To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 17 czerwca 2014

Sobota, Targówek, chiński dresobar gdzie przy paśniku spotyka się policjant, najebany żul, lekko wcięty obywatel, dresiwo i ja. Buda mała, taka a'la kurnik, kolejka wywija się na zewnątrz, można od razu zrobić zakupy w całodobowym alkoholowym, który z dresbudą ściana w ścianę, no oaza samowystarczalności na dzielni.
W kolejce jakiś dwumetrowy steryd na bogatości, żadne tam adibasy tylko Najacze, wszystko błyszczące, przy nodze uśmiechnięty amstaff albo coś w podobie, i taki jest zadowolony z życia ten pies, że zachłostuje wszystkich ogonem na śmierć. Typ o spuchniętych nerkach doi setkę cytrynówki lubelskiej, kumpel Najacza karmi psa Snickersem, jakiś ziom opowiada o tym, jak to w sobotę coś go zaczęło w środku boleć, dziewczyna dała mu przeciwbólowce, pomogły. Na moment. A potem tak go zgięło, że przyjechała karetka i jak się ocknął w szpitalu, to usłyszał od lekarza, że jakby jeszcze pochojraczył i posnuł się na apapie, to wieźliby do szpitala trupa. Tylko nie usłyszałem co mu jebło, wiem natomiast, że w skali bólu, czuł podobno dziesionę, tak mu powiedział lekarz. Patrząc na ziomka uznaję, że najbliższy kontakt z dziesioną, to miał jak kroił studenta. Mija chwila i zza winkla wytacza się emeryt pod tęgą muchą i na hasło 'ty już tyle nie pij', odpowiada 'piję bo mogę'. Sobota leniwie toczy się dokoła nas.
Dzień jak co dzień na bębnie.
Każdy przychodzący do sklepu lub do budy jest witany mniej lub bardziej entuzjastycznie, bo wszyscy się przecież znają. Sobotnie, poranne pytania 'a co u Łysego?'. 'A, kurwa, nie wiem, wczoraj pochlaliśmy i gdzieś się nam zgubił'. No bukoliczna sielanka.
Okienko do zamówień się zbliża, jeszcze tylko jakiś typ w kowbojkach, spory dres na dorobku, który gawędzi z kumplem jedzącym przy stoliku obok i ja. No i ten koleś w kowbojkach, jakiś ewidentnie niemiejscowy, robi zamówienie, a najebany jest tak, że z gadką u niego już nie za bardzo w porządku, pewnie bidny z imprezy wysłany po żarcie. Kurczak z ą, kurczak z ę, sajgonki i krewetki z cebulą, czy kurwa coś podobnego. Tylko niech mi pani powie, czy te tajger krewetki to muszą być panierowane. I ta miła pani zza lady coś mu brzęczy po polskawu, ziom ni chuja nie kojarzy co się do niego mówi więc się bidny fiksuje na panierze.
-Czy one będą panierowane?
-Tak.
- A czy można te tajgery poprosić niepanierowane?
- Nie.
- Znaczy muszą być panierowane?
- Tak.
- Ale ja bym chciał niepanierowane.
I by tak pierdolił do sądnego dnia gdyby nie głos zza pleców.
-Zdrapiesz sobie.
Sobota leniwie przelewa się za oknem.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Orange, kurwa, festiwal.
Najpierw powiał wiatr i spadł im ekran LED oraz uszkodzeniu uległa część nagłośnienia na Warsaw Stage (scena na zewnątrz). Dość powiedzieć, że odwołano trzy koncerty w namiocie, no ale spoko, taki klimat w tym kraju, zawiało i po chuj drążyć. Tylko ciekawe jak się czują ludzie, których w piątek interesował wyłącznie któryś z tych odwołanych koncertów. Dostaną część hajsu z powrotem?

Bardzo się cieszę, że wyszedłem z pracy o 17, bo jakbym wyszedł o 18, to bym się spóźnił na koncert Pixies, który zaczynał się planowo o 19:30 ale w innej rzeczywistości, bo w rzeczywistości organizatorów wystartował bez ostrzeżenia i jakiejkolwiek zapowiedzi o 18:45, because fuck off.

Nagłośnienie tak chujowe, że gdybym nie znał kawałków Pixiesów, nie wiedziałbym co śpiewają. Zresztą kilka razy musiałem się mocno zastanawiać czego ja słucham w danym momencie. Chłopaki i dziewczyna wyszli, pierdolnęli (indie rock, jasne) 30 kawałków w godzinę, stałem i się cieszyłem jak dziecko, nawet jeżeli czasami nie bardzo było słychać wokal. W zasadzie z mojej żelaznej plejlisty zabrakło mi wyłącznie Tame, Gigantic i Holiday Song, więc nawet nie będę próbował narzekać. Bawiłem się doskonale chociaż z przyjemnością obejrzę ich kiedyś jeszcze raz. W plenerze. Nagłośnionych tak, żeby było słychać a nie żeby było głośno.

Queens of the Stone Age to na pewno fajny zespół ale dawno nie byłem na tak bardzo nijakim koncercie, pod koniec nawet się chyba przez 2 minuty zdrzemnąłem. Jednakowoż faństwo bawiło się doskonale i głównie o to chodzi.

Kings of Leon to fajna muzyka do potupania nóżką, pełna płyta, dość mocno zapakowane trybuny, posiedziałem pół godziny, żeby noga odpoczęła. Najbardziej podobało mi się to, że realizatorzy dźwięku wyjęli łby z dupy i zaczęli nagłaśniać a nie nakurwiać. Ale to pewnie było spowodowane tym, że KoL przywiózł swoich i nie musiał korzystać z miejscowych.

Snoop - fanem nie jestem ale tłumem bujał jak chciał i nóżka zaczęła mi sama chodzić. Aż zgniła i odpadła. Bo wiecie, w drodze na imprezę tak bardzo mi się spieszyło, że biegłem do tramwaju, źle stanąłem, światło zgasło a jak zapłonęło z powrotem, bolała mnie noga. Zresztą boli do teraz, chociaż mniej i jak jechałem do pracy rano rowerem, to nie traciłem przytomności z bólu.

No, i jak mi ta nóżka zaczęła na Snoopie chodzić, to się zruszyła jeszcze bardziej i o północy zorientowałem się, że tylko na lewej długo nie ustoję i trzeba spierdalać. Co też, z wielkim żalem, uczyniłem. A z żalem, bo Snoop był już bardzo rozkręcony i szkoda było iść.
Cieszę się, że nie kupiłem biletu na sobotę, bo słuchanie tak nagłośnionej muzyki to abominacja. Nie wiem, może na płycie albo w bocznych sektorach było słychać lepiej czy wyraźniej, ja, na wprost sceny, odbierałem sieczkę. Oprócz oczywiście Snoopa, który grał pod gołym niebem i było go słychać znakomicie.

A, jeszcze na sam koniec słyszałem, że na ludzi czekała taka niespodzianka, że oni czekali sobie na nocne ale nocne nie jeździły, bo most był zamknięty czy coś. Ale tylko słyszałem więc być może kogoś krzywdzę złym słowem.
Tak w skrócie - organizacyjnie spierdolone, nagłośnienie jak w grobie, tylko muzyka się obroniła. A wszystko to za jedyne 199 ziko minus zniżka w promocji Orange.
Pierdolę taki festiwal, wolę Woodstock.
Jak sobie pomyślę, jak mało zabrakło, żebym kupił bilety na drugi dzień tego czegoś, to zimny pot mnie oblewa.

czwartek, 05 czerwca 2014

Tak sobie pod wieczór przypomniałem, że przecież jakiś czas temu, miałem wam opowiedzieć o mojej wielkiej miłości – Stadionie Dziesięciolecia. Znaczy z tą wielką miłością to nie szalejmy, była wielka, bo obiekt uwielbienia gargantuiczny. No ale była.
Bo widzicie, w Stadionie kochałem się skrycie, tą miłością, która jest możliwa tylko wtedy, gdy nie wiesz, co tak naprawdę wyprawia się w jego trzewiach i bulgocze pod, i tak szemraną, powierzchnią. Miejsce to było niesamowite, a i tak mam świadomość, że tą szemraną powierzchnię tylko lekko liznąłem.

Na studiach podjechałem tam raz i mi się niezbyt spodobało, bo tłok był jak w niedzielę w Arkadii. A ja tłoku nie lubię. Kurde, mnie nawet późnopopołudniowa niedziela na Marszałkowskiej przy Domach Centrum, a zważcie, że w 1992 działo się tam niewiele, silnie osłabiała. Szczęki pod Patykiem zacząłem eksplorować ambitnie dopiero w 1993, bo wcześniej szlag mnie tam jasny trafiał. Ale jak już zacząłem pod Pałac śmigać, wpadłem jak śliwka w kompot. Te tanie buty, te tanie kurtki, te tanie pirackie kasety. Zapoznałem się z kilkoma handlarzami i od nich usłyszałem, że tutaj to nic, pan pojedź na Stadiona, tam dopiero handełe odchodzi. No to nie minął miesiąc, jak uzbrojony w odwagę (bo to jednak Praga) i niewielkie pieniądze, pomknąłem na Zieleniecką.

Pierwszy kontakt mnie tak poraził, że zrobiłem jedno szybkie kółko po koronie i uciekłem stamtąd z krzykiem. Upał, kurz, syf malaria i korniki, dziwne zapachy i różnokolorowy tłum, który próbuje ci wcisnąć każdy badziew spowodował, że nie wróciłem tam przez 4 lata. Bo to co tam zobaczyłem, przekraczało moje zdolności percepcji i poznania. Za dużo, za szybko i za głośno. A potem poszedłem pracować do złodzieja i stwierdziłem, że stać mnie praktycznie wyłącznie na rzeczy ze Stadionu, bo złodziej płacił marnie. Zaczęła się moja wielka, azjatycka przygoda.

Początki były trudne, bo przez te 4 lata mojej nieobecności, Stadion skrzepł, przenieśli się na niego handlarze spod Patyka i to, co widziałem tam wcześniej, zbladło przy ponownym zapoznaniu. Jeden wielki, pierdolony Mordor. Dlatego na początku przebiegałem koronę wyłącznie w poszukiwaniu cedeków z muzyką, bo zapłacić dychę za płytę jest lepiej niż zapłacić za płytę tych dych pięć, a kultura to była wtedy jedyna rzecz, która trzymała mnie w zdrowiu psychicznym. Przez jakieś pół roku, może rok, ambitnie wspierałem piractwo, do tej pory 90% mojej kolekcji to lewizna z korony. A potem się zorientowałem, że miejscówka jest magiczna.

Nie będę tutaj przepisywał swojego tekstu o Warszawie, w którym nawoływałem ludzi do poszukiwania miejsc magicznych w mieście, którego nienawidzą. Pod tekstem macie linka, poczytajcie. Stadion się stopniowo zaczął dla mnie, takim właśnie miejscem stawać.
Oczywiście najpierw musiałem się zorientować w niuansach bliższej i dalszej okolicy. No można powiedzieć, że do eksploracji Lothlorien a’rebours podszedłem po harcersku – mocno planowo, z kompasem ale bez mapy, bo ją sobie zacząłem stopniowo kreślić w głowie, w miarę posuwania się głębiej i dalej.

Górę korony miałem rozpykaną, zszedłem więc piętro niżej, pośród handlarzy lepszą dzianiną, dziwnymi gadżetami z demobilu i nielegalnym alkoholem. Lepszą dzianiną handlowali ludzie, którzy zjeżdżali na Stadiona niemalże z całej Polski, bo ludu tu co niemiara i łatwiej wyrwać od tego ludu piniondz, niż u siebie w mieście gminnym, gdzieś tak do 25 tysięcy mieszkańców. Dzianina interesowała mnie umiarkowanie, dlatego dużo chętniej snułem się między stanowiskami, na których handlowali ludzie o złotych zębach i spirytusowo-kiełbasianym oddechu. A w ich pudłach same cudności. Ordery Lenina, czy innego Bohatera Związku Radzieckiego. Bagnety. Sprężynowce. Kastety. Gazy łzawiące, paraliżujące i, dam głowę, iperyt, sarin i soman. W zasadzie, jakbym zagadał z jednym czy z drugim, to pewnie i jakaś atrapa broni by się znalazła, a kto wie, czy i nie oryginał, aczkolwiek pamiętajmy, że jest rok 1998 i czas Kałasznikowów z wiadrem amunicji, dawno już minął. No i król tych stoisk – alkohol.

Muszę wam powiedzieć, że fałszowany był fachowo o tyle, że zgadzał się i kształt butelki, i nalepka, i zakrętka, a co weselsi obywatele, potrafili zakurwić nawet banderolą. Tajemnicę rosyjskich markowych alkoholi poznałem jakiś czas później. Otóż potrzebny jest spirytus, woda i politura. Finlandię robi się z wiadra spirtu i wiadra wody. Tequilę z wiadra spirtu, wiadra wody i łyżki politury. A już na ten przykład rum czy whisky, z wiadra spirtu, wiadra wody i trzech łyżek politury. Smaku tych alkoholi i tak wtedy jeszcze Polak nie znał tak dobrze jak dzisiaj, styknęło jak kolor się zgadzał. I ludzie brali, co mieli nie brać, butelki czerwonego Walkera w cenie wódki byście nie wzięli? No więc brali, a ja każdą transakcję obserwowałem z zadumą pomieszaną z lekkim rozbawieniem. Z lekkim żeby w ryj nie dostać albo ciężką cyrylicą nie obskoczyć.

Oprócz alejki ze śmiesznymi artykułami i alkoholem, można było trafić na czarnoskórych dżentelmenów, którzy handlowali markowymi ciuchami markowymi w cenach stadionowych. Nie wnikałem skąd towar, zgaduję, że to ten, który spadł z palety i się zabrudził. Ewentualnie Levisy ciągnęli ze szwalni w Płocku, bo była taka zorganizowana akcja, że Levis zwoził materiał do Polski i szył swoje artykuły tutaj. A potem przepuszczał je przez gęste sito selekcji i odrzucał niedoróbki. Czasami wystarczył niedostrzegalny drobiazg, a wiem o czym mówię, bo w latach 1992-1993 ubierałem się wyłącznie w spady Levisa z Płocka i powiem wam, że w niektórych ubraniach nie znaleźliśmy żadnych wad, które mogłyby spowodować dyskwalifikację.

No z tym, że doktoranci z Sudanu handlowali nie tylko Levisami ale, jak wspomniałem, nie wnikałem. Raz zaryzykowałem fajną czarną koszulę i mam ją do dzisiaj. Od 15 lat się w nią nie mieszczę dlatego prawie w ogóle nie jest zużyta.

Po dokładnym wyeksplorowaniu korony i jej podstawy, obczaiłem alejki wzdłuż. Tam było mydło i powidło, dlatego rzadko się zatrzymywałem. Następnie obadałem bezpośrednie sąsiedztwo dworca Warszawa Stadion i tam zorientowałem się, że to co na górze, to przedszkole. Bo przy dworcu panowała srożyzna.

Na ten przykład raz widziałem, jak na stanowisko podjechał autobus i jakaś grażdanka zaczęła wypakowywać ze swoimi ziomkami mandżur. Jedna wielka, niebieska, brezentowa torba (jak z Ikei, tylko większa i na suwak, pewnie pamiętacie), druga, trzecia. Zza jednej z budek wyskoczyło dwóch sportsmenów, porwali najobfitszą z toreb, lekko się przygięli, zmodyfikowali plan, zaczęli ją ciągnąć po ziemi i po 4 sekundach zniknęli między budami. Zanim się obywatelka zorientowała, pościg za złodziejami nie miał najmniejszego sensu. A mi fajek wypadł z ust w błoto po burzy, taki byłem porażony sceną.

Pod samym wejściem na halę odlotów, rządziła benklarnia. Wiaderko do góry nogami, kawał tektury i trzy… A, widzicie. Żadne tam trzy karty. Trzy krążki drewniane – dwa podklejone na niebiesko, jeden na biało, biały wygrywa, niebieski przegrywa, mam dwie ręce i niemi kręce, każdy szczęściu dopomoże, każdy dzisiaj wygrać może. Oczywiście wszystko doskonale zorganizowane, mistrz ceremonii za wiadrem, obok jeden, dwóch naganiaczy z zajebiście modulowaną chrypką, dyskretna ochrona z nieodłącznym kiepem w kąciku ust i dwóch podstawionych graczy, którzy wygrywają kasę. Żongler rwie włosy z głowy, figuranci szczęśliwi oddalają się z hajsem, no normalnie psychologia społeczna i manipulacja w dobrym, podwórkowym wydaniu.

I wiecie, że byli ludzie, którzy się na to nabierali i zaczynali grać? Nie wiem czy głupi byli, czy cwani. Głupich mi trochę było szkoda, bo wtapiali po całości. Cwani byli niepełnosprytni, bo myśleli tak: ziom da nam na pewno na początku wygrać. No to wygramy i uciekniemy. Jak bardzo były to złe pomysły, to kilka razy widziałem i miałem bóle współczulne.

Przyznam też, że nigdy mnie nie kusiło, żeby głupich ostrzegać, bo miałem w pamięci opowieść mojego kumpla, który chciał ostrzec młode małżeństwo, które miało odłożony hajs na meble na Różycu ale postanowiło ów hajs zmnożyć. Kolega ostrzegł ich otwartym tekstem i dwie sekundy później głos zza jego ucha wychrypiał ‘już nie żyjesz’. Kolega nigdy jeszcze nie uciekał tak szybko, i nawet jak historia jest zmyślona, to dała mi do myślenia. Żal było patrzeć ale jeszcze bardziej było mi żal moich nerek, płuc, wątroby albo serca.

Na alejce prowadzącej wzdłuż stanowisk, do dworca, czaiły się złowrogie budki z żarciem gdzie można było się na szybko skrzepić skandalicznie tanią sajgonką. Owszem, mając w pogardzie chorobę brudnych rąk i własny żołądek, krzepiłem się często. I powiem wam, że nigdy w życiu nie widziałem tam przedstawiciela bananowej młodzieży. Nigdy w życiu nie widziałem tam nikogo, kto byłby ubrany w coś droższego niż ubrania ze Stadiona. Ba, nigdy w życiu nie widziałem tam nikogo, kto nie wyglądał na lekko przykurzonego. Dlatego jak likwidowali targowisko, bardzo rozśmieszył mnie tekst Magdy Dubrowskiej, w którym rozpływała się w zachwytach i płakała bardzo nad faktem, że kasują te obleśne budy, w których już nigdy sajgonka nie będzie taka pożywna, i gardło sobie podrzynam. I już nigdy kurczak curry nie będzie tak curry. I już nigdy nie będzie takiego lata. Trzeba przyznać, że felietonistka Stołka miała talent do kreowania bytów nieistniejących.
Aż pewnego dnia nastąpił ten moment gdy zanurzyłem się w niesamowity świat Czajnatałn.

I tutaj długo autor zbierał słowa, by odpowiednie dać rzeczy słowo.
W tych alejkach można się było zagubić i przez pierwsze pół roku gubiłem się za każdym razem. To był absolutnie fascynujący świat handlu, opanowany w 98% przez mniejszości etniczne. Na początku chodziłem tam na zakupy ale szybko się zorientowałem, że nawet jak kupujesz okazyjnie pięciopak białych tiszertów pod koszulę do pracy, w rozmiarze 5XL, to one i tak będą ci sięgać tuż pod pępuszek i będziesz klął, że ich, kurwa, w spodnie wpuścić nie możesz. Te bawełniane ściereczki do naczyń i kurzu, które najdalej w drugim praniu się rozpuszczały bez śladu. Te krótkie spodenki bojówki albo zwykłe bermudy, które po trzecim praniu pękały gdy spoglądałeś się na nie zbyt długo. Te sandały za dychę ziko, które, przecież tak miękkie w dotyku, zdzierały skórę ze stóp i bezpowrotnie zniekształciły mi obie pięty. Te buty sportowe za trzy dychy, w których stopa gniła, bo, kurwa, nie przepuszczały powietrza, a jak miały przepuszczać, jak były z plastiku z natryśniętym na niego nubukiem. Te dziesięciopaki tanich skarpet jednorazowego użytku. Te zajebiste szpongi i boksy, w których rów zamieniał ci się po kwadransie w deltę Mekongu a wory odparzały się nawet szybciej, a zważcie, że mówię o środku w chuj mroźnej zimy. No i te przezajebiste tiszerty z absolutnie fantastycznymi nadrukami, w których po miesiącu odpadały rękawy, dlatego kupowałem bez rękawów ale te z kolei pruły się pod pachami. Tyle tylko, że wszystko to było tak skandalicznie tanie, że nie potrafiłem się powstrzymać i zawsze wracałem z plecakiem wypchanym bawełną o zawartości bawełny na poziomie dyszki procent. W zasadzie jedyną rzeczą, jaka była w stanie przetrwać dłużej niż jeden sezon letni były bandanki, które kupowałem tam niczym nałogowiec.

Jednakowoż, jak wspomniałem, to nie zakupy były tam największą atrakcją. Widzicie, prawie całe to miejsce było zadaszone. Kupcy rozsnuwali miedzy swoimi budami albo namiotami plandeki, dzięki czemu w najbardziej przejebany, upalny dzień, panował tam miły cień i pewna intymność. Jasne, atmosfera pod plandeką daleka była od optimum olfaktoryczno-termicznego ale ten cień powodował, że klient nie przebiegał dystansu niczym Usain Bolt, tylko oddawał się niespiesznemu spacerowi i można go było ułowić. Przy deszczu, na klepisko rzucali drewniane pokłady, które niepokojąco przypominały elementy pobliskich rusztowań. Ewentualnie europalety topili w błocie. Handlarze z wózkami, którzy przemierzali ten ul i handlowali kawą, herbą, zimnymi napojami (tak, mieli tam pieprzone mini-lodówki) i gorącym żarciem. Wózek miał kilka komór – w jednej ryż, w drugim jakieś mięsiwo w sosie, obok surówka z nieśmiertelnej białej kapusty, kolejny pojemnik na jakąś wietnamską zupę, sajgonki, dwa duże termosy z wrzątkiem. No kurwa, objazdowy punkt gastronomiczny jak się patrzy ale nigdy się nie odważyłem i do dzisiaj żałuję. A żałuję, no bo przecież jak miejscowi handlujący zajadają się tym bez pamięci, to by ich przecież rodacy, którzy tę gastronomię ciągali, nie truli syfilisem. Pomijając aspekt higieniczny, to żarcie musiało być czyste.

Jak handełe się nie kleił, handlarze wyciągali na środek skrzyżowania skrzynkę po jabłkach, kładli na niej kawał płyty spilśnionej, na to jakąś przedziwną planszę i zaczynali oddawać się grze planszowej, których zasad nigdy nie pojąłem, bo nie spytałem, a oni komentowali to w swoim narzeczu, którego ni chuja nie rozumiałem. To starsi, bo młodsi grali w swojską zośkę ale totalnie z elementami viet-vo-dao, gdyż figury przestrzenne jakie kreślili w gęstym powietrzu, warte były mszy i kamery wideo. Byli zajebiści tą zajebistością, która rodzi się wyłącznie w tych dziwnych miejscach gdzie życie wyłącznie chłoszcze. No i tam się też zakochałem bez pamięci w dziewczynie, która siedziała za ladą, patrzyła takim rozmglonym wzrokiem w przestrzeń i była najpiękniejszą istotą, z jaką dane mi było skrzyżować ścieżki mojego życia, no pieprzona Miss Sajgonu.

Ale moimi absolutnymi faworytami byli uwaki. Kolesie o konstrukcji fizycznej uniemożliwiającej jakikolwiek wysiłek, ciągnęli za sobą wielkie wózki wypełnione towarem przeróżnym. Czasami były to wielkie torby, które dowozili z magazynu na obiekt handlowy, czasami puste kartony, czasami substancje, w których pochodzenie nie chciałem wnikać. A z ich ust wydobywał się tylko jeden monotonnie powtarzany wyraz ‘uwaka’. I nigdy nie widziałem, żeby w kogoś wjechali albo potrącili. Potem dowiedziałem się, że w hierarchii stadionowej stali najniżej. Zrobiło mi się smutno, bo odpierdalali naprawdę świetną robotę.

W samym sercu Czajnatałn znajdował się ogródek gastronomiczny, taki nawet bardziej bym powiedział, food court. Buda przy budzie a zapachy takie, że po pierwszym razie stwierdziłem, że będę to miejsce mijał szerokim łukiem. Nie, źle mnie zrozumieliście, tam nie jebało padliną, tam cudnie pachniało każdą przyprawą, jaką zna ludzkość a ja się bałem tam szamać. Oczywiście inni się moimi wątpliwościami nie przejmowali i zawsze bym tam tłum jedzących. Kilka wysokich drewnianych stołów, przy których stali pospołu Rosjanie, Rumuni, Polacy, Chińczycy, Wietnamczycy, Klingoni i Fremeni, pożywiając się niespiecznie i suto. No i któregoś dnia zabawiłem na Stadionie trochę dłużej niż planowałem, głodny byłem jak wilk, do alejki przy dworcu mi się nie chciało iść, bo daleko i stwierdziłem, że no kurwa, przy alejce zajadasz sajgonki bez obcinki a tutaj się szczypiesz? Wziąłem kurczaka curry. Zaniosłem do stolika. Grzebnąłem kilka razy widelcem, żeby rozprowadzić sos po ryżu. Spod sosu wypłynął kawałek kurczaka. Zamarłem. Jako dziecko wsi, dokładnie wiem jak wyglądają kurze kości. Te prezentowały się jakby ta kura miała cztery łapy. Popadłem w ciężką rozkminę. A chuj, raz się żyje i będziesz co miał opowiadać kiedyś wnukom i ziomom na fejsie. Zmiotłem porcję do czysta.
Jestem przekonany, że tego dnia jadłem szczura.

Tak, Stadion był miejscem absolutnie magicznym ale daleki jestem od idealizowania go. Wiem co się tam odpierdalało, bo czytałem wiadomości lokalne. Z grubsza wiem, co się tam odpierdalało, bo gadałem z ludźmi, którzy robili w służbach, które robiły na Stadionie porządek. A i sam widziałem kilka niefajnych rzeczy, po których nauczyłem się na przykład, że jak idziesz na Stadiona, to nie bierzesz portfela a hajs przeznaczony na rozpierdol, rozmieniasz na dyszki i rozkładasz po wszystkich dostępnych ci kieszeniach. Bo powiem wam, że złodziejska sztafeta to jedna z dziesięciu najfajniejszych rzeczy jakie widziałem, i cieszyłem się, że to nie ja padłem jej ofiarą. Wiem to wszystko.

Ale to właśnie na Stadionie spędziłem całe mnóstwo zabawnych i fajnych chwil. To tam pewien obywatel zaproponował mi schrypniętym sznapsbarytonem ‘kierowniku, może zegareczek’, i nie ściemniam wam, odchylił połę katany, do której miał te sikory poprzyczepiane, a każdy taki gorący, że przepalał rękawice azbestowe. To tam widziałem najskuteczniejszy system ostrzegania przeciwnalotowego, i jak policja startowała na sektorze 21, to najdalej doszli do sektora 23, gdy info o nalocie przeleciawszy przez całą koronę, trafiało glinę w plecy, taki to był wydajny system komórkowy. Jasne, działanie policji było pozoracją, bo prawdziwe naloty to oni robili bez rozgłosu albo z rozgłosem, rzadko, jak władza potrzebowała sukcesu pijarowego. To tam widziałem najsprytniejszego handlarza świata, który na wypadek nalotu, opracował system: do dużej tektury, obitej w ten rosyjski brezent na torby, poprzyczepiał taśmą klejącą okładki płyt z muzyką, jaką oferował. Pudełko w pudełko, równo przy sobie. I stałem przy nim jak odebrał info, że glina idzie. Flegmatycznym ruchem wkopał torbę z prohibitami pod ławkę a następnie odwrócił tekturkę. Chodnik uderzył mnie w plecy, bo ze śmiechu upadłem. Gość na rewersie miał te okładki, co to o nich wspominałem. A na awersie, poprzyczepiane zszywkami, różnego rodzaju reklamówki. Z cenami. Takie to było miejsce.
Wiem, że w dynamicznym dwudziestym pierwszym wieku, nie ma miejsca na takie przeżytki, jak wielki obiekt, w którym można kupić wszystko… Oh, wait. Jeszcze raz, wiem, że w dynamicznym dwudziestym pierwszym wieku, nie ma miejsca na jądro ciemności w sercu Stolicy. Ale powiem wam, że Praga bez Stadiona jest trochę pusta i trochę smutna.
Stary, zajebiście miło było mi ciebie poznać. Zajebiście. Nawet jak mieliśmy złe momenty. Dobranoc książe.

I wspomniany link