To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 27 maja 2009

http://eteksty.blox.pl/2009/05/Konkurs-Wydamy-Ci-blog.html

Kurwa mać. Gdybym wiedział, że blox kiedykolwiek zaproponuje blogującym wydanie ich niezbornych notek w formie książki (sława, prestiż, uznanie, sukces, branie na imprezach, PROFIT!!!), to w życiu bym nie pisał o robieniu laski, chlaniu alkoholi świata, stopniach nawalenia się czy zaletach zen wyjebki. Ograniczyłbym brzydkie wyrazy, gdzie indziej skanalizowałbym nienawiść do świata i ludzi i prowadziłbym miłego, grzecznego, puchatego bloga o ksiażkach, serialach oraz filmach. Mógłbym wystartować w konkursie i może przyjeliby mnie nawet do Syndykatu[1]. A tak będę musiał pójść trudniejszą drogą.

Dobra, pożartowaliśmy sobie chwilę, teraz czas na konkrety, czyli złudzenia i liczby. Nie wiem jak inni, bo i skąd, ale ja prowadzę bloga z dwóch powodów. No dobra, z trzech. Po pierwsze dla zabawy, jaką daje mi przelewanie słów na wirtualny papier. Po drugie dla tych, którym się moje pisanie podoba i nie ma w tym żadnej fałszywej kurtuazji czy tanich pochlebstw - na fałszywą kurtuazję mam bowiem wyjebane, tanie pochlebstwa to domena głupców bez mózgu a ja widzę, że ktoś moje słowa lubi czytać. No to je wam daje. Nie będę też ściemniał, że blogasek jest głównie dla mnie, bo jakby miał być dla mnie, to bym go sobie tworzył na twardym dysku a nie w ogólnie dostępnym miejscu sieci. Po trzecie wreszcie gdybym nie wylewał swoich myśli na papier, to najdalej po kwartale zadusiłbym się słowami. Od dziecka tak mam, że jak mi temat podejdzie, to mogę nań pisać właściwie bez ograniczeń[2]. Grupy dyskusyjne, strona i blog pozwoliły mi dać tym słowom ujście.

W tym wszystkim widzę jedno - tematy jakie poruszam (literatura, śmieciowy film, seriale, głupoty i bluzgi) nie są aż tak interesujące, żeby zgromadzić dokoła siebie armię czytelników. Zresztą umówmy się, dzisiaj recenzje pisze każdy i nie widzę powodu, dla którego miałbym w tej mierzwie ludzkiej być jakiś wyjątkowy. Ponadto nieważne jest co sądzimy - internet, dla nas normalny i oswojony, dla większości osób jest miejscem odwiedzanym sporadycznie, dziwnym i trochę egzotycznym. To co dla nas normą, moim znajomym jawi się niegroźną aberracją[3]. No i najważniejsze - zrobić realną karierę internetową w Polsce jest praktycznie niemożliwe. No dobra, możliwe ale ocierające się o cudowny zbieg okoliczności. Po ogarnięciu tego wszystkiego łatwo skonstatować, że jak ktoś chce na pisaniu w sieci robić kasę (bo o to głównie przecież chodzi, uznanie bez monalizy to jakieś kwiprokwo), to znaczy, że nasłuchał się bajkowych opowieści z krajów uprzemysłowionych i wierzy w niemożliwe. Nieliczne wyjątki (Życie podziemne mężczyzny czy dziewczyny od Lejdis, tak kojarząc na szybko) potwierdzają tylko regułę - w Polsce karierę i kasę robi się w telewizorze a nie w necie. Oczywiście jeżeli komuś wystarczy tylko zainteresowanie mediów, to może próbować doszlusować do Galby, Kataryny czy Kominka. Ale z tego chyba kasy nie ma[4]. Ja to wiem, dlatego doniesienia o konkursie powitałem lekko sardonicznym uśmieszkiem. A potem wczytałem się w regulamin i zrobiło mi się jeszcze weselej.

Konkurs polega na tym, że każdy zwiedziony przekonaniem o swojej niepowtarzalności i zajebistości stylu może zgłosić blogaska do rywalizacji. Trzeba spełnić jakieś śmiechu warte warunki - wystarczy pisać z łatwością i swadą o swoich zainteresowaniach i uważać, że nasz bloxowy blog jest świetny. Dla zwycięzcy, możliwość wydania bloga w formie ksiażkowej z opcją zarobienia na tym biznesie. Ergo - grafomani na start. Zwycięzca wyłoniony przez jury zobowiązuje się do zawarcia umowy z wydawnictwem, w wyniku której przeniesie na nie prawa do utrwalania i zwielokrotniania drukiem fragmentów bloga wybranych przez wydawnictwo. Fundator owe fragmenty opracuje redakcyjnie i graficznie, wydrukuje, wyznaczy cenę i rzuci na rynek. Do 1000 egzemplarzy, twórcy bloga nie przysługuje wynagrodzenie, po przekroczeniu tej wielkości będzie miał prawo do honorarium w wysokości 7% od wpływów uzyskanych przez wydawcę. O objętości, nakładzie i cenie decyduje oczywiście fundator nagrody. Poczekam aż i wy skończycie się śmiać i pojadę dalej.

Już? Dokonajmy sobie prostych wyliczeń - mam wrażenie, że obecnie maksymalną ceną za jaką można rzucić do księgarni kawałki bloga jakiegoś anonimowego dla szarej masy twórcy, jest 25-30 złotych. Za każdy egzemplarz powyżej tysiąca, twórca dostanie w przybliżeniu 2 zł. Żeby zarobić kwotę odpowiednią do pocelebrowania życiowego sukcesu z przyjaciółmi, w jakimś fajnym lokalu, ludzie musieliby kupić jakieś 1300 egzemplarzy - myślę, że za 500-600 złotych można się pokusić o zaproszenie 8-9 osób na posiadówkę przy smacznym jedzeniu i lampce wina. Jeżeli zdecydujemy się na wypad z rodziną, to pewnie wystarczy 1200 egzemplarzy. A jeżeli chcielibyśmy sobie za kasę z książki kupić na przykład nowego laptopa (żeby móc pisać naszego zajebistego bloga o każdej porze dnia i nocy, w każdym miejscu na Ziemi), to musi znaleźć się 2000 osób zainteresowanych naszą pisaniną. W przypadku 99,5% blogów pisanych w tym kraju jest to tak samo możliwe jak moja randka z Lindą Evangelistą.

Kto więc zaludnia te pół procenta, któremu daję szanse na zaistnienie w kanałach głównego nurtu? Po kolei:

1. Jeżeli trafi się jakaś matka, która potrafi bez uciekania w żenującą paplaninę o Swoim Skarbeczku, napisać coś rzetelnego o ciąży, porodzie i pierwszych miesiącach z dzieciakiem, ma szanse na to, że kupią to inne matki zmęczone czytaniem poradników opisujących przypadki dzieci idealnych.
2. Fajny blog podróżniczy ale pod warunkiem, że w książce będą zdjęcia. Osobiście kupiłbym wydrukowane fragmenty bloga Barta Pogody, bo trzeba wspierać takich szaleńców jak on. Poza tym czasami fajnie pisze i strzela fotki miejsc, których istnienia nawet bym nie podejrzewał. Pytanie czy wydawca zgodzi się na wrzucenie zdjęć, bo to przecież podwyższa koszty.
3. Ciekawie napisany blog hobbystyczno-specjalistyczny - mnie dla przykładu, zainteresowałaby socjotechnika w praktyce, coś ciekawie napisanego o wywieraniu wpływu, mowa ciała, hipnoza, autohipnoza i temu podobne. Ale nie hasłami tylko rozwinięcie tematu. Problemem jest znalezienie niszy, która ma odpowiedni potencjał czytelniczy i jest mało wyeksploatowana. No i oczywiście autor musiałby się na temacie znać, bo takich, którym się wydaje, że się znają, to ja znam wielu.
4. Gdyby w Polsce był ktoś, kto potrafi pisać rzeczy inteligentne i śmieszne, nagrodziłbym go wizytą w księgarni i zakupem książki z jego zabawnymi kawałkami. Tyle, że jakoś nie widzę w sieci zdolnych amatorów, króluje poziom ukształtowany przez joemonster.
5. Dobry blog pornograficzny - nie dlatego, że zwilża mnie pisana siekanina. To raczej echo moich dawnych prób literackich gdy próbowałem się zmierzyć z wyjątkowo niewdzięczną tematyką jaką jest porno po polsku. Ja poległem, chociaż wydaje mi się, że szedłem w dobrym kierunku. Komuś, komu by się to udało, przybiłbym wirtualną piątkę i zapłacił za jego blogaska w formie książkowej[5].
6. Dobry blog literacki - hahahaha! się mnie żarty frywolne trzymają.
7. Blog fanowski - ale nie taki sobie blog fanowski tylko owoc fascynacji ultrafana. Pisany z pasją, w której widać pot, krew i łzy. Takie miejsce, w które wejdę i znajdę w nim wszystko na dany temat. Albo prawie wszystko. Ale na pewno więcej niż gdzie indziej.
8. Bardzo popularni blogerzy - tutaj mogłoby zadziałać coś na zasadzie oddolnej inicjatywy czytelników takiego bloga. Outernetowcy po Kominka pewnie nie sięgną, bo go nie znają. Ale ten sam Kominek mógłby pewnie liczyć na 1000 egzemplarzy kupionych przez jego stałych czytelników. Chociaż też ręki za to nie dam sobie uciąć, bo co innego ekscytowanie się w komentarzach a co innego wydawanie pieniędzy na coś, co przecież można dostać za darmo.
9. Nieśmiertelne książki kucharskie. Ale tylko pod warunkiem, że przepisy będą napisane w stylu Makłowicza czy Maćka Kuronia. Albowiem 'weź szczyptę soli, kilogram mąki i litr wody' śsie pałkę. Natomiast 'pamiętam jak kilka lat temu w Kompanii Piwowarskiej dostałem golonkę prawie dopasowaną do mojego gabarytu (kilo dziesięć) a teraz wam opowiem jak ją przyrządzić' daje radę. Tyle tylko, że w życiu tak pisanego bloga z przepisami nie widziałem. No ale może się nie znam i nie bywam tam, gdzie bywać wypada.

Jakoś mi nic więcej nie przychodzi do głowy. A zatem, blogerzy - do piór. Mam zamiar się przyjrzeć zgłoszonym blogaskom chociaż i tak nie żywię złudzeń, wygra nudny jak encyklika papieska blog jakiejś gospodyni domowej.

Aha, wydaje mi się, że tytuł notki zostanie oficjalnym mottem mojego bloga. Kudosy dla mojego Brata, który kiedyś mi ten tekst sprzedał. Podoba mi się i nader adekwatny się mi wydaje w kontekście stylu, estetyki i tematyki mojej pisaniny. Do poczytania.

[1] Zawsze chciałem być w jakiejś zorganizowanej grupie, innej niż bezduszne korpo. Harcerze byli wporzo ale wyrosłem. Od tamtej pory w mym życiu jest niewypełniona dziura.
[2] Moje przeciętne wypracowanie we wczesnych klasach podstawówki, na temat, który mnie ruszał, liczyło sobie zazwyczaj przynajmniej 10 stron formatu A5 (małe zeszyty). Potem nabrałem rozmachu, matura próbna to 16 stron A4 a mogłem pisać dalej, bo temat trafiłem idealnie - porównanie bohatera antycznego, romantycznego i tragicznego. Niestety, czas się skończył. Na maturze natrzaskałem o Borowskim i Grudzińskim jakieś 18 czy 19 stron. A potem ręka mi omdlała.
[3] Do tej pory nie rozumieją jakim cudem w internetsach poznałem kilka partnerek i całe mnóstwo osób, z którymi dosyć blisko się zaziomiłem. Dla nich sieć to po prostu serwisy informacyjne, śmieszne strony i ocean pornografii.
[4] Popularność bez podążającej za nią kasy, to jak seks bez orgazmu. Owszem, satysfakcja jest ale po pewnym czasie człowiek dochodzi do wniosku, że czegoś jednak w tej konfiguracji zabrakło.
[5] Jedynym problemem w pisaniu tekstów pornograficznych po polsku jest brak słów na opisanie stosunku i jego składowych. Nasze słownictwo jest albo sztuczne, bo medyczne (wagina, no na litość boską) albo śmieszne, bo infantylne i sztucznie ugrzecznione. Brakuje fraz by opisać akcję łóżkową tak żeby nie wyglądała jak opis w wykonaniu robota czy opowiastka gimnazjalistki. O tym, że najczęściej popada się w rozpaczliwą wulgarność, nawet nie wspomnę. Ale najgorsze z tego wszystkiego jest uciekanie się w oniryczną stylistykę erotycznych fantazji pensjonarek - gdy czytam o jamce rozkoszy czy nabrzmiałej lancy, to, nomen omen, chuj mnie strzela. Dlatego będzie z mojej strony szacun dla kogoś, kto to zrobi dobrze. Poetyczności typu malinowy chruśniak odpadają, bo jak będę chciał poczytać wiersze, to sobie wezmę Słowackiego albo Norwida.

poniedziałek, 25 maja 2009

"Blogi są czymś wręcz idiotycznym – bo pozwalają każdemu wygłaszać opinie na każdy temat anonimowo. To psuje życie publiczne. Anonimowość pozwala ludziom na swobodę, która bywa niebezpieczna. Niegdyś wielu filozofów politycznych uważało, że tego rodzaju swobody powinny być ograniczone."

Każdy może prawda krytykować, a mam wrażenie, że dopuszczanie do krytyki panie to nikomu... Mmmm... Tak nie... Nie podoba się. Więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie. Tych naszych prawda punktów, które stworzymy.

To pierwsze napisał profesor Marcin Król, historyk idei. To drugie wszyscy znają. Masakrowania własnego gniazda w wykonaniu Dziennika ciąg dalszy. Całość mądrości Króla tutaj:
http://www.dziennik.pl/opinie/article385224/Idiotyczne_blogi_anonimowe.html
Ja jednak mimo wszystko będę dalej prowadził swojego idiotycznego blogaska-cmokaska.

I taka myśl na koniec - facet z epizodem opozycyjnym postuluje wprowadzenie cenzury. To demencja czy zwykła głupota?

Właśnie zdałem sobie sprawę z tego, że prowadzę blogaska już od dwóch lat. Że niby rocznica taka. Normalnie w takich okolicznościach jubilat/solenizant wstaje, podnosi kielona i przez pięć albo dziesięć minut pierdoli od rzeczy kombatanckie ćmoje-boje a znudzeni goście nieszczerze acz uprzejmie się uśmiechają i czekają aż nudziarz skończy ględzić. Bo przecież nikogo jego emo nie interesuje gdyż wszyscy przyszli obsmyczyć coś na ciepło i konfesjonalnie się urżnąć. A tymczasem tym marudzi, wódka i potrawy gorące stygną i ogólnie jest bez sensu. Dlatego szybko opędzę temat: jest fajnie, dalej mi się grafomanienie podoba, przestałem się napinać, że nowa notka musi być co tydzień a i wy staliście się bardziej skłonni do wybaczania mi okresów umysłowego zaparcia. Normalnie sielanka, której nie należy rujnować. Dlatego życzę wam żeby czytanie moich notek sprawiało wam przynajmniej tyle frajdy ile mi ich pisanie.

Przy okazji stwierdziłem, że zrobię quasi konkurs. Jakiś rok temu obiecałem sobie (i nawet to tutaj napisałem), że raz na jakiś czas będę zadawał wam pytanie a w nagrodę za dobrą odpowiedź zwycięzca dostanie asygnatę na szkocką kratę i pół dywanu ze styropianu. Oraz książkę z moim esklibrisem. Nie dość, że jest okazja, to jeszcze wymyśliłem proste pytanie i głupie zasady.

Pytanie brzmi: nie jestem łowcą autografiów ale czasami podsuwam pisarzom książki do podpisu. Dlaczego?[1]
Jest jednak jedno ale - odpowiedź można wyguglać na blogu i każdy, kto nie jest idiotą byłby ją w stanie podać w ciągu 15 sekund. Równie dobrze mógłbym się zapytać o to, jak mam na nazwisko. Dlatego nagrodzę formę odpowiedzi. Jak ktoś ma wyjebane na to dlaczego biorę te autografy, może mi napisać dlaczego sam to robi (jeżeli robi). A jeżeli ktoś ma problem autografów ogólnie w dupie ale nabrzmiewa w nim chęć, by odpowiedzieć na jakieś dowolnie wymyślone przez siebie pytanie, to też nie widzę problemu. Byleby fajne było.

Odpowiedzi proszę na maila gazetowego (radkowiecki małpa gazeta kropka pl) do końca tego tygodnia. Albo, jak mi się zechce, to dłużej. Pamiętajcie - w komentarzach możecie mi składać życzenia, niby-konkurs ciśniemy przez pocztę. W prezencie będzie nowy Pratchett (Łups!). Ponieważ z nastaniem słonecznej wiosny dobry humor trzyma mnie i nie opuszcza, nie wykluczam, że jeżeli zostanę zaskoczony przez więcej fajnych tekstów, to tych nowych Pratchettów może być dwóch. A nawet trzech. Ludu, do piór. Tylko nie przesadzajcie z objętością, monopol na tl;dr mam ja, wy bądźcie zwięźli niczym Terminator.

[1] No dobra, autografy Kinga (na starym wydaniu Miasteczka Salem), Stephensona (Cryptonomicon) i Simmonsa (Hyperion) chciałbym mieć z powodów czysto fanowskich. Reszta pisarzy aż tak mnie nie zwilża.

niedziela, 24 maja 2009

Trzeci wpis o Kingu w ciągu ostatnich 40 dni (swoją drogą jak ten czas zasuwa) jest z takiego powodu, że ukazał się nowy zbiór opowiadań, który przeczytałem i o którym chcę wam kilka słów powiedzieć, bo warto rozmawiać. Przy okazji Stephena Kinga na wielkim ekranie sobie trochę popomstowałem, na okoliczność Po zachodzie słońca pomstowania będzie mniej. 13 lepszych i gorszych kawałków, polecę wedlug klucza 'które opowiadanie w zbiorze podobało ci się najmniej, a które najbardziej, odpowiedź uzasadnij albo obniżę ci ocenę'.

Dzień rozdania świadectw - takie małe kwiprokwo. King łykał proszki, odstawił, wynikiem efektów ubocznych był sen, który był tak wyraźny, że King rano wstał i go opisał. Zrozumiałbym to gdyby sen był ciekawy. Nie był. Na szczęście opowiadanie jest tak krótkie, że zanim zdążymy się zniesmaczyć, kończy się. O dziwo, wybuch atomowy nie ratuje całości.

Sen Harveya - takie małe kwiprokwo. Kolejne opowiadanie, które jest oparte na śnie Kinga. Po zakończonej lekturze miałem zadziwioną minę dzieciątka Jezus.

'New York Times' w cenie promocyjnej - eee..., ponownie - o co chodzi? Do żony dzwoni mąż, który zginął kilka dni wcześniej w katastrofie lotniczej. Chodzi po niebie i zastanawia się dlaczego Święty Piotr to taki kawał chama. No dobra, nie chodzi i nie zastanawia się. A szkoda, bo jakby chodził i się zastanawiał, to byłoby przynajmniej śmiesznie. A tak ani ciekawie, ani zabawnie.

Ayana - rzecz o cudownych uzdrowicielach. No dobra, bardziej ogólnie - rzecz o cudach. Normalnie cuda są zachwycające, bo to albo słońce tańczy po niebie, albo są ślady na drzewach. W tym opowiadaniu zachwycające było to, że się skończyło. Fakt, że King je lubi pozwolił mi zrozumieć dlaczego znalazło się w zbiorze. Po przeczytaniu kilku recenzji zbioru poczułem się jak buc bez wrażliwości, bo wszystkim się podobało. Zacząłem czytać drugi raz z myślą, że za pierwszym gdzieś mi magia umknęła. Niestety, poległem. To chyba magia Slytherinu, która na mnie nie działa.

Willa - baza ludzi umarłych, którzy się trochę domyślają, że nie żyją ale nikt tego głośno nie chce mówić. W tle fajna historia miłosna. Mogło być z tego dobre opowiadanie, wyszło jakieś takie bez konkretnego przykopania. Szkoda, bo pomimo zgranego patentu potencjał był.

Rzeczy, które po sobie zostawili - Kinga rozprawa z traumami Amerykanów po 11 września. Temat dla Polaka trochę obcy, bo w nasze wieżowce terroryści nie chcą się wbijać nawet latawcami (i dobrze), i jako taki, mało interesujący. Ale jedna rzecz mnie w nim ruszyła - jak drobiazg może zmienić całe twoje życie. Główny bohater usłuchał głosu w głowie i nie poszedł feralnego dnia do pracy a teraz zmaga się z poczuciem winy. Temat jest mi bliski, bo miałem w swoim życiu depresyjny epizod, podczas którego rozpamiętywałem wszystkie decyzje, które generowały w moim życiu rozdroża fundamentalne z punktu widzenia całej biografii[1]. I z jakimś kompulsywnym uporem analizowałem, jak potoczyłoby się moje życie gdybym na przykład pewnego lutowego poranka powiedział 'tak' albo pewnego czerwcowego popołudnia był nieco bardziej uparty. Na szczęście jakoś to rozchodziłem, bo w przeciwnym wypadku zaszczułbym sam siebie. Opowiadanie trafiło w mojego osobistego pierdolca i w zasadzie powinno być wyżej w tym zestawieniu. Bo w sumie nie zawsze chodzi o sprawność pióra czy atrakcyjność opowiedzianej historii, liczą się też uczucia jakie nami targają po lekturze. Może jak dopiszę resztę, to przekleję ten akapit gdzieś niżej (czyli wyżej).
Jednak nie przekleiłem, nie chciało mi się.

Piernikowa dziewczyna - pewnego dnia pani wyszła z domu pobiegać. A ponieważ nie bardzo wiedziała gdzie chce biec, zatrzymała się w motelu i poinformowała swojego męża, że jakiś czas jej nie będzie. Spoko, niezły sposób na radzenie sobie ze śmiercią dziecka i odejście od ślubnego. Następnie wywędrowała na Florydę, gdzie dobiegła w nieodpowiednie miejsce w nieodpowiednim czasie i padła ofiarą psychopaty. Schemat zgrany ale na tym między innymi polega wielkość Kinga, że ze zgranych schematów potrafi wycisnąć mnóstwo słoików smakowitego miodu. Tym razem nie wyszło. Ani bohaterka nie była na tyle interesująca bym jej w starciu z psychicznym kibicował, ani psychiczny nie był na tyle poryty by mnie przestraszyć, zobrzydzić czy zafascynować. A jak nie ma komu kibicować, to całe napięcie idzie w przysłowiowy gwizdek i nie ma chemii. A bez chemii nie ma gorących uczuć. I na dodatek to daremne zakończenie.

Miejsce obsługi podróżnych - samo opowiadanie bez rewelacji ale porusza temat, który lubię obracać w głowie gdy nie mogę zasnąć. Jesteś świadkiem potencjalnie niebezpiecznej sytuacji (facet grozi kobiecie, dresiarz kroi studenta). Co, jako osoba postronna i szczęśliwie w ten gnój niezaplątana, robisz? King pisze, że w razie czego odwołałby się do swojego wewnętrznego Richarda Bachmana. Do kogo odwołałbyś się ty? Masz swojego wewnętrznego złego chłopaka/dziewczynę? I czy mając napastnika pod butem, powstrzymałbyś się od wkopania mu zębów do gardła? Naprawdę? Powstrzymałbyś się?
Oczywiście można opowiadanie analizować z innego punktu widzenia - pisarz jako fotograf momentów i ich kronikarz. Ale ten akurat kierunek myślowy mnie nie zwilżył więc go tylko sygnalizuję, bez głębszego wdawania się weń.

Rower stacjonarny - tekst zapowiada się nieźle ale potem King leci w jakieś dziwne tematy i zaczyna rozmawiać ze swoimi bezrobotnymi organami wewnętrznymi i enzymami, które z braku pracy (robiły przy śmieciowym żarciu wpadającym do żołądka bohatera a ten buc przeszedł na dietę i zaczął ćwiczyć), mają problemy ze spłatą hipoteki. Mogło być tak pięknie, wyszedł jakiś bełkot. Gdyby nie świetny początek, umieściłbym je zaraz po opisach snów.

Zbiór ten potwierdza tezę, że dłuższa forma lepiej służy Kingowi. Na koniec bowiem zostawiłem sobie trzy dłuższe opowiadania, które w całym zbiorze podobały mi się najbardziej. Pewnie dlatego, że nie silił się w nich na eksplorację dziwnych miejsc tylko napisał porządne teksty, zgodne ze schematem, który wtłoczono mi do głowy jeszcze w podstawówce: opowiadanie powinno przekazać fajną historię i składać się ze wstępu, rozwinięcia i zakończenia. Prawda jakie to proste?

N. - kolejna podróż w klimaty Lovecrafta wymieszana z wyjątkowo mnie niepokojącym opisem zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Niby wiem, że w pewnym wieku każdy ma jakieś prywatne jazdy ale w opowiadaniu odnalazłem wcale sporo pierdolców, które są moje. No dobra, przesadziłem - nie wcale sporo a kilka. O kilka za dużo. Mocna rzecz, która zszarpała mi nerwy.

Niemowa - podstarzałemu przedstawicielowi handlowemu życie się trochę zawaliło. Korzystając z faktu, że zabrał na stopa głuchoniemego, funduje sobie spowiedź, podczas której wywleka wszystkie brudy. Więcej nie powiem, bo spojler to niefajna rzecz. W przeciwieństwie do opowiadania, które jest dobre i w prosty sposób opowiada o nieprostych rzeczach.

Bardzo trudne położenie - i tu King przegiął, bo wlazł do mojej głowy. Pewnie nie tylko mojej, bo nie wierzę, że ta trauma jest tylko moim udziałem. Chodzi mianowicie o toj-toje. Za każdym razem jak odwiedzam jedną z budek usytuowanych przy Wilanowskiej zastanawiam się, co by było gdyby to cholerstwo wywaliło się drzwiami do dołu. No byłby wstyd i konieczność powrotu do domu w ciuchach walących chemią, moczem i stolcem. King oczywiście idzie dalej - co by było gdyby tojka stała na odludziu a na dodatek w celu ochrony przed wandalami, została obita ze wszystkich stron grubą blachą. Mocne gówno. Dosłownie i w przenośni. Opis przejścia przez fekalia ruszył moim żołądkiem. Nawet King pisze, że zrobiło mu się niedobrze.

Jak ktoś jest sprytny i liczył, to się pewnie nie doliczył jednego tekstu. Zostawiłem go sobie na koniec, bo jest fajny i recenzentom się nie podoba. Kotu z piekła rodem postawiono takie zarzuty, że jest tekstem starym (sprzed 30 lat), trafił do zbiorku nie wiadomo po co (przecież King napisał, że to taki bonus track) i w ogóle jest jakiś taki nijaki. Nie znają się. Kot to tekst w stylu Creepshow czy Opowieści z krypty, jest straszny, śmieszny i obrzydliwy, wali ramotą, jest napisany z przymrużeniem oka i sporo w nim czarnego humoru. Pewnie dlatego mi się tak spodobał. No dobra, istotne jest też to, że kot wygrywa.

Dobra, teraz to już naprawdę koniec. Cóż mogę powiedzieć? Mam jakieś oczekiwania w stosunku do każdej książki Kinga. Czasami spełnia je w przerażający mnie sposób, bo wydobywa na światło dzienne traumy, które są moim udziałem, wiwisekcjonuje je dokładnie a całość kończy konstatacją 'boisz się swoich strachów? Masz rację'. Te rzeczy uwielbiam i wracam do nich regularnie. Innym razem napisze coś z potrzeby serca i czasami tę frajdę widać podczas czytania. Jeszcze innym razem mierzy się z estetyką, do której nas nie przyzwyczaił i czasem wychodzi z tego starcia z tarczą. Od Po zachodzie słońca oczekiwałem dobrze napisanych tekstów z tak zwanym przypierdoleniem. Ilościowo nie wygląda to najlepiej, bo więcej tu opowiadań słabszych niż dobrych. Na szczęście te lepsze są dłuższe więc objętościowo stosunek dobrego do złego jest satysfakcjonująco korzystny.
Miałem jeszcze taką myśl niesforną żeby upchnąć tą pozycję gdzieś w rankingu zbiorów opowiadań ale się rozmyśliłem, bo to w sumie temat na oddzielną notkę. Dlatego zakończę tak - wydaje mi się, że dla trzech długich tekstów warto zostawić w księgarni kilka złotych. Ale oczywiście mogę się mylić. I już na sam koniec chciałbym was przeprosić za trywializowanie, prześmiewczość i skróty myślowe w opisach poszczególnych tekstów. Jak zwykle chciałem uniknąć ewidentnych spojlerów. Do poczytania.

[1] Mimo rozchodzenia, do tej pory z tyłu głowy kołacze się pytanie - gdybym został na uczelni, jakim byłbym naukowcem i wykładowcą i jak teraz wyglądałoby moje życie?

piątek, 22 maja 2009

W internetsach od kilku dni teh drama, bo jakiś minister chce pozwać anonimową blogerkę. Nie wnikam za co Czuma chce ją pozwać gdyż na polską politykę i polityków mam wyjebane, bo się brzydzę a blogerki kataryny nie czytałem, bo jej wpisy są długie i nudne. Ale ja nie o tym.

Dziennikarzełki z Dziennika wysmażyły wczoraj artykuł 'Wiemy, kim jest Kataryna'. Pani Sylwia Czubkowska i pan Robert Zieliński pochylili się z troską nad anonimowością anonimowej pani Katarzyny aka Kataryny. Wzdragam się przed linkowaniem do stron Dziennika ale to zrobię:
http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article384547/Czego_boi_sie_Kataryna.html
Waszej uwadze szczególnie polecam ten kawałek - Wielokrotnie zapewnialiśmy ją w e-mailach i SMS-ach, że jeśli będzie chciała potwierdzić naszą wiedzę o jej tożsamości, to może się u nas ujawnić. Jeśli nie, to nadal będzie anonimową blogerką. Jasno daliśmy do zrozumienia, że przed ujawnieniem jej nazwiska powstrzymuje nas chociażby fakt, iż jest ona w konflikcie z ministrem sprawiedliwości Andrzejem Czumą. 
A potem następuje najweselsza część artykułu -  Czemu boi się jawności Katarzyna, 38-latka pochodząca z Rzeszowa, która skrywa swoją bezkompromisowość pod pseudonimem "Kataryna"? Jest w końcu znaną i szanowaną w środowisku organizacji pozarządowych prezes warszawskiej fundacji. Organizacja ta zajmuje się, jak czytamy w aktach sądowych: "wspieraniem różnorodnych form aktywności społecznej, wzmacnianiem u obywateli umiejętności współdziałania w kształtowaniu demokratycznego społeczeństwa". Fundacja Kataryny powstała w 1996 roku, a blogerka najpierw była jedną z jej fundatorek, w 2003 roku została prezesem (wszystkie wyróżnienia pochodzą od twórców tego potworka).

Jak wam się podoba? Mi bardzo, bo tak chronili jej tożsamość, że szybkim guglem można znaleźć dane Kataryny w minutę. Przy okazji polecam cały artykuł, bo takiej porcji bełkotu i hipokryzji w tabloidowej estetyce dawno nie widziałem. A blogerki mi najzwyczajniej szkoda, bo jeżeli to ja byłbym na jej miejscu i miałbym zostać zidentyfikowany i zdemaskowany, to nie chciałbym żeby zrobili to mali ludzie ze szmatławej gazetki. I na pewno nie w tak dziadowski sposób.

Na pocieszenie mamy to, że dni Dziennika są prawdopodobnie policzone. No bo ile czasu można dokładać do interesu? Rok? Dwa? Ale u nich trwa to już trzy lata a szans na polepszenie wyników nie widać, chociaż zdawać by się mogło, że gazeta osiągnęła już takie dno, że od dzisiaj tylko lepiej[1]. Ano nie, z miesiąca na miesiąc wyniki sprzedaży są coraz gorsze. Dla dziennika ogólnopolskiego średnia sprzedaż w kioskach plus prenumerata (czyli tzw. sprzedaż ogółem) na poziomie 88 tysięcy to żart a nie wynik. Wydawca dopompowuje sobie wynik przy pomocy innych płatnych form rozpowszechniania (średnio 60 tys.), które de facto niewiele różnią się od darmowego rozdawnictwa[2] i tylko dlatego osiągnięcia Dziennika mogą się wydawać osobom spoza branży mało dramatyczne. No bo przecież sprzedają średnio miesięcznie prawie 150 tys. egzemplarzy[3]. Tak czy inaczej, jeszcze odrobina cierpliwości i Springer będzie nas indoktrynował wyłącznie Faktem. A teraz wracam śledzić dramę.

[1] Oczywiście w rozmowach z klientem sprzedaż nie jest najistotniejszym elementem determinującym atrakcyjność tytułu, bo bardziej istotne jest czytelnictwo i koszty dotarcia do odpowiednich grup celowych. Ale i pod tym względem Dziennik nie stoi najlepiej, bo jakby nie kombinować, to w rankingach ląduje na 5 miejscu, za Faktem, GW, SE i Rzepą. Znaczy owszem, jakbym się skoncentrował, to pewnie dałbym radę wydłubać taką grupę, w której Dziennik byłby na miejscu czwartym. Tylko co z tego?
[2] Trywializuję ale ten skrót myślowy dobrze oddaje charakter tej formy rozpowszechniania. Jak kto ciekaw albo mi nie wierzy, to proszę sobie kliknąć tu: http://zkdp.pl/index.php?d=1&p=1&t=19 i obejrzeć Regulamin Kontroli ZKDP, paragraf 9, ze szczególnym uwzględnieniem punktu 7. Chociaż ostrzegam, że to okrutnie nudny dokument.
[3] W konfidencji powiem wam, że najniższa do tej pory sprzedaż Dziennika w ciągu jednego dnia to 42 068 egzemplarzy. THE END IS NIGH.

środa, 20 maja 2009

Biegać nie mogę, bo stawy mam zmielone. Z siłowni (którą uwielbiam) musiałem się wymiksować, bo coś sobie urwałem w jednej ręce i na sztangach brakuje mi symetrii. Basen mnie brzydzi, bo w wodzie pływają brudni ludzie. Zostaje rower, który lubię bardzo pomimo tego, że kierowcy uknuli spisek by mnie zabić. Lubię rower do tego stopnia, że dzisiaj postanowiłem[1] zrobić coś, z czego jeszcze kilka lat temu się śmiałem. Stwierdziłem mianowicie, że kupię sobie bicykl treningowy, na którym będę sobie śmigał podczas oglądania seriali, łącząc przyjemne z pożytecznym. Obróciłem swe oko na allegro i napocząłem poszukiwania.

Pół godziny później płakałem ze śmiechu tak bardzo, że mało się nie przekręciłem a przepona tępo boli do tej pory. Ale po kolei - stwierdziłem, że płacenie za rower stacjonarny więcej niż 500 złotych nie ma najmniejszego sensu i postanowiłem sprawdzić tę grupę cenową. Chwilę później musiałem rozszerzyć zakres poszukiwań, bo oferta handlowa mnie najpierw zdetonowała a potem ubawiła. Obadajcie geniusz marketingowy producentów rowerów treningowych. W notacji pierwsza pozycja to cena, druga to maksymalny udźwig sprzętu, na resztę parametrów mam wyjebane gdyż chodzi mi o popedałowanie w chwili wolnej a nie mierzenie sobie prędkości, dystansu i pulsu. Behold!
150/120
160/100 (tu sprzedawca zarzeka się, że wytrzyma więcej ale rower wygląda jak wyjątkowo niestabilna kupa żelastwa)
180/100
290/90 (ładny skubaniec)
300/100
330/100
340/120
750/100 (i do tego York, sprzęty którego znienawidziłem ćwicząc na nich w akademikowej siłowni)
800/110
1000/125
1400/130
1700/120
1750/150
2150/130
2200/110
2500/130
2800/130
3300/130
4000/130
4000/150
5000/150
6000/130
6400/150

Jestem osobnikiem grubokościstym, trochę napakowanym i bardziej niż trochę upasionym na brzuchu. Najtańszy rowery, na który nie bałbym się wsiąść[2] kosztuje 1400 złotych. A za 1400 złotych to ja sobie wolałbym kupić jakiś fajny rower z prawdziwego zdarzenia albo domowy atlas z maksymalnym obciążeniem 110 kg i takim zestawem przyrządów, który pozwala efektywnie ćwiczyć wszystkie najważniejsze partie mięśniowe. Komuś u producentów trenażerów coś się chyba tęgo popieprzyło. Toż przecież takie sprzęty powinny być produkowane na obciążenia dużo większe niż 100 kg (mówię o sensownych przedziałach cenowych, czyli tak do 500-600 zł). Kto waży 100 kg? Lekko zapasiony Azjata?

Gdzie się nie obrócę, wszystko w poprzek. Rozmiarówka bluz, koszul i tiszertów taka bardziej dla metroseksualistów i niedorozwiniętej fizycznie młodzieży (aktualne XL-ki są mniejsze niż jeszcze 6-7 lat temu L-ki). Fasony spodni takie, że łydka klinuje mi się w połowie odcinka przeznaczonego na udo[3]. Marynarkę z obwodem klatki piersiowej powyżej 130 cm znaleźć jest tak samo łatwo jak używaną bieliznę Lindy Evangelisty. Sprzęt treningowy w sensownej cenie przeznaczony jest dla facetów, którzy tak naprawdę nadwagi nie mają[4]. I na dodatek jakiś smętny fiut na miejsca z większymi tekstyliami ukuł nazwę 'sklepy dla puszystych'. Jakich kurwa puszystych? Puszysty to może być pluszak. A my, proszę państwa, jesteśmy po prostu grubi. Ewentualnie upasieni, co komu brzmieniowo bardziej podchodzi. Dlatego też przestaję skamlać jak mała dziwka bez szkoły. Pieprzyć sprzęt treningowy. Dobra spalina z Puławskiej i pół litra adrenaliny we krwi to naprawdę fajna opcja na poranne przebudzenie. Do zobaczenia na trasach rowerowych.

[1] Przejście wagi do stanu Defcon 2 plus fajne opowiadanie z nowego zbioru Kinga tak mnie jakoś natchnęły. Stwierdziłem, że na dni, podczas których nie jeżdżę na rowerze klasycznym, stacjonariusz będzie jak znalazł. Not.
[2] Metalowy profil w tyłku albo podudzie rozprute pękniętą rurą mnie nie kręci.
[3] To nie moja wina, że mam przerośnięte łydki. Zresztą wbrew temu, co twierdzą moi znajomi, wcale nie są aż takie duże.
[4] Setka przy wzroście powyżej 180 cm to dla mnie normalna waga dla faceta. Oczywiście pod warunkiem, że rzeczone 100 kg to nie tylko kości, organy i tłuszcz a również odrobina mięśni.

środa, 06 maja 2009

Zamówiłem w Da Grasso pizzę z dostawą. Przyzwyczajony jestem do tego, że u nich czeka się długo ale jak pani w telefonie powiedziała mi godzina i 10 minut, to się trochę zdziwiłem. Po półtorej godziny zadzwoniłem ponownie by dowiedzieć się gdzie mój placek. Już wyjechał. Po kolejnym kwadransie miałem dzwonić po raz trzeci ale brzęknął domofon - to dowozicielator postanowił w końcu zrealizować zamówienie. Odebrałem, przepłaciłem, otworzyłem pudełko i chuj jasny mnie zastrzelił. Oczom moim ukazał się zmaltretowany podpłomyk, z jednej strony blady, z drugiej i na wierzchu przypalony. Całość była letnia. Zadzwoniłem do miłej pani po raz czwarty ale po 3 minutach się rozłączyła, bo zaczęło mi się ulewać. Odczekałem chwilę i wyzenowany odbyłem ostatnią rozmowę, w wyniku której za 40 minut mam dostać nową pizzę. Miła pani obiecała mi, że osobiście dopilnuje prawidłowego wypieku i usprawni logistykę dowozu.

I teraz mam do was pytanie: jakie elementy nieuwzględnione w składzie tej pizzy dostanę w gratisie od obsługi? Włosy są zbyt oczywiste, bo łatwo je znaleźć dlatego obstawiam banalną ślinę. Jeżeli obsługa oglądała Road Trip, to może wędliną przetrą sobie pachy i miejsca intymne. WPISÓJCIE MIASTA KTURE KREATYWNIE WYMYŚLĄ INNE DODATKI!!!111oneone1!!

Ja to jednak czasami głupi jestem...