To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 13 maja 2015

Ważny temat, wybory. To również trudny temat.

Lindę monsterę kupiłem wyłącznie dlatego, że była w promocji i zajebiście wyglądała. Romana zamiokulkasa wziąłem, bo słyszałem, że jest nie do zajebania i wystarczy go podlewać raz na kwartał. Lindę dracenę kupiłem tylko dlatego, że wydawało mi się, że pamiętam takie rośliny z mojej podstawówki albo ogólniaka. A wiecie, co uczniowie robią roślinom w podstawówce albo ogólniaku? No nie będę wdawał się w krwawe szczegóły, powiem tylko, że takie podłużne, ostre liście doskonale ustępują wzdłużnym cięciom przy pomocy żyletki, przez co draceny szkolne wyglądały jak konfetti. Ale umrzeć nie chciały.
Na koniec dokonałem trudnego wyboru i kupiłem Lindę difenbachię. Wybór był trudny, bo majaczyło mi w głowie, że jej liście wydzielają strychninę. Okazało się, że to legenda, ale...
Wszystkie części difenbachii zawierają w idioblastach igiełkowate kryształy szczawianu wapnia (rafidy), które po uszkodzeniu komórki są wyrzucane z pewną siłą na zewnątrz, a także czysty kwas szczawiowy i rozpuszczalne szczawiany. Soki roślinne zawierają ponadto enzym trawienny dumbkainę, powodujący rozpad białek, oraz bradykininę i histaminę. Jednym słowem, ta Linda może być dla mnie szkodliwa.

Jak to przeczytałem, przez długi czas zastanawiałem się, czy by jej nie zgarotować a zwłoki usunąć poprzez wyjebanie w nocy na trawnik przed blokiem. Jednakże tak ładnie kłoniła do mnie liście, że odpuściłem. Zresztą i tak, w dłuższej perspektywie, jej los był w moim mieszkaniu przesądzony. Jestem albowiem do tego stopnia nieodpowiedzialny i energetycznie zwampirzony na zewnątrz, że wszystkie Lindy i Roman, miały dożyć najdalej do maja roku bieżącego, ususzone, przelane i wykończone moją energią.

Wystawcież sobie, drodzy państwo, moją konfuzję, gdy okazało się, co następuje:

Linda dracena zmężniała, przybrała jakieś 3-4 liście, rozłożyła się dumnie na prawym parapecie i błyszczy. Chyba przedawkowałem wiosenne nawożenie, za często obmywałem ją spryskiwaczem i czytałem jej książki.

Linda monstera, pomijając krępujący epizod, gdy postanowiła popełnić samobójstwo, zwiększyła liczbę liści jakoś tak dwukrotnie, wbrew opisom na forach ogrodniczych, klei się do szyby i do słońca, nie chce uschnąć i ma wyjebane na to, że normalnie powinna być trzymana w półcieniu a nie na nasłonecznionym parapecie.

Roman zamiokulkas ma wszystko w najgłębszym dupalu, puszcza kolejne liście jak pojebany i wygląda tak, że trochę się go boję. No przypakował i niedługo pewnie zwróci się do mnie z uprzejmą prośbą o ustalenie statusu przewodnika stada na kwadracie.

Linda difenbachia, traktowana przeze mnie z rezerwą (to jedyna roślina, której nie głaszczę wieczorem po liściach), doszła do wniosku, że jebać system, że słi Kukiz, nie potrzebuję dotyku i jest w trakcie wypuszczania dużego liścia z głównego pnia, czy jak się nazywa ten element u roślin parapetowych.

Wyszło na to, że dziewczyny i Roman zadowalają się odrobiną nawozu, odrobiną wody, pięcioma godzinami słońca, spryskiwaczem oraz umiarkowanymi objawami afektu i zainteresowania z mojej strony. Do tego trochę muzyki i ścieżki dialogowe z seriali, krótkie kawałki książek, które im czytam na głos i zamiast dać dupy w trzeciej rundzie, robią mi malutką na razie, ale jednak dżungielkę.

Wybory może i są trudne, ale czasami popłaca pójście na spontan i w promocję.

Dziękuję za uwagę i dobranoc państwu.