To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 29 maja 2014

Kurwa, całe życie na przypale, i nie mówię o sytuacji, w której, kompletnie spalony, chciałem iść i podrywać policjantkę interweniującą w lokalu, bo wiecie, koński ogon jej tak doskonale wypływał spod policyjnej bejsbolówki, że się od strzała zakochałem. O tym kiedy indziej.

Wczorajszy dzień był długi pracowo i owocny w doskonałe spotkania towarzyskie, w związku z czym skończył się lekko po północy. Zebrałem mandżur do kupy, odziałem się w zrobioną z pajęczej nici, nieprzemakalną kurtkę National Geographic (nie śmiejmy się już z tej nieprzemakalności), wsiadłem na rower i, z twarzą miecioną wiatrem[1] i deszczem, ruszyłem w drogę trasą, której nie lubię ale była najkrótsza, to co będę wydziwiał.
Przejechałem do Gdańskiego, rower na dół, ścieżka po moście, Dom Marstenów[2], zapachy śpiących, być może lekko zaniepokojonych zwierząt, rondo, wykurwiam na ścieżkę i szczęk klamek od hamulców. W trawie leży tobół, który wygląda mi na człowieka. No to się zatrzymałem, wprowadziłem rower w bagnisko, stopka i inwestyguje. Tobół okazał się być całkiem sympatyczną, półnagą…

Nie, to inna fantazja.
Tobół okazał się być kompletnie porobionym młodym człowiekiem. No to przypomniałem sobie wszystkie zalecenia z kursu pierwszej pomocy, dobry ratownik to bezpieczny ratownik, podchodzę do typa od głowy strony, kucam, lekko potrząsam i się pytam ‘ziom, nakurwili ci, czy po prostu przedawkowałeś preparat?’. Młodzieniec martwą podnosi powiekę i rzecze rzecz następującą ‘a bebebebegugu, buergh, aaaarghhhh…’. Nie, no tak to my się nie dogadamy.
-Żyjesz, kurwa, ziom?
W wyniku uporczywego potrząsania, gość się w końcu lekko skoncentrował i mówi, że ogólnie jest wporzo, a zwracam wam uwagę, że mrok, ziąb, chujnia, sukinkot, do tego mokry, pizga złem, deszcz kropi i ogólnie jest jakieś 7 cencjuszów[3] na plusie a gość sobie leży w środku trawy, zupełnie jakby był na plaży.
Pytam się typa, czy w ogóle ogarnia sytuację i czy wie gdzie jest.
Wtedy trafia mnie jego pierwszy wymiot. No dobra, prawie trafia. Przy czym był na tyle przytomny, że przed womitem ukląkł i nie musiałem mu wydłubywać z ust kawałków kabanosa, żeby wiecie, podjąć akcję resuscytacyjną, a bym mógł, bo w pudełeczku z okienkiem, prezencie od Agaty, wożę taką specjalną maskę do sztucznego oddychania.
-Ty, młody. Nie rób wsi, weź wstań, może jeszcze się załapiesz na ostatni tramwaj do domu, kilka zjeżdża na zajezdnię. A tak w ogóle gdzie mieszkasz.
Podał adres, który mi kołatał, że po sąsiedzku[4].

-Chodź typie, odprowadzę cię do tramwaju.
-Nie, nie trzeba. Dzięki, że się zatrzymałeś, jesteś dobrym człowiekiem.
-Idź na chuj z dobrym człowiekiem, jak tu zostaniesz w trawie, to najniższym wymiarem kary będzie zapalenie płuc. A w chwilę po tym, jak je złapiesz, ktoś ci skroi kabonę i te zajebiste słuchawki, co to je masz na uszach, a jak będzie miał fantazję, to jeszcze kilka kopów na ryj obskoczysz. Dasz radę przenieść się na ławkę na przystanku? Przynajmniej w bagnie nie będziesz leżał.
Wstał.
Niektórzy z nas znają z autopsji, inni widzieli, jeszcze inni słyszeli: ten charakterystyczny dźwig pijacki, co to wstajesz, po sekundzie zaczyna ci się w głowie kręcić i nagle, nie wiedząc po ki chuj, zaczynasz biec do tyłu niezbornymi krokami, oczywiście z zamiarem, by nagle ruszyć do przodu. Co nigdy nie następuje, bo wypierdalasz się na potylicę. Miał szczęście i trafił w trawę. Po czym się złożył i znowu zaczął wymiotować.
Korzystając z chwilowej niemocy birbanta, zacząłem lustrować teren wzrokiem. Następnie zaryzykowałem pozostawienie Roweru i udałem się na zwiad bojem, bo stwierdziłem, że jak mu znajdę ławkę, to przynajmniej nie będzie leżał na mokrej Matce Ziemi.
Skracając pierwszą część historii, powiem tyle: udało mi się gościa podnieść, zupełnie zapominając że maczam sobie rękawiczki rowerowe w womicie, ławki nie znalazłem a na przystanku go zostawiać nie chciałem, więc zatargałem go pod drzewo, no na głowę mu deszcz nie będzie pizgać, ostrzegłem go przed losem Hendrixa, zastanowiłem się, popatrzyłem jak się uwala, następnie uwaliłem go w bocznej ustalonej zwanej bezpieczną i podjąłem decyzję. Spierdalam na chatę. No zrobiłem co mogłem, gość nie chce się ruszyć, niech ma przynajmniej baldachim z liści.
Na swoje wytłumaczenie mam tyle: przez te całe mecyje zrobiła się prawie pierwsza w nocy, brak ruchu spowodował u mnie przepiżdżenie na wylot i początki hipotermii, oraz uznałem, że w tej sytuacji zrobiłem wszystko, czego oczekuje ode mnie humanizm, humanitaryzm i matka Karma.
No bo, kurwa, nie wezwę do typa policji. Ziom na oko miał jakieś 25 lat i pierwsza wytrzeźwiałka w tym wieku, to jest jednak siara. Bo nie dość, że śpisz z jakimiś trwohydnymi zekami, to jeszcze pielęgniarze opierdolą cię z dóbr doczesnych, a jeżeli aktualnie to się nie zdarza, to szczerze przepraszam. Na karetkę się nie kwalifikuje, bo w trakcie wywiadu zeznał, że jest tylko po alkoholu, gdyż narkotyków nie poważa. Opcji strażaków miejskich nawet nie rozważałem, bo znacie moje podejście do tej cyrkowej formacji (sprawdzić czy nie eko patrol, bo ci akurat robią dobrą robotę).
Wsiadłem na rower i pocisnąłem na kwadrat. Wbitka pod gorący prysznic, puchaty podom, łóżko, serial, wszystko niby gra ale…
No gryzie mnie fakt, że zostawiłem typa pod drzewem, na tym wypizdunku. Przecież każdy wie, że we leave no man behind. Szybka rozkmina, wyrzuty sumienia, no kurwa, przecież nie zasnę z taką myślą.
-Dzień dobry, chciałem zamówić taksówkę, osiem minut, dziękuję. W siódmej minucie pod blok podjeżdża typ, schodzę z kocem pod pachą i od razu mu mówię: wie pan co, nie będę panu pierdolił, to dziwna akcja jest, prawdopodobnie trzeba będzie zwieźć do domu typa lekko usmoruchanego. Koc rozłożę, żeby panu nie ujebał skórzanej tapicerki, jakby chciał womitować, to mam potróją reklamówkę z Kerfa, pisze się pan na akcję?
-Wie pan, no raczej nie.
-Chuj, dzwoń pan zatem po kogoś, kto się zgodzi. Albo nie, podjedźmy na miejsce, obadam czy typ tam dalej leży, jak leży to go zholuję na ławkę na przystanku, w koc owinę i wtedy pan wezwie któregoś z pana kolegów.
Pojechaliśmy. I w minutę osiem byliśmy na miejscu.
Poszedłem po drzewo. Ziomka nie ma. Chuj, może nie ten grab to był. No żeby było krócej, powiem wam tak: styrałem hektar tego jebanego bagniska, a butki moje były coraz bardziej przemoczone i w błocie, o bracia i siostry moje. Po zbadaniu tego mini-parku, polazłem w osiedle. Po zbadaniu osiedla, stwierdziłem, że chyba typ się ogarnął i jednak coś ze sobą zrobił. Ostatni rzut oka na pobliskie ławki na przystankach i to by było na tyle. Wsiadłem w taksę, uspokoiłem obawy kierowcy, że jednak nikt mu nie będzie wymiotował na dywaniki z Tesco, zadysponowałem podjazd na stację i zawinszowałem sobie dwie Perły w nagrodę.
Uważam, że historia skończyła się umiarkowanym happy endem.
Dlaczego umiarkowanym? Myślę, że należało jednak wziąć gościa chwytem strażackim, przejść 20 metrów z nim na plecach i, niosąc w sumie na kolanach, grzbiecie i sercu jakieś 200 kg (no swoje ważę), umrzeć na serce, próbując wjebać go do taksówki. Zakładając, że którakolwiek chciałaby go zabrać. Po cichu liczę, że te 20 minut, które z nim spędziłem, otrzeźwiły go na tyle, że poleżał pod tym drzewem i stwierdził ‘kurwa, Rafał, co ty tu robisz pod tym ostrokrzewem, spierdalaj do domu’.
Nie opowiadam tej historii po to, żeby się chwalić, bo chwalić się nie ma czym, w dalszym ciągu uważam, że dałem dupy i trzeba to było rozegrać inaczej.
Po prostu chciałem ten kawałek zadedykować tym uczestnikom kultowego wątku na g+, którzy do tej pory wierzą, że lateksowe rękawiczki wożę po to, żeby wyjebywać bezdomnych z komunikacji miejskiej.

[1] Ludzie się mnie pytają, jakim to cudem, potrafię być w środku marca opalony. No więc jest tak, że jako dziecko wychowane na wsi, w trzy dni opalam się wiatrem. Fachowo się to chyba nazywa ‘ogorzała skóra’.
[2] Jest taki dom.
[3] Jako dziecko, długo nie potrafiłem prawidłowo wypowiedzieć tego dziwnego nazwiska.
[4] Co natychmiast po powrocie do domu sprawdziłem przy pomocy najzajebistszego łącza internetowego. Zadzwoniłem do Kai, która mi potwierdziła, że to w bok od święconego Wincentego. No jak jej nie kochać.