nasz bohater jest straszną mendą i nie ma znajomych, u których mógłby przemieszkać do czasu znalezienia czegoś normalnego. Jest też wyluzowanym trzydziestoparolatkiem, który wykonuje wolny zawód więc nie ma żadnych oszczędności (bohema normalnie). Wprowadza się więc na Pragę, na której jak powszechnie wiadomo żyją smoki a wymuskany metroseksualista z drugiego brzegu zostaje zajebany tego samego dnia ale z jakiegoś powodu jest bardzo modna. Na owej Pradze zachowuje się jak człowiek, którego dotychczasowe życie upłynęło w modnych lokalach i taksówkach. Podczas robienia fotek, odkłada na bok aparat. Widząc trzech dresiarzy nie ucieka tylko wbija między nich a potem jeszcze dyskutuje. Stawia się miejscowemu git multi recydywie. W pogoni za nieletnim złodziejem zapuszcza się w jakieś zaklęte rewiry. I w ogóle zachowuje się niczym pratchettowski Dwukwiat. Tutaj objaśnienie dla tych, którzy nie czytali[2] - koleś wykazuje instynkt samozachowawczy owcy atakującej stado wygłodniałych i przemarzniętych bieszczadzkich wilków. Wiarę w to, że ma jednak resztki mózgu przywróciło mi jego podejście do siedzących przed kamienicą żuli - za każdym razem kopsa im jakieś drobne na bełta.

Co się dzieje w polskim filmie w sytuacji, w której główny bohater nie ma kasy? Tak, zgadliście - wynajmujący oferuje 3 miesiące mieszkania za darmo pod warunkiem, że zrobi mu się dokumentację fotograficzną stanu kamienicy. Prośba o obfotografowanie ekscesów miejscowej żulerki nie wzbudza podejrzeń naszego bohatera praktycznie do samego końca filmu, bo przecież on w gazetach nigdy nie czytał o nękaniu niechcianych lokatorów przez świeżo upieczonych właścicieli odzyskanych od państwa nieruchomości, ze szczególnym uwzględnieniem starych, rozsypujących się kamienic w modnych miejscówkach. W prawdziwym życiu wynajmujący mieszkanie ze strony właściciela może liczyć na karaluchy w kuchni w zestawie a nie na 3 miesiące darmochy.
No, a że nie samym mieszkaniem człowiek żyje, nasz dzielny fotograf wpada przypadkiem na byłego kumpla - byłego, bo stuknął temu kumplowi narzeczoną. Były kumpel żalu nie ma, bo dzięki zdradzie prawie żony zyskał wolność. Co jest naturalnym efektem odzyskania przez faceta wolności? Tak, zostaje oślizgłym skurwysynem i zaczyna trzepać szmal, kręcąc jakieś szemrane interesy. Natychmiast też proponuje Marcinowi[3] układ - ty mi zrobisz zdjęcia Pragi, ale wiesz, takie jakich jeszcze nikt wcześniej nie zrobił. Jak ci się uda, to lądujesz w Dużym Formacie i robię ci wystawę. Teraz wystarczy tylko cyknąć kilka fotek i będzie można wrócić na salony.

W zasadzie mógłbym w tej manierze opisać cały film ale mi się nie chce. Krytyka dostrzegła w nim świeżość, odkrywczość, powiew nowego. To tylko świadczy o tym, jak bardzo krytyka jest oderwana od rzeczywistości, w której żyją, kochają i umierają tak zwani zwykli ludzie. Jaka świeżość? Jaka odkrywczość? Marcin to zwykły pustak pozujący na fotografa a w rzeczywistości lepsze zdjęcia od niego robi dziecko z brudnej ulicy, niepotrzebne nikomu. Przez pierwszą godzinę filmu głównie się z Marcina śmiałem, bo prezentował najbardziej śmieszno-żałosne cechy zmanierowanej warszawki. Chociaż oczywiście po przeprowadzce na Pragę musi przejść przemianę wewnętrzną, bo tylko w kinie amerykańskim pozwolonoby mu zostać cynicznym i wyrachowanym skurwielem. W filmie polskim jest inaczej - bohater w drodze do Orodruiny skompletuje dzielną drużynę: starego praskiego fotografa, który jak nikt inny potrafi wywołać film i podkręcić odbitki. Tego niestety zabiją orkowie. Oprócz niego, do Marcina dołączy dysfunkcyjny nieletni rozrabiaka z ADHD, który ma jednak serce ze złota i talent w ręku, lokalna seksbomba, właścicielka zakładu fryzjerskiego o aparycji i zachowaniu dyskotekowej kurwy, która ma jednak serce ze złota, trzech miejscowych żuli, którzy w trakcie questu zwątpią w Marcina ale potem znów w niego uwierzą, bo mają serca ze złota. Nie zapominajmy o ex-policjancie z przeszłością, który aktualnie jeździ na taksie i ma serce ze złota. I tylko pani z kiosku jest typową wrednawą rurą o zadbanych włosach.

Nie ma w tym filmie niczego odkrywczego, ba, powiem więcej - film jest oparty od początku do końca na nieznośnych, zgranych schematach. I żeby chociaż scenarzysta zaproponował mi jakiś lokalny koloryt. A tu nic - wszystko po amerykańsku, w oderwaniu od rzeczywistości i zdrowego rozsądku. Marcinek da dupy ale potem przejdzie głęboką przemianę wewnętrzną i zaziomi się z menelnią. Fryzjerka Hanka jest co prawda zwykłą blacharą ale marzy o księciu z drugiej strony rzeki, który będzie ładnie mówił, szanował ją i nie będzie traktował pobicia jako metody wychowawczej. Tymczasem jednak pozwala kiblować u siebie swojemu chłopakowi, bandziorowi, na którego nie doniesie, bo jest na warunku. W chwilach między dostawaniem łomotu, Hanka tęskni za lepszym życiem, namiastkę którego da jej przez chwilę Marcin. Grześ to dzieciak z ADHD, niby nieletni praski bandziorek a w rzeczywistości wrażliwa i utalentowana jednostka, na której w końcu pozna się Marcin. Jest też wyrachowany cwaniaczek, właściciel kamienicy chcący tą ruinę wyburzyć by zapomnieć o przeżytej w niej dzieciństwie, którego w finale ruszy sumienie i odstąpi od swoich planów. Do tego typowy policjant na komendzie, typowy ex-policjant na taksie, stary praski rzemieślnik, mistrz wymierającej profesji oraz kumpel Marcina, oślizgły cwaniaczek, który mendą zostanie do końca. I trzech lumpów spod kamienicy walących alpażury od rana do wieczora.

Zdenerwował mnie ten schematyzm ale nad nim mógłbym przejść do porządku dziennego. Wkurzyło mnie nieprawdopodobieństwo większości pokazanych w filmie wydarzeń ale to też mógłbym przełknąć. Nic natomiast nie jest w stanie usprawiedliwić w moich oczach robienia z opierdalających się meneli sympatycznych figur. Takich wioskowych mędrków, którzy zawsze w zanadrzu mają jakąś mądrość życiową. Po pierwsze, mijam takich raz dziennie, w drodze do pracy. Banda prostaków i prymitywów o czerwonych ryjach i fioletowych nosach. Krótkie urywki ich wzajemnych rozmów, łapane gdy ich mijam, czynią ze mnie zwolennika obozów reedukacyjnych. Gdy mnie zaczepiają i zionąc smrodem na wpół przetrawionego bełta przełamanego aromatem rarytaśnych papierosów marki Fajrant proszą 'pana kierownika' o drobne, mam ochotę zrobić im krzywdę. To nie jest lokalny koloryt i folklor. To nieszczęście ich bliskich i wrzód toczący nasz system emerytalno-rentowy. W tej chwili dla wypasionego, czterdziestoletniego byka znalezienie pracy to pół godziny roboty. Oni szukać nie muszą, bo mają renty albo nie chcą, bo skądś zawsze wyszarpią monetę na szatajabola.

Ulało mi się trochę więc może wrócę do filmu. Aktorsko miało być fantastycznie, filmowa Hanka, czyli Sonia Bohosiewicz zakosiła jakieś nagrody za kreację i w ogóle. Niestety, w tym zaślepieniu nie było komu zakrzyknąć, że król jest nagi. Marcin Kwaśny (Marcin) gra nieznośnie manierycznie i nawet jak ma być fajny, to irytuje. Grzesio Pałkowski jest fajnym młodym zbójem dopóki się nie odezwie. Gdy się odezwie, zaczyna recytować a my zaczynamy krzyczeć. Tomasz Karolak jako git multirecydywa napierdalający żonę jest kompletnie chybiony obsadowo, bo chociaż jako aktorowi nic mu zarzucić nie mogę, to nie jestem w stanie uwierzyć w to, że to groźny, pohaftowany bandzior na zwolnieniu warunkowym. Nie po Testosteronie, nie po Lejdis i nie po ostatnim tefałenowskim serialu. No sorry, kto to wymyślił? Mareczek, dobroczyńca Marcina - miałem ochotę huknąć szklanką w ścianę za każdym razem gdy go widziałem - nie wiem czym miała być jego kreacja, ja ją odebrałem jako niezamierzoną parodię warszawskiego cwaniaczka-biznesmena, która była tak samo naturalna jak dziewczyny na okładkach Playboya.
I nawet Sonia mnie nie przekonała do końca ale to chyba wina scenarzysty, który nie mógł się zdecydować, w którą stronę ma ciągnąć postać Hanki. Gdyby konsekwentnie napisał ją jako praską cwaną dziewczynę, która co prawda roi sobie lepsze życie z chłopcem z dobrego domu ale wie, że Kopciuszek spotyka Księcia tylko w bajce, byłoby git. Być może tylko ja to tak odebrałem ale dla mnie w pewnym momencie Hanka zaczęła naprawdę wierzyć w to, że Marcin wyrwie ją z praskiego dołka. Wybaczcie ale takie rzeczy tylko w historyjkach dla grzecznych dzieci. Co nie zmienia faktu, że Sonia Bohosiewicz pokazała się z jak najlepszej strony i dzięki nieopatrzonej[4] twarzy dała radę przekonująco odegrać to, co odegrać miała. Wulgarna, wyzywająca, cwana, bezwstydna, hałaśliwa i przebojowa dziewczyna, która swoim zachowaniem maskuje krzyczącą tęsknotę za normalnym życiem, sensownym facetem, prawdziwym uczuciem, bliskością, tkliwością, delikatnością i chwilami wrażliwości. I wielki smutek. Uwadze waszej polecam świetną według mnie scenę erotycznej sesji zdjęciowej jaką robi jej Marcin po dużej wódce. Podobało mi się.

Całe to moje czepianie się jest takie troche na wyrost, bo na takie filmy trzeba u nas chuchać, żeby nie zmarniały. Rezerwat pomimo ewidentnych słabości jest fajnym, pozytywnym obrazem, jakich w Polsce powinno powstawać więcej. Myślałem, że dostanę rozpruwające duszę na pół, egzystencjalne grzebanie palcem w ranie i pochylanie się nad ofiarami transformacji ustrojowej. Dostałem dość sympatyczne dwie godziny, po których trochę mi się milej na sercu zrobiło. Wam też się może zrobić, bo warto dać Rezerwatowi szanse. A całe moje pisanie było takim dopieprzaniem się do tego, że na piedestał wynosimy film, który w normalnym kraju nie byłby żadnym wielkim wydarzeniem a szanse na wielkość miałby tylko pod warunkiem napisania scenariusza na nowo. Gdyby twórcom nie zabrakło odwagi i kilka rzeczy pokazaliby z nieco lepszym odwzorowaniem realiów pola boju, byłoby bang. W formie, w jakiej skierowano film do kin, dostaliśmy jeno whimper. Przyzwoity, nieodrzucający whimper.

[1] To moje zgrubne wyliczenia, nie traktujcie ich jako prawdy ostatecznej.
[2] Doprawdy nie wiem, co macie na swoje wytłumaczenie.
[3] Myślałem, że uda mi się napisać cały kawałek bez użycia jakichkolwiek imion ale za bardzo się powtarzałem.
[4] Zupełnie nie kojarzę dziewczyny ale to w moim przypadku normalne gdyż nie oglądam polskich filmów.

czwartek, 03 lipca 2008

W maju 1999, tuż po wprowadzeniu się do mieszkania na Ursynowie, kupiłem rower. Kilka dni po zakupie jechałem Nowoursynowską. Na wysokości akademików SGGW kierowca autobusu miejskiego zepchnął mnie na pobocze, które szczęśliwie było na tyle szerokie, że nie wylądowałem w rowie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ów radosny szoferak wytyczył na lata sposób traktowania mnie przez każdego innego użytkownika drogi. Zaczął się dla mnie czas pogardy.

Kilka miesięcy później na skrzyżowaniu Dereniowej i Gandhi, wymusił na mnie pierwszeństwo dowozicielator pizzy w stuletnim maluchu. Mój pech polegał na tym, że jego samochodzik miał ponad stumetrową drogę hamowania. Moje szczęście polegało na tym, że miałem nowy rower z hamulcami ostrymi jak brzytwa. Przytuliłem się do niego na tym skrzyżowaniu przednim kołem, spojrzałem przez okienko, popukałem się w głowę i kazałem mu pospierdalać. Gdybym miał drogę hamowania dłuższą o pół metra, trafiłby mnie w przednie koło. Pół metra, do pewnego momentu najkrótsza odległość między zdrowiem a ciężkimi obrażeniami ciała.

Wyraz swojemu poirytowaniu zastaną na drogach sytuacją, dałem dwa lata później w tym tekście. Wtedy jeszcze byłem młody, gniewny i wydawało mi się, że to takie wypadki przy pracy i za kilka lat coś się zmieni. Być może zauważycie, że przejmowałem się takimi bzdetami jak wymijanie mnie na lakier, trącanie lusterkami czy piesi na ścieżkach rowerowych.

Piękne, wakacyjne miesiące roku 2002 - pamiętam je doskonale, bo rozpocząłem wtedy krótki acz burzliwy epizod na Okęciu. Do pracy jeździłem rowerem i na początku sierpnia kierowca ciężarówki na katowickich numerach postanowił mnie rozjechać. Bez użycia świadomości, bo jego późniejsze zachowanie na drodze świadczyło o tym, że chyba jest zmęczony (była 4:00 rano) i na pewno nie wie którędy ma jechać (zjeżdżał na wstecznym, z powrotem na Puławską ze ślimaka w stronę Rzymowskiego - rzadko się widuje przegubowca manewrującego w ten sposób w takim miejscu). Żyję tylko dlatego, że w ciągu 30 minut jazdy poprzedzającej zdarzenie, kilka razy mocniej naparłem na pedał, o ćwierć sekundy wcześniej zapaliło się zielone światło, przez chodnik nie przebiegł kot, zmuszając mnie do hamowania - efekt motyla w najbardziej życiowym wydaniu. Dzięki temu w krytycznej chwili byłem o dwa metry dalej niż byłbym jadąc o pół metra na godzinę wolniej. Miałem gdzie uciec, do dzisiaj boję się tamtego miejsca. Żebyście mnie dobrze zrozumieli - na trasie o długości kilkunastu kilometrów o tym, że nie wkręciło mnie między koła zadecydowały dwa metry. Dwa. Metry.

Trzy tygodnie później walnęła we mnie taksówka. Szczegóły w pierwszym poście wątku na grupie dyskusyjnej. Życie dopisało dalszą część scenariusza. Bardzo zabawną. Reperacja roweru po tym wypadku kosztowała 250 albo 300 złotych. Zadzwoniłem do tego taksówkarza. Usłyszałem, że on to ma do zapłacenia VAT albo ZUS i może mi dać stówkę. Poczułem się jakby mnie obrzygał. Z tego miejsca dobra rada dla wszystkich naiwnych idealistów - w tym skurwiałym kraju nie ma czegoś takiego jak umowa ustna. Zawsze wzywajcie policję, zawsze szukajcie świadków i nie popuszczajcie, bo was wydymają tak, jak wydymali mnie. Trzy stówki - tania lekcja pogardy w najlepszym, polskim wydaniu.

Maj 2003 - nie chce mi się powtarzać, przeczytajcie początek tej notki. Tym razem czynnikiem decydującym o przeżyciu/kalectwie był czas - pół sekundy. Chwila, którą rzadko kiedy rejestrujemy. Pomijalny moment, w którym zadecydowało się, że tym razem jeszcze mi się uda.

Listopad 2003 - kierowca dużego ciągnika siodłowego Renault zagapił się na tablice opisujące rozjazdy na wylocie z Piaseczna i zaczęło go ściągać w prawo. Prosto na mnie. Na szczęście miałem gdzie uciekać, kilkanaście metrów dalej byłbym już zmuszony do wykonania skoku na równoległy, wysoki krawężnik z szansami pół na pół - albo się uda, albo się nie uda. Gdy podjechałem do pana na światłach i podjąłem próbę wybicia pięścią szyby od strony pasażera (żeby pogadać) usłyszałem - przepraszam, zagapiłem się. Spoko, każdemu się zdarza. Pojechałem w swoją stronę a on pociął na Górę Kalwarię.

Potem na jakiś czas zrezygnowałem z przemieszczania się rowerem w ogóle. Najdalszym kursem na jaki się wtedy odważyłem był przejazd do Auchan. Chodnikiem i bocznymi dróżkami. A potem dałem się przyjaciołom namówić na wakacyjny wypad do Czech. Rowery na dach i jazda. To, jak rowerzystów traktują Czesi, to temat na oddzielny pean pochwalny - powiem krótko, polski kundel mógłby się od wyśmiewanych Pepików uczyć. Ale nawet tam moja klątwa nie pozwoliła o sobie zapomnieć. Zjeżdżałem ostro w dół, drogą dojazdową na kamping, Zdenek w Skodzie nie mógł się zdecydować co ma robić i czy mu się chce parkować, czy też jeszcze chwilę postoi na środku owej drogi. Ruszył dokładnie w tym momencie, w którym ja postanowiłem minąć go z przodu. Hamulec, rower stanął dęba a ja odbyłem krótki lot w powietrzu nad kierownicą - kilkanaście centymetrów w dowolnie wybrany bok i w manetkę trafiłbym nie udem a genitaliami. Został siniak a mogłem się wykastrować. Jakiś pierwotny instynkt chronienia głowy za wszelką cenę pozwolił mi na wykonanie w powietrzu czegoś na kształt przewrotu, złożyłem się tak, że o ziemię przywaliłem barkiem. Na koniec już tylko przewrót w przód i szorowanie po żwirze. Mniej lub bardziej głębokie otarcia, brud pod skórą, poszarpana łydka, zmielone kolana i ponaciągane mięśnie obręczy barkowej. Plus pogięta przednia obręcz. Fart po raz kolejny.

Po powrocie z Czech rower wylądował ostatecznie na balkonie gdyż znienawidziłem cyklizm sto razy bardziej niż nienawidzą mnie kierowcy. Rok temu miałem przebłysk żeby sobie kupić nową maszynkę ale się rozmyśliłem - w moim wieku nie ginie się na rowerze, bo to wieś. W moim wieku, jeżeli pisane jest zginąć, to trzeba zrobić to w samochodzie albo podczas oddawania się niebezpiecznemu hobby (kite, paralotnia, skałki bez zabezpieczeń, nurkowanie z rekinami, seks z rumuńską kurwą bez gumy). W ubiegły poniedziałek postanowiłem jednak kupić następne życie mojemu Wheelerowi, z którym przeżyłem wszystkie te gówniane sytuacje. W piątek po pracy odebrałem rower z warsztatu, w sobotę pierwszy przejazd próbny, od poniedziałku zacząłem jeździć nim do pracy. Tym razem potrzeba było niecałych trzech dni...

W teorii kierowca jadący drogą wzdłuż której prowadzi ścieżka rowerowa i chodnik, powinien podczas skrętu w prawo uważać na osoby znajdujące się na przejściu, które pokonuje. Zarówno na pieszych, jak i na rowerzystów. Gdybym był naiwnym młodzieńcem wierzącym w to, że w miejscu przecięcia ścieżki rowerowej i drogi dla samochodów mam jakiekolwiek prawa oprócz prawa do bycia zajebanym, uległbym we wtorek wypadkowi. Analiza topografii miejsca, w którym kierowca postanowił mieć na mnie kompletnie wyjebane wskazuje na to, że wypadek byłby ze skutkiem śmiertelnym. Po uderzeniu w lewy bok na drodze mojego lotu znalazłby się sygnalizator świetlny i betonowy kosz na śmiecie. Nawet przy mojej kociej umiejętności uchodzenia ze zdrowiem i życiem z niebezpiecznych sytuacji, nie miałbym szans. Gdybym jakimś cudem przeżył, moja rodzina do końca życia wygarniałaby spode mnie gówno i karmiła mnie przez rurę. A ja mógłbym się zaślinić i mrugnąć na znak, że coś kojarzę.

Na szczęście nie jestem kimś, kto wierzy w to, że kierowcy mają mózgi. Nie, ja pielęgnuję zdrową paranoję i wolę wierzyć w to, że oni wszyscy chcą mnie po prostu zabić albo ciężko okaleczyć. Dzięki temu, gdy zobaczyłem kątem oka pana kierowcę zbierającego się energicznie do skrętu w prawo, zacząłem natychmiast hamować. Dzięki temu przejechał nie przez moje udo a 20 cm przed przednim kołem. Nawet mnie nie zauważył. Wczoraj, w drodze powrotnej do domu, miałem zaś, na innym przejściu, spotkanie z panem taksówkarzem, któremu nie chciało się hamować i mnie przepuszczać. Chociaż to jego obowiązek, bo ja już na tym przejściu się znajdowałem. Przejechał więc sobie tuż przede mną, w wyniku czego ścisnąłem hamulce tak mocno, że zrobiło mi się coś w prawym kciuku. No ale to właściwie drobiazg, bo miałem szczęście, zobaczyłem go odpowiednio wcześniej, dokładnie przeanalizowałem sytuację poprzedzającą nasze spotkanie na przejściu dla pieszych i odpowiednio wcześnie zwolniłem. Znowu się udało.

Wczorajszy dzień utwierdził mnie w przekonaniu, że nie mam co liczyć na zmianę mentalności polskiego kundla za kierownicą. On zawsze będzie na mnie polował aż w końcu dopnie swego i mnie zabije albo okaleczy. Z roweru rezygnować nie mam zamiaru ale niestety - cały czas istnieją miejsca, w których moje i kundla drogi się przecinają. Wczoraj o 2:30 w nocy gdy leżałem w łóżku i z wkurwienia i stresu nie mogłem zasnąć, spłynęło na mnie natchnienie. Nie może być tak, że ja muszę mieć szczęście za każdym razem a chujowi w samochodzie wystarczy mieć je tylko raz. Potrzebne jest mi coś, co przeskaluje i zmieni kierunki wektorów stresu. Coś, co nieco wyrówna szanse. Pozostało do rozwiązania kilka drobnych spraw technicznych i jak dobrze pójdzie od przyszłego tygodnia przestanę być transparentną ofiarą na drodze a stanę się jej pełnoprawnym użytkownikiem. I nie, nie kupię sobie samochodu - dalej będę jeździł na rowerze, bo kierowcy mają za małe jaja, by mnie do tego zniechęcić.

Na pierwszy, drugi a nawet trzeci rzut oka, ktoś mógłby stwierdzić - co on się ciska, tyle lat jeździ, miał ledwo jedną kolizję, kilka razy spychali go do rowu, raz przeleciał przez kierownicę i najadł się trochę nerwów. Przecież to tyle, co nic. Może faktycznie lamentuję jak mała dziwka bez szkoły. Może inni rowerzyści są trącani przez kierowców raz w tygodniu a co pół roku muszą kupować nowy rower, bo poprzedni skasowali w kraksie. Tyle tylko, że inni mnie nie obchodzą. Nie jestem kurierem rowerowym, rower nie jest całym moim życiem, nie uczestniczę w Masie Krytycznej, nie płaczę, że jest mało ścieżek rowerowych - ja po prostu czasami chciałbym sobie bez obaw, że ktoś mnie zabije, przejechać tam i z powrotem. Ale wiem, że to się nigdy nie stanie bo wiem, że na tym kartoflisku rowerzysta zawsze będzie pariasem. Mamy za duże kompleksy, zbyt wielki dystans cywilizacyjny do pokonania, jesteśmy za bardzo wkurwieni i zbyt zaściankowi, żebym kiedykolwiek czuł się na drodze bezpiecznie. Bo w Polsce rower oznacza, że jestem biedny a wyznacznikiem statusu jest szrot ściągnięty na lawecie z Niemiec, przez co zawsze będę stał na dnie łańcucha pokarmowego. Czemu najlepszy wyraz dał jakiś urzędnik z ratusza, który powiedział kiedyś rowerzystom, że Warszawa jest dla samochodów a z rowerami to na wieś.

W ciągu ostatnich kilku lat przestałem zupełnie przejmować się takimi drobiazgami jak wymijanie mnie w odległości 30 cm przez ciężarówki i autobusy (to u nich norma), trącanie lusterkiem (ludziom się spieszy na stację benzynową), wymuszanie na mnie pierwszeństwa na skrzyżowaniu dróg równorzędnych (przecież ja, jako rowerzysta na pewno nie znam przepisów więc nie skojarzę, że coś na mnie wymuszono), zajeżdżanie mi drogi (nie będziesz mnie gnoju mijał prawą stroną albo poboczem gdy stoję w korku) czy obtrąbianie mnie za jazdę o 22:30 skrajem pustej, trzypasmowej jezdni (aby nie przeszkadzać panu kierowcy autobusu w jeździe po pustej drodze, powinienem z ulicy pospierdalać na ścieżkę, z której pozostały tylko oznaczenia i nieliczne, rozpadające się płyty chodnikowe). Nie reaguję na samochody parkujące na ścieżkach rowerowych, na pieszych urządzających sobie na nich spacery i spotkania towarzyskie, każdorazowe wymuszanie na mnie pierwszeństwa przez kierowców jadących z podporządkowanej (bo mi się przecież łatwiej hamuje) czy na atakujące mnie psy puszczone luzem. Są to historie, które denerwowały mnie kiedyś. Po pewnym czasie dostałem jednak tyle nieporównanie mocniejszych bodźców, że słabsze impulsy uległy wygaszeniu. Ale w dalszym ciągu nie rozumiem jednej rzeczy.

Kierowco - nie znasz mnie. Nie wiesz jakim jestem człowiekiem, co sobą prezentuję, co lubię, czym się zajmuję, co i kogo kocham, i kto będzie po mnie płakał. Przy piwie być może nawet byśmy się zakumplowali. Niestety, gdy siadasz do swojego samochodziku, mózg pakujesz do bagażnika, żeby ci nie przeszkadzał w czasie jazdy. Wytłumacz mi, proszę - czy wiesz dlaczego żywisz do mnie tak głęboką pogardę? Czy wiesz dlaczego robisz mi to, co robisz? I wreszcie, czy wiesz dlaczego od ponad 10 lat chcesz mnie zabić, ty skurwysynu?

Tytuł notki wziąłem sobie stąd. Poczytajcie, bo to dobry blog jest.

środa, 02 lipca 2008

Mam problem. Mam problem z mówieniem, że coś jest naj. Powody są raczej oczywiste - zawsze może powstać coś, co owo naj przebije. Ewentualnie istnieje coś, co rzeczone naj dystansuje o sześć długości ale ja jeszcze tego nie widziałem, nie czytałem, nie słuchałem, nie rozmawiałem. Dzisiaj chyba się przełamię, bo jestem zaczarowany, oszołomiony i urzeczony do tego stopnia, że nie do końca jestem poczytalny, za swe czyny nie odpowiadam i w razie przerobienia moich opinii na ziemię do kwiatów, bez obcinki się z nich wycofam.

Szóstka przyjaciół - trzy one, trzech onych. Pracują, podrywają, uprawiają wolny seks, w końcu zaczynają się spotykać w ramach swojej grupy, pojawia się ciąża, dziecko, ktoś się oświadcza. Wolny czas spędzają głównie w barze gdzie przesiadują na kanapie i rozmawiają. Bardzo dużo rozmawiają.

Kto pomyślał, że to o serialu Przyjaciele, ręka do góry!

Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem ale przy mojej nowej miłości, Przyjaciele to telenowela dla niewymagających i średnio inteligentnych gospodyń domowych[1]. Od ostatniego weekendu Coupling przejmuje królewskie regalia, wdziewa monarszy szkarłat i rządzi nam długo i szczęśliwie. Tak, powiem to: Coupling to najlepszy serial komediowy jaki w życiu widziałem[2]. Coupling to również najlepszy film o związkach jaki w życiu widziałem[3]. I w ogóle Coupling rozporządza na całego.

Porównań do Przyjaciół uniknąć nie sposób. Pomijając bowiem elementy wspólne opisane w drugim akapicie, podobieństwa zachodzą również na trochę głębszym poziomie. Na poziomie konstrukcji bohaterów. Zakładam, że każdy kto wchodzi na mojego bloga widział Friendsów i nawet jeżeli mu się nie podobali, z grubsza kojarzy protagonistów. Najpierw panie.
Susan - Rachel. czyli lokalna seksbomba, która kręci z głównym bohaterem, ma z nim dziecko a ich związek stanowi główną oś fabularną serialu.
Jane - Phoebe, czyli kobieta postrzelona. Na dodatek cholernie seksowna. Do tej pory nie rozgryzłem, która z nich jest większym freakiem. W zasadzie stawiałbym na Phoebe ale w jej przypadku jest więcej materiału dowodowego (10 sezonów). Z drugiej stony, Jane za sprawą tej sceny kupiła mnie całkowicie.
Sally - Monika, czyli natręctwa rządzą. Plus nerwowe poszukiwanie wyśnionego księcia z bajki w sytuacji, gdy pod nosem jest ktoś naprawdę warty uwagi.

I panowie:
Steve - Ross, czyli lekko neurotyczny, uroczo panikujący pantoflarz. Wokół jego związku z Susan toczy się akcja serialu.
Patrick - Joey, czyli 3/4 kobiet, które znasz, spało ze mną. Seksualne zwierze, łamacz serc niewieścich, przeleciał połowę Angielek (i sfilmował to), uroczo przygłupawy.
Jeff - Chandler, czyli miejscowy błazen. Typ żartownisia, który w czasie rozmowy z kobietami wygaduje straszne głupoty. Tyle tylko, że Chandler przy Jeffie to Lepper przy Napoleonie.

Pomimo wcale dużej ilości elementów wspólnych, nie mam zamiaru porównywać Przyjaciół i Coupling, bo to najzwyczajniej nie ma sensu. Tych pierwszych kocham ową trudną miłością, zarezerwowaną dla brzydkiego jak noc, śmierdzącego, trzynogiego psa. Trudną, bo jest to serial bardzo nierówny, epizody genialne sąsiadują z klockami, sceny zabijające śmiechem z momentami żenującymi, irytujący do bólu Ross kontra Joey i tak dalej. Ale i tak ich kocham, bo to kawał mojego życia i, mimo wszystko, kawał dobrej roboty. Poza tym zdziwiłbym się gdyby wśród 200 odcinków nie znalazły się kawałki gorsze.

Coupling to czysta komedia z niezbędną ilością elementów dramatycznych. Niezbędną w sensie ilości wymaganej do tego, by serial nie przerodził się w komedię stricte slapsctikową, w której co prawda nie widzimy ale wyobrażamy sobie dużą ilośc tortów na metr sześcienny. Film kupuje widza od samego początku dialogami. A ponieważ napisali to Brytyjczycy, spodziewajcie się dwuznaczności, ironii, absurdu i sarkazmu. Dowcipy nie są nam tłumaczone łopatologicznie, bo są naturalnie i same z siebie tak śmieszne, że tłumaczyć ich nie trzeba. Na temat humoru w serialu czytałem kilka niepochlebnych opinii ('Przecież to w ogóle nie jest śmieszne') - cóż, żarty w Coupling nieśmieszyć mogą jedynie fanów Drozdy lub Dańca. Mniej tu dosłowności (chociaż oczywiście występuje) a więcej inteligentnego puszczania oka do widza. Mnie urzekli całkowicie i chyba tylko przy odcinku Split nie konałem ze śmiechu co pół minuty a co dwie. Słowa 'konałem' nie użyłem tutaj dla zwiększenia emfazy - ten film naprawdę zabija śmiechem, gdy oglądałem pierwszy sezon pauzy, podczas których rzęziłem na podłodze, trwały dłużej niż sam seans. Właściwie co scena, to pauza. Scenariusz i dialogi to najmocniejsze punkty serialu ale...

... gdyby nie aktorzy, którzy wspieli się na wyżyny swoich możliwości i umiejętności, serial mógłby sromotnie polec. O czym przekonuje totalna porażka amerykańskiej wersji, która polegała na podmienieniu aktorów miejscowymi i daniu im tych samych scenariuszy, które odgrywali ich angielscy koledzy. Oryginalny Coupling został na imdb oceniony na 9,2/10, wersja amerykańska szarpnęła 3,3/10. Po tych fragmentach jakie miałem okazję obejrzeć, wydaje się być w pełni zasłużona.
Wszyscy mają swoje świetne momenty ale dwie osoby kradną serial. Jane - egoistyczna, prześmieszna, wyluzowana i chyba lekko psychicznie niezrównoważona nimfomanka, która wydaje się poruszać w zupełnie innym strumieniu świadomości niż reszta świata. Poza tym jest atrakcyjną kobietą (właśnie, jak oni to zrobili, że wszyscy w tym filmie są fajni w sensie, że panie ładne a faceci przystojni?), od której wzrok odrywałem niechętnie. Absolutnie rządzi natomiast Jeff - zabójczy akcent, obsesje (głównie piersi i sutki), przekomiczna nieumiejętność rozmawiania z kobietami i dłuższe monologi, obnażające największe lęki facetów powodują, że po pewnym czasie samo jego pojawienie się na ekranie powodowało u mnie skurcze przepony. Odtwarzajacy go Richard Coyle jest absolutnym zwierzęciem komediowym i powinien być obsadzany w komediach zdecydowanie częściej.
I jeszcze jedna rzecz - ciężko mi wypowiadać się o tematach poruszanych przez bohaterki (w sensie ich prawdziwości, prawdopodobieństwa etc.). Wiem natomiast, że to o czym i w jaki sposób gadają ze sobą w tym filmie faceci, śmiało może dostać naklejkę 100% prawdy. I nie mam na myśli tylko rózmów o seksie i kobietach, choć tych oczywiście sporo. Prawdziwie rozkładały mnie bowiem na łopatki ich dialogi dotyczące męskich zachowań w ogólności. A to na przykład naszego zamiłowania do porno, długiego przesiadywania w ubikacji, niechęci do angażowania się w związku, podejścia do życia czy niuansów przyjaźni męsko-damskiej. A wisienką na czubku tortu są nienachalne wtręty popkulturowo-autoironiczne, które znajdziemy w niemalże każdym odcinku.

Z jednej strony mógłbym jeszcze kilka akapitów napisać o nieoczywistych związkach między bohaterami, o ich dojrzałości czy osadzeniu ich nie tylko w realiach towarzyskich ale również zawodowych. Ale nie napiszę, bo uznałem, że znacznie lepiej będzie pokazać to na przykładzie kilku tekstów, które dają najlepszy obraz tego, co was w filmie czeka. Behold!!! Aha, K to kobieta, M to mężczyzna. Przepraszam, nie mogłem się powstrzymać.

[K] What do you call people, you go out with, but you don't try to sleep with?
[M] Men

[M1] I mean, when exactly do you take your socks off? My advice is to get them off right after your shoes, and before your trousers. That's the sock gap. Miss it, and suddenly you're a naked man in socks. No self-respecting woman will ever let a naked man in socks do the squelchy with her.
[M2] That's your foreplay tip? Socks?
[M1] Many men have fallen through the sock gap, Patrick. Under the sexual arena of earthly delight there lurks a deadly pit of socks.

Size Matters:
[K1] Some men are born lucky. Some men are born very lucky.
[K2] What was Patrick born?
[K1] A tripod.

[M] Jane, isn't he gay?
[K] Fascist!
[M] No, I'm just saying he goes out with men. Not women, men.
[K] Tada, I'm bisexual.

Rozmowa kobiet na temat pewnej sytuacji:
I can't believe he said he loved you. You haven't even been going out for two months.
Rozmowa facetów na temat tej samej sytuacji:
I can't believe you said you loved her. She wasn't even naked!

I kilka one-linerów:
Now I don't want you to get unduely excited, but I'm off to cook. You can come and watch. In that order.
I like films with lesbians in them, 'cause it's nice to think there are attractive women who can't find a boyfriend.
When man invented fire he didn't say, "let's cook!". He said, "great, now we can see naked bottoms in the dark."
A woman's breasts are a journey. Her feet are the destination.
There's a supermodel who shags total prats and I don't know where she lives...
I really quite like being single. Except for the bit about not having a man.
He works in pizza delivery, which just answers all your prayers, doesn't it? Man, motorbike, has own food!
I never make more than one sex tape of a woman. I am not a pervert.
A na koniec mój cichy faworyt: One swallow does not make her my girlfriend.

Aha, jeżeli się okaże, że ktoś znał ten serial wcześniej, podziela moje zachwyty i nic mi o nim do tej pory nie powiedział, to ta osoba jest u mnie ciężko przegrana. A teraz klikajcie w jutuba - z tego co zauważyłem, są tam chyba wszystkie odcinki.

[1] Uogólnienie świadome. Mam nadzieję, że rozumiecie skąd się tutaj wzięło.
[2] Latający Cyrk Monty Pythona nie uczestniczy w żadnych rankingach jest bowiem Serialem Absolutnym. Dlatego mogę powiedzieć, że Coupling jest najlepszy.
[3] Jeżeli ktoś chce mnie w tym momencie przygwoździć filmem, w którym moralnie zaniepokojeni bohaterowie gmyrają palcem w odbycie swoim i innych oraz dyskutują o swoim związku przy pomocy bełkotliwych zdań wielokrotnie złożonych, to niech sobie daruje. Wolę potrawę, do zjedzenia której nie potrzebuję trzech rodzajów widelca, palnika, szczypców, młotka i wyłączonego poczucia dobrego smaku. Metaforycznie rzecz ujmując.