To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 14 maja 2010

Tłumacz zajawił, znajoma zachęciła, ja się skusiłem, wczoraj kupiłem, dzisiaj skończyłem czytać i w zasadzie nie wiem od czego zacząć. Bo łatwo książkę zaszufladkować jako 'bezsensowne gore porno', następnie obudować ten leitmotiv kilkoma zręcznymi akapitami, w których popastwimy się nad dziełem, dolać dużo krwawych epitetów a na koniec napisać, że jest to lektura dla osób z problemami psychicznymi. I można iść zainkasować wierszówkę. Na początku nawet chciałem tak zrobić, bo mnie ta pozycja rozwścieczyła jak mało co. A potem ochłonąłem i stwierdziłem, że pisanie z gorącą głową ma tyle samo sensu, co wyznawanie miłości świeżo poznanej kobiecie na 10 sekund przed orgazmem - gdy opadną emocje zostaje ocean niezręczności. Postaram się nie sprzedać zbyt dużych spojlerów więc będą uproszczenia. Ci, którzy już czytali Poza sezonem, niech mi je wybaczą.

Schemat do bólu znany, bo mamy domek w środku niczego, w nim grupkę nowojorczyków na wywczasie a dokoła bandę najbardziej zdehumanizowanych kanibali, z jakimi miałem kiedykolwiek nieprzyjemność obcować. I tutaj trudno i nudno, ale muszę dać krótki rys historyczny. Pierwsza wersja książki powstała w roku 1980. Co nas wtedy straszyło z podobnych, znanych szerszej grupie nerdów, rzeczy? Ano niewiele - Noc żywych trupów, Świt żywych trupów, Teksańska masakra, Halloween, być może Piątek 13 (ten sam rok, nie wiem czy Ketchum pisał Poza sezonem po czy przed premierą filmu). Książek o podobnym ładunku ekstremy, z tamtego okresu nie kojarzę ale to przez mój kompletny brak oczytania.

W czasach gdy książka powstała, nie miała szans ukazać się w takiej treści, w jakiej ją sobie pisarz umyślił. W posłowiu Ketchum opisuje proces przeredagowywania powieści tak, aby była przyswajalna dla przeciętnego czytelnika[1]. A i tak po premierze ludzie doznali szoku, wydawca wycofał z obiegu niesprzedany nakład i postanowił nie robić dodruków. Minęło kilkanaście lat i pisarz przywrócił książce jej pierwotny kształt. Ponieważ wywalił do kosza jej pierwszą wersję, to co dostałem wczoraj do ręki, było książką napisaną praktycznie od nowa.

Dzisiejsze możliwości CGI i fantazja scenarzystów, pozwalają ukazać na ekranie najgorsze zezwierzęcenie (Dom 1000 trupów choćby) ale w ciągu ostatnich 10-15 lat powstało tyle filmów o ludziach w dziczy ściganych przez lokalnych zwyrodnialców, że trochę nam to wszystko spowszedniało, cierpienie ofiar zdaje się być umowne, zwyrodnialcy nie są aż tak bardzo zwyrodniali a krew jest ledwie letnia i za mało czerwona. Siada spowszedniały i urobiony czytelnik, który ma wrażenie, że nic go już nie ruszy, zaczyna czytać i po 70 stronach dostaje takiego mentalnego kopa w jaja, że zwija się na podłodze i zanurza w otchłań psychicznego cierpienia. O tak, dostałem dokładnie to, czego się nie spodziewałem.

Styl. Całość to ledwie 190 stron tekstu. Dominuje fraza reportersko-dokumentalna. Nie dostajemy naszpikowanych przymiotnikami opisów wszystkiego, nie dostajemy mistrzowskiej wiwisekcji psychologicznej bohaterów, nie dostajemy rozbudowanego komentarza odautorskiego (wszystkowiedzący, wszystkokomentujący narrator). Historia zdaje się wisieć w powietrzu a bohaterowie są naszkicowani. Ale dostajemy za to, z jednej strony wydestylowane cierpienie i pierwotną, animalistyczną wolę przeżycia, a z drugiej chłodny, pozbawiony oceny, opis obcej formy życia, jaką są atakujący kanibale. Prostota formy plus prostota treści plus brak kompromisów autora, dało mieszankę, która wybuchła mi w twarz z siłą supernowej. I mam wrażenie, że gdyby to napisał King, to z całym szacunkiem dla jego warsztatu, rozcieńczyłby to do stopnia, w którym zamiast szklanki krwi ze skrzepami dostałbym szklankę lurowatego soku malinowego. Tym razem mniej znaczyło lepiej.

Treść? Treść wszyscy znamy, bo każdy z nas obejrzał do tej pory przynajmniej 20 filmów o grupie ludzi z miasta osaczonych w dziczy przez ludzi z dziczy. Ogólne założenia scenariuszowe nie kopią, bo się oswoiliśmy. Kopie wykonanie, kopie opis, kopie rządzący całą rzezią przypadek[2], kopie bezsensowność zbrodni a przede wszystkim kopią momenty, w których rzeczy się stają. Bo stają się nagle i bez ostrzeżenia. Ofiary praktycznie ani razu nie mają szans na skuteczną obronę a jak im się udaje, to tylko dlatego, że zadziałał wspomniany król-przypadek[3]. Ketchum nie napisał tej książki, żeby się z czytelnikiem pieścić czy wchodzić w jakieś kompromisy. Przeciwnie, on robi wszystko, żebyśmy go znienawidzili. I świetnie mu to wychodzi.

Oprawcy. Przeczytałem i obejrzałem dużo rzeczy. Do tej pory tak naprawdę przeraziły mnie dwie rodziny psychopatów: ci z Teksańskiej masakry i ci z Domu 1000 ciał. Wydawało mi się, że poprzeczka stoi wysoko. Dla Ketchuma wisiała ona na wysokości kolan, przeszedł nad nią bez wysiłku, podniósł i zawiesił gdzieś, gdzie moim zdaniem, nikt do tej pory nie sięgnął. I ja się tutaj naprawdę nie egzaltuję. Daje nam jakieś sygnały skąd się mogli wziąć ale tak naprawdę to zasłona dymna, bo jedyne czego możemy być pewni, to pochodzenie ich praprzodkini. Cała reszta pozostaje niedopowiedziana - nie wiemy kim są, skąd przyszli, dlaczego stali się tym, czym się stali. Są idealnie obcą, pozbawioną uczuć wyższych, formą życia, z którą nie ma, innego niż siłowy, możliwości kontaktu. Varelse. Błaganie ich o litość ma tyle samo sensu, co błaganie o litość ksenomorfa. Możesz mówić. Może nawet zrozumieją, co do nich mówisz. Ale zareagują w sposób kompletnie dla nas niezrozumiały. Może ostatnio stałem się wrażliwszy ale wyjątkowo zszarpały mi psychę opisy tortur, jakim poddani zostali niektórzy z bohaterów. Nawet nie z powodu plastyczności opisu. Najgorsza była wylewająca się spomiędzy zdań bezsilność ofiar połączona z obojętnością oprawców. I dlatego opis śmierci Laury to jedna z najbardziej szarpiących nerwy rzeczy, jakie w życiu czytałem[4]. Bo wiecie, dla faceta bezsilność to jedno z najbardziej parszywych uczuć.

No dobra, nie odpuszczę tego, czym się większość ekscytuje - są tortury, są opisy, często człowieka mdli, kilka razy musiałem przerwać lekturę, bo nie wyrabiałem. W skrócie - jest patroszenie, kastracja, dekapitacja, amputacje, rozbijanie głów, gotowanie głów, przebijanie języka haczykiem, gulasz z ludzi, kiełbasa z ludzi, grillowani ludzie, poderżnięte gardła i odgryziony sutek. W zasadzie jest praktycznie wszystko, o czym niekoniecznie chcielibyśmy czytać. Ketchum funduje nam prawdziwą ekstremę.

A jakby tego jeszcze było mało, dorzuca do tego zdziczałe, kanibalistyczne dzieci. Robi też rzecz rzadko spotykaną - dzieciom zdarza się ginąć a my wtedy cieszymy się i bijemy brawo. I pewnie przez te dzieci, niektórzy recenzenci będą strzelać napinkę i pisać o tym, że Golding we Władcy Much dał nieporównanie pełniejszy opis rozkładu więzi społecznych i staczania się... Wiecie o co chodzi. To nic, że w Poza sezonem nie chodziło o opisywanie genezy powstania gatunku a dzieci są wprowadzone po to, żeby jeszcze bardziej szarpnąć czytelnikiem. I tak mu się pewnie dostanie, wspomnicie moje słowa. A jak się nie stanie, to będę bardzo zdziwionym Teklakiem.

Bo widzicie, nie żywię złudzeń. Na dobre recenzje ta książka nie ma co liczyć. Pewnie wszyscy powtórzą chórem 'kontrowersyjna i wstrząsająca'. A potem doprawią 'brutalna, bezsensowna i niepotrzebna'. Bo trzeba odrobiny dobrej woli podczas czytania by dostrzec, że w całej tej historii nie chodzi o epatowanie czytelnika opisem zjadania penisa i jąder a o próbę, moim zdaniem wcale udaną, opisu różnych zachowań ludzi w sytuacji ekstremalnej.

Pomimo tego, że książka mi się, nazwijmy to, podobała, mam mieszane uczucia, czy wam to polecić, bo to jednak obrzydliwa rzecz. Niby trzy dyszki to nie majątek ale mniej się boję o stan waszego portfela a bardziej o to, co sobie o mnie pomyślicie gdy powiem 'marsz do księgarni'. Z drugiej strony, czym byłoby życie bez odrobiny ryzyka? Dlatego zaryzykuję, wieczorem wezmę ostrego kebaba[5] a teraz powiem 'marsz do księgarni, trzy dyszki to nie majątek'. Dziękuję za uwagę i do poczytania.

[1] Ketchum zgodził się na drastyczne zmiany w tekście, bo jak sam pisze 'To w końcu był mój debiut i samo posiadanie umowy starczało mi do pełni szczęścia'. W zupełności go rozumiem.
[2] Bohaterowie giną w zupełnie innej kolejności niż to sobie wyobrażałem w trakcie czytania. Dlaczego? Ano, jedni mieli pecha spać akurat w tym a nie innym pokoju, inni okazali się słabsi, niż mogłoby się nam wydawać a jeszcze inni wykrzesali z siebie odrobinę niezbędnej odwagi.
[3] Polityka niespojlerowania powoduje, że upraszczam.
[4] W Teksańskiej masakrze jest scena gdy niedołężny dziadek próbuje rozbić młotkiem głowę jednej z bohaterek. Nie radzi sobie, rodzina się zaśmiewa a dziewczyna odchodzi od zmysłów z przerażenia. Źle się podczas jej oglądania czuję. Przy wspomnianym opisie jawi mi się ona niczym poranek dla dzieci.
[5] Bardzo hermetyczny żart, zrozumiały dla tych, którzy mnie trochę znają.

piątek, 07 maja 2010

No, znowu o rowerzystach będzie. Ale tym razem krócej i na temat.

Odkąd przeprowadziłem się z Piaseczna na Pragie, zacząłem jeździć rowerem praktycznie codziennie. Odpadła mi albowiem trauma związana z przejazdami Puławską w godzinach szczytu, podczas których to, moje życie wystawiałem na srogi hazard. Od grudnia mam wszędzie blisko, w pobliżu mojego miejsca zamieszkania przebiega ścieżka rowerowa a do pracy mam relatywnie krótki odcinek gdy muszę jechać ulicą. Zaczęło się rowerowanie. Od bodaj siedmiu tygodni (nie lubię jeździć po zaspach, zimą rower stał w domu) przejechałem trochę kilometrów, odwiedziłem kilka popularnych miejscówek i mam dizonanzen, bo znowu muszę trącić butem rowerzystów.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, kierowcy to bydlęta jakich mało, ich najlepsze wyczyny dokumentuję na blipie pod tagiem #rsrr i może kiedyś poświęcę im dłuższą notkę. Albo nie, bo psioczenie na nich to jak skrojenie siedmiolatka z komórki - łatwe i nie daje satysfakcji. Za to rowerzystów będę smagał bez litości, bo przez swoje nieodpowiedzialne występy psują mi pijar. Tak jak napisałem w ubiegłym roku 'wstyd się przyznawać, że jest się cyklistą, bo natychmiast tracisz w oczach rozmówcy 60 punktów IQ, 50% zajebistości i 42 punkty atrakcyjności towarzyskiej'. Podtrzymuję swoją opinię. Od razu uwaga dla napinaczy - poniżej będę krzywdząco uogólniał. Znowu.

Jestem typowym rowerowym piknikiem, nie przejeżdżam po pracy 100 kilosów dokoła Warszawy, rower nie jest dla mnie fetyszem (chociaż kocham swojego Wheelera), traktuję go czysto użytkowo. Widzę jego przewagi nad samochodem, zwłaszcza na krótkich trasach miejskich, takich do 15-20 kilometrów. Dlatego jak się tylko zrobiło cieplej, wbiłem na siodło i pomknąłem do pracy. Trasa moja wyoptymowana prowadzi wzdłuż Wisły ale jeżdżę tamtędy raz na tydzień. Bo normalnie strach - ścieżki dziurawe, schody nad rzeką wyszczerbione i wszędzie tłuczka szklana. Dlatego zazwyczaj śmigam drogą optymalną nie do końca - przez Plac Zamkowy, Krakowskie, Nowy Świat i dalej. Tych właśnie miejsc dotyczyć będzie moje pierwsze uogólnienie.

Rowerzyści, czy wy macie strupy na mózgu? Po Nowym Świecie i Krakowskim mogą jeździć taksówki, autobusy, samochody z identyfikatorami i rowery. Dzięki temu, nawet w porannym szczycie, jest tam tak pusto jak w małomiasteczkowym kinie na filmie kina moralnie zaniepokojonego. Są to, w mojej opinii, dwie najbezpieczniejsze do jazdy ulice w Warszawie (darujcie sobie wspominanie bocznych uliczek osiedlowych, bo piszę do inteligentnego odbiorcy).
Pytam zatem, dlaczego tak wielu z was upodobało sobie szybki slalom po chodniku między pieszymi? Jasne, przodują w tym nabuzowani hormonem młodzieńcy na jakichś bmx-ach z małymi kółeczkami albo dresiwa na bajeranckich makrokeszach. Gdyby stanowili wyłączną grupę chodnikowych slalomantów, to bym tematu w ogóle nie podnosił. Ale między pieszymi przemykają również ludzie, którzy na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie inteligentnych. Na drugi rzut nie ma czasu, bo trzeba uciekać. Pół biedy jak takiego inteligenta widzisz, wtedy zawsze można w niego wejść i wdać się w krótką pogadankę uświadamiającą[1]. Gorzej gdy z lekkim poświstem wyprzedza cię z najmniej oczekiwanej strony, do tego na lakier.
Nie jestem w stanie tego zrozumieć, wszelkie próby wytłumaczenia sobie ich postępowania na bazie logiki, poległy. Poddaję się, mając ich wszystkich za skończonych kretynów. Ale oczywiście chętni mogą podjąć się próby wyjaśnienia mi o co chodzi.

Mijamy Plac Zamkowy i zmierzamy po kocich łbach na Rynek Starego, i dalej Nowego Miasta. Tłum ludzi a między nimi, z jeszcze większym zacięciem, śmigają rowerzyści. Pomimo widocznych znaków zakazu jazdy rowerów (przy Świętojańskiej, i z drugiej strony, przy Barbakanie stoją sobie one, te znaki) i wbrew zdrowemu rozsądkowi, dzień w dzień odbywa się tam slalom. Czy takim problemem jest przespacerować się te 5 minut? Albo pojechać Podwalem? Znowu się gubię w ścieżkach myślenia kolesi na rowerach.

Ale i tak moimi faworytami są ci, którzy decydują się na przejazd chodnikiem po Nowym Świecie, na odcinku między rondem de Gaulle'a a Świętokrzyską. Zwłaszcza po 'stronie starbaksowej', gdzie od jakiegoś czasu na ulicy stoją knajpiane ogródki. Tego nie zrozumiem nigdy, bo to wykracza daleko poza moje granice pojmowania. Bardzo daleko.

Dobra, wybywamy z Centrum i wbijamy na Pole Mokotowskie. Na główną alejkę, od Biblioteki Narodowej do Jeffsa (róg Żwirek i Banacha). Na Pole jeżdżę tylko po to, żeby usiąść sobie na ławce i poczytać książkę. To nie jest miejsce dla mnie, bo jest tam za ciasno. Do tego od jeżdżenia w kółko kręci mi się w głowie.
No to podjeżdżam do ławki, gdzieś tak na wysokości zbiornika wodnego, otwieram książkę i już po 3 minutach słyszę ostro hamujący rower. Odkładam książkę i zaczynam się przyglądać. Na głównej alejce, przestrzeń dzielą ze sobą piesi, rolkarze, psy, małe dzieci i rowerzyści. Łańcuch pokarmowy, od jednostek najsłabszych, wygląda tak: piesi-rolkarze-rowerzyści. W tym sensie, że rowerzyści powinni mieć świadomość, że w momencie wypadku, są w stanie dokonać największych zniszczeń. Człowiek rozsądny miałby to gdzieś z tyłu głowy. Rowerzyści mają to gdzieś[2].
To co się tam dzieje, zwłaszcza w ciepłe, weekendowe popołudnie, to jakieś skrzyżowanie Limbo i Gehenny. Daruję sobie przykłady, bo na samo wspomnienie jeszcze mi się jądra ze strachu obkurczają. Jak nazwać kogoś, kto przemyka między ludźmi z prędkością 30 km/h[3]? Zaproponujcie coś, bo ja już nie mam siły przeklinać. I żeby to były jednostki. A gdzie tam, po ponad godzinnej obserwacji wyszło mi, że w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem jeździ jakieś 40-50% cyklistów, reszta urządza sobie wyścig. To fatalna statystyka jest.

Oddalmy się od miejsc ludnych i przenieśmy się na chodniki i ulice stolicy. Tak, są miejsca gdzie żadna siła i żaden mandat nie wygna mnie na ulice i z pełną świadomością łamania przepisów, jadę chodnikiem[4]. Świadomości łamania przepisów towarzyszy mi jeszcze coś - wiedza o tym, że na chodniku jestem w gościach. I nie wpycham się między ludzi, chociaż gabaryt mój i roweru w pełni mnie do tego predystynuje. To co na mniej ludnych chodnikach wyczynia jakieś 70% rowerzystów, to materiał na nową powieść dla Stephena Kinga. Dlaczego z momentem dotknięcia pośladkami siodełka, mózg wycieka nam do butów? Wytłumaczy mi to ktoś?

Miało nie być przykładów ale dwóch bojowników jednego śladu muszę tutaj wspomnieć. Pierwszego zauważyłem na Krakowskim, na wysokości skweru Hoovera. Śmigał sobie chodnikiem, zręcznie lawirując między ludźmi. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego ale on to robił bez użycia rąk. Prawdziwie cudowne dziecko ramy i dwóch pedałów.
Drugi koleś, że zacytuję, 'was made of pure win'. On rozumiecie też jechał bez użycia rąk. Jakoś tak 20-25 km/h. Po Polu Mokotowskim. Główną alejką. W sobotę o 17:00. Pobijcie to.

O tym, że jakieś 60% rowerzystów nie ma światełek, albo ma, ale ich nie włącza, nie chce mi się wspominać, bo to oczywiste. I śmieszne, zwłaszcza po zmroku na nieoświetlonych kawałkach ścieżek rowerowych. Szerokości.

[1] Gdy wracam z pracy, wolę sobie przejść z rowerem od Świętokrzyskiej do Placu, bo jest przyjemnie. Stąd moje spostrzeżenia.
[2] W dalszym ciągu boleśnie uogólniam.
[3] Małe dzieci, psy, jeszcze więcej małych dzieci, nie wszystkie trzymane za rączkę. No i psy.
[4] W normalnej sytuacji nigdy nie pojadę Alejami Jerozolimskimi, Puławską, Marszałkowską, Grójecką czy Andersa, że tak z brzegu rzucę. Boję się.