To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
wtorek, 28 czerwca 2011

Bez kokieterii oznajmiam, że w tym odcinku jest trochę nudno. Nie ma zdjęć, płachta tekstu i głównie smętne pierdolenie o moich przemyśleniach wywołanych wielką wodą. Czujcie się ostrzeżeni.

ZAISTE, KOMUNIKACJA MOŻE BYĆ POMOCNA W ŻYCIU

Raaaaaadek!!! Kosmici, Marsjanie, potwory z mackami atakują! Na pokład biegnij prędko!!! Kraken i wielka ośmiornica!!! I piraci!!! SZTORM LABOGA!!!

Tyle mniej więcej zostało w mojej głowie gdy krzyki spanikowanej koleżanki przefiltrowały się przez opar spowijający śpiący mózg (tak, wiem, mózg nie śpi). Dlatego rada. Jeżeli budzicie zioma, który położył się spać 2 godziny temu a wcześniej był prawie dwie doby na nogach, należy:
- zbudzić człowieka, niekoniecznie krzykiem, potrząsanie sprawdza się lepiej bo łagodniej wychodzisz ze snu/drzemki[1]
- przekrzykując ryk oceanu, w krótkich zdaniach powiedzieć co się dzieje
- określić w czym jest problem i dlaczego jestem potrzebny na pokładzie...
- gdzie pada (sztormiak się przydaje)...
- oraz buja więc pasy asekuracyjne będą bardzo pomocne przy robocie

Co prawda od jakiegoś kwadransa wpół drzemałem, wpół spałem gdyż łódź chodziła jak student po akademiku w sobotni wieczór. I przeczuwałem, że coś się dzieje ale skoro nie słyszę krzyków, sytuacja jest pod kontrolą i można drzemać dalej. Gdy załogantka obudziła mnie rykiem, najpierw spierdoliłem się z koi na pokład, następnie przez pół minuty zakładałem prawego buta na lewą nogę (spałem w opakowaniu więc tylko buty musiałem wzuć), złapałem sztormiak, pasy i wybiegłem na górę gdzie zobaczyłem...

SZTORM ŻE O W MORDĘ!!!

Oraz ludzi, którzy mocowali się z linką. Robili to źle.

Okazało się mianowicie, że pogoda nagle postanowiła wykręcić nam psikusa i się była zmieniła diametralnie w ciągu kilku minut. Z fajnego wiatru zrobił się niefajny wiatr, fale stanęły na wysokości zadania i nagle zaczęły być wysokie jak domy. Łódź dostała kopa, przechyliła się mocno na lewą burtę, fale atakowały od rufy i zrobił się kibel ogólnie. Załoga obecna na pokładzie zrolowała genuę (ten przedni żagiel) ale z grotem (ten środkowy żagiel) były problemy. Nie wiedziałem o co chodzi bo miałem jeszcze strupy w oczach i absmak w ustach, złapałem więc linę, którą ktoś mi wcisnął do ręki i zacząłem ciągnąć. Nie pytajcie się mnie czy była to talia czy jakiś szot grota bo nie pamiętam. Ciągnąłem zapamiętale, skóra na rękach zaczęła mi się topić gdy nagle ułyszałem zza pleców gromki ryk kapitana: a sprzęgło od grota ktoś przestawił!? Kurtyna.

Szczwani germańscy projektanci naszej Bavarii wymyślili mianowicie, że grot będzie się rolował do wnętrza masztu. Żadnych lazy jacków ani nic takiego, po prostu ciągniesz jedną linę, popuszczasz drugą i żagiel okręca się w środku. Co jest fajne tylko że chujowe. Bo nie dość, że grota bez kabestanu nie masz szans postawić nawet podczas flauty (ciężko skubany chodzi), to jeszcze na maszcie jest takie sprzęgiełko, które przestawiasz w zależności od tego czy szmaty zwalasz czy stawiasz. Po prostu pysznie. O takim drobiazgu jak zbyt krótka i zbyt cienka lina kręcąca tym sprzęgłem nie będę wspominał, bo to jedynie drobna niedogodność, za którą inżynierom ze stoczni zrobiłbym drugie Drezno.

Ktoś więc musiał przeczołgać się kilka metrów po pochyłym i śliskim pokładzie i to sprzęgło przestawić. To są właśnie te sekundy, podczas których rodzą się Bohaterowie Związku Radzieckiego. Gdybym miał szansę pomyśleć, to w życiu bym się nie ruszył na śródokręcie w takich warunkach. Czasu nie było, już chciałem zacząć pełznąć po burcie prawej gdy kątem oka zobaczyłem kolegę P., który przemknął biegiem, złapał się masztu i przestawił wajchę na zrzucanie. Jestem mu wdzięczny, bo gdybym ja tam polazł, pewnie spierdoliłbym się do wody i nie czytalibyście tej notki. Zbyt mało bowiem płynęło w mojej adrenalinie krwi, żebym myślał o takim detalu jak przypięcie się do lajfliny[2].

Gdy sprzęgło znalazło się w odpowiednim położeniu, zaczęliśmy ciągnąć. Nie chce mi się tutaj detalicznie opisywać dlaczego dawaliśmy nonstop dupy podczas zrzucania grota, bo to nudne szczegóły techniczne. Plus załoga była jednak spanikowana. I tylko we mnie rósł kompletnie irracjonalny spokój i coraz większe zadowolenie. Niekoniecznie z tego powodu, że naciągnąłem sobie wszystkie mięśnie w obręczy barkowej, zerwałem wszystkie przyczepy bicepsów i zdarłem skórę z dłoni do kości. To było mało zabawne aczkolwiek boost do maczyzmu był niesamowity gdyż grota w końcu zrzuciliśmy. Chodziło o to, że wiedziałem, że ten przerażający żywioł nie zrobi mi żadnej krzywdy. Opowiem wam skąd wiedziałem, racjonaliści mogą opuścić następny akapit żeby im żyła nie strzeliła.

NIE WSZYSTEK UMRĘ

Otóż widzicie, nie wiem kiedy umrę ale dokładnie wiem jak umrę. Nie jest to przekonanie na zasadzie żartu towarzyskiego. Jest to przekonanie graniczące z pewnością, płynące nie bardzo wiem skąd. Po prostu wiem. I moja śmierć nie będzie miała nic wspólnego z wypadkiem łodzi na morzu, jeziorze czy oceanie. Jak ktoś ma życzenie może się pośmiać. Ja to po prostu wiem. Oczywiście nie działa to na zasadzie nieśmiertelności, co to, to nie. Jak dam dupy, to wypadnę za burtę i utonę. Gdy jednak zachowam ostrożność, nic mi nie grozi.

A skoro wiedziałem, że śmierć nie jest mi tego dnia i w tym miejscu pisana, mogłem się rozluźnić. Dodatkowe rozluźnienie przyszło gdy zobaczyłem, że kapitan się zaczął świetnie znajdować w sytuacji. Załoganci, pamiętajcie - zawsze patrzcie na kapitana, gdy ma blazę na ryju i się nie spina, znaczy że jest lepiej niż się na pierwszy rzut oka wydaje.
Kapitanowie, pamiętajcie - najważniejsza jest wojna psychologiczna. Jeżeli chcecie mieć działającą załogę, kłamcie na temat warunków pogodowych i faktycznego zagrożenia, zachowujcie się zdecydowanie ale spokojnie, na pytania spanikowanych szczurów lądowych odpowiadajcie 'wszystko jest w porządku' i nie dawajcie po sobie poznać, że jest przejebane jak na U-boocie w końcówce roku 1944. Nic mnie tak nie deprymuje jak panikujący kapitan.

NIE NALEŻY ZANIEDBYWAĆ NAUKI O PIĘKNIE

Więc tak - po zrzuceniu grota najpierw zszedłem pod pokład uspokoić histeryzującą załogantkę, która miała od kwadransa urodziny i była przekonana, że zginie w kwiecie wieku. Następnie przełożyłem szelki od pasa spod sztormiaka na niego, usiadłem sobie na lewej, wyższej burcie, odpaliłem fajka i chłonąłem widowisko. Szkoda, że pod pokładem tak mnie zemdliło, że nie zmieniłem już lekko przemoczonych krótkich spodenek na coś nieprzemakalnego. Był to jednak drobiazg, który nie był w stanie zmącić mego luzu i zen-wyjebki. Bo widzicie, sztormowy ocean nocą jest czymś tak pięknym, że moje grafomańskie pióro jest za krótkie żeby to dobrze opisać. Chociaż oczywiście spróbuję.

Nie było ekstremy bo wiała ósemka przechodząca w dziewiątkę, co oczywiście wytrawnych matrosów jedynie rozśmieszy. Nie jestem wytrawnym matrosem i dziewiątka miała dla mnie swój ciężar gatunkowy. Wiało mocno, łódź tańczyła na falach jak domy[3], pół załogi zeszło pod pokład, drugie pół trwało dzielnie na posterunku. Nie wiem jak inni ale mnie by czwórka koni nie ściągnęła na dół. Zwłaszcza, że mieliśmy szczęście, że było ciepło i nie padało a jedyne bryzgi wody w twarz i na klatę brały się z fal, które z uporem godnym szalonego Neptuna waliły w nasze burty. Taki grubszy pył więc totalnie bez patologii. Cudne widowisko i zupełnie za darmo. Na dodatek jestem w jego samym środku. Czego mógłbym chcieć więcej? No dobra, kubek gorącej kawy byłby wtedy niezły ale nie miałem czasu myśleć o pierdołach bo całą moją uwagę absorbował lekko wkurwiony ocean. 80% czasu poświęciłem tej nocy na kontemplowaniu tej jedynej i niepowtarzalnej mieszanki i na galopadzie myśli. Żebym miał wtedy pióro i kawałek kartki papieru, powstałyby takie fragmenty prozą, że skosiłbym Nobla. Nie miałem więc skoszę co najwyżej jakiś szlaban na rowerze. No i tak sobie płynęliśmy, ocean szalał i było strasznie i pięknie a ja cieszyłem się jak dziecko. Później, gdy opowiedziałem o tym kapitanowi, dowiedziałem się, że jestem pojebany. No niespodzianka, pomyślałby kto.

ILE NAS SPRAWDZONO

Bo wiecie, chodzi o to, że taki facet jak ja musi się ostro nakombinować żeby się sprawdzić. Niektórzy robią to w pracy ale mi kariera wisi kalafiorem, ja chcę robić to co lubię i zarabiać tyle, żeby było mnie stać na przyjemności. Do końca życia mogę być analitykiem, stanowiska kierownicze mnie nie jarają. Mógłbym sobie zrobić dziecko, bo przy nim facet może się sprawdzić najbardziej na świecie. No ale nie mam dziecka więc ta opcja odpada. Mój lęk wysokości uniemożliwia mi łażenie po górach (zresztą nie lubię jak mnie Achillesy napierają przy schodzeniu) oraz paralotniarstwo, kitesurfing i loty balonem. Nigdy nie jarały mnie samochody i motocykle, w moich żyłach nie płynęła i nie płynie czysta benzyna, nie dla mnie nocne wyścigi po mieście i ekstremalna jazda samochodem rajdowym. Strzelnica, owszem, fajna i dająca takiego kopa, że po wyjściu mógłbym w ręcznym boju pokonać pół Żylety. Ale kop jest krótki i schodzi najdalej następnego dnia. Na sprawdzanie się w wolontariacie jestem za leniwy i jest mi z tego powodu niewymownie wręcz głupio. Naprawdę, zostaje mi niewiele pól działalności, w których mógłbym dowiedzieć się o sobie rzeczy, których wcześniej nie wiedziałem, albo o które siebie nie podejrzewałem.
Morze/ocean mi to umożliwia w pełnym zakresie i z każdego takiego rejsu wracam mądrzejszy o kolejny kawałek siebie. Sztorm zaś jest najlepszym momentem na dowiadywanie się rzeczy. Zwłaszcza gdy woda kołysze mocno ale tak łagodnie, że siedząc na pokładzie nie odczuwasz żadnych skutków choroby morskiej. Nie mam nudności i...

DLATEGO DOBRZE SIĘ BAWIĘ

Bawiłem się więc znakomicie.
Oczywiście nic co piękne nie trwa wiecznie, po stu godzinach[4] zobaczyliśmy główki portu, kapitan sterował, ja podtrzymywałem mu ipada z mapami i ścieżkami do mariny, obserwatorzy na dziobie cytowali Koterskiego (najgłośniej gdy szliśmy wprost na usypany z kamieni falochron czy coś takiego) i było pięknie. Gdy kapitan już wyczaił o co chodzi i jak się bujać w porcie, polecił wyciągnąć cumy (jak zwykle rufowa moja, to taka niepisana tradycja) a ja zorientowałem się, że 6 godzin w przemoczonych krótkich spodenkach to najgłupszy pomysł na pływanie ever. Nie dość, że zaczęło mnie nagle telepać, to okazało się, że nie czuję nóg. Tak od penisa w dół. Do tego od słonej wody wcieranej w oczodoły podczas wycierania twarzy z bryzgów napuchły mi oczy i czułem się jakbym miał zapalenie spojówek. Szykował się prawdziwy cyrk kalek.

THAT WAS BRÜTAL

Nie wdając się w zbędne szczegóły techniczne powiem wam, że ukoronowaniem trzeciego najlepszego dnia w moim życiu było drugie najgorsze cumowanie w moim życiu. Palmę pierwszeństwa dzierży sztormowe cumowanie w Helu, które było złem wcielonym, bo nie tak powinno się zaczynać swoją przygodę z morzem.
Do kei podchodziliśmy lekko licząc 10 razy. Pomimo tego, że marina była osłonięta, wiatr wiał tak ostro, że dopychał nas do brzegu z prędkością 3 Machów. Co nie było takie fajne jak mogłoby się wydawać. Pomimo tego, że na brzegu czekała ze wsparciem druga załoga, mieliśmy poważny problem z zaparkowaniem i poczułem się jak ten pilot samolotu, który trzeci raz podchodzi do lądowania a kapitan lotniskowca mówi do niego przez radio 'synu, ląduj, tutaj jest jedzenie'. W końcu udało się wyłapać krótki moment ciszy, dojechaliśmy do kei, rzuciłem cumę, wyszedłem na brzeg i wyjebałem się jak jakiś pijak. A potem zacząłem się trząść zupełnie jak jakiś deliryczny alkoholik. Kurde, nie pamiętam kiedy ostatnio tak mnie przewiało i wychłodziło. Mnie, chłopaka ze wschodu, dla którego -25 stopni to komfort termiczny, prawie wykończyły Wyspy Kanaryjskie. Czy to nie ironiczne?

ZADBAJMY O CZYSTOŚĆ PŁYNÓW USTROJOWYCH

Po czymś takim jedynym sensownym rozwiązaniem jest obgadanie całej sytuacji celem zluzowania i położenie się spać. No z tym że niekoniecznie. Sytuację obgadaliśmy ale zasnąć nie miałem szans, bo przypominam że w adrenalinie miałem naprawdę niewiele krwi. Siedliśmy więc do whisky, piwa, wódki, wina, piwa i wszystkiego, co ma jakiś procent. Załoga naprawdę potrzebowała czegoś, co ją rozluźni i pchnie w sen. Był to jeden z tych dni gdy nie mogłem się upić, choćbym nie wiem jak próbował. Przestałem próbować koło 9, bo jednak za chwilę mieliśmy przeparkować łódkę na stanowisko postojowe i stwierdziłem, że warto zdrzemnąć się godzinę. Oczywiście na pokładzie gdzie śnił mi się sztorm i ludzie mieszkający w morzu. Przestawiliśmy się, złapałem kolejne 2 godziny, zjedliśmy śniadanie, wbiliśmy w wynajęte samochody i ruszyliśmy zwiedzać Lanzarote. O czym opowiem w następnym odcinku, bo tutaj mi się na pewno nie zmieści a nie chce mi się sztucznie i bez sensu dzielić notki.

Wszystkich zawiedzionych kiepskością tego odcinka serdecznie przepraszam. Musiałem go napisać. Ważny jest dla mnie chociaż musnąłem w nim jedynie naskórek problemu. No ale to blog a nie kozetka u psychoterapeuty więc mam nadzieję, że zrozumiecie. W następnej części będzie dla odmiany mnóstwo fotek i mniej tekstu.

[1] W ciągu całego rejsu tak naprawdę spałem tylko podczas postojów. Gdy płynęliśmy wpadałem w stan półsnu-półdrzemki. Jakim cudem się nie rozsypałem, nie mam pojęcia.
[2] Lina biegnąca wzdłuż pokładu, która służy przypinaniu się do niej gdy leziesz na dziób lub śródokręcie w trudnych warunkach. Nawet gdy cię miotnie, zawiśniesz na niej na pasach a nie wpadniesz do wody. Pożyteczna i pomysłowa rzecz.
[3] Nie chodzi oczywiście o to, że fale miały fundamenty, ściany, instalacje, dach i piorunochron. Były po prostu bardzo duże. Nie wiem jak duże, bo ciężko się ocenia wysokość bez punktu odniesienia ale w momentach, w których nasza łódź znajdowała się w dolinie fali a od rufy zbliżała się fala kolejna, miałem wrażenie, że te ściany wody mają jakieś 6-7 metrów wysokości. Co pewnie jest nieprawdą ale robi wrażenie na kobietach, którym to opowiadam. Więc trzymam się tej wersji.
[4] Obudzili mnie tuż przed północą, cumowaliśmy chwilę po 6, subiektywnie trwało to jakieś 120 godzin ale nie chciałem przesadzać.