To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
sobota, 21 czerwca 2008

Duże imprezy piłkarskie oglądam świadomie od pamiętnego dla nas Mundialu w Hiszpanii w 1982 roku. Rozróżnienie 'świadomie' jest świadome, bo pamiętam również, że jak byłem z wizytą w akademiku u studiującego Ojca w 1978, to jakieś tam mecze widziałem. Ale nie pamiętam jakie. Do dzisiaj kojarzę jedynie kilka scenek, których wtedy nie rozumiałem: duża sala wypełniona krzesłami, na których ktoś porozkładał kartki z napisami 'rezerwacja, pokój 131', 'zarezerwowane, Jurek K.' albo 'nie siadać'. A potem tłum naładowanych testosteronem facetów (akademik męski), którzy ryczeli do utraty tchu i przytomności. A między nimi sześciolatek, który próbuje to wszystko ogarnąć i pojąć którzy to nasi.

W 1982 miałem 10 lat i oglądałem prawie wszystkie mecze. Część w domu, część w sercu Roztocza w uroczo dzikim Górecku Kościelnym, na obozie harcerskim. Telewizor z anteną z kawałka szyny stojący w namiocie, stado ludzi na kocach przed owym telewizorem, niebo gwiaździste nad nami a Polacy kontra Włosi przed nami. Feralna żółta kartka w meczu z ZSRR, Boniek misses next match[1] i 2:0 dla przeciwników. W roli bezwzględnego egzekutora rachityczny Paolo Rossi, który wcześniej wysłał do domu fenomenalną Brazylię, strzelając im trzy bramki. Piękny mecz Polaków o trzecie miejsce z Francją, przetrzebioną po wyjątkowo dramatycznym i brutalnym półfinale, przegranym z RFN. Szarmach, Majewski i Kupcewicz i mamy trzecie miejsce. Finał to znowu popis Włochów, 3:1 z Niemcami. Rok '82 w znacznej mierze ukształtował moje piłkarskie sympatie i antypatie.

Zawsze kibicuję Polsce. Uwielbiam żywiołowo grające drużyny z Afryki, które gdy poczują radość z gry, zapominają o kunktatorstwie, taktyce, strategii i sprycie i zaczynają grać najładniejszy i najbardziej żywiołowy futbol świata. Zawsze kibicuję Brazylii, chyba że chłopaki zdecydują się, że przygwiazdorzą (ot, choćby MŚ 2006, kiedy wydawało im się, że do finału można wejść grając w chodzonego). Lubię Francuzów, nieodmiennie zdzieram gardło kibicując Holandii, za każdym razem współczuję Hiszpanom, sympatię budzą Czesi. Głęboką abominację czuję oglądając grę Włochów. Drużyna, która od zawsze (w sensie, odkąd pamiętam) ma w składzie przynajmniej trzech, czterech aktualnie urzędujących na Olimpie bogów futbolu, gra swoją daremną grę a jak im nie wychodzi, to zaczynają nurkować, symulować i umierać po muśnieciu ręką w ramię. Nienawidzę tego typu pedalskich pogrywek, bo futbol to nie jest gra dla małych dziewczynek tylko dla twardych facetów. Aczkolwiek byłbym nieszczery gdybym zaprzeczył, że u źródeł mojej niechęci do graczy z Włoch nie leży ów feralny półfinał w 1982. W tym samym roku od nienawiści do podziwu przeszedłem w przypadku ekipy Niemiec. Wydrukowany mecz z Austrią w fazie grupowej był strasznym kurewstwem i mnie zmierził. Zmiażdżenie (dosłownie) Francuzów, przy biernej postawie sędziego, również było kurewstwem. Ale w owym półfinale, pomijając brutalność, pokazali światu jak to jest grać do końca. Od stanu 3:1 dla Francji w dogrywce doprowadzili do remisu. A potem wygrali w karnych. Rzecz absolutnie niepojęta i niewielu ekipom udało się coś takiego powtórzyć w tej fazie turnieju (udało się komukolwiek?). W finale oczywiście byłem za Niemcami, no bo przecież nie mogłem kibicować naszym oprawcom ale okazało się, że w tym roku na Włochów nie było mocnych.

A potem przyszedł fantastyczny turniej w Meksyku. Dla Polski nieudany - jedyna bramka Smolarka strzelona Portugalii, dramat z Anglią i modlitwy o to, żeby Maroko dało radę. Wyszliśmy z grupy, trafiliśmy na Brazylię, potężna bomba Tarasiewicza w słupek albo w poprzeczkę, strzał Karasia i znowu słupek albo poprzeczka. A potem dziwny karny, 1:0 dla Brazylii i pozamiatane - wysoka porażka i siema Meksyk. Absolutnie fantastyczny mecz Anglia - Paragwaj, w którym szedł atak za atakiem. Jeszcze bardziej fantastyczny mecz Anglików z Argentyną, w którym Diego wszedł na szczyt rajdem przez pół boiska[2], i z którego to szczytu spadł, strzelając drugą bramkę ręką. I absolutnie najbardziej fantastyczny finał, w którym Niemcy zrobili rzecz, jaka za mojego życia nie udała się nikomu - ze stanu 0:2 z Argentyną doprowadzili do remisu. A potem postanowili pójść za ciosem i nadziali się na kontrę, którą wykończył Burruchaga. Gdyby po strzeleniu przymurowali bramkę i doprowadzili do dogrywki, wzięliby mistrza. Nie wzięli ale pozostali w mojej pamięci jako jedyna ekpia, która w finale potrafiła podnieść się po stracie dwóch bramek - szacunek.

Mam to szczęście, że na żywo oglądałem mecze, które stały się pożywką dla słynnego bon motu Gary'ego Linekera - piłka nożna to taka gra, w której 22 facetów kopie piłkę a na końcu i tak wygrywają Niemcy. Niemcy są ekipą, która od zawsze imponuje mi konsekwencją, brakiem zwątpienia i grą do 98 minuty. Dla nich nie ma czegoś takiego jak sytuacja beznadziejna. Im wyższa stawka meczu, tym bardziej się nie poddają. Oczywiście jestem za moje sympatie dissowany - jak możesz kibicować drwalom, wyrobnikom, fizycznym, brutalom, germańskim kurwa oprawcom, którzy wymyślili Auschwitz. Na pewno jesteś jebanym Hanysem, który chciałby oddzielenia Śląska od macierzy. Zawsze współczułem fanatykom ciasności myślenia i to wszystko, co mam na temat ich uwag do powiedzenia. Jako esteta jestem w stanie zachwycić się maestrią zagrań Portugalczyków, Hiszpanów, Holendrów, Włochów, Argentyńczyków czy Brazylijczyków, bo piękno przemawia do mnie w każdym aspekcie rzeczywistości. Jako pragmatyk uważam, że choćbyś nie wiem jak pięknie grał, jest to gówno warte jeżeli przegrywasz. Do tegorocznych mistrzostw miałem Niemców za niedoścignionych mistrzów ostatniej minuty. Od dzisiaj wiem, że mamy Niemców bis. To co zrobiła na tych mistrzostwach Turcja jest dla mnie absolutnym tchnieniem geniuszu - na 4 spotkania 3 razy uratowali się w ostatnich minutach. Na 4 spotkania 3 razy wygrali, choć przegrywali. Dla takich chwil jak 122 minuta meczu Turcja-Chorwacja kocham piłkę nożną. Czapki z głów, proszę państwa. Czapki z głów.

I życzyłbym sobie żeby kiedyś zamiast Turków zobaczyć w takiej akcji Polaków. Niestety, mam wrażenie, że słowa wyśpiewane przez Gintrowskiego, mają również zastosowanie w przypadku polskiej piłki nożnej. Zakończę cytatem, do którego nawiązuję: A jedno, co naprawdę umiemy, to najpiękniej na świecie przegrywać. Że spadłeś, to zwykły los Polski, każdy w końcu z liny tej spadnie. Tylko czemuś zapomniał, Wielopolski, że upadać też trzeba ładnie? Wyjątkowo bez trawestacji.

Wszystko wskazuje na to, że następna notka dopiero po finale mistrzostw. Żebyście się za bardzo nie ekscytowali powiem, że najprawdopodobniej będzie to nudny i bardzo prywatny, kombatancki kawałek sentymentalno-melancholijny. Do poczytania.

[1] Najgłupsza z możliwych żółtych kartek. Boniek stał na skraju muru, mur nie przesuwał się zgodnie z zaleceniami sędziego, arbiter wlepia żółć kolesiowi stojącemu najbliżej niego. Był to Boniek - zawodnik, który mógł nam wygrać ten mecz.
[2] Dla mnie jest to najlepsza akcja w piłce nożnej i najpiękniejszy gol, jakie w życiu widziałem.

niedziela, 15 czerwca 2008

Jeżeli jest na sali ktoś, kto nie wie jak wygląda Obcy H.R. Gigera, to proszę go o przeniesienie się na blog o Pokemonach. My mieliśmy Beksińskiego, o którym wiedzą ci, którzy interesują się czymś więcej niż tylko oglądaniem pornografii w necie i czasami klikają w linki dotyczące malarstwa. Zgniły Zachód wypuścił na światło dzienne Gigera, o którym wiedzą wszyscy, bo wynalazł maszynę do badania poziomu promieniowania jonizującego. Oraz oczywiście zaprojektował najbardziej przerażającego Obcego, jakiego mieliśmy okazję zobaczyć w kinie[1]. Gadzio-owadzie monstrum samo w sobie przyprawia o szybsze bicie serca. Ale szwajcarskiemu psychopacie było za mało i dodał mu jeszcze... a właściwie to pozbawił. Ksenomorf nie ma oczu, z czego niewiele osób na początku zdaje sobie sprawę. A jak coś nie ma oczu, to sprawa staje się poważna. Nie wiem jak to było u innych ale mnie w Alienie nie przerażała teleskopowa szczęka przebijająca ofiary na wylot, litry śluzu, pazurzaste łapy czy zabójczy ogon. Traciłem natomiast przytomność widząc stworzenie z gładką czaszką poruszające się równie łatwo po ścianach i suficie, co po podłodze.

Oczywiście Giger jako geniusz zła i niezdrowych wizji, nie jest sezonowym one hit wonder. Każdy przytomny człowiek kojarzy jego biomechy, wariacje na temat twarzy Debbie Harry, śmieciarkowe pasaże, słynny pistolet, okładkę płyty To Mega Therion zespołu Celtic Frost, niesławny krajobraz, Diunę albo taki obrazek. Jeżeli nie kojarzycie, to bardzo mi przykro. Artysta operujący w takiej stylistyce był wprost stworzony do zrobienia grafiki do dziwnej gry napisanej przez psychicznie chorych kolesi z Cyberdreams. Nie wspomniałem o tym wcześniej ale to oni maczali swoje brudne paluchy w tworzeniu 'I have no mouth and I must scream'.

W Dark Seed nigdy nie grałem, bo gra 'nie szła' na naszym akademikowym komputerze. Siadając do Dark Seed II miałem mgliste pojęcie o fabule ale wiedziałem, że gierka ma fotorealistyczną grafikę, która wówczas zwalała z nóg. No i w jakiejś recenzji w Secret Service wypłynęło nazwisko Gigera oraz kilka niewyraźnych screenów podpisanych 'TA GRAFIKA JEST CHORA NA GŁOWĘ!'. Musiałem w to zagrać.

W jedynce główny bohater, Mike Dawson, ocalił świat przed Przedwiecznymi? (org. Ancients) ale przypłacił to załamaniem nerwowym. W dwójce powraca do swojego rodzinnego domu by odzyskać normalność. Z tym, że niekoniecznie - po spotkaniu klasowym jego dawna dziewczyna, Rita zostaje zamordowana a on zostaje głównym podejrzanym. I znowu przyjdzie mu śmigać przez bluźniercze wymiary poza czasem i przestrzenią, by po raz drugi, skopać dupy Przedwiecznym.

Atmosfera gry jest bardzo schizofreniczna - z jednej strony skoczna muzyczka, duże, słoneczne lokacje i typowe, sielankowo małomiasteczkowe sąsiedztwo. A z drugiej klimat jakby ktoś wymiksował Twin Peaks z Archiwum X a potem zalał to koszmarem sennym Stephena Kinga. Oczywiście gdy grałem w to pierwszy raz, w dupie miałem psychologiczne niuanse i inne ćmoje-boje dobre dla dziewczynek z Uniwerka. Ja chciałem Gigera. W końcu udało mi się znaleźć klucz na ciele w kostnicy i wlazłem do labiryntu luster w wesołym miasteczku. Jest, kurde, jest portal do Dark World, ha!!! Następnie rozmowa z dziwną kobietą, drugi labirynt luster i wreszcie moim oczom ukazał się las. A konkretnie coś takiego - 2:23. Przystanąłem i zacząłem płakać ze szczęścia - udało mi się przebić do Dark World i faktycznie jest tam Giger. Byłem spełniony.

Kompania braci to najlepszy mini-serial na świecie a jak ktoś twierdzi, że jest inaczej, to znaczy, że się nie zna. Albo się zna, ale na czymś innym. Dlatego gdy w okolicach roku 2002 albo 2003 zasiadłem do gry Medal of Honor: Allied Assault, byłem nią zachwycony. Bo widzicie, traf chciał, że MOHAA wpadł w me ręce prawie równo z emisją BoB na TVN. Chronologia zdarzeń jest tutaj bardzo istotna dla pełniejszego zrozumienia skąd mi się wzięło 'WOW'... coś dużo tych akronimów się narobiło więc żeby nie zmylać napiszę inaczej: skąd mi się wzięło 'łał'. Po kolei: TVN emituje pierwszy odcinek BoB, po obejrzeniu go opadła mi koparka i stwierdziłem, że jest miszcz. Kilka dni później zaczynam grać w MOHAA, ale jakoś tak niemrawo. Następnie TVN emituje odcinek drugi - Day of Days, opowiadający o desancie spadochronowym sto pierwszej powietrzno-desantowej w Normandii. Ja jestem w trakcie upierdliwej misji z okrętem podwodnym, która jest tak upierdliwa, że przez kilka dni odpoczywam od U-529 i pilnujących go germańskich, kurwa, oprawców. Po tygodniu przychodzi mój Day of Days. Do gry zasiadam jakoś tak ze 2-3 godziny przed rozpoczęciem kolejnego odcinka - będzie to Carentan, w którym Winters z ekipą zniszczą baterię niemieckich dział, kryjących ogniem plaże, na których ląduje desant morski. Przez większość odcinka strzelają. Oceniłem, że pogram te 2-3 godziny, zrobię sobie przerwę na film i wrócę do gry. Jeszcze nie wiedziałem, że tego odcinka nie dane mi będzie obejrzeć.

W czasie gdy w TVN przygotowywali się do wyemitowania Carentan, ja kończyłem tą cholerną, drugą misję z tym przeklętym U-botem i strażnikami jego. Przeszedłem. Potem krótki akt zamykający misję numer 2, który kończyłem na rozbiegówce odcinka. Stwierdziłem, że zobaczę co się odbywa w misji trzeciej, w której wszak miałem wylądować w Normandii a potem szybciutko przerzucę się na film. Ale nikt mnie nie przygotował na 48 sekundę.

Najpierw zdziwiłem się, że płynę jakąś barką desantową. Potem zorientowałem się, że strzelają zarówno w telewizorze, jak i w grze. Zacząłem nerwowo rozglądać się na boki gdy nastąpiła owa feralna 48 sekunda. Zsynchronizowana idealnie z wybuchem w Kompanii Braci. I te wylatujące w powietrze ludziki w połączeniu z krzykami rannych i umierających w filmie, wprawiły mnie w taki stupor, że nie byłem w stanie zrobić kompletnie niczego - całkowity paraliż i niemożliwość przeprowadzenia jakiejkolwiek akcji swoim bohaterem. Tak sobie, silnie teoretyzując, myślę że przez chwilę w czasie pokoju poczułem coś odlegle zbliżonego do wojennych shell shock i trench neurosis[2]. Kurde, w sytuacji zagrożenia organizm wyrzuca litr adrenaliny i mamy wybór między walką a ucieczką. Ja wtedy nie byłem w stanie nawet zlać się w spodnie. Gdy klapa opadła mogłem tylko obserwować zbliżające się po wodzie ślady wstrzeliwującego się w nas MG 42, padających żołnierzy, którzy stali przede mną. Chwilę później padłem i ja, bo oczywiście nawet nie drgnąłem żeby gdzieś uciec. A potem długo siedziałem w fotelu i do wtóru eksplozji, strzałów i okrzyków 'covering fire' dobiegających z telewizora, zastanawiałem się, kto robi takie popieprzone gry.

Diablo skończyło się na Kill'em All. Pewnie dlatego uważam ten tytuł za najlepszy hack'n'slash w historii przemysłu rozrywkowego. Prosta jak cep rozgrywka (kill'em all), intuicyjne sterowanie (klikać, klikać, klikać), bogaty bestariusz, głębokie lochy, mocarne czary, kupa fajnych przedmiotów do znalezienia i nieskomplikowany, chociaż całkiem ciekawy scenariusz, który rozwija się przed nami w pomysłowo nieinwazyjny sposób (czytanie kolejnych ksiąg i rozmowy z NPC-ami). Były w grze momenty ekstatyczne, jak zdobycie Demonspike Coat, Zodiac Amulet albo rzucenie dopakowanym itemami wojownikiem czaru Apokalipsa[3]. Były frustrujące - pomimo kilku lat grania nigdy nie wypadł mi Grandfather. Były adrenalinowe - gdy po raz pierwszy ruszył na mnie Butcher (AAAAARGH... FRESH MEAT), mało nie sfajdałem się w spodnie (nie grać w środku nocy z podkręconymi prawie na maksa głośnikami). Ale jedyny moment, w którym autentycznie zaniemówiłem nastąpił gdy zobaczyłem co po pokonaniu Diablo mój wojownik zrobił z Kamieniem Duszy. Jeżeli ktoś w to grał, to być może coś skojarzy. Jeżeli nie grał, to pewnie i tak z tego filmu niczego nie zrozumie.

Max Payne to dla mnie gra wybitna i niech się pochowają krytycy hawajskiej koszuli tytułowego detektywa. Twardy, chandlerowski bohater, New York Noir i historia mieszająca wszystkie ulubione wątki dużych chłopców: gangsta-devasta, horror, thriller, wojskowe spiski, evul korporacja, oldskulowy zbój Vlad, dwa Ingramy w garści, piękna kobieta i snajperka. Dołóżmy do tego niesamowitą grywalność i bullet-time. Co otrzymamy? Grę, która mimo upływu 7 lat od jej wydania, w ogóle się dla mnie nie zestarzała i co jakiś czas ją sobie po raz kolejny przechodzę.

W pierwszej części twórcy mylą tropy kilkukrotnie - pierwsza zmyłka to delikatne sugestie, że być może historia o walce z mafią to przykrywka do jakiegoś horroru związanego z mitologią skandynawską. W tle pojawiają się takie nazwy jak Projekt Valhalla, Valkyr czy Ragnarok. W ostatniej misji części pierwszej walczymy z Jackiem Lupino w rzeczonym klubie i misja ta ostro zszarpała mi nerwy. Była trudna a napompowany Valkyrem psychopata z obrzynem, wykrzykujący 'the flesh of fallen angels', 'I'M THE WOLF' i inwokujący w stylu 'Astaroth, Beelzebub, Asmodeus, Baphomet, Lucifer, Loki, Satan, Cthulhu, Lilith, Hela! Blood to you all! Secrets, living under the skin of reality, I've seen it, the corruption of flesh!' nie pomagał w koncentracji i jawił się bardziej kolesiem z Kultu niż z historii gangsterskiej. Pod koniec poziomu dałem się uśpić kobiecie (zrobiła to podstępem) i obudziłem się w czymś takim. Jedyne co byłem w stanie wykrztusić było zbliżone do 'a idźcie wy w chuj'. Bieganie po krwawych ścieżkach, w ciemności, bez żadnego punktu odniesienia do wtóru szarpiących nerwy głosów żony i płaczu dziecka oraz sugestie, że to ty zabiłeś własną żonę potrafią zamienić człowieka w kupkę roztrzęsionej galarety.

Dwójka jest grą słabszą, bo i scenariusz prostszy, i rozgrywka absurdalnie krótka. Ale ostatnie zdanie w grze... W zasadzie nikt, kto nie zna dokładnie historii opisanej w obu częściach i nie jest oddanym fanem serii nie zrozumie o co mi chodzi. A i nie każdy spełniający te warunki będzie wiedział o co mi biega. To taki mój własny kawałek. I had a dream of my wife. She was dead. But it was all right. I 'Late goodbye'.

Na koniec RTS, który przebija Dune II (powtarzam, nie grałem w Starcrafta). Red Alert ma grywalność na poziomie 150%, zaimplementowano w nim kilka prostych, acz pomocnych patentów, dzięki czemu po przejściu dostępnych kampanii, tłukłem z komputerem w odprężające skirmisze przez długie lata. W zasadzie w Red Alercie nie ma ani pół sekundy, które mogłoby spowodować u mnie okrzyki zachwytu albo ekstazę. To po prostu świetna gra bez genialnych momentów. Dlaczego więc ją tutaj wspominam? Ano, jedna misja grana Rosjanami zafundowała mi takie tortury i napięcie psychiczne, że po zakończonej rozgrywce literalnie spłynąłem z fotela. I żeby to była misja finałowa czy coś takiego. Gdzie tam, dopadli mnie może w połowie gry, może wcześniej i wycisnęli ze mnie litry potu i godzinną litanię bluzgów. Zaczęło się klasycznie - podręcznikowa sekwencja rozbudowy bazy, czołgi, dużo czołgów, zgrupowanie kilku jednostek uderzeniowych, zwiad rozstawiony gdy nagle komputer sterujący Aliantami zyskał świadomość i zaczął mnie atakować metodą 'na Ruska'. W bazę uderzały kolejne fale wrażych jednostek, w panice ściągałem z miejsc koncentracji moje siły, rozdzielając je w locie do osłony wydobycia i wzmocnienia bazy. A komputer ciągle atakował. Po pół godzinie klikania non-stop zaczął mnie boleć nadgarstek a w poczynania wkradło się zwątpienie. I gdy już miałem położyć na tej misji laskę i zacząć ją od nowa, stwierdziłem: nie, no bez jaj, ponad godzina grania w plecy? Nie ma takiej możliwości. I zacząłem klikać jeszcze szybciej. A komputer atakował i atakował. Byłem na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej[4] ale myśl o poddaniu się już mi przez głowę nie przeszła. I dzięki temu godzinę później, tańcząc na kurhanach mych wrogów, mogłem sobie powiedzieć: obie strony były tak samo odważne, ale ja byłem odważny o 10 minut dłużej. Nigdy przedtem rozgrywka nie wycieńczyła mnie do tego stopnia jak ta kampania. Nigdy nie cieszyłem się bardziej ze skończenia poziomu. Nigdy nie miałem większej ochoty, by płytę z grą wyrzucić do kibla i postawić na niej klocka. To było coś.

W pewnym momencie mój komputer przestał obsługiwać najnowsze gry, ja straciłem ochotę do grania a potem dopadł mnie kryzys wieku średniego i zalogowałem się do Tibii. Ale to zupełnie inna historia.

Posłowie - jeżeli chcecie dać mi na urodziny najfajniejszy prezent świata, to kupcie mi takie krzesło. Albo takie. A najbardziej chciałbym takie. Znacie kogoś, kto umiałby zrobić replikę za sensowne pieniądze? Pytam poważnie.

[1] Nie proszę o kontrprzykłady, bo próżny wasz trud. Nie ma bardziej mrożącego krew w żyłach obcego od Obcego.
[2] Shell shock jest to szok wywołany wybuchem zaś trench neurosis to nerwica okopowa. Obie reakcje są zaburzeniami psychicznymi występującymi u uczestników konfliktów zbrojnych, po raz pierwszy zaobserwowano je i zdiagnozowano podczas I WŚ. Powodowały spadek efektywności bojowej, permanentne zmęczenie, spowolnienie reakcji, niemożność podjęcia decyzji, niezdolność ustalenia priorytetów i eksterioryzację. Nędzna namiastka, jaką poczułem dała mi cień pojęcia o tym, jak bardzo przesrane mają walczący żołnierze.
[3] W przypadku czaru Apokalipsy rzucanego wojownikiem, pozwolę sobie przybliżyć wam skalę trudności tego przedsięwzięcia przy pomocy kiepskiej analogii. Otóż odpalenie Scroll of Apocalypse przez kolesia w zbroi było tak samo łatwe jak przespanie się przeze mnie z Lindą Evangelistą - przy dużej dozie samozaparcia, szczęścia, tupetu i cierpliwości da się to zrobić ale myślmy realnie?
[4] Wszelkie supozycje jakobym mógł zapauzować grę i zrobić sobie przerwę uwłaczają mojej godności, waleczności i męstwu. W jaki niby sposób miałbym zarządzić przerwę na placu boju? Przecież to była prawdziwa bitwa a nie jakaś nieznacząca rozgrywka z komputerem. Czytaliście przecież Grę Endera, nie?

poniedziałek, 09 czerwca 2008

Amiga w mym życiu gościła krótko ale znalazłem gry, które wyrwały z mej piersi 'WOW'.

Mortal Kombat, czyli najbardziej brutalna seria mordobić świata. Brutalność przejawiała się w każdym aspekcie gry: każdy cios to fontanna krwi, każde uderzenie odczuwało się niemal fizycznie, przeciwnik przebijał się przez sufity, z impetem walił o glebę a każdą walkę prawdziwy kombatant kończył kombinacją ostateczną, czyli niesławnym fatality (późniejsze babality i friendship miały gayness factor na poziomie 100% i nikt normalny ich nie robił). Powiem szczerze, że MK było grą, w którą bałem zacząć się grać. Co innego gdy postać którą kierujesz ginie od postrzału albo kończy się jej energia. Co innego gdy twojemu bohaterowi ktoś obetnie głowę, jak czynił to Baraka, wzorem Mileny pochlasta brutalnie nożami albo rozerwie na pół jak Johny Cage - w takich sytuacjach czujesz się dziwnie nieswojo. Jednak prawdziwie źle poczułem się gdy na pokonanym przeciwniku udało mi się po raz pierwszy zrobić coś takiego Jaxem. Rzadko zdarza mi się w grze żałować oponenta, tym razem prawie łzy mi z bólu i współczucia pociekły. A potem zastygłem w stuporze i stwierdziłem: kurwa mać, to było coś. Kilka dni później udało mi się zrobić fatality moją drugą ulubioną postacią: do dzisiaj gdy patrzę na wózek widłowy Baraki jestem chory. Tak, Mortal Kombat II to najlepsze mordobicie świata i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej. O jedynce wspomnę przy okazji PC-ta, trójka lekko ssie pałkę (świetny system rozgrywki, fatalnie zrobione, naiwne i żałosne fatality dla prawie wszystkich postaci), o czwórce chcę szybko zapomnieć a w następne nie grałem.

O tym, że Diuna jest jedną z najważniejszych książek w moim życiu wiedzą wszyscy, którzy mnie od czasu do czasu czytają. Bez trudu przyjdzie wam zrozumieć dlaczego moje serce zatrzymało się po raz kolejny gdy w me ręce wpadły dyskietki podpisane 'Diuna 2'. Dune II: Battle for Arrakis było dla mnie grą ze wszech miar genialną. Pierwszy RTS z prawdziwego zdarzenia, zbalansowane siły walczących frakcji, kupa jednostek do zbudowania, fog of war, rozbudowa bazy, coraz lepsze struktury w miarę rozwoju gry, wierność fabule[1], szybka akcja i super grywalność zmieszano tak, że od Diuny 2 nie mogłem się oderwać przez naprawdę długie miesiące. W akademiku mieliśmy nawet coś na kształt mini-ligi a gdy rozmieszaliśmy wszystkie tajemnice gry i przeszliśmy wszystkie możliwe poziomy na wszystkie możliwe sposoby, wzorem Sardaukarów popadliśmy w zadufanie i cynizm, które przejawiały się niszczeniem pojedynczych płyt konstrukcyjnych przy pomocy rakiet Death Hand, wysyłanych z pałacu Harkonnenów. Jednak jeden moment wyrył się w mojej pamięci na zawsze: nie bardzo ogarnialiśmy dlaczego zdarza się, że znikają nam patrolujące pustynię jednostki i pracujące na polach melanżowych harvestery. Znaczy domyślaliśmy się, że ma to coś wspólnego z czerwiami, bo komunikat Wormsign (nazywany przez mojego przyjaciela 'Worsming') jest dosyć prosty ale przez pewien czas nie dane nam było zarejstrować samego aktu zniszczenia. Nie wiem czy było to zamierzone polowanie z nagonką, czy udało się przypadkiem ale w końcu złapaliśmy czerwia pustynnego na gorącym uczynku - worsming, piach zafalował, czerw przypełzł pod naszą żniwiarkę i wtedy... Aaaaaa... widzieliście, widzieliście?! Kurwa, prawdziwy czerw, ciekawe czy można na nim jeździć Fremenami, wow, wow, WOW!!! Czerw wpełzł pod harvestera, chwila ciszy przed burzą i nagle... Aaaaaaaa.... kurwa mać, ale bajer, no zupełnie tak jak sobie wyobrażałem czytając książkę!!! CZAD!!! Pod żniwiarką otworzyła się wielka, czterodzielna paszcza, harvester w nią wpadł i było po urobku. Najpiękniejszy moment w grze. Bez dwóch zdań. Żałowaliśmy, że Fremeni są jednostką niesterowalną, w przeciwnym razie na pewno spróbowalibyśmy ujeździć Szej-Huluda. Gdyby w Diunie 2 dało się zaznaczać większe grupy jednostek i bindować je pod wybranym klawiszem oraz poprawiono AI, byłaby ona najlepszą grą w swoim gatunku i tłukłbym w nią do teraz[2]. Hail to the Harkonnens.

Cannon Fodder jest grą prostą jak budowa cepa (dzierżak, bijak, gacek), od której to gry nie można się oderwać. Postaci wielkości 30 pikseli siejące dokoła białymi groszkami, przebijają się przez kolejne plansze, eksterminują dywizje wrogów, wysadzają drzwi, jeżdżą pojazdami, skaczą przez przeszkody, toną, wybuchają na minach, nabijają się na wyskakujące z ziemi ostrza, ochraniają ludność tubylczą a na koniec brodzą w ścieku, ścigając się z czasem, który nam tyka na ostatniej planszy. Gra sama w sobie nie ma momentów, w których człowiekowi odbierało mowę. Owszem, radujemy się po udanym manewrze polegającym na wyprowadzeniu całego oddziału z tonącego transportera. Owszem, cieszyłem się gdy po prawie trzech dobach bez snu (z innych powodów niż gra) przeszedłem koszmarnie trudną planszę upiornie trudnego poziomu 19 (ta z wzywaniem śmigłowca) a potem z rozpędu skończyłem grę z zapałkami w oczach. Ale jedynym momentem, w którym mnie zatkało jest ten fragment. Do tej pory muzyka z gier kojarzyła mi się z mniej lub bardziej fajnymi efektami z brzęczyka Spectrum i bajeranckimi dźwiękami z układu AY w Amidze. A tutaj dostałem piosenkę z tekstem, skoczną melodią, zaśpiewaną jakby leciała z kasety. Na dodatek była tak fajna, że nadawała się do nucenia solo pod prysznicem. I wszyscy razem:
War!
Never been so much fun!
War!
Never been so much fun!
War!
Never been so much fun!
War!
Never been so much fun!
Go to your brother
Kill him with your gun
Leave him dying in his uniform
Dying in the sun
Nigdy później muzyka w grze nie wywarła na mnie takiego wrażenia - dobrze mówią, że pierwszego razu nigdy się nie zapomina, ma to na pewno zastosowanie w tym przypadku. Mistrzostwo świata.

Z różnych powodów na Amidze grałem krótko i nie dałem rady poznać zbyt wielu gier. Stąd lista momentów amigowych jest nieco krótka. Odrobinę lepiej będzie w przypadku PC-ta, bo żyjemy ze sobą od dawna i do pewnego momentu trochę pogrywałem. Panie i panowie, momenty na blaszaku.

Był czas gdy byłem ultrafanem wrestlingu a wszystko zaczęło się od epickiego casket match[3] Undertakera z Jokozuną. Trafiłem go fuksem w jakiejś telewizji satelitarnej czy coś takiego i ogladałem nie wiedząc, że patrzę jak tworzy się historia. Nie wiedziałem również, że za 20 minut zachoruję na wrestling na długie lata. Walka była bardzo dobra a stała się jeszcze lepsza gdy zobaczyłem Undertakera podnoszącego za gardło ważącego ponad 200 kg Yokozunę. Chwilę potem Undertaker wykonał body slam, od którego zatrząsł się ring a mnie rozbolały plecy. Możecie sobie to zobaczyć tutaj (4:54). Ostatecznie prawie pokonany Yokozuna zniszczył źródło mocy Undertakera - urnę (tak, wiem jak to brzmi) i z pomocą 9 ziomali w końcu mu dokopał. Potem pogromszczycy wrzucili pokonanego do trumny, Yokozuna został oficjalnie zwycięzcą walki a na koniec stało się to.
W efekcie otrzymaliśmy pojedynek, w którym było wszystko to, za co kochamy wrestling. Zostałem fanem z pełną świadomością tego, że walki wrestlerów są ustawiane, wszystko to fałszywy fałsz, festyn, odpust i jaram się sportem dla rednecków. Waliło mnie to, bo nie znam lepszego podkładu pod pizzę i piwo niż dobry mecz zapaśniczy, wymięka nawet piłka nożna.
Gdy jakieś 2 lata później trafiła w nasze ręce gra WWF Wrestlemania wiedziałem, że będzie mi się podobać. Gdy w zestawie zawodników zobaczyłem Undertakera, zawyłem ze szczęścia. Gdy zobaczyłem Yokozunę stwierdziłem, że będę mógł odtworzyć wspomniany pojedynek ale tym razem to Undertaker (przez długie lata mój ulubiony wrestler) przerobi grubego na ziemię do kwiatów. Walka jak to walka - but, piącha, but, piącha a od czasu reversal i kontratak. W pewnym momencie jednak zrobiłem coś takiego (0:37) i oniemiałem. Kurwa mać, faktycznie jak w telewizji. Najpierw podniosłem Yokozunę za gardło a potem nastąpił... Ja pierdzielę, nie wierzę... KLASYCZNY TOMBSTONE PILEDRIVER!!!!!! AAAAAAAA...!!!!!! Boska ekstaza i długie okrzyki radości - nikt, kto nie kochał Undertakera nie zrozumie co wtedy czułem.

Mortal Kombat - tym razem jedynka. I ten moment. Obrona nie ma więcej pytań, do tego fatala stosują się wyjaśnienia, jakich udzieliłem pisząc o MK2.

I have no mouth and I must scream - Harlan Ellison napisał opowiadanie. A potem stworzył grę. Opowiadanie jest dobre, gra jest genialna i zupełnie nie rozumiem dlaczego ludzie wypowiadają się o niej tak chłodno. Historia zmagań 5 osób, które przetrwały wojnę w pamięci superkomputera z owym superkomputerem jest świetna. Ciężka atmosfera od której robi się duszno, przejmująca historia i głębia psychologiczna na poważnie a nie na niby, dzięki czemu rozumiemy co robią bohaterowie, dlaczego to robią a po pewnym czasie wkręcamy się w to tak, że wyborów nie dokonują kolejne postaci a my sami (nie w sensie sterowania a w sensie przejmowania się). Zły wybór skutkował śmiercią tyle tylko, że nawet te dobre wybory często były wyborem zła. Niejednoznaczna moralnie opowieść o rozprawie z demonami przeszłości. Dla mnie IHNMAIMS to najlepszy dowód na to, że gra może opowiedzieć historię równie dobrą jak film czy książka. Momentów, w których opadała mi szczęka i powtarzałem sobie 'to niemożliwe, takie rzeczy nie dzieją się w grach' było kilka i poniżej będę ordynarnie spojlował.

Każda z postaci którą odgrywamy kawałek opowieści, ma jakąś mroczną tajemnicę. Ellen boi się windy i koloru żółtego, Nimdock kręci się po obozie koncentracyjnym i nie rozumie dlaczego więźniowie go nienawidzą, Gorrister ma rozprutą klatkę piersiową i brakuje mu serca. Dosłownie. Benny rozmawia z nagrobkami a Ted ma jakieś zaszłości z kobietami. Licznymi. Przeszłość Nimdocka wydaje się być oczywista ale gdy na scenę wkroczył dr Mengele zrobiło mi się zimno. Co do Ellen miałem podejrzenia co do gwałtu ale w momencie gdy żółty kostium ożył w windzie i zaczął opowiadać jej co zdarzyło się pewnego wieczoru w pewnej windzie w pewnym biurowcu, poczułem się zbrukany. Gdy ją zaatakował, mało nie popuściłem w spodnie. Rozliczenie Benny'ego z członkami swojego oddziału i końcowe samoofiarowanie się rozsmarowało mnie po wykładzinie. Gdy teść opowiada Gorristerowi w jakich okolicznościach ten ostatni stracił serce, miałem ochotę zwymiotować. I wreszcie Ted, tak lubiany przez komputer AM, łamacz serc niewieścich. Czy to nie aby z jego powodu odeszła na zawsze Ellen? I dylemat czy przespać się z dziewczyną z kuchni, czy nie - brzydka ale zgrabna. A już kompletnie zmiażdżyła mnie koncepcja finałowej rozgrywki, w której by pokonać i zniszczyć AM musiałem kolejno zabijać moich bohaterów, z którymi do tej pory zżyłem się przecież. Poruszająca, genialna gra z zakończeniem po którym długo siedziałem w milczeniu, z jednej strony żałując, że to już koniec rozgrywki a z drugiej czując wszechogarniającą ulgę, że to już koniec psychicznych tortur. Ostatni raz odpaliłem to 2 miesiące temu - przeszedłem całą i uważam, że dalej jest arcydziełem, od którego wychuchane i wycackane gry z fotorealistyczną grafiką i świetną muzyką, są oddalone o lata świetlne.

Sanitarium - tą przygodówkę stawiam prawie na równi z IHNMAIMS. Prawie, bo jest trochę mniej mroczna i trochę bardziej zrównoważona psychicznie. Główny bohater z twarzą obwiązaną bandażem nie pamięta kim jest. W celu odkrycia swojej tożsamości plącze się po dziwnych lokacjach, często zmieniając postać (bywa dziewczynką, centaurem czy azteckim wojownikiem). Niepokojący klimat, mroczna miejscami atmosfera, bardzo psychodeliczne lokacje, zaskakujące przeskoki fabuły, kapitalne sceny przerywnikowe, fragmenty paraliżujące wymieszane z wzruszającymi i odkrywana stopniowo przerażająca prawda. Kolejny dowód na to, że można zrobić świetną grę przygodową dla dorosłych. Pomijając głosy aktorów, które są mocno lamerskie i psują frajdę, nie potrafię znaleźć słabego punktu Sanitarium. Zaś fragment, o którym zaraz opowiem, spowodował coś, co zdarza mi się bardzo rzadko. Być może też tak macie, że czasami prosicie reżysera, scenarzystę albo autora 'nie rób tego, kurde stary, nie rób tego'. Chociaż i tak wiemy, że on to zrobi a wtedy my poczujemy się źle. Po czym scenarzysta nas nie zawodzi, następuje Ten Moment a my musimy się położyć albo do kogoś przytulić.
Takie coś poczułem podczas zabawy w chowanego w dziwnym mieście, w którym mieszkają tylko dzieci i tajemnicza Matka. Potrzebowałem klucza, mógł mi go dać dziwny dzieciak - Denis. Zgodził się to zrobić pod warunkiem, że wygram z nimi w chowanego - ja szukałem. Oczywiście bez trudu znalazłem wszystkich uczestników zabawy i po 3 minutach od jej rozpoczęcia, zgłosiłem się po nagrodę. Okazało się, że mają tajną broń - Carol, której nie znalazłem. Po przejrzeniu wszystkich dostępnych lokacji stwierdziłem 'nie no, bez jaj, nie róbcie mi tego, bo się źle poczuję'. Zrobili - rozmowa z kolesiem zaczyna się w 2:34, Carol zostaje znaleziona w 3:55. Ten gameplay jest zwodniczy, bo grający wie dokładnie co robić i idzie jak po sznurku. Wyobraźcie sobie teraz mnie - obszedłem wszystkie zakątki, zajrzałem pod każdy kamień, również na cmentarzu i powolutku zaczęło we mnie kiełkować to obrzydliwe podejrzenie - czyżby schowała się TAM? W momencie gdy namierzyłem łopatę byłem już prawie pewien i właśnie wtedy zacząłem prosić twórców 'nie róbcie mi tego'. Zrobili to i jeszcze więcej - biedna Carol po wykopaniu z grobu została posadzona na wózku i Denis odturlał ją pod ogrodzenie cmentarza. Odpadłem i zrobiłem sobie przerwę. Gwarantuję wam, że takich akcji jest w tej grze dużo więcej, chociaż ta najmocniej utkwiła mi w pamięci, bo zostałem zmuszony do rozkopania grobu. No nie robię tego zbyt często, nawet w świecie gier. A na sam koniec, tuż przed finałową rozgrywką, twórcy dołożyli mi jeszcze takim oto filmem przerywnikowym. Położyłem się na ziemi, by odpocząć.

W następnej części postaram się zakończyć moje momenty na pececie.

[1] Oczywiście tylko w pewnych aspektach (żniwiarki, zgarniarki, ornitoptery, czerwie pustynne, przyprawa, pękające bąble preprzyprawowe, pustynia jak okiem sięgnąć, Fremeni, Sardaukarzy). Dodanie do gry Ordosów przyjąłem z pełnym zrozumieniem bo uznałem, że to przemytnicy pod wodzą Gurneya Halecka a dwie rasy byłyby zbyt nudne. Pamiętajcie - to RTS a nie przygodówka.
[2] Z jakiegoś powodu nigdy nie udało mi się zbyt długo pograć w Starcrafta. Wiem, że to genialny RTS ale nie dane nam było nigdy się zapoznać. Ponieważ nie stronię od starych gier, pewnie się z nim kiedyś przywitam.
[3] Rodzaj pojedynku, w którym aby wygrać należy uwięzić przeciwnika w pojemniku stojącym przy ringu. Może to być skrzynia albo, jak w przypadku walki Undertakera z Yokozuną, trumna.

niedziela, 08 czerwca 2008

Jak wspomniałem w komentarzu pod notką o koncercie Metalliki, fragment o anime tworzył się symultanicznie z kawałkiem sentymentalnym,który dalej się tworzy i z częściowo zerżniętym od Wojtka Orlińskiego rankingiem od czapy dotyczącym niezapomnianym momentom w grach komputerowych. Nie jestem hardkorowcem ale swego czasu się grało. Do utraty czucia w palcach, do niewyobrażalnego bólu nadgarstka, po nocach, 48 godzin longiem, bez jedzenia, picia i defekacji. Czasami nagrodą jest fajny film na zakończenie gry. Czasami możliwość uruchomienia dodatkowych opcji po przejściu na poziomie 'normal'. A czasami w trakcie rozgrywki dostajemy takie ciacho, że szczęka nam opada do splotu słonecznego i jedyne co jesteśmy w stanie wyrzęzić, to 'oooo...'. Z uwagi na mój nieco wypaczony i ograniczony gust gracza, ranking będzie zapewne z dupy. Trudno, co robić. Najpierw prehistoria. Aha, nie embeduje żadnych filmów, nie pimpuję linków, Ctrl+C, Ctrl+V moim przyjacielem, bo nie mam czasu pieprzyć się w tańcu. Poza tym na moim domowym kompie (8 lat, piękny wiek) zembedowane filmy praktycznie uniemożliwiają przeglądanie strony, więc chodzi też o moją wygodę. A teraz meritum.

Moją ulubioną grą na ZX Spectrum było wybajerzone jak na tamte czasy mordobicie Renegade. Na tym filmiku możecie zobaczyć dwa momenty, w których me ciało przeszył rozkoszny dreszcz:
59 sekunda (pierwszy moment)
35 sekunda (drugi moment)
Gdy udało mi się, zupełnym przypadkiem, doprowadzić do pierwszego momentu, serce zatrzymało mi się na moment i doznałem szoku. Gdy udało mi się, zupełnym przypadkiem, doprowadzić jakiś czas później do drugiego momentu - przykarpiłem i poczułem się jak prawdziwy, uliczny fighter. W tym momencie dałbym radę każdemu. Strasznie dużo w tym akapicie momentów, więc szybciutko przenosimy się do kolejnej gry. Aha, kontynuacja pod tytułem Target: Renegade była fajna ale dzięki kangurzym kopniakom z wyskoku zbyt łatwa. Oczywiście też się grało.

Robocop - od pierwszego seansu byłem ultrafanem filmu. Gdy do kieszeni Grundiga trafiła kaseta z grą, mało nie umarłem ze szczęścia. Gra rządziła a ten moment rządził tak bardzo, że przy nim rządzenie gry nie było rządzeniem tylko obsysaniem: 2:50 i w tym momencie było coś takiego: aaaaaa... zrobili jak na filmie, zrobili jak na filmie, ZROBILI JAK NA FILMIE!!!. W tym amoku władowałem serię z giwery między nogi zakładniczki. Jak widzicie na filmiku, należy strzelać w wystające fragmenty napastnika (zróbcie to przy pomocy joysticka, ha!) więc moja radość została nieco zmącona faktem, że zakładniczka padła a ja straciłem życie. Ale eksplozja radości na widok tej sceny była niesamowita - ręce mi się trzęsły jak w febrze. Drugi moment, w którym zawyłem ze szczęścia, zaczyna się w 5:50 - 'AAAARGHHH, TO TEŻ ZROBILI JAK NA FILMIE!!!'. W tym momencie byłem człowiekiem spełnionym. Wisienką na czubku tortu było ostatni tekst z gry: Nice shooting Murphy. 'AAAAAA... ZNOWU JAK W FILMIE!!!'. Wspomniałem, że jestem do tej pory wielkim fanem filmu? Tak, Robocop w każdym aspekcie rozporządza.

Megafajność gry Jet Pack nie podlega dyskusji - grywalność stuprocentowa, najprostsze na świecie reguły, bodajże 5 powtarzających się w kółko poziomów (a więc brak końca gry, ha!), po pierwszym kółku nowa rakieta, czego więcej mógłbym chcieć? Tutaj sobie możecie zobaczyć o czym mówię - brak widocznych, słabych elementów gry. Brak też widocznych momentów, w których mógłbym zrobić 'oooo...', bo i też moment Jet Packowy był nieco innego rodzaju. W czasach gdy powstawała ropa naftowa, Krasnostawski Dom Kultury uruchomił klub komputerowy. W zamyśle twórców, mieliśmy się na nim nauczyć podstaw Basica. I nawet nam się coś udało w nim stworzyć (program do rozwiązywania równań kwadratowych). Ale zasadniczo nam chodziło bardziej o możliwość darmowego pogrania, bo na tygodniu kompy służyły do poważnych zajęć (nasze basicowe programowanie) a na weekend odpalano na nich gry i ruszał salon gier (płatny). Dziwnym nie jest, że wolałem grać za darmo niż za kasę.
Nasza ekipa siedziała przy ZX Spectrum, druga załoga przy komputerze Amstrad Schneider, najprawdopodobniej CPC 664, bo miał wbudowaną stację dyskietek (tych dużych). Oni byli cwani, bo w momencie gdy u nas było coś takiego, oni już grali w to. Ale jak już się nam Jet Pac wczytał, to zaczynał się miód, bo Jet Pac zjada Fruity Franka na śniadanie. I teraz wyobraźcie sobie mnie po miesiącu ćwiczeń w klubie komputerowym, zasiadającego do Jet Packa podczas coweekendowego salonu gier. Zapłaciłem za bilet, odpaliłem rozgrywkę '1 player' i po pół godzinie usłyszałem zniecierpliwiony głos: kiedy ty kurwa skończysz? O tak, wtedy byłem Bogiem, lepszym nawet od braci Kisielów, którzy rozporządzali w grze, o której za moment. I to moje pierwsze, publiczne granie było jednym, długim, fantasmagoryczno-orgazmicznym momentem, w którym cały czas bezgłośnie powtarzałem sobie 'wow, ale jestem świetny'.

Chuckie Egg był drugą grą, podczas której nie występują żadne momenty ale która zafundowała mi uznanie tłumu starszych ode mnie kolesi. Jeżeli ktoś nie kojarzy, to Chuckie Egg wyglądał tak.
Jest to jedyna gra, w którą nauczyłem się grać przyglądając się temu jak grają zawodowcy. Pewnego dnia przemogłem wstyd, siadłem do joya i rozmieszałem ją bodajże do 17 albo 18 poziomu (być może upływ czasu nieco idealizuje dokonania ale zaszedłem naprawdę daleko). Na wyżyny wyniósł mnie tekst jednego z lokalnych mistrzów, z gatunku tych, co to kończą każdą grę, która ich wciągnie, choćby mieli na tym zbankrutować. Powiedział coś mniej więcej takiego: kurde, który raz w to grasz? Moja odpowiedź: 'pierwszy', została początkowo przyjęta jako żart towarzyski. Gdy udało mi się ich przekonać, że naprawdę gram pierwszy raz, kolesiom obwisły szczeny a ja byłem gościem. To było nawet lepsze od pierwszego razu z Mistrzem i Małgorzatą.
Errata - podczas słynnej, pierwszej rozgrywki był jednak moment, w którym serce mi się ze szczęścia prawie zatrzymało - sam początek gdy duża kaczka, do tej pory uwięziona w klatce, zaczyna latać za tobą. Bo to oznaczało, że przeszedłeś pierwsze 8 poziomów i dostąpiłeś drugiego stopnia wtajemniczenia. Trzeci zdobywałeś po wbiciu na poziom 16 gdzie ścigały cię zarówno kaczory śmierci z poziomów 1-8 (pierwszy wklejony film), jak i uberkaczor zagłady z poziomów 9-15. Czwarty poziom, dostępny nielicznym (mi się nie udało) i porównywalny ze znalezieniem Świętego Graala, następował po zakończeniu poziomu 24, który był jednocześnie ostatnim poziomem gry. Kurde, jakby mi ktoś powiedział wtedy, że za 20 lat dalej będę się jarał latającą kaczką, to raczej bym go wyśmiał a potem poszedł wyszabrować kilka orzechów włoskich zza pobliskiego komitetu partii.

Robin of the Wood był grą, która zachwycała mnie w trakcie rozgrywki niezliczoną ilość razy ale pierwszego, i zarazem największego szoku doznałem tuż po jej załadowaniu. Obadajcie ten moment - sam początek .
Wyjaśnienie dla ludzi, którzy nie mieli nigdy pod palcami gumowej klawiatury ZX Spectrum albo plastikowej klawiatury Timexa 2048. Komputer ów posiadał zabójcze 48 kB RAM-u i 16 kB ROM-u. Tak, kilobajtów. Pusty dokument Worda waży 4 kB. Teksty opublikowane na moim blogu wklejone do pliku tekstowego to 650 kB. Oprócz tego ZX Spectrum nie miał żadnego wyspecjalizowanego układu do generowania dźwięków (AY to pieśń przyszłości) i oferował jedynie wbudowany w obudowę głośniczek. Przy pomocy tak ograniczonych środków programiści dali radę upchnąć w grze: otwierającą ją syntezę mowy, muzykę podczas gry, dźwięki towarzyszące rozgrywce, świetną jak na tamte czasy grafikę i mocarną animację (popatrzcie jak się rusza nasz bohater i jakie występuje bogactwo barw - bez specjalnych zabiegów Spectrum wyświetlał jedynie 8 kolorów). W stanie szoku trwałem dobry tydzień. Mam wrażenie, że po usłyszeniu tekstu 'Can you help Robin in his quest for the silver arrow' każdy był wtedy zachwycony.
Aha, przy okazji pisania tego kawałka okazało się, że przez 20 lat żyłem w kłamstwie. Byłem święcie przekonany, że na początku gry leci tekst 'Now you, as Robin, must run for the silver arrow' i taką wersję podawałem zarówno u siebie na stronie, jak i w czasie nostalgiczno-wspominkowych rozmów. A tu seprajz. Tak czy inaczej, pozostanę przy mojej mutacji. Robin kicks ass.

Green Beret to chyba mój numer 2 na Spectrum pod względem fajności. Wypasiona grafika, tabuny wrogów, ekstra broń, tajne bazy i reskju miszyn. Zresztą sami zobaczcie.
Sama w sobie nie posiadała konkretnych momentów, w których zatrzymywał mi się oddech. Jednakowoż wątły scenariusz gierki (przejdź wszystkie poziomy, zabij wszystkich wrogów, odbij zakładników i pospierdalaj do domu) opierał się na jednym założeniu, które spowodowało, że podczas pierwszego grania zakrzyknąłem 'hell, yeah' i rozwałka smakowała nieporównanie lepiej. Zwróćcie uwagę na przeciwnika, który w 12 sekundzie wybiega z prawej strony ekranu. Gdybyście nie domyślili się o co mi chodzi, przyjrzyjcie się nakryciu głowy wroga, który w 15 sekundzie gry pojawia się po prawej stronie ekranu na najwyższym poziomie. Dla totalnie niedomyślnych - zobaczcie jak są oznaczone w tej grze życia. Tak właśnie - w tej grze infiltrujemy kolejne bazy Rosjan. Osadźcie to sobie w kontekście historycznym (data wydania gry na Spectrum - 1986 rok, ja grałem w to w 1987 albo 1988) i teraz na pewno zrozumiecie dlaczego za pierwszym razem joystick wysunął mi się z nagle bezwładnej ręki. Chwilę potem zaczęła się twarda, bezkompromisowa rzeź zakończona wybiciem do nogi wyjątkowo wrednych badfuckerów z miotaczami ognia na końcu czwartego, ostatniego poziomu. Kurde, za komuny zabijałem Rosjan w grze komputerowej - czy to się aby nie łapie na kombatanctwo i czynną walkę z systemem?[1]

Oczywiście na Spectrum była cała masa świetnych gier ale moim celem nie jest zrobienie zestawienia opisującego jak fajnie grało mi się w moje ulubione gry (większość z nich przeszedłem do końca), bo imię ich legion. Wymienię je tylko, może dzięki temu zafunduję komuś przyjemną podróż sentymentalną: Saboteur (pierwsza gra, w której oprócz zręczności, trzeba było wykazać się myśleniem), Way of the exploding fist, Commando (mistrz, pierwsza gra odpalona na naszym Timexie, zabiła przynajmniej jeden joystick), Atic Atac (smakowita psychodela), Knight Lore (pierwsza w moim życiu gra 'trówjwymiarowa'), Chronos (jak chciałeś w high score wpisać brzydki wyraz, na liście pojawiał się tekst 'sod off pervert' - wzbogaciło to mój angielski), R-Type, Cookie, Jet Set Willy, Manic Miner (w tv pokazywali dziewczynę, która przeszła wszystkie poziomy, my w salonie gier zrobiliśmy to samo grupą), Pacman, Tapper (wtedy nie sądziłem, że kiedyś zamieszkam w barze i będę puszczał puste szklanki po blacie), Gunfright, Daley Thompson's Decathlon (niszczyciel joysticków), Winter Games (człowiek-zapałka w skokach narciarskich mnie rozbrajał), Gauntlet, Olimpic Games, Rambo, Bruce Lee (no klasyk), Rampage (wyburzanie ścian i wyjadanie ludzi z wieżowców kochałem), West Bank, Ye Are Kung Fu, Harrier Attack (jedna z moich pierwszych gier), Three weeks in Paradise (genialna przygodówka), Barbarian (genialna animacja), Trantor, Jack the Nipper, Pyjamarama, Bionic Commando, Galaxian, Ikari Warriors (ulubiona gra brata - wybajerzył ją na maksa), Flying Shark (najlepsza dla mnie gra tego typu), Batty (lepsze od będącego jej pierwowzorem Arkanoida), Exolon, Dragontorc, Ghost'n'Goblins (ciut trudna), Dynamite Dan (niezapomniany Marsz Turecki w tle), Pssst (hodowla kwiatka sprawiała mi prawdziwą satysfakcję), Sabre Wulf, Scooby Doo, Mikie (nauczywszy się na Timexie, wymiatałem na automatach), Bomb Jack (nauczywszy się na Timexie, przez tydzień albo dwa byłem mistrzem w salonie gier) Ping Pong, Operation Wolf, Hyper Sports (do dzisiaj pamiętam dźwięk, jaki wydawał pływak gdy zachłysnął się wodą - było to coś zbliżonego do 'kibat, kibat, kibat, kibat'), Trapdoor czy Zorro (pierwsza przygodówka w moim życiu). Może kiedyś skuszę się na większy kawałek o grach na Spectrum, w drugiej części opowieści gry z drugiego kompa w moim życiu - najlepszej na świecie Amigi 500.

[1] Jeżeli czyta to jakiś Prawdziwy Patriota ze spiętą dupą, to niech sobie daruje złośliwe komentarze - zgrywam się.

czwartek, 05 czerwca 2008

W końcu się udało częściowo zrealizować operację ataku na dobre pozycje anime, tytuły na których spoczęło moje oko są głównie tymi, które polecaliście w komentarzach. Zacznę od historii najbardziej rzeźniczej, która literalnie spływa krwią. Z góry przepraszam za fragmenty rodem z wypracowań szkolnych ale dobry humor mi dopisywał i troszkę mnie poniosło a potem nie chciało mi się tego pisać od nowa.

Berserk to wesoła historia grupy najemników, którzy pod wodzą charyzmatycznego przywódcy Griffitha przechodzą drogę z piekieł do nieba i z powrotem. Dosłownie i w przenośni. Mocna, bardzo krwawa quasi średniowieczna historia z elementami fantasy, którą polecałbym wszystkim w ciemno gdyby nie kilka detali skutecznie niszczących jej potencjał i radość płynącą z oglądania komuś, kto nie spuszcza się nad każdą japońską animacją.
Ale zanim o wadach, może kilka zalet, żeby was z mety nie zniechęcać. Główny bohater, Guts jest wielkim kolesiem z jeszcze większym mieczem, którym to mieczem siecze jednorącz. W wyniku czego jedynym, który może mu dostać pola jest Zodd, przerośnięty demon z rogami i bicepsem wielkości województwa mazowieckiego. Dlatego gdy Guts wycina 100 wrogów, łykamy to bez mrugnięcia okiem, przy okazji odczuwając mściwą radość. Jako plusy policzyłbym również ciekawe rozwinięcie historii, udaną próbę pogłębienia motywacji głównych bohaterów i ciekawe prowadzenie oraz rozwijanie ich historii, bardzo chorą i niejednoznaczną końcówkę[1], ocean krwi, jakieś tysiąc trupów, umiarkowane stężenie naiwności (jak na anime), chwytliwy kawałek muzyczny otwierający odcinek, kilkadziesiąt prześlicznych kadrów i poprowadzenie scenariusza w kierunku, którego raczej się nie spodziewamy. No i arcymistrzowskie ostatnie 3 odcinki, które strasznie poirytowały internetową młodzież natomiast mnie pozostawiły w stanie wielkiej radości.
Co mnie od oglądania odrzucało? Ano przyjęta konwencja, w wyniku której twórcy próbowali zmusić mnie do uwierzenia w to, że najgroźniejsi i najskuteczniejsci dowódcy i oficerowie armii najemników mają średnio po 18 lat. Przykro mi bardzo, nie ma materiału, z którego dałoby się wykonać kołek do zawieszenia takiej niewiary. Nie rozumiem dlaczego zamiast nieletnich nie zdecydowano się na narysowanie choćby trzydziestolatków ale domyślam się, że skoro tak było w mandze, tak też musi być w anime. Młody wiek głównych bohaterów plus estetyka japońskiej animacji powoduje, że wyglądają jak dzieci Czarodziejki z księżyca - wielkie oczy, małe usteczka i nosek zasygnalizowany oszczędną kreską. Szkoda tylko, że twórców poniosło i wspomniany charyzmatyczny dowódca Griffith nie dość, że prezentuje się wybitnie szczylowato, to na dodatek wygląda jak cholerna dziewczynka, uzbrojona w mikrą szabelkę i nosząca hełm na podobieństwo kasków Załogi G. W momencie gdy typ pojawiał się na ekranie, trząsło mną potwornie a jako, że pojawia się nader często, drgawki mam do tej pory. Do specyficznego sposobu okazywania emocji przez bohaterów japońskich filmów jako takich przyzwyczaiłem się dawno temu i tylko dlatego nie wkurzało mnie, że ciągle na siebie krzyczą. Przygnębia też angielski dubbing, zdecydowanie wolę japońszczyznę dlatego jeżeli będziecie chcieli to obejrzeć, to tylko w oryginale.
Największy zarzut zaś czynię twórcom z tego, że nie zrobili drugiego sezonu. Pierwszy odcinek w bardzo mroczno-oniryczno-brutalny sposób pokazał, jak mogłaby owa druga seria wyglądać. Niestety, dane mi było obejrzeć tylko najemniczy kawałek życia Gutsa a zdecydowanie bardziej wolałbym popatrzeć na niego występującego w charakterze pogromcy piekielnego pomiotu. Dobrze poinformowani twierdzą, że drugi sezon powstanie gdy tylko zakończy się manga. Jakoś tak w 2010-2011. Kiedyś wierzyłem, że światło dzienne ujrzy Duke Nukem Forever, teraz trudniej mnie przekonać do tego typu rewelacji. Podsumowując - jeżeli nie odrzucają cię dziecięce twarzyczki twardzieli z piekła rodem, atakuj Berserka.

Cowboy Bebop - kino noir w hipnotyzujących rytmach jazzu, swingu i bluesa. Kurde, niby wszyscy opowiadali jakie to fajne ale przez kilka pierwszych odcinków nie mogłem się do Spike'a przekonać. Na szczęście dałem historii szansę i nie żałuję, bo rzadko zdarza się trafić tak ładnie rozpisany scenariusz. Z uwagi na to, że bohaterowie są kosmicznymi łowcami nagród, nie oczekujcie porażającej nowej jakości - wszystkie te historie zostały już kiedyś opowiedziane. Ale twórcy Cowboya dali radę udanie opowiedzieć je po raz kolejny. Poznajcie bohaterów tego odjechanego melanżu:
Spike - tytułowy kowboj kosmosu, luzak z nieodłącznym fajkiem w kąciku ust, który ma wyjebane na wszystko i prawie wszystkich. Skrywa mroczną tajemnicę, goni za duchami z przeszłości, odniosłem wrażenie, że jest trochę fatalistą. Unikalne umiejętności walki wręcz czynią go kolesiem, z którym chętnie poszedłbym na piwo do dresiarskiej knajpy.
Jet - właściciel tytułowego statku kosmicznego (Bebop), twardo stąpający po ziemi ex-policjant, miłośnik bonsai, pokładowy kucharz, głos rozsądku w całym tym bajzlu.
Faye - złodziejka lubiąca hazard, twierdzi, że jest Cyganką, kilka tajemnic w zanadrzu, ciągle walczy ze Spikem ale w myśl przysłowia o czubieniu, się w nim podkochuje. Archetyp babki w wydaniu anime - nogi do szyi, miseczka D/E, 45 kg wagi. Złośliwa, cyniczna, nie ufająca mężczyznom kobieta wyzwolona.
Ed - dziecko z piekła rodem, wrzód na tyłku. Gdy potrzebny jest genialny haker nie ma konkurencji. Gdy haker potrzebny nie jest, załoga ma ochotę na potrawę z dzieciaka. Do spółki z Psem wnosi element humoru slapstickowego do mrocznej historii. Element humoru czarnego wnosi najczęściej Spike.
Pies - jak psów nie lubię, tak ten jest w porządku.
Poszczególne odcinki to kolejne sprawy, jakie bierze załoga Bebopa. W tle przeplatają się wątki z przeszłości naszych bohaterów z dominującą historią Spike'a, której finał jest jednocześnie finałem serii. Całość jest mroczna, melancholijnie przygnębiająca, silnie chandlerowska i oglądało mi się to z prawdziwą przyjemnością. Zwłaszcza że twórcy wiedzą kiedy dać odetchnąć widzowi i po kilku ciężkich odcinkach fundują nam tripowy kawałek z grzybkami halucynogennymi albo Kowboja Andy'ego. I na dodatek zaserwowali nam kapitalną, niejednoznaczną końcówkę[2]. Melanż klimatu z lat 40 z erą kosmiczną dał coś, czemu warto dać się uwieść. Myślę, że niedługo oczekuje mnie wizyta w sklepie, bo Kowboja warto mieć w domowej kolekcji.

Samuraj Champloo, czyli kino drogi po japońsku. Długo zastanawiałem się, który z samurajów ma przydomek Champloo a potem natchnęło mnie żeby sprawdzić, co to właściwie znaczy. W dużym skrócie chodzi o misz-masz, mieszankę, bajaderkę. W Samuraju twórcy wymieszali takie składniki, przy których blednie nawet piątkowy przegląd tygodnia w stołówce studenckiej. Epoka Edo, samuraje, roninowie, yakuza, graffiti, hip-hop, beat-boxerzy, Van Gogh, skreczowanie i masa nawiązań do popkultury. Na zdrowy rozum, nie miało się to prawa udać. Tutaj słowo wtrętu - niektórzy w tym momencie przywołują Kowboja Bebop i twierdzą, że skoro tam udało się pożenić różne style, to dlaczego nie w Samuraju. Nie wiem skąd się wziął ten argument - przecież kino sf z kinem noir pożenić jest tak samo trudno jak dziecko z zapałkami i benzyną. Koniec wtrętu. No właśnie, nie powinno się udać a się udało. Konwencję kupiłem praktycznie od razu i nie powodował u mnie zapaści ani rapujący samuraj, ani hip-hopowa ścieżka dźwiękowa ani wieśniacy z drewnianymi pudełkami na narzędzia udającymi bum-boxy. Zresztą jak można nie kupić konwencji gdy twórcy już w pierwszym odcinku napierają w nas czymś takim: 'Chociaż ta opowieść jest fikcją a wydarzenia nie są zgodne z historią, przestań marudzić, zamknij mordę i oglądaj'. Święte słowa.
W Samuraju wymieszane jest wszystko, począwszy od stylów, przez bohaterów aż po opowiadane historie. Towarzyszyć nam będzie trójka bohaterów, wśród których najbardziej irytował mnie
Mugen - psychopata, szaleniec, mistrz miecza, który pragnie w życiu zabić wszystkich lepszych od siebie szermierzy, najeść się, napić i wyrwać kobietę. W niczym nie zna umiaru, jest typowym antybohaterem, któremu przez przynajmniej połowę serii życzymy nagłego zgonu i nie byłem w stanie go przez długi czas polubić. Potem zaś stało się tak, że nie wyobrażałem sobie jak mogłem żywić do niego antypatię.
Jako przeciwwaga pojawia się Jin, który jest całkowitym zaprzeczeniem Mugena - ronin wierny bushido, walczy czysto, elegancko i zabójczo skutecznie gdyż swoje umiejętności cyzelował w najlepszym dojo. A jego prawdziwym dramatem jest to, że honorowych samurajów/roninów nikt już tak właściwie nie potrzebuje. Od razu go polubiłem, bo to porządny facet, który serce ma we właściwym miejscu. Dodatkowo urzekła mnie jego kobieca uroda - na pierwszy rzut oka straszna pipa ale jak zaczyna siec mieczem, to odszczekujemy wszystkie zarzuty.
Ogień i wodę pożeniła młoda pracownica sektora usług Fuu, która w pierwszym odcinku ratuje naszych bohaterów od nagłego zgonu a potem zmusza ich do pomocy podczas poszukiwań samuraja pachnącego słonecznikami. I o tych właśnie poszukiwaniach jest cały serial.
Opowiadane historie - czegóż tu nie ma: żywe trupy, bejsbolowy mecz Japonia kontra Stany Zjednoczone, płatni zabójcy, graficiarze i kreator mody młodzieżowej, nieszczęśliwy Quasimodo i femme fatale, kobieta w burdelu i burdel w mieście, opium, branie zakładnika i policyjni negocjatorzy. No czego sobie tylko Państwo życzą. Dzięki takim, zdawałoby się absurdalnym zestawieniom, dostałem jeden z najlepszych seriali, jakie w życiu widziałem. Nie tylko anime. Samuraj Champloo ma w sobie coś, co mi nie pozwoliło się od niego oderwać, przez co poległ w długim, weekendowym samurajskim maratonie. Z trzech opisanych seriali ten spodobał mi się najbardziej i jego w swojej kolekcji będę miał na pewno. Mam też nadzieję, że ktoś się trzepnie mocno w potylicę i zrealizuje drugą serię, bo warto. Mistrz.

W ubiegłym tygodniu zacząłem Ergo Proxy, w kolejce Lain, dużo dobrego słyszałem o Texhnolyze, Noir, Blood, Code Geass i Fullmetal Alchemist, więc pewnie też dam im kiedyś szansę. Triguna zaś w dalszym ciągu poszukuję. W związku z tym pewnie któregoś dnia pokuszę się o kolejne części mini-cyklu 'anime oczami laika'.

[1] Gdybym chciał tłumaczyć dlaczego jest zarazem jedno jak i niejednoznaczna, silnie bym najspojlerował.
[2] Gdzieś czytałem wypowiedź jednego ze scenarzystów, że jest jednoznaczna ale ja wolę wierzyć w to, że nie jest.

środa, 04 czerwca 2008

Moc, wykop i energia ale o tym pewnie przeczytaliście w licznych relacjach z koncertu. Była moc, był wykop, była energia porównywalna z tą wyzwoloną podczas eksplozji bomby Car. Gdyby grali w Warszawie i Hetfield powiedział tłumowi 'go and burn down your Parliament', to by poszli i spalili. Co poza tym? Enter Sandman na żywo brzmi jakieś osiem razy lepiej niż wersja studyjna, i tak przecież niezła. Kilkadziesiąt tysięcy osób śpiewających 'obey you master' albo 'exit light, enter night' to naprawdę coś, co podnosi włosy na całym ciele i puszcza dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Dwie godziny porównywalne z przebywaniem obok pracującego reaktora atomowego. I Hatfield prawie w ogóle nie fałszował, a ostatnimi czasy fałszować mu się na koncertach zdarzało. Kurde, minęło kilka dni a ja dalej nie mogę uporządkować myśli i ułożyć z nich zdań na temat występu Metalliki. Na szczęście wcale nie miałem zamiaru o tym pisać gdyż chciałem się z wami podzielić spostrzeżeniami innego typu.

Czytając relacje pokoncertowe i komentarze do nich, rzuciła mi się w oczy jedna rzecz (oczywiście oprócz tradycyjnych waśni klanowych między metalami-brudasami a hiphopowcami-złodziejami i dyskotekowcami-wieśniakami): otóż okazuje się, że nie zasłużyłem na miejsce na płycie i powinienem siedzieć na trybunach. Kuriozalne kuriozum ale tak napisali: matka siedzi z tyłu więc ty też powinieneś siedzieć na koronie. Dlaczego? Otóż już tłumaczę i nie śmiejcie się, bo oni (komentujący) pisali to na poważnie.

Jak być może niektórzy wiedzą, kibicowska masa na stadionach piłkarskich dzieli się z grubsza na kiboli, kibiców i pikników. Prawdziwy kibic nosi szalik swojego ukochanego klubu, ma na ramieniu wytatuowane jego logo (czy jak to się nazywa), na meczach robi oprawy, dopinguje żywo, zna wszystkie piosenki stadionowe[1], po zdobyciu mistrza rozpierdala na kawałki Stare Miasto, po meczu dewastuje autobusy kursujące w pobliżu stadionu, czasem podpala stadion drużyny przeciwnej i bije się z jej kibicami[2], jak mu się nudzi, to potrafi podpalić stadion swój. Pikniki zaś siedzą z boku, dobrze się bawią na meczu bez wyzywania przeciwników od kurew, żydów i kutasów, biją brawo po udanych akcjach i w ogóle zachowują się umiarkowanie skrajnie i fanatycznie. Prawdziwy kibol gardzi piknikami, bo od dziecka wie, że 'klub to ja a pikinik to chuj, co na mecz przyjechał z dziećmi'. Dlatego pamiętaj - jeśli jesteś piknikiem, nie pchaj się na Żyletę[3].

Po co grzebałem w temacie, o którym nie mam zielonego pojęcia? Ano chciałem wam przedstawić pewien konstrukt myślowy, co do którego byłem przekonany, że występuje tylko na stadionach piłkarskich. Otóż nie. Po koncercie Metalliki dowiedziałem się, że jestem właśnie takim piknikiem. Jak to się przejawia? No cóż - po pierwsze na koncercie nie skaczę w młynie tylko sobie stoję i obcinam. Czasem potupię nóżką, czasem pokiwam głową, czasem wybiję rytm palcami na udzie ale ogólnie rzecz biorąc, robię trzodę gdyż nie skaczę. A jak powszechnie wiadomo, kto nie skacze, ten z policji. A ja już się za młodu naskakałem i owszem, jest to fajne gdy masz 20 lat. Gdy masz lat 36 i tyleż kilogramów nadwagi, to skakanie wydaje mi się zbyt ekstrawaganckie i zbyt niebezpieczne dla kolan.

Ale to nie koniec moich przewin. Otóż nie znam na pamięć wszystkich tekstów Metalliki. Ba, nie znam na pamięć ani pół tekstu Metalliki, oprócz kilku chwytnych refrenów. Czasy gdy z ogniem w oczach wkuwałem ulubione kawałki, minęły bezpowrotnie, bo od jakiegoś czasu nie mam potrzeby takiego uzewnętrzniania swojego uwielbienia dla wykonawcy. Ostatnim zespołem dla którego to robiłem był T Love, miało to miejsce w 1994 albo 1995 roku, ja byłem ostatnim pijanym gościem na imprezie i postanowiłem wykuć na pamięć tekst piosenki I love you[4]. Od tamtej pory na moją uwagę zasługują raczej pojedyncze perełki (tak często ich słucham, że tekst sam wpada do głowy) niż pełne dyskografie wykonawców. Niestety, z Metalliką taki farmazon nie przejdzie i nieznajomość ich tekstów dyskwalifikuje mnie w oczach 'tró fanów'. Do tego stopnia, że moje miejsce jest na koronie. Bo jak nie znasz tekstów i nie skaczesz, to koncert możesz sobie obejrzeć na DVD, co jest zbieżne z zarzutami kiboli w stosunku do pikników - nie podobają ci się wulgaryzmy, to sobie kup dekoder Canal+. Próby wytłumaczenia im, że na koncert idę po to, by poczuć tą energię, nie podejmuję się, bo z fanatykami zazwyczaj ciężko się dyskutuje.

Powyższy tekst napisałem bez jakiejś myśli przewodniej, z którą chciałbym polemizować czy coś takiego. Nie będzie też fajnej puenty, morału czy mocnego zdania na koniec. Do zobaczenia na następnym koncercie. Być może Metalliki. Na pewno ponownie na płycie.

[1] Piosenki stadionowe to osobny, wielki i kompletnie nieopisany temat, o którym z dziką rozkoszą napisałbym kiedyś coś większego gdyby nie moja niechęć do oglądania polskiej ligi. Zwłaszcza na żywo. O kunszcie i absurdalnym poczuciu humoru twórców owych przyśpiewek niech zaświadczą moje cztery ulubione. Aha, nie kibicuje żadnej drużynie więc niech się kibice Kolejorza nie oburzają.
1. Rysiu, Rysiu Es, Rysiu Staniek, Es Es
2. Tomasz Arceusz, to Legii jest Prometeusz.
3. Nie ma chleba, nie ma pieczarek. Wszystko wpierdolił Marek Koniarek
4. Lech to są kurwy, z krainy kwitnącej bulwy.
Nowszych nie znam a te, które znam są żenujące i brak im lekkości i psychodelii.
[2] Wiem, że użyłem wielu skandalicznych uogólnień, stereotypów i skrótów myślowych ale kompletnie nie interesują mnie faktyczne podziały wśród grupy kibiców - nie potraficie wypieprzyć kibolstwa ze stadionu, padacie ofiarą wspomnianych stereotypów.
[3] Uogólnienia w dalszym ciągu zamierzone.
[4] Pijacka melancholia+jedyna kaseta zostawiona w magnetofonie+za późno by kłaść się spać, za wcześnie, by robić cokolwiek poza siedzeniem w oknie.