To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 17 maja 2013

Miałem zacząć z wysokiego C i zacząć jechać znowu po rowerzystach, że niby patrzcie, trzeci dzień z rzędu, jaki ze mnie monotematyczny gość ale nie chce mi się, bo to by przecież było tak zabawne jak śrubokręt wbity w udo. Więc sobie odpuszczam.

Jak jeszcze miałem kablówkę, to pasjami oglądałem w zasadzie dwa kanały (plus 3 kolejne od okazji do okazji). Te pasyjne, to był Eurosport (wiecie, tenis ziemny, darts, snooker albo curling to są piękne dyscypliny sportu) oraz kuchnia.tv. Oglądanie tej ostatniej na gastrofazie dało nam kilka pomysłów na twórcze wykorzystanie zawartości mojej lodówki, na którą zazwyczaj składało się kilka puszek i lód.

W kuchni.tv świetne było praktycznie wszystko. Do tego stopnia, że nawet ten psychopata Ramsey mnie nie irytował. I łykałem bez popity dwójkę wegetarian, którzy przygotowali wegetariański smalec a przecież normalnie to bym zaczął wykrzykiwać obelgi i kopać w odbiornik. Tak, kuchnia.tv łagodziła obyczaje i była świetna. Ale najlepszy na świecie był, jest i będzie

BACZNOŚĆ!
Anthony Bourdain
SPOCZNIJ!

Nawet nie wiem gdzie i jak zacząć śpiewać hymny pochwalne na jego cześć, więc się nie będę wygłupiał.
Gość nakręcił dwa cykle programów: Bez rezerwacji i Podróż kucharza[1], które są tak dobre, że właściwie nawet nie będę ich tu specjalnie reklamował tylko idźcie i oglądajcie, bo są piękne, dobre i warto. Warto, bo gość ma świetną stylówkę, takie poczucie humoru jak lubimy, odpowiednią mieszaninę sarkazmu, ironii i ogólnie pojętej doskonałości i się zaplątałem.
Jak już myślałem, że nic lepszego nie zrobi, on sobie wymyślił program Parts Unknown i to jest w tej chwili najlepsza rzecz w całej telewizji świata. Bo to nie jest tak, że on przyjeżdża, zjada rzeczy, poględzi i jedzie dalej. Nie, to seria przede wszystkim o ludziach, jedzenie jest tu przy okazji. Oglądanie egzotycznych miejsc w takiej optyce jest bardzo pouczające i odświeżające. Co najciekawsze, on potrafi egzotykę znaleźć w miejscu tak zdawałoby się pospolitym i oswojonym jak Kanada (swoją drogą był to odcinek, na którym przez cały czas płakałem ze śmiechu) czy LA (gdzie odwiedził Koreatown i miałem mieszane uczucia, pozdro dla kumatych).

Wczoraj pokazał mi marokański Tanger i nagle wszystko do mnie wróciło i uderzyło w pysk obuchem, że ja przecież nie dokończyłem swoich rejsowych opowieści. Może to będzie dobry moment, żeby do tego wrócić i zobaczyć ile wrażeń przetrwało próbę czasu.
To jest Bourdain taki jak zwykle, tylko bardziej i ja kupuję go bezkrytycznie. Jak dorosnę, to chciałbym być przynajmniej w połowie tak zajebisty jak on[2]. Albo inaczej. To jest taki koleś, z którym chętnie byście poszli napić się wódki. Jak ja go uwielbiam.

[1] Dopiero po jakimś czasie okazało się, że moją znajomość z Bourdainem zacząłem od najbardziej hardkorowego odcinka tego cyklu. Wróciłem do domu, padłem na fotel, włączyłem kuchnia.tv a tam jakiś Wietnamczyk podaje dziwnie uśmiechniętemu kolesiowi, bijące serce kobry na małym talerzyku. I ono naprawdę ciągle biło. Typ zjadł, przepił wódką, przepalił papierosem i dalej się dziwnie uśmiechał. To było coś. Oraz wiem, że on tych cykli nakręcił więcej ale nie będę szpanował, bo spoglądałem tylko na te dwa.
[2] Do tej pory nie przeczytałem żadnej z jego książek ale nie jest mi przykro z tego powodu, bo to przecież oczywiste, że czekam z nimi na odpowiedni moment. Coś czuję, że nastąpi on po ostatnim, ósmym odcinku Parts Unknown. 

czwartek, 16 maja 2013

No więc w nawiązaniu do szczegółu, dawać mi tu cztery dwieście i dodatkowo odpowiedzieć mi na pytanie 'co się kurwa dzieje?'

Wczoraj na fejsie trochę popomstowałem na rowerowe bezmózgowie na ścieżkach, ulicach i chodnikach, nie minęło 10 godzin od wrzutu i kolejny przykład, będący przejawem szerokiego zjawiska, które z roku na rok, przybiera rozmiary epidemii. Mianowicie przejeżdżanie na czerwonym. Próbuję zrozumieć ale nie potrafię, bo otchłań głupoty zerknęła na mnie tylko raz i od tamtej pory nieco się jąkam, więc sami rozumiecie, że boję się do tej rzeki wejść ponownie.
Więc ja może powoli, naukowym dowodem z anegdoty. I chociaż wiem, że przemawiam do przekonanych, to pamiętam również, że w raju więcej radości z jednego nawróconego grzesznika niż z dziesięciu świętojebliwych, znacie to, więc nieście dobrą nowinę wśród niewiernych.

Wielokrotnie przeżyłem uderzenia przodem roweru, trzy albo cztery razy przeleciałem przez kierownicę tak efektownie, że jakby byli sędziowie, to bym dostał noty jak Torvill i Dean. Powaga, przynajmniej raz moja głowa celowała w dół a nogi w górę, i mam na to świadka.
Raz przeżyłem uderzenie od tyłu pod ostrym kątem, jak mnie potrąciła taksówka na pustej Puławskiej (północ była, to strasznie śmieszna historia).

Ale w życiu nie dałem się potrącić z boku gdyż:
- w tej materii jestem czujny jak ważka i mam oczy dokoła głowy
- oraz wiem, że dla rowerzysty nie ma bardziej przejebanej opcji od trafienia bocznego.
Nie ma jak amortyzować, nie ma jak chronić głowy (przy upadkach do przodu możemy osłaniać się rękoma, przy tylnych dociągnąć brodę do klatki piersiowej i napiąć mięśnie grzbietu, byłem, sprawdziłem, u mnie działa). Przy strzałach bocznych upadasz na biodro i bok rzepki kolanowej, to u dołu. A u góry walisz bokiem czaszki w glebę - sami sprawdźcie jaki dystans muszą pokonać ręce przy osłanianiu się przy upadku do przodu, a jaki w bok. Oraz jak bardzo małą ruchliwość mamy przy tym osłanianiu boku głowy. Oraz jak to w efekcie lądujemy na glebie na poduszce z własnej dłoni, co jest na pewno śmieszne ale dzięki. Oczywiście można schować głowę między barkami a je same unieść ale to już trochę trudniejsze. Nie mówię, że niewykonalne ale trudniejsze.

No i nie zapominajmy o tym, że przy uderzeniach w płaszczyźnie strzałkowej (przód-tył), nasz kręgosłup w odcinku szyjnym ma dużo większy zakres ruchu niż w płaszczyźnie czołowej (na boki). Sami sprawdźcie jak daleko jesteście w stanie odgiąć głowę w przód i w tył a jak w bok. I dziękuję za uwagę.

Więc dlaczego, do kurwy nędzy, dobrowolnie narażacie się na strzał. A do tego łamiecie przepisy, przez co spierdalacie mi renomę i resztki szacunku, jaki żywią do mnie dziewczyny jak im mówię, że na rowerze jeździć uwielbiam pasjamy.
Przestańcie chuje przejeżdżać na czerwonym.

Dziękuję za uwagę.

PS. Tak, zdarzało mi się przejeżdżać na czerwonym. Na przykład podczas nocnych przelotów. Ale ostatnio nawet tego nie robię, bo wyobrażam sobie siebie, w stanie wegetatywnym, moją rodzinę w dupie i bank, w którym mam kredyt. To świetnie leczy z głupoty. 

czwartek, 02 maja 2013

Wszyscy siedzą i zamulają w pracy albo na zimnym urlopie (sprawdzić czy nie ZAGRANICO), w feedzie dostaję wyłącznie fotki kotków (dzięki czemu, niektórzy z was właśnie zostali moimi dalszymi znajomymi) i narzekania, że w kraju zimno, na zachodzie bez zmian i się ktoś przeziębił (nie spać przy otwartym oknie). W ogóle, wydaje mi się, że tylko ja się na dzisiaj tak załatwiłem, że mam do zrobienia trzy prezentacje i jakieś pół giga raportów okresowych.
Dlatego korzystam z tej krótkiej chwili przerwy i nie mieszkając przechodzę do meritum.
Incepcyjnie było. W The Big Bang Theory (dalej jako TBBT, chociaż nie jestem pewien, czy będę dalej w tekście korzystał z tego tytułu), Sheldon w swoim wątku, zaczął płakać, że serial Alphas skończył się cliffhangerem, w związku z czym zaczął wydzwaniać do wytwórni i do twórców serialu. Do pierwszej, żeby wznowili produkcję, do drugich, żeby się dowiedzieć jak ewentualnie chcieli to zakończyć.
Stwierdziłem zatem, że zerknę o co chodzi. Chodzi o to, że Alphas to serial niemalże identyczny z Heroes, którzy byli oglądalni w pierwszych dwóch sezonach i nawet mi się podobali, stwierdziłem więc, że popatrzę na Alphas (o matko, co za złe zdanie mi wyszło).
Superludzie z supermocami, no co za odkrywczy temat. Nie pamiętam już dobrze Heroes, ale mam wrażenie, że Alphas zrzynają jota w jotę. Jedno im trzeba oddać - wymyślili fajniejsze i bardziej realistyczne[1] supermoce, moim faworytem jest super snajper i koleś widzący jakie skutki wywołają różne akcje (w skrócie), dzięki czemu mamy fajną scenę ucieczki z opancerzonego pojazdu.
I zanim się zorientowałem, wkręciłem się w pierwszy sezon. A potem przyszedł drugi, w którym wszyscy bohaterowie postanowili zostać skurwielami. A potem zaczęła coraz częściej pojawiać się Summer Glau i serial skasowano[2]
Kasacja serialu, którego drugi sezon zakończył się cliffhangerem? Co za chuje bezlitosne. Doszedłem do finału drugiego sezonu, obejrzałem tego cliffhangera i zacząłem dumać nad bytowaniem. Pierwsza myśl była mało odkrywcza i chyba niezbyt oryginalna, bo brzmiała nie ma bytu bez odbytu.
Druga pogrążyła mnie w smutku, bo stwierdziłem, że chyba jestem jakiś głupi bo albo czegoś z serialu nie zrozumiałem, albo nie znam znaczenia słowa cliffhanger.
Trzecia zaś była taka, że Chuck Lorre (twórca TBBT, wiedziałem, że może się przydać w dalszej części tekstu) nie wie co mówi. Przecież zakończyli to tak, że można sobie wymyślić swoją własną wersję i mieć wyjebane na fakt kasacji.
No i mam zgryz.
Jak podobali się wam Heroes, macie dwa dni do zabicia i świadomie przyjmiecie na klatę fakt, że Alphas to serial bardzo podobny, możecie obejrzeć. Jak nie, to nie. Ale jak nie, to stracicie szansę na to, żeby mi wytłumaczyć, w którym miejscu myli się Lorre. Albo ja.
Wróć, w sumie to żadna zachęta. Oglądacie na własne ryzyko, reklamacji nie przyjmuję.

[1] W sensie nikt nie lata nad Manhattanem, chociaż koleś śmigający po suficie jak jaszczurka, bardzo mnie rozśmieszył. Nie będę dyskutował na temat zestawienia ze sobą słów realistyczne i supermoce.
[2] Istnieje teoria, że Summer Glau jest inkarnacją boginii pecha i niskich oglądalności, i wszystkie seriale, w których występuje albo pojawia się w więcej niż 3 odcinkach, zostają wkrótce skasowane. Firefly, Terminator:SCCh, 4400, Unit, Dollhouse, Cape, Alphas. Przypadek? Nie sądzę.