To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 25 maja 2007

Upał, upał - ty chuju. Odkąd sięgam pamięcią zawsze lubiłem chłody a podczas upałów cierpiałem. Od przegrzania cierpiałem. Od pragnienia cierpiałem. I od zapocenia cierpiałem. To ostatnie wkurwiało mnie maksymalnie gdyż bardzo nie lubię być zapocony, brudny i śmierdzący. A nie zawsze można wziąć szybki, chłodny prysznic. I jak się kilka dni temu zrobiło gorąco, to mi się kilka dni temu zrobiło słabo. I jestem taki bardziej elektryczny. Ale z tego, co we czwartek zrobiłem (a właściwie czego nie zrobiłem), mogę być dumny. A wy możecie być dumni ze mnie, bo udowodniłem, że naprawdę odzyskałem zen (a nawet Zen).

W środę kupiłem mieszkanie i poszedłem ten fakt delikatnie opić. Do domu wróciłem nieco lącnięty [1], uwaliłem się na fotel, podrapałem po jajach i stwierdziłem, że pora spać. Zły mnie podkusił, włączyłem na pół minuty telewizor a tam Krew bohaterów [2]. No to obejrzałem do końca, w wyniku czego spałem nędzne 5 i pół godziny. Rano koszmarna pobudka, na dworze koszmarna pogoda a w autobusie koszmarny smród. Ale jadę, kurwa, jadę. I nagle, zupełnie bez ostrzeżenia do autobusu wbiła się cała klasa z panią wychowawczynią. Na oko była to klasa trzecia-czwarta. W sumie nic wielkiego i normalnie miałbym na ów fakt wyjebane gdyby nie to, że te dzieci były wychowywane w fabryce dzwonów.

Ja rozumiem, że dzieciaki mają w kutas energii i znajduje ona ujście między innymi w głośnym i szybkim mówieniu. Ale to było przegięcie pały - te gówniary (bo obok mnie przystanęły dziewczynki) ryczały tak głośno, że przekrzykiwały moje empetrójki ustawione na maksymalną głośność. Obadajcie sytuację - 5 i pół godziny snu, delikatny kac (trochę suszy, głowa szczypie, świat lekko się chwieje na boki), na dworze upał jak skurwysyn, w autobusie śmierdzi, ja próbuję nie umrzeć. I rozwrzeszczane dzieci, które na dodatek nie trzymają się rurek, w wyniku czego rzuca je po połowie autobusu. A one, biedne, małe stworzenia, próbując złapać równowagę, wymachiwały mi rękoma jakieś 4 centymetry przed twarzą. A ja kurwa nienawidzę jak mi ktoś wymachuje łapami przed twarzą. Oprócz wymachiwania, non stop mnie trącały. A ja kurwa nienawidzę jak mnie ktoś trąca. No horror jakiś. Co byście zrobili na moim miejscu? Jak myślicie - co zrobiłem ja?

- dla przykładu urwałem jednej z dziewczynek rękę i spuściłem ową ręką wpierdol reszcie klasy

- wychrypiałem 'zamknijcie mordy córki hieny i debila'

- wstałem i krzyknąłem 'wypierdalać stąd'

- wstałem i poprosiłem wychowawczynię klasy żeby uciszyła rozbrykaną gromadkę urwisów

- wstałem i powiedziałem do wychowawczyni: nie wiem ile pani zarabia ale moim zdaniem za mało

- wszystkie wymienione

- żadna z powyższych

Nie będzie konkursu, bo na bloga wchodzą 3 osoby na krzyż. Odpowiem - dzięki zen (a nawet Zen) nie zrobiłem kompletnie niczego. Trochę pokląłem pod nosem, po czym stwierdziłem: stary, co się będziesz ciskać - to tylko dzieciaki. Ty w ich wieku byłeś tak samo wkurwiający. Na przystanku końcowym wypuściłem gnojków przodem, zobaczyłem że idą do metra i przezornie udałem się na tramwaj. Był to błąd. Bo po przejechaniu kilometrów paru zobaczyłem parking a tam piętnaście zajebistych autokarów. Zaraz, to nie ta notka. Po przejechaniu kilometrów paru do tramwaju wkitrał się pan z instrumentem ciąganym. Trzy najbardziej wkurwiające mnie instrumenty: rozstrojone skrzypce (nienawidzę całym moim małym, nikczemnym serduszkiem), akordeon zwany harmoszką (dostaję rozstroju nerwowego w jego obecności) oraz dudy (jak zaczynają grać to zawsze podskakuję z nerwów po pierwszym dźwięku). A do trajtka wbił sie pan z "harmonio renczno". I zaczął zaiwaniać jakieś hity. Przez trzy kolejne przystanki. Myślałem, że zejdę, bo harmonia grała głośniej od moich empetrójek.

Jeżeli myślicie, że wstałem i wbiłem panu akordeon na głowę, to się grubo mylicie. Ja w tym czasie obcinałem zadbaną czterdziestkę w typie 'ognista Cyganka' i nie miałem ochoty odrywać się od tego przyjemnego zajęcia (bo była zaiste zadbana i zdecydowanie poprawiała estetykę wnętrza). Przetrwałem nawałę dźwięków, wysiadłem przy placu Unii i cierpliwie poczekałem na przesiadkę. Ale to zupełnie inna historia, którą opowiem jak zjem zupę.

Tytułem bezsensownego i zbędnego podsumowania powtórzę: jestem z siebie dumny a odzyskanie zen (a nawet Zen) jest cudowną rzeczą. Bo wystarczy tylko warknąć pod nosem 'kurwa' albo 'ja pierdolę' i już człowiek czuje się lepiej. Ale i tak dobrze się stało, że w sobotę uderzam na tygodniowy rejs na Mazury gdzie będę mógł swoje odzyskane zen (a nawet Zen) umocnić. Przyda mi się to w obliczu nadciągającej fali upałów. 

W nawiązaniu do tytułu i pierwszych zdań (bo mi notka zdryfowała): największą tragedią Warszawy był zakup klimatyzowanych Solarisów. Klima nie wyrabia, okna zagwożdżone, ludzie w środku umierają na udar albo zawał. Kij wam w dupę, panowie producenci. I waszej niedziałającej klimie też kij w dupę. Kij w dupę waszym żonom, dzieciom i rodzicom. Oraz waszej niedziałającej klimie. Właściwie, to możecie sobie tą klimę wsadzić w dupę. A potem zlikwidujcie blokadę okien - uchylimy je i jakoś sobie poradzimy. Bo nie ma nic bardziej wkurwiającego w upał niż słabowity erkondyszyn. To tyle. Do poczytania za tydzień, bo do przyszłej soboty będę pływał na dużej łodzi żaglowej po Mazurach i nie mam zamiaru dotykać kompa nawet kijem.

[1] Uwielbiam brzmienie tego słowa. Lącnięty oznacza lekko upity. Albo średnio upity. Ewentualnie mocno upity. Wszystko zależy od intonacji i od tego kto to mówi.

[2] Szczupły, młody i przystojny Rutger Hauer oraz piękna, zgrabna i młoda Joan Chen. Do tego bezpretensjonalny scenariusz i mnóstwo krwi i przemocy. No to czego ja mogę chcieć więcej od filmu? Krew bohaterów mogę oglądać w kółko. W każdej wersji - nawet z happy endem.

wtorek, 22 maja 2007

Jak to mówią: przyjaciele to rodzina, którą możesz sobie wybrać. Jak natomiast nazwać sąsiadów? Wrzód na dupie, na który nie masz wpływu? Banda socjopatów, którzy wybrali sobie miejsce obok ciebie? Wieśniaki o odpustowo-diskopolowym guście, którzy nie spoczną dopóki nie rozpuszczą ci muzyką mózgu? Banda śmierdzieli z czworaków? Czy może wszystko po trochu? Nie wiem jak to wygląda u was ale moi sąsiedzi są klasą samą dla siebie.

Kurwa mać, siedzę przy otwartym balkonie i oknie i czuję ten smród zaszczanych wózków, czy co to do chuja Wacława jest. Przepraszam za wtręt.

Sąsiedzi - mógłbym o nich napisać kilkudziesięciostronicową przypowieść ale nie chce mi się marnować czasu, palców i talentu na ten motłoch. Dlatego krótką notką ich oblecę, bo nie zasłużyli na dobre słowo. A przynajmniej większość z nich. A teraz krótki katalog ich zwyrodniałych zachowań, kolejność przypadkowa:

- mentalność parobasa z czworaków uniemożliwia im zrozumienie jednej prostej zasady: jesteśmy wspólnotą i każdy, oprócz swojego mieszkania, ma udział w części wspólnej. Co oznacza, że nasze mieszkania nie kończą się za progiem. Niestety, dla nich się kończą, w związku z czym wygląda to tak: w domu marmury i klepka dębowa, za progiem możemy choćby i nasrać na środku klatki schodowej.

- nigdy nie pojmowałem jak można: a) palić na klatce schodowej b) kiepować na klatce schodowej. Dla moich sąsiadów to norma i dzień bez kilku kiepów na schodach oznacza, że jest Nowy Rok, Wigilia albo Wielkanoc a buraczane łby wyjechały do rodziny za miasto

- nigdy nie pojmowałem jak można wystawiać na klatkę schodową: a) buty b) pudełka po pizzy c) worki ze śmieciami d) które ciekną. Dla moich sąsiadów to norma, do której i ja zaczynam się, o zgrozo, powoli przyzywczajać. W sensie do widoku a nie zestawu zachowań.

- nigdy nie pojmowałem jak można, zrobiwszy w miejscu publicznym bardachę, nie posprzątać po sobie. I o ile zrozumiem, że ktoś nie będzie polerował chodnika jak mu się rozbije słoik z majonezem, to niepojęte jest dla mnie na przykład wytrzepywanie zaschniętego błota z bieżnika opony roweru na klatce schodowej. Co chujowi zależało zrobić to na dworze? Nie wiem. Wiem natomiast dlaczego moi sąsiedzi patrzyli na mnie jak na idiotę gdy jechałem na klatce schodowej na szmacie jak mi z worka ze śmieciami pociekło na schodach i przy wyjściu (truskawki rozmiękły a worek miał małą dziurkę). Pewnie - lepiej zostawić, niech śmierdzi. Bo przecież rano przyjdzie serwis sprzątający a skoro płacę, to wymagam. I nie mam zamiaru po sobie sprzątać. No co za brudasy pierdolone.

- no właśnie, płacę. Nigdy nie pojmowałem jak można za coś nie zapłacić - dla mnie to złodziejstwo i żadne łamańce językowe tego nie zmienią. Dla sporej części moich sąsiadów niewnoszenie zaliczek (czyli tak zwanego czynszu) to norma, przez co wspólnota jest zadłużona jak chuj. Dobrze, że w końcu ktoś się za to wziął, poszły sprawy do sądu a uparci dłużnicy wylądowali albo wylądują w odpowiednich rejestrach. Nie ma litości dla skurwysynów.

- małe dzieci to urocze zasrańce i zaszczańce a ja im z tego powodu wstrętów czynić nie zamierzam - sam za młodu waliłem kupala w tetrę. No ale nigdy nie pojmowałem jak można skazywać ludzi na smród niczym z kuwety. Dziecko się zlało, mocz przesiąknął przez spodenki do wózka, wózek jebie jak kocie szczochy, wózek stoi na klatce schodowej na dole, klatka jebie jak kocie szczochy, nikt nie wpadnie na pomysł coby obijkę z wózka wyprać, lato idzie, będzie fajniej. Może by im te wózki kiedyś podpalić?

- sąsiedzi na dole mają tarasy. Sąsiedzi na dole mają odpustowo-slamsowy gust. Slamsowość objawia się wystawianiem na taki taras wszystkiego, co się w mieszkaniu nie mieści - rozpierdalające się rowery, butelki, jakieś szmaty, stare buty, czarne worki foliowe z tajemniczą zawartością, małe dzieci, toczące pianę psy, elektryczne grille oraz metalowe suszarki na pranie z praniem na nich (wielką radość sprawia mi nieodmiennie widok męskich gaci z niedopraną draską). Odpustowość objawia się zakurwieniem na taras 4 leżaczków model Jurata i seksownego namiociku model "Kiedyś się na tą potworność wyrzygam". A wieczorem można zasiąść na leżaczkach, pod namiocikiem, ukuć kilka browarów i walnąć karkówkę z grilla.

- właśnie, grille. To jest naprawdę coś. I o ile mogę zrozumieć, że wieśniak żyć nie może bez przypalonej śląskiej albo zwęglonej karkówki, to niepojęte jest dla mnie stosowanie grillów innych niż elektryczne. Próby zwrócenia uwagi na to, że palenie węgla drzewnego w środku osiedla jest, mówiąc delikatnie, przegięciem pały, kończą się wzruszeniem ramion i spojrzeniem mówiącym "co się kurwa koleś czepiasz - u siebie dymię, nie?". Przestałem zwracać uwagę.

- jest karkówka, jest bro, powinny być kobiety. Kobiety uwielbiam więc się nie wypowiem o moich sąsiadkach. A skoro jest karkówka, bro i kobiety, musi być muza. Muza jest charakterna - rap, hip-hop, barachołka, biesiada, disko-polo i głośny pop. Zazwyczaj toleruję ale jak mnie wkurwią, to otwieram okno, zapuszczam moje mocarne kino domowe i daję im popalić Godsmackiem albo Siostrami Miłosierdzia. Niech cierpią przy moich melodiach tak, jak ja cierpię przy ich. Tyle tylko, że ja to robię raz na kwartał a oni raz na 3 dni. Kurwa, jak ja ich czasami nienawidzę. Ciekawostka: 1 listopada 2006 sąsiedzi po skosie z góry zrobili sobie radosną imprezkę do wtóru 'Hej sokoły'. Byli bardzo zdumieni gdy o godzinie 22:01 stanąłem u ich drzwi i poprosiłem o ściszenie melodii. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nie bronię nikomu świętować 1 listopada, bo to podobno wolny kraj. Nie wiem natomiast dlaczego zdziwiła ich moja prośba o zastosowanie się do ciszy nocnej.

- cisza nocna. Temat na osobną opowieść. Nie jestem nerwowy i toleruję imprezy w piątek, sobotę a nawet niedzielę. Natomiast niepomiernie wkurwiają mnie dwie rzeczy: imprezy w poniedziałek, wtorek, środę i czwartek oraz olewczy stosunek policji do zagadnienia. I żeby to były chociaż normalne imprezy - jakiś alkohol, dziewczyny, muzyczka, tańce, niechby nawet i delikatny śpiew. No ale, do chuja wafla, ile można znosić bydlęce ryki na balkonie i bluzgi nawalonych kurewek? Dlaczego większość moich sąsiadów nie potrafi się bawić jakoś kulturalnie? Bo są buraczanymi łbami ze wsi, wychowanymi na zabawach? Nie wiem i w dupie to mam. Policja też ma to wszystko w dupie, tylko że im podobno płacą za to, żeby nie mieli tego w dupie.

- ryki. Ci ludzie nie rozmawiają ze sobą, oni do siebie ryczą. Dziwnym nie jest, skoro od małego są do tego przyuczani. No bo jak inaczej niż przyuczaniem, nazwać następujący obrazek: matka w kuchni po drugiej stronie mieszkania, dziecko przed klatką po 'mojej' stronie mieszkania. I nagle rozlega się: MAAAMAAAA!!! MAAAAAMAAAAAA!!! A mama zamiast podejść do okna wychodzącego na klatkę schodową i zasugerować młodemu, że skoro chce pogadać, to może skorzystać z domofonu, odrykuje: CZEGOOOO!?!?!?? albo coś w podobie. No to jak to dziecko za 10 lat będzie rozmawiać ze swoimi kolegami/koleżankami/partnerem? Rycząc, rzecz jasna. No co za gnój. Próby grzecznego zwrócenia uwagi skutkują agresją drugiej strony - kurwa mać, zupełnie jak szlachetkowie na włościach się zachowują.

- ogólnie rzecz biorąc: totalna wyjebka na wszelkie zasady współżycia społecznego. Czasami myślę, że uczestniczę w jakimś upiornym eksperymencie psychologiczno-socjologicznym pod tytułem: 'Jak będą zachowywać się chłopi pańszczyźniani przeflancowani do miasta'. I tutaj skończę, bo nie chce mi się więcej o tych burakach pisać.

Na koniec disklajmer: w tekście wielokrotnie pada słowo wieśniak/chłop. Ma oczywiście wydźwięk pejoratywny. Zasadniczo w dupie mam zasady politycznej poprawności i mógłbym nie tłumaczyć niuansu ale wytłumaczę: wieśniak to nie jest mieszkaniec wsi. Wieśniak to stan umysłu, niezależny od miejsca urodzenia czy zamieszkania. Wieśniak to mój sąsiad. Jeżeli twój też, to masz przejebane. W związku z tym wszystkim na starość wybuduje sobie domek z dala od jakichkolwiek ludzi. I w końcu zaznam spokoju.

PS. Jak już zapewne się zorientowaliście, z dużą łatwością przychodzi mi ocenianie, wyszydzanie i krytykowanie bliźnich. I nawet lubię tę robotę. W związku z tym możecie sobie na mój temat tworzyć bardzo ciekawe wyobrażenia. Co śmieszne - wszystkie nieprawdziwe.

czwartek, 17 maja 2007

Bla, bla, bla, bla, bla - to mówił Giżyński z pisu. Ble, ble, ble, ble, ble - to mówił Rysiek Kalisz. Bla, bla, bla, bla, bla - ripostował Giżyński z pisu. Ble, ble, ble, ble, ble - odpowiadał Rysiek Kalisz. I tak blablali i bleblali sobie przez kwadrans albo coś koło tego. Jad, piana i nienawiść bryzgały z ekranu, widownia programu biła brawo i buczała a ja patrzyłem na to przygnębiony. Po zakończeniu programu zadałem natomiast sobie pytanie retoryczne - kiedy te dupki zejdą ze swoich wież z kości słoniowej, ze styropianu, nawozu, słomy albo wysypanego na tory zboża? Kiedy do nich dotrze, że przeciętny, w miarę rozsądny, chcący budować pomyślność swoją i swojej rodziny, uczciwie pracujący człowiek ma kompletnie wyjebane na ich zabawy w piaskownicy na Wiejskiej?

Spłaciłem niedawno swoje pierwsze M-2. Mam fajną, sensownie płatną pracę. Mam jakąś zdolność kredytową. Niebawem, jak dobrze pójdzie, będę się przeprowadzał do nowego mieszkania. Oszczędzam. Nie muszę za chlebem wyjeżdżać na Wyspy. I byłbym w miarę zadowolonym człowiekiem gdyby nie te złamasy z Wiejskiej. Co mnie, do kurwy nędzy, obchodzi lustracja? Czy dzięki niej będę płacił niższe podatki? Czy dzięki niej będę mógł sobie pozwolić na przeznaczanie większych kwot na oszczędności? Czy dzięki niej będę mógł częściej wpłacać nadwyżki finansowe na wybrany czas jakiś temu zbożny cel? Czy wreszcie dzięki niej będę mógł wydawać więcej na swoją największą pasję - książki? Jakoś mam wrażenie, że nie.

Nie miałbym nic przeciwko zabawom w lustrację, zamachom na Trybunał Konstytucyjny, mundurkom w szkołach i ględzeniu politykierów z lewa, z prawa i ze środka. Naprawdę. Ale tylko pod jednym warunkiem. GOSPODARKA DURNIE!!! Ja rozumiem, że głodnymi gołodupcami się łatwiej rządzi ale to co się wyprawia, to jest po prostu kurwa mać. I proszę mi nie mydlić oczu wzrostami PKB i niską inflacją. W dupie mam wzrost PKB i niską inflację w sytuacji, gdy nie przekładają się one na polepszenie mojego dobrobytu. Mnie nie interesuje martyrologia, barykady na Tamce, ględzenie o piędzi, chwale i rubieży czy celebrowanie rocznic masowego wyrzynania inteligencji. Może jakbyśmy, wzorem mniej buntowniczych nacji, odpuścili sobie powstania [1] i nie rzucali na rzeź swoich najlepszych synów, to teraz nie rządziłyby nami chamy z czworaków. Może gdybyśmy teraz potrafili znaleźć odpowiedni balans między pamięcią o historii, rachunkiem krzywd i budowie dobrobytu obywateli, to żyłoby się nam trochę lepiej. Ale, kurwa, po co?

Lepiej brandzlować się od roku oświadczeniami lustracyjnymi dziennikarzy, dywagowaniem czy Michnika-zdrajcę Narodu Polskiego należy rozstrzelać czy zatłuc kamieniami i pielgrzymkami do Torunia. A tak mało istotne kwestie jak autostrady, lotniska, nowe terminale, kryzys systemu emerytalno-rentowego, rosnąca emigracja zarobkowa, podatki duszące inicjatywę i odbierające chęć do uczciwego rozliczania się z fiskusem, podatek Belki albo wysoka akcyza na wszystko co można nią obłożyć, zostawmy sobie na potem. Tylko, że jak tak dalej pójdzie, to nie będzie żadnego potem, bo to wszystko, począwszy od ZUS-u, pierdolnie. Chyba, że wcześniej ostatni produktywny osobnik przed 30 rokiem życia opuści ten chujowy kraj.

Od 18 lat trwa ten karnawał szaleństwa a ja, patrząc na to, zadaję sobie pytanie: jakiemu złemu bóstwu u zarania dziejów podpadliśmy tak bardzo, że od 1000 lat zbieramy po dupie jak mało kto w tym rejonie świata, a nasza konstrukcja psychiczna uniemożliwia dogadanie się i zrobienie czegokolwiek porządnie od samego początku do samego końca? Aż się na usta słowa Jerzego Czecha cisną, bo one najlepiej oddadzą to, o czym od kilku minut próbuję nieskładnie coś napisać:

Pan narodu, margrabio, nie zmienisz
Tu rozsądku rzadko się używa
A jedno, co naprawdę umiemy
To najpiękniej na świecie przegrywać.

No i jak tu się z tym nie zgodzić, skoro od lat widzę to co dzień za oknem? Muszę wypierdolić telewizor do śmieci, bo mnie te debilne debaty przygnębiają. A miało przecież nie być o polityce. Dobra, zanim się pożegnam to opowiem bezsensowny dowcip: na urodziny kupiłem starej kapcie i wibrator. Jak jej się kapcie nie spodobają to niech się pierdoli. Dobranoc Państwu.

[1] Nie trzeba być socjologiem żeby wiedzieć, że gdzie trzech Polaków tam cztery opinie. Jak miało się nam niby udać jakiekolwiek powstanie?

środa, 16 maja 2007

Roznosi mnie. Ale jak mnie roznosi, normalnie pała mała. Brakowało mi jednak możliwości wyżycia się na bliźnich, jaką dawał mi pręgierz, a jaką z premedytacją autocenzorsko wyciąłem na stronie i na forum. Bo na stronie i na forum ma być kulturalnie - przecież nie zacznę kurwić pod niebiosa, wychwalając pisarski kunszt Milana Kundery... Chujowy przykład, za chwilę wytłumaczę dlaczego. Pisarski kunszt Stephena Kinga wychwalając, nie będę rzucał mięsem, bo na stronie i na forum jest kącik kulturalny a tutaj prawdziwy zsyp. Wyrwać się, wyrwać się z kręgu niepotrzebnych słów, bo bełkoczę.

Milan Kundera - gdy byłem młodym chłopcem ze wsi, który przyjechał do stolicy na studia, straszliwie się wszystkim przejmowałem. Żałuję, że nie znalazł się wtedy jakiś sensei, który powiedziałby mi: stary, olej to wszystko. Bo im bardziej masz na wszystko wyjebane, tym mniej się stresujesz, tym bardziej jesteś naturalny, tym mniej jesteś sztuczny, tym mniej jesteś nieprawdziwy i fałszywy. A ludzie, pomimo swojej wrodzonej tępoty, takie rzeczy czują. A zwłaszcza kobiety, które przecież chciałem przelatywać podczas studiów w ilościach hurtowych. No i zamiast być sobą, próbowałem być kimś innym. W ramach bycia kimś innym, wziąłem się za Kunderę i Hrabala, bo modni wtedy byli. Wiem, że mam niewyrobiony, plebejski gust literacki. I dobrze mi z tym. Dlatego śmiało mogę powiedzieć: przy jebanym Kunderze mało się nie okaleczyłem z rozpaczy. Przy pieprzonym Hrabalu mało nie przebiłem sobie oka łyżką. Łyżka była w kubku z kawą. Kubek stał przy biurku. Za biurkiem siedziałem ja i czytałem Hrabala. Sukinsyn mnie uśpił. Głowa opadła w dół. Oko zatrzymało się od łyżki jakieś 3 milimetry. Pierdolcie się przynudzający bracia Czesi. Znaczy Czechów i ich flegmę oraz luz lubię. Ale ich nudnych literatów już nie. Koniec dygresji. Wróć - nie koniec. Ze studiów i okresu tuż po nich (bo dalej się przejmowałem czy aby jestem dostatecznie komilfo) pozostała mi również nienawiść do Cohelo, niechęć do Cortazara, Hessego i Marqueza oraz delikatne obrzydzenie do Whartona. Spośród wymienionych autorów, tylko Wharton dał radę napisać książkę, przy której nie umarłem z nudów, i która nie zajebała mnie bełkotem. Bez bólu przyjąłem Ptaśka oraz W księżycową jasną noc. Pozostali autorzy krzywdzili mnie każdym zdaniem swojej pisaniny [1].

O co mi chodziło? Aha, o to, że ja jednak lubię pisać długie, bezsensowne teksty, w których przeklinam i narzekam. Co jest sprzeczne z moją naturą, bo ja rzadko kiedy na cokolwiek w realu narzekam. Może to jakiś pieprzony zły brat-bliźniak przeze mnie teraz przemawia? Dobra, wystarczy tej cipowatej egzaltacji, przejdę w końcu do meritum.

Już wiem dlaczego po tygodniu prowadzenia mój blog nie ma jeszcze 200 000 tysięcy wejść, nie jest na topie syndykatu i nie jest według technorati <== (product placement jak chuj) wart milion dolarów. Otóż jako człowiek staromodny, zakurzony, ze wstrętem do techniki i przyzwyczajony do literek a nie do obrazków i piktogramów, komponuję notki jak skończony kretyn. No bo jak może być popularny blog który:

  • jest pisany na najbardziej lamerskim z domyślnych layoutów oferowanych przez blox
  • nie ma żadnej kulerskiej fotki na górze (to się chyba nagłówek bloga nazywa)
  • nie ma bajeranckiego licznika po boku
  • nie oferuje księgi gości
  • nie ma podziału notek na kategorie, których nazwy świadczą o szaleństwie, spontaniczności i inteligencji autora
  • nie ma zalinkowanych 100 blogów, których autor i tak nie czyta ale widać tak wypada czynić
  • w żadnej z notek nie znalazło się zdjęcie,
  • film
  • empetrójka
  • czy chociaż zwykły, opierdziany link do czegokolwiek
  • nie traktuje o Tokio Hotel, Lost, Prison Break, seksie i/lub masturbacji
  • a na domiar złego ma chujową nazwę

Od weekendu się to zmieni. Albo jak wrócę z urlopu na początku czerwca. Albo wzorem Jane z kawałka, którego i tak nie kojarzycie, bo jesteście za młodzi: I'm gonna start tomorrow. Albo jak panienka Skałlet - I can't think about that right now. If I do, I'll go crazy. I'll think about that tomorrow. Tak właśnie będzie - zaczynam od jutra.

[1] Teraz już wiecie dlaczego jestem chamem i prostakiem, który lubi bluzgać - nigdy w życiu nie przeczytałem Alchemika, Spóźnionych kochanków, Stu lat samotności, Gry w klasy oraz Wilka stepowego. Niepotrzebnie wam to zdradzam, bo łatwiej mnie będzie glanować ale... Jebać to, lubię jak mnie ludzie krytykują - to takie oczyszczające. Poza tym kto powiedział, że feedback zawsze musi być pozytywny?

Dobry początek.
Ministerstwo Sprawiedliwości wpadło na pomysł żeby ustalić ceny maksymalne na usługi świadczone przez adwokatów i radców prawnych. Adwokaci i radcy się oczywiście na to nie zgadzają. Twierdzą, że propozycje ministerstwa naruszają zasady wolnego rynku i konstytucję. Konstytucja mnie ogólnie rzecz biorąc wali, bo to nudny i długi gniot, w którym nic się nie dzieje a bohaterowie są bezsensowni. Ale wolny rynek - czemu nie, o tym mogę trochę pobzdurzyć.

Najpierw garść smakowitych szczegółów a potem krótki, wulgarny i obraźliwy komentarz. Oto co mówią prawnicy: na ustalonych z góry wynagrodzeniach stracą najlepsi prawnicy na rynku, spowoduje to ucieczkę osób świadczących usługi prawne za granicę, gwarantem ochrony konsumentów powinna byc zasada wolnego rynku, to tak jakby ustalono odgórnie ceny aut w salonach, społeczna gospodarka rynkowa (co to kurwa w ogóle jest?), będąca ustrojem gospodarczym RP zakłada, że ceny za towary i usługi kształtuje podaż i popyt, resort zachowuje się antyrynkowo, nawet obecnie nie wszędzie w Polsce adwokaci i radcowie prawni mogą utrzymać swoje kancelarie i rodziny wyłącznie z pracy w adwokaturze. To może po kolei.

Nożesz kurwa wasza w dupę mać - sam czasami kłamię ale staram się nie robić tego w sposób tak bezczelny. Jakoś zawoalować, bardziej ściema niż kłamstwo. Ale na boga - nie tak ordynarnie, po chamsku, bez żenady, prosto w oczy. To może po kolei.

Ożesz w dupę... spokojnie, miało być po kolei a nie po rodzinie. Chodzi o to, że teoretycznie powinienem się przyzwyczaić do kłamstw gdyż w tym kraju kłamią wszyscy. Oczywiście w innych krajach też kłamią ale ja jestem Polakiem, myślę po polsku i będę pisał o Polsce a nie o Kanadzie. Kłamie mechanik w warsztacie twierdząc, że części są legalne. Kłamie sprzedawca w sklepie mówiąc, że to mięso jest świeże. Kłamią skurwysynowie w urzędach, obiecując że sprawa będzie załatwiona w 2 tygodnie. Kłamią świnie u żłoba mówiąc, że będzie lepiej. Czasami kłamstwo jest potrzebne. Ba, bez niego pewnie 90% małżeństw i związków partnerskich by się rozpierdoliło na kawałki, najdalej po kwartale. Z tym, że można kłamać finezyjnie (dobrze obmyślone kłamstwo dalej mnie brzydzi ale przynajmniej mogę być z niego dumny - nie musicie rozumieć tego paradoksu). I można też kłamać na chama. Tak właśnie kłamią prawnicy w kraju nad Wisłą.

Skończyłem Najlepszą (przynajmniej za taką ją uważano gdy ją kończyłem) Uczelnię Ekonomiczną W Kraju. Ale nawet bez kursu makroekonomicznego, średnio rozgarnięty osobnik widzi, że coś tu nie gra. Z jednej strony prawnicy skamlają o wolnym rynku, społecznej gospodarce rynkowej (co to kurwa w ogóle jest?), o podaży i popycie oraz o antyrynkowych zachowaniach resortu. A z drugiej stony, niczym niepodległości (i stałego strumyczka kasy) bronią systemu koncesyjno-kastowego. Co wy, skurwysyny, myślicie, że nikt w tym kraju już nie potrafi myśleć? Chcecie podaży, popytu i społecznej gospodarki rynkowej (co to kurwa w ogóle jest?), to odblokujcie dostęp do zawodów prawniczych. I wtedy zobaczycie chujki jak rynek was wszystkich zweryfikuje - zarabiać będą faktycznie dobrzy, lepsi i najlepsi. A miernoty udadzą się na zasłużony zasiłek. Ewentualnie będą mogli spełnić swoje groźby i wyjechać za granicę. Z tym, że różnice prawne spowodują, że w rzeczywistości pozostanie im kopanie dołów.

No dobra, krzywdzę kilka osób, którym zechce się zgłębić prawo w nowymi miejscu pobytu i skutecznie pokonkurować z miejscowymi. Tylko pokażcie mi na przykład Niemca, który wybierze usługi Polaka-złodzieja w miejsce porady prawnej Helmuta, który po pierwsze jest aryjczykiem od 3 pokoleń, a po drugie świadczy usługi prawnicze rodzinie od zawsze. Pokażcie mi Anglika, który przedłoży usługi Polaka-złodzieja nad porady prawne Johna, którego przodkowie są poddanymi Korony od 400 lat. Albo pokażcie mi Francuza, który będzie wolał usługi Polaka-złodzieja od usług Paula, który skończył prawo na Sorbonie, pochodzi z rodziny, która korzenie swoje wywodzi z czasów Ludwika jednocyfrowego i do tego świetnie całuje. No was chyba wszystkich do reszty pojebało jeżeli sądzicie, że istnieje coś takiego jak Polska Szkoła Prawa, która jest znana i szanowana jak świat długi i szeroki.

Co tam jeszcze zostało? A, porównanie cen maksymalnych na usługi do ustalonych odgórnie cen samochodów w salonach. Nie masz lepszego demagoga nad polityka i prawnika. Z takim argumentem nie będę dyskutował, bo obraża on moją inteligencję.

Ceny maksymalne spowodują spadek zarobków najlepszych prawników. No co za bullshit i brak logiki w rozumowaniu (a logika chyba jest w programie studiów prawniczych). W sytuacji gdy istnieją ceny maksymalne, stracą najsłabsze kauzyperdy a nie Tadeusz de Virion. Bo jak będę miał do wyboru zapłacić cztery kółka jakiemuś niedorobionemu adwokatowi albo Tadeuszowi de Virion, to będę wolał zapisać się do kolejki społecznej do tego drugiego. Jeszcze raz to sobie powtórzę, bo mi się podoba: NIE MA prawdziwej podaży, popytu i społecznej gospodarki rynkowej (co to kurwa w ogóle jest?) w przypadku monopolu.

A teraz bez jadu, żółci i wulgaryzmów. Dlaczego koła prawnicze torpedują każdą inicjatywę mającą na celu odebranie im jakichś przywilejów, powinien rozumieć każdy, kto rości sobie prawo do bycia osobą inteligentną. I ja ich nawet rozumiem - sam broniłbym swoich przywilejów, gdybym jakieś posiadał - to normalna reakcja trzeźwo myślącego człowieka. Nie godzę się natomiast na traktowanie mnie jak debila i stosowanie w argumentacji dwóch różnych systemów walutowych. Zapamiętajcie, panowie juryści - albo podaż, popyt i społeczna gospodarka rynkowa (co to kurwa w ogóle jest?), albo system koncesyjny. W tym drugim przypadku nie dziwcie się, że ktoś zechce znaleźć słabsze miejsca i wbić tam łom.
A na koniec najśmieszniejszy kawałek: „nawet obecnie nie wszędzie w Polsce adwokaci i radcowie prawni mogą utrzymać swoje kancelarie i rodziny wyłącznie z pracy w adwokaturze”. To jest śmieszniejsze nawet od kabaretu Mumio a ja, jako człowiek ogólnie wesoły i zabawny, z dowcipami nie dyskutuję: one mi się albo nie podobają, albo podobają. Ten spodobał mi się bardzo. Więcej takich.

PS. Wszelkie stereotypy zostały w powyższym tekście użyte w sposób pełni świadomy i z premedytacją.

wtorek, 15 maja 2007

Wczoraj przed snem, przypomniał mi się jeden z najczarniejszych epizodów w moim życiu. Po przeczytaniu tytułu, ludzie o wykształceniu klasycznym mogliby pomyśleć, że chodzi mi o skomplikowane złamanie otwarte (z przemieszczeniami) kości piszczelowej. Nic bardziej mylnego - Tibia <== (mówiłem, że będę zarabiał na blogu) to samo zło. W 1997 roku cztery upadłe anioły stworzyły coś, dzięki czemu mogą wpływać na umysły, uczucia i działania ludzi na całym świecie. Belial - Cnota z drugiego kręgu, Lauviah - Cherubin z pierwszego kręgu, Vual - Potęga z drugiego kręgu i Shaftiel - dupek spoza jakiegokolwiek kręgu władzy piekielnej, pokazały światu DARMOWY produkt, który odmienił oblicze ziemi. Tej ziemi. Na zawsze. Tibia to MMORPG (słownik dla lamerów na końcu notki), w który grają tysiące... ba, miliony osób na całym świecie. Zrazu niepostrzeżenie, z czasem coraz mocniej łapie nas w swoje szpony i nie chce wypuścić. Średnia wieku graczy wynosi jakieś 13 lat. Przeciętny gracz charakteryzuje się nienawiścią do wszystkiego i wszystkich, uderza matkę stołkiem za karę za wyłączenie kompa (smutny autentyk) a w rozwoju społecznym i psychicznym zatrzymał się na etapie głodnego, chorego na wściekliznę kundla wiejskiego. Nieliczne wyjątki potwierdzają regułę.

No dobra - na razie nic co napisałem nie mogłoby się odnosić do ludzi, których mijamy na ulicy. Skąd więc płynie zło Tibii? Zewsząd - każdy jej aspekt jest ZŁY. Wszystko zaczyna się w sposub nieóświadomiony dla gracza, od małych kroków człowieka, które są wielkimi krokami upadłych aniołów. Właśnie widzieliście pierwszy etap - przestajesz pisać gramatycznie i ortograficznie. Bo jak po raz setny widzisz 'ić stond' albo 'wogule', to ci się utrwala. I po miesiącu szef zwraca ci twój raport okresowy z komentarzem: wnioski niezłe ale sógeruję przepuścić to przez spell-checkera w Wordzie (zauważyliście, że na niego też przepromieniowało). Brak podwyżek, awansów, utrata zdolności kredytowej - wszystko to wina Tibii.
Jak już w małym palcu masz potworki językowe w typie jaki podałem powyżej, przychodzi czas na slangowanie. Przywaliliśmy mu kombosa z esdeków, Orsz się hilnął, ssumonował kolejne demony, kilku padło, było ciepło ale zdonżyłem się uhnąć i spierdoliłem. To oczywiście bajer, bo byle dupek na Orshabaala nie pójdzie ale macie obraz rozmów na czatach w grze. Do tego wszyscy zmyślają, o czym opowiem później.

W Tibii wszyscy albo większość zmyśla. Znaczy łże jak pies. Na dowolnie wybrany temat - ekwipunku, hunta, lota, skili, przynależności do gildii, majętności, znajomości. Czyli na wszystkie tematy, których nie da się zweryfikować. Mówiłem, że Tibia to samo ZŁO?

Kolejny etap - zaczynasz tak mówić w realu. Wchodząc do domu w nocy krzyczysz 'utevo lux' albo bezwiednie ręką sięgasz do wyimaginowanej klawiatury, żeby wcisnąć F1 (pod którym sobie zabindowałeś ów czar). Podczas przerwy na papierosa w pracy opowiadasz jakiego wyhaczyłeś lota, ile szarpnąłeś przez weekend expa i jaki zajebisty był rajd na Fortecę Orków. A twoi koworkerzy patrzą na ciebie jak na idiotę. Jeżeli znalazłeś się w tym miejscu gry (i swojego życia), jesteś już prawie po drugiej stronie. Aczkolwiek masz jeszcze szanse wyrwać się z diabelskiego kręgu ZŁA.

Szanse drastycznie maleją gdy zmieniasz swoją kategorię z faka na paka. Fak to FACC czyli free account. Pak to PACC czyli Premium Account. Zgadliście, fri to fri a premium wiąże się z prawdziwymi pieniędzmi. Po jakimś czasie gracz tłukący na faku dochodzi do wniosku, że jest chujowo. Wszystkie łowiska zatłoczone, tłumy noobów pałętają się pod nogami, trzeba czekać w kolejce żeby zalogować się na zatłoczony serwer - łodefak, ja tak nie chcę. Jak zmienić swój lamerski los? Wykupić paka. Na rok kosztuje coś około trzech setek złotych polskich. Po wykupieniu paka twoje życie zmienia się nie do poznania. Masz dostęp do nowych lokacji, których nie rozdeptały jeszcze buty japońskich turystów. Masz dostęp do nowych potworów, którym na razie i tak nie dasz rady. Ale masz dostęp. Masz ładniejsze stroje niż cioty z fakiem, co jest bardzo śmieszne w grze, która opiera się na bitmapowej grafice i wygląda jak Robin of the wood na ZX Spectrum (swoją drogą świetna gra). Możesz robić dodatkowe kłesty, w tym te najtrudniejsze (Annihilator, Demon Helmet albo Pits of Inferno). Możesz nosić pióra w dupie (niektóre stroje tak właśnie wyglądają). Dużo możesz. Ale nawet gdy wydałeś trzy setki na paka dalej jest dla ciebie ratunek. Musisz tylko przestać grać w to szatańskie nasienie. Z tym, że jest coraz trudniej.

Ostatni etap do jakiego ja doszedłem (i nie wiem co by się działo gdybym zawędrował dalej w tibijskiej psychozie) polega na tym, że przestajesz praktycznie mieć życie osobiste inne niż w grze. Znaczy spotykasz się po pracy z ludźmi na piwie ale przez cały czas się zastanawiasz "co tam nowego w Venore" albo "ciekawe czy da się dzisiaj potrenić na Edronie". Kurwa mać, jakie to słabe było. Wracałem do domu, odpalałem klienta gry i jechałem jedną z pięciu posiadanych przeze mnie postaci. Tak, tak - miałem jednego druta (rune-maker), jednego najta (zawsze lubiłem napierdalać z wielkiego miecza), jednego sorka (chuj wie po co), jednego rookstayera (chuj wie po co) i jedno ruchome depo na rooku (niby dla tego rookstayera). Do tego na dwóch różnych serwerach. Efekt mojego niezdecydowania jest taki, że żadna z postaci nie osiągnęła poziomu wyższego niż 21. Skille zamilczmy. No ale przynajmniej za każdym razem miałem wybór kim chcę grać i z czego napierdalać. No i chodziłem i napierdalałem.

Ponieważ jestem małym, zakompleksionym i nieśmiałym chłopcem, nie miałem w Tibii praktycznie żadnych kolegów, o przyjaciołach nie wspominając. Znaczy zapoznałem się z grupą fajnych kolesi ale po pewnym czasie większość z nich ewakuowała się do prawdziwego życia i nie było z kim nawet pogadać. Więc snułem się po Refugii samotnie, ubijałem hieny, osy, rotwormy, skorpiony i stone golemy (najsilniejszy potwór jakiego dałem radę w Tibii powalić - prawdziwe lamerstwo). Zjadałem mięso, odnawiała mi się mana i znowu ubijałem hieny, osy, rotwormy, skorpiony i stone golemy. Posiłek i znowu ubijałem hieny, osy, rotwormy, skorpiony i stone golemy. Kolejny posiłek i ponownie ubijałem hieny, osy, rotwormy, skorpiony i stone golemy. Czy już widzicie na czym to polega? Robisz w kółko to samo, wymóżdżasz się totalnie a pewnego ranka budzisz się i widzisz, że zostałeś naznaczony numerem Bestii (kto mądry niechaj go zliczy). I przepadłeś.

Ja miałem farta - skończył mi się roczny pak i stwierdziłem, że to wszystko jest bez sensu. Gra nie przyniosła mi żadnej korzyści intelektualnej, prestiżowej, rekordowej, czy wreszcie finansowej. Straciłem kupę czasu, który mogłem poświęcić na picie, palenie, śpiew, randki, seks z przypadkowymi kobietami, pisanie tekstów na stronę, siłownię, rower, czytanie książek albo oglądanie filmów. Zamiast tego, przez prawie rok napierdalałem jakimś niewydarzonym najtem robaki wyłażące z podłoża, lutowałem z ruszczki niedorobionym sorkiem i stałem w piwnicy, robiąc runy drutem. Kompletna strata czasu. Dlatego apel do wszystkich, którzy bawią się w sziteksy typu Tibia, WoW, Ragnarok, Ogame, Diablo II czy Everquesta: RUN FOR YOUR FUCKING LIFE!!! Spierdalajcie póki jeszcze możecie. Bo za pół roku nie będzie dla was nadziei. Miłego życia i do zobaczenia na piwie.

MMORPG - tysiące dysfunkcyjnych dyslektycznych gówniarzy wykazujących objawy daleko posuniętej afazji. Aha, większość z nich cierpi na to samo schorzenie co ja - koprolalię. Zaraz, nie napisałem co robią - siedzą przed komputerem i grają w grę sieciową, w której chodzi o obrażanie innych graczy, zabijanie innych graczy, denerwowanie innych graczy, wyzywanie matek innych graczy, walenie z aksa, mejsa, słorda, spira albo ruszczki oraz robienie kłestuf. Kupa dobrej zabawy.
Aks, mejs, słord, spir lub ruszczka - bronie dostępne w Tibii. Każda klasa postaci posługuje się z reguły swoim orężem. I tak najt wali z aksa, mejsa lub słorda. Palek nakurwia ze spira (albo z kuszy). Zaś drut i sork ładuje z ruszczki tak, że nie ma przebacz. Z reguły walenie, nakurwianie i ładowanie odbywa się w losowo wybranych kierunkach, także łatwo obskoczyć z rykoszeta.
Najt - knight, palek - palladin, drut - druid, sork - sorcerer. Dlaczego tak? Ano dlatego, że większość graczy z Polski po angielsku potrafi powiedzieć tylko fri itanz, pk, owned!!!111 oraz fak ju biacz. Więc dla ułatwienia profesje sobie spolszczyli.
Narodowości - ciekawa sprawa. W Tibię tłuką przede wszystkim Polacy, Brazylijczycy, Szwedzi, Niemcy i Amerykanie. Oczywiście występują inne nacje ale te reprezentowane są nader licznie. Zwłaszcza pierwsze trzy, dlatego najczęstszym pytaniem jakie słyszy się w Tibii jest: pl? br? swe? - nie reagować, oddalić się krokiem dystyngowanym.
PK - player killer, gracz któremu się nudzi i z tych nudów zabija innych. Ewentualnie gracz, który zwariował i nie odpowiada już za swoje czyny.
Orshabaal - wielki, rogaty matkojebca. Żeby go powalić, należy napaść na niego naprawdę wielką bandą i władować w niego pół tony run bojowych i bełtów (z kuszy a nie z monopolowego) a w siebie drugie pół tony czarów leczniczych. Filmiki, na których można obejrzeć jak zabija się Orshabaala są jednymi z nudniejszych filmów powstających w Tibii.
Kombos - jak w Mortal Kombat: LK, LK, LK, HK i kolesiowi energia zjeżdża o 59%. W Tibii kombosy robi się najczęściej czarami i ruszczkami.
Esdeki - nie są to liczne Stronnictwa Demokratyczne a runy bojowe z dużym wykopem. Skrót od Sudden death - mrok of darkness, sami przyznacie.
Uhnąć - czasami na romantycznej randce obie randkujące strony uhają, ahają i ochają ale to nie o to chodzi. Uhać znaczy leczyć się. Runą. Ultimate healing. Kojarzy mi się to ultimate z łódzkim pogotowiem ratunkowym.
UE - w ziemskim dominium: Unia Europejska, w Tibii: Ultimate Explosion zwane też eksplo. Nigdy nie użyłem, bo trzeba być mocarnym ziomem żeby zakurwiać z eksplo więc nie wiem jak działa. Pewnie wybucha. Mocna rzecz.
Sumonować - to łatwe. Z angielskiego "przyzywać". Niektórym się pierdoli i sumonują w ten sposób: ty kórwo jebana, wypierdalaj stont, ja tu expię/trenię/onanizuję się.
Lot - na pierwszy rzut oka linie lotnicze. Na drugi rzut oka - loot. Na trzeci rzut oka jest to złoto i przedmioty, które targa potwór albo inny gracz. Metoda lamerska - zabić potwora albo gracza i ograbić zwłoki z loota aka lota. Metoda tibijska - poczekać aż ktoś zabije potwora albo gracza, podbiec, przerzucić zwłoki gdzieś daleko, dopaść do nich, zajumać dobytek i spierdalać ile sił. Jeżeli oprawca wydaje się być słabszy od ciebie, można go postraszyć gildio (wiesz z jako gildio zaczniesz jak mnie zaatakujesz?) albo mu przyjebać w twarz. Wszystkie chwyty dozwolone.
Expienie/trenienie/onanizowanie się - po kolei oblećmy.
Expienie to wizyta w nudnych jak pizda jaskiniach i ładowanie zamieszkujących je potworów w usto bolesne. Po trzech godzinach nawet najbardziej odporny psychicznie gracz zaczyna płakać, bo jest to nudne jak skurwesyn. Jeżeli w wybranej przez nas miejscówce występują inni gracze (najczęściej tak właśnie jest) dochodzi do zabawnych scen, typu: mi monster, mi first, go away, my gild strong albo leave. Leave jest tekstem, który początkujący gracz słyszy przez cały czas. Należy wtedy oddalić się z godnością, bo można dostać wpierdol od sfrustrowanej młodzieży, której w życiu się nie udało.
Trenienie - największe zło, przywiązujące gracza do gry w stopniu niespotykanym w innych zabawach. Żeby być miejscowym wiraszką nie wystarczy wysoki level, szpanerskie laczki i bajerancka katana. Trzeba jeszcze mieć wytrenowane rzeczy typu tarcza, miecz, maczuga, topór, walka dystansowa bądź magia - wszystko zależy od profesji. Trenowanie sorkiem i drutem jest w sumie najmniej wkurwiające, bo poziom magii rośnie w miarę wypalania many. Manę wypalamy rzucając czary bądź waląc z ruszczki. Jak więc widać magia trenuje się naturalnie. Największym gównem jest trenowanie tarczy i broni ręcznych. Wróć, największym gównem jest trenowanie walki w dystansie przy użyciu spirów - rzucasz spirem w potwora, podnosisz spira, rzucasz spirem w potwora, podnosisz spira, kórwa - spir się złamał, bierzesz z plecaka następnego spira, rzucasz spirem w potwora. Po trzech godzinach masz ochotę rzucić taboretem w swoją głowę, podnieść go, rzucić jeszcze raz, podnieść, po jego złamaniu wziąć krzesło, rzucić krzesłem w swoją głowę i tak do usranego kalectwa albo śmierci mózgowej. Rewelacja.
Onanizowanie się - z powodów czysto biznesowych, niektórzy męscy gracze obierają sobie kobiece nicki. Ponieważ w Tibii na jedną dziewczynę przypada 100 chłopców... No właśnie, wyobrażacie sobie, co się dzieje. Od nasienia i testosteronu aż gęsto w powietrzu. Opłaca się udawać dziewczynę, bo macie darmowe itanzy, darmowe złoto, obstawione expowiska i miejsca treningowe, sumonują wam monka za darmo (nie chodzi o seks oralny a o przyzwanie przez sorka lub druta samoleczącego się potwora, z którym luksusowo się trenuje bijatykę, i który normalnie kosztuje kilka złotych). Pewną niedogodnością mogą być młodzi chłopcy, którzy zakochują się w wirtualnych wojowniczkach. Problem pojawia się wtedy, gdy wojowniczka twierdzi, że ma 17 lat a w rzeczywistości jest trzydziestoletnim mężem i ojcem rodzinie (smutny autentyk) a jej absztyfikant jest do tego stopnia w niej zakochany, że świata poza nią nie widzi. Miałem z tego powodu ubaw przez długi czas. Żebyśmy się dobrze zrozumieli - każda moja postać w Tibii była facetem i nigdy kobiety nie udawałem. Autentyk znam z pierwszej ręki gdyż byłem świadkiem takiej akcji.
Fri itanz czyli free items - najczęstsze zawołanie tibijskich żebraków. Niektórzy doszli do wniosku, że łatwiej wysępić kilka sztuk złota od innego gracza niż pójść na spacer, zabić 10 trolli i skroić ich zwłoki z kasy. Fri itanz to szeroka kategoria, obejmująca złoto, ubiór, tarcze, broń, runy lecznicze, runy bojowe, martwe owce i kurze pióra. Czekam kiedy wzorem Pratchetta, w tibijskich miastach powstaną gildie żebracze.
Kłest czyli quest - idziesz w dzicz, robisz dziwne czynności, zabijasz mnóstwo potworów i zdobywasz Fucking Huge and Powerfull Magic Itanz. Niektóre ładnie wyglądają, inne dodają różne rzeczy do statystyk, a jeszcze inne służą nie wiedzieć czemu. Takie nieszkodliwe dziwactwo. Najtrudniejszym a przy okazji najweselszym do oglądania kłestem jest Annihilator - czterech graczy stoi pośrodku komórki na węgiel a dokoła lawa. I 6 demonów, które ładują w nich wielkimi kulami ognia. Trzech zawodników stoi i się leczy, czwarty nakurwia z lodowego rapiera w dwa demony blokujące wyjście z tego piekła. Naprawdę mocarni rycerze tłuką w te demony od 8 do 12 minut. Wyobraźcie sobie taki film. Sorki i druty robią Annihilatora w 20 sekund - kilka błysków i demony wędrują do piachu. Tutaj z kolei wszystko odbywa się tak szybko, że nie wiesz o co chodzi. No mówiłem, że zabawne.
Rook - takie przedszkole tibijskie. Musisz tam natłuc ósmy level a potem wybierasz profesję i śmigasz na maina (czyli tam gdzie gra się na poważnie). Niektórzy umysłowo szczęśliwi zostają na rooku i woła się na nich rookstayerzy. Znaczy chuja tam się woła, bo przecież Polacy nie znają angielskiego i z rookstayerów zrobili rukstejerów, rookstalkerów albo rookslayerów. Rookstayer to czystej wody masochista, któremu nudzi się w życiu.
Numer bestii - bardziej znana opcja: 666. Mniej znana opcja: 616. W drugim przypadku najprawdopodbniej pierdolnął się kopista i nie postawił jednej kreseczki w miejscu jej przeznaczonej.

poniedziałek, 14 maja 2007

Kiedyś, jak jeszcze byłem młody, piękny i gładki a w necie nie było nowomodnych wynalazków typu blog, wyżywałem się literacko na grupie dyskusyjnej pl.pregierz <== (miał być kolejny pp ale tego akurat miejsca nie polecam - szczegóły poniżej). Znaczy chuja tam literacko, bo literackie kawałki wrzucałem raz na kwartał. Chodzi mi o to, że było to fajne miejsce żeby sobie kulturalnie ponarzekać na rzeczy, które nas wpierdalały na maksa. Albo tak tylko trochę. Średnio wkurwiające rzeczy też można było popiętnować. No co tam kto chciał. Słabe było to, że jak za dużo przeklinałeś (jak ja tutaj, ale sami wiecie - syndrom Tourette'a nie wybiera), to mogłeś dostać plonka (taki megaokrutny ignor), na co ja miałem wyjebane ale dla niektórych była to straszna rzecz. Coś jakby internetowy kop w jaja albo jakoś tak podobnie. Zawsze mówiłem, że odrobina dystansu do samego siebie pozwala dożyć późnej starości w zdrowiu i pogodzie ducha. Nieważne zresztą - chodziło o to, że piętnowało się różne rzeczy bez użycia wyrazów. Potem pojawiły się wynalazki typu wazelina, domp czy piątkowa głupawka.

A potem się okazało, że jestem członkiem TWA. Kurwa - pierwszy raz w życiu byłem nieświadomie członkiem najwyższego, zakamuflowanego kręgu, sprawującego władzę. Że zacytuję klasyka: rządziłem, czy to nie piękne? Łorewa, nic co cudowne nie trwa wiecznie a w moim przypadku haczyk polegał na tym, że pewnego dnia, po prawie 4 latach zabawy na pręgu, wkurwiono mnie. Ale tak mnie wkurwiono, że głowa mała. Złożyło się na to kilka rzeczy, o których nie chce mi się pisać, bo wyjdę na jakąś rozhisteryzowaną primadonnę, a to nieprawda bo jestem twardym skurwielem a nie miękkim chujkiem.

No dość powiedzieć, że na tym wkurwie wyniosłem się z pręgierza. Potem ze 2-3 razy tam wparowałem, naskrobałem kilka postów ale wiecie - casual sex i nic permanentnego, bo boję się zobowiązań i stałych związków. I tak kilka dni temu znowu mnie coś natchnęło. Pomyślałem: zajrzę na stare śmieci, może ktoś znajomy się jeszcze ostał. I zajrzałem, kurwa mać. Owszem, kilku znajomych się tam nadal pałęta ale co z tego. Liczniejsza od nich jest typowa hołota (albo chołota, nie chce mi się sprawdzać) grupowa: pokurwieńcy, trolle, dysgraficy, anonimowi zbawcy ojczyzny, tropiciele spiskowych teorii, żydożercy, masoni, cykliści i cała reszta padliny najgorszego sortu.

Czytać się tego nie da ale ja wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. I w tej niewiedzy zacząłem czytać, chociaż nie powinienem ale nie było nikogo, kto by ostrzegł a ze mnie dupa a nie Nostradamus. O żesz ty w ryj - słabizna umysłowa promieniuje i rzuca się na głowy nawet rozsądnym ludziom. Prześledziłem kilka wątków pobieżnie i jeden dokładnie i mogę powiedzieć jedno: wolę zeżreć na surowo zwierze potrącone, które leży na poboczu trzy tygodnie, niż jeszcze raz zajrzeć na pręgierz. Gnój straszny a do tego nudno, bo większość ledwo potrafi wykombinować zdanie: Hój w dópe lewakom. A tym, którzy potrafią pisać rzeczy mające ręce i nogi, nie chce się tego robić. Czemu wcale się nie dziwię, bo z chamstwem nie powinno dyskutować się Szekspirem, tylko kandelabrem. Fuck - ja nie potrafię przejść do meritum w sposób prosty i muszę najpierw napieprzyć sto zdań wstępu. Bo ogólnie to mi nie chodzi o to, że na pręgierzu śmierdzi - pręgierz albowiem mam głęboko w odbycie. Chodzi mianowicie o to, że chciałbym przedyskutować kwestię poruszoną w przeczytanym przeze mnie wątku. A mianowicie poruszyć krótko chcę temat ludzi, którzy wożą swoje rowery w metrze w godzinach szczytu. Przejdźmy do meritum.

KIJ WAM W DUPĘ DEBILE! Tak właśnie - sam jestem cyklistą ale piany na ustach dostaję widząc kutafona, który wpierdala się ze swoim rowerkiem w tłum wkurwionych, niewyspanych, jadących na rzeź pracowników biurowych, którzy nienawidzą swojej pracy, żony, partnerki, konkubiny, kochanki, męża, partnera, konkubenta, kochanka, nieślubnego dziecka, szefa z czyrakiem na mózgu, tego chuja kierowcy, który mnie ochlapał wodą na przystanku, wkurwiającego klaksona na stacji metra i całego świata w sensie ogólnym, jak i bardzo szczegółowym. Wbijają się biedaki w garniak albo garsonkę, wiążą krawat, biorą kurewsko ciężką torbę z laptopem, ładują się do metra a tam oczekuje ich kaleka, który nie potrafi przejechać dwóch przystanków na powierzchni miasta i musi się wjebać do wagonika z rowerem. Przy okazji brudząc im torbę i rozpruwając pedałem nogawkę garnituru albo spódnicę. A ja się pytam - skoro nie potrafisz przejechać 2 stacji pedałując, to po chuj targasz ze sobą rower? Rozumiem, że wygodniej jest przemknąć z centrum na przykład na Bankowca w wagoniku ale do chuja pana - nie w godzinach szczytu. Czy to porannych, czy popołudniowych. Jak jest pusto w metrze to sobie woźcie te rowery z Makrokesza albo Tesco <== (kolejne dwa szansowne product placementy). A w szczycie wypierdalać na chodnik.

Ponieważ jestem małym, wątłym, zakompleksionym kolesiem, mogę kozaczyć jedynie w internecie. Więc przykozaczę - licząc od jutra, następnemu chujowi, który zechce się władować do metra z rowerem podczas porannych godzin szczytu, dam do wiwatu. Werbalnie. Nazwę go huncwotem (albo chuncwotem, nie chce mi się sprawdzać), oczajduszą i drapichrustem. Tak mu powiem, niech sobie nie myśli, że wszyscy dali się sterroryzować porannym cyklistom-kalekom. Będę bezwzględny. Dobranoc.

PS. Aha, prędzej piekło zamarznie niż jeszcze raz rozważę opcję powrotu na pręgierz. Wolałbym już raczej łyknąć kubek sraczki - mniej boli.

Odkąd stałem się członkiem wielkiej rodziny blogerów, z uwagą przeglądam to, co inni piszą[1]. Chuya[2] tam ze mnie znawca ale tak sobie pogrupowałem tematykę i wyszło mi co następuje:

blogi polityczne - z prawa i lewa jadą po sobie nawzajem i jak ktoś ma dostateczną odporność na kretynizmy i prostactwo umysłowe oraz chamstwo w komentarzach, to może się podczas lektury świetnie pobawić

blogi tematyczne - te są fajne, bo ludzie piszą o czymś, czym się pasjonują i nawet jeżeli język nie zawsze jest perfekcyjny, to miło się to czyta - czuć pasję

blogi bełkotliwe - coś mi w duszy gra ale nie umiem tego w słowa ująć - te bywają śmieszne

blogaski - nie muszę ich chyba opisywać, bo każdy tą potworność pewnie kiedyś oglądał

blogi takie jak mój, czyli miejsce w którym mogę sobie nieskrępowanie pobluzgać na tematy ogólne i nie muszę się spinać sparaliżowany myślą: co też sobie inni o mnie pomyślą - te najchętniej przeglądam

blogi-kalendarze - najbardziej niezrozumiałe dla mnie zjawisko, które w dalszym ciągu rozprzestrzenia się w necie niczym pożar stepu.

Kogo do penisa Wacława interesuje co jadłeś 16 maja 2004 roku? Odpowiem - nikogo. Poważnie, wszyscy mają to w dupie nawet, jeżeli mówią ci co innego. Tak samo jak nikogo nie interesuje, że w sobotę byłaś/byłeś na zajebistym melanżu i rzygałeś/rzygałaś (zostanę przy formie żeńskiej, bo wygodniej pisze mi się -aś niż -eś). Wszyscy mają kompletnie wyjebane na fakt, że zaliczyłaś wszystko w sesji letniej i z radości kupiłaś sobie buty. Czerwone. Podobnie pierdoli wszystkich fakt, że facet cię rzucił. Naprawdę - mamy to w dupie. Za to facet pewnie będzie miał ubaw czytając na twoim blogu, że jest świnia. No ale jeden koleś to nie powód coby zanudzać wszystkich twoim codziennym rozkładem jazdy. Gdyby chociaż to wszystko było napisane jakimś fajnym językiem, z jajem, na wesoło. A tu nincze - zdania rodem z podstawówkowych wypracowań, drewniane, niegramatyczne, nieortograficzne to wszystko. Na dodatek o estetyce klocka i podobnym zapachu. Najwięksi twardziele potrafią tak bzdurzyć szósty rok. Coorva - SZEŚĆ LAT pisania o bzdetach. Mega-twardziele przebąkują coś o książce. Co? Jakiej książce? Dwudziestu znajomych, którzy ten kał kupią nie zrobią wam zadowalającej sprzedaży. Naprawdę - w dobie internetu każdy jest literatem, szkoda tylko, że niektórzy na tym internecie nie chcą poprzestać. Powtórzę jeszcze raz: nikt oprócz waszych przyjaciół nie zapłaci dwóch dyszek za możliwość poczytania o tym, że w listopadzie 2004 zdechł wam ulubiony chomik. Przepraszam, znowu wykazałem się wrażliwością kloca drewna - nikogo nie zainteresuje fakt, że w listopadzie 2004 odszedł wasz ulubiony chomik. Który był częścią rodziny a teraz jest w lepszym świecie. Jasne, w lepszym - robaki go wpierdoliły i tyle z jego lepszego świata zostało. Dobra, teraz przejdę do meritum.
Od lat, nieodmiennie fascynują mnie głupcy. Tak, wiem - należy przystanąć i wysłuchać nawet głupiego, bo on też ma swoją opowieść. Jeden kretyn napisał to w Dezyderacie, a inni kretyni powtarzają to, nie zadając sobie nawet trudu, żeby przez chwilę pomyśleć. Po kiego grzyba mam słuchać opowieści głupców, skoro tylu mądrych ludzi ma do powiedzenia tyle mądrych historii, że stu żyć na ich wysłuchanie nie wystarczy. A głupcy mogą co najwyżej śmieszyć. Po weekendowym opilstwie przychodzi człowiek do pracy. Plan jest prosty - kawa, wiadomości i arbait. Tyle tylko, że nie da się pracować gdy masz monitor, klawiaturę i ważne dokumenty zalane kawą. Znowu idiota zapodał swoją opowieść a mi nie pozostało nic, oprócz rozpylenia kofeiny po otoczeniu.

Behold - minister rządu odnowy moralnej w akcji. Aha, boję się trochę ABW (powodują samobójstwa) i teczek (powodują infamię oraz kupę dobrej zabawy) więc bez nazwisk, bez nazwisk. Minister obrony A. Sz. chce, by podczas zagranicznych wycieczek... Przepraszam, oczywiście wyjazdów. Minister A. Sz. chce, by ochraniali go komandosi GROM. Normalnie powinni robić to członkowie specjalnego oddziału Żandarmerii Wojskowej ale oni jacyś tacy podejrzani byli i minister A. Sz. nie darzył ich zaufaniem. Więc wymyślił sobie, że jak zaczną do niego strzelać (chętnie zrobiłoby to jakieś 20 milionów Polaków), to piersią zasłonią go GROM-owcy. I gdzie tu dobra historia, zapytacie? Już mówię. Komandosi dla własnego bezpieczeństwa (i pewnie też swoich bliskich) nie pokazują twarzy. Jako ochroniarze będą to musieli zrobić. Co na to resort? Otóż jakiś złotousty podwładny ministra... a jebać ABW i teczki. Strachliwy minister to Aleksander Szczygło a jego złotousty podwładny to niejaki Rybak. Wiecie co wymyślił Rybak w celu ochrony żołnierzy GROM-u? W pijackim widzie bym tego nie wymyślił. Ionesco i Kafka do spółki z Mrożkiem, wspierani przez Douglasa Adamsa i ekipę Monty Pythona nie daliby rady. Coorva - nikt nie dałby rady. Rybak stwierdził co następuje: "Poprosimy dziennikarzy, żeby ich nie fotografowali." Reszta jest milczeniem ale jedną rzecz stwierdzić muszę na koniec: humor poprawił mi się znacząco.


[1] W większości przypadków wali mnie, co inni mają do powiedzenia, bo 98 na 100 ma guano do powiedzenia ale liczę na to, że znajdę jakichś jeleni prowadzących bardzo popularne blogi, którzy mnie zalinkują i zacznie mnie czytać pół Polski.
[2] Ludzie mówią, że za bardzo bluzgam, co nie przystoi osobom kulturalnym gdyż świadczy o: małym zasobie słów (dokonajcie autopenetracji, mam słownik w głowie i znam takie wyrazy jak hipnoza regresyjna albo transcendencja), prostactwie umysłowym (tu już bliżej prawdy jesteśmy), tłumionej agresji (aha) oraz jawnej agresji (tak właśnie jest). Zapomnieliście jeszcze o koprolalii (mówiłem, że znam trudne wyrazy). A ponieważ mam dyplom wyższej uczelni i pretensje do bycia kulturalnym człowiekiem, od czasu do czasu zamiast bluzgać, będę stosował udziwnienia typu ghey, coorva albo chuy. Taki ukłon w stronę czystości języka polskiego.

sobota, 12 maja 2007

Kurwa mać, taki ładny wpis mi się napisał. I w momencie gdy dokonywałem ostatnich korekt, Firefox <== (pierwszy z licznych product placementów w tej notce) mi się wyjebał bez widocznego powodu. PIERDOL SIĘ FIREFOXIE! <== (tutaj takoż). Nie będę już więcej pisał notek bezpośrednio w tym wygodnym edytorze blogowym na blox.pl <== (i tutaj też). Oldskulowo pojadę w notatniku. A teraz już na spoko.

Nożesz kurwa wasza mać, co jest z wami nie tak? Palenie rzucam, nie? Trochę jestem poirytowany. Ale tylko trochę, bo ostatnio odzyskałem swoje zen (a nawet Zen) i już mnie tak nie trzęsie, jak trzęsło dwa tygodnie temu na przykład. I macie szczęście, że odzyskałem swoje zen (a nawet Zen) i z nerwów się, kurwa, wyleczyłem. Bo w przeciwnym wypadku byłbym straszny i mógłbym na przykład użyć ironii. Albo sarkazmu. Czy też nawet nieodpowiednich żartów wyszydzających nie wprost wasz wygląd, ubiór, fakturę cery, stan uzębienia, wielkość piersi bądź długość penisa a nawet walory umysłowe oraz IQ. A w ostateczności przyjebać mogę przyjebać. Ale tego nie zrobię, bo jestem kurwa miłym chłopcem, który nawet w zapalczywym gniewie takich rzeczy nie robi.

O czym to ja? A, o palenia rzucaniu. Zawsze się znajdą dobrzy ludzie, którzy muszą ci dać wsparcie dobrym słowem, myślą i uczynkiem. 'Co, starzejesz się?', 'Może fajka zajarasz?', 'Lepiej zacznij palić, bo się strasznie upasłeś' albo 'Za miesiąc i tak będziesz palił'. Spoko, nie ma to jak pozytywny backup. Tak kurwa, starzeję się, jak wszyscy zresztą. Tak, zajaram sobie moją czteromiligramową Nicorette <== (następny product placement ale ten szczery, bo Nicorette jest bardzo dobra: mam po niej sraczkę, za pierwszym razem prawie zwymiotowałem ale po żuciu faktycznie nie chce się palić. Żyć też się odechciewa. No ale pomaga). Nie upasłem się ty głupi chuju: mam grube kości i krótką klatkę piersiową. I wreszcie na koniec: tak kurwa, za miesiąc znowu będę wypalał paczkę fajek w pracy i drugą po pracy. Jak tylko założę sobie konto w Second Life <== (i jeszcze raz) i znajdę tam pracę, żeby w niej jarać i mieć kasę na palenie. Holiszit, ależ w tej notce mnóstwo agresji. I przekleństw. I nienawiści rasowej. I chuj. Jutro idę kupić sobie melisę.

 PS. Nie wierzyłem, że pisząc bloga nie można na tym zarabiać oraz kosić darmowe fanty i usługi. I faktycznie, okazało się, że polska blogosfera to banda nieudaczników, którzy bez gps-a nie trafiliby palcem do własnej dupy. Wystarczyło kilka maili, kilka kliknięć na stronach internetowych i wizyta w aptece pod blokiem by:

1 . Załatwić sobie DARMOWĄ instalkę Firefoxa. I teraz jestem zią, który ma szpanerską DARMOWĄ przeglądarkę i nie musi klikać w Internet Explorera, który jest ghey.

2. Załatwić sobie DARMOWĄ aktywację konta w Second Life. I jestem teraz zią, który gra w najbardziej modną i niemetroseksualną grę w sieci.

3. Kupić sobie świetną gumę do żucia Nicorette, która pomaga mi w tych trudnych dla mnie chwilach. Guma nie była co prawda DARMOWA ale i tak udało mi się uzyskać korzystną cenę za 105 drażetek o smaku ostrego błota. 

4. Na blox.pl, zupełnie za DARMO, zmieniłem sobie kilka razy layout bloga i włączyłem trackbacki (cokolwiek to jest, grunt że brzmi kulersko).

I co łosie, nie da się zarabiać dzięki blogowi? Nie da się? Uczcie się od najlepszych. A to dopiero pierwszy tydzień mojego blogowania. Za rok będę zakurwiał z wyspy na Pacyfiku. Plaża, bungalow, bezprzewodowy net, wypasiony notebook, drinki z palemką, półnagie kobiety o kakaowej karnacji i ja: pierwszy polski milioner, który dorobił się pisząc bloga. Dobrze wam radzę - czytajcie mnie, obserwujcie i zarabiajcie, to takie łatwe. 

czwartek, 10 maja 2007

Nie minęło pół doby a już mnie wkurwili. Znaczy zawsze mnie tym wkurwiali ale dzisiaj mnie w metrze dziecko skopało więc byłem zaczęty. A w sklepie się skończyłem.

No co za debilno-infantylny zwyczaj to jest, ja się pytam. Na stołówce w fabryce wszyscy kupują chlebka kromeczkę, szyneczkę, jajeczniczkę, bułeczkę, jabłuszko i bananka. Popijają to kawką, herbatką lub soczkiem. W sklepiku jest ćwiczona czekoladka, ciasteczka, lizaczki. W kasie pani nie ma wydać grosika. A po obiadku do palarni na papieroska. Co to kurwa za mania jest? Czy ludzie myślą, że jak zaczna gaworzyć jak dzieci, to nagle odmłodnieją? To już więcej skuteczności mają niedziałające kremy na zmarszczki (200 złotych za małe opakowanie).

Dzisiejsze zakupy w sklepie osiedlowym mnie rozstroiły. No ja pierdolę: kupuję pierogi a nie pierożki, krakersy a nie krakersiki i ser żółty a nie serek żółty. Co to ma być, ukryta kamera? powrót do przeszłości? wkurwianie przemoczonego na wylot klienta, który na dodatek rzuca palenie (i to widać)?

Kiedyś obiecałem, że porzucę pacyfizm w trzech przypadkach: gdy zobaczę flaki sojowe, gdy zobaczę tatara sojowego albo gdy zobaczę golonkę sojową. Od dzisiaj rozszerzę listę przypadków o czwarty: jak któregoś dnia osoba obsługująca kasę powie mi, że nie ma wydać grosika reszteczki, to przyjebie jej tą kasą w twarz. Tak właśnie zrobię. A teraz wracam do Penna i Tellera. Co za bullshit.

 
1 , 2