To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
czwartek, 22 maja 2008

Wieczór magiczny wart każdej złotówki. Twój głos, który kroi diament, stawia każdy włos na ciele, przywodzi rozkoszny dreszcz, hipnotyzuje, uwodzi i nikogo nie pozostawi obojętnym. Cudowny spektakl, podczas którego śpiewałaś tylko dla mnie. Do wczoraj mi się wydawało, od wczoraj jestem tego pewien - kocham Cię Polly Jean.

Kto był, wie o czym mówię. Kto nie był, niech żałuje. Świetny kontakt z publicznością, trzpiotowatość, bezpretensjonalna bezpośredniość, dziewczęca kokieteria, humor, dystans do siebie, ciepło, cudowny głos i jeszcze cudowniejsze piosenki, głównie z ostatniej płyty. Obiektywnie koncert miał trzy wady: był za krótki, był zdecydowanie za krótki no a przede wszystkim był śmiesznie krótki. Mam nadzieję, że następnym razem będzie przynajmniej dwa razy dłużej. Ze swojej strony dodam jeszcze, że co prawda nie doczekałem się moich dwóch Absolutnie Ukochanych kawałków ale niedosyt z nawiązką zrekompensowało mi to oto małe arcydzieło - wersja koncertowa swoim natężeniem emocji i drapieżnością bije, dobrą przecież wersję studyjną, na głowę.

Oprócz tego, że ją kocham, od wczoraj wiem jeszcze jedną rzecz - ilekroć przyjedzie do Polski, tyle razy ja na jej koncercie będę. Kurde, to było coś. Jedno z moich marzeń spełnione. Teraz uzbrajam się w cierpliwość i czekam na Nią i na Nią. Za tydzień emocje ze zupełnie przeciwnego bieguna ale o tym, być może, innym razem.

wtorek, 20 maja 2008

Rozpisywać się nie będę - czytelnicy wierni być może pamiętają moje bajędy o ubiegłorocznym rejsie po Bałtyku, czytelnicy wierni trochę mniej mogą sobie kliknąć w linka i poczytać dlaczego mi się podobało.
Kliken zi bitte:
http://radkowiecki.blox.pl/2007/07/Wezcie-wy-sie-ode-mnie-odpierdolcie.html

Trwa właśnie końcowy etap werbowania ekipy na tegoroczną edycję imprezy. Szczegóły tutaj: http://strony.aster.pl/espadon/seacon/index.html
Gdyby z jakichkolwiek powodów były problemy z kontaktem z koordynatorką rejsu, to można śmiało uderzać do mnie na znany i lubiany adres radkowiecki at gazeta kropka pl.

Ze swojej strony dodam, oczywiście autolansersko i nieskromnie, że dodatkową atrakcją będzie możliwość tygodniowego oglądania mnie na żywo, dzięki czemu każdy przekona się, że pozory mylą. Pomyślcie co odpowiecie gdy za 40 lat wnuczek/wnuczka siądzie wam na kolanach i zapyta się: dziadku/babciu, jak było na SeaConie i czy naprawdę poznałeś osobiście Teklaka? a wy odpowiecie 'nie pojechałem/pojechałam, bo 1300 złotych to mnóstwo pieniędzy, Bałtyk jest daleko, choroba morska jest naprawdę straszna a z Teklaka jest kawał chamskiego bydlaka i obleśnego grubasa'. Trzeba kolekcjonować mocne wrażenia. A jeżeli i to was nie przekonało, to pomyślcie przez chwilę: Zawisza Czarny, how cool is that?

sobota, 17 maja 2008

Są do wzięcia dwa bilety na chorzowski koncert zespołu Metallica. Data: 28.05.2008, płyta, cena 150 zł z możliwością negocjacji, Stadion Śląski Chorzów.
Jeżeli komuś nie udało się załapać na tą imprezę, to teraz zdaje się być ostatni moment. Ludzie, Metallica. Co odpowiecie gdy za 40 lat wnuczek siądzie wam na kolanach i zapyta się: dziadku/babciu, jak było na Metallice? a wy odpowiecie 'nie pojechałem/pojechałam, bo 150 złotych to mnóstwo pieniędzy a Chorzów jest tak daleko'. Trzeba kolekcjonować mocne wrażenia. Chętni mogą skontaktować się ze mną na adres gazetowy, czyli radkowiecki at gazeta kropka pl.

Wiadomość z ostatniej chwili, bilety znalazły szczęśliwego nabywcę a notkę zostawiam, bo spodobał mi się ten kawałek o wnuku na kolanach. Do zobaczenia na koncercie.

wtorek, 13 maja 2008

Jak człowieka przypili, to potrafi nawet zacząć oglądać polski telewizor, w którym są kolorowe telenowele pokazujące jasne strony życia. Przy sobocie miałem kryzys światopoglądowy i uruchomiłem rodzime kanały. Miało to sens o tyle, że przez najbliższy miesiąc nie dotknę telewizora kijem, takie to było niedobre. Nie zająknąłbym się na tak oczywisty temat słowem gdyby nie zdarzenie towarzyszące.

Próbując uwolnić się od wesołych obrazków stwierdziłem, że warto sprawdzić co w tej telewizji będzie i jakoś wieczór zaplanować a nie miotać się po kanałach, wpadając w coraz większą depresję. Wszedłem na portal gazetowy, kliknąłem w zakładkę Program TV, posprawdzałem co planują i już miałem się oddalić gdy w oczy rzucił mi się tytuł artykułu 'Matka z karabinem na ramieniu'. Nic tak mnie nie bawi jak recenzje filmów, zwłaszcza w Gazecie Wyborczej i okolicach, dlatego kliknąłem, przeczytałem i umarłem ze śmiechu. Tylko że tym razem był to śmiech przez łzy - poniżej przeklejam całość i ostrzegam: stężenie głupot i absurdów w tym tekście przekracza granice przyzwoitości. Autorem owego potworka jest Sebastian Łupak. Miłej lektury.

Science fiction ma szczęście do mocnych kobiecych postacji: najperw była porucznik Ellen Ripley (Sigourney Weaver) która dzielnie radziła sobie z Obcym. Teraz - Sarah Connor (Linda Hamilton), matka nastoletniego Johna, prawdziwa bohaterka, zmaga się z bezwzględnym Terminatorem.

Kto widział kinowe "Terminatory", dobrze wie, o co chodzi w tej historii: w niedalekiej przyszłości (lata 2011-29) trwa wojna między robotami a ludźmi, których przywódcą jest John Connor. Sprytne maszyny wysyłają w przeszłość (lata 1999- 2007) serię bezwzględnych cyborgów mających zgładzić Johna i w ten sposób zmienić bieg wydarzeń, gwarantując robotom ostateczne zwycięstwo nad ludzką rasą. Sarah Connor musi więc chronić syna, przy okazji ratując niewdzięczną ludzkość, uważającą ją za groźną wariatkę.

Twórcy serialu nie musieli więc wymyślać nowego scenariusza, a jedynie poszerzyć znany temat o nowe wątki. Pomysł był genialny w swej prostocie: tym razem to nie Terminator, lecz spychana w kolejnych pełnych metrażach matka zbawcy ludzkości jest wiodącą postacią.

Ustawienie Sary Connor na pierwszym planie okazało się strzałem w dziesiątkę. Dzięki niej filozoficzne tło "Terminatorów" - eksploatowany bezlitośnie od czasów Isaaca Asimova wątek lęku człowieka przed wyrywającą się spod kontroli technologią - zniknął gdzieś na dalszym planie, zepchnięty w cień przez motyw matczynej miłości i poświęcenia. Sarah Connor nie jest typową dla s.f. twardą wojowniczką, lecz ucieleśnieniem matki wychowującej samotnie dziecko i zdeterminowanej, by uratować je za wszelką cenę. Chociaż nie rozstaje się z karabinem maszynowym, jej dramat i osamotnienie stają się naszym udziałem.

Ale nie tylko postać głównej bohaterki sprawia, że "Kroniki Sary Connor" wyróżnia się wśród produkcyjniaków w rodzaju "Battlestar: Galactica". To chyba jedyny serial s.f., który przeciętny zjadacz chleba obejrzy z równą przyjemnością, co prenumerator "Nowej Fantastyki". Owszem, gadżetów technologicznych jest tu bez liku, akcja biegnie błyskawicznie, a walki, pościgi i ucieczki są spektakularne. Z drugiej strony - nie przeszarżowano z ich ilością, efekty specjalne nie przytłaczają, a batalistykę łagodzą sceny rodem z kina familijnego. Są też odwołujące się do legend fantastyki smaczki w rodzaju wątku wspomagającej Johna cyborga-nastolatki Cameron, która odczuwa emocje i niczym bohaterowie "Łowcy androidów" zastanawia się, czy jest maszyną, czy też świadomość i posiadanie uczuć czynią ją człowiekiem.

Zazwyczaj seriale oparte na pełnometrażowych filmach są tylko ich bladym cieniem, ale "Terminator" pod fabularnym i aktorskim względem jest zaprzeczeniem tej reguły, bijąc pierwowzór na głowę. Wygrywa też z wersją kinową sposobem realizacji. Większość filmów i seriali s.f. (z kolejnymi "Terminatorami" włącznie) jest generowanych komputerowo, przez co brakuje im autentyczności i głębi. Tu mamy do czynienia z czymś na kształt paradokumentu - bohaterowie odwiedzają autentyczne hangary i porzucone garaże, wędrują po rozpalonym piachu, męczy ich kurz i spiekota, a widz wierzy w przelewane przez Sarę i Johna krew, pot i łzy. KONIEC.

OK, można oddychać. Nie ma Gazeta szczęścia do recenzentów. Paweł T. Felis jest cierpiącym za miliony, moralnie zaniepokojonym kolesiowcem, który z niezrozumiałych dla mnie powodów chodzi na pokazy prasowe filmów, których nie lubi, nie rozumie i na których się nie zna. Przez co jego recenzje filmów sf, horrorów, thrillerów i filmów sensacyjnych są tak kuriozalne, że dziwię się iż Gazeta mu to puszcza. No bo czym innym jak nie kuriozum jest dopatrywanie się w filmie Doomsday metafor, politycznych aluzji i gry z konwencją? Widać idea tworzenia filmów li tylko rozrywkowych nie mieści się w głowie autora. A jak już się trafi film pośledniego gatunku, który się spodoba, to pan Paweł robi wszystko, żeby tego nie zakomunikować wprost, jeno wije się, cierpiąc przy okazji okrutnie. No bo jak to? Fellini zachwyca i Carpenter też zachwyca? Nie godzi się. Zaś do moich ulubionych parszywych numerów Felisa należy bezsprzecznie słowo-łom: 'łatka'. Jeżeli film mu się nie spodobał, to bez żenady napisze 'czego można spodziewać się po reżyserze filmu X' albo 'czego można spodziewać się po filmie z tego gatunku (tu sobie wstawcie horror, sf albo thriller)'. Jeżeli jednak zdarzy się wspomniany wcześniej cud i coś się Pawłu Felisu spodoba, to nie będzie czuł specjalnej obcinki przed zastosowaniem rzeczonej techniki: 'Anime', 'manga', 'fantasy' - to tylko łatki, których do 'Ruchomego zamku Hauru' nie ma sensu przyklejać'. Obrzydliwa wybiórczość.
Paweł Mossakowski to kolejny trudny przypadek, najbardziej znany jest z ordynarnego spojlowania i pisania o filmach, na których nie był. To pierwsze znają wszyscy czytelnicy Co jest grane, to drugie widziałem sam gdy jeszcze chadzałem na pokazy prasowe i pisywałem recenzje filmów dla pewnego portalu kulturalnego. Poza tym zdarza mu się nie rozumieć recenzowanego filmu.
W sobotę do tej dwójki dołączył wzmiankowany Sebastian Łupak, bo takiego stężenia bzdur, przeinaczeń i głupot w jednym artykule, dawno nie czytałem.

I kilka zdań komentarza ode mnie. Kino sf ma faktycznie szczęście do mocnych kobiecych postaci - przez 30 lat autor wyszukał aż dwie. Ripley radziła sobie z Obcymi a nie z Obcym. Aktualna Sarah Connor to nie Linda Hamilton a Lena Headey, aczkolwiek tutaj przynajmniej inicjały się panu Sebastianowi zgodziły. W kinowych Terminatorach maszyny nie wysyłają w przeszłość serii cyborgów, chyba że za serię uznamy trzy sztuki. W takim układzie przepraszam. W pierwszych dwóch Terminatorach Sarah nie była spychana (zakładam, że chodziło o drugi plan ale widocznie korekta i redakcja przysnęły) - w jedynce jest jedną z trzech głównych postaci, w dwójce pojawia się później ale nie odstaje udziałowo od T100 czy Johna. Nazwanie Battlestar Galactica produkcyjniakiem utwierdza mnie w przekonaniu, że autor nie ma pojęcia o czym pisze. Nazwanie Kronik Sary Connor 'jedynym serialem sf, który przeciętny zjadacz chleba obejrzy z równą przyjemnością, co prenumerator 'Nowej Fantastyki' utwierdza mnie w przekonaniu, że autor nie ma pojęcia o czym pisze, bo takich seriali są krocie. Popełnienie tekstu: 'Terminator' (w znaczeniu Kronik SC) pod fabularnym i aktorskim względem jest zaprzeczeniem tej reguły, bijąc pierwowzór na głowę' utwierdza mnie w przekonaniu, że autor nie ma pojęcia o czym pisze. Zestawienie pierwszych dwóch Terminatorów, które są jednymi z najważniejszych filmów gatunku ze średniej jakości serialem jest oznaką gigantycznej ignorancji. I nieprawdą jest jakoby brakowało Terminatorom głębi i autentyczności. 

Cały ten artykuł jest parującą stertą nawozu, do którego nie przyczepiłbym się gdyby został opublikowany na blogu albo prywatnej stronie autora. Jeżeli coś takiego drukuje GW, to jest mi zwyczajnie przykro. Idę zmęczyć się kurzem i spiekotą a potem przeleję trochę krwi, potu i łez.

Jako odtrutkę proponuję coś milszego. Powstanie druga seria Californication, premiera w lecie. Powstanie druga seria Reapera. Trzeci sezon Eureki startuje 29 lipca i będzie liczył 21 odcinków. Powracają Heroes. Będzie 4 sezon Prison Break, start zaplanowany na jesień. Jericho zakończone definitywnie, jedyną szansą reaktywacji serialu jest odkupienie praw od CBS przez inną stację. Czytałem nieoficjalne doniesienia wymieniające Sci Fi Channel i The CW (nie kojarzę kompletnie). Do poczytania.

czwartek, 08 maja 2008

Miałem napisać notkę, w której coś miałem wyjaśnić. Ale po weekendowym bliskim spotkaniu z bliźnimi, w których powinienem przecież wierzyć, mam ochotę na Polaków się wyrzygać. Więc pewnie nie byłbym obiektywny. Zamiast tego poruszę temat, którego dawno nie poruszałem. Do czytelników zaś mam łaskawą prośbę o zachowanie okresu karencyjnego i niewkurwianie mnie komentarzami przez najbliższe trzy-cztery tygodnie. A teraz do meritum.

Angielski - OK, w końcu Monty Python. Serial - OK, Latający Cyrk. SF - yeah, right. Narnia. Gdy pierwszy raz o tym cudzie usłyszałem, to stwierdziłem, że prędzej uwierzę w to, że nachlane luje, których mijam codziennie rano w drodze do pracy, zgłoszą się dobrowolnie na odwyk a potem pójdą do uczciwej pracy. Ba, prędzej uwierzę w dobrą polską komedię romantyczną albo horror niż w fajny angielski serial sf. Okazuje się jednak, że się da. Pomimo tego, że twórcy najnowszej mutacji Doktora Who robią wszystko, by konserwatywnych widzów od serialu odstręczyć. O czym za chwilę.
Teoretycznie powinienem Doktora wyśmiać, bo nic w nim nie jest takie, jakie przed oglądaniem myślałem, że będzie. Ale po dłuższym przyjmowaniu okazał się być całkiem dobry. Aha, w tekście znajdzie się kilka małych spojlerów ale możecie czytać śmiało, bo postaram nie zdradzić niczego, co popsułoby wam niespodzianki. A teraz rozbierzmy Doktora na kawałki: 
Po pierwsze - pilot. Wszystkim, którzy chcą się napiąć i stwierdzić, że Doktor Who to serial z tradycjami (z przerwami 40 lat na antenie) i że bombastyczny pilot mu niepotrzebny, pragnę przypomnieć, że między 1989 a 2005 Doktor był tak samo żywy jak Saga rodu Paliserów. I jeżeli decydujemy się na Tardis: Reaktywacja, to musimy przekonać również nowego widza gdyż liczenie na starych, hardkorowych fanów serii może w efekcie przynieść efekty mało zadowalające kierownictwo BBC. Otóż pilot pierwszej z nowych serii jest tak daremny, jak tylko daremny może być pilot będący definicją daremnego pilota. Nie znalazłem w nim niczego, co mogłoby mnie do serialu przyciągnąć, obfitował natomiast w:
- kiepskie efekty specjalne. Rozumiem, że w starych seriach więcej trzeba było sobie wyobrażać, bo takie były czasy ale mamy XXI wiek. Na szczęście potem jest z tym zupełnie przyzwoicie i z tym większym zdumieniem przypominałem sobie kiepskiego pilota.
- bardzo niedobre dialogi. Nie przekonaliście mnie dlaczego Rose wybrała się, by podróżować z Doktorem. Znaczy rozumiem, że przygoda i tak dalej ale więcej sensu i logiki miałoby wybranie towarzyszki, której z miejscem zamieszkania nie wiąże ukochana matka i ukochany chłopak. (Zauważyliście jak sprytnie rozciągnąłem wady pilota na cały serial?).
- chemia. Tak, chemia między Doktorem a Rose mogłaby mnie przekonać ale na początku w ogóle jej nie ma a potem wprowadzają ją tak samo sprytnie i skutecznie, jak ja wprowadzałem kwas azotowy na bawełnę (trafiłem w rękę zamiast w pieprzone włókno[1]). Do samego zresztą końca nie wierzyłem w to, że coś do siebie czują, chociaż producenci sugerowali to na każdym kroku. To chyba ta słynna, brytyjska rezerwa.
- sexbombizm. Chrzanić chemię, wystarczyłoby na ekran wepchnąć atrakcyjną aktorkę i nikt nie wnikałby w takie pierdoły jak chemia czy uczucia. Niestety, ekscentryczna uroda Rose kładzie również tę możliwość[2] oraz pogłębia szkodliwe stereotypy na temat opłakanych skutków estetycznych chowu wsobnego[3].
- przemoc. A właściwie jej brak. Znaczy owszem, jest. Ale pokazana w taki sposób, że mogłoby jej nie być, bo nawet zabicie lubianej postaci nas nie zwilża. Zwłaszcza, że albo za chwile ożyje, albo okaże się być nieśmiertelna. W późniejszych seriach na szczęście wygląda to już tak, że nawet trochę się ofiarami przejmujemy.
- Doktor himself. Nie zdradzę wielkiej tajemnicy jeżeli wyjawię, że po pierwszym sezonie Chrisa Ecclestona podmienia David Tennant. W zasadzie strasznie to było słabe (takie miałem pierwsze wrażenie), bo Doktor-Mężczyzna został podmieniony przez Doktora-Chłopca, co mnie lekko najeżyło. Zwłaszcza, że momentami Tennant przypomina mi zachowaniem Kubę Wojewódzkiego, którego karierę i wszechobecność uważam za największe nieporozumienie w show-biznesie oraz dowód na postępujące otępienie coraz większej części społeczeństwa[4]. A potem, zupełnie nagle i bez ostrzeżenia, polubiłem ten jego dziwny sposób bycia. Doktora, nie Wojewódzkiego.
- kolejne towarzyszki Doktora. Rose urodę miała ekscentryczną ale trochę mu się stawiała, przejmowała się innymi i ogólnie dobrze dopełniała Doktora scenariuszowo. Martha jest śliczna ale za to podąża za Doktorem nieco bezkrytycznie, żywi silną wiarę w jego zdolności wydobywania siebie i innych z najgłębszego łajna, jak trzeba potrafi perfekcyjnie wykonać jego polecenie ale cały czas sprawia wrażenie marionetki, narzędzia w rękach Doktora. A na koniec dochodzi do wniosku, że kocha rodzinę i nie chce już więcej oglądać końca świata. Aktualna towarzyszka Doktora, niejaka Donna, jest brzydka jak noc listopadowa ale za to daje radę i lubię ją chyba najbardziej ze wszystkich. Z tym, że rezerwuję sobie prawo do zmiany opinii, bo wystąpiła do tej pory jedynie w 5 albo 6 odcinkach. Na czym więc polega z nimi problem? Ano, jak już się do jakiejś przyzwyczaimy, to znika ona z serialu nagle. To żonglowanie bohaterami niektórych może odstręczyć.
- przeciwności, jakim stawia czoła Doktor. Dla dzieciaków wychowanych na szybkich strzelankach, Transformersach i X-Menach, ożywione manekiny, Dalekowie albo Cybermani będą pokrytą kurzem ramotą. Czymś tak obciachowo oldskulowym, że wstyd się do tego przyznać w grupie rówieśniczej. Dla starych dziadów, którzy kochają jeszcze starszą fantastykę będzie to cudowny wehikuł czasu, dzięki któremu będziemy mogli obejrzeć historie fascynujące nas w szczenięcych latach.

Wszystkie rzeczy, które wymieniłem jako wady, w trakcie oglądania kolejnych odcinków naturalnie przeewoluowały i przestały mi przeszkadzać. Gdy damy Doktorowi szansę, okazuje się być zupełnie przyzwoitą produkcją miksującą momenty zabawne (odcinek z Szekspirem rozbroił mnie kompletnie) ze smutnymi, pogodne z przerażającymi[5], przeciągnięte i przegadane z naładowanymi akcją niczym w hollywoodzkim produkcyjniaku. Dla każdego coś miłego, chociaż oczywiście zdarzają się odcinki marne. Szczęśliwie jest ich niewiele i częściej trafimy na takie cudeńka jak 42, Blink, Shakespeare Code, Sound of Drums czy Last of the Time Lords. I od razu nadmienię, że w tym momencie różnię się od fanów serii, którzy kawałki wymienione przeze mnie zaliczają do największych wpadek. Bywa.

Moja sugestia jest taka: pilot jest kiepski, więc przebrnijcie przez niego z zaciśniętymi zębami. Jeżeli komuś po pilocie serial się spodoba, to bardzo dobrze ale muszę stwierdzić, że jesteś dziwnym człowiekiem. Następne dwa odcinki są w porządku, ja po nich lekko się do Doktora przekonałem. Kolejne dwa niekoniecznie ale szósty (Dalek) był bardzo dobry, poznajemy w nim największego wroga Doktora i przekonujemy się, że rzeczy nie zawsze są tym, czym się wydają. Jeżeli dotrwaliście do tego momentu i dalej nie wchodzi, to możecie daś sobie spokój. Albo... Możecie przynajmniej sięgnąć do 4 odcinka drugiej serii (The girl in the fireplace). Nie żeby mógł was nagle zamienić w fanów ale według mnie jest po prostu dobry i warto na niego rzucić okiem. Zdecydujcie sami, ja zaś zabieram się za poszukiwania starszych serii.

Gdy człowieka wciągnie historia Doktora, zaczynają go też ciekawić historie luźniej związane z jego przygodami. Dlatego moje oko spoczęło na spin-offowym serialu o Torchwood. Torchwood to organizacja, która została powołana do życia przez królową Wiktorię w celu rozpoznawania i walki z pozaziemskimi zagrożeniami oraz do wykorzystania zdobytej technologii do przywrócenia Imperium Brytyjskiemu dawnej chwały. Serial traktuje o Torchwood Trzy (historię poprzednich można poznać oglądając Doktora Who, częściowo opowiada o nich również sam Torchwood). Jego członkowie działają poza rządem, ponad policją i przygotowują ludzkość do walki z zagrożeniami XXI wieku, w którym wszystko się zmieni (wyssany z natchnienia, przepisałem tekst z czołówki ale tam fajniej brzmi, ma dobry podkład muzyczny i towarzyszą mu ujęcia w zwolnionym tempie).

Zastanawiam się czy uczciwym będzie polecanie serialu ludziom, którzy nie znają Doktora Who. Kilka rzeczy może być niezrozumiałych, kilka konfundujących ale ogólnie Torchwood to przyzwoity, rozrywkowy film, który może nam umilać te wieczory, podczas których nie oglądamy akurat naszych pewniaków. Zapamiętajcie tylko jedno - nie zniechęcajcie się pilotem, który jest o promil ledwie lepszy od pilota Doktora Who a gdyby nie scena z ożywianiem ofiary przestępstwa, byłby nawet gorszy. Na szczęście zaraz po nim przychodzą całkiem niezłe Day One (o obcym czerpiącym siły życiowe z energii wyzwalanej podczas orgazmu), Ghost Machine, Small Worlds (mocno Pratchettowska wizja elfów) czy Countrycide (klimat Teksańskiej masakry odtworzony całkiem udanie). Można rzucić okiem. Zwłaszcza, że jak na produkcję BBC, jego twórcy prezentują zadziwiającą odwagę i luz w mówieniu o tematach, o których w kinie wspomina się raczej rzadko. Jeden z członków teamu, Owen, jest promiskuitycznym, cynicznym sukinsynem. Gwen zdradza swojego chłopaka, którego kocha przecież bardzo a na dodatek leci na szefa. Szef, Jack Harkness to biseksualista, który aktualnie pozostaje w związku ze swoim podwładnym Ianto (biseksualista takoż). Pocałunek dwóch facetów to częsty obrazek. Przemoc bywa dosłowna i brutalna, leje się dużo krwi, ludzie umierają a nas to obchodzi. Ostatnie trzy odcinki drugiego sezonu pokazały, że twórcy potrafią napisać mocny, przejmujący scenariusz i zrobić rzeczy, nazwijmy to, mało popularne na poletku serialowym. Przyznam się szczerze, że trochę mnie to zaskoczyło. In plus, rzecz jasna. Ponadto seria ewoluuje, pierwszy sezon był dosyć grzeczny, w drugim dostaliśmy kilka odcinków ocierających się o oceny maksymalne. Ostrożnie Torchwood polecę, bo mimo wszystko nie wiem jak może wyglądać jego odbiór przez ludzi nieznających Doktora Who.

A co słychać u znanych i lubianych? Krótko.

Lost - dalej chodzą w kółko i radośnie gawędzą. Kilka niespodziewanych trupów, kilka niespodziewanych akcji, kilka oczekiwanych zwrotów akcji (w sensie, wiedzieliśmy, że będą ale nie wiedzieliśmy jakie) i coraz bardziej pokręcone flashforwardy. Wbrew zapowiedziom akcja wcale nie przyspieszyła. Kilka odcinków genialnych, kilka słabych. Jack staje się coraz większym dupkiem (nie rozumiem dlaczego twórcy przestali go lubić). Mi się Lost podoba w dalszym ciągu, chociaż brakuje tej tajemniczej otoczki, która występowała we wcześniejszych częściach (bunkier, wpisywanie liczb do komputera, nowe stacje na wyspie, druga grupa ocalonych czy Inni). Jakieś to teraz bardziej zrozumiałe, bardziej racjonalne a przede wszystkim mniej niepokojące i mniej mroczne. Ale z przyzwyczajenia sobie oglądam zwłaszcza, że w ostatnim odcinku znowu trochę zamieszali.
Battlestar Galactica - wybaczcie, że to powiem ale najnowsza seria jest dramatycznie wręcz słaba. Pomijając kilka mocnych scen, twórcy zaserwowali nam głównie bełkotliwą mistykę. Baltar jako prorok szukający odkupienia? Nawiedzona Starbuck? No litości - całość zaczyna boleśnie mi się kojarzyć z cyklem Diuna, gdzie Herbert z odcinka na odcinek popadał w coraz większy bełkot. Mam nadzieję, że ekipa się otrząśnie gdyż oglądanie całej serii w tym stylu okrutnie by mnie zniesmaczyło. Bo, rzecz jasna, będę oglądał - ja chcę zobaczyć jak oni znajdują Ziemię i nic mi w tym nie przeszkodzi. Update - piąty odcinek pokazał pazur. No dobra, na razie pazurek ale coś drgnęło. Mam nadzieję, że to prognostyk ożywienia, które będzie nam towarzyszyć do końca.
House - oglądam, chociaż numer jaki wyciął House podczas całej akcji z wkurzonym policjantem (kryptyczność zamierzona w celu ochrony tych, którzy nie oglądali a zamierzają) wywołał u mnie głeboki niesmak. To nie było świństwo, to było zwykłe kurewstwo uczynione wszystkim, którzy go otaczają i którym na nim zależy. A ja na kurewstwo mam alergię. Poza tym serial trzyma poziom, rekrutacja nowej ekipy rozegrana w sposób mistrzowski (z humorystycznego punktu widzenia), House jakby się zakochał i oby dawali radę jak najdłużej. Tylko bez takich przegięć.
My name is Earl - śpiączka Earla była bardzo słabym pomysłem, bo o ile jestem w stanie oglądać Earla i Randy'ego razem, to Randy samodzielny jest ponad moje siły. Na szczęście po 5 odcinkach dali sobie spokój, wybudzili Earla i odcinek 19 był w takim stylu, jaki lubię. Mam nadzieję, że zaprzestaną daremnych patentów i pozostaną przy wypracowanej formule.
Jericho - dotrzymali słowa. Druga, krótka seria dała odpowiedź praktycznie na wszystkie najważniejsze pytania ale pozostawiła też furtkę do ewentualnej kontynuacji kilku niedomkniętych wątków (co dalej z USA? co władze zrobią ze zbuntowanym Jericho? czy będzie druga wojna secesyjna?). Niezbyt dobre wyniki oglądalności mnie nie dziwią, bo od początku nie wierzyłem, że Amerykanom spodoba się wizja ich społeczeństwa rozbitego na kawałki, walczącego ze sobą, chylącego się ku upadkowi. Wielkie US and A na kolanach? Bez żartów. Moim zdaniem powrót serialu jest więcej niż wątpliwy ale w tym akurat przypadku chciałbym się okrutnie pomylić, bo go jakoś polubiłem.
Desperate Housewives - nowa bohaterka, nowe tajemnice, czyli na Wisteria Lane wszystko po staremu. Jakimś cudem wybaczam twórcom wtórność pomysłów, wrzucanie do serialu ewidentnych głupot i naiwność poczynań większości bohaterów. Kupuję bez problemu pantoflowatego MacLachlana, rozlazłą Hatcher, zimną, wyniosłą i sukowatą Cross czy zdzirowatą Longorię a proste treści i proste morały jakoś do mnie trafiają. Także cieszę się, że postanowili nie udziwniać.
Reaper - daje radę. W momencie gdy fabuła zaczęła nużyć i dreptać w miejscu, chłopaki zamieszkali razem, wprowadzono do akcji dwóch sąsiadów, rumieńców nabrały sprawy między Samem a Andi. A przede wszystkim jest dużo więcej Szatana. W której to roli Ray Wise absolutnie rozporządza. Jeżeli jeszcze nie zaczęliście oglądać, to czas najwyższy naprawić błędy.
Family Guy - kilka słabszych odcinków wynikających ze strajku nie zmieniło mojego nastawienia do filmu. Peter Griffin rządzi i tyle.

I tutaj muszę skończyć, bo notka za długa. Do poczytania.

[1] Jako mały chemik wierzyłem, że oblanie bawełny naturalnej kwasem azotowym pozwoli mi na uzyskanie bawełny strzelniczej. Pozwoliło jedynie na uzyskanie lekkich oparzeń skóry i żółtych plam na rękach, które miast z dumną profesją chemika nieorganicznego kojarzyły mi się nieodparcie z plamkami moczu. Co za wiocha.
[2] Pozwoliłem sobie na eufemizm. Billie Piper odtwarzająca postać Rose jest po prostu nieatrakcyjna. Fajna ale nieatrakcyjna.
[3] Ponieważ ostatnio zauważam u coraz większej grupy komentujących błędne interpretowanie moich słów (zakładam, że to ja zacząłem pisać bardziej bełkotliwie a nie, że was dopadła demencja), wyjaśnię o co chodzi: nie twierdzę, że ojciec Billie począł ją z własną siostrą, bo to w sumie nie Missisipi a stara, poczciwa Anglia. Której od tysiąca lat nikt nie najechał więc jakby wziąć sprawę na logikę i matematykę, to wszyscy jej mieszkańcy są ze sobą już od jakiegoś czasu spokrewnieni.
[4] Histeryczny sposób prowadzenia programu, przerywanie i obrażanie gości, miażdżąca przewaga gagów prostackich nad inteligentnymi, przygnębiający mnie syndrom Piotrusia Pana, przerośnięte ego człowieka, który ma tyle charyzmy co znoszona wkładka ortopedyczna, brak lotności w prowadzeniu maskowany amfiarską hiperaktywnością, wysilony do granic autoparodii luz oraz skandalizowanie na siłę. Nikt mnie nie przekona, że w ten sposób robi się dobry program.
[5] Metaliczne 'Delete' Cybermanów albo histeryczne skrzecząco-elektroniczne 'EX-TER-MI-NA-TE' i 'O-BEY' Daleków potrafi sfreakować nawet takiego zaprawionego w bojach kolesia jak ja. Normalnie czary.

czwartek, 01 maja 2008

Gdy byłem młodszy, wydawało mi się, że bez pilnego śledzenia wydarzeń w kraju i na świecie, sam siebie skazuję na zaścianek. Z jakiegoś powodu wydawało mi się, że jeżeli będę wiedział o pałowaniu studentów na Polach Elizejskich, to wzrośnie moja zajebistość i atrakcyjność towarzyska. Pewnego dnia zorientowałem się, że mówię językiem gazet. Miejsce własnych przemyśleń zajęły gładkie, gotowe do zacytowania zdania autorstwa luminarzy sceny dziennikarskiej z Gazety i Rzepy oraz komentarze rodem z migawek telewizyjnych. Efektem ubocznym przyjmowania papki informacyjnej był narastający wkurw. Nie jestem aniołem, nabroiłem w życiu ale moi rodzice są przyzwoitymi ludźmi, dla których wzięcie łapówki jest tak samo abstrakcyjne jak podpalanie domów mniejszości etnicznych. Coś mi tam po nich zostało i przez to przynajmniej raz dziennie miałem zwiększony wyrzut kwasów do żołądka. W pewnym momencie stwierdziłem, że zawracanie sobie głowy pierdołami nie ma najmniejszego sensu, o najważniejszych wydarzeniach i tak usłyszę (internet, pogaduszki na fajku, poranne radio), zaścianek i atrakcyjność towarzyska to jakaś moja mrzonka i wszystko to jest daremne. Praktycznie przestałem czytać gazety, oglądać wiadomości oraz dzienniki i przerzuciłem się na internet. Który to internet daje fajną możliwość - wystarczy przeczytać tytuły informacji, by wiedzieć o co chodzi, bez potrzeby zgłębiania tematu, który może mnie przecież zirytować.

Wyjątek czynię dla informacji lokalnych i niektórych wiadomości o chwytnie brzmiących tytułach, które to niusy zazwyczaj przelatuję wzrokiem, sporadycznie czytam z zaangażowaniem i zrozumieniem. Wiem, że wpisuję się w ten sposób w tę połowę społeczeństwa, która nie wie, że stanowi połowę społeczeństwa (a przy okazji nie potrafi czytać ze zrozumieniem) ale mam to serdecznie w dupie. Co mam rozumieć, rozumiem i potrafię wyselekcjonować notkę, którą wystarczy przelecieć wzrokiem, by wiedzieć o co biega. Dzisiaj wzrok mój padł na niusa pod tytułem UEFA: Warszawa prymusem. Temat Euro 2012 fascynuje mnie, bo porwaliśmy się z motyką na słońce i jako malkontent oraz typowy, zawistny, mały, gnidowaty polaczek uważam, że damy dupy. Bo niby dlaczego społeczeństwo, które potrafi tylko rozpierdalać, miałoby potrafić coś zbudować? Przez ostatnie 300 lat głównie dewastowaliśmy i w cudowną remisję nie wierzę. Unieślibyśmy organizację Euro tylko pod warunkiem, że najechaliby nas i wzięli za mordę Niemcy. My potrafimy jedynie po pijaku łapać za szabelki i wyzwalać Inflanty. Każdemu kto nie wierzy polecam przejażdżkę polskimi autostradami. Wróć, po co tak daleko. Polecam przejażdżkę dowolnie wybranymi, polskimi drogami, nocleg w dowolnie wybranej kwaterze prywatnej albo posiłek w dowolnie wybranym rodzinnym barze przydrożnym. Bylejakość, przaśność i szeroko pojęta chujnia, która bezwyjątkowo mnie przygnębia.

Przygotowania do Euro śledzę głównie z perspektywy mieszkańca Warszawy, bo w Warszawie mieszkam a w Piasecznie nocuję (już niedługo, bo w niedalekiej perspektywie czeka mnie przeprowadzka na nowy kwadrat). I co widzę? Komunikacja miejska niedomaga jeszcze bardziej niż 3-4 lata temu. Stare autobusy rozpierdalają się na fragmenty, w nowych nie da otworzyć się okien, klima niedomaga i nie wiedzieć czemu dziwnie pachnie. Coraz więcej warszawiaków[1] przesiada się do metra, przybywa stacji (w tempie jedna na dwa lata, ale przybywa), wydłuża się dystans pokonywany przez skład. I tylko nowych wagoników nie przybywa na tyle, by w godzinach szczytu jeździły tylko składy całoperonowe a nie sześciowagonowe ogryzki. Druga nitka metra to temat zbyt żartobliwy, by wspominać o nim w miarę poważnej notce. O kolei, która łączy grody ościenne ze stolicą wypowiadać się nie będę, bo szlag mnie trafia. Miejscowym rzucę tylko hasło-klucz: wspólny bilet. No i oczywiście krótkie składy na najbardziej obleganych liniach oraz brak składów na liniach potencjalnie dochodowych (choćby to moje nieszczęsne Piaseczno). Jedyny sensowny środek komunikacji miejskiej czyli tramwaje, cierpi na niezrozumiały dla mnie brak funduszy - po torach śmigają dziarskie trzydziestoletnie[2] wagoniki, które coraz częściej mają awarie albo płoną. Nowych tramwajów tyle, co na lekarstwo, torowiska nieremontowane od czasów komuny a jakieś pretekstowe inwestycje w nowe trasy, z gatunku 'kilometr torowiska na upamiętnienie 15 lat niepodległej III RP' to ponury żart. I co najśmieszniejsze, od piętnastu lat nikt nie potrafi ułożyć tak rozkładu jazdy, żeby autobusy i tramwaje nie jeździły stadami, co plasuje nas chyba w czołówce planistycznego nieudacznictwa. Dołóżmy do tego niezrozumiałe kasowanie popularnych linii i uruchamianie nowych, które najczęściej wożą powietrze a otrzymamy obraz szeroko pojętej chujni, która mnie przygnębia.

Mosty zapchane, nowych przepraw brak. Trasy dojazdowe do Warszawy zapchane, brak obwodnicy miasta, codziennie rano, z powodu braku alternatyw, pół miliona samochodów wjeżdża do miasta, ich właściciele klną w korkach a potem z obłędem w oczach szukają miejsc parkingowych. Dworzec Chaosu zarasta brudem, w przejściach podziemnych koczują bezdomni i śmierdzi moczem wymieszanym z przypalonym kebabem. Na Okęciu ludzie siedzą jedni na drugich i walczą o miejsce w kolejkach do odprawy. Warszawskie dworce autobusowe to temat zbyt okrutny, by go tutaj poruszać gdyż mogą czytać mnie dzieci[3]. Wszędzie ponura kostka Bauma, remont Krakowskiego Przedmieścia trwa subiektywnie jedenasty rok i nie może się skończyć. Wszędzie brud, smród, nędza i ubóstwo, czego najlepszym przykładem jest kawałek Chmielnej między Nowym Światem a Bracką. Na jednej z najbardziej prestiżowych ulic handluje się brzydkimi jak moja dupa ręcznikami. Z łóżek polowych. Dla warszawiaka jest to smutna codzienność, przedstawiciele sytych i bogatych społeczeństw zachodu mogą przeżyć kulturowy szok poznawczy. Wszystko to składa się na obraz szeroko pojętej chujni, która mnie przygnębia.

No i zapomniałbym z tego wszystkiego o najważniejszym - dalej nie mamy stadionu, na którym dałoby się rozegrać mecz mistrzostw Europy. No ale są jeszcze 4 lata więc na pewno zdążymy.

Nie napisałem tego wszystkiego po to, by po polsku sobie pokurwić i poskamlać. Kocham Warszawę. Tą trudną miłością, jaką darzy się najbrzydszego szczeniaka z miotu, tego co to składa się z jedenastu ras, ma trzy nogi, pół ogona, jedno ucho, parcha, wrodzoną dysplazję, zaropiałe oczy a z pyska śmierdzi mu kupą. Żal mi tego miasta, bo rządzą nim ludzie, którym nie powierzyłbym opieki nad pustym kartonem po chińskich trampkach. I żal mi tego miasta, bo mamy panią prezydent, która w normalnej firmie mogłaby co najwyżej zakładać nową rolkę papieru w kiblu. W Polsce rządzi stolicą. I wreszcie po tej długiej grze wstępnej mogę przejść do meritum. Wczoraj na gazecie.pl przeczytałem wzmiankowany wcześniej artykuł i nie wiedziałem czy mam się roześmiać, czy zapłakać.

Przedstawiciele UEFA skontrolowali w Warszawie infrastrukturę, wystawili noty i pojechali do domu. Oceniono lotnisko - między 65 a 85% spełnionych oczekiwań. Baza noclegowa - 85% (w tym placówki oddalone nawet o 2 godziny jazdy od stadionu, którego nie ma). Transport miejski - maks, braki jakichkolwiek zarzutów, 35% nadwyżki w stosunku do wymagań UEFA.
Na Okęciu przepracowałem dwa wakacyjne miesiace pięknego A.D. 2002. Już wtedy na terminalu i przy bramkach działy się sceny dantejskie, zwłaszcza gdy odprawiano czartery do ciepłych krajów. Teraz jest jeszcze gorzej, Etiuda przypudrowała problem miast mu zaradzić.
Baza noclegowa - UEFA policzyła hotele w Łodzi a my się cieszymy.
Transport miejski - prawdopodobnie badania poczyniono przez porównanie wozoosobokilometrów możliwych do osiągnięcia (pod warunkiem uruchomienia całego taboru, łącznie z tym stojącym na kanałach i na cegłach) z tymi, jakich wymaga UEFA. Bo nie wierzę, że którykolwiek z kandydatów wydałby tak łaskawy werdykt po przejechaniu się tramwajem Alejami Jerozolimskimi w kierunku Stadionu, który jest teraz ale na którego miejscu powstanie stadion właściwy. W przyszłości.
Stadion - spuśćmy zasłonę milczenia na tą szopkę, bo może się okazać, że HGW dopnie swego i sprzeda ten teren pod ogrodzone osiedle a stadion wybudujemy w burakach. Zapewne czynem społecznym.

Gdybym był poważnym włodarzem miasta, który wie na czym polegają problemy miejsca, którym z woli ludu zarządzam, wziąłbym bat i zaczął nim trzaskać nad głowami podwładnych. Okiem nieuzbrojonym widać, że do zrobienia jest kupa rzeczy a niczego tak naprawdę nawet nie zaczęliśmy. Banialuki o tym, że w cztery lata zbudujemy stadion, drugą linię metra, nowy most, trasy dojazdowe do niego oraz poszerzymy bazę noclegowo-gastronomiczno-rozrywkową są przejawem myślenia życzeniowego. Pod żadną z tych inwestycji nie wmurowano kamienia węgielnego, nie wbito łopaty, nie przerzucono nawet kilograma ziemi. Jeżeli ktoś liczy, że samo się zbuduje, to się przeliczy. Co w tej sytuacji robi zaś nasza pani prezydent? Ano cieszy się, że jest ekstra. Dziwnym nie jest - ją natchnął Duch Święty i miała dobrą intuicję. Według niej transportowo poradzimy sobie nawet bez drugiej linii metra, w dziedzinie komunikacji właściwie moglibyśmy już nic nie robić, Euro w Warszawie jest niezagrożone i radujmy się wujaszku, bo dufam, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku. A zarzuty i ostrzeżenia, które formułują nasi oponenci, nie były trafione i są wodą na młyn odwetowców z Bonn. Kurwa, co za cyrk. Nie wierzę, że UEFA zabierze nam organizację mistrzostw. Ale jestem pewien, że będzie to impreza, która na długo zapisze się w pamięci kibiców z całej Europy i skutecznie zablokuje wszelkie kandydatury z naszego regionu na najbliższe 40 lat. Bo jeżeli nie zdarzy się cud, będzie to żenada łatana przysłowiowym sznurkiem do snopowiązałek. Która to żenada będzie ukoronowaniem panującej w stołecznym grodzie chujni, która  okrutnie mnie przygnębia.

Półtora roku temu na stronie opublikowałem tekst o Warszawie: (http://radkowiecki.is.evil.pl/warszawa.html) - wklejam go, bo po pierwsze bardzo go lubię a po drugie trzeci akapit od końca był najprostszym proroctwem jakie w życiu wygłosiłem. Najprostszym w tym sensie, że wymyśliłby je nawet krzak bazylii, który zahodowałem w kuchni. Doceniam władze za to, że w tym czasie wyremontowały Puławską na odcinku miejskim. Doceniam fakt otwarcia kolejnej stacji metra. Doceniam też kilka innych rzeczy. Problem w tym, że oprócz paru detali niczym nie różnicie się od swoich poprzedników. W zwiazku z tym czuję się upoważniony do wygłoszenia oświadczenia - SRAM NA WAS.

A Euro będzie takie piękne, że dupy nam z dumy popękają. Do poczytania. 

[1] Wiem, że formą purystycznie poprawną jest warszawianin ale brzmi to jak nazwa środka wczesnoporonnego. Dlatego wybieram swojskiego, brzmiącego knajacko warszawiaka.
[2] Radośni psychopaci z klubu miłośników tramwajów miejskich proszeni są o niezabieranie głosu w sprawie rzeczywistego wieku tramwajów. One mogą mieć tych lat mniej ale mnie to nie obchodzi, bo wyglądają na maszyny trzydziestoletnie.
[3] Na studiach miałem okres gdy dużo podróżowałem PKS-em. We wszystkich kierunkach, dzięki czemu zwiedziłem niektóre warszawskie dworce autobusowe. Nie żeby ich było jakoś dużo, bo Zachodni i Stadion, ale te dwa mi wystarczyły. Uwierzcie mi na słowo - zimą, po zapadnięciu zmroku są to bardzo złe miejsca i widzi się na nich rzeczy, które człowieka bardzo zmieniają. Nie chcę o tym opowiadać. Nikomu i nigdy.