To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 31 lipca 2007

Chciałem sobie odpuścić, bo czepianie się bożego grilla w komentarzach przybrało formę żartobliwą, ale jako, że nie będzie to zapewne ostatni tego typu wpis (że niby znowu kiedyś pierdolnę coś, co będzie urażające dla niektórych czytelników), to może niektórym z was coś wytłumaczę.

Napisałem wyraźnie - jeżeli wchodzisz tutaj z googla po frazach 'brat mnie onanizował', 'jebanie na maksa' albo 'dziewczyny z chujami', to nie sil się na czytanie notek, bo najzwyczajniej w świecie ich nie zrozumiesz. Co za tym idzie, twoje komentarze też będą z dupy wyjęte. Blokujesz pasmo, narażasz się na śmieszność, robisz z siebie wała i nikt cię nie lubi. No bez sensu. Wydawało mi się, że jak się zabieramy do komentowania czegokolwiek, to przynajmniej kojarzymy zagadnienie. O, sancta simplicitas - tyle lat stąpam po tym smutnym jak pizda łez padole, a z wiary w zbiorową mądrość ludzkiego gatunku się nie wyleczyłem. Więc może, zanim się zagęści i kolejne osoby stwierdzą, że jestem luzakiem, który oswaja rzeczy nieoswajalne, szpanuję swoim podejściem, jest chamem i kawałem nieczułego ćwoka, wytłumaczę skąd mi się wziął 'grill boży'. I będę miał, przynajmniej w tej materii, spokój. Zarówno ze strony komentujących notkę, jak i urażonych, którzy przybredzali do mnie w realu.

Gdybyście śledzili wypowiedzi mundrali z dyplomami i na stanowiskach, to być może rzuciłaby wam się w uszy przepiękna fraza, wygłoszona przez wikariusza generalnego biskupa polowego pułkownika Sławomira Żarskiego. Otóż wikariusz stwierdził, że łączy się z wami (rodzinami ofiar) w bólu, bo ból dzielony jest mniejszym bólem[1]. Niewiele ostatnio większych durnot wygłoszono ale najlepsze jeszcze przed nami.
- 'Die Welt' pisze: 'To była pielgrzymka po śmierć'. A my, wszyscy tu zebrani kapłani, chcemy powiedzieć: To była pielgrzymka po życie. Pielgrzymi wyjechali szukać Boga i znaleźli Go, On wyszedł na ich spotkanie.' Cóż, nie wierzę w Boga, boga, BOGA, Bogów, bogów, BOGÓW ani też w bóstwa. Dlatego mam nadzieję, że On/on/ON nie będzie mi nigdy wychodził na spotkanie, bo jak widać takie spotkania powodują nieszczęścia. A tak na poważnie - w kategorii fraz pocieszających, historia o litościwym Bogu, wychodzącym na spotkanie pielgrzymów, którzy pojechali go szukać, plasuje się gdzieś w okolicach tekstów z gatunku: mam nadzieję, że nie cierpiał przed śmiercią.
Jak jeszcze pocieszał i co jeszcze przyfarmazonił wikariusz? Ano tak: 'To byli święci, ludzie gotowi na spotkanie z Oblubieńcem. Ci pielgrzymi są już w niebie, bo Boga odnaleźli, kończąc swoją pielgrzymkę na Ziemi. (...) Pamiętajcie, przez łzy, ból, który będzie jeszcze długo trwał[2], (...) oni są w Niebie i będą za wami orędować. I chwała Panu, że w ten czas powołał ich do siebie'. Między nami - wolałbym, żeby obleśny grubas powiedział do mnie coś o grillu bożym, niż miałbym słuchać pierdolenia tego pana w czarnej sukience. Amen.
Na koniec coś mniej do wkurwień, a bardziej do śmiechu. Kolejny cytat: 'Pięknie mówili nasi praojcowie: ruszasz w podróż - przeżegnaj się, jedziesz daleko - pójdź do spowiedzi. Lecisz samolotem - zrób rachunek sumienia, pójdź do komunii, a będziesz miał 'bilet niebieski', nie ten z LOT-u czy PKP'. Mam nadzieję, że cytat z naszych praojców skończył się przed lotem samolotem, bo jeżeli nie, to znaczy, że wikariusz, niczym Oberfeldkurat Katz, był na tęgiej bani gdy to mówił. I ciekawe czy po zrobieniu rachunku sumienia i przystąpieniu do komunii, osoba wierząca będzie mogła z takim 'biletem niebieskim' wbić się na następny lot tanich linii do Londynu, Dublina albo Edynburga. Życie w tej szopce może przemielić największego twardziela.

Dobra, opierdoliwszy fragment Boży, przejdźmy do grilla. Wiem, że większość czytelników jest inteligentna i ma jakieś tam IQ, dlatego proszę o wybaczenie, że opowiadam takie oczywistości. Proszę sobie przypomnieć jakich słów po wypadku używali reporterzy i dziennikarze najczęściej, oprócz oczywiście 'ofiara'. Tak jest. 'Spalony', 'spłonęli', 'spaleni żywcem'. Obracali te słowa z jakimś przedziwnym, sadystycznym upodobaniem. Odmieniali przez wszystkie znane przypadki, i dodatkowo przez takie, co je sobie sami wymyślili. Kurwa - jaka radość. Usmażyło się 26 pielgrzymów - ale nam słupki oglądalności pierdolną w kosmos, wystarczy tylko ględzić o tym dzień i noc i podkreślać fakt zaistnienia ofiary całopalnej. I pierdolnęły, bo ludzie to skrzyżowanie hieny z sępem, i jak jest gdzieś padlina[3], to podlezą, będą się przyglądać i raczyć swoimi przemyśleniami z dupy, wszystkich, którzy znajdują się w zasięgu ich wzroku.

Nie ma się co oszukiwać - pół Polski gapiło się w okienko i ekscytowało kolejnym newsem o spalonych pielgrzymach, a każdej osobie, która powie, że to nieprawda, zaśmieję się w twarz. W ciemno mogę zgadywać, że w dzień wypadku i być może w dzień po nim, programy informacyjne miały wskaźniki oglądalności porównywalne z 9/11, halą w Katowicach, Władcą Pierścieni czy Matrixem.

Zresztą - po co zgadywać. Jak jechać, to na całego. 22 lipca oglądalności programów informacyjnych wyglądały następująco: Teleexpress (TVP1, 17:00) - 4 922 692 osoby, SHR% - 49,90%[4], Wiadomości (TVP1, 19:30) - 4 786 626, SHR% - 42,35%, Fakty (TVN, 19:00) - 3 267 249, SHR% - 31,20%, Panorama (TVP2, 22:08) - 3 138 321, SHR% - 28,16%, Wydarzenia (Polsat, 18:50) - 2 964 780, SHR% - 29,59%, Panorama (TVP2, 18:53) - 1 204 513, SHR% - 12,56%. Kanały informacyjne, czyli TVP3 i TVN24 również notowały rekordowe oglądalności. Odpowiednio Kurier (TVP3, 21:45) - 1 413 000, SHR% - 10,75%, Kurier (TVP3, 17:30) - 1 353 971, SHR% - 15,04%, 24 Godziny (TVN24, 21:00) - 539 207, SHR% - 4,07% i Serwis informacyjny (TVN24, 12:30) - 474 242, SHR% - 6,50%. Daruję wam przeciętne oglądalności owych programów w dni bez masakry, bo się pewnie domyślacie, że są niższe (miejscami nawet o 40%).

Czy jest na sali jeszcze ktoś, kto nie rozumie, skąd mi się boży grill wziął? Z wkurwienia mi się wziął. Z wkurwienia na sługę bożego, który pierdolił durnoty i jątrzył rany, zamiast pocieszyć cierpiących (jeżeli słowa wikariusza miały być pocieszeniem, to ja chyba jestem z innej bajki). Z wkurwienia na młodych, rzutkich, w garniturach i garsonkach, którzy miast moderować, uspokajać i wyciszać, przytknęli mikrofony do ust przyzwyczajonych do gładkich kłamstw i zamienili misterium śmierci w jarmark połączony z Hot Shots[5]. Oczywiście w smutnych kolorach black, gray and blue. Z wkurwienia na cały ten cyrk, który zrobiono z tragicznego, aczkolwiek zwykłego wypadku samochodowego. Z wkurwienia, bo urlop mi się skończył, wróciłem z łódki do biura i chcieli mi odwołać koncert Stonesów. Oraz z frustracji wynikającej z bycia gruboskórnym chamem, luzakiem i Wojewódzkim. Jak dalej tego nie pojmujecie, to nie ma dla was ratunku, ani miejsca tutaj. Idźcie poczytać Bravo. A teraz, ponieważ mnie wkurwiliście, idę napisać donos. O którym wam nie opowiem. Nawet gdy skończę jeść sernik.

Pozdrawiam

PS. Z tym wkurwieniem, to żartuję, bo nie jestem wałem, który się osłabia o kilka krytycznych uwag. A tytuł notatki dobrałem do pierwszej tezy, o której chciałem tu pisać. W trakcie mi się zmieniło ale nie mam już ochoty wymyślać nowego leadu. Dlatego zostanie taki bardziej bezsensowny.
PS2. Jak mi się zechce, to pierdolnę jeszcze notkę o naszych lokalnych gwiazdach kina. Jak mi się nie zechce, to nie pierdolnę. A mówie o tym, bo postanowiłem zrobić sobie tygodniową przerwę na blogu i dokończyć aktualizację strony. Bo się z nią pierdolę, niczym nastolatek z pijaną koleżanką na dyskotece. Także jakbym zamilkł, to nie dlatego, że strzeliłem foszka. Po prostu rozgrzebany kawałek leży na dysku i jest niczym niemy wyrzut sumienia. Do poczytania. Jak nie tu, to na evilu.

[1] Wikariuszu się pewnie coś pojebało i pojechał matematyką, dzięki której wiadomo, że ból (B) dzielony na 2 osoby jest mniejszy od bólu przyjmowanego przez jedną osobę. Gdyż nawet dziecko z maturą giertychowską wie, że B dzielone na 2 jest mniejsze od B (zakładamy, że ból nie przyjmuje wartości ujemnych - dysklajmer dla upierdliwców i purystów). Gdy ogłosimy żałobę, dzielimy ten ból na tych, którzy w tym pojebanym kraju zostali. Czyli prawdziwa jest następująca nierówność: B dzielone na 30 000 000 jest mniejsze od B. Jeżeli rozszerzylibyśmy obowiązek współodczuwania na całą Europę, to ból przypadający na jedną osobę byłby wielkością pomijalną. Mam plan na okoliczność śmierci kogoś mi bliskiego - poproszę przez net przypadkowych ludzi, by cierpieli razem ze mną. Ciekawym jaka jest dla mnie liczba współcierpiących, przy której nic mnie nie zwilża i miast oddawać się ponurym rytuałom, będę mógł kopnąć się na piwo. Kurwa, i tacy ludzie sprawują rząd dusz.
[2] Dobrze, że wikariusz zaordynował painkillera (dzielenie bólu na wiele osób), dzięki któremu długotrwałe łzy i ból, będą przypominać delikatną odmianę kataru siennego i lekkie ćmienie w potylicy. Nie mam pytań.
[3] Ten przypis jest oznaką nadszarpniętego zaufania do was - pisząc padlina, nie miałem na myśli pielgrzymów. Słowa tego użyłem w bardzo szerokim kontekście.
[4] Ucząc tłumaczy, tłumacząc uczy - SHR% oznacza udział w widowni telewizyjnej. Termin ten określa jaka część osób, które w danym czasie oglądały telewizję, było widzami danego programu. Teleexpress oglądała prawie połowa osób siedzących wtedy przed telewizorem. Wszystkie dane za AGB Nielsen Media Research (taki standard rynkowy).
[5] Nie mam zamiaru pozostawić żadnego niedopowiedzenia. W którejś części Hot Shots pojawia się Charlie Sheen, strzelający do gorylasów z dżungli. Na dole mamy licznik ofiar. Się mi skojarzyło: według najnowszych doniesień zmarł kolejny z ciężko rannych pielgrzymów, daje nam to 24 ofiary tragedii. Zabrakło mi tylko napierdalania kresek na ścianie albo tablicy. Tudzież rzeczonego, gustownego licznika w prawym górnym rogu ekranu. Tuż pod czarną tasiemką.

czwartek, 26 lipca 2007

Gdyby tu było przedszkole, w przyszłości. Nagle. I synek wasz mały. Tragedia znowu stała się okazją do festiwalu żenady, obłudy i hipokryzji. Kurwa mać, ślina sama gęstnieje w ustach na widok tego, co się wyprawia z okazji 'Bożego grilla'[1]. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że autokneblowanie przybiera wymiar bez mała groteskowy. A na pewno śmieszno-żałosny. Przykład pierwszy z brzegu - we wczorajszym Stołku[2] komunikat następującej treści: " związku z żałobą [...], dzisiejszy film o koncercie The Police w ramach Kinoteki pod Gwiazdami zostaje odwołany". Co jest, do chuja Wacława? O co, do kurwy nędzy, chodzi? Aaaaargh.... co ma żałoba do filmu o koncercie The Police?

Jeszcze wczoraj, gdy zaczynałem pisać ową notkę, chciałem pociągnąć temat sensowności ogłaszania żałoby, podyskutować o statystyce i powtórzyć pytanie 'czy gdyby usmażyło się 30 wstrętnych, zdegenerowanych pedałów, wracających z Parady Ruchania W Dupę, to nasze władze też ogłosiłyby żałobę'[3]. Chciałem nawet podyskutować z ciekawą wypowiedzią, którą na łamach Dziennika zaserwował Robert Tekieli, i którą zacytuję tutaj, bo jest zaiste rzadkiej urody bełkotem, świadczącym o totalnym zacietrzewieniu i blokadzie umysłu:
"Jeśli ponad dwadzieścia osób zginęło w okropnych męczarniach, a organizator koncertu nie może zrezygnować z pieniędzy - to chyba nawet nie trzeba jakoś szczególnie rozwijać tej myśli. Czy koncert by się odbył, gdyby na przykład matka organizatora zginęła w tym wypadku?".

Chociaż nie, to akurat skomentuję. Po pierwsze, gdyby tylko Znany Publicysta Tekieli zadał sobie odrobinę trudu i przeczytał regulamin koncertu, to nie pierdoliłby jak potłuczony o tym, że organizator koncertu nie może zrezygnować z pieniędzy. Wiem, że Znany Publicysta nigdy tu nie zajrzy ale gwoli rozjaśnienia sprawy, wrzucę kilka punktów z rzeczonego regulaminu:

1. Organizator zastrzega sobie prawo do odwołania każdego koncertu lub imprezy bez wcześniejszego uprzedzenia, o ile do odwołania dochodzi z przyczyn niezależnych od Organizatora.
2. W sytuacjach określonych w pkt. 1 oraz w razie odbycia koncertu lub imprezy jedynie w części z przyczyn niezależnych od Organizatora, Organizator nie będzie zobowiązany do żadnej rekompensaty lub odszkodowania wobec posiadacza biletu, poza zwrotem całości lub części sumy, na jaką opiewał bilet na koncert lub imprezę.
3. W przypadku zmiany daty, miejsca lub istotnej zmiany w programi koncertu lub imprezy, posiadacz biletu może zwrócić bilet przed rozpoczęciem imprezy za zwrotem całości sumy, na jaką opiewał. Poza wskazanymi powyżej przypadkami bilet nie podlega zamianie na inny ani zwrotowi.

Tak widzę scenariusz w przypadku odwołania koncertu. Organizator negocjuje z zespołem jakiś bliski termin, bilety nie tracą ważności, nic się nie dzieje oprócz tego, że kilkanaście tysięcy osób jest w plecy na okoliczność wykupionych biletów na pociągi, autobusy, samoloty oraz rezerwacji w hotelach. Ta zmiana uderza tylko i wyłącznie w publiczność, organizator swoje i tak skosi. Oczywiście część osób, powołując się na punkt 3, zwróci bilety (nie będzie im pasował nowy termin). W przypadku takiego zespołu jak Rolling Stones, nie powinno być problemów z ich ponowną sprzedażą. 
Gdyby okazało się, że nie ma opcji na bliski termin, organizator przelicza ile procent wartości biletu może oddać publiczności, żeby wyjść na zero albo skasować minimalną górkę. Przychodzę do kasy, dostaję 50% zapłaconej kwoty, organizator zasłania się forsmażorem, przeklinam pierdolony drób, żałobę, plagi egipskie oraz masonów, inkasuję połowę stawki i idę się uchlać. Ponownie, w plecy jest tylko i wyłącznie publiczność. Bo nie wierzę, że ktoś będzie szedł do sądu procesować się o 200 zł. A przynajmniej nie wierzę, że pójdzie tam ktoś, kto ma mózg i wie jak z niego korzystać. Mniej nerwów i więcej radości ma się przepijając połowę kwoty, niż podejmując próbę walki z polskim systemem sądowniczym.

Jak więc widać, w obu przypadkach organizator jest stroną wygraną a pan Tekieli pierdoli durnoty. A matka? No cóż, matka siedzi z tyłu. MATKA SIEDZI Z TYŁU, TAK POWIEDZIAŁ!!! Argument z gatunku 'a gdyby tu było, nagle, przedszkole. W przyszłości' pomijam pogardliwym milczeniem, bo jest to argument z piaskownicy, a z takimi się nie dyskutuje. No chyba, że ktoś ma dużo wolnego czasu.

Kurde, miałem nie polemizować i nie komentować, a tu tak mnie ponosi. Ale już kończę i przejdę do meritum. Napiszę wam dlaczego dobrze bawiłem się na koncercie Stonesów i dlaczego nie czuję się hieną cmentarną, tańczącą na kurhanach... swoich... wrogów... Coś mi się popierdoliło. Nie tańczę na grobach swoich przodków i nie kalam pamięci zgrillowanych pielgrzymów[4]. Już tłumaczę dlaczego.

Dla mnie, śmierć bliskiej osoby jest sprawą tak prywatną i tak intymną, że jakby mi ktoś ogłosił żałobę narodową i urządził taką szopkę medialną po śmierci moich bliskich, to bym skurwysyna zajebał tępym narzędziem z wystającymi, ostrymi przystawkami. Ci, którzy mnie znają osobiście, być może pamiętają jak wyglądałem i jak zachowywałem się na początku czerwca ubiegłego roku. Tak się jakoś zdarzyło, że w ciągu trzech dni miałem w bliskiej rodzinie 2 pogrzeby połączone z tragicznym w skutkach wypadkiem samochodowym. Znam stan, w jakim się wtedy człowiek znajduje. I wiem dokładnie, że jest to przeżycie tak intymne, prywatne, osobiste i wewnętrzne, że bardziej być nie może. Nie wyobrażam sobie w tej sytuacji paradowania w świetle kamer czy udzielania wywiadu niemieckiej szmacie[5]. Wiem jak w takiej sytuacji kłopotliwe jest składanie i przyjmowanie kondolencji, i uważam, że nie można i nie powinno się zmuszać do tego ludzi (że niby taki zwyczaj i tradycja). Dużo więcej dały mi rozmowy, a właściwie monologi, z kilkoma osobami gotowymi mnie wysłuchać, niż mniej lub bardziej szczere 'przykro mi'. Dlaczego ma ci być przykro? Znałeś te osoby? Były ci bliskie? No właśnie. Dlatego nie mówmy osobom dotkniętym nieszczęściem 'przykro mi', bo to głupie jest. Użyjmy raczej sformułowania 'mogę jakoś pomóc?' albo 'jak zechcesz pogadać, to znasz mój numer?'.

Drugą sprawą jest współodczuwanie - przykro mi bardzo ale empatyczny potrafię być tylko w przypadku osób, które znam osobiście. Śmierć i cierpienie osób mi nieznanych, kompletnie anonimowych, jest dla mnie jedynie krwawą statystyką. I niczym więcej, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafię przejmować się tragedią, jaka dotknęła panią X z Rybnika. No kurwa nie potrafię. Podobnie jak nie lubię gdy ludzie widząc mnie smutnego, zaczynają się smucić razem ze mną. Ja wiem, że to jest normalne ale mnie wkurwia strasznie, bo skoro humor może mieć spierdolona tylko jedna osoba, to niech tak zostanie. Pamiętajcie - pomożecie mi nie wtedy, gdy będziecie wkurwieni tak jak ja. Pomożecie mi, gdy zarazicie mnie swoim dobrym nastrojem, wysłuchacie, postawicie 10 kolejek wódki i odwieziecie, najebanego do nieprzytomności, do domu. Macie natomiast zakaz smucenia się, nawet gdybym wyglądał jak żywy trup i podobnie reagował. Pamiętajcie - pierwsze siedem-osiem razy, wasze żarty spłyną po mnie jak po kaczce, a być może mnie nawet poirytują. Za dziesiątym razem będę się śmiał razem z wami. I tego się trzymajmy, bo życie, nawet bez pogrzebów, jest dostatecznie przygnębiająco-dołujące.

I jeszcze jedna sprawa - moi rodzice pochodzą ze wsi. Dlatego wszystkie obrzędy, ceremonie i zabobony związane z żałobą i pogrzebem mam w małym palcu. Nikt kto nie uczestniczył w ceremoniach żałobnych na wsi (wschód Polski), nie jest sobie w stanie wyobrazić traumy, jaką, by być w zgodzie z tradycją i odpowiednio uhonorować zmarłego, funduje sobie bliższa i dalsza rodzina. Dla mnie wystarczająco dewastująca była śmierć Babci. Jak bardzo trzeba być masochistą, by w tej sytuacji zaordynować sobie dodatkowo nocne czuwanie przy zwłokach? Pytanie to pozostawię bez odpowiedzi.

Być może to co za chwilę napiszę, wyda się wam dziecinną fanfaronadą ale, w tej akurat sprawie, pierdoli mnie wasza opinia. W życiu staram się trzymać maksymy: żyj tak, by po twojej śmierci twoim przyjaciołom i znajomym było naprawdę przykro (rodzinie będzie smutno z defaulta) i odczuli twój brak. Raczej wesoły ze mnie chłopak, staram się nie robić siary i przyjemnie mi jest gdy ludzie lubią przebywać w moim towarzystwie. Lepiej czy gorzej - jakoś mi to, mam nadzieję, wychodzi. I takie mam życzenia odnośnie mojego pogrzebu - żadnych trumien, ponurych dołów kopanych w ziemi i stada zawodowych żałobniczek, zawodzących 'Dobry Jezu, a nasz panie, daj mu wieczne spoczywanie'. Jak mi ktoś coś takiego zafunduje, to będę go straszył po nocach. Po śmierci mam być spalony a urna z moimi prochami ma być gościem honorowym na stypie, na której ma być kurwa wesoło. Sex, drugs and rock'n'roll a nie szklane oczy, tępe spojrzenia i ogniskowa na nieskończoność. Ma być najebka i taki bauns, żeby sąsiedzi walili do drzwi. A na koniec chciałbym, żeby ktoś, kiepując fajka w urnie z moimi prochami, wyrzęził: 'kurwa, ten koleś był zajebistym ziomem, miał dobre życie, przeżył je jak trza i bez niego będzie tu trochę pusto i trochę smutno'. Po czym walnie baniaka i pójdzie opróżnić popielniczkę do kibla. Tak bym to widział i byłbym wdzięczny gdyby tak to się właśnie odbyło. Bo mierzi mnie wizja tabunu ludzi chlipiących i smarkających w jednorazowe chusteczki. Posmucicie się później, w domu, indywidualnie i w samotności. W grupie macie się bawić, bo wasze przygnębienie nie sprawi przecież, że ożyję niczym feniks z tych popiołów. A skoro nie sprawi, to jest bez sensu i na dodatek spierdoli humor tym, którym jakaś jego resztka pozostała.

Nie narzucam nikomu mojego światopoglądu, bo nie jestem pierdolniętym Mesjaszem czy szalonym misjonarzem. To co napisałem powyżej jest skróconą sumą moich przemyśleń, z którymi możecie się nie zgadzać. Natomiast w świetle tego co napisałem, mogę z czystym sumieniem podsumować: na koncercie Stonesów bawiłem się świetnie i nie odczuwam z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. A na dodatek zagrali Paint it black, dzięki czemu doznałem ekstazy niemalże religijnej. Resztę opowiem wam, jak tylko skończę budyń.

[1] Jeżeli ktoś się chce do mnie przyjebać o brak wrażliwości, to niech spierdala. Do stworzenia tej konstrukcji natchnęli mnie wielce mądrzy komentatorzy prasowi, telewizyjni i radiowi. Jeżeli ktoś słucha i czyta kawałki dotyczące wyjebki w Grenoble, powinien skojarzyć skąd ten boży grill mi się wziął. A jak ktoś nie kojarzy? No cóż, po wpisaniu do wyszukiwarki 'polskie kobiety do pierdolenia' albo 'poradnik pierdzenia na zawołanie', nie klikajcie w adres tego bloga, bo to nie miejsce dla was - mi na statystykach nie zależy.
[2] Stołeczna Gazeta Wyborcza, bo jak rozumiem nie tylko mieszkańcy Warszawy i okolic mnie czytają.
[3] Obawiam się, że znam odpowiedź na to pytanie i obawiam się, że hipokryzja władz niebezpiecznie zbliża się do tego, co zaserwowało nam swego czasu SLD.
[4] Patrz odnośnik numer 1.
[5] Fakt jest bardzo profesjonalnie zrobionym tabloidem. Jeżeli chodzi o layout, zawartość, makietę - mistrz świata. Jednocześnie jest szmatą, której nie dotykam. Nie dlatego, że traktuję ją jako gazetę dla kretynów i żądnych krwi półmózgów (well, tak po prawdzie, to dokładnie tak go traktuję). Po prostu Faktem się brzydzę. Tak zwyczajnie, po ludzku się brzydzę.

niedziela, 22 lipca 2007

Jeżeli ktoś, przeczytawszy tytuł wpisu, pomyślał, że popastwię się nad moim bratem, to znaczy, że zabłądził tutaj, po wpisaniu do googla tekstu typu 'techniki onanizowania' albo 'wiejskie kurwy'[1]. Dzisiaj będzie o przedziwnej grupie ludzi, którym albo się nudzi, albo mają ze sobą poważny problem. O panach Hyde'ach internetu.

W internecie klikam od 1998 roku. Wróć, w 1998 zacząłem sobie lurkować kilka grup usenetowych, klikać odważyłem się chyba dopiero w 1999. Taką bowiem miałem blokadę, że lepiej napisać coś przemyślanego i z sensem, niż napierdalać 1000 postów miesięcznie, z których treść jakąkolwiek, posiada góra co setny. Po kwartale stwierdziłem, że ja to jakiś pojebany jestem. Produkcja werbalnej sraczki, jaka zalewała wszystkie grupy, w których próbowałem coś pisać, przekraczała 98% i ciągle rosła. Gdzieś tak w 2000 stwierdziłem, że sam zaczynam coraz silniej wpisywać się w nurt piszących dla pisania. Zrobiłem sobie krótką przerwę, wróciłem i wytrzymałem do 2002, udzielając się tylko na mojej 'grupie domowej' - na pręgierzu. Niestety, było coraz mniej fajnie, banda trolli i zwyczajnych kretynów, zaczęła zalewać grupę coraz większą ilością gówna. Były miesiące, że grupa bardziej przypominała hihot niż normalne forum dyskusyjne. Pretekst do definitywnego pożegnania się z usenetem dał mi jeden, skądinąd sympatyczny, człowiek, który wkurwił mnie maksymalnie. Zabrałem zabawki i udałem się do siebie, na stronę. Gdzie mogłem sobie pisać co chciałem (wtedy akurat szedł Wiedźmin), kiedy chciałem i jak chciałem. I nikt mi nie pierdolił, że przeklinam, piszę za długie teksty albo używam niezrozumiałych wyrazów. Znaczy owszem, piedolili na priva. Ale komfort prowadzenia swojej strony polega na tym, że możesz mieć na takie osoby kompletnie wyjebane.

Przez ostatnie 9 lat odwiedziłem niezliczoną ilość czatów, forów i grup dyskusyjnych. Lurkowałem, pisałem, spierałem się, walczyłem i poznawałem nowe osoby. Z niektórymi przyszło mi spotkać się osobiście, bo przenoszenie znajomości z netu w real, jest dla mnie czymś bardzo naturalnym, i zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy mają z tym problem. Ale to ich problem - mnie przekonuje statystyka: na kilkaset poznanych w ten sposób osób, trafił mi się tylko jeden przypadek delikatnego pierdolca umysłowego. To już większe mam szanse na to, że przyjebie we mnie kazachska ciężarówka wypełniona owocami morza.

Nie chce mi się tworzyć jakiejś specjalnej systematyki typów ludzkich gdyż zamierzam skoncentrować się tylko na jednym: Dr Jekyll i Mr Hyde. Przy okazji chciałbym nakreślić wyraźną granicę między przedstawicielami tego nurtu a ludźmi, którzy na grupie prezentują się niczym lwy salonowe, erudyci, mistrzowie słowa i wymiatacze, a w realu z trudem przychodzi im wykrztuszenie jednego zdania. To się zdarza i ja rozumiem, że komuś nakłada się blokada na wokal w momencie, gdy przychodzi mu wejść w interakcje inaczej, niż przy pomocy klawiatury i monitora. Spoko, to wolny kraj i każdemu wolno być nieśmiałym - sam przez wiele lat byłem zahukanym, zakompleksionym młodzieńcem. Dr Jekyll i Mr Hyde to inna grupa. I przyznam szczerze, że w mojej klasyfikacji stworzeń internetowych ustawiam takie osoby na samym dnie hierarchii. Poważnie - mniej mnie wkurwiają trolle, mesjaniści, durnie i zwykłe chamy, niż ludzie z rozdwojeniem jaźni.

Właśnie po to był ten cały wstęp o dłuższym stażu na grupach i przeniesieniu licznych znajomości z netu w real - ja naprawdę wiem o czym piszę. Bo przyszło mi skrzyżować ścieżki z kilkoma kolegami i koleżankami, którzy mają ewidentnie problem. Dlaczego problem? Ano, nie potrafię sobie inaczej wytłumaczyć ich modus operandi. W realu są to całkiem sympatyczne osoby - oczytani, ogarnięci, łapiący sarkazm, ironię i aluzje. Czasami nieco nieśmiali, czasami wręcz przeciwnie. Czasami nieco nerwowi, czasami wręcz przeciwnie. Ale da się z nimi usiąść i normalnie porozmawiać. Bez awantury, bez konieczności udowodnienia swoich racji za wszelką cenę, z poczuciem, że nie będą próbować używać na tobie socjotechnik i sztuczek erystycznych. W sieci zamieniają się w jakichś popierdolonych mutantów.

Niektórzy stają się chamami (tutaj miało być specjalne pozdrowienie dla pewnego pana, ale stwierdziłem, że powstrzymam się od podawania nicków i nazwisk). Ale nie takimi chamami jak ja, czyli rubaszny koleś z syndromem Touretta. Oni zamieniają się w chama dla samego chamstwa - niewybredne ataki ad personam, jazda po rodzinie, wbijanie oponenta w ziemię przy pomocy kopniaków poniżej pasa, wykorzystywanie wiedzy z reala do porachunków sieciowych - dla mnie jest to swołocz najgorsza, od której trzymam się daleko. Nie wiem, być może to jakiś mechanizm obronny albo kompensowanie problemów z życiem osobistym? Może taki ktoś kona z żądzy bycia chamem w realu ale wewnętrzne blokady nie pozwalają mu na urzeczywistnienie tych fantazji. Czy jest na sali psycholog, psychiatra, psychoterapeuta albo przestawiciel dowolnej profesji, który mi to wytłumaczy? Nie dlatego, że chcę komuś pomagać czy coś takiego. Mnie po prostu interesuje, jakie mogą być ewentualne powody takiego odklejenia w mózgu. Gdyby to ode mnie zależało, to zabroniłbym takim ludziom korzystania z internetu. Po pierwsze potęgują objawy swojej choroby, po drugie są szkodliwi dla zdrowia, po trzecie nie lubię gdy na impreze wpada typ i sra mi na stół, tuż obok tortu urodzinowego. Z drugiej strony oddałbym miesięczne pobory, by zobaczyć, jak taki koleś w końcu przenosi swoje nawyki sieciowe w real. Ciekawe jak długo czekałby na pierwszego strzała w usto bolesne?

Następna grupa, to ludzie, którzy w sieci muszą mieć zawsze rację. Przy piwnej dyskusji, można z nimi spokojnie osiągnąć konsensus. Próba dogadania sie w sieci, przypomina próbę dyskusji z echem w górach - w końcu ci się nudzi. Bo tylko masochista chciałby bić pianę i bronić swoich racji w starciu z kolesiem owładniętym ewidentną obsesją. Pół biedy gdy na takich osobników trafia ktoś w moim typie[2] - przez pół roku Erystyka była moją lekturą do poduszki, od 15 lat amatorsko interesuję się metodami manipulacji i wpływu na ludzi i znam ich wszystkie sztuczki, jakimi mnie raczą. Dlatego nie są już w stanie wyprowadzić mnie z równowagi, sprowokować do pyskówki czy obrazić[3]. Szkoda tylko, że moje podejście do dyskusji w necie jest tak samo popularne, jak stokrotki za kołem podbiegunowym. Efektem są niekończące się flejmy i nisko latające plonki (poza usenetem zwane ignorami).

Następni w kolejności idą ziomy, których nazywam 'zamknij się, jestem starszy i wiem lepiej'. Przedziwny typ - bywa, że w kilkusetpostowej dyskusji, ich jedynym wkładem są posty brzmiące mniej więcej tak: "Jak będziesz miał tyle lat co ja/my, i takie doświadczenie w internecie jak ja/my, to będziesz mógł ze mną/z nami podyskutować. A teraz sio." W sumie typ zabawny i nieszkodliwy, i zastanawiam się, czy powinienem ich zaliczać do kategorii Dr Jekyll i Mr Hyde.

Mam na tapecie jeszcze kilka podkategorii ale je sobie daruję, bo szkoda mi na tych pojebów czasu. Zrozumiałbym ich postępowanie gdyby siedzieli w domu i kreowali swój obraz tylko tym, co napiszą. Nie miałbym wtedy problemów z ich odbiorem, bo nie wiedziałbym jacy są w rzeczywistości. Zrozumiałbym ich postępowanie gdyby korzystali jedynie z nicków, pozostawali anonimowi[4] i nawet gdybym ich spotkał w realu, nie wiedziałbym kim są w sieci. Dlaczego robią to osoby 'publiczne' - nie mam pojęcia, gdyż moja prywatna diagnoza (są pojebani jak Szalony Kapelusznik), jest mało profesjonalna.

Po co stworzyłem ów mętny wpis? Ano po to, by poprosić was o jedno: bądźcie sobą. Nie mówię, że od razu macie podawać w sieci swój dokładny adres i numer telefonu komórkowego. Ale nie dzielcie swojego postępowania na to w sieci, i poza nią. Bo to słabe jest i może powodować silną konfuzję. Oraz zdumienie grubymi nićmi szyte. Aha, jak się tak bawicie, to wychodzicie na skończonych wałów i złamasów i nikt was nie będzie lubił. Przyznacie, że to bez sensu jest, nespa?

Na koniec coś z innej beczki - piszę wtedy, gdy uważam, że mam coś do powiedzenia albo muszę sobie ulżyć. Pisanie dla pisania pozostawiam dzieciom neostrady. Amen. A teraz idę powkurwiać młodzież na czatach onetu. Do widzenia, drodzy Państwo.

[1] Autentyki. Zresztą któregoś dnia zbiorę słowa, po których ludzie wpadają do mnie z gościną. Dobra zabawa i dystansowy masaż przepony gwarantowane.
[2] W miarę upływu lat i nabierania doświadczenia w dyskusjach z takimi ludźmi, doszedłem do wniosku, że należy im odpuszczać. Szkoda zdrowia. A poza tym, przyznając komuś takiemu rację, spełniasz dobry uczynek - nie nakręcasz flejma na grupie i pozostawiasz taką osobę w stanie spełnienia i radosnego uniesienia. Kurde, działam lepiej niż THC.
[3] Bonus dla wiernych czytelników, czyli metoda na wkurwienie Teklaka: gdy w dyskusji decydujesz się na użycie argumentów ad personam, nie jedź po mnie, bo nie sprawdzają się one w stosunku do kogoś, kto ma dystans do samego siebie jak stąd do Katmandu. Możesz natomiast rozważyć pojechanie po mojej rodzinie (w zależności od mojego samopoczucia, skuteczność 70-100%) albo po moich znajomych i przyjaciołach (od 50 do 80% skuteczności). Do roboty.
[4] Jak ktoś ma zamiar napisać 'w sieci nikt nie jest anonimowy', to niech od razu wypierdala. Dla mnie koleś, którego znam jako 'Anonim', pozostanie anonimem, i dopóki nie zdecyduje się przedstawić imieniem i nazwiskiem, w dupie mam to, kim jest naprawdę. Ludzi, którzy wykorzystując wiedzę, umiejętności albo, co najgorsze, znajomości, lokalizują takie osoby, uważam za najgorszy rodzaj pokurwieńców sieciowych, ogarniętych paranoją. Chujków, którzy wykorzystują wiedzę, umiejętności albo znajomości, do zrobienia takim anonimom krzywdy... Kurwa, znam taki przykład z autopsji i brak mi słów. Z tego miejsca pozdrowienia dla ekipy Bocznica, którą z rąk pewnego mieszkańca grodu Kraka, taka nieprzyjemność spotkała. Bardziej ewidentnego pokazu syndromu małego fiuta, jak 35 lat żyję, nie widziałem.

wtorek, 17 lipca 2007

Ledwo człowiek wróci z urlopu (o którym, być może, skrobnę coś w oddzielnej notce), otworzy gazetę, kliknie w onet czy włączy telewizor, a już go ci pokurwieńcy doprowadzają do szewskiej pasji. Mulat coś odrolnił, CBA pod wodzą generalissimusa Kamyka znowu dało pizdy, Roman się kompromituje nieznajomością podstawowych lektur naszego dzieciństwa, mały człowieczek w czarnej sukience bredzi coś o Żydach, czarownicach i eutanazji, drugi mały człowieczek z ciężkim zgryzem pierdoli, że to nie ślina a deszcz na niego chlapie, autostrady się nie budują, stadiony się nie budują, emerytury małżeńskiej nie dostaniemy, tarczę nam wybudują nawet, jeżeli nam się to nie podoba a na koniec urzędujący drób pierdoli coś o referendum na temat 'czy bogatym należy ukraść jeszcze więcej'. Co jest, kurwa, ja się pytam? Czy nam już do końca odpierdoliło jako narodowi? Przy żłobie parobki, tępaki, małe złodzieje, mendy albo kretyni - gdzie ci wykształceni posłowie, do kurwy nędzy? Katastrofa pod nazwą 'Euro 2012' zbliża się coraz większymi krokami, rata kredytu mieszkaniowego mi wzrosła, bo przy stopach manipulują, żarcie coraz droższe, trzęsienie ziemi, szarańcza, wody spływające krwią, brakuje ropy, Armagedon, Ragnarok, koniec świata, jaki znamy.
Otóż na wszystkie wymienione powyżej historie (oprócz wysokości mojej raty kredytowej) mam kompletnie wyjebane i dopóki te żłoby nie manipulują przy rzeczach, które mogłyby mieć wpływ na mój dobrobyt tu i teraz, sram na to[1] gównem tak rzadkim i śmierdzącym, że ciężko sobie je nawet wyobrazić. Bo widzicie - ja nie o tym.

Zgodnie z obietnicą, napiszę kilka słów na temat mojego urlopu (chyba nie uwierzyliście, że będę to robił w oddzielnej notce z adekwatnym tytułem... uwierzyliście?). Otóż na dwa miesiące przed odkrojeniem kolejnej pięciolatki w życiu moim, coś mi odpierdoliło i dałem się wyciągnąć na Bałtyk. Tak więcej na rejs w typie ruchomego mini-konwentu[2]. Trzeba mieć zdrowo najebane pod czapką, by na stare, reumatyczno-artretyczne lata dać się wyciągnąć na pływanie po rozszalałym żywiole, w kruchej łupince i pod żaglami.
Z tego miejsca jeszcze bardziej podtrzymuję wszystkie zarzuty wobec żeglarzy mazurskich, które wyłożyłem w tej notce: http://radkowiecki.blox.pl/2007/06/Zeglarze-murwa-ich-w-kadz.html. I dołożę coś jeszcze: jeżeli wydaje ci się, że na Mazurach bywa ekscytująco, niebezpiecznie, adrenalinowo albo podniecająco, to masz rację - wydaje ci się jak chuj. Po tygodniu turlania się po Bałtyku i okolicach zrozumiałem wiele rzeczy.

1. Ubiór. Dalej nie rozumiem dlaczego na Mazurach, żeglarze wbijają się do knajpy w sztormiakach. Doskonale rozumiem dlaczego czasami robią to w nadmorskich marinach. Kurwa mać, jestem zimnolubny ale 2 godziny wachty w lekko przemoczonym ubraniu przy dosyć silnym wietrze, może wyjebać nawet największego twardziela. I nie było siły, bym się rozebrał, wytarł do sucha, przebrał w nieprzemoknięte i nakurwiał po porcie. No fakin łej - może i mokro ale zdążyłem się już lekko rozgrzać i tak będę chodził.

2. Ubiór. Na Mazurach zawsze w zasięgu wzroku masz miejsce do potencjalnego cumowania. A co za tym idzie, możesz na spoko ugotować wodę na herbatę, spokojnie się wysuszyć, zagrzać i przebrać. Dlatego sztormiak za 16,99 nawet się sprawdza. Na morzu już niekoniecznie. I niestety (z punktu widzenia portfela), potwierdza się zasada, że dobrej jakości nie kupisz za przysłowiową dychę. Za dobre ciuchy do pływania trzeba zabulić więcej. I, nolens volens, lansujesz się, niezależnie od własnych przekonań co do owego lansu sensowności. W przyszłym roku zainwestuję w ciuchy do pływania nieco więcej niż 40 zł i będę wyglądał jak Bóg mody nawodnej.

3. Gwara. Na łódce mazurskiej można sobie pozwolić na dużo, w sensie luzu. Podczas pływania po morzu, zwłaszcza przy dużej fali i silnym wietrze, nie ma opcji, by załoga mogła się pierdolić w tańcu. Każdy rozkaz kapitana musi być wykonany bez wahania, zastanawiania się, kombinowania na własną rękę. Czasami musi być wykonany w tempie Szybkiego Lopeza albo Speedy Gonzalesa. Innym razem w warunkach urągających zdrowemu rozsądkowi i zasadom BHP. I nie ma czasu na knucie 'co to, do chuja Wacława, jest ten pierdolony sztaksel/handszpak/szturwał/bezanmaszt/sztormlina, czy inna swołocz o niemiecko brzmiącej nazwie. Znajomość gwary jest w takich sytuacjach bezwzględnie konieczna. Nie ma możliwości, by używać słownictwa innego niż branżowe w sytuacji, gdy na szali wisi nasze życie [3]. I przyznam wam się szczerze, pod koniec rejsu tak mi się to wbiło w łeb, że nawet w rozmowach w porcie, zupełnie naturalnie mi się te słowa wplatały w gorączkowy potok kwiecistej wymowy [4].

4. Tematyka rozmów. Z powodów różnych dla każdego, nie ma opcji by po szczęśliwym cumowaniu w porcie, nie pogadać o tym, co się dzisiaj działo na wodzie, jakie przeprowadziliśmy manewry, co zrobiliśmy dobrze, a co źle. Z jednej strony, pozwala się to człowiekowi wygadać i zrzucić z siebie napięcie. Po drugie, ma walor edukacyjny - gdy już wiesz, w którym momencie dałeś dupy niczym portowa dziwka, to jest szansa, że za drugim razem zrobisz to dobrze. Z pożytkiem dla siebie, załogi, łodzi i kaucji za ową łódź. Jeszcze inny gada dlatego, że podczas pływania w chujowych warunkach, trochę mu tego brakowało. Jeszcze inny mówi, żeby rozruszać szczęki, zmusić do wysiłku ślinianki i nie rzygnąć w porcie. Co człowiek, to powód. I coś, co na Mazurach wygląda zajebiście pretensjonalnie, podczas pływania po morzu jest nie do przecenienia. Choćby ze wspomnianych powodów edukacyjnych, dla higieny umysłowej czy co tam sobie wymyślicie.

5. Żeglarskie zwyczaje i zabobony. Teraz już rozumiem dlaczego nie powinno się pływać z obijaczami na burcie. Pojąłem też dlaczego wyjątkowo chujowym pomysłem bywa siedzenie z nogami wywalonymi za burtę. Z suszeniem ręcznika na relingu podczas postoju w porcie, ktoś mnie okrutnie oszukał, bo nasza pani kapitan miała na to kompletnie wyjebane i nie robiła problemu. Największe natomiast olśnienie spłynęło na mnie, przy okazji poznania prawdziwego powodu zakazu gwizdania na łodzi. Nie chodzi o to, że kiedyś się rozkazy gwizdkami wydawało. Znaczy chodzi, ale nie jest to główny powód. Otóż Wikingowie wierzyli, że jeżeli gwiżdżesz na morzu, to Thor może ci odgwiznąć. Czym kończy się odgwizdnięcie Thora powinien wiedzieć każdy, kto przeczytał jakąkolwiek wersję mitów skandynawskich. I wierzcie mi - w pewnych sytuacjach człowiek wyjebany przez chorobę morską na wylot, nie ma ochoty na dodatkowy wiatr. I zaczyna w te pieprzone zabobony wierzyć całym sercem, pomimo do bólu empirycznego podejścia do życia. Co nie zmienia faktu, że zakaz gwizdania na łódkach mazurskich dalej mnie bawi okrutnie i nie zamierzam go przestrzegać.

6. Sposoby spędzania wolnego czasu w porcie. No cóż - człowiek jest zazwyczaj tak rozpierdolony, że piwo i szanty są ostatnią rzeczą, o jakiej marzy. W sytuacji gdy podczas pływania nie było fal a wiatr dmuchał sobie lekko, piwa nie odmówię, chociaż szanty dalej mnie wkruwiają. Na szczęście, z jakichś powodów, żeglarze z marin nadmorskich, szant nie śpiewali. Bardzo mnie to ucieszyło.

7. Regaty. W pewnych sytuacjach nie ma się luksusu, w postaci portu, do którego można zawinąć. I wtedy trzeba zapierdalać dalej. Zresztą, co ja tutaj będę tłumaczył - jeziora Mazurskie są małe, morze Bałtyckie jest w kutas duże (w porównaniu z jeziorami). Regaty są więc jakby nieodzowne i tyle w tym temacie.

A teraz z innej beczki. Pływanie po Mazurach ma się do pływania po morzu tak, jak jazda na rowerze do jazdy vanem. Miałem kompletnie inne wyobrażenie tej formy 'wypoczynku', nie byłem zupełnie przygotowany na to, co mogło mnie spotkać (i spotkało). Zarówno mentalnie, jak i pod względem ekwipunku. Totalnie odjechana jazda po bandzie. Po pierwsze - zszokował mnie fakt, że idziemy longiem a nie skokami od portu do portu. Po drugie - jakie kurwa wachty. Po trzecie - jaki kurwa dziennik pokładowy. Po czwarte - jakie kurwa nanoszenie pozycji na mapę. Po piąte - jaka kurwa wachta? Nocna? Was chyba pojebało? Po szóste - gdzie jest kawa, kurwa mać. Po siódme - gdzie moje Snickersy <== (jedziemy z product placementem ponownie), kurwa wasza mać. Po ósme - niech mi ktoś kurwa odpali Malboro Ligtha <== (zakurwiam po całości). Po dziewiąte - gdzie jest mój XXL <== (po bandzie), kurwa wasza mać. I po dziesiąte wreszcie - niech mi ktoś kurwa zapoda mój sztormiak. Łodefak - miało być inaczej.

Przede wszystkim nie sądziłem, że podczas pływania będę kurwił gorzej od szewców Witkaca. Nie sądziłem, że przemarznę na wylot w połowie lipca. Nie sądziłem, że przemoknę na wylot w połowie lipca. Nie sądziłem, że w ciągu tygodnia, ludzi, z którymi pływam, poznam lepiej, niż poznałem ich przez ostatni rok, dwa, trzy. Jakby mi ktoś powiedział, że uwierzę w zabobony, to bym go wyśmiał. Jakby mi ktoś powiedział, że od choroby morskiej będę miał haluny, popierdoli mi się w głowie i będę widział rzeczy, których nie ma, to bym go wyśmiał. Gdyby mi ktoś powiedział, że po podwójnej śmierci w naszej rodzinie (rok temu), znajdę się w stanie większego napięcia umysłowego i będę czuł większą niż wtedy żądzę mordu, to bym go wyśmiał. Gdyby mi ktoś powiedział, że na tym rejsie poczuję przypływ odpowiedzialności i zacznę się przejmować kimś, kto nie jest moim przyjacielem albo rodziną, to bym go wyśmiał. Gdyby mi ktoś powiedział, że znajdę się w sytuacji tak dla mnie beznadziejnej, że ogarnie mnie apatia i niemożność zmuszenia się do zrobienia czegokolwiek, wyśmiałbym go. I wreszcie gdyby mi ktoś powiedział, że znajdę w życiu coś porównywalnego do seksu oraz kilku kawałków muzycznych, filmowych i literackich, to zabiłbym go śmiechem na śmierć [5]. Wszystko to, a nawet więcej, dostałem na Bałtyku.

Morze to surowy skurwysyn, który wyłapie każdy twój błąd. Morze to surowy sędzia, który wszystkie twoje błędy bezwzględnie ukarze. Morze uczy pokory, pokazuje jacy jesteśmy mali. Morze wydobywa z człowieka rzeczy, o których nie wiedział, że w nim siedzą. Morze jest w stanie człowieka nauczyć nowych rzeczy, w czasie nieprzekraczającym 3 sekund. Przed morzem trzeba pochylić głowę i nie kozaczyć - kozaków zjadły kraby. Zaczynam rozumieć ludzi, którzy wypierdalają do Tybetu na 2 miesiące, by dowiedzieć się czegoś o sobie. Ja po 7 dniach bujania się po wodzie, dowiedziałem się o sobie więcej, niż przez ostatnią dekadę.

Pamiętam dokładnie pewien moment z ubiegłego wtorku. Łódź szła w 20 stopniowym przechyle, z lewej burty obrywaliśmy co kilka sekund falami, które miały 3-4 metry. Wiała szóstka, przechodząca w siódemkę. 2 członków załogi wisiało na burcie i ciężko chorowało, następna trójka nie wymiotowała ale wyglądała jak ziemia do kwiatów i do niczego się nie nadawała. Na chodzie pozostała połowa składu osobowego, z tym że ja jedynie próbowałem robić dobrą minę do złej gry, gdyż czułem się rozjebany chorobą morską na kawałki. Wszyscy mokrzy od tych jebanych fal, niektórzy już nawet nie reagują, robi się ciemno, ja mam dreszcze. Co 10 sekund, gdy łajba spada z fali, czuję się jak w zerwanej windzie. Jestem prawie cały dzień na czczo, nie mam siły zejść pod pokład po batonika i energizera, nie ma opcji by odpalić papierosa, bo nie jestem w stanie się skoncentrować na prostej sekwencji ruchów: wyjąć fajkę - włożyć ją do ust - schować ramkę do kieszeni - znaleźć zapalniczkę - osłonić ją dłonią lub sztormiakiem - podpalić - zaciągnąć się - schować zapalniczkę - palić do filtra. Zasadniczo i pobieżnie to nie jestem w stanie nawet się zabić, a przecież śmierć przyniosłaby mi ulgę. Na domiar złego za godzinę, dwie zaczyna się moja wachta, do której najprawdopodobniej nie będę się w stanie zmusić. Krótko mówiąc - byłem rozpierdolony na kawałki i ześlizgiwałem się powoli w paszczę szaleństwa. Obiecałem sobie wtedy, że prędzej naród pokocha Giertycha, niż ja wejdę ponownie na pokład łodzi żaglowej płynącej po morzu. 4 dni później byłem przekonany, że muszę popłynąć znowu. Najlepiej za rok. Tak to właśnie działa.

Mógłbym tak jeszcze pierdolić przez kolejne 20 ekranów ale uznałem, że ta notka zrobiła się zbyt intymna i pokazuje moje miękkie miejsca. A przecież ja, oficjalnie, nie mam miękkich miejsc. Dlatego w tym miejscu zakończę. A następnym razem być może opowiem wam o łodzi, na której pływaliśmy.

Morze jest przerażające. Morze kusi, przyciąga, wiele obiecuje i wiele daje. Za rok chcemy zebrać większą ekipę z fandomu (około 30 osób potrzeba) i śmignąć na Zawiszy. Ktoś chętny?

PS. Osoby, które na pływaniu po morzu zjadły zęby, proszone są o niewypowiadanie się w komentarzach. Wiem, że się ekscytuję swoim pierwszym razem. Wiem, że najprawdopodobniej połowa rzeczy, które napisałem, jest przesadzona albo nieprawdziwa. Ale wiecie co wam powiem - w dupie to mam. To była moja największa frajda ostatniej dziesięciolatki i nikt mi jej nie popsuje.

[1] W to, że to popierdolone państwo wypłaci mi jakąkolwiek emeryturę, przestałem wierzyć kilka lat temu. Dlatego postanowiłem sam zabezpieczyć swoją przyszłość i zakurwiam kasę na różne historie oszczędnościowo-inwestycyjne. I mam zamiar emeryturę wypłacać sobie sam, ze swoich pieniędzy, z pominięciem tej pierdolonej, nienasyconej, biurokratycznej hydry. Udławcie się skurwysyny tymi pieniędzmi a ode mnie się po prostu odpierdolcie.
[2] Dla tych co nie wiedzą - raz na jakiś czas miłośnicy fantastyki/fantasy/RPG/łorewa, spotykają się w wybranym miejscu i rozmawiają o rzeczach, o jakich nie śniło się fizjologom. Używają przy tym niezrozumiałego dla przeciętnego śmiertelnika slangu, śmieją się z kompletnie wyjebanych dowcipów i ogólnie, kontakt z nimi jest znacznie utrudniony. Od jakiegoś czasu uważam, że te siedliska czarów, zabobonów, plugawych, bluźnierczych, pogańskich praktyk i szatanowskich rytuałów, należałoby rozbijać przy pomocy kilku kompanii ZOMO. Albo Młodzieży Wszechpolskiej.
[3] Jestem morskim świeżakiem i nie wiem ile czasu przy wietrze w granicach 6-7 wytrzyma drugi sztag w sytuacji, gdy pierwszy wziął był pierdolnął. Może godzinę, może minutę - nie mam bladego pojęcia. Ale dokładnie w momencie gdy ktoś zauważył, że coś nam się luzem majta, życie zaczęło zapierdalać mi przed oczami, bo już widziałem maszt masakrujący załogę. Teraz możecie mnie nazwać cipą ale dawno nie czułem takiego stresu, jak w tym momencie.
[4] W odróżnieniu od licznych wojowników pióra, którzy literkowo wymiatają a werbalnie przypominają pniak do rąbania drewna, ja jestem humorystycznym gadułą i podczas pisania, i podczas gadania. O czym zaświadczą wszyscy ci, którzy mieli nieszczęście spotkać mnie na swojej drodze życia.
[5] Pierwsza nocna wachta, godzina 0:30, niebo zachmurzone, jestem tylko ja, morze i łódź, którą prowadzę. Znaczy owszem, byli pozostali członkowie wachty, pani kapitan i jeszcze jedna osoba. Ale w mojej głowie istniała tylko ta trójka: ja, morze i łódź. Poddaję się, bo jak oddać słowami ten stan, te uczucia, to uniesienie? Nie potrafię. To naprawdę było porównywalne jedynie ze świetnym seksem.

piątek, 06 lipca 2007

Blog mój plugawy gromadzi wyrobionego czytelnika, któremu kurwy niestraszne. Niestraszne mu też klasyczne cytaty popkulturowe. To, co za chwilę wrzucę, będzie nad wyraz rozwijającym wypełniaczem, lekko tylko związanym z zasadniczą treścią notki.

Czy jest in da haus ktoś, kto nie kojarzy V for Vendetta? Jak jest, to niech się uchyli przed gniewem Khana. Aha, Kolec - mówię o filmie, bo komiksu nikt mi nie chce pożyczyć. Najpierw cytat oryginalny:

"Voila! In view, a humble vaudevillian veteran, cast vicariously as both victim and villain by the vicissitudes of Fate. This visage, no mere veneer of vanity, is it vestige of the vox populi, now vacant, vanished, as the once vital voice of the verisimilitude now venerates what they once vilified. However, this valorous visitation of a by-gone vexation, stands vivified, and has vowed to vanquish these venal and virulent vermin van-guarding vice and vouchsafing the violently vicious and voracious violation of volition. The only verdict is vengeance; a vendetta, held as a votive, not in vain, for the value and veracity of such shall one day vindicate the vigilant and the virtuous. Verily, this vichyssoise of verbiage veers most verbose vis-a-vis an introduction, and so it is my very good honor to meet you and you may call me V".

A teraz genialne, moim skromnym zdaniem, tłumaczenie Jerzego:

'P jak Pomsta', więzień z celi numer Pięć:
"Pani pozwoli! Z pozoru pokorny przedstawiciel possy, prztyczkiem Przeznaczenia przewrotnie przeistoczony pospołu w pokrzywdzonego i przestępcę. To przebranie, powleczone politurą próżności, przykrywa vox populi, pusty i przebrzmiały, jak płomienni przódy piewcy prawdy, potulnie podlizujący się potępianym w przeszłości. Lecz przecież owa podniosła personifikacja przeszłych podrażnień poderwała się i przysięgła poniżyć przekupnych, pasożytniczych pomagierów patologii i powstrzymać popędy przestępców podle pozbawiających populację przytomności jej praw. Pisana im jest pokuta, pomsta, pełna pasji, nie po próżnicy, ponieważ przekonanie o jej przymiotach przyczyni się do pochwały przezornych i prawych. Powiadam Pani, ta przesadna powódź paplaniny poprzedza poprawną prezentację: miło mi Panią poznać, proszę nazywać mnie P."

Fandomici robią takie rzeczy najlepiej. Nie dla kasy, nie dla splendoru, nie dla prestiżu, nie dla poklasku. Po prostu.

A teraz nawinę na meritum. Jak klikacie jutuba, to pewnie kojarzycie niejakiego Mad V. Koleś w masce Guya Fawkesa robił sztuczki-magiczki. Zgromadził liczne grono fanów (kibicuję mu od początku). Pewnego dnia stwierdził, że zrobi inną sztuczkę i zakurwił czterdziestosekundowy układ baletowy, który możecie zobaczyć tutaj: http://youtube.com/watch?v=UxqNsUbWlHc
Nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji. Jutube, miejsce w którym produkują się głównie freaki, wydało samorodek złocony. Owa króciutka impresja została "The Most Responded Video Ever". Młodzi ludzie doszli do wniosku, że kucie kolejnego levela w Wowie może poczekać. Młodzi ludzie doszli do wniosku, że onanizm i cyberseks może poczekać. Młodzi ludzie doszli do wniosku, że mogą przynajmniej pokazać światu, że nie są skończonymi debilami. I pokazali. Najpierw 'One World' obejrzało milion osób a potem prawie trzy tysiące zasiadły z mazakami przed kamerami, napisało sobie na dłoniach mesydż do ludu i sieknęło Madowi responsy. Mad V skleił wybrane filmiki w czterominutowy klip i rzygnął nim w jutuba. Wygląda to tak: http://youtube.com/watch?v=F0FvG9GO8Qs

Wzrusza mnie Rutger Hauer ze swoimi 'like tears in the rain'. Wzrusza mnie Parszywa dwunastka, Kajus Klain, Kompania Braci, Vasquez i końcówka Mistrza i Małgorzaty. Wzrusza mnie ostatni odcinek Gwiezdnej Eskadry, wzrusza mnie 'so say we all' i pieprzona 'Krew bohaterów'. Ale to są przecież kawałki dla twardych skurwysynów. Wytłumaczcie mi więc moi mili dlaczego, starego dziada, przeżartego na wskroś cynizmem, rozpierdala na kawałki filmik (zwłaszcza 2:31 i 3:20), w którym kupa ludzi namazała sobie na wnętrzach dłoni całe stado naiwnych haseł, z których w każdych innych cyrkumstancjach obśmiałbym się niczym pierdolnięta norka na amfie?

Możecie być w swoich tłumaczeniach bezwzględni. Jeżeli jest to oznaka spedalenia - trudno, przyjmę to na klatę. Jeżeli jest to objaw zdziecinnienia - trudno, przyjmę to na klatę. Jeżeli jest to syndrom niedopchniętej pensjonarki - trudno, przyjmę to na klatę. Ale jak już mi dopierdolicie, to powiedzcie, że w swoim ghey wzruszeniu nie jestem osamotniony. Kurwa, ludzie potrafią mnie jeszcze zadziwić. I wam takich naiwnych wzruszeń i zadziwień życzę. Może ten świat nie zgnił jeszcze do końca? Do zobaczenia i poczytania po urlopie.

poniedziałek, 02 lipca 2007

Krótko, bo robota leży i stygnie.

- Jak masz słabą głowę, to nie popijaj wódki piwem.

- Gdy pytasz faceta 'ale co sie stao, co sie, co sie stao'? a on odpowiada 'nic', to może to oznaczać następujące rzeczy:
a) nic się nie stało i nie ma o czy mówić
b) umarli mu rodzice, spłonął dom ale chwilowo on nie ma ochoty o tym mówić, czyli tak jakby nic się nie stało
Ergo - nie ma o czy mówić, w związku z czym przestań się dopytywać i dupę mi zawracać, bo tak czy inaczej niczego chwilowo ode mnie nie wyciągniesz. A jak zechcę się zwierzyć i opowiedzieć ci o tym, co się stało, to zaproszę cię po pracy na kawę i zaspokoję twą ciekawość. Tymczasem przestań drążyć - dla ciebie 'nic' naprawdę powinno oznaczać 'nic'.

- Wykonywałem w życiu wiele prac. Jedne fajne, drugie niefajne a jeszcze inne chujowe na maksa. Do tej ostatniej kategorii zaliczyłbym wciskanie ludziom ulotek (nigdy tego nie robiłem ale praca ulicznego ankietera dała mi jakiś obraz). Dlatego mam do was apel - bierzcie od nich te ulotki nawet jeżeli macie wyjebane na trzydziestą z kolei reklamę szkoły językowej. Was to nic nie kosztuje a dzięki temu ci ludzie będą stać o kilkanaście sekund krócej na ulicy. Nie bądźcie wrednymi fiutami, zróbcie dobry uczynek, samą zaś ulotkę zawsze możecie wywalić do kosza albo użyć jej jako zakładki do książki.

- Liczne seriale, które oglądam zaczynają zachowywać się co najmniej dziwnie:
1. 24 godziny - w 6 sezonie scenarzyści zapomnieli o czymś takim, jak budowanie i dawkowanie napięcia. W wyniku czego od 19-20 odcinka nudziłem się jak mops. Po kapitalnej 5 serii, poczułem się jakby mi ktoś w twarz napluł.
2. Heroes - po 16-18 odcinku głównie jęczałem 'kończcie już'. Nieco powietrza wpuścił odcinek 'Five Years Gone', potem powrót do mozolnego budowania scenografii, w której rozegra się akcja 'jak powstrzymać wybuchowego zioma'. Końcówka po prostu żenująca, motyw z Sylarem rozbroił mnie kompletnie, bo wyglądał jakby rozpisał go sześciolatek. Trochę się obawiam 2 sezonu.
3. Prison Break - pierwsza seria świetna (chociaż wymagany jest dosyć mocny kołek do zawieszania niewiary), druga przeraźliwie słaba, trzeciej się boję. Bardzo się boję.
4. Battlestar Galactica - to chuje złamane. Twórcy powiedzieli, że właściwie to powiedzieli już prawie wszytko co mieli do powiedzenia i zbliżający się sezon, będzie ostatni. Żeby was stado czarnuchów zerżnęło w dupę[1].
5. Lost - zacząłem w niego wątpić w okolicach połowy trzeciego sezonu. Ostatnie trzy odcinki sezonu wlały we mnie nieco nadziei na to, że twórcy mają coś jeszcze do powiedzenia na temat tajemnic Wyspy. Aczkolwiek i tak nie było to to, co misie lubią najbardziej.
6. 4400 - odpaliłem go niedawno, bo dowiedziałem się, że startują na dniach z 4 serią. Obejrzałem do połowy 3 sezonu i nie wiem czym się ludzie onanizują. Nie powiem, że to zły serial, bo jest niezły. Ale jakoś mnie nie zaczarował - ot, fajna rzecz do pooglądania.
7. Jericho - jak już zaczęło się robić fajnie i gęsto, urwali go. Co za fiuty. Mam nadzieję, że potwierdzą się pogłoski o kupieniu praw do serii przez jakąś inną telewizję i będą kontynuować. A jak nie, to chuj wam w dupę.
8. Lost room - i to jest kurwa niepojęte. Pomysł, który generuje nośną wystarczającą na nakręcenie 24-odcinkowego serialu, owocuje 6-odcinkową mini-serią. Geniusze od marketingu, kurwa ich mać. Jak można w czasach kultu złotego cielca nie wydusić na maksa takiego patentu, to mi się w pale nie mieści.
9. Dead like me - płońcie w piekle. To mesydż do chujów, którzy dawno temu stwierdzili, że przerywamy. Rdzenie kręgowe sobie przerwijcie.
10. Firefly - płońcie w piekle. To mesydż do chujów, którzy dawno temu stwierdzili, że przerywamy. A ochłap na pocieszenie w postaci 'Serenity'[2] wsadźcie sobie w dupę. Tym szerszym końcem.
11. Carnivale - rzucam klątwe na głowy scenarzystów, reżyserów, producentów i brzuchatych bankierów. Rzucam też klątwę na głowy ich rodzin do trzech pokoleń w przód. Obyście zgnili za życia. Obyście sikali kwasem siarkowym. Oby ciało odpadało wam od kości. I oby w waszych żyłach przetaczał się płynny ogień. Wybaczam przerwanie produkcji wszystkich innych seriali. Ale tego, że nie zrobiliście przynajmniej trzeciego sezonu Carnivale... Kurwa mać, brak mi słów. Jak można zamknąć najgenialniejszy serial świata nie domykając wszystkich wątków i kończąc cliffhangerem? Jak ja was nienawidzę. Zapowiedzi mini-serii, która wyjaśniłaby nam niedopowiedziane historie, traktuję żartobliwie. Ironicznie nawet. Dawajcie obiecane 6 sezonów a nie mydlicie nam oczy mini-serią. Mini serią sobie w nogę strzelcie, wy fiuty. Taką z M-16.

No, ulżyło mi trochę. Teraz mogę na spokojnie rzucić się w otchłań tabel excelowych.

[1] BSG uważam za jeden z najlepszych seriali, jakie kiedykolwiek powstały. Dlatego wkurwia mnie niepomiernie fakt, że chcą to zakończyć na 4 sezonach.
[2] Swoją drogą całkiem ładny film.