To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 27 maja 2011

NOCĄ NA WODZIE JEST NAJFAJNIEJ

Oczywiście pod warunkiem, że nie wieje za bardzo, fala nie jest za wysoka, nie pada deszcz i nie płyniesz z Ceuty na Gibraltar. Ale o tym innym razem. Pierwsze nocne pływanie zrobiło mi tak dobrze, że nie mogłem zasnąć. Oczywiście nie myślałem nawet o schodzeniu pod pokład, bo to zbrodnia przy takiej pogodzie. Wytargałem podkładki pod tyłek, poduszkę, śpiwór i po zakończeniu wachty się położyłem na burcie prawej. Było to bez sensu, bo emocje mną szarpały, łódź się kiwała, druga wachta gadała i się nie dało. Tak więc pół drzemiąc, pół czuwając, otoczony Niedzielą Palmową, patrzyłem jak zbliża się do nas Gran Canaria. Oczywiście na razie w formie jakichś światełek na horyzoncie (sprawdzić czy się nie ruszają).

OSTATNI PRZYJAZNY OŚWIETLONY DOM

To jest paradoks pływania po dużej wodzie. Gdy na lądzie znajdziesz się w nocy w środku niczego, światło zobaczone gdzieś daleko oznacza potencjalne schronienie. Witasz je z radością, jest twoim najlepszym przyjacielem, w organizm wlewają się nowe siły i zdwajasz wysiłki, by jak najszybciej tam dojść. Jak masz szczęście, to ugoszczą, dadzą coś gorącego, zapytają się skąd i dokąd i dlaczego dobrodziej pobłądził (nawet jeżeli nie pobłądziłeś). A na sam koniec rozwalą ci głowę siekierą, ubranie i dobytek sprzedadzą na targu a twoimi resztkami będą się przez miesiąc żywić. Chociaż to oczywiście tylko na południu Stanów.
Na wodzie światło na horyzoncie to twój nocny koszmar. Rzadko kiedy oznacza bezpieczną przystań, bardzo często oznacza jednostkę takiej wielkości, że gdyby po tobie przejechała, ludzie na mostku nawet by tego nie poczuli. W momencie, w którym zobaczysz na oceanie czy morzu światło, wchodzisz natychmiast w stan podwyższonej gotowości i zwiększonego stresu. I się zaczyna wytrzeszczanie oczu[1] oraz próba wyczajenia jakie światełko, oprócz białych, widać. A jak już dojrzysz zielone i skojarzysz, że zielone oznacza prawą burtę, zaczyna się żmudne móżdżenie - czy oni jadą w naszą stronę i skończymy jako psychodeliczna mielonka ciała, ubrań, laminatu, lin i stali. Czy może w przeciwną? A może idą równolegle? Na szczęście naprawdę groźnych sytuacji nie mieliśmy (nie licząc Gibraltaru, ale o tym w innym odcinku), co nie zmienia faktu, że woda odwraca znaczenie bardzo zdawałoby się jednoznacznych zjawisk. Na wodzie w nocy najlepszy jest niezmącony niczym mrok.

SPANIE JEST DLA MIĘCZAKÓW

Moja pierwsza wachta na oceanie wyglądała więc tak, że jak ruszyliśmy o północy, tak do godziny 5 nie spałem, potem podrzemałem godzinę a następnie do 08:19 trwałem w transowym półśnie-półjawie (bardziej jawie). I wtedy się rozbudziłem na dobre gdyż nastąpił pierwszy w moim życiu wschód słońca nad oceanem. Tym razem słońce wychodziło zza wyspy

Pierwsze zdjęcie jakie mój aparat uciągnął bo było dla niego dostatecznie jasno.

(impresjonistyczny efekt na wodzie mi się spodobał)

20 minut później krwisty efekt się rozwodnił

No dobra, przyznaję się - nikt nie spodziewał się UFO nad wyspą

 

(a tu wszystko na raz - woda, dym, światło i dźwięk)

Nagle wyspa wybuchła i wszystkim zrobiło się przykro, bo przecież mieliśmy na niej cumować. To pewnie UFO rozpoczęło taktyczny ostrzał nuklearny.

Po wybuchu nastąpił nagły zwrot akcji - zobaczyłem, że ktoś mnie wydymał i zamiast na kolejną rajską wyspę, Nazgul Karol uprowadził mnie do Mordoru. 

Na zbliżeniach wyglądało to 42 razy straszniej bo ta góra była wielka i zdawała się wisieć i schylać nade mną. Miałem lekko duszę na ramieniu.

Na szczęście wystarczyło zrobić odzumowanie i wszystko wróciło do normy

No mówię że wszystko w normie.

Niestety, znowu zacząłem się bawić zoomem i tym oto sposobem udało mi się zrobić drugą albo trzecią najstraszniejszą fotkę rejsu. Głupi jestem czasami ale to pewnie z emocji.

Zdjęcia oddają może połowę tego, jak to naprawdę wyglądało. Dlatego w tym miejscu przestanę na chwilę pisać i pozwolę wam samym to sobie spróbować wyobrazić.

OBSŁUŻYMY PANA HURTOWO

Wjazd na Gran Canarię był bezekscesowy, przytuliliśmy się do drugiej łodzi (ciut nas wyprzedzili), wyczołgaliśmy się na brzeg i daliśmy sobie czas na chwilę zadumy. Dla mnie był to czas zadumy potrójnej: po co już drugiego dnia mam oparzenia słoneczne i udar; kiedy ekscytacja zejdzie ze mnie tak, że w końcu zasnę oraz a może byś tak zią znalazł chwilę i obadał funkcje aparatu niezbędne do robienia wypasionych zdjęć. Wrzuciłem więc w kieszonki bojówek puszkę piwa, ramkę fajek, aparat i zszedłem na brzeg. Poklikałem trochę w funkcje ale to było nudne, bo przecież dokoła Kanary, mon, przestań klikać jak jakiś głupek, siądź w cieniu, wypij piwo, puknij rolkę, wysraj się w cywilizowanych warunkach, jaki w ogóle aparat, ortodontyczny chyba.
I tak oto, zamiast zgłębiać opcje, zacząłem zgłębiać puszki piwa. Coś mnie przecież musiało w końcu uśpić. Do tego stopnia nie chciało mi się niczego robić, że w samym porcie na GC pstryknąłem tylko dwie fotki. Poniżej jedna, bo druga jest identyczna tylko rozmazana

Jak ktoś zgadnie dlaczego akurat takie zdjęcie... Nie, nie będzie nagrody. W zasadzie to się trochę przestraszę, bo to będzie znaczyć, że ten ktoś zna mnie chyba trochę za dobrze.

Okazało się, że trzeba było jednak poklikać i pozgłębiać. To co widzicie powyżej jest ostatnią fotką zrobioną sprawnym aparatem. Albowiem drugiego dnia rejsu, oprócz zepsucia głowy lekkim udarem, zepsułem sobie również wyświetlacz aparatu. Każde następne zdjęcie jakie wrzuce w tej relacji będzie zdjęciem robionym totalnie na oślep, bez możliwości zmiany ustawień, jakiejkolwiek korekty i innych bajerów, które się powinno robić żeby fotka była niezła a nie zła.
Miejcie więc to w pamięci gdy zechcecie się ponabijać z chujowego kadru albo złej kompozycji albo z czegoś, z czego się nabijacie z dziewczynek na fotce. Mój wyświetlacz nie wytrzymał starcia z relingiem i zaczął wyglądać tak

To fotka zrobiona komórką więc w ogóle sobie darujcie dis

Trochę mi się zrobiło smutno ale z drugiej strony dlaczego ma być łatwo, skoro może być trudno. Rozpoczęło się cykanie fotek na masę, z nadzieją, że któraś z nich nada się do oglądania i publikacji. Awaria sprzętu to w zasadzie jedyna warta odnotowania rzecz jaka zdarzyła się na Gran Canarii. Postaliśmy tam ze 2 godziny i ruszyliśmy na Lanzarote. Oczekiwałem kolejnych pozytywnych wrażeń ale gdybym wiedział co szykuje dla mnie ocean, zostałbym w porcie.

A POTEM PRZYSZŁY ZWIERZĘTA

Żartuję, w życiu bym nie został bo byłem na takim strzale adrenalinowym, że przepchnąłbym jedną ręką lokomotywę albo przepłynął wpław kanał Fu Manche. Wypłynęliśmy około południa i zaczęło się prawdziwe żeglowanie. W tym sensie, że żagle poszły w górę, wiatr nas pognał w przód i nagle zrobiło mi się jeszcze lepiej. Gdyby mi się bowiem od takich widoków zrobiło gorzej, udałbym się natychmiast do najbliższego lekarza

 

Tutaj sobie wypływamy z portu. Albo już wypłynęliśmy. Dobra, już wiem - to widok na drugą stronę portu z miejsca, w którym cumowaliśmy. 

Tu też widok z łodzi na port i okolice. Zwróćcie uwagę na szczwanych hultajów z sąsiedniej łodzi - napompowali sobie pontonik i szpanują. Przydał się kilka dni później.

Dobra, dość przynudzania. Wyszliśmy z portu, żagiel w tle to druga załoga, która naiwnie sądzi, że nas ścignie. Owszem, ścignęli ale grali niesportowo bo w pewnym momencie pojechali na dieselgrocie.

Tutaj znowu mi aparat ześwirował i nagle ocean stał się cukierkowy i błękitniuśki jak coś bardzo błękitniuśkiego. Nie wiem czy akurat jedziemy na żaglach czy na katarynie, bo przy wyspie wiatr tak kręcił, że żagle stawialiśmy i zrzucaliśmy tyle razy, że mi się rachuba pomyliła po godzinie. A potem przyleciał ptak.

Nie lubię gołębi gdyż są głupie i srają. Ale jak jesteś daleko od brzegu i ptak ląduje ci na daszku żeby odpocząć, to nagle robi ci się coś dziwnego. To twój ziomal z lądu jest. Niech siedzi. Niech nawet nasra. A jak odpocznie, niech leci i nie wpada do wody. Pierwszy raz od 1998 dobrze życzyłem gołębiowi. Widzicie co woda robi z człowiekiem?
Oczywiście oprócz ptactwa, otaczały nas też inne jednostki pływające. Ten przeszedł daleko i miał fajną linię

To jedno z najnudniejszych zdjęć w skali całego rejsu ale zamierzam wrzucić wszystkie fotki mijających nas jednostek jakie zrobiłem. Czujcie się ostrzeżeni. Jednakowoż zdjęcie to wrzucam też z innego powodu - w momencie, w którym je robiłem, mieliśmy trzy w jednym: na górze gołąb, z przodu trawler (chyba?) a na dole 4 kilometry głębii. Albo 3. Dość powiedzieć, że nigdy głębiej pod sobą nie miałem. Lekko rozluźnił mi się wtedy zwieracz, bo gdy człowiek sobie uświadomi jaka jest pod nim otchłań, zaczyna się zastanawiać czy przypadkiem to nie gdzieś tutaj, w swym domu w R'lyeh czeka w uśpieniu martwy Cthulhu[2]. I ja was tutaj nie kokietuję, naprawdę durne myśli potrafią w takich sytuacjach przyjść do głowy.
Chwilę potem przestało mi być jeszcze bardziej do śmiechu, bo na pokład wjechał makaron a'la praski rozkołys i zobaczyłem miliard macek w garnku. Śmiejcie się, śmiejcie. Ciekawe co wy byście sobie wtedy pomyśleli.
Makaron był bardzo dobry.

Następny ziomek przejechał trochę bliżej.

Oczywiście bliżej w skali wodnej a nie rowerowej. Nawet mu pomachałem ale nie widziałem żeby ktokolwiek odmachał

Coraz większe kołysanie, zapachy z kuchni i widok obiadu lekko złożyły 3 osoby, w tym jedną na burcie. Po pierwszym pawiu, rejs uznałem za oficjalnie rozpoczęty. I żebyśmy się dobrze zrozumieli, wasz Brat i Piszący Te Słowa nie chorował, bo się nawsuwał antywymiotnych pigułek dla dzieci. Zresztą na fali długiej i łagodnej pochorować się nie sposób, to krótka i wredna falka od dziobu wywala z człowieka żołądek. Ale dość już o gastrologii, wróćmy do widoczków.

Zaczęło zachodzić słońce ale schowało się za chmurami więc z fotek romantycznych nici. Udało mi się za to złapać kolejnego ptaka. 

ALBATROSSS!!! (w sensie ta ciemna plama na tle chmur po prawej)

A tu trochę bardziej w prawo, bo próbowałem zrobić takie zdjęcie, które pokazałoby, że fale są miejscami jak domy. Niestety, aparat sobie nie radził z fotografowaniem wody. To jest ostatnie zdjęcie z tego wieczoru, bo zapadł zmrok.

I nagle...

Wtem...

Nieoczekiwanie...

Aaaaa... przypłynęły delfiny. Dwa. I wyskakiwały nad wodę. Dobra, o delfinach bedzie dłuższy kawałek w jednej z następnych części. Na razie ograniczę się do stwierdzenia, że się podnieciliśmy. Fotek nie zrobiłem, bo zrobiło się ciemno. Ale o tym już mówiłem.

Chwilę potem zrobiło się całkiem ciemno, wiatr się wzmagał, fala rosła a my dzielnie szliśmy na żaglach, bo wyciągaliśmy całkiem zadowalającą ilość węzłów. Na pokładzie rozmowy o wszystkim i nagle była 21. Ostatni raz na poważnie spałem poprzedniego dnia między 2:00 a 8:00 (krótka doba hotelowa, co nie?), od tego momentu w sumie przespałem jakieś 2 godziny, o północy zaczynała się moja wachta i ledwo widziałem na oczy. Stwierdziłem więc 'dobranoc, obudźcie mnie za kwadrans północ'. Po czym spadłem pod pokład, doczłapałem do kajutki i w opakowaniu, z pasem asekuracyjnym pod ręką, padłem na kojo. 10 sekund później odpłynąłem w wielki sen. Gdybym wtedy wiedział jakie będę miał przebudzenie...

[1] Oczywiście czasami radar działa i widać na nim, w którą stronę jedzie ten obłędnie wielki tankowiec. Najczęściej, celem oszczędzania akumulatorów, radar wyłączaliśmy i opieraliśmy się jedynie na złudnym świadectwie zmysłów.
[2] Wiem, że to na Pacyfiku a nie na Atlantyku ale nie bądźmy nadmiernie analni.

czwartek, 19 maja 2011

Pierwsze chwile nie były wcale takie fajne. Samolot się spóźnił, przez kwadrans szukaliśmy na parkingu samochodu z wypożyczalni a nasz hotel i marina były na drugim końcu wyspy więc czekała nas jeszcze godzina jazdy. Do tego Teneryfa poza sezonem nie jest taka przyjazna turystom jakby się zdawać mogło i o północy otwarty był tylko McDonald, do którego nie mieliśmy już siły jechać. Na dodatek doba hotelowa kończyła się jakoś absurdalnie o 10:00 więc w perspektywie mieliśmy krótkie spanie. Dlatego pierwszy dzień na Kanarach był krótki bo północ, pełen wkurwu i majaków głodowych bo do jedzenia mieliśmy fajki i butelkę ciepławej coli oraz jakiegoś takiego ogólnego zmęczenia i zniechęcenia bo w samolotach i na lotniskach od 10 rano. Spaliłem pół paczki, wypiłem szklankę ciepłej pychotki i padłem w bety. Po czym, zgodnie z logiką zmęczenia, przez pół godziny nie mogłem zasnąć. Albo lepiej. Pewnie schodziło ze mnie napięcie.

TENERYFA

Pobudka była brutalna i zbyt wczesna ale taki urok cienkich ścian i sublokatorów, którzy budzą się grubo przed ósmą, bo spać nie mogą. Jak już skojarzyłem gdzie jestem, stwierdziłem że czas obejrzeć w końcu ten ocean, bo do tej pory tylko o nim słyszałem. Ocean z tarasu wyglądał tak i chwilowo niespecjalnie mnie nawilżał:

Wychyliłem się również za barierkę i przyciąłem naszą marinę. Maszty, to zawsze polepsza mi humor. Nie żeby był ich gęsty las, tych masztów, ale jest woda i są łodzie więc jest dobrze. Marina wyglądała tak:

Albo tak (daję to zdjęcie, bo błękit wypala ślady na siatkówce)

(No dobra, obie fotki są zrobione ze ścieżki a nie z okna hotelu, bo z okna nie wiedziałem gdzie patrzeć. Trochę was będę w czasie tej relacji oszukiwał więc nie wnikajcie za bardzo)

Ale to nie był jeszcze czas okrętowania. Trzeba było zabić kilka godzin. Jak się zabija kilka godzin na Wyspach Kanaryjskich? Najpierw zaślubiłem się z oceanem. O, w tym miejscu:

Zaślubienie polegało na tym, że nabrałem wody w garść i jej się napiłem. Kładę to na karb niewyspania.

Następnie zjedliśmy śniadanie drwala i posnuliśmy się do mariny żeby obejrzeć naszą łódkę. Widoki z mariny były mocno milkowe

Ale również nieco przykurzone

Na marinie szału nie było ale ta łódka była całkiem fajna. Brak zbliżeń wynika z mojej wrodzonej nieśmiałości i nieogarnięcia aparatu, który wszak miałem dopiero od 3 dni

Doszliśmy w koszmarnym skwarze do naszej łódki, przy której kręcił się nurek (sprawdzić czy nie germański sabotażysta). Nurka nie sfotografowałem ale łódkę wrzucę jeszcze raz, bo była ładna i się ładnie nazywała (Gran Menudo znaczy Bardzo Często, Hiszpania, gorąco, temperament - skojarzenia miałem jednoznaczne).

Opuszczając marinę zobaczyłem najsmutniejszą plażę świata. Była to tak smutna plaża, że płakałem gdy robiłem fotkę. Dlatego może być nieco rozmazana

Gdy już obejrzeliśmy łódź, marinę i smutną plażę, wsiedliśmy do samochodu i rozpoczęliśmy powolny kruzing szlakiem Lekko Zagubionego Turysty. Albowiem doszliśmy do wniosku, że ciekawe i modne miejsca można sobie obejrzeć w internecie i wolimy posnuć się bez ładu, składu i konkretnego planu[1]. Trasy przejazdu nie jest w stanie odtworzyć nawet najlepszy GPS bo mam wrażenie, że głównie kręciliśmy się w kółko, zatrzymywaliśmy się w fajnych punktach widokowych, robiliśmy fotki i znowu zaczynaliśmy się kręcić w kółko. Co było bardzo fajne i malownicze. Na dowód zamieszczę kilka fotek nie wiem dokładnie czego.

To jest ładny widok z góry, której nazwy nie znam

Zdjęcie wygląda tak, jakbym je robił podczas trzęsienia ziemi. To dlatego, że nie rozpoznałem jeszcze wtedy w aparacie opcji 'wyłącz rozdygotaną rękę fotografa'. 

Potem próbowałem sfocić krzaki ale nie wyszło i uzyskałem kolejny dziwny, ocieniony pejzażyk

 (To ten sam widok co na poprzedniej fotce ale już bez zbliżenia)

I jeszcze jeden ładny pejzażyk

No mówię wam, miejscami jak w ruskiej bajce, tak ładnie było.

Jak nam się znudziło, wbiliśmy się na autostradę i zaczęliśmy krążyć po wyspie jeszcze bardziej bez sensu. W mieście, którego nazwy nie pamiętam, znaleźliśmy mówiącą plażę. Niestety, filmik ma kiepską jakość i nie słychać jak woda przelatująca między drobnymi kamyczkami mówi, musicie więc uwierzyć mi na słowo. Zdjęć nie ma, bo nie chciałem żeby zaczęli się tam zjeżdżać turyści. Plaża ma bowiem 6 metrów szerokości i 20 długości.

Po krótkiej pogawędce z wodą, pogięliśmy w końcu na lotnisko po koleżankę. W drodze robiłem zdjęcia przez szybę ale wyszły tak durne, że pokasowałem. Dobrze, że przynajmniej samolot udało mi się złapać. Na fotce próbuje minąć skrzydła wiatraków i prawie uderza w znak. Wszyscy bardzo się ucieszyli, że wyszły mu oba manewry unikowe:

 

PIRAMID NIE MA ALE TEŻ JEST ZAJEBIŚCIE

Gdy już odebraliśmy ostatnią załogantkę, rozpoczął się najdziwniejszy kawałek naszego błądzenia po Teneryfie. Postanowiliśmy obejrzeć słynne piramidy w Guimar, które są malownicze, etniczne i bardzo stare. Nie udało się z przyczyn banalnych - szybki rzut oka przez ogrodzenie utwierdził nas w przekonaniu, że są one bardzo niskie i bardzo podobne do nasypów kolejowych.

(to te konstrukcje za samochodem i drzewami)

Bilet kosztował 10 eurasów (wtedy wydawało mi się to jeszcze drogo). I do tego zaczęło padać. Stwierdziliśmy, że widok przez siatkę jest dostatecznie satysfakcjonujący i odjechaliśmy, by znaleźć jakąś restaurację. Więcej zdjęć nie ma, bo tak lało, że bałem się zamoczyć aparat. Głupi ja, przecież zabierałem go na ocean gdzie jest bardzo mokro.

SJESTA, NERWOWY POLAKU

Sjesta jest wynalazkiem fajnym ale z punktu widzenia turysty, wyjątkowo irytującym. Dzielny naród hiszpański o godzinie 14:00 zamyka wszystko na głucho i do 16:00 ma wyjebane na palące potrzeby dzikusów z Europy Wschodniej, którzy chcą zjeść i kupić fajki. Krążąc po mieście w godzinach sjesty, zabłądziliśmy.

WHERE EAGLES DARE. NOT

'To gdzie jechać' - zagaił kapitan. Zaczęliśmy się śmiać, bo wiedzieliśmy tyle samo co on. Poradziliśmy mu więc by zdał się na instynkt. Instynkt zaprowadził nas najpierw do końca jezdni a potem na rozstaje dróg.
'Jak pojedziesz w lewo, znajdziesz sławę i pieniądze. Jak prosto, miłość. Jak w prawo, to cię pojebie'. Mą radosną bajkę przerwało natarczywe trąbienie temperamentnego torreadora. Skręciliśmy w prawo i faktycznie, coś nam się pojebało i zabłądziliśmy. Szukając wjazdu na autostradę zwiedziliśmy miejsca, gdzie nigdy nie był żaden turysta. Bo turyści są normalni i Teneryfę zwiedzają z mapą i z przewodnikiem a nie na azymut i 'jakoś to będzie'. Z drugiej strony, to co zwiedzają turyści jest w tysiącu miejsc w internecie a nasza trasa tylko u mnie na blogu. Uważam, że wygrałem w tej konkurencji. Dzięki zbłądzeniu zobaczyliśmy bowiem dziwne szklarniowe uprawy nie wiem czego. Aha, oczywiście cały czas kropiło

Długi fragment malowniczego murka z kamieni, co było ładne i etniczne chociaż na fotce tego nie widać, bo barierka go chwilowo zasłania. Jak widzicie kropienie przeszło w ulewę (chociaż nie jestem pewien czy udało mi się uchwycić wszystkie krople w kadrze)

Dobra, tutaj widać dużo deszczu i jeszcze więcej kaktusów wyrastających z kaktusów. Znaczy byłoby widać gdyby nie deszcz.

Tunel, który znaleźliśmy po kilku albo kilkunastu kilometrach błądzenia i który miał nas doprowadzić do autostrady

... i doprowadził ale niestety, nie mieliśmy w bagażniku diaxy i mogliśmy sobie tylko filozoficznie powiedzieć 'tak blisko a tak daleko'

W końcu się udało ale nagle niebo spadło nam na głowy (podobne zdjęcie widzieliście wcześniej, przy szklarniach, ale nie zarejestrowałem upadku nieba więc muszę znowu ściemnić)

... i perspektywa posiłku pod chmurą zaczęła się oddalać w tempie przerażonego geparda na amfetaminie. Na szczęście okazało się, że tylko Luna jest surową panią i nagle, zupełnie bez powodu się rozpogodziło i przygrzało. Wyobraźcie sobie tortury jakie przeżyłem nad wielką michą gorącej paelli (warto nadmienić, że szału nie było - ryż z warzywami i z mięsem, wielkie mi halo).

A potem z górki - zakupy, klamoty na łódkę, podział kajut, rozpakowka, prysznic, piwo, fajek i nerwowe wyczekiwanie do północy. Nerwowe, bo niebo zaczęło się robić z lekka dziwne a nikt nie chciał zaczynać pływania po Atlantyku od nocnej burzy

TNIJ CUMY, NĘDZNY SZCZURZE LĄDOWY

Nocą trochę się rozpogodziło, załogi przestępowały z nogi na nogę a kapitanowie omawiali manewry przy wyjściu, trasę, częstotliwości na ukf-ce i inne tajne rzeczy, właściwe kapitanom. Modelowe wyjście na pełnej kurwie trochę nam nie wyszło w wyniku splątania cum na polerze ale już po 5 minutach i 3 cm2 skóry zdartej z prawej dłoni, rozpoczął się mój rejs. I to od razu od nocnej wachty.

OCEAN NOCĄ

Jest piękny, o czym może przekonać się każdy, kto ruszy się na taki rejs. Zdjęcia mi bowiem nie wyszły i nie zobaczycie nieba z milionem gwiazd i księżyca w pełni z podwójnym halo.  Dam wam próbkę. Według mojego aparatu, księżyc w pełni na początku wygląda tak

Chwilę potem zaczęła się Fatima. A właściwie amba-fatima czyli księżyc był a teraz go ni ma. Jak we wojsku. Tańczący księżyc wygląda tak

(zwróćcie uwagę na fajowy, miedziany efekt w wodzie)

Chwilę potem księżyc przyspieszył i zaczął pruć ku tafli

(więcej efektów na wodzie)

Nagle nikt nie wiedział co się dzieje

Na koniec księżyc udał pioruna i zrozumiałem, że jak go nie przestanę irytować, to skończy się ta zabawa źle

Woda szemrała kojąco o burty, wiał ciepły, niezbyt mocny wiatr, robiliśmy zadowalającą ilość węzłów i ogólnie było mi tak dobrze, pięknie i błogo, że rozkminianie efektów specjalnych w moim aparacie zostawiłem sobie na następny dzień. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Tak, rejs się zaczął i naprawdę płynąłem po Atlantyku. Byłem w euforii ale nie wiedziałem, że najlepsze chwile ciągle przede mną. Bo i skąd - co niby mogło to przebić. O, sancta simplicitas! Już za 24 godziny miałem się przekonać jak bardzo się mylę.

[1] Dobra, jeden plan był. O wyznaczonej godzinie musieliśmy być znowu na lotnisku żeby odebrać ostatnią załogantkę, która leciała trochę inaczej.

wtorek, 17 maja 2011

'Radek, jedziesz z nami na imprezę do Torunia?'. 'Radziu, to co? Jedno, góra dwa?'. 'Stary, a może byśmy skoczyli nad Białe na urodziny Blondyna?'.  Mam tak, że moim znajomym zdarza się rzucić z partyzanta tekstem, który generuje tak fantastyczny ciąg zdarzeń, że czasami mam wrażenie obcowania z ukrytą kamerą. W przypadku mojego ostatniego urlopu było bardzo podobnie. Miałem już zakontraktowany czerwcowo-lipcowy rejs z Francji do Portugalii, dwa tygodnie pod żaglami, Ailen za sterem, skład na miejscówce znany i sprawdzony, zaliczki wpłacone. Rozmowa z kapitanem Karolem miała więc dotyczyć ustalenia pasującego mi terminu na tygodniowe bujanie się po Mazurach. Żadnych zagrożeń niespodzianką, ot, rzucimy okiem w kalendarz, spojrzymy na koncerty, konwenty i urodziny znajomych i wypracujemy konsensus. Jakim byłem naiwnym łosiem.

Karol wbił na miejscówkę, zanęcił wiśniówką, wzięliśmy po piwie i udaliśmy się na patio na szluga i kalendarzowe rozkminy. Nie pamiętam teraz czy dał mi minutę czy kwadrans ale zamiast 'to kiedy na te Mazury byś się wybrał?' usłyszałem coś takiego: 'Zią, miałbyś ochotę na trzytygodniowy rejs z Wysp Kanaryjskich na Majorkę przez Ibizę?'.

Tutaj zrobimy sobie krótką przerwę reminiscencyjną. Gdy byłem wątłym i zahukanym młodzieńcem, obiecałem sobie, że przed czterdziestką wybiorę się na kilka dni na Ibizę, przyjmę każdy narkotyk znany światu, wypiję mnóstwo alkoholu oraz złapię kilka uleczalnych chorób skórnych od przygodnie poznanych turystek. Marzenie to pielęgnowałem kilka lat a potem okazało się, że nie trzeba wyjeżdżać na Baleary żeby zrealizować ten prosty plan. No, może z pominięciem narkotyków. Mimo tego, gdy usłyszałem słowo 'Ibiza', pod czaszką eksplodowały wspomnienia i już po 2 sekundach zacząłem, tocząc wielkie płaty śliny, pieszczotliwie ganić kapitana za zniszczenie mi perfekcyjnie zaplanowanych wakacji. Było dużo chujów, kurew oraz japierdolę. Bo wiecie, dwa długie urlopy w odstępie dwumiesięcznym to, w przypadku mojego miejsca w strukturze działu, spory problem logistyczny. O kasie na razie nie myślałem.

Gdy odzyskałem zdolność artykułowania inteligenckiego i wytarłem większość śliny, zapytałem się kiedy i ile. Kwiecień, trzy i pół koła plus wydatki na lądzie. Wtedy strzeliło mnie znowu, bo nie dość, że trasa piękna, to jeszcze po takiej taniości, że Mazury po sezonie się chowają. Chociaż już wiedziałem, że popłynę, poprosiłem o kilka dni na odpowiedź, bo jednak musiałem kwestie urlopowe obgadać z szefową. Minął weekend i nastał poniedziałek.

Czasami bywam niemądry. Nie wiem jakim cudem zalęgła się nawet we mnie myśl, że będą kłopoty z urlopem. Szefowa gdy usłyszała skąd i dokąd płynę, zerknęła w mój licznik zaległego urlopu i powiedziała, że nie ma najmniejszego problemu. Pierwsza przeszkoda wzięta.

Teraz zacząłem kombinować skąd naskładać kasy na oba rejsy, bo to dla pracownika niskiego szczebla z kredytem frankowym było już wyzwanie. Na szczęście z pomocą przyszli nieocenieni Rodzice, dla których dalej jestem małym chłopcem i którzy nie chcieli słyszeć bełkotania 'pożyczcie a jak będę miał, to oddam'. Po prostu podarowali mi worek kasy i ze słowami 'płyń po morzach i oceanach w podróż swoich marzeń' poprosili grzecznie o pospierdalanie. Do tej pory nie wiem w co ich całować, bo faktycznie to dzięki nim do skutku doszła ta wyprawa[1].

Urlop - check. Kasa - check. Zaliczki wpłacone - check. Kasa na przelot przelana - check. Pozostało mi tylko oczekiwanie i robienie zakupów na rejs. Czas oczekiwania na kwietniowy wypad umilałem sobie myślami jak to będzie pięknie i mądrze gdy w ciągu trzech miesięcy przepłynę dwa tak różne dystanse i dwie tak różne trasy. Niestety, jak pewnie część z was wie, Los postanowił zagrać nam wszystkim na nosie i wyciął wszystkim taki numer, że ja do tej pory nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości faktu, że nigdy już nie popłynę w rejs z Ailen. A najbardziej żałuję, że nigdy nie będę jej w stanie podziękować za to, że pokazała mi to morze i że to właśnie dzięki niej ruszyłem się z Mazur i przeżyłem sto tysięcy najpiękniejszych chwil na wodzie.

Fakt, że rejs Francja-Portugalia wypadł nam wszystkim z kalendarza skwasił mi limo ale spowodował również to, że tym bardziej niecierpliwie wyczekiwałem kwietnia. Bo ciągnęło mnie nad wielką wodę okrutnie.

Na tydzień przed wylotem chodziłem po ścianach. Na trzy dni przed wylotem popadłem w bezsenność i dostałem zaparcia. Dzień przed wylotem dostałem takiego rajzefibera, że cudem tylko nie stanąłem w ogniu. Zaś w dzień wylotu nie mogłem się przez kilka minut podnieść z łóżka, bo mnie chyba ze stresu sparaliżowało.

Stres nie był spowodowany wizją lotu, bo ja się latać nie boję. Nie wiem kiedy ale wiem jak zginę i nie będzie w tym uczestniczył żaden samolot. Sparaliżowała mnie wizja żeglowania po Atlantyku łodzią wielkości mojej gąbki kąpielowej. Oczywiście w porównaniu do ogromu wody dokoła, bo Bavaria 46 Cruiser to całkiem spora i zacna jednostka.

 

I faktycznie, pierwsze dwa dni to był respekt, szacuneczek i lekki paraliż. Bo wiecie - ocean. A potem pierdolnął sztorm i całe napięcie ze mnie zeszło. Ale nie uprzedzajmy faktów.

15 kwietnia załadowałem się na pokład samolotu i pofrunęliśmy na skrzydłach burzy[2] do Madrytu. Tam spędziliśmy sto godzin czekając na połączenie na Teneryfę, które się spóźniało, bo nad wyspą duł wichor i ogólnie warunki były mało lotne. W końcu się udało, maszyna podkołowała pod rękaw, wyciągnęliśmy z bagażu podróżnego buzdygany, morgenszterny i krótkie miecze i wyrąbaliśmy sobie w tłumie starców, kobiet i dzieci drogę na pokład. Chwilę później moje stopy po raz pierwszy w życiu dotknęły hiszpańskiej ziemi. Jeszcze nie wiedziałem, że ten pierwszy krok na zdrętwiałych nogach[3] to początek najpiękniejszych trzech tygodni mojego życia.

[1] No dobra, i tak by doszła, bo na horyzoncie majaczyły dodatkowe zlecenia i miałem już zakontraktowane trzy wieczory w tygodniu na rurce w klubie dla pań ale tym razem stwierdziłem, że wyjątkowo lepiej jest łatwiej niż trudniej.
[2] Figura stylistyczna. Turbulencje nad Madrytem, jakkolwiek zabawne i wywalające żołądek na nice, były zbyt mało burzowe i trwały niecałą minutę. Zero emocji.
[3] Chcę spędzić 3 minuty w zamkniętym pomieszczeniu z psychopatą, który zaakceptował odstępy między siedzeniami w klasie ekonomicznej.