To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 28 czerwca 2007
Dzieckiem będąc, często jeździłem na obozy harcerskie. I przypomina mi się takie jedno wydarzenie. Aha, to nie będzie kawałek o kretynach w mundurkach dlatego nie zniechęcajcie się od razu.
poniedziałek, 25 czerwca 2007

W telewizji gówno, pisanie kawałka wrzutu na stronę właśnie zakończyłem więc skorzystam z faktu, iż odniosłem pierwszy, poważny sukces medialny[1] i napiszę uzupełnienie do poprzedniej notki. Tak właściwie chuja tam uzupełnienie - w komentarzu do poprzedniej notki napisałem, że przyładuję również facetom, co niniejszym czynię. Najpierw jednak disklajmer do notki poprzedniej.

Po pierwsze - wyraźnie napisałem, że uogólniam zaś część spostrzeżeń dotyczyła tylko i wyłącznie mnie i moich zachowań.
Po drugie - był to kawałek o paniach a nie o panach.
Po trzecie - nudzi mi się więc zakurwię kawałek o panach. Aha, tytuł jest bez sensu i jak macie lepsze pomysły, to wpisujcie je w komentarzach. Jak mi się któryś spodoba, to podmienię.

Czasami jak patrzę się na facetów, to jest mi wstyd. Czasami jak myślę nad tym jak jestem beznadziejnie głupi, to współczuję ludziom, którzy muszą przebywać ze mną w jednym pomieszczeniu. Czasami gdy po kilku dniach oceniam swoje zachowania, to dochodzę do wniosku, że mało rozgarnięta blondynka jest przy mnie mistrzem interakcji społecznych. No dobra - żartowałem.

W kawałku o paniach skoncentrowałem się głównie na komunikacji więc od tego zacznę. W tym miejscu nie mam nic do zarzucenia normalnym facetom. Zapamiętajcie panie kilka podstawowych rzeczy i zrozumiecie o co nam chodzi bez konieczności zwoływania konsylium przyjaciółek. Po pierwsze - facet, który ma penisa i odpowiednią zawartość testosteronu, ma na myśli dokładnie to, co powiedział. Gdy mówię - 'podobasz mi się', oznacza to 'jesteś dla mnie atrakcyjna'. Gdy mówię 'nie jesteś gruba' oznacza to, że te śmiechu warte fałdki na biodrach i brzuchu są dla mnie urocze i zupełnie nie rozumiem dlaczego się nimi zamartwiasz. Z tym, że uwaga jedna będzie: rozsądny facet w przypadku niektórych pytań (za chwilę je przedstawię) odpowiada automatycznie, nie zawsze zgodnie z prawdą. Odpowiedź, której kobieta da ocenę maksymalną powinna być wypowiedziana bez zastanawiania się, bez jąkania, pewnym, nieznoszącym sprzeciwu, broń Boże znudzonym, głosem. Należy przy tym utrzymywać kontakt wzrokowy, delikatnie potakiwać głową, wykazać stonowany entuzjazm i nie gestykulować rękoma przy twarzy (to, między innymi, zdradza kłamców). Odpowiedź powinna paść nie później niż ćwierć sekundy po tym, jak kobieta skończy zadawać pytanie. Lista pytań z różnymi: optymalnymi, poprawnymi i niekoniecznie trafionymi odpowiedziami, poniżej:
Kochasz mnie? - Kocham cię (10/10); Tak (8/10); Przecież wiesz (4/10); Weź przestań (zjebałeś koncertowo chyba, że jesteś dresem a twojej świni coś odbiło i zadaje durne pytania - wtedy masz maksa); Nie (w tym momencie się rozstajecie)
Jak wyglądam? - Zapierasz mi dech w piersiach (10/10 - Bogart nie może się mylić); Zapierasz mi dech w piersiach i kocham cię (dotknięcie ręki bożej - Bogart plus wyznanie miłości równa się ocena poza skalą); Kocham cię (9/10); Świetnie/olśniewająco/fantastycznie (8/10); Weź przestań (patrz wyżej); Chujowo/źle/rzygać mi się chce jak się na ciebie patrzę (w tym momencie się rozstajecie)
Czy ja jestem gruba? - Kochanie, masz idealną figurę (10/10); Kochanie, masz idealną figurę i kocham cię (znać rękę mistrza, poza skalą); Kocham cię (9/10); Nie (5/10); Weź przestań (patrz wyżej), Tak/Chrum chrum (w tym momencie się rozstajecie)
Podobam ci się w tej sukience? - Kochanie, zapierasz mi dech w piersiach (patrz wyżej), Zapierasz mi dech w piersiach i kocham cię (patrz wyżej); Tak (5/10); Weź przestań (patrz wyżej); Pierdoli mnie to - ubieraj się, bo już jesteśmy godzinę spóźnieni (w tym momencie się rozstajecie)
Jutro zjemy obiadek u mojej mamy, cieszysz się? - Fantastycznie, już dawno chciałem ją poznać (10/10); Fantastycznie, już dawno chciałem ją poznać i kocham cię (patrz wyżej); Kocham cię (9/10); Weź przestań (patrz wyżej); Nie (1/10); Dżizas, kurwa, ja pierdolę - ja już się ustawiłem z chłopakami na kosza (w tym momencie się rozstajecie)

Łapiecie już wzór? To dobrze. Podane powyżej przykłady, przy odrobinie inteligencji, pomyślunku i instynktu samozachowawczego, można zastosować praktycznie w każdej sytuacji podbramkowej, dzięki czemu unikamy nieporozumień na tle komunikacyjnym. Niestety, w tej beczce miodu jest wiadro dziegciu. A tym wiadrem dziegciu są męskie cipy, które zachowują się jak nieogarnięte dziewczynki w okresie dojrzewania i burzy hormonów. Jąkają się, ćmokają, ciamkają, plączą się w zeznaniach, sami nie wiedzą, co chcą powiedzieć. A jak już wymyślą, to słuchając tego kobieta ma ochotę umrzeć. Finta w fincie w fincie, czwarte dno, bełkotna mowa, problem z artykułowaniem - no kurwa mać, co to ma być. Potrafimy zajebać tygrysa szablozębego przy pomocy kawałka kija z akacji i krzemienia a nie potrafimy się wysłowić po ludzku? Łodafak? Jedyne dwa słowa, z którymi facet może mieć problem to: 'kocham' i 'cię'. Z tym, że jak praktyka pokazuje, słówko 'cię' sprawia nam trudności tylko w zestawieniu z 'kocham'. Vide - pierdolę cię, pieprzę cię, jebał cię pies i tym podobne, które przechodzą nam przez usta nader łatwo.

Zresztą w ogóle faceci mają problem z okazywaniem uczuć (nie dotyczy to romantyków, cip, pedałów i psychicznie chorych), co wiąże się z wieloma tabu towarzysko-kulturowymi. Jak już wspomniałem, słowo 'kocham' przechodzi nam przez gardło tak samo łatwo, jak kłąb drutu żyletkowego. Zdanie 'kocham cię stary' w stosunku do przyjaciela nie wchodzi w rachubę gdyż oznaczałoby, że jesteśmy tacy trochę Tinky Winky. I nie próbujcie nam tłumaczyć, że są różne rodzaje miłości. My to wiemy - istnieją dwa rodzaje: miłość do matki i miłość do kobiety naszego życia. Nie ma czegoś takiego jak miłość do najlepszego przyjaciela. Znaczy jest ale nikt się do tego głośno nie przyzna (z wyłączeniem grup wymienionych w pierwszym zdaniu tego akapitu). W ostateczności możemy powiedzieć innemu facetowi, że wporzo z niego koleś albo, że zajebistym ziomem jest, tudzież spoko typem. Zastrzeżenia te dotyczą również kwestii dotykania się facetów. Dłoń na pośladku innego faceta dozwolona jest jedynie wtedy gdy gra się w salonowca. Dwóch facetów może obejmować się tylko na boisku albo gdy są najebani do stanu drewna. Zresztą generalna zasada jest taka - w miarę możliwości jedynymi częściami ciała facetów jakie mogą się ze sobą stykać, są dłonie przy powitaniu i pożegnaniu oraz to, za co musimy przytrzymać nawalonego w trupa kumpla gdy go niesiemy lub ciągniemy.

Dobra, kończę kwestie uczuciowe, bo nie dość, że nie czuję się w nich zbyt pewnie, to na dodatek zbyt mi to zajeżdża Samsonem. Przejdźmy do debilnych zachowań facetów, które tylko na pierwszy rzut oka są irracjonalne i niezrozumiałe. Ani one irracjonalne, ani niezrozumiałe - wystarczy zakarbować sobie jedno słowo: testosteron. I wszystko stanie się łatwiejsze.
Drogie panie - na pewno wielokrotnie się zastanawiałyście dlaczego ten sympatyczny troglodyta, z którym dzielicie łoże i stół, miewa okresy zaćmienia umysłowego, podczas których zachowuje się jak rozwielitka albo pitbull na amfie. Na przykład - wjeżdżacie do obcego miasta i najdalej na drugim skrzyżowaniu mylicie drogę. Wy zatrzymałybyście auto i zapytały o drogę. Facet będzie błądził tak długo, aż zabrnie w ślepą uliczkę, skończy mu się benzyna albo umrze z głodu. Dlaczego? To proste - tylko cipy, pedały, nieudacznicy i maminsynki pytają o drogę. Prawdziwy facet sam potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Atawizmami pewnie można to tłumaczyć, albo obciążeniem dziedzicznym, społecznym, kulturowym, łorewa. Ja to tłumaczę testosteronem krążącym nam po żyłach. Kompletnie wyjebane na testosteron mają cipy, pedały i samce alfa - oni bez problemu podbiją do tubylca i zapytają się którędy pod Grunwald albo raz na pół roku zakurwią seans psychoanalityczny z najlepszą przyjaciółką. Maczomeni i reszta tak zwanych 'normalnych facetów' będzie jeździć w kółko i hodować wrzody żołądka. Pojąć to ciężko ale tak to już jest.
Być może łatwiej przyjdzie wam teraz zrozumieć dlaczego faceci tak rzadko się na coś skarżą (chorobę omówię za chwilę), nie lubią się zwierzać, nie dzielą się z wami swoimi problemami i w ogóle wszystko starają się rozpracować samodzielnie. Tak zwana męska duma nie pozwala nam na chwilę słabości. Poza tym żyjemy w świecie paranoi, w którym każda chwila słabości może być wykorzystana przeciwko nam. Skamlanie i uskarżanie się na pierdoły jest dobre dla kobiet - my sobie z problemami radzimy sami. A potem przychodzi choroba.

Choroba faceta to epopeja tragiczna. Oczywiście tylko w sytuacji gdy facet jest cipą a w zasięgu jego wzroku jest ktoś, kto będzie obserwatorem jego heroicznej walki z bólem, wirusami i bakteriami. Nie boję się tego powiedzieć głośno - z przerażeniem patrzę albo słucham opowieści o tym, jak to kolegę grypa złożył w pół, nie wychodził z łóżka przez tydzień, wymagał 24-godzinnej opieki, miał w chuj stopni gorączki, mało się nie przekręcił ale na szczęście jego żabcia/rybka/kochanie się nim zaopiekowała i dzięki temu przeżył. Co za pizda żałosna - i on, i ona. Ona, bo daje się wmanipulować w skamlanie hipochondryka. On, bo robi z siebie ciotę żałosną i bezlitośnie eksploatuje sytuację, w której powinien sam o siebie zadbać. A żabcia/rybka/kochanie może mu co najwyżej zrealizować receptę i ugotować mleko z miodem. Kurwa mać, jak ja nigdy nie rozumiałem takich chujowych kolesi. Chociaż nie, trochę ich kumam - przez życie prą z zaciśniętymi zębami, nie pozwalając sobie na okazywanie słabości i choroba jest tym jedynym momentem, w którym może się rozłożyć i zacząć płakać. Mam dla takich wałów radę - dajcie sobie więcej luzu w życiu. Dzięki temu zachowacie higienę psychiczną.

O seksie nie będę się rozpisywał, bo jak powszechnie wiadomo faceci dla seksu zrobią i powiedzą wszystko, co ich do tego seksu doprowadzi. Oprócz oczywiście impotentów i niepoprawnych romantyków - pierwsi mają i tak przejebane więc nie będę ich dodatkowo pognębiał, drudzy myślą, że cudnej urody bogdanka wzruszy się ich westchnieniami oraz płomiennymi listami i sama da im dupy. Tak spontanicznie. Panowie - nie da. To tak nie działa. Wróć - działa. W amerykańskich filmach. Ale jak to z filmami bywa - przedstawiają one najczęściej NIEPRAWDZIWĄ historię. Więc zamiast kwękać a po powrocie do domu walić sobie konia, weźcie sprawy we własne ręce (oprócz penisa) i działajcie. Aha, normalny facet lubi oglądać się za innymi kobietami (czytaj: piersiami, pośladkami, łydkami, udami, twarzami) i nie ma w tym nic nienormalnego - dalej was kocha. Po prostu musi. Lubi również porno. Facet lubiący porno nie jest zboczeńcem. Zboczeńcem jest facet, który porno nie lubi.

W zasadzie mógłbym wymieniać i wymieniać ale to nie ma być poradnik a para-felieton, w którym ostrzem satyry... pejczem ironii smagam... kurwa, o facetach piszę ogólnie. Jak chcecie instrukcję obsługi faceta, to zwróćcie się do żon z kilkuletnim stażem. One dokładnie wam powiedzą jak szybko i sprawnie wywałaszyć faceta i przyciąć go do pożądanych kształtów i zachowań. Dlatego na zakończenie powiem wam jeszcze jedną, bardzo istotną rzecz. Nie chce mi się tutaj pisać o oczywistościach typu: przewróciło się, niech leży, kryzys wieku przedśredniego, dziwne hobby, włosy[2] czy też piwo, kanapa, pilot i mecz. To wie każdy a jak nie wie, to znaczy, że wychowały go dzikie zwierzęta. Facet ma wyjebane na porządki w domu, jak ma bliżej czterdziestki niż trzydziestki zaczyna dziwnie się zachowywać, ma problem z łysieniem i lubi oglądać mecz piłki nożnej, zachlewając się przy tym browarem. I nic tego nie zmieni.
Nie wszyscy natomiast wiedzą o rzeczy absolutnie niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania faceta, który przyjaźni się z kimś więcej niż tylko ze swoim fiutem. Tak jest - wieczór w knajpie z kumplami. Drogie panie - nawet jeżeli wam się wydaje, że facet uległ nieodwołalnej kastracji i znajduje się całkowicie w waszej mocy, to nie jest to do końca prawda. Nawet największa pizda potrzebuje od czasu do czasu wyskoczyć do knajpy, najebać się z kolegami do stanu terminalnego i, w zależności od preferencji, zrobić oborę w lokalu/autobusie/taksówce albo sprowokować walkę. A kobieta, która nie rozumie tej potrzeby i takich eskapad swojemu facetowi/mężowi zabrania, jest chujowym materiałem na partnerkę/żonę. A czym kończy się niemożność spuszczania raz na jakiś czas pary z aparatury? No cóż - Michale Douglas z Upadku powinien was naprowadzić na istniejące zagrożenia. Wy macie te swoje kalanetiksy, aerobiki, manicure, pedicure i kawki z psiapsiółkami. My mamy siłownię i całonocne chlanie na mieście. To, że od czasu do czasu wychodzimy z domu bez was i wracamy nad ranem ubrudzeni i najebani jak świnie, nie oznacza, że jesteśmy alkoholikami, którzy was nie kochają. Kochamy. A jeżeli mi nie ufasz i boisz się, że po pijaku zrobię jakąś głupotę, to może powinnaś odpowiedzieć sobie na pytanie: czy aby na pewno powinnam się z nim wiązać?

Dobra - będzie tego. Weekend był brutalny, kac mnie męczy drugi dzień i nie mam siły na rozpisywanie się. Dlatego komentarze: a dlaczego nie napisałeś o X, Y, Z możecie sobie darować. Wiem, że musnąłem jedynie naskórek problemu i rzeczy, które ciężko w nas zrozumieć (nawet nam samym) jest więcej. Indywidualnych korepetycji i wyjaśnień udzielam na privie - adres znacie. A teraz idę oglądać Rocco. I nie mam na myśłi kangurka. 

PS. W sobotę byłem na weselu. W kiblu zaczepił mnie koleś, i myląc przyczynę ze skutkiem (albo jakoś tak), stwierdził, że chcę go bić. Byłem nieporównanie bardziej od niego trzeźwy i próbowałem logicznej argumentacji. Nie działała - dalej twierdził, że chcę go bić. A skoro chcę go bić, to on się chce ze mną bić. Ja nie chciałem, jego dziewczyna nie chciała, on chciał bardzo. Na szczęście jego koledzy wzięli go pod pachę i usadzili przy stoliku. Kurwa - skąd wy się wszyscy bierzecie? No skąd? 

[1] Ponad dziesięć komentarzy pod notką! Ponad dziesięć!! Czad, piwo sobie otworzę na tą okoliczność. No dobra, występowałem jeszcze 4 razy w telewizji ale to się nie liczy.
[2] Najmniej dla mnie zrozumiały pierdolec facetów - łysienie. Jakieś 5 lat temu zaczęły mi się włosy na czubku głowy przerzedzać. Zamiast pogrążyć się w cierpieniu, zbankrutować na łże-kuracje rekultywujące włosy czy zacząć czesać się 'na pożyczkę', stwierdziłem, że przynajmniej raz dary losu przyjmę godnie. I zacząłem się strzyc na krótko albo na łyso. Znaczy wcześniej, jak miałem dużo włosów, też się ścinałem na krótko. Ale nieregularnie. Wolę swoje łysienie kontrolować niż się nim zadręczać. Życia szkoda na bzdety.

wtorek, 19 czerwca 2007

Przeczytałem rano fragment rozrywający serce oraz dupę i tak się zastanawiam nad granicami ludzkiego nieogarnięcia. Przytoczę w całości i jakoś tak w trakcie będę krótko komentował. Kurwa, normalnie ręce opadają - jak mnie irytują takie kawałki, to sobie nawet sprawy nie zdajecie.

Wielkimi krokami zbliżała się nasza druga rocznica. Już dwa tygodnie wcześniej trułam: Nie świętujemy! Nie obchodzimy! Na pytanie: Dlaczego? Odpowiedź: Bo nie chcę, żebyś mi zepsuł rocznicę tak, jak Walentynki!

No cóż, skoro nie chcesz, to nie ma problemu - możemy nie świętować. Gdyż ogólnie jako faceci, mamy wyjebane na wszelkie rocznice, imieniny i urodziny. No dobra - może ja jednak na swoim przykładzie będę mówił, bo mi się zaraz jakiś gej albo pantofel nawiąże, że on pamięta. Trudno, co robić? To wolny kraj, w którym dozwolona jest tresura zwierząt domowych do tego stopnia skuteczna, że facet pamięta datę urodzin teściowej. Ale do adremu - jedyną datą, o jakiej pamiętałem ale nie świętowałem, był dzień mojego pierwszego spotkania z pewną kobietą, które zaowocowało prawie trzyletnim związkiem. Innych dat nie znam, nie kojarzę, nie orientuję się. Jeżeli komuś nie złożę życzeń urodzinowych, nie oznacza to automatycznie, że na taką osobę sram czy jej nie lubię. Nic z tych rzeczy - ja po prostu o tym nie pamiętam. Nie oczekuję również wzajemności - jeżeli ktoś zapomni złożyć mi życzenia we wrześniu, nie robię z tego zagadnienia. Bo co jest niby specjalnego w dniu urodzin? Kolejna okazja do imprezowania w gronie przyjaciół i znajomych? Nie potrzebuję do tego szczególnych okazji, mogę się z nimi spotkać i poimprezować bez powodu.

Oczywiście między wierszami biegała treść: ZRÓB MI NIESPODZIANKĘ! (na pierwszą rocznicę zajebiście mnie zaskoczył).

Między wierszami to możesz dziewczyno tajne notatki atramentem sympatycznym pisać a nie biegać treścią, która zaprzecza twoim poprzednim deklaracjom. Za dużo czasu wolnego masz? To może idź wykop dół albo zrób coś pożytecznego. Skończ natomiast zawracać mi dupę, bo ja doprawdy nie mam ani czasu, ani ochoty, ani życzenia coby się w kalambury bawić. Ja mam pracę, kredyt na karku, mieszkanie w budowie i oczekuję jasnych, konkretnych komunikatów, a nie pierdolenia o Szopenie. A niespodziankę to ci zrobię wtedy, gdy uznam za stosowne i sam wpadnę na ten pomysł. Na pewno zaś nie na podstawie tak mętnych wskazówek.

I przychodzi Ten Dzień. Moje kochanie wraca z pracy z bukiecikiem (nawet ładnym) trzech różyczek i słowami: Wszystkiego najlepszego. I buziak.
I koniec. A ja: Wiesz, trochę się rozczarowałam.

Nożesz kurwa mać - jak można sobie tak życie komplikować, powiedzcie mi? Co prawda mówię, że nie chcę, ale tak naprawdę to chcę. Gdy dostaję to, o co prosiłam (czyli bukiecik bez celebry), trochę się rozczarowuję. Uwierzcie mi - to nie jest kobiecy urok i tajemniczość. To jest zwykłe zawracanie dupy biednemu, skołowanemu facetowi, który robi to, o co go poprosiłaś a później nie rozumie dlaczego strzelasz focha i nie chcesz mu w Walentynki zrobić laski. Gotowy przepis na frustrację, ukradkową masturbację i rozbity związek. Jasne i zrozumiałe przekazy mają przed sobą świetlaną przyszłość.

On: Dlaczego? Przecież nie chciałaś świętować!
Czy faceci WSZYSTKO rozumieją dosłownie???

Nie kurwa - tylko losowo wybrane komunikaty. Oczywiście, że wszystko. Chcesz pobawić się w grę półsłówek i bój w hucie, to się umów na kawkę z psiapsiółką albo zacznij kręcić z gejem lub naprawdę wrażliwym mężczyzną (w sumie na jedno wychodzi). Jestem Polakiem, tak? Myślę i mówię po polsku, tak? Co w języku polskim oznacza 'nie chcę'? Oznacza mianowicie 'nie mam ochoty, nie życzę sobie tego'. Nie oznacza natomiast 'chcę, a ty się domyśl, że bardzo bym sobie tego życzyła'. 'Tak' znaczy tak, 'nie' znaczy nie. Nie na odwrót, do chuja Włacława. Po czym mam poznać, o czym tak naprawdę myślisz? Po mowie ciała? A fusy herbaciane mogą być?
W mowie ciała faceci są chujowi o czym łatwo się przekonać, wykonując prosty eksperyment [1]. To wy jesteście ekspertkami w odczytywaniu sygnałów niewerbalnych - nas w to nie mieszajcie. Jak słyszę od ciebie: 'idziemy na tę imprezę' to rozumiem to tak: wbijamy się na imprezę, jemy, pijemy, plotkujemy ze znajomymi, flirtujemy z nieznajomymi, tańczymy i o 3 nad ranem wracamy wcięci do domu gdzie oddajemy się radosnemu, nieskrępowanemu, lekko pijackiemu seksowi. Nie oznacza to natomiast: idziesz na imprezę z obrażoną miną, bo przecież wcale nie miałaś na nią ochoty, po drodze trzy razy strzelasz focha, na baunsie siedzisz w kącie, wyglądając niczym jesienna burza, kwasisz wszystkim humor, obrażasz się na mnie, widząc mnie z inną kobietą a w domu mówisz, że cię głowa boli. Pierdolę takie imprezy, pierdolę takie huśtawki, pierdolę takie zgadywanki, pierdolę takie foszki gówniarskie i pierdolę takie związki.

Zapamiętaj anonimowa koleżanko, zapamiętajcie czytelniczki: niech mowa wasza będzie tak, tak - nie, nie. To znacznie ułatwia porozumienie międzygatunkowe. I nie jest prawdą jakoby faceci z wiekiem nabierali wiedzy i doświadczenia w odczytywaniu waszego tajnego kodu. Ni chuja, nie nabieramy [2]. Oczywiście ze statystyką dyskutować nie będę i zgodzę się, że jeden na tysiąc kojarzy więcej i prawidłowo dekoduje niektóre wasze zagrywki. Ale w swojej masie jesteśmy prości, jak nie przymierzając, dyszel. I wszelkie subtelne metody uwodzenia, wszelkie nie wprost metody dawania czegoś do zrozumienia i wszystkie bezsensowne gierki słowne, prowadzą z reguły do opłakanych skutków. Prostota i klarowność niech wam będą drogowskazem. A słów gięcie zachowajcie na imprezowe, złowoniaszcze gry słowne typu kalambury. O których opowiem wam, jak tylko wypiję kompot.

Minęło 39 strzałów znikąd [3].

Ja pierdolę, co jest z niektórymi ludźmi nie tak? Co was kurwa obchodzi czemu się nie ochajtałem, czemu nie mam kobiety, czemu nie mam dziecka, czemu nie mam samochodu i czemu nie chodzę do kościoła. A przede wszystkim dlaczego robicie z tego coś na kształt, bo ja wiem... zarzutu? pretensji? chuj durnia zrozumie czego? No ja pierdolę, musi się przygłup rzutem na taśmę nawiązać i spierdolić mi swoją gadką potłuczonego wieczór. Jak mnie wkurw na głupotę ludzką nie puści, to może przelecę się po mężostwie, ojcostwie, partnerostwie, kierowcostwie i wierze w dobre i złe Mzimu. Tymczasem idę opierdolić coś na ciepło i obejrzeć kilka odcinków GiTSa.

[1] Zaprezentuję wam najprostszy przykład tego, jak się różnimy przy czytaniu mowy ciała. Facet uśmiecha się do kobiety -> goń myślowa -> dziesięć scenariuszy 'co on miał na myśli' -> wybór najbardziej prawdopodobnego w kontekście pozostałych emitowanych przez niego sygnałów niewerbalnych -> wybór sposobu działania -> akcja
Kobieta uśmiecha się do faceta -> mija 20 sekund -> facet to zauważa -> przygląda się twarzy, biustowi, łydkom, udom, talii, włosom etc. -> w tym miejscu proces forkuje:
a) spodobała mu się -> pierwsza myśl w głowie faceta: 'zajebiście, leci na mnie' -> czeka, aż ta uśmiechnięta, gorąca laska podejdzie do niego i zaproponuje mu seks stulecia albo laskę z połykiem
b) nie spodobała mu się -> ucieka wzrokiem w bok i obcina kolejne kobiety, przegapiając te, które są nim naprawdę zainteresowane.
Ring a bell?
[2] Rzecz jasna pełnia zrozumienia, kojarzenie mini-gestów, czytanie mowy ciała i subtelnych oznak zmiany nastroju występuje w związkach z długim stażem ale tam odbywa się to na zasadzie tresury małpy - zobaczę coś 30 razy, za 31 skojarzę o co kaman. W naprawdę udanych związkach daje się dostrzec zaczątki telepatii ale to zupełnie inna para kaloszy.
[3] Notkę tworzę dzień wcześniej, wieczorem. Potem ona sobie leży i dojrzewa. Potem sobie to w czasie przerwy na fajkę czytam i poprawiam. Po powrocie do domu jeszcze raz czytam i poprawiam. A potem publikuję. 39 strzałów znikąd to czas między przedostatnim a ostatnim czytaniem. Stąd możliwe wtręty, podobne temu o dzieciach i kościele. Pewnych nawyków nie potrafię zmienić.

poniedziałek, 18 czerwca 2007

Spoko jest - nie zostałem satanistą, szatanistą ani szatanowcem. Chociaż zaprzedałem duszę diabłu. Na 30 lat. Jestem potępiony ale uzyskałem przynajmniej lepszą cenę niż Judasz - on utargował jakieś grosze, ja przyjąłem na klatkę piersiową taki kredyt mieszkaniowy, że kurwa mać. A tytuł ma na celu zwiększenie ruchu na blogu. Czy jakoś tak. Bo ja nie o tym.

Jak jeszcze raz przeczytam coś o kanonie lektur Giertycha albo jak ktoś jeszcze raz powie do mnie słowo o kanonie lektur Giertycha, to jebnę z laczka. Od miesiąca czy jakoś tak, tabuny jajogłowych onanizują się na temat kompletnie bezsensowny i z każdym kolejnym dniem nakręcają się jak jakaś pieprzona mechaniczna pomarańcza. Ludzie - o czym wy bełkoczecie? Jaki Kafka, jaki Dostojewski, jaki Witkacy, jaki Gombrowicz? Kogo to, oprócz was, obchodzi? Bo na pewno nie bezpośrednio zainteresowanych, czyli uczniów.

Czasami sobie siedzę i analizuję. Czasami sobie siedzę i analizuję rzeczy sam dla siebie. Według pewnego bardzo fajnego programu badawczego okazuje się, że w okresie kwiecień 2006 - marzec 2007 działy się ciekawe rzeczy. W grupie celowej 'wszyscy' wyniki przedstawiały się tak: 23% respondentów kupiło od 1 do 3 książek, 8% kupiło od 4 do 9 książek. 10 i więcej nabyło 4%. Co daje razem 35%.
Z innego badania wynika, że w 2006 roku 50% Polaków przeczytało jakąś książkę (pewnie Kod Leonarda da Vinci). Więcej niż 7 książek przeczytało 17% ankietowanych.
Pierwsze badanie zdradziło mi również, że w wieku 15-18 lat książki kupowało 31% osób, w grupie 19-25 było to 33%. Nie znalazłem badań dotyczących czytania książek przez młodzież w 2006 roku (bo i nie chce mi się ich jakoś specjalnie szukać) ale trafiłem na wyniki z 2005 roku. Otóż wtedy aż 25% młodych ludzi (ci przed studiami) nie sięgnęło po książkę ani razu. Jebali wszystko, łącznie z lekturami. Podejrzewam, że grupa ta z roku na rok będzie rosła.

Pomyślmy logicznie przez chwilę: po co jest lista lektur w kraju nieczytających. Aha, będę potwornie uogólniał ale mogę sobie na to pozwolić. Moja koncepcja jest taka - skasujmy w ogóle jakikolwiek kanon lektur. Uważam, że jakiekolwiek przymusowe lektury są niepotrzebne, zbędne i są tak właściwie zwykłym zawracaniem dupy. Młodzież ma totalnie wyjebane na smętne historie w typie Procesu, Zbrodni i kary czy Pana Tadeusza. Młodzież sra na Nie-boską komedię, Kordiana i Lalkę. Młodzież ma w dupie Trylogię, Nad Niemnem i Ferdydurke. Młodzież woli bauns, melanż, seks, alkohol, narkotyki, seks, błyszczące telefony komórkowe, seks. Oraz bryki, w sensie pomocy naukowej a nie wyjebanej fury.

Znajdźcie mi normalnego nastolatka, który będzie wolał ślęczeć nad grzmotem typu Chłopi niż pójść na imprezę, na siłownię albo pograć w kosza. No chyba sobie jaja robicie - zdrowy na umyśle, młody człowiek ściągnie z sieci opracowanie/omówienie/streszczenie książki i w dupie będzie miał to, co poeta miał na myśli. Zwłaszcza, że poeta najczęściej był w trupa najebany, jak swoje opus magnum pisał. Bryki rządzą, bo dają szybki dostęp do podstawowych informacji. A my żyjemy w świecie szybkich, prostych informacji - czy to nam się podoba, czy nie.

Po co są lektury? Lekturę jako narzędzie tortur dla ucznia pomijam, bo to zastosowanie jest trywialne, oczywiste i narzucające się automatycznie wszystkim, którzy konali nad opisami błota w Nocach i dniach albo zastanawiali się po ki chuj Maciek Chełmicki uciekał przed żołnierzami.
Lektury jako narzędzie pomagające osadzić młodego człowieka w pewnym kontekście kulturowym. No, tu już lepiej. Tyle tylko, że aktualnie kontekst kulturowy się zaciera. Internet zlikwidował granice, ludzie często bardziej i bliżej identyfikują się z innymi członkami grupy dzielącej na przykład wspólne zainteresowanie niż z własnym krajem i rodakami. Jeżeli ktoś sądzi, że ukulturalni młodych ludzi, zmuszając ich do czytania ciężkostrawnych grzmotów, to się okrutnie myli. Może się jeszcze niektórzy nie zorientowali ale odbyła się bezkrwawa rewolucja i stajemy się społeczeństwem obrazkowym a nie literowym.
Możnaby jeszcze pomyśleć, że licealista się podczas lektury uwrażliwi. No chyba sobie kurwa żartujecie. Patrzcie na mnie jak się ukulturalniłem i uwrażliwiłem. Do dzisiaj pamiętam jak rozrywała mnie bezradność i bezsilnie (oczywiście bez łez, bo płaczą tylko baby i geje) łkałem w poduszkę podczas czytania pieprzonych Chłopów. Pamiętam jak szlag mnie trafiał przy historii wzruszającej o Niemnie (albo Niemenie), chociaż ta książka była wporzo, bo rozwleczone do bólu dupy opisy przyrody, znakomicie dynamizowały lekturę. Albowiem nic tak nie poprawia nadszarpniętego morale jak możliwość przeskoczenia o 40 stron do przodu podczas takiego seansu grozy. Pamiętam jak przez tydzień leżałem chory, bo nic tak nie wpędza młodego człowieka w depresję, poczucie beznadziei i nienawiść do bliźnich jak lektura Medalionów i Innego świata. Gdzie tu miejsce na uwrażliwianie - ja miałem wtedy ochotę twórców kanonu skopać po jajach, taka to była wrażliwość, kurwa jej mać.
Teoretycznie lektura powinna wzbogacać słownik młodego człowieka, poprawiać jego gramatykę, ortografię i stylistykę oraz uczyć sensownego przelewania swoich myśli na papier. No bez jaj - na gramatykę, ortografię i stylistykę można sobie załatwić papier i mieć w dupie to, jak się właściwie pisze to Wachadło fukolta czy Pszedwiośnie. Poza tym ortografia jest ghey i młodzi nie rozumieją dlaczego nie moża wprowadzić jednego h, jednego u i jednego ż, ułatwiając sobie życie. W zasadzie ja też nie rozumiem po co się męczyć i pamiętać, że żółta żaba żarła żur.

Jedyne sensowne teksty w ogólniaku to była poezja. Omawiając bełkotliwe wiersze pełne rozbuchanych epitetów, wykręconych metafor i barokowego słownictwa, można było zinterpretować je na wszystkie możliwe sposoby i pleść dowolnie, w zależności od tego, co ślina na język przyniosła. Bo jak powszechnie wiadomo poeci to istoty wrażliwe, które nie mogą patrzeć na ten okrutny świat bez alkoholowego znieczulenia. W związku z czym wszystkie swoje wiersze pisali w stanie częściowej śmierci mózgowej i nikt normalny nie jest w stanie ich zrozumieć.

Moja koncepcja jest taka - wyjebać z zestawu lektur wszystkie książki. Wróć, niech jakaś lista zostanie ale lektura książek w niej zawartych nie będzie obowiązkowa. Chcesz - przeczytaj, wzbogać swoje słownictwo, poszerz horyzonty, zdobądź nową wiedzę. Nie chcesz - nie czytaj, ściągnij streszczenie albo opracowanie, przejrzyj i idź na browar. Chcesz wiedzieć więcej - dyskutuj z nauczycielem, pytaj, miej wątpliwości. Nie chcesz - wydukaj to, co napisali w bryku, zainkasuj ocenę państwową i idź na bauns. Póki co wykształcenie w tym kraju nie jest obowiązkowe i nie widzę powodu, dla którego uszczęśliwiamy ludzi na siłę. Czas na rewolucję.

A do wszystkich, którzy w trakcie lektury pomyśleli sobie 'co za kutas złamany i cham z niego - zamachuje się na nasze dziedzictwo kulturowo-narodowe' mam prośbę o ponowne przypomnienie sobie swojej młodości. Jeżeli nie jesteście prostakami ze wstrętem do drukowanego, to na pewno pamiętacie jakie książki budowały waszą miłość do czytania, wrażliwość, erudycję, łorewa. U mnie były to ksiażki Szklarskich, Fiedlera, Maya, Ożogowskiej, Bahdaja, Niziurskiego czy Nienackiego. Pożerane łapczywie w dowolnie wybranych ilościach. Wypożyczane bez żadnego przymusu czy nacisków. Od nich zaczynałem. Potem, naturalną koleją rzeczy, przyszli pisarze 'poważniejsi'. Następnie jeszcze 'poważniejsi' - sam sobie swój kanon zbudowałem i mam się z tym dobrze. I to dzięki takim a nie innym pozycjom jestem beznadziejnie uzależnionym od drukowanego molem książkowym. A nudne jak klocek lektury pieprzyłem w sam środek ich nudnych odbytów. Znaczy przeczytałem wszystkie obowiązkowe książki, bo czytanie nigdy nie było dla mnie przykre. Ale w mój gust trafiło dosłownie kilka. I gdybym chciał kształtować swoje życie li tylko na podstawie lektur szkolnych, w tej chwili na pewno nie wydawałbym rocznie kilku tysięcy złotych na książki. Bo najnormalniej w świecie żywiłbym do czytania głęboką niechęć.

Powtórzę więc na koniec jeszcze raz: PIERDOLIĆ KANON LEKTUR! Aha, dodam również kolejny postulat: PIERDOLIĆ NAUCZYCIELI, KTÓRZY NA LEKCJACH POLSKIEGO DOPUSZCZAJĄ TYLKO JEDNĄ INTERPRETACJĘ DZIEŁA LITERACKIEGO! I z tego miejsca specjalne pozdrowienia dla pani Grażyny Majchrowicz, która bardzo się starała żeby obrzydzić mi czytanie, pisanie i mówienie. Pomimo 4 lat wzmożonych wysiłków, nie udało jej się gdyż jestem przekornym skurwielem i jakoś ją przeczekałem. Nie była najgorsza ale miała zbyt wąskie spojrzenie na koncepcję nauczania i stwierdziła, że jeżeli nie będziemy znali jedynie słusznej interpretacji Popiołu i diamentu, to nam się w życiu nie uda. To plus nudna lektura równa się obrzydzenie do czytania po kres dni ucznia. Mi się na szczęście udało. Czego wszystkim czytającym te słowa życzę.

Aha, fakt wyjebania z listy lektur arcydzieł literatury nie zwalnia od ich znajomości. Więc doprawdy nie wiem o co ta cała zadyma.

piątek, 15 czerwca 2007

Tym razem zerżnąłem z Eryka. A teraz do rzeczy. Aha, przerwę miałem, bo praca, piwo i formalności kredytowe mnie absorbowały na tyle, że nie miałem sił ani ochoty się tutaj wypowiadać.

Wiecie jak jest: rośnie sobie chmiel, się zrywa, się przetwarza, się rozlewa, się kupuje, się pije, jest jutro i jest kac. Efekt kaca potęguje niewyspanie i konieczność odbycia traumatycznej podróży 'dziewiątką' do jądra ciemności. Potem jebane grajki w tramwaju, zagwożdżone okna w autobusie ze spierdoloną klimą, śmierdzący rodacy, haust powietrza, 500 metrów z buta i praca. W takie dni przychodzę do niej wkurwiony na maksa, bo ja na kacu zawsze jestem wkurwiony i nie ma to nic wspólnego z ewentualnymi dolegliwościami fizycznymi. Zresztą, umówmy się - ból głowy, Sahara w ryju, światłowstręt i wirowanie otoczenia dopuszczalne są jedynie po piciu weekendowym. A ja o piciu weekendowym mówić nie mam zamiaru gdyż rządzi się ono zupełnie innymi prawami od 'jednego, góra dwóch' [1] w taki na przykład wtorek. Po którym to piciu dozwolone jest jedynie delikatne rozbicie umysłowe. Pamiętajcie - pić to trza umić, a jak ktoś nie umi, to niech lepiej na tygodniu nie pije, bo go wypierdolą z pracy i będzie płacz.

Dobra - ponieważ nie mam zamiaru pisać tutaj poradnika młodego alkoholika, przejdę do meritum. Przychodzę do pracy, odpalam kompa, robię sobie kawę i zaczynam klikać w tabelki. Lubię klikać w tabelki na kacowym wkurwie, bo wtedy czysta nienawiść wypala wszystko z głowy a ja dostaję potężnego kopa. Wiem, że to dziwnie brzmi ale taka jest prawda - w takim stanie mam klarowne myśli (zajebać całe to skurwysyństwo napalmem), jasno określony cel (wysterylizować całe to skurwysyństwo, bo tylko się mnoży i marnuje cenne zasoby) i pracuje mi się po prostu fantastycznie. Co nie zmienia faktu, że jestem wkurwiony maksymalnie i wszelkie męczydupstwo mnie zajeża potwornie. Ale o męczydupach też nie będę pisał. Będę pisał o ludziach obdarzonych empatią esesmana albo obozowego kapo i zmysłem obserwacji głazu moreny czołowej. Będę pisał o jebanych przysiadaczach.

Nożesz do kurwy nędzy - toż ślepy by dojrzał, że jak siedzę na śniadaniu w stanie kacowego wkurwienia, kiełbasę trzymam w ręku, przed sobą mam rozłożoną książkę albo gazetę zaś moja mina oznajmia całemu światu 'wypierdalać', to jestem:
a) niezadowolony
b) w nastroju nieprzysiadalnym
c) mam ochotę, żebyście się wszyscy ode mnie odpierdolili
d) chcę poczytać
e) nie chce mi się z nikim gadać
f) ani nikogo słuchać
g) czy wspominałem już o tym, żebyście się ode mnie odpierdolili?
Co implikuje jedną, ważną rzecz:
NIE DOSIADAJCIE SIĘ DO MOJEGO STOLIKA!

Niestety, istnieje grupa osób, które tego nie widzą i nie rozumieją. W porządku, ja kojarzę, że można mieć zerową empatię i nie dostrzegać wkurwienia bliźniego swego. Naprawdę to rozumiem, bo sam czasami miewam z tym problemy w przypadku osób introwertycznych. Ale ja nie jestem zamkniętym w sobie introwertykiem, tylko wręcz przeciwnie. I się nie pierdolę w tańcu, także jak jestem wkurwiony, to to widać. Bardzo wyraźnie widać. Dlatego nie rozumiem osób, które fundują mi następujący dialog:
- cześć Radek, mogę się przysiąść... ojej, chyba trochę zły jesteś? (pytanie o to, czy można się przysiąść miało charakter retoryczny, taca już stoi na stole, dupa posadzona na krześle, zainteresowanie stanem mego ducha było fałszywe, powodowane niewolą konwenansów)
- siadaj (mówię zrezygnowanym głosem)
Śniadanie nie będzie mi smakować, będę musiał słuchać czyjegoś głosu (a nie mam na to ochoty), będe musiał mówić (zdecydowanie nie mam na to ochoty) i sobie nie poczytam (a na to akurat miałem wielką ochotę). Kurtyna opada, ciężko raniąc postronnych obserwatorów. Kurwa mać, spokojny posiłek przy lekturze chuj zastrzelił.

W takiej sytuacji zawsze zastanawia mnie kilka rzeczy. Skoro i tak sadzasz dupę przy moim stole, to po kiego chuja pytasz się, czy możesz? W imię bzdurnych konwenansów? Pierdolić konwenanse. Ciekawe jak by przysiadacz zareagował gdyby usłyszał ode mnie 'nie, nie możesz się przysiąść'. Well, trzeba będzie kiedyś spróbować, pierdoląc biurową poprawność.

Ale to jeszcze nie koniec. Bo widzicie, są dni gdy wszystko bym oddał żeby z kimś przy śniadaniu pogadać. Tak, wiem - można zadzwonić i zaproponować wspólny posiłek. Ale ja tu mówię o przysiadaczach a nie o ułatwianiu sobie życia. W takie dni, dla odmiany mogę być pewien, że pies z kulawą nogą nie zaszczyci mnie swoją obecnością. Nie pomaga brak ksiażki, jedzenie sztućcami, wysoko uniesione czoło, porozumiewawcze spojrzenia i zachęcające gesty w kierunku ewentualnych kompanionów. Ni chuja - oni są akurat wtedy umówieni gdzie indziej, kiedy indziej i z kimś innym. No i przyznam wam się szczerze - nie wiem jak z tej sytuacji wybrnąć.

No dobra, żartowałem. Wiem jak wybrnąć, bo zazwyczaj chęć pogadania mija mi po 3 sekundach, przysiadacza zaczynam tolerować najdalej po minucie i ogólnie cała moja pisanina jest o kant dupy potłuc. Na dodatek popadłem w niej w pedalsko-płaczliwe tony. A przecież w pedalsko-płaczliwe tony popadają jedynie płaczliwe cipy. I w zasadzie to nawet się zastanawiałem czyby nie pierdolnąć całego tego kawałka w kibel ale urzekł mnie jego jeden fragment, i tylko z jego powodu możecie poczytać to, co właśnie czytacie. No dobra - jebać fałszywą skromność. Podoba mi się większość tego kawałka i prędzej rękę sobie odgryzę niż go skasuję. To tyle na dzisiaj.

PS. Wiele osób słysząc moją teorię pracy na kacu, patrzy z niedowierzaniem i mówi, że dorabiam ideologię do swojego alkoholizmu. Być może i przez wasze głowy przemknęła taka myśl, że na kacu Polak siedzi z mokrym ręcznikiem na łbie, żłopie kefir, narzeka na ostre światło i żałuje, że nie umarł poprzedniego dnia. No cóż - pierdolą mnie wasze wątpliwości. Dobry, rasowy kac jest świetną sprawą a jeżeli wy nie umiecie pić, a następnego dnia nie potraficie kaca oswoić, to jest to wasz prywatny problem, na który mam kompletnie wyjebane.
PS 2. Wszelkie narzekania na przysiadaczy dotyczą jedynie śniadania. Do obiadu nienawiść z reguły zanika i mam w dupie czy ktoś się do mnie dosiądzie, czy też niekoniecznie. Zresztą, w 9 przypadkach na 10 czyni to moja dobra przyjaciółka K., która jako jedyna może się przysiadać do mnie zawsze i wszędzie. Dożywotnio.

[1] Nie pamiętam kto to wymyślił - czarnuchy z działu grafiki czy ja. Nieważne zresztą. 'Jedno, góra dwa' było naszym zawołaniem bojowym w czasach gdy pracowałem w poprzedniej fabryce. Oznaczało wyprawę na jedno, góra dwa piwa. Zazwyczaj kończyło się na siedmiu, góra dziesięciu. Do dzisiaj gdy słyszę tekst: "to co panie Radku, jedno, góra dwa?", trwożnie i lękliwie toczę wzrokiem dokoła a potem z pogodną rezygnacją przyjmuję do wiadomości fakt, że jutro rano będzie wesoło.

poniedziałek, 11 czerwca 2007

W komentarzach użytkownik borsuk66 zapodał takiego linka: telefon.z.rawicza.patrz.pl/. Trochę mi głupio, że was proszę o przesłuchanie tego gówna ale kilka razy odniosę się do wypowiedzi petenta. A jak nie będziecie wiedzieli do czego się odnoszę, to mój wywód może zdać się wam nieco mętny.

Panu coś tam podłączyli, pan się zdenerwował i zadzwonił do tepsy (jestem tak wkurwiony, że nie mam siły na zabawę w product placement). Tam powiedzieli mu, że to wina tele2. Zadzwonił więc do tele2. I zaczął jechać konsultanta. Jestem ciekaw czy zwróciliście uwagę na pewną rzecz: panu niemalże od samego początku wcale nie chodzi o wyjaśnienie czegokolwiek. On chce tylko wyżyć się przez telefon. Chce dojebać konsultantowi. Za chujowe zarobki. Za to, że mu się żona postarzała i już mu nie daje. Za to, że dzieci mają go w dupie. Za to, że przez 15 lat skurwysyńskie Żydy rozkradały naszą Ojczyznę. Za chuja Balcerowicza, przez którego jest bieda. Za jebanego sąsiada, który ściągnął sobie z Reichu lepszą furę. Za córkę, która się puszcza. Za szefa skurwiela, który sam ma willę z basenem a jemu płaci tauzena na rękę. Za złą pogodę. Za kurwów z Brukseli, które rozkradają to, co zostało po pierdolonych Żydach. Za zasrany upał, korki, drogą benzynę i konieczność kupienia tym bachorom podręczników. Za to, że wszyscy którzy mogą, walą go w dupę ino dudni. Za całe pierdolone zło tego świata, którego musi doświadczać.

Ofiarę wybrał sobie optymalnie: konsultant, który siedzi ze słuchawką wepchniętą w ucho, z mikrofonem dyndającym przy ustach niczym kutas w pornolu i odbiera telefony od takich pokurwieńców. Koleś, który jest pewnie studentem/uczniem i dorabia sobie kilka złotych do kieszonkowego albo stypendium. A przede wszystkim jest to ktoś, kto nie może z panem z Rawicza rozmawiać jak równy z równym. I polski kundel korzysta z tego w pełni, napawając się swoją malutką, chujowiutką mocą. Powtórzę - jemu nie chodzi o wyjaśnienie żadnej sprawy. Jemu chodzi tylko i wyłącznie o sponiewieranie bezbronnej ofiary wszelkimi dostępnymi środkami. Można konsultanta zbluzgać czy postraszyć wpierdolem. Można zarzucić mu brak jaj, głupotę i małpi rozum. Wszystko można, bo druga strona nie może odwinąć albo rzucić słuchawką o metaforyczne widełki. Jaka siła, jaka moc, jaka ekstatyczna radość - patrz stara jak chuja pojechałem. Nic go nie interesuje, bo on może pójść do prokuratury, napisać [1] do Faktu i ogólnie narobić tele2 gnoju. Nie zna się na telekomunikacji, bo ma inną profesję ale on musi dostać konkretny termin wyłączenia usługi. I chuj [2].

Koledzy z blogu oto-polska.blogspot.com/ czas jakiś temu rozpoczęli badania nad polskim skundleniem. Warto poczytać całego bloga, zaś interesujące nas w tej chwili fragmenty znaleźć można pod etykietą 'polskie kundle'. Wiele rzeczy napisali o tym, co kilkaset lat historii zrobiło z naszymi mózgami. Razem z czytelnikami próbowali stworzyć definicję polskiego kundla. Myślę, że pan z Rawicza idealnie wpisuje się w jeden z jej aspektów - kawał buca i chama, któremu niewysłowioną radość sprawia gnojenie słabszego od siebie. A wystarczy wychylić nos z kurwidołka, spojrzeć w niebo, uśmiechnąć się - od razu poprawia się humor i zmienia nastawienie do innych. No ale po co - lepiej odpierdolić chamówę. Welcome to fucking Poland.

Owszem, na blogu kurwię ile fabryka dała. Bywam chamowaty i bucowaty w granicach dobrego smaku. Ale bezinteresownego chamstwa i chamów nienawidzę. Nie to że nie lubię - nie lubić to można szpinaku. Ludzie tacy jak pan z Rawicza indukują we mnie furię. Bo jest to najgorszy rodzaj chama - wykorzystuje podległość drugiej strony [3] i bezkarnie dopierdala w bęben. Miałem kiedyś takiego szefa - Jan Borowski się zwał (uszanowanie panie prezesie). Kawał kutasa złamanego, który z jakąś przedziwną frajdą jechał po szeregowych pracownikach. Maksymalnie po chamsku, co przychodziło mu z dużą naturalnością - widno parobas przeflancowany na salony. Do dzisiaj pamiętam te dwie sekundy podczas których zastanawiałem się: rozbić chujowi łeb o stół i rzucić w pizdu tę robotę czy zagryźć zęby i schować dumę do kieszeni. Schowałem i bardzo to przeżyłem. Teraz miałbym na to wyjebane ale 10 lat temu byłem innym człowiekiem i głęboki uraz do chamów pozostał. I tak to jest - przy mnie można przeklinać ile tylko. Natomiast chamstwa nie toleruję i potrafię w takiej sytuacji być bardzo, ale to bardzo nieprzyjemny. Włącznie z przerobieniem oponenta na ziemię do kwiatów. Werbalnie. A im większe towarzystwo dokoła i im większy potencjalny wstyd dla chama, tym bardziej się sam nakręcam [4]. A jak ja się nakręcę, to nie biorę jeńców i staję się strasznym skurwysynem. Tak strasznym, że sam sobie bałbym się podejść pod nóż. Mówię poważnie.

Jebanie konsultantów telefonicznych przypomina mi bicie pierwszoklasisty albo obrażanie Andrzeja Gołoty przez telefon - w takiej sytuacji każdy może kozaczyć. I chociaż sam kilka razy miałem ochotę zjebać pana po drugiej stronie telefonu, tak chamsko i bez dania racji, to potrafiłem wykrzesać w sobie odrobinę empatii i zrozumieć, że jego pytania nie są powodowane złośliwością a obowiązującymi go procedurami. Docierało do mnie, że po zjebaniu kolesia ulży mi. Ale za to on będzie miał przejebany dzień, bo zrobię mu najgorszą rzecz, jaką można zrobić facetowi - dopierdolę mu w momencie gdy będzie miał opuszczone spodnie. A na dodatek obskoczy za niewinność, bo to przecież nie on spierdolił tylko jego koledzy z działów operacyjnych. I kumałem, że czasami szeregowy konsultant nie jest w stanie mi udzielić wiążącej odpowiedzi na pytanie, bo jest na to zwyczajnie za krótki. Najbliżej darcia łacha po całości byłem gdy zadzwonił do mnie pan z firmy windykacyjnej i zaczął mnie podniesionym głosem straszyć straszliwymi konsekwencjami. W 9 przypadkach na 10 ta metoda działała ale ja kurwa nie lubię jak mi się grozi. Na dodatek podniesionym głosem. Więc sobie ulżyłem na panu. Ale nawet w tak ewidentnej sytuacji obeszło się bez chamstwa. Lajtowo wbiłem typa w glebę argumentami i paragrafami, bo bidny nie wiedział, że w windykację bawiłem się kiedyś przez kilka miesięcy i coś tam w temacie kojarzyłem.
Człowiek ogarnięty jest w stanie dochodzić swoich racji gniewnie ale w dobrym stylu. Pan z Rawicza jest jebanym tandeciarzem, któremu nie sprzedałbym nawet używanego samochodu. Chuj ci na grób bucu pierdolony. Boże, jak ja się cieszę, że nigdy taką szmatą nie byłem i nie będę. Amen.

Aha, tak już zupełnie na koniec - ubodła mnie supozycja, że mógłbym kiedykolwiek kogokolwiek potraktować w taki sposób. Podwójnie zaś zabolało mnie domniemanie, że mógłbym mieszkańca jakiegokolwiek miasta chcieć przepuścić przez komin. Ja może jestem chamem, prostakiem, bucem i klnę jak szewc ale znam pewne granice. 

[1] Pan należy do kategorii ludzi, którym wydaje się, że do pisania wystarczy sama umiejętność pisania. Stąd zabawny pasus o pisaniu do Faktu. Chociaż z drugiej strony, patrząc na poziom 'pisarstwa' w Fakcie, być może pan z Rawicza znalazłby tam sobie miejsce.
[2] Abstrahuję od tego czy pan ma rację, czy nie ma. Interesuje mnie tylko forma podania swoich racji.
[3] Podległość może wynikać z różnych przyczyn: stosunek szef-podwładny (najgorsze ścierwo), silniejszy fizycznie-słabszy, pan z Rawicza-konsultant, żona-mąż czy nauczyciel-uczeń.
[4] Owszem - czasami mi się zdarza rzucić jakimś mało przyjemnym tekstem. Ale w miarę możliwości staram się znaleźć delikatną granicę między jeszcze żartami a już czymś, co inną osobę może zaboleć. Po zwróceniu mi uwagi, przepraszam i przestaję pierdolić. I jeżeli dana osoba mnie nie wkurwiła, to moje grube teksty są zawsze wypowiadane w intencji żartobliwej. Na dodatek pozwalam sobie na takie jazdy tylko w stosunku do osób, które w miarę dobrze znam i które nie zgłaszają uwag do mojego stylu bycia. Poza tym w większości, jeżeli nie we wszystkich przypadkach, nie zachodzi stosunek dupa-kij i każdy może mi się odgryźć, bo ja uwielbiam pieprzne przerzucanie się złośliwościami na granicy chamstwa. Ale tylko wtedy gdy obie strony kupują konwencję. Zresztą - co ja się kurwa tłumaczę. Nie lubię chamów i tyle.

niedziela, 10 czerwca 2007

By codzienności złamać bicz. Tym razem pojadę kawałkami ze starych kawałków (taka twórcza redundancja). Aha, odkąd moi rodzice stwierdzili, że dosyć zaściankowości i dysfunkcji technologicznej, mogę zakurwiać w internet z domu rodzinnego. Co niniejszym czynię.

Wizyta w Krasnymstawie owocuje tym, że zamiast oddać się w sobotni wieczór we władanie Bachusowi, siedzę na kwadracie i gapię się w telewizor. W którym to telewizorze pokazali mi rzeczy, o których wcale nie musiałem wiedzieć (szlag, jest 23:20 a w domu tak gorąco, że zjeżdżam z fotela). Otóż w telewizorze pokazali kongres Samoobrony. Oraz wypowiadających się działaczy związku. Najpierw spetryfikowała mnie Sandra Wysmaruj Mnie Kremem Mój Ty Marszałku Lewandowska, która strajku lekarzy nie popiera, chociaż jak już zaczną strajkować, to go popiera. Czyli jak nie strajkowali, to nie popierała a od kilku tygodni już popiera. No cóż - dupą też można karierę robić. Następnie posłanka Hujarska... wrrrróć.... Hojarska [1], zapytana o to kto zostanie przewodniczącym związku na następną kadencję, odrzekła coś takiego: nie daj Boże żeby ktoś się poważył wystąpić przeciwko Andrzejowi Lepperowi (jako kontrkandydat).

Minęło 140 strzałów znikąd. Pieprzona neostrada padła była i notkę kończę w domu.

Posłanka Hojarska miała rację - nikt się nie poważył kontrkandydować, 3 anonimowych działaczy poważyło się głosować naprzeciw Andrzeju, który wygrał sam ze sobą miażdżącą większością głosów (99%). Ale ja nie o tym chciałem mówić. Otóż z całego wystąpienia fuhrera, jedna rzecz mnie najpierw rozbawiła, a później przeraziła. Lepiej stwierdził, że jeżeli w Polsce ma być lepiej, to ta koalicja musi rządzić 4 a nawet 5 kadencji. Spoko. Balcerowicza zastąpimy Skrzypkiem, rozdamy bezrobotnym dotacje unijne i poprawimy rezerwą rewaluacyjną NBP. Następnie dodrukujemy pieniędzy, bo inflacja to wymysł nowomodnych łże-ekonomistów. Jak dalej będzie brakować, to zawsze możemy ojebać z kasy tych naiwniaków, którym chce się w tym kurwidołku pracować uczciwie. Otwartą opcją pozostaje bykowe dla leniwych w kroczu, którym nie chce się mnożyć. W ostateczności można będzie obłożyć rujnującym VAT-em produkty dla singli. W dalszej kolejności wypieprzymy na pysk z urzędów wszystkich wykształciuchów, zlustrujmy wszystkich, wpierdolmy w kamasze lekarzy i nauczycieli. O pozostałych projektach aktualnej koalicji można sobie poczytać każdego dnia w dowolnie wybranej gazecie bądź serwisie sieciowym.

A teraz coś na poważnie, bo ze zgrozy ironię i sarkazm prezentuję, delikatnie mówiąc, nie najwyższych lotów. Rządzą nami parobasy z czworaków, którzy w normalnym kraju mogliby co najwyżej paść kozy. Dopóki rozdają krewnym i znajomym królika mało istotne stanowiska - jebie mnie to. Dopóki kradną na miarę swoich kurzych móżdzków - mam na to wyjebane, bo władza zawsze kraść będzie. Ale pomysł, że te żłoby miałyby się bawić gospodarką dłużej niż następne dwa lata, mrozi mnie do szpiku kości. No bo ile czasu można brandzlować się lustracją - no góra do końca bieżącej kadencji. A potem co? Potem zaczną łomem reperować zegarek. I to mnie przeraża.

Grzegorz Ciechowski zaśpiewał kiedyś z Republiką kawałek. Kawałek bardzo uniwersalny i pasujący do pewnego typu rządów. Dlaczego więc w 18 lat po odzyskaniu wolności, te wersy są znowu aktualne, chociaż zdawać by się mogło, że to se ne pavaroti? Dla młodszych kilka linijek, bo pewnie nie wiedzą o czym bełkoczę:
Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, a tak zakłada plan
już wiemy co będziemy robić, za pięć czy osiem lat
cudowna perfo-perforacja, cudownie białych taśm
historia w końcu będzie taka, jak to zakłada plan

Wydaje mi się, że nie o take Polske starsi od nas walczyli. Nie o take. Wasze zdrowie.

Z wieści luźnych - 4 maja bieżącego roku zostałem fanem tenisa ziemnego. Bez większego namysłu mógłbym wymienić przynajmniej 10 wad w fizyczności Justine Henin, które zebrane razem w jednej osobie, powinny ją dyskwalifikować na starcie. Dlaczego więc podczas turnieju Roland Garros nie mogłem od niej oczu oderwać? Znaczy - czy tylko ja uważam, że jest malutkim, fajniutkim ciachem? Durny ten akapit, że aż strach. No ale jakoś musiałem odreagować po hasłach Samoobrony.

[1] Wiem, to było niskie. Ale jakoś nie mogłem się powstrzymać.

PS. Miało być o tym, skąd się biorą pokurwieńcy, którzy potrafią spierdolić mi dobrą zabawę. Myślałem długo i okazało się, że nie wiem, chociaż myślałem, że wiem. W związku z czym walnąłem niepotrzebną notkę o trędowatym a temat kretynów chwilowo uważam za zamknięty.

wtorek, 05 czerwca 2007

Życie niesie mnóstwo wyzwań. Dzięki temu tematów do bloga nigdy nie zabraknie. Co najwyżej może mi się skończyć wena twórcza na okoliczność wymyślania tytułów, czego symptomy widać na tym blogu od początku (właściwie, to wszystkie tytuły były cytatem, trawestacją albo ordynarną zrzynką z lepszych i najlepszych). Tytułem tej notki potwierdzę ową niemoc twórczą. A opowiedzieć chcę o wydarzeniach sobotniej nocy, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że powinienem jednak zacząć tłumaczyć niektórym ludziom pewne rzeczy przy pomocy kufla, ławki, stołu, krzesła, podkutego buta albo pięści zbrojnej w kastet. Bo kretyni mają tak, że siła argumentów nie robi na nich wrażenia. Natomiast argument siły jak najbardziej. A było to tak.

Nożesz kurwa, co mnie podkusiło by rozszerzyć sobotnią marszrutę poza wyznaczony tradycją czworokąt, czyli: Paradox, Cafe Fajka, opcjonalnie Lemon i na koniec kebab przy Forum lub McDonald w Alejach (w zależności od pory). Być może gorączka gorącej nocy? Ciśnienie szału uniesień? A może ogólne niewyspanie po rejsie, które skutkowało tym, że po zamknięciu Fajki, zapałętaniem ze świeżo poznanym Niemcem [1] i jeszcze jednym kolegą do jakiegoś radosnego przybytku na Foksalu. Tam zaczęła się moja przygoda z kretynami. Najpierw jeden przyjebał się do mnie, że naciągam Niemca na browar. Trochę mi wszystko opadło, bo naciągać to ja mogłem (i często to czyniłem) w czasach okresowych i przejściowych niedoborów moniuszki na koncie, nie zaś w warunkach niezakłóconej płynności finansowej i wszystkomającej karty bankomatowej Inteligo <= (coś zapomniałem o product placemencie). Najpierw obśmiałem się jak norka a później grzecznie zasugerowałem kolesiowi, że to jest nasz Niemiec i będziemy go ruch... wykorzystywać jak i kiedy zechcemy. Następnie stwierdziłem, tu cytuję "a tom wesół dzięki tobie, pobawiliśmy się przednio a teraz niech każdy uda się do swojego stolika". I to był błąd. Dzieci - uwaga! UWAGA, KURWA MAĆ!!! Będzie ważna lekcja życiowa - choćbyście nie wiem jak przysiadalny i towarzyski nastrój mieli, nie rozmawiajcie z czepliwymi kretynami. Udawajcie, że ich nie słyszycie. Udawajcie, że jesteście z Kazachstanu. Powiedzcie 'że ne komprom pa' albo 'izwinitie pażałsta, no ja nie gawarju pa polski'. Nie reagujcie na nich, statecznym krokiem wróćcie do stolika i kontynuujcie szampański wieczór w towarzystwie normalnych ludzi. Ja zjebałem branie - zacząłem z nim gadać i nie udało mi się od gościa uwolnić do samego końca. No ale po kolei.

Najpierw zaczął mi zarzucać naciąganie. Następnie zaczął mnie lżyć i znieważać (za krótki był żeby zrobić to skutecznie więc miałem na niego kompletnie wyjebane). Potem zaś postanowił poddać mnie Próbie Traw. Mianowicie bić się chciał ze mną. Im grzeczniej mu tłumaczyłem, że to zły pomysł, tym bardziej on się napalał na mordobicie. Im namiętniej mu tłumaczyłem, że zasadniczo to ja jestem pacyfistą (uwiarygodniając się palcowym gestem pacyfy), tym większą miał ochotę na ból. Im płomienniejsze wygłaszałem filipiki na rzecz światowego pokoju, rozbrojenia, miłości i zrozumienia, tym natarczywiej proponował mi solo. Jasne kurwa - rozpierdolmy swoimi ciałami tę budę a potem dajmy się zakuć w kajdan i wylądujmy na dołku lub na Kolskiej. Co za debil.

Ponieważ do uczciwej walki mam stosunek ambiwalentny [2] i jestem jej, jako takiej, przeciwny, wspiąłem się na wyżyny mojej erudycji, erystyki i retoryki. Poprosiłem mianowicie kolesia, żeby się ode mnie odpierdolił i dał w spokoju dopić browar. O dziwo pomogło. Pomogło głównie dlatego, że, jak się później okazało, koleś był z Gdyni i nie czuł się w DC zbyt pewnie. No cóż - czasami mam farta. I teraz sami powiedzcie - czy ja nie jestem pierdolonym aniołem? Zostałem znieważony, niemalże czynnie napadnięty i ponownie znieważony przez kolesia, który sięgał mi do oczodołów, ważył jakieś 30 kg mniej i miał 3 razy więcej promili ode mnie (a byłem już zdrowo trącony). A ja nic. I sam zaczynam się zastanawiać czy to jeszcze zdrowy rozsądek i pacyfizm, czy już tchórzostwo. Miał skurwysyn szczęście, że na zgodę nie zaproponował mi flaków sojowych, bo wtedy mógłbym się na poważnie zdenerwować. A tak, cały w ułybkach, wróciłem do stołu i próbowałem pić piwo.

Szło mi zręcznie, rozmowa się kleiła, nieprzyjemne fragmenty wyparłem, około 5, może 6 obsługa postanowiła nas wywalić na bruk. No i tak sobie stoimy w kilku grupach na Foksalu, ktoś rzuca pomysł, że może by tak śniadanie na Trzech Krzyżach uskutecznić, ogólna aprobata, kolumny marszowe zorganizowane, słabych zostawiliśmy za wydmami, lewą maaarsz...!!! gdy nagle... znienacka... dopada mnie starszy pan i zaczyna coś świrować. Okazało się, że jest to kretyn numer 2. Mianowicie nie podoba mu się moje towarzystwo. To zrozumieć mogę, przyspieszam kroku, formuję samodzielną grupę marszową i napieram w kierunku Szpilki, Szparki czy innej, kurwa, Szpulki. A ten za mną. Ja szybciej, on też. Ja na prawą stronę Nowego Światu, on też. I cały czas coś mi nad uchem pierdoli. Mam ja ci cierpliwości w sobie morze ale gdy pan zaczął przeginać, nie wytrzymałem. Przegiął w ten sposób, że zaczął straszyć mnie jakąś enigmatyczną ekipą, po którą zaraz zadzwoni i która przyjedzie prędziutko i jeszcze bardziej prędziutko zrobi mi z dupy wiosnę Oświecenia. A wszystko to po to, bym nie szedł sobie do tego jebanego trójpaka na Trzech Krzyżach. Nerw mi skoczył, odwróciłem się i wyrzęziłem: "no to kurwa przestań gadać i dzwoń po tą swoją ekipę". I tak się zdobywa szacunek na Mazowszu - pan podniósł ręce i stwierdził 'oooo... jakiś lepszy kozak'. Co nie przeszkodziło mu przypierdalać się do mnie do końca wieczoru. Ot tak, bez powodu. A prośby jego krewnych, znajomych i przyjaciół o zaprzestanie tego niecnego procederu, puszczał mimo uszu. Pod koniec nie bardzo wiedziałem co robić, bo nieważne gdzie się udałem, najdalej po kwadransie był obok mnie i coś pierdolił od rzeczy. Bo ja wiem - Tinky Winky może on bardziej był, tylko taki szorstki? Nieważne - panie Litwin (bo tak go, z tego co pamiętam, wołali), prośba jest taka, żeby nasze drogi życiowe nigdy więcej się nie przecięły, bo tym razem skończy się chujnią. Mianowicie użyję ironii, aluzji, sarkazmu i cynizmu. I po co to panu? Aha, pan Litwin był nieco bardziej kuriozalny od poprzedniego kretyna gdyż był stary, siwy, pomarszczony i pijany tak, że nie kontaktował. Zawsze fascynowali mnie ludzie, którzy kozaczą tylko w sytuacjach gdy mają za sobą przynajmniej trzech pomocników - znaczy mam ich za ścierwa najgorszego sortu i pan Litwin się do tej grupy łapie. Chyba, że powtórzyłby swój żałosny występ mano-a-mano. W takim układzie zobowiązuję się odszczekać wszystkie złe słowa, jakie na jego temat powiedziałem i go przeprosić. Ale nie wydaje mi się, żeby coś takiego zaszło, bo ów pan jest zwykłym, uwiędłym chujkiem.

Jeżeli myślicie, że to koniec ataku kretynów, to trwacie w mylnem błędzie. Następny był kibic Legii, któremu najpierw przeszkadzało, że gadam z kibicem Arki Gdynia (która jak powszechnie wiadomo jest 'kurwa, świnia'), a potem to, że mam na całą polską ligę wyjebane i kibicuję tylko Startowi Krasnystaw. Też chciał się ze mną bić, odgrażał się, że wezwie ekipę, która rozpierdoli to miejsce i mnie w drobny mak. No jednym słowem chciał mi zafundować kibolski Ragnarok. Ja tylko potakiwałem i zastanawiałem się: ilu przygłupów przewinie mi się jeszcze przed twarzą tego wieczoru, a właściwie poranka, bo nagle zrobiła się 7:00 czy coś takiego. Opryszka przegoniła śliczna koleżanka (pozdrawiam) i świat zaczął wyglądać nieco bardziej optymistycznie. Przez jakieś pół godziny, bo nawiązał się kolejny pijany kretyn. Który nie mógł zrozumieć, że jak ze mną szybko nie oddali się sprzed lokalu, to cała reszta grupy za chwile mu napierdoli. On koniecznie chciał się ze mną:
a) napić
b) pobić
c) podotykać nagimi ciałami gdyż walił toplesa co dwie minuty
d) porozmawiać o życiu
e) wszechświecie
f) i całej reszcie
Efekt jego umizgów był taki, że w minutę osiem nawiązał się kolega Litwin z wyraźnym zamiarem spuszczenia wpierdolu całemu światu, a w szczególności mi i pijanemu kretynowi. A potem przybyła kawaleria i po raz kolejny moje dane osobowe zostałe wprowadzone do policyjnego notatnika. Mniej więcej w tym momencie doszedłem do wniosku, że żadna kobieta nie jest warta tej męki, pożegnałem się ze wszystkimi i oddaliłem do McDonalda na zestaw śniadaniowy i porannego klocka. Ale mój powrót do domu to zupełnie inna historia, o której nie będę wam opowiadał. Nawet po zjedzeniu steka.

Tytułem podsumowania tego nudnego i smutnego jak pizda wpisu: przez cały wieczór byłem grzeczny, wszystkim kretynom tłumaczyłem dlaczego się nie będę z nimi bił i dlaczego lepiej się zakumplować nad kuflem browaru. Wszyscy oprócz pana Litwina, po jakimś czasie stwierdzali, że fajny ze mnie zią i w ogóle spoko jestem. To ja wiem bez waszych opinii zwrotnych, palanty durne. W dupie mam laurki w sytuacji gdy wasz debilizm zjebał mi wieczór. Bo jeżeli przez 30% czasu piję piwo i się dobrze bawię a przez 70% tłumaczę, że się nie będę bił, to jest to dla mnie zjebany wieczór. Jestem dobrym człowiekiem i w związku z tym moje życzenia nie będą wredne: życzę wam abyście podczas następnego seansu upierdliwości i kretynizmu spotkali kogoś, kto najpierw napierdala a potem myśli. A jak już was poskładają do kupy, to żebyście krzyżowali ścieżki swojego pijaństwa wyłącznie z tak miłymi osobami, jak ja. I żebyście już nigdy więcej nie proponowali dwa razy większym i trzy razy mniej pijanym [3] od siebie chwili zapomnienia.

Dlaczego opowiedziałem tą nieciekawą historyjkę obyczajową? Ano żeby wam uświadomić jedną rzecz - żadna kobieta nie jest warta użerania się z czterema napitymi durniami. Zwłaszcza jeżeli na początku znajomości dała wam wyraźnie do zrozumienia, że nic z tego nie będzie. Także młodzieży uważajcie na podstępnego Kupidyna, niechętne damy i głupich ludzi. Zwłaszcza po nadużyciu procentów. Kurwa mać, no co za gnój daremny.

[1] W trakcie gorących dyskusji ustaliliśmy między innymi, że w czasie gdy był w Bundeswehrze, własnoręcznie wymordował kilka milionów podludzi. Spoko koleś. Poza tym mówi po polsku z francuskim akcentem, co jest dodatkowo śmieszne. Bardzo go polubiłem.

[2] Ambiwalencja objawia się w ten sposób, że szanuję oponentów, którzy chcą walczyć uczciwie. Sam natomiast o uczciwej walce słyszałem i nie chcę mieć z nią nic wspólnego. Dlatego w gorących momentach zawsze sprawdzam, czy mam nieopodal coś o wadze, która pozwoli mi to coś:
a) podnieść jedną ręką
b) jebnąć tym czymś w głowę lub korpus oponenta tak, by nie zabić a...
c) ... wyłączyć go z walki na czas wystarczający
d) do opuszczenia miejsca kaźni krokiem dystyngowanym (brzydzę się bieganiem)
e) najczęściej jest to stolik albo krzesło
f) szczęśliwie nigdy nie musiałem tak robić, co nie oznacza, że miałbym jakiekolwiek skrupuły. Kiedyś miałem, teraz jestem cynikiem i wiem, że albo jebiesz ty, albo jebią ciebie. Tertium non datur.

[3] Pierwszy pogromszczyk, jak już wspomniałem, był ździebko mniejszy i dwa ździebka bardziej pijany ode mnie. Pan Litwin ... litościwie spuszczę zasłonę milczenia na jego fizyczność, bo o starszych osobach to, przez wzgląd na siwe włosy, albo dobrze, albo wcale. Wyjaśniam też, że pan Litwin nie był przykładem osobnika, co to ma w małym ciele wielki duch i wykurw w łapie. Nie ma, bo próbował się ze mną siłować na ulicy - słaby jest jak barszcz. Do tego najebany tak, że nie bardzo kojarzył fakty, miejsca i opinie, i równie dobrze mógłby znajdować się na Proxima Centauri. Legionista był młody, krzepki, wyrywny i chętny do bójki ale miał pecha, bo wkurwił wszystkich dokoła. W związku z czym większość osób dokoła, łącznie z ochroną, czekała aż wykona pierwszy krok. Ostatni pan był starszy od pana Litwina jakąś dekadę a pijany tak, że nawet ja nie rozumiałem o czym do mnie rozmawia. Jak więc widzicie nie dość, że kretyni, to jeszcze bez środków do prowadzenia działań zaczepnych. No co za tępe chuje.

poniedziałek, 04 czerwca 2007

Starzy moi czytelnicy mogą się po tytule notki przekonać, że jestem leniwym skurwlem, któremu nie chce się nawet nowych, przykuwających uwagę haseł, wymyślać. Wszyscy zaś rozgarnięci czytelnicy domyślą się, że będzie o żeglowaniu. Czyli o tym, na czym spędziłem ostatni tydzień [1]. Aha, dodatkowy pianochron - wszystko o czym piszę dotyczy jezior mazurskich. O pływaniu na morzu nie mam pojęcia, nigdy nie byłem, nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem i dlatego się nie wypowiadam. Pamiętajcie - Mazury. MA-ZU-RY. Nie Bałtyk - MAZURY. Jeziora takie.

Zacznę od dysklajmera - tak zwani 'prawdziwi żeglarze' niech nie czytają tej notki i, dopóki im się krew w żyłach nie zagotowała, niech się stąd oddalą statecznym krokiem. Nerwów szkoda i żeby nie było, że nie ostrzegałem. Proszę też o darowanie sobie komentarzy typu: "taki z ciebie żeglarz jak z mysiej..." albo "takich chujów jak ty powinno się wieszać za jaja na bomie" ewentualnie "nie kalaj dobrego imienia żeglarzy swoimi durnymi tekstami" tudzież "żebyś zdechł skurwysynu". Gdyż na takie teksty mam wyjebane kompletnie. Wiem, że taki ze mnie żeglarz, jak z mysiej... I wiem, że powinienem dostać dożywotni zakaz zbliżania się do jachtów, dżonek, barkentyn, brygantyn, karak, keczów, kliprów, lichtug, pinas, rejowców, slupów oraz szkunerów i żaglówek. I wiem, że kalam. I wiecie co? W dupie to mam. Dopóki do wejścia na jacht nie będzie potrzebny egzamin praktyczny i teoretyczny z historii żeglarstwa na przestrzeni wieków, dopóty będę sobie pływał po Mazurach a o żeglarzach sądził to, co sądzę. A wasza opinia na temat moich opinii wisi mi kalafiorem gdyż reguły demokracji i gospodarki wolnorynkowej dopuszczają taką możliwość. A teraz przyjrzyjmy się bliżej tej, jakże ciekawej, grupie ludzi. Proszę Państwa - oto żeglarze.

Co powoduje normalnym facetem (bo tylko o nich będzie mowa - kobiety z uwagi na ich kobiecość toleruję niemalże w każdym wydaniu, nawet żeglarskim), że po wejściu na pokład żaglówki/jachtu, durnieje. No bo jak inaczej wytłumaczyć sobie taki a nie inny zestaw zachowań braci przewalającej się pod żaglami na mazurskich jeziorach? W biurze normalny, na wodzie pojebany jak wiadro gwoździ, wybaczcie wieśniackie porównanie. O co chodzi? Już tłumaczę.

Przez 245 dni w roku siedzę sobie przed komputerem i żuję wędzidło o smaku gumy owocowej. A potem wsiadam z kolegami do samochodów i jadę na Mazury. Bo tam jest fajnie, klimatycznie, wesoło. No i są łódki. Oraz kobiety. Nie zapominajmy również o szantach i romantycznych tawernach nad wodą. I z chwilą wejścia na pokład jachtu jestem zgubiony. Jachty zdają się wysysać z ludzi cały rozsądek i wolną wolę. Przejmują nad nimi władzę, kontrolują ich mózgi i wymuszają wyjątkowo chujowy zestaw zachowań. Po kolei.

1. Ubiór. Dlaczego do chuja Wacława ktoś, kto do biura chodzi w szytych na miarę garniturach, dobrych jakościowo koszulach i jedwabnych krawatach, na wodzie zamienia się w stylistyczne bezguście? Kto wam panowie wmówił, że trzydziestoparoletni facet może być dalej flanelersem i nie być przy tym obciachowcem? No kto? Zapamiętajcie - amerykańska koszula w kratę najlepsza była w Uprowadzeniu Agaty, a i to tylko jako ubiór do wypicia taniego winka nad Wisłą. Sprawdza się również w Alabamie i innych redneckowych stanach USA. Oraz jako ubiór zbuntowanej, nastoletniej młodzieży uczestniczącej w alterglobalistycznych protestach. Na lekko podtatusiałym facecie wygląda żałośnie.
Sztormiak - kapitalna odzież na wypadek deszczu podczas pływania. Wyjątkowo chujowa odzież do spacerów po Giżycku, Mikołajkach czy Węgorzewie. Ja rozumiem co wy tym strojem pokazujecie światu, naprawdę: "Jestem twardym skurwysynem, który nie boi się wody i właśnie przed chwilą zszedł na ląd z łajby coby poruchać i się napić". Tylko dlaczego snujecie się w tych daremnych sztormiakach? Toż da się to zrobić i bez nich. Aha, rękawiczki bez palców, jakże pomocne przy stawianiu grota, masztu czy podnoszeniu miecza, w knajpie wyglądają pretensjonalnie. Ludzie naprawdę potrafią kojarzyć fakty i domyślają się, że skoro siedzisz w portowej tawernie i masz strzaskaną wiatrem i słońcem twarz, to przed chwilą zszedłeś z łodzi. Nie musisz im tego dodatkowo podpowiadać strojem, przy okazji robiąc z siebie wieśniaka bez grama gustu. Aha, panowie - czarna bandanka w trupie czaszki jest... No kurwa, brak mi słów po prostu.

2. Ubiór - przegięcie w drugą stronę. Zawsze wydawało mi się, że do lansu służą modne, metroseksualne kluby w centrum Warszawy. A tu siurpryza - lans rządzi wszędzie, nawet na jachtach. Jak nie masz ciuchów wartych przynajmniej 4 tysiące, to jesteś jakiś taki nijaki taki. No cóż - ja tam na łajbie przede wszystkim chcę czuć się wygodnie więc na rejs wziąłem siedmioletnie rękawiczki rowerowe, 10 znoszonych tiszertów, polar za 8 dych, sztormiak za 16,99, klapki za 6,99 z Auchan, czapeczkę z Glamoura oraz krótkie bojówki z Kupieckich Domów Towarowych. I było zajebiście. I było fajnie - poprawiajcie mnie gdy użyję słowa 'zajebiście' gdyż jest slabe. Bo ja sobie na łódkę pojechałem odpocząć a nie przebierać się co pół godziny - to zostawiam Tinky Winky.

3. Gwara. Ja rozumiem, że jak się powie: "wyciągnij z forpiku cumę, zaknaguj na prawej burcie, wywieś obijacze i chroń pagajem burtę", to jest top profeska, że mucha nie siada (skąd u mnie te retro powiedzenia?). Okrzyki luzuj topenantę i fały lazy jacka, grota staw, klar na linach czy wybrać miecz na trzy czwarte znamionują starych wilków morskich. Nie mam nic naprzeciw, poważnie. Jak chcecie, to możecie się przerzucać achtersztagami, kabestanami, szotami, takielunkiem i wantami - pełny luz. Proszę tylko o jedno - nie mówcie tak do mnie gdy pijemy razem piwo w węgorzewskiej Kei. W moim świecie frazy typu 'klar na pokładzie' może wypowiadać w moim kierunku jedynie kapitan jednostki pływającej, na której aktualnie się znajduję. W knajpie używamy słów typu: przywiązałem cumę do burty, jebnąłem kotwicą w chabory, wyszorowałem pokład chujową i zbyt małą szczotką, zrobiliśmy jakiś zwrot i zaczęliśmy spierdalać przed burzą a na koniec od wiatru pierdolnęła nam wanta (bez wnikania co to była za wanta). Poza jachtem nie ma, powtarzam, NIE MA możliwości, bym tolerował tego typu bałach. Chcecie szpanować znajomością nomenklatury? Nie przy mnie - od tego macie podobnych sobie i liczne fora internetowe. Ze mną rozmawiajcie normalnie. Bo gadanie o bezanmasztach i bobramstengach przy szóstym browarze jest dla mnie wiochą zbyt wielką.

4. Tematyka rozmów. No właśnie. Dlaczego prawie wszyscy żeglarze zapominają, że istnieją tematy inne niż przechył, wywrotka, cumowanie w trzcinie czy flauta? Pływamy sobie i jest fajnie. Siadamy razem w knajpie, pijemy piwo i jest fajnie. Ale nie mówcie do mnie o tym, co działo się dzisiaj na waszej łódce. Kurwa mać, na mojej działo się dokładnie to samo. Skoro siedzimy w tej samej knajpie, to paliło nas to samo słońce, dopadła nas ta sama flauta i spierdalaliśmy przed tym samym białym szkwałem. Widziałem to na własne oczy więc mam w dupie twoją opowieść o burzy i rozdarciu foka. Tak właśnie - w dupie. Chętnie natomiast pogadałbym o jakiejś fajnej książce albo o życiu. Nie mów do mnie natomiast o szekli - te historie zostaw dla swoich kumpli w biurze, których ekscytują opowieści o tym, jak to 'przez cały dzień świeciło słońce a my płynęliśmy przed siebie'. Jak to jest, że w Warszawie potraficie pogadać o dupie Maryni a na Mazurach już nie.

5. Żeglarskie zwyczaje i zabobony. Pewnie okaże się, że jestem głupi ale wytłumaczcie mi jedną rzecz: dlaczego gdy stoję w porcie, nie mogę na relingu suszyć ręcznika? Ma mi kurwa zgnić pod pokładem? Aha, odpowiedzi - bo razi moje poczucie estetyki możecie sobie wsadzić w dupę. Bo dokładnie tam mam wasze poczucie estetyki. Dla mnie najważniejsza jest moja wygoda i brak kolonii pleśni na czymś, czym dotykam swojej twarzy i penisa. Co wam przeszkadzają obijacze na burcie podczas pływania? Że nieprofesjonalnie? Trudno, ja nie umieram gdy dostanę chujowo sformatowaną tabelę w excelu [2], wy spróbujcie nie zejść na serce widząc na burtach te śmieszne, obłe przedmioty. Nie widzę też powodu dla którego nie mógłbym usiąść sobie z z nogami wyrzuconymi za burtę. Zwłaszcza gdy idę w kanale na silniku. O zakazie gwizdania się nie wypowiadam, bo trąca mi to aberracją umysłową. Ludzie - czasy gdy załodze wydawano polecenia gwizdkami już dawno minęły. Nie wydaje mi się również, by gwizdanie na pokładzie jachtu pływającego po jeziorach, mogło w jakiś specjalny sposób wkurwić Neptuna. Mamy XXI wiek, czas wyrwać nogi z osiemnastego stulecia. Rozumiem, że tradyszyyyyn niczym w Anatewce jest ważna i należy ją kultywatorować. Ale z umiarem i z odpowiednią dawką zdrowego rozsądku. Inaczej popadniecie w śmieszność.

6. Sposoby spędzania wolnego czasu w porcie, czyli ryczenie szant. Do szant mam stosunek ambiwalentny - mogę ich słuchać prawie bez bólu w Warszawie (ot, choćby w Gnieździe). Natomiast na Mazurach wywołują we mnie niczym nieuzasadnioną agresję. Zwłaszcza gdy są śpiewane o 23:00 na kei w Mikołajkach. W połączeniu z 'krainą łagodności', do której żeglarze mają jakąś dziwną słabość, stanowią mieszankę zabójczą dla normalnych ludzi z minimalnie wyrobionym poczuciem dobrego smaku. Ciepła krew, która poleje się strugami, nie zrobi z was twardych ludzi morza. Zrobi z was natomiast obciachowych wieśniaków, mili panowie z gitarą, którzy umilaliście mi czas w nocy z 29 na 30 maja w rzeczonych Mikołajkach. Oby wasze gitary popękały a struny pocięły wam palce, kurwa wasza mać.

7. Regaty, czyli kto się ściga, ten się porzyga. Na łódkę jadę by odpocząć, odpocząć i jeszcze raz odpocząć. Dlatego też nigdy nie zrozumiem kapitanów, którzy z łódki czynią obóz koncentracyjny i załóg, które się na to godzą. Dwa lata temu widziałem coś takiego na własne oczy i zastanawiałem się jak wielką krizmę musi mieć ten kapitan, że tak zaszczuł swoich załogantów. Przez pierwsze 3 dni wkurwiał również nas (pływaliśmy na dwie łodzie, na szczęście krótko), potem nastąpiła totalna separacja. Gdyby nasz kapitan nie zgodził się na totalną separację, miałby bunt na pokładzie - nie żartuję. Nie po to zapierdalam cały rok żeby dodatkowo zapierdalać podczas urlopu. Nawet jeżeli miejscem zapierdolu jest jacht dmuchający przez Mazury. Nikt nie umrze od tego, że zbudzimy się o 10:00 a na wodę wypłyniemy w południe - to jest kurwa URLOP.
Dla zobrazowania pierdolca kapitana drugiej jednostki podam przykład: stoimy w Węgorzewie, spożywamy kolację i z niecierpliwością oczekujemy imprezy w tawernie Keja. Bo będą dziewczyny, muzyka i śpiew. Oraz browar. Kapitan drugiej łodzi coś pierdoli o cumowaniu w Sztynorcie - po pierwsze nasza załoga spała tam wczoraj i chuj nas boli fakt, że wy woleliście cumować w krzakach. Po drugie - jem przecież. Po trzecie - jest już prawie 19:00 i prędzej piekło zamarznie niż będziemy bawić się w odcumowywanie, kładzenie masztu, stawianie masztu i ponowne cumowanie. Po czwarte - Sztynort jest przereklamowany i wcale nie czuć tam magii mazurskich marin. Czuć tam natomiast odór pawia. Po piąte - rano bym sobie poszedł na pocztę i wysłał kartki do rodziny i znajomych a potem udał się do Krasuli, coby kupić chłodnik sokólski. Po szóste - wypiliśmy wczoraj Kazikowi bez przyjaciół butelkę tequili, spacyfikowaliśmy imprezę integracyjną Xeroxa i już nas tam nienawidzą. Po siódme wreszcie - po kiego grzyba mamy się cofać. Urlop trwa tylko tydzień a my chcemy dopłynąć jak najdalej. Znakiem tego komarujemy w Węgorzewie. Minęło dwadzieścia strzałów znikąd - przy naszej łódce pojawia się jakiś zahukany koleś, który twierdzi, że jest członkiem drugiej załogi, jego kapitan zostawił go na brzegu i popłynął do Sztynortu. Delikatnie mówiąc - oniemiałem. Gdyby mi ktoś wykręcił taki numer, byłby dym: dla kapitana kilka nieprzyjemnych chwil bólu i kilka niecenzuralnych słów, dla mnie zwrot kasy za czarter i powrót do domu. Co zrobił nasz kapitan? Kazał nam płynąć do Sztynortu. Była to ostatnia decyzja kapitana dotycząca marszruty, jakiej się podporządkowaliśmy. W Sztynorcie zaś z załogą drugiej łodzi spotkaliśmy się po raz przedostatni. Potem oni pływali w swoim tempie regatowym, a my w swoim - urlopowym. O innych dokonaniach kapitana drugiego jachtu mógłbym opowiadać dłużej ale mi się nie chce, bo szkoda na chuja mojego czasu. Aha, nie podałem powodu zostawienia załoganta na brzegu - podobno spóźnił się o minutę a kapitan odbił o czasie. Nie wnikam w prawdziwe przesłanki kierującego drugą łodzią, bo mam je w dupie. Ale zostawienie na brzegu kogoś, za kogo się odpowiada, jest dla mnie oznaką totalnego pokurwienia. Pruski dryl zostawmy pruskiej armii. Ja pierdolę, dwa roki minęły a ja dalej w to nie wierzę.

Jakbym się skoncentrował, to pewnie bym znalazł inne rzeczy ale nie chce mi się na siłę dopisywać kolejnych kilobajtów i tutaj temat zamknę. Aha, podczas tygodniowego pływania (no bo przecież nie żeglowania) wybawiłem się za wszystkie czasy, odpocząłem tak, że każdemu takiego wypoczynku życzę. No i wyluzowałem się maksymalnie. Pływaliśmy gdzie chcieliśmy, od której chcieliśmy, do której chcieliśmy i jak chcieliśmy - choćby i rufą do przodu. Nie stworzyliśmy zagrożenia dla nikogo, oprócz nas samych. Nie rozjebaliśmy swojej ani żadnej innej łodzi. Nie zrobiliśmy nikomu oprócz siebie krzywdy. Wyglądaliśmy jak wieśniaki, nadużywaliśmy piwa, wina, wódki i prohibitów. Przeklinaliśmy, śmierdzieliśmy i zachowywaliśmy się jak dzika banda Peckinpaha. Było świetnie. I uważam, że każdy facet powinien spędzić jeden tydzień w roku w sposób, w jaki zrobiliśmy to my. W grupie facetów, którym nie przeszkadza pierdzenie i z którymi można pogadać o metodologii posuwania różnych rodzajów... Wróć, to temat na oddzielną opowieść, którą zapodam, jak tylko skończę jeść ser.

PS. Nie wiem o co wam chodzi ale w czasie gdy byłem na urlopie blog zanotował prawie 1000 wejść i wylądował na 787 pozycji wśród najczęściej czytanych blogów. Nie kumam ale jest to dosyć niepokojący syndrom, bo źle się dzieje gdy ludzie chcą czytać przesycone nienawiścią, wulgarne opowieści. Może przyszedł czas na książkę pod roboczym tytułem "Przestańcie mnie wszyscy wkurwiać"?

[1] Tak, wiem - żeglują tylko prawdziwi żeglarze i tylko i wyłącznie po morzu. A ja, pływając po Mazurach, jestem żeglarzem szuwarowym. Chuja tam żeglarzem, jestem pyłem jeno, prawdziwym żeglarzom piwa postawić niegodnym. Tak od razu wytłumaczę, że z grubsza wiem o co jest kaman, żeby nie było, że całkowicie nie kojarzę faktów.
[2] Teksty "nie porównuj majestatycznych łodzi do czegoś tak banalnego jak tabelka w excelu" wrzucam do devnula. Tylko człowiek prymitywny nie docenia dyskretnej elegancji, jaką emanuje dobrze zrobiona i profesjonalnie sformatowana tabela excela.