To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 07 kwietnia 2010

Dobra, napiszę teraz, bo potem znowu będę się zbierał przez kwartał. A temat trzeba zamknąć, nie jątrzyć, nie prowokować, nie rozdrapywać, nie ma być krytyki tylko powszechny aplauz. Będziemy sobie lecieć kolejno pomieszczeniami:

PRZEDPOKÓJ
Tutaj chłopakom udało się nie zepsuć niczego. Dlaczegóż to, zapytujecie? Bo nie było tam nic do roboty oprócz przesunięcia domofonu o 20 cm w prawo. No dobra, jednak coś im się udało. Tak ambitnie wymieniali wkładkę w zamku (z deweloperskiej na indywidualną), że do tej pory nie jestem z nim w stanie dojść do ładu. Ale to detal.

KUCHNIA
Moja kuchnia ma powierzchnię 2m2. Taka bardziej wnęka, w którą wciśnięto blat. W blat wciśnięto płytę grzejną i zlew. Co można spieprzyć na tak małym areale? No można.
- blat krzywy i to tak złośliwie, że wszystko spływa nie na podłogę ale do najbardziej niedostępnego kąta.
- odpływ zlewu zlepiony z bodaj sześciu kawałków. A wystarczyło dać dwie rurki elastyczne i kolanko. No ale to by było za mało efektowne. I w efekcie tej efektowności, odpływ rozleciał się na fragmenty po lekkim stuknięciu go kartonem podczas przeprowadzki. Poskładałem ale co się nakląłem to moje.
- dziury po przesuwanych instalacjach są pogipsowane tak brawurowo, że miejscami mam tynk strukturalny. Którego nie zamawiałem.
- za wysoka wylewka to detal, o którym miałem nie wspominać ale jak komplet, to komplet. Na szczęście parkieciarze popodciągali wszystko jak trza.
- zapomniało się chłopakom zamontować mosiężne taśmy pod płytki. Wiecie, takie dynksy, które oddzielają linię parkietu od linii płytek. I trzeba było kombinować.
- dzielni wolnomularze wymulowali ścianę oddzielającą kuchnię od sypialni. Ale zapomnieli o siatce tynkarskiej i ściana się z czasem porysowała. Bywa. Wkurza tylko tynk wpadający do patelni ale nie jest to coś, co spędzałoby mi sen z powiek.

ŁAZIENKA
- za wysoka wylewka i brak mosiężnych taśm, zupełnie jak w kuchni.
- rury odpływowe do zlewu na ścianach zamiast wewnątrz nich.
- pomylone kolory płytek
- geberit za nisko, bo nie dali rady skumać, że wystarczy przyłożyć opakowanie do ściany i dokładnie widać gdzie trzeba go mocować. W wyniku czego całą wygodę sprzątania szlag trafił - mop nie wchodzi pod miskę i muszę jechać na czworakach na szmacie. Co jest śmieszne.
- zapomniało im się i nie przewidzieli montażu otworu inspekcyjnego w wannie. Jak coś się stanie, bok do demontażu. Co jest jeszcze śmieszniejsze, bo będzie kosztować jakieś 800 złotych (droga mozaika plus płyta maskująca do wanny).
- bateria przy wannie zamontowana tak, że prawie nie leciała gorąca woda. To już jakaś wyższa technika. Przy okazji z baterii ciekło, zapewne przez spieprzone uszczelnienie.
- sufit podwieszany, taki mały, wyłącznie na oświetlenie, wziął był i popękał po 3 miesiącach. Co było do przewidzenia. Ale wystarczyło wejść na forum Muratora i poczytać, że stosowanie taśm/siatek tynkarskich pozwala efekty pękania znacznie ograniczyć. No i oczywiście wspominałem im, żeby tak cięli płyty, coby łączenia nie wypadały centralnie nad głową. Zgadujcie trzy razy gdzie łączą się płyty.
- dwa blaty zbiegają się tak sprytnie, że nie łapią wspólnego poziomu (ten z dołu pewnie po zawodówce, górny jakieś lepsze studia skończył). Do tego oba są ciut krzywe same w sobie. Waserwaga najlepszym przyjacielem budowlańca.
- że jeden z tych blatów jest wyszczerbiony przy ścianie nie chciałem wspominać, bo coś mi w środku pęka na wspomnienie. Ale wspomnę.
- wymieniali mi grzejnik i czegoś byli nie dokręcili. Jak odkręciłem zawór centralnego ogrzewania, górą grzejnika zaczęła tryskać woda. Totalnie jak gejzer islandzki. Zakręciłem ale ścianę pobrudziło. Przez miesiąc budziłem się z krzykiem na myśl o tym, że zawór ktoś rozkręcił wcześniej (na przykład budowlańcy) i administracja puszcza gorącą wodę gdy jestem w pracy. Ciekawe ile kosztowałaby mnie wymiana zalanego parkietu, na ten przykład. Aha, możecie zgadywać czy grzejnik został zamontowany krzywo czy prosto. Macie trzy próby.
- rury odpływowe od zlewu wpuścili w podłogę. Dobrze. Ale dokoła zostawili dziury. Niedobrze. Poprosiłem o załatanie czymś tych dziur. Zgodzili się. Dobrze. Załatali resztką fugi. Może i dobrze ale wygląda jak idź stąd.
- drzwi do łazienki kupiłem sobie w promo więc wiedziałem, że będą lekko tekturowe. Moja ekipa specjalnej troski rozpakowała je pierwszego dnia i przez cały czas trwania prac stały sobie, w pyle, kurzu i syfilisie. W efekcie są tak porysowane, że jak je umyłem i to zobaczyłem, zacząłem płakać. Oczywiście to nie była ich wina, bo może takie porysowane przyjechały ze sklepu. Możecie zgadywać trzy razy kto odbierał towar na obiekcie i kto nie sprawdził w jakim stanie ów towar przyjechał.
- futryna do tych drzwi jest w dwóch miejscach wydrapana do żywego drewna. No dobra, do żywego kartonu. Boli mnie tak, jakby wydrapana była moja skóra.

SALON
- niedbale zagipsowane otwory po przesuwanej instalacji elektrycznej. Miejscami sufit przypomina powierzchnię Księżyca. Pomimo przetarcia papierem ściernym przed malowaniem. To plus kilka dziur (po drabinie) daje niezapomniane wrażenia estetyczne. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, trzeba wiedzieć gdzie patrzeć. Ale jak już się to zobaczy, nie sposób przestać się przyglądać.
- sufit podwieszany. Czytaliście.
- między salonem a sypialnią była do dobudowania ściana z bloczków typu Ytong. Zbudowali, potynkowali a potem w czasie malowania, fragmenty tynku odchodziły albo z taśmą malarską albo z farbą na wałku. Nie zacytuję tego, co wtedy ryczałem, bo to nawet na mnie było bardzo ostre.
- a w ścianie trzeba osadzić drzwi. Dałem dużo farby i już nie widać jak bardzo fantazyjnie chłopaki potraktowali to zadanie. O tym, że te drzwi były porysowane jak twarz po upadku w agrest, nie muszę wspominać.

SYPIALNIA
- ta sama akcja podczas malowania. Jak się poskarżyłem, to się dowiedziałem, że "użyty gips był dobry, ale odpadła sama farba, więc nie jest to sprawą podłoża skoro zostało ono zagruntowane". Jak podczas pierwszego malowania może odpadać sama farba, nie mam pojęcia. No ale fachowcy znają się lepiej.

Tutaj słowo wyjaśnienia. Między kuchnią a sypialnią są w zasadzie dwie ściany. Jedna, od strony kuchni, wymurowana na fest, bo trzeba do niej szafkę przymocować. Od strony sypialni jest konstrukcja kartongipsowa. Pomiędzy nimi jest wolna przestrzeń, w której poupychaliśmy wszystkie instalacje, które trzeba było przesuwać.
- ścianka między sypialnią a kuchnią zasługiwałaby w sumie na dłuższą opowieść ale mi się nie chce. W skrócie - płyty kartongipsowe zostały spasowane do istniejących ścian ale ekipa zapomniała zastosować jakiegokolwiek spoiwa. Nic, nul, zero, zilch, nada. No i między ścianką działową a ścianami z którymi się ona schodzi pod kątem prostym, są szpary na 2-3 milimetry. Wygląda to świetnie. Znaczy teraz nie wygląda, bo w sypialni mam 50 kartonów z książkami. Jak zrobię sobie biblioteczkę, to też nie będzie wyglądać, bo zasłonię to ścierwo materacem. Ciekawe czy będzie mi tamtędy wiać w ucho.
- montaż tej ściany urąga wszelkim zasadom estetyki. W tym sensie, że jest zrobiona na odpierdol. Boję się na nią patrzeć, nie mówiąc o dotykaniu, bo wygląda jakby miała za chwilę runąć. I jest krzywa.
- ponieważ ta ściana ma w sobie wnękę, żeby można było sobie tam postawić sprzęt grający, położyć komórkę czy co tam, na górze zamontowałem halogeny. Bo było na nie miejsce a do tego będą dawać wsparcie moralne kinkietowi. Podczas malowania jeden z halogenów wypadł z otworu a drugi wpadł do otworu. O tym, jak je próbowałem umieścić w miejscach dla nich przeznaczonych można by nakręcić bardzo zabawny, trzyminutowy szorcik.

OGÓLNIE
- wszystkie narożniki, w których dojeżdżali do istniejących ścian są fajne, takie obłe. Ja też nie jestem fanem kątów prostych.
- na wszystkich rogach montowali taśmy ochronne. Wszystkie położyli za płytko. Pomazanie ich tynkiem nie pomogło, bo się nie trzymał. No to zostawili taką blachę na wierzchu i powiedzieli mi, że tak się robi. Dobrze, że miałem dobrą farbę.
- każda jedna dziura po przesuwanej instalacji elektrycznej jest zagipsowana na odpierdol. KAŻDA. JEDNA. Dacie wiarę?
- dziur w sufitach i ścianach, które porobili podczas prac a potem zapomnieli pogipsować, nie chciało mi się nawet liczyć, bo ja potrafię liczyć tylko do 42.

Darowałem wam pisanie o tym, co zepsuli ale po moich uwagach dali radę poprawić. Bo chociaż byłoby to śmieszne (brak cokołu z płytek przy podłodze w kuchni, brak wypełnień silikonowych między blatami a ścianą, łapiecie schemat), to nie chce mi się o tym pisać, bo było a nie jest. A ja nie jestem bez potrzeby złośliwy.

To był chyba najnudniejszy kawałek, jaki w swojej karierze sieciowej popełniłem. Ale musiałem cykl domknąć żeby największą traumę ostatniej dekady ostatecznie zabić i pogrzebać. Dziękuję wam za to, że towarzyszyliście mi w tej przerażającej podróży. Do poczytania.

Bym zapomniał, zdjęć usterek nie było zbyt wiele i były fatalnej jakości. Nie będę ich wrzucał, bo gówno widać. Zdjęcia mieszkania wrzucę, jak zawinszuję sobie biblioteczkę i szafkę do kuchni, bo w tej chwili dalej żyję na kartonach i kwadrat wygląda jak cygański tabor.
Zresztą jak ktoś chce zobaczyć jak to się prezentuje, może zrobić to na żywo. Wystarczy dać mi umówiony znak-sygnał i z przyjemnością zaproszę do siebie na wódkę. Praga nie jest tak niebezpieczna jak o niej mówią. Do zobaczenia.

czwartek, 01 kwietnia 2010

Autobus życia dalej jedzie. No dobra, jeszcze nie koniec, bo za chwilę wrzucę ostatnie anegdoty na temat ekipy specjalnej troski. Na sam koniec będzie podsumowanie w pionie usług fachowej roboty.

A, pojadę na obiekt, zobaczę jak chłopakom idzie - pomyślałem sobie nagle. Bo dzień był ładny a ja akurat na rowerze. To co szkodzi trochę popedałować (nawet bez Damiana[1]). Zajechałem na miejsce a tam ekipa siedzi z mocno zafrasowanymi minami i jakoś tak nie patrzą mi chłopaki w oczy.
- Co jest panowie? - byłem spokojny, bo rzecz działa się jeszcze przed spieprzonymi płytkami w łazience (mówiłem, że czniam chronologię).
- Wiesz Radek, robiliśmy kucie penetracyjno-zwiadowcze i się nam dziura zrobiła - wyszeptał lekko speszony Jurku, a Wojtku i Rafału uśmiechnęli się pod nosem.
- No rozumiem, kuliście i się zrobiła większa dziura. Tak jak planowaliśmy - taflą jeziora byłem.
- Ale na wylot się ta dziura zrobiła - wyszeptał jeszcze ciszej Jurku a mi zaczęło taflę mącić.
- Jak to kurwa na wylot? Gdzie? W kuchni? - tafla zmącona definitywnie.
- No bo wiesz, skuwaliśmy tą ścianę dostawioną i przebiliśmy się do dużego pokoju. Ale nie przejmuj się, da się płytę karton-gipsową i... - tutaj Jurku przerwałem.
- Żadnej płyty, to ma być zamurowane. A płytę możecie dać dołem. I dołożyć okucia metalowe na rogach, bo będę wprowadzał do pokoju rower i może się obtłuc. Czego nie chcemy - zdecydowałem, że jak ja im nie zorganizuję roboty, to nikt tego nie zrobi.
- Ale wiesz, to będzie kosztować.
- Jasne, za materiały zapłacę.
- Ale robocizna - Jurku postanowił negocjować.
- Potrąć z pensji temu inteligentowi, który nie skumał jak się schodzą ściany. Ja nie zapłacę za robociznę ani grosza - pokazałem Jurku na jak straconej pozycji negocjacyjnej stoi.
- No dobra.

Zamurowali. Do tej pory, pomimo położenia świetnie kryjącej farby, widać gdzie powstała dziura penetracyjno-zwiadowcza.

A skoro jesteśmy w salonie, to słów kilka o suficie podwieszanym.
- Jurku, tutaj jest taki łuk, rzekłbym układający się identycznie ze spojrzeniem osoby wchodzącej do salonu. Dacie radę zrobić łuk? Bo to trudne? - byłem pełen obaw i zastanawiałem się jak to spieprzą. Miałem nadzieję, że wycięcie łuku w płycie kartongipsowej nie będzie stanowić. Ależ byłem naiwnym łosiem.
- Tak, Rafału umie zrobić łuk i ci go zrobi tak, że Robin Hood będzie miał ochotę z niego postrzelać.
- No to róbcie. Ja wam narysuje na suficie jak to ma z grubsza biec a wy zróbcie łuk wzdłuż tej linii, dobra?
- Damy radę.
I dali, by ich chuj jasny strzelił.
Wszedłem, zobaczyłem, zacząłem płakać i kląć równocześnie a potem poprosiłem Jurku żeby pokazał mi palcem gdzie w tym trapezie prostokątnym widzi jakiekolwiek łuki. On widział a ja uparcie dostrzegałem tam tylko długie proste. Do tego płyta maskująca im się pofalowała niczym wstęga Mobiusa. Kazałem to poprawić. Poprawili tak, że dalej mam trapez ale za to płytę musiałem pokryć tynkiem strukturalnym. Tynk wygląda słabo ale i tak lepiej niż to, co Jurku zaproponował mi jako 'sufit podwieszany z łukiem'. W zasadzie po płytkach w łazience nic nie powinno mnie zdziwić ale i tak nie kumam jak można nie potrafić wyciąć łuku.

Teraz przejdźmy do kuchni. Zanim zaczęli ją robić, spieprzyli połowę rzeczy, których się dotknęli. Dlatego każdy kolejny telefon od Jurku, powodował u mnie przyspieszenie akcji serca, wyrzuty adrenaliny i pieczenie w żołądku. Mimo wszystko postanowiłem się nie dać stresowi. Ależ byłem naiwnym łosiem.

Siedziałem jak zwykle[2] w pracy gdy zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu 'Jurku'. No to będzie akcja - pomyślałem, równocześnie naciskając przycisk Anuluj. No dobra, miałem ochotę na Anuluj ale wcisnąłem Odbierz.

- Radekbonormalniebyśmychcielipojechaćodebraćpłytkidokuchni - wystrzelił serią Jurku a ja odruchowu skuliłem się w fotelu. Po dwóch miesiącach naszych kontaktów dalej nie mogłem przywyknąć do tempa i melodii jego panicznych komunikatów.
- Jurku, nie widzę problemu. Zapłacone z góry, macie kwity, wiecie gdzie, potwierdźcie telefonicznie, że są i jedźcie. Tylko sprawdźcie czy wam popękanych nie wcisnęli - zauważcie, że byłem dosyć luźny. Obiecałem sobie albowiem, że już mnie nic w tej inwestycji nie wkurwi. Po pomylonych płytkach? Nie da się. Ależ byłem naiwnym łosiem.

(minęło stosunkowo niewiele strzałów znikąd)

Tralalala, ożesz kurwa twoja, nie teraz, skoncentrowany na excelu jestem, co znowu spierdoliliście? - jak słusznie się domyślacie, Jurku zadzwonił w najmniej odpowiednim momencie.
- Oui? - postanowiłem go trochę zmylić
- Radek?
- A niby kto, Francuz z wypomadowanym wąsem? Co jest chłopaku?
- Radek, te płytki co je sobie kupiłeś do kuchni są za twarde i my boimy się w nich wiercić.
- Słucham? - spojrzałem na kalendarz no ale ciężko żeby w lipcu był prima-aprilis.
- Wiertła specjalne, poczebne są nam, normalne się topią, płytka pęka, się rysuje, powstają kawałki, mozaika i straty, diamentowe. Poczebne są - zakończył nieco płaczliwym tonem Jurku.
- Jurku, chuj mnie bolą wasze wiertła. To do was należy zabezpieczenie sobie wszystkich narzędzi niezbędnych do wykonania zakontraktowanych prac - w dalszym ciągu jechałem Buddą i Gandhim.
- No ale te płytki są za twarde - Jurku łkał do słuchawki.
- Zią, to nie było tak, że specjalnie, na złość wam, kupiłem za twarde płyty. Takie są, tnijcie, wierćcie, a jak którąś zniszczycie, to wiecie gdzie odkupić - troszkę zaczynałem mieć dosyć ich dąsów.
- To wiesz co, mam pomysł. Nie będzie trzeba ciąć za dużo jak się je da nie na całą ścianę, tylko nad i pod blat. A blat się dosunie do ściany.
Pojawiły się pierwsze rysy na niezłomnym fundamencie mojej niezłomności. Bo temat blatu dociskanego do ściany i grzyba pełznącego nad i pod płytkami omówiliśmy wcześniej już kilka razy. I ustaliliśmy, że blat dochodzi do płytek.
- Jurku, przecież temat blatu dociskanego do ściany i grzyba pełznącego nad i pod płytkami omówiliśmy wcześniej już kilka razy. I ustaliliśmy, że blat dochodzi do płytek, tak?
- No to jak się upierasz, że tak ma być, to my musimy kupić to wiertło diamentowe, ono jest bardzo drogie i powinieneś za nie zapłacić. A właściwie to poczebne są dwa. Tak, dwa są poczebne. - Jurku postanowił utwardzić swoje stanowisko i poszukać jelenia. A ja najpierw się wkurwiłem do stopnia 'czerwona mgła przed oczami', po to, by pod trzech sekundach uzyskać stan absolutnego spokoju.
- Jurku, pozwól, że udzielę ci dwóch dobrych rad, które świetnie wpłyną na twój pijar. Otóż nigdy, ale to nigdy, nie możesz mówić klientowi, że brakuje ci narzędzi do wykonania prac, za które bierzesz pieniądze. To po pierwsze. A po drugie, nigdy, ale to nigdy, nie możesz mówić klientowi, że ma ci jakiekolwiek narzędzia kupić.
- Ale płytka twarda a litera gotycka zawiła, panie. I wiertło, diamentowe, poczebne...
- Jurku - przerwałem potok jego wymowy, bo byłem już nieco zmęczony sytuacją - jeżeli na jakiejkolwiek fakturze zobaczę pozycję 'wiertła diamentowe poczebne są', nie zapłacę ci ani grosza za żadną z faktur materiałowych. Czy to jest jasne, czy mam się powtarzać.
- No dobra. Ale jak płytki pękną, to żeby nie było na nas. Bo ja ci powiedziałem, że wiertła, diamentowe, poczebne są.
- Jurku, jeżeli płytka pęknie, to pojedziecie tam skąd je odbieraliście i kupicie nową.
- Ale...
- Stary, męczy mnie ta rozmowa, bo do niczego nie prowadzi. Róbcie uważnie a na pewno wam się uda - nie można człowieka wyłącznie czołgać. Dobre słowo na koniec czyni cuda. No i kurwa uczyniło. Ale o tym w odcinku, w którym podsumuję pracę ekipy. Teraz ostatnia anegdotka, o kolesiu, który tanio kupował parkiet i listwy. W Hajnówce.

Na początku prac Jurku polecił mi parkietmistrza. Że tanio, szybko, solidnie i tak, że mucha nie siada. Bo pewnie się brzydzi. Wtedy jeszcze nie wiedziałem w jak wielkie gówno się pakuję, więc wstępnie przystałem. Na początku na robotę i zakupy, potem tylko na zakupy. Facet okazał się być chory na boreliozę bodajże, więc kontakt z nim był utrudniony. W końcu udało mi się do niego dodzwonić.
- Dzień dobry, Radek z tej strony, Jurku dał mi do pana namiar i powiedział, że pan może kupić tanio parkiet i listwy?
- taaaak.... - usłyszałem słaby szept i stwierdziłem, że słabo jest.
- To pan mi powie, co jest na składzie, po ile, kiedy, ile za transport i w ogóle.
- dąb... 55 złotych z metra...[3], takie... długie... deeee.... seczki. półmetrowe... akurat na... rozrzuconą... ... ...
- Pokładówkę? - postanowiłem dać mu wsparcie.
- taaaaak... pokładówkę... a do tego... hmmm... listwy... po 9 złotych z metra... dąb...
- Dobra, biorę. Parkietu 38 metrów, listewek 40 metrów, za transport stówka, razem 2000 złotych, kiedy pan je przywiezie? - nie mogłem słuchać jak się facet męczy.
- w przyszłym... tygodniu... wtorek?
- Dobra, pasi, chłopaki będą na obiekcie, pomogą je panu wnieść, da mi pan numer konta, dzisiaj przelewam kasę za całość, fakturę zostawi pan na miejscu, razem z materiałem. Do widzenia. - gdyby koleś spróbował powiedzieć coś jeszcze, przelałbym mu ekstra 3000 złotych, na koszty leczenia. Tak się wzruszyłem jego niedolą. Ale byłem naiwnym łosiem.

Tego samego dnia odebrałem telefon od K., która kupowała materiał tym samym typem. I mieliśmy ten materiał dostać tym samym transportem, żeby było taniej.

- Ty, dud. Słyszałeś, że Jurku parkietmistrzu coś się pierdolnęło? Zadzwonił do mnie i powiedział, że do ceny materiału muszę doliczyć VAT.
- PIERDOLUT!!! - to z hukiem upadła moja wiara w ludzi. W ich intelekt, umiejętność logicznego myślenia, zorganizowanie i uczciwość. A potem przez minutę bluzgaliśmy nawzajem, żeby dać ujście frustracji.

Minął bardzo bezproduktywny weekend.

- Co jest kurwatwojawdupępierdolonafaszystowskamać? Jaki, kurwa, VAT. Pan żeś się z chujem na łby pomieniał? Czy też próbuje mnie pan wydymać w dupę, jak wszyscy przedstawiciele zjebanej rasy polskich fachowców. Otóż ja się wydymać nie dam. JAKI KURWA VAT, JA SIĘ GRZECZNIE PYTAM!?
- a bo mi... się... pomyliło...
- Proszę przywieźć materiał na miejsce. Proszę zostawić fakturę. Siądę, policzę i zobaczę ile będę mógł dopłacić. Bo nagle przestało być tanio i atrakcyjnie, co nie? - rzecz jasna nie miałem zamiaru płacić ani grosza ale przecież nie spłoszę faceta, któremu lekkomyślnie zapłaciłem z góry, nie?

I przywiózł. Sam parkiet, na szczęście zgadzał się przynajmniej rodzaj drewna i wymiar. Listewek niet. Daruję wam opisu kolejnych rozmów, które odbyłem z Jurku parkietmistrzem, bo tutaj wchodzą z głównej gazety ludzie, którzy cierpią oblani rynsztokowym językiem. Oraz dzieci.
Skończyło się tak, że gdy na obiekt wchodzili parkieciarze[4], listewek dalej nie było i musiałem je kupić drugi raz. Na Bartyckiej. I okazało się, że w tym zagłębiu zbyt wysokich cen są miejsca, gdzie dostałem je w cenie porównywalnej do tej, jaką proponował mi Jurku parkietmistrz. Ale muszę mu oddać sprawiedliwość. Gdzieś tak w drugiej połowie września wyszedłem na balkon i potknąłem się o sporą paczkę z drewnem. Co jest, kurwa - pomyślałem, przykucnąłem, obejrzałem i oniemiałem. Ktoś się ewidentnie do mnie włamał, bo ekipy już dawno zeszły z miejscówki, oba klucze mam ja a Jurku parkietmistrz dał radę umieścić listewki na moim balkonie. Ale zanim zadzwoniłem na policję, postanowiłem pogadać z sąsiadami. I z ochroną. Co się okazało.
Otóż Jurku parkietmistrz był bardzo zdeterminowany żeby zrealizować zamówienie w całości. Nie dodzwonił się do mnie, bo ignorowałem jego telefony[5]. Przyjechał więc na miejsce w ciemno, oczywiście nie zastał mnie, bo jeszcze mieszkałem w Piasecznie, i próbował zostawić prawie dwuipółmetrowej długości pakunek u ochrony, która posłała go na chuj. Nie poddał się, wtargał to na piętro, przekonał sąsiada, żeby wpuścił go na balkon i wrzucił je z jego balkonu na mój. Po czym odjechał. To było miłe. Szkoda, że kilka tygodni po terminie wymagalności. A fakturę dostałem miesiąc później pocztą więc w zasadzie zupełnie nie wiem dlaczego tak się rzucam.

Wszystkie opisane powyżej zdarzenia są w stu procentach prawdziwe. Lekko tylko udramatyzowałem i dochujowiłem dialogi. W następnym, ostatnim odcinku, podsumuję efekty prac i ostatecznie zakończę tą traumatyzującą podróż sentymentalną. Do poczytania.

[1] Nie ma wytłumaczenia dla ludzi, którzy nie znają tego kawałka.
[2] Jak zwykle gdy dzwoniła do mnie zaloga dzielnie walcząca z kaflem
[3] Nie pamiętam ile faktycznie kosztował materiał ale był dosyć tani. Nie, że przesadnie tani ale ujdzie.
[4] Świetna, kontaktowa i zorganizowana ekipa spod Warszawy. Jakby ktoś chciał położyć nowy albo odświeżyć stary parkiet, służę telefonem i rekomendacjami.
[5] Skoro kupiłem listewki drugi raz a po parkiecie już chodzę, w jakim celu miałbym z tym zjebem rozmawiać?