To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 23 kwietnia 2008

W nawale zestawień, list i rankingów, umknął mi jeden, czy aby nie najważniejszy. Bo ciężko nazwać kompletną paczkę rankingów, w której zabrakło książek, które wywarły na mnie najmocniejsze pierwsze wrażenie. Oczywiście potem tych wrażeń było więcej ale te akurat pozycje należą do kategorii 'o kurde, to tak można pisać?'. Każda z nich pozostawiła we mnie jakiś ślad, część z nich stanowiła początek kolejnego etapu mojego czytelniczego dorastania i dojrzewania, każda była na swój sposób dla mnie ważna. Czasami z powodów, które mogą wydać się wam irracjonalne. Bywa.

Top 13 książek, które wywarły na mnie największe wrażenie, kolejność z grubsza chronologiczna:

1. Władca Pierścieni - pierwszy, a przez to najważniejszy dla mnie, ze stopni, którymi przechodziłem ze świata książek dla dzieci w świat książek dla dorosłych. Oczywiście wszyscy wiemy, że Władca jest książką, którą czytają również młodzi ale zakładam, że domyślacie się o co chodzi. Oczywiście teraz, gdy półki uginają się od dorosłej fantasy, śmieszyć może późny moment mojej inicjacji (13-14 lat) ale wtedy poza Tolkienem nie miałem niczego innego do dyspozycji i musiałem uskutecznić na niego prawdziwe polowanie. Wot, urok komuny i małych miasteczek ze słabo zaopatrzoną biblioteką. Żarty o księgarniach przestały mnie dawno śmieszyć - była jedna, książki kupowało się spod lady.
2. Pan Tadeusz - pierwsza lektura, która pokazała mi, że w programie szkolnej jazdy obowiązkowej znajdują się rzeczy prawdziwie zachwycające. Facet napisał dokładny przepis na bigos wierszem i od tego bigosu się to wszystko zaczęło. Dzięki niemu skojarzyłem, że jeżeli coś jest napisane wierszem, to nie oznacza to automatycznie, że jest to niezrozumiały bełkot. A potem dostrzegłem, że Pan Tadeusz to świetna historia. Jedna z nielicznych lektur, którą doceniłem już w szkole i którą przeczytałem więcej niż raz. Mistrzostwo świata.
3. Diuna - nic nie poradzę ale jadę kanonem. Widocznie ma on to do siebie, że niektóre zaliczone do niego książki działają na mnie z siłą kafara do wbijania mostowych pali. Diuna pokazała siedemnastolatkowi, że sf to nie tylko podróże w czasie, statki kosmiczne czy strzelaniny z blasterów. Pokazała też, że nie muszę czuć obciachu mówiąc 'czytam sajensfikszyn'. Nawet nie wiecie jakie to było wtedy dla mnie ważne. Prawdziwe zrozumienie Diuny przyszło 3 lata później ale nie chce mi się o tym opowiadać.
4. Mechaniczna pomarańcza - Burgess wymyślił nadsat, dzięki czemu unieśmiertelnił w sumie prostą historię o człowieczeństwie i dorastaniu. Robert Stiller dokonał rzeczy zdawałoby się niemożliwej, i oba jego tłumaczenia są dalece lepsze od oryginału. Pierwszy kontakt miałem z wersją R[3] drukowaną w Fantastyce. Autentyczny kop między oczy i nokaut - po pierwszych kilku stronach byłem w stanie jedynie wyrzęzić 'o kurwa, to tak też się pisze?'. Kilka lat później kupiłem oryginał i okazało się, że wyrazy zachwytu należą się tłumaczowi, bo u Burgessa warstwa leksykalna nie ma takiego ciężaru gatunkowego jak w tłumaczeniach, chociaż 'making up our razsoodacks' zawsze będę wspominał z łezką nostalgii. Mechaniczna to była pierwsza książka, która pokazała mi jak wielka może być wartość dodana wynikająca z zastosowanego języka.
5. Egzorcysta - nie wiem co drzemało między okładkami tej książki, być może jakiś pomniejszy demon, być może sam Pazuzu. Dość powiedzieć, że po raz pierwszy czytałem ją mając 18 albo 19 lat, czyli byłem już w wieku, w którym niestraszne są nam potwory spod łóżka i każdy szmer albo skrzypnięcie w pustym mieszkaniu jesteśmy sobie w stanie zracjonalizować. Jednak tak się jakoś dziwnie złożyło, że pewnej nocy, gdy skończyłem czytać kolejny fragment Egzorcysty i trzeba było wstać aby zgasić światło, nie byłem się w stanie do tego zmusić. Bo wymagało to wyjścia z łóżka a ja byłem przekonany, że jeżeli to zrobię, to demon dopadnie również mnie. Totalna i absolutna petryfikacja podszyta najczystszym, pierwotnym strachem. Światło zgasiłem po kilku minutach, jakie zajęło mi przekonanie samego siebie, że to książka, potworów nie ma a ja jestem za stary na takie zachowanie. Oczywiście teraz się z tego możecie śmiać, że przesadzam, że jak pensjonarka, że niemożliwe - możliwe, bo tą scenę będę pamiętał z detalami do śmierci. Potem w takim stanie pozostawiła mnie chyba tylko jedna książka i jeden film. O książce za chwile, o filmie w przypisach[1].
6. Miasteczko Salem - książkę Kinga kupowałem totalnie bez przekonania gdyż wtedy nie byłem jeszcze jego fanem a poza tym nie wierzyłem, że starego konia może wzruszyć w jakikolwiek sposób historia o wampirach (nawet mając świeżo w pamięci epizod z Egzorcystą). Wzruszyła do tego stopnia, że w kilku miejscach ze strachu nie byłem w stanie kontynuować lektury a jeden z fragmentów odebrałem tak intensywnie i tak mi utkwił w głowie, że kilka lat później mało brakowało bym zszedł na serce, i wyjątkowo nie jest to figura stylistyczna. Autentycznie, mało nie wykorkowałem ze strachu. Nie wiem dlaczego akurat Miasteczko, nie wiem dlaczego tak przeraził mnie ten kawałek - dość powiedzieć, że jeżeli przyjmiemy iż lektura Egzorcysty była traumatyzująca, to dla stanów jakie notowałem podczas czytania Miasteczka brakuje skali. Nikt przed Kingiem i nikt po Kingu nie wystraszył mnie do tego stopnia[2], niewiele książek oprócz Miasteczka odebrałem na poziomie fizjologii, tylko King prawie mnie zabił. Muszę to opowiedzieć, osoby niezainteresowane historią mojego życia mogą przeskoczyć do następnego punktu. Było to tak - jest w książce fragment, w którym poniżony i upokorzony przez męża kochanek ucieka z Salem, na rozstaju dróg spotyka Barlowa, który ofiarowuje mu możliwość zemsty i zamienia go w wampira. Z jakiegoś powodu ten kawałek skleił mi się z opisem łysiny Barlowa błyszczącej w świetle księżyca w pełni i przeraził mnie w stopniu absolutnie nieadekwatnym. Jakiś rok później, podczas wakacji, zdarzyło mi się wracać z Węgorzewa (cherchez la femme) do ośrodka Montochem, który leżał nieco na uboczu. Końcowy odcinek prowadził ścieżką, która w pewnym miejscu się rozdzielała, tworząc małe rozstaje. Było po północy, niebo bezchmurne, księżyc w pełni, widoczność świetna i pogoda prześliczna. W takich warunkach normalni ludzie myślą o rzeczach przyjemnych zaś nałogowi wciągacze horrorów zastanawiają się jak daleko uciekliby przed wilkołakiem. Moje myśli zawędrowały do Barlowa a każdy krok przybliżający mnie do owego rozstaja dróg powodował coraz większe wyrzuty adrenaliny do ustroju. Ostatnie 100 metrów zamieniło mnie w naładowaną hormonami ścierkę, bo z jednej strony byłbym w stanie przesunąć wypakowaną cegłami ciężarówkę, a z drugiej byłem w stanie myśleć tylko o jednym 'jeżeli On tam stoi, to umrę'. Do tego momentu nie wiedziałem, co znaczy prawdziwy strach, poważnie. Oczywiście jako że życie pisze najlepsze scenariusze, w momencie gdy na rozstaju skręcałem w swoją stronę, wiatr zaszeleścił mocniej w trawie. I to był ten moment, w którym czułem, że jeszcze sekunda a eksploduje mi serce. Teraz pewnie dostałbym zawału, wtedy byłem sportowcem więc dałem radę. To znaczy nie bacząc na to, że serce mi kołacze i nie mogę oddychać, rzuciłem się do panicznej, niczym nieuzasadnionej ucieczki. Nigdy więcej się tak nie bałem a mam skalę porównawczą, bo rok później 8 pijanych dresów chciało dokonać na mnie wymuszenia rozbójniczego a dwa lata później powtórzyłem przechadzkę po bezdrożach. Bez mapy. Bez szczegółowych informacji gdzie iść. O 23:00. W czasie mroźnej zimy. Co do rozstaja i Węgorzewa, to dość powiedzieć, że każdy następny powrót odbywał się w towarzystwie morderczego, półmetrowego kordelasa (w plastikowej pochwie po mieczu-zabawce), który tego akurat roku służył nam za nóż do chleba. Dobrze, że nikt się nigdy po drodze mi nie napatoczył, bo pewnie jakoś teraz wychodziłbym za dobre sprawowanie. Zły King niedobry.
7. Paragraf 22 - nie jest powiedziane, że pierwszy raz musiał mnie zachwycić zrozumieniem o co w książce chodzi. W przypadku Paragrafu zrozumienie przyszło dosyć późno ale to pewnie z tego powodu, że za szybko po niego sięgnąłem. Pierwszy raz potrząsnął mną na skutek zderzenia absurdalnego humoru z rzeźnią wojny bo nikt młodzieńcu nie powiedział, że o wojnie można pisać w taki sposób. Za trzecim razem zrozumiałem w końcu o co chodzi i doznałem wstrząsu numer dwa ale to już zupełnie inna historia.
8. Mniejsze zło - według mnie najlepsze polskie opowiadanie, jakie napisano. Jest w nim wszystko, co w podręcznikowym opowiadaniu być powinno: nieobojętni nam bohaterowie, dylemat, świetna, wciągająca historia, znakomity drugi plan, wstęp, rozwinięcie, zakończenie. Wszystko w idealnych proporcjach, wszystko na swoim miejscu. Kurna, na podstawie Mniejszego zła powinno się nauczać pisania opowiadań w szkołach. Stawiam je minimalnie wyżej od Wiedźmina, bo gdy moje pokolenie czytało Wiedźmina, nic o Geralcie z Rivii nie wiedzieliśmy. W przypadku późniejszych opowiadań, zdążyliśmy go już nieco poznać i polubić, przez co historię jego zmagań ze strzygą czyta się mimo wszystko z mniejszym napięciem od tego, jakie towarzyszy nam podczas rozprawy z Renfri. Po przeczytaniu ostatniego zdania Mniejszego zła długo nie mogłem wyjść z szoku - w dobie mętnych, ambitnych bełkotanek lansowanych na łamach Fantastyki przez Macieja Parowskiego, dostałem opowiadanie z krwi, kości, spermy i flaków. Porównanie do ciosu młotem w czoło nie jest przesadnie przesadzone. Potem Sapkowski skopał mnie jeszcze końcówką Coś więcej oraz Maladie.
9. Wyspy bezludne - do momentu sięgnięcia po Wyspy znałem trzech Polaków, których język zachwycał mnie w stopniu ekstatycznym. Mickiewicz, Słowacki i Sienkiewicz. Przed Łysiakiem nie zdawałem sobie sprawy, że współcześnie ktoś taki istnieje. Przed jego maestrią klęknąłem gdy sam zacząłem składać zdania, bo dopiero wtedy zorientowałem się jakie to trudne. Głęboko żałuję, że dopadł go mesjanizm. Bardzo głęboko. Ale jego starych książek będę bronił jak niepodległości.
10. MW - gdyby wszyscy potrafili pisać o malarstwie tak, jak Łysiak, to średni poziom wrażliwości naszego społeczeństwa na piękno wzrósłby o jakieś 4000%. Nieortodoksyjne podejście do tematu plus maestria w operowaniu językiem polskim spowodowały u mnie zachwyt, który trwa do dzisiaj. Wiesz, taki kuter...
11. Neuromancer - tak, będę sztampowy do bólu ale powtórzę: Neuromancer ma jedno z najlepszych zdań otwierających ever. Czy to po angielsku, czy w tłumaczeniu na nasze. Po mocnym otwarciu, które nie dało szans na odwrót, książka zawładnęła mną bez reszty. Pierwsza cyberpunkowa rzecz, jaka wpadła w me ręce (zdaje mi się zresztą, że w 1992 albo 1993 na rynku nie było innej książki z tego gatunku), porządnie skopała, i chociaż mam mnóstwo uwag do pisarskiego stylu Gibsona, to Neuromancer mnie zaczarował. Wydaje mi się, że jedyną myślą jaka przebiegała mi przez głowę podczas czytania było 'ciekawe dlaczego nikt wcześniej nie wpadł na to, że można o tym tak fajnie napisać'. Ugięte i drżące nogi, Proszę Państwa, ugięte i drżące. Romans nasz trwał aż do powieści Rozpoznanie wzorca, przez którą przebrnąć jakoś nie mogę, chociaż obiecałem sobie do niej wrócić.
12. Hyperion - w moim rankingu jest to najlepsza powieść sf świata. Siedmiu pielgrzymów, sześć różnych opowieści, w których jest coś takiego, że nie potrafię się od żadnej oderwać. Czy to od brutalno-czułej historii Brawne Lamii, biblijnej przypowieści Sola Weintrauba, czy od żołnierskiej epopei Fedhmana Kassada. Niektórych może odrzucić nadmiar mistycyzmu, innych urwane zakończenie (bo wątki domyka dopiero Upadek Hyperiona), jeszcze innych... Właściwie nie obchodzi mnie, co odrzuca innych. Dla mnie jest to numer 1.
13. Diamentowy wiek - przed premierą Kołodziejczak z Piekarą w Wawie strasznie się ową pozycją jarali ale jak już się Diamentowy w księgarniach pojawił, to cena spowodowała u mnie omdlenie. Na szczęście na jednym z konwentów szczęście mi sprzyjało i wyhaczyłem sztukę w konkursie. Wróciłem do akademika, odespałem ciężki weekend i w poniedziałek siadłem do lektury. O niewielu książkach mogę powiedzieć, że obwisły mi szczękę nie w przenośni a naprawdę, Diamentowy wiek zrobił to od niechcenia, kilkoma pierwszymi stronami. Jedna z najlepszych książek sf jaką czytałem i nie ma co czytać recenzji, tylko od razu siadać do lektury. Ponadto teraz nie macie wymówki i usprawiedliwienia, niedawno to wznowiono, skończyły się łowy na rozpadające się egzemplarze z pierwszego wydania Salamandry, których i tak nikt nie chciał pożyczać.

Książek, które mógłbym dopisać do tej listy jest jeszcze kilka, może kilkanaście. Ba, mam nawet wrażenie, że znalazłbym pozycje, które miały większy wykop od niektórych tutaj zamieszczonych. Ale postanowiłem zdać się na instynkt, pierwszą myśl. Ograniczyłem też ilość pozycji, bo uznałem, że 13 to jest fajna liczba. I wyszło chyba najdziwniejsze ale teże najbardziej, bo ja wiem? może intymne zestawienie.

Przy okazji wyjaśnię co rozumiem pod pojęciem 'literatura rewolwerowa'. Muszą w niej być twardzi faceci (najemnicy, żołnierze, agenci wywiadu), musi być w niej prawdziwa męska przyjaźń, braterstwo broni, dużo strzelaniny, wybuchy, wartka akcja, sensowna i wciągająca historia, krew, zwłoki i jeszcze więcej wybuchów. Przy czym nie może to być durna, bezsensowna rzeźnia, bo wtedy książka nie należy do nurtu literatury rewolwerowej a do nurtu durnej, bezsensownej rzeźni. Przykłady idealnych książek z gatunku literatury rewolwerowej to Psy wojny, Kolory sztandarów, Konkwista czy Ja, Gelerth. Dziękuję za uwagę, temat rankingów dotyczących książek uważam za wyczerpany.

[1] Nie wiem co jest w mini-serialu Królestwo ale jest to jedyny film, którego oglądania nie byłem w stanie dokończyć gdyż zbyt się przeraziłem. Zaczęło się klasycznie, czyli dwa piwa, pizza, magnetowid, Królestwo i ja. Sublokatora akurat nie było więc siedziałem w mieszkaniu sam. W trakcie bodajże 3 odcinka złapałem się na tym, że z jednej strony nie mogę od telewizora oczu oderwać a z drugiej nie jestem w stanie skoncentrować się na tym co mówią, gdyż z zaciśniętymi pięściami nasłuchuję odgłosów zza drzwi. To skrzypiał stary parkiet. Zatrzymałem film i zasnąłem przy zapalonym świetle.
[2] Straszyło oczywiście wielu ale grozy na takim poziomie nie zafundował mi nikt. Zbliżył się do niego Clive Barker w grze Undying, która jest do tej pory jedyną grą, którą z powodu lęku i wywołanego nim poważnego niepokoju, wyłączyłem. Nie był to czysty, pierwotny strach ale taki lęk, który nie pozwala ci oddychać. Nie ściemniam, podczas gry miałem jedyny w swoim życiu atak duszności i łapałem krótkie bezdechy. Problem z Undying polegał na tym, że nie oferowała mi katharsis. Nie dawała mi żadnej możliwości rozładowania tego lęku. Bałem się jak małe dziecko, wytrzymałem godzinę, potem wróciłem do gry jeszcze raz, sprawa się powtórzyła więc ją odinstalowałem. Do tej pory nie wiem dlaczego tak na mnie zadziałała.
[3] Tak sobie hermetycznie mamroczę a nie każdy wszak musi wiedzieć o co chodzi. Nadsat to w dużym skrócie myślowym angielski pomieszany z rosyjskim. Stiller popełnił dwa tłumaczenia: Mechaniczna Pomarańcza (tzw. wersja R), w której słowa angielskie przetłumaczył na polski a rusycyzmy zostawił (jeszcze większy skrót myślowy) oraz Nakręcana Pomarańcza (wersja A), w której mamy język polski i anglicyzmy (znowu skrót myślowy). 20 lat temu wyobrażałem sobie, że w przyszłości będziemy mówić nadwiślańskim nadsatem w wersji R. Teraz widzę, że młodzież przez aklamację wybrała wersję A. Swego czasu Stiller zapowiedział Sprężynową Pomarańczę, czyli wersję N (niemiecki) ale do tej pory jej nie ma i chyba, niestety, nie będzie.

czwartek, 10 kwietnia 2008

Jeżeli oprócz czytania bawicie się również w kupowanie, to wiecie, że czasami wyłącza się mózg i zaczynamy zachowywać się niczym kobiety w obuwniczym. W tym stanie jesteśmy skłonni wydać na ukochaną książkę tyle, że włos się jeży.

Top 5 książek, za które zapłaciłem tyle, że ojapierdolę:

1. Malarstwo Białego Człowieka tomy I-IV - na Koszykach. Pierwszy jakiś tani był, bo dałem za niego ledwie 40 złotych. Następne kupiłem po 120 zł od sztuki, bolało ale stwierdziłem, że wydawanie pierwszej wypłaty na wódkę jest pretensjonalne. No i dzieki temu mam połowę cyklu, następne części w antykwariatach kosztują tyle, że noszę się z zamiarem napisania do Łysiaka listu, zawierającego prośbę o wznowienie.
2. Asfaltowy Saloon - wcale nie poszedłem wtedy do antykwariatu, żeby go kupić, bo celowałem w inne rzeczy. Ale on tak się do mnie zalotnie uśmiechał z wystawy, że zanim zdążyłem przekonać samego siebie, że robię głupią rzecz, zabuliłem 70 złotych i poszedłem na ławkę obok nacieszyć się zakupem. Kilka lat później próbowałem wyjąć go z półki i urwałem grzbiet. Ha ha.
3. Manitou - pionierskie czasy Amber Horror gdy kupowało się wszystko, co pod rękę podeszło. W Krasnymstawie powstał pierwszy antykwariat, wizyta w nim zaowocowała kupnem pierwszej w mojej kolekcji książki Mastertona. W 1989 zapłaciłem za Manitou 25 000 zł., co było kwotą oszałamiającą gdyż dwa lata wcześniej w składnicy Harcerskiej zapłaciłem za Timexa 106 000 zł.
4. Władca Pierścieni numerowane, imienne wydanie kolekcjonerskie - nie będę się tutaj rozwodził i powiem tak: na drugim roku za akademik płaciłem 350 albo 400 tysięcy złotych. Za rzeczone wydanie zapłaciłem 327 000 złotych. Dziękuję, nie mam więcej pytań.
5. Hyperion - nie był obiektywnie drogi ale był cholernie drogi subiektywnie, bo jak go kupowałem miałem wyjątkowo nędzną pracę i wyjątkowo dużo długów.

Z niezrozumiałego dla mnie powodu nieoddawanie kasy jest be ale już nieoddawanie książek nie jest piętnowane. Ja mam nadzieję, że dla ludzi, którzy nie zwracają pożyczonych książek jest w piekle specjalny kącik.

Top 5 książek, których utrata bolała najbardziej:

1. Hyperion - wiem kto
2. Zły - wiem kto
3. Krew Elfów - wiem kto
4. Zew Cthulhu - wiem kto
5. Lśnienie - nie wiem kto
Temat zbyt bolesny, bym chciał się rozpisywać. Wszystkie pozycje już sobie odkupiłem ale w przypadku Złego i Lśnienia to nie są te wydania, które pożyczałem.

Przez to, że ludzie biorą książki ale czują niechęć przed ich zwrotem, mam świadomość, że książek najlepiej nie pożyczać. Zupełnie wyjątkowe pozycje w konstelacji książek niepożyczanych zajmują te rzeczy, z którymi coś się wiąże.

Top 10 książek, których nigdy i nikomu nie pożyczę. NIKOMU. I NIGDY.

1. Władca Pierścieni, numerowane, imienne wydanie kolekcjonerskie - no jeszcze mnie nie pogięło, prędzej piekło zamarznie niż komuś dam to choćby potrzymać
2. Hyperion - duży ból po stracie, duży ból podczas abstynencji, duży ból przy ponownym zakupie, nigdy więcej takiego bólu
3. Kolory sztandarów i Schwytany w światła - cykl Dominium Solarne propaguję wśród znajomych. Propagowanie ma to do siebie, że zazwyczaj propagujący słyszy 'to pożycz'. Dlatego przezornie na obu pozycjach wziąłem autografy i mam alibi
4. Diuna (wydanie z Phantom Press) - wiąże się z nią śmieszna historia, której obiecałem nie upubliczniać więc weźcie to na wiarę
5. Cykl Wiedźmiński (opowiadania plus pięcioksiąg) - pożyczyłem kiedyś prezesu Krew Elfów, łachudra nie oddała. Nie mam zamiaru ponownie dekompletować sobie jednej z lepszych rzeczy, jakie w życiu czytałem. Poza tym na większości części mam autografy Sapkowskiego więc alibi żelazne
6. Blask Fantastyczny - A'Tuin, ex-libris i autograf - wszystko spod ręki Pratchetta. Nie ma możliwości, by tej książki dotykał ktokolwiek poza mną. W zasadzie Koloru Magii też nie pożyczę, bo to pierwsza książka Pratchetta jaką kupiłem, a więc sentyment uber alles
7. Cryptonomicon - przestanę go pożyczać jak tylko go odzyskam, bo wiem, że w tym przypadku książkę odzyskać się uda. W tej chwili praktycznie nie do kupienia po rozsądnej cenie, stąd ma niechęć do ponownego wypuszczenia z rąk. No i lubię go bardzo.
8. Łysiak na łamach cz.1 - sama w sobie jest to pozycja rzadka, mój egzemplarz ma dodatkowo bardzo sympatyczną oprawę introligatorską w miejsce oryginalnej okładki.
9. Cesarski Poker - jedyna posiadana przeze mnie książka Łysiaka z autografem
10. Konkwista - pierwsza książka Łysiaka, jaką w życiu kupiłem.

Każdy ma swoich ulubieńców, których książki na półkach muszą stać wszystkie albo prawie wszystkie, bo tak. Ja też mam.

Top 6 pisarzy reprezentowanych na moich półkach najliczniej i najpełniej:

1. Stephen King - tak jakoś wyszło, że mam wszystkie ksiażki Kinga. Zupełnie nie wiem jak to się stało ale chyba w tym celu zabijałem, kradłem, gwałciłem i oszukiwałem.
2. Jeffrey Archer - dziecko Koszyków, obawiam się, że w normalnej sprzedaży jego książki są zbyt drogie, bym zdecydował się na kupienie wszystkiego, co wyszło w Polsce. A tak to się udało, chociaż znowu - zupełnie nie wiem jak to się stało chociaż pamiętam jak się zaczęło: od Co do grosza. Swoją drogą bardzo udana książka.
3. Waldemar Łysiak - zasadniczo i pobieżnie, to mam prawie wszystko oprócz ostatniej części Łysiak na łamach, Lepszego, Empireum i tomów V-VIII Malarstwa Białego Człowieka. Na przeszkodzie stoi ich znikoma dostępność na rynku, ceny mocno zaporowe i brak wznowień. Ale i tak jak dobrze pójdzie to w przyszłym roku go sobie skompletuję i na ceny się nie będę oglądał. 
4. Terry Pratchett - wszystko ze Świata Dysku plus kilka luzem.
5. Frederic Forsyth - wszystko co wyszło w Polsce. Dzień Szakala był pierwszą dorosłą książką, jaką miałem w rękach, sentyment tak wielki, że Forsythowi będę wierny do końca dni. Jego albo moich.
6. Dan Simmons - wszystko. Po prostu.

Poza konkurencją muszę wymienić autorów, których książek mam więcej niż na przykład pozycji Forsytha ale tylko z tego powodu, że Forsyth pisze mało. Nie znaleźli się w top 5 dlatego, że to co mam stanowi jedynie część ich dorobku. Załóżmy, że mniejszą niż 75% tego, co stworzyli.
1. Alistair MacLean - mój pierwszy prawdziwy mistrz thrillera i kryminału, na zawsze będzie dla mnie najlepszym przykładem tego, jak tworzyć wciągające, pełne napięcia książki. Respekt. W sumie 23 pozycje.
2. Tom Clancy - cykl Ryanowski bardzo lubię i mam wszystko oprócz Dekretu, cykle które tworzą murzyni a Clancy przykłada tylko swoje nazwisko niezbyt mi podchodzą. Ale i tak ma u mnie przytulny zakątek na półkach.
3. Philip K. Dick - swego czasu miałem na jego punkcie prawdziwego pierdolca i kupowałem wszystko, co się ruszało. Potem mi trochę przeszło ale i tak jest na moich półkach reprezentowany bardzo solidnie (19 pozycji).
4. Clive Barker - teoretycznie powinien znaleźć się w poprzednim zestawieniu, bo brakuje mi tylko 2 jego książek ale strzeliłem focha, bo podpadł mi przerażająco nudną Jimajicą.
5. Dean Koontz i Graham Masterton - do pewnego momentu kupowałem wszystko, co wychodziło. Potem mi przeszło, bo chłopaki jechali trochę zbyt na jedno kopyto. Aktualnie nie kupuję a pożyczam. Ale w sumie ich 27 książek jakoś tam się naskładało.

I ostatnie zestawienie, dla niektórych pewnie nieco bulwersujące ale co mi tam. Nie będę przecież zaprzeczał samemu sobie - tak, czytam na kiblu. Tak, bardzo lubię to robić. Tak, istnieją książki, które są idealne do czytania w TYM miejscu.

Top 10 książek do czytania na kiblu

1. Pielgrzymka na Ziemię (Sheckley), Gwiazda (Clarke), Z przymrużeniem ucha (Wolski), Dokąd jedzie ten tramwaj (Zajdel) - logicznym zdaje się być fakt, że najlepszymi lekturami na kibel są zbiory opowiadań. Optymalny zbiór do czytania na kiblu spełnia następujące warunki: brak opowiadań słabych, zróżnicowana długość, która pozwala dostosować wybór do ogólnych stanów gastrycznych oraz jakość opowiadań na tyle wysoka, że z przyjemnością czytamy je po raz kolejny i następny. Wymienione przeze mnie zbiory spełniają wszystkie te warunki w 100%
3. Ja, Gelerth - znam ją prawie na pamięć. Właściwie każdy, kto przeczyta ją raz, zna ją na pamięć, bo fabuła prosta, wciągająca i szybkognająca. Jedna z tych pozycji, które same się czytają. Rozdziały akurat na jeden-dwa strzały. W kategorii powieść jest to pozycja bliska optimum.
4. Zły - kocham Warszawę, kocham książkę faceta, który klimat Warszawy powojennej oddaje w sposób, któremu poddaję się bezwarunkowo. Po jednorazowej lekturze znamy już niuanse fabularne, teraz możemy sięgnąć po książkę podczas posiedzenia, otworzyć ją na przypadkowej stronie i zacząć czytać na przykład inwokację do warszawskich bram. Przerwać możemy sobie również w dowolnym momencie. Wadą jest jej duża objętość, przez co ręce szybko mdleją.
5. Dobry - kocham Warszawę, kocham książkę faceta, który klimat praskiej części Warszawy doby gierkowskiej oddaje w sposób, któremu poddaję się bezwarunkowo. Dobrego również można otworzyć na dowolnej stronie i zacząć sobie czytać, przerywając wtedy, gdy nam się zechce opuścić wucet. Dodatkową zaletą jest poręczny format połączony z akuratną objętością. Produkt prawie idealny.
6. Dowolna książka o Dilbercie - ale nie te zbiorki samych historyjek (chociaż też są niezłe) a raczej książki o biurze, przeplatane paskami z historyjkami. Zdołowany pracownik korporacji mieszkający w zagródce, podczas lektury doceni adekwatność miejsca, w którym zachodzi akt percepcji. Szczęściarzom, którym się powiodło i nie pracują w evul korporacji, miejscówka połączona z przypadkami opisanymi w książce da niezły obraz tego, co byłoby ich udziałem gdyby dali się zgwałcić dużemu koncernowi. Nie ma bata - książka, która pasuje wszystkim. To niemalże zbyt piękne, by mogło być prawdziwe ale jednak - wszystkie posiadane przeze mnie ksiązki Adamsa przeczytałem albo leżac w łóżku przed snem albo siedząc na kiblu o dowolnie wybranej porze.
7. Mikołajek - dowolny tom. Wypróżnienie jest jednym z najjaśniejszych punktów dnia. Lektura Mikołajka przenosi nas do najszczęśliwszego okresu w naszym życiu. Połączenie dwóch 'naj-' skutkuje tym, że te posiedzenia są jednymi z najlepszych i najbardziej satysfakcjonujących. Poręczny format starych wydań (dwa najnowsze tomy są nieco ciężkawe ale też mogą być) daje nam pozycję idealną
8. Świat wg Clarksona - wszyscy, którzy czytają Clarksona wiedzą, że czytany longiem traci mnóstwo ze swego uroku. Należy więc go sobie dawkować, bo wtedy smakuje najlepiej. A jak go sobie najlepiej dawkować? Tak jest - położyć książkę w kiblu. W takim układzie połączymy przyjemne z pożytecznym i nie dostaniemy, nomen omen, zaparcia, jakie towarzyszy przedawkowaniu Jeremy'ego.
9. Pratchett - był prawie w każdym zestawieniu ale co ja poradzę, że jego książki charakteryzuje przy okazji ta cudowna cecha, że możemy je otworzyć w dowolny miejscu i zacząć czytać? Kurde, jego dałoby radę czytać nawet podczas pogrzebu. Mój cichy faworyt to Ostatni Kontynent ale cykl o Straży też zbiera wysokie noty.
10. Wasza ulubiona książka do ubikacji - co ja jestem, dyktatorska wyrocznia? Zaproponujcie coś od siebie.

Na koniec obiecane kredo czytelnicze dzięki któremu łatwiej zrozumiecie dlaczego w taki a nie inny sposób oceniam przeczytane przeze mnie książki. Po drobnych przeróbkach działa również jako kredo kinomana:

Ciekawa historia to podstawa, jeżeli nie masz takowej do opowiedzenia, to nie pchaj mi się przed oczy.
Jeżeli masz ciekawą historię a nie potrafisz jej opowiedzieć, to pozwól zrobić to komuś, kto będzie potrafił a sam nie pchaj mi się przed oczy.
Życie samo w sobie jest ciężkie - uwierz mi, mam problemy w pracy, problemy w związkach, problemy z przyjaciółmi i hipotekę na karku. Twoje problemy ustawione w takiej perspektywie interesują mnie tyle, co śnieg z zimy stulecia 1979. Więc daruj sobie.
Życie potrafi być okrutnie dołujące - jeżeli myślisz, że po darach losu mam ochotę dodatkowo zdołować się czytając twoją książkę, to chyba nie masz mózgu...
...chyba, że jesteś w stanie napisać to w taki sposób, że nie będę się w stanie od książki oderwać. Ale wyluzuj, takich magików znam może 20 więc musisz się bardzo, ale to bardzo postarać.
Książka może być turbogniotem i megagrafomanią ale jeżeli trafi w moją czułą strunę, przeczytam ją do końca. I będę zachwalał, aczkolwiek z odpowiednimi disklajmerami.
W pierwszej kolejności od książki oczekuję dobrej rozrywki, czytanie ma mi sprawiać przyjemność, literatura problemowa z wyłączeniem pozycji pasujących do poprzednich punktów niech zostanie domeną uczonych akademików.
Naprawdę myślisz, że potrafisz swoją maliznę umysłową i brak czegokolwiek do powiedzenia zamaskować 'nowatorską formą' tudzież 'formalnym eksperymentem'? Wybacz, bełkotać możesz swojej starej albo kolesiowi, który zdecydował się by cię wydać.
Ty nie szanujesz mnie, ja nie szanuje ciebie. Najpoważniejszym przejawem braku szacunku z twojej strony jest traktowanie mnie protekcjonalnie albo jak przygłupa. Są autorzy, którym na mnie zależy więc dlaczego miałbym wybrać aroganckiego dupka?
Jestem w stanie przerwać lekturę po 100 stronach i orzec, że to łajno. Jeżeli w tym czasie nie potrafiłeś mnie zainteresować, to nie zainteresujesz mnie w ogóle. A powolna, leniwa narracja to w 90% przypadków modus operandi kolesi, którzy laniem wody maskują to, że nie mają absolutnie nic do powiedzenia.
Może się nie znam ale wiem kiedy coś mi się podoba, a kiedy nie. I żadne pienia krytyków i recenzentów tego nie zmienią, bo szanuje swoje zdanie. Przekonać mnie może tylko ponowna lektura i nic więcej. Do której oczywiście krytycy już mnie przekonać mogą.
Dobra literatura to ta, która mi się podoba. Reszta dzieli się na rzeczy, które są niedobre i rzeczy, których jeszcze nie czytałem.

Zainspirowany wątkiem na zaprzyjaźnionym forum, wszystkim uzależnionym od drukowanego dedykuję.

Dla kogoś, dla kogo czytanie jest czynnością równie naturalną, co sen czy jedzenie, a więc niemalże fizjologiczną, wymienianie 10, 20 czy nawet 50 najlepszych książek, kture wziunbym na bezludne wyspe, nie ma sensu za grosz. Taki ranking to mogą robić goście Majewskiego, którzy są gwiazdami estrady i nie mieli czasu na czytanie innych rzeczy niż scenariusze. Z książek przeczytali 38 lektur i 12 pozycji beletrystycznych. Konkretnie to poradników 'Jak odnieść sukces' i 'Jak odnieść jeszcze większy sukces' oraz 'Sukces w zasięgu ręki'.
Ktoś, kto książki połyka nałogowo i kompulsywnie, nie jest w stanie zrobić zestawienia 10 książek, które są 'naj' i które zabrałby na bezludną wyspę. Bo na bezludną wyspę inteligentny człowiek wziąłby atlas roślin, atlas zwierząt i podręcznik do survivalu a nie Biblię, Koran (bo to takie mądre księgi) oraz Mistrza i Małgorzatę (bo to taka kaczi książka). Poza tym co to znaczy 'naj'? Taka, do której często wracam? Taka, przy której zawsze umieram ze śmiechu? Czy taka, o której wszyscy mówią, że jest naj? Poniżej pozwolę sobie wrzucić kilka list, które przybliżą wam mój gust czytelniczy oraz odkryją kilka wstydliwie skrywanych dewiacji.

Top 17 najczęście czytanych:

1. Mechaniczna Pomarańcza - wersja R, wersja A, w oryginale, od tyłu, do góry nogami, w wannie i pod namiotem; w sumie jakieś 50-60 razy
2. Agent Dołu - słuchałem w Trójce, na śmierć zaczytałem pierwszy egzemplarz, prawie na śmierć zaczytałem drugi egzemplarz; w sumie jakieś 50-60 razy
3. Władca Pierścieni - pierwszy kontakt w Razem w roku 1984 po którym zachorowałem na nieosiągalnego Tolkiena (opis walki przy grobie Balina na okoliczność prezentowania gry planszowej Władca Podziemi wbił mnie z jakichś powodów w parkiet), rekord - 2 razy w ciągu 3 dni (to były pierwsze dwa razy); w sumie jakieś 40-50 razy
4. Kolory Sztandarów - kupione przypadkiem na jednym z konwentów, jestem w stanie czytać tę książkę w kółko gdyż wzbudza we mnie uczucia, o jakie nigdy się nie posądzałem; w sumie jakieś 40-50 razy
5. Ja, Gelerth - poważni krytycy wbili Gelertha w ziemię, pisząc pogardliwie 'jak mały Jasio wyobraża sobie fantastykę', dla mnie w dziedzinie literatury rewolwerowej[1] jest to pierwsza piątka ever; w sumie jakieś 40-50 razy
6. Mistrz i Małgorzata - jedna z nielicznych książek, przy której ronię łzę, zacząłem późno, bo dopiero na studiach, teraz jest to jedna z moich najwierniejszych kochanek, uwielbiam czytać wybrane kawałki; w sumie jakieś 25-30 razy
7. Hyperion - kupiłem na Koszykach, bo na okładce był namalowany kolczasty ziom. W połowie opowieści Hoyta byłem dla świata stracony a historia mojego polowania na Upadek Hyperiona jest bardzo epicka i bardzo historyczna; w sumie jakieś 15-20 razy
8. Diuna - pierwszy egzemplarz ukradłem z biblioteki, wiele lat później kupiłem kultowe dla mnie wydanie Phantom Pressu, idealna pozycja do czytania ulubionych kawałków; w sumie jakieś 15-20 razy
9. Konkwista - zdziwiło mnie, że cudzoziemski autor (Baldhead) wrzuca tak dużo polskich akcentów, tak zaczął się mój długi, namiętny i płomienny romans z Łysiakiem, ochłodzony aferą z Kaczmarskim; w sumie jakieś 15-20 razy
10. Dobry - rzecz genialna w warstwie narracyjnej, pierwszy raz przeczytałem ją przez noc, potem spędziliśmy ich wspólnie jeszcze jakieś 15, może 20
11. Wyspy bezludne - urzekło mnie to, że każdy z 21 rozdziałów Łysiak napisał w zupełnie innym stylu i w diametralnie różnych formach (od wiersza białego do klasycznego 'łysiaka'), echa tej fascynacji brzmiały mi w głowie gdy kilka lat później patrzyłem jak opowieść Silenusa różni się od historii Kassada; w sumie jakieś 15-20 razy
12. Bill, bohater galaktyki - będąc młodym człowiekiem kupowałem nałogowo Fantastykę, która drukowała powieści w odcinkach, to dzięki Harrisonowi zrozumiałem, że wojna to nie Gustlik, Janek i Rudy, ŚMIERĆ CHINGERSOM; w sumie jakieś 15-20 razy
13. Pielgrzymka na Ziemię - najlepszy zbiór opowiadań sf, jaki miałem w rękach, pomimo zaawansowanego wieku dalej smakuje wyśmienicie; w sumie jakieś 15-20 razy
14. Gra Endera - zacząłem w Fantastyce a po kupieniu własnego egzemplarza wziąłem i się uzależniłem; w sumie jakieś 15-20 razy
15. Cykl Wiedźmiński - jedne części lubię bardziej, inne mniej. Czasami czytam ulubione kawałki, jak mi się nudzi, to powtarzam sobie konsekwentnie całość; w sumie jakieś 10-15 razy
16. Świat Dysku - wymieniam całość, bo ulubione pozycje czytałem po 20 razy a najświeższą Straż Nocną dopiero raz, ale uśrednia się to do jakichś 6-7 razy, rekord dzierżą pospołu Kolor Magii i Blask Fantastyczny, ponownie dzięki Fantastyce.
17. Król szczurów - nie chce mi się przerabiać listy, bo powinien być w okolicach 10 pozycji ale przypomniał mi się przed momentem; w sumie jakieś 15-20 razy

A teraz kilka innych top ileśtam.

Top 5 książek, które mnie wciągnęły ale również wstrząsnęły do tego stopnia, że nigdy nie próbowałem do nich wrócić:

1. Archipelag Gułag - nie byłem w stanie doczytać żadnego z trzech tomów do końca z uwagi na fizyczne dolegliwości towarzyszące lekturze, jedyna książka, która zrobiła mi coś takiego, jedyna książka, przez którą miałem lęki i psychosomatyczne bóle brzucha; w sumie niecały raz
2. Na marginesie życia - Pięć lat kacetu, chociaż porusza bardziej brutalną tematykę, ma w sobie kawałki niemalże kabaretowe, dzięki którym lektura boli trochę mniej, Na marginesie to ponura kronika umierania, po której nie mogłem się długo pozbierać; w sumie raz
3. Dżuma - lektura, do której mnie zmuszono. Bolała. W sumie raz
4. Imię Róży - możecie się śmiać ale nie jestem w stanie przebrnąć ponownie przez opis pożaru biblioteki przez co każda kolejna lektura jest niekompletna, teoretycznie Imię Róży przeczytałem z 5, może 6 razy; w praktyce raz
5. Inny świat - powody podobne do związanych z Archipelagiem Gułag; w sumie raz
Miał być jeszcze Paragraf 22 ale przypomniałem sobie, że przeczytałem go jakieś 5 razy zanim zrozumiałem o co w nim chodzi i pojąłem, że to jedna z najbardziej przygnębiających książek świata. Tak to jest jak się czyta wszystko co podejdzie pod rękę nie bacząc na wiek i poglądy. Muszę też wspomnieć o Homo Faber, którego z kompletnie niezrozumiałych powodów przeczytałem kiedyś drugi raz i pochorowałem się bardziej niż po razie pierwszym.

Ludzie często powtarzają 'ta książka wywarła na mnie takie wrażenie, że się zmieniłem'. Jest to prawda w przypadku książki kucharskiej, po przeczytaniu której zamieniasz się z kolesia przypalającego wodę w typa, który weekendami blanszuje warzywa. Mówienie zaś o tym, że beletrystyka wywróciła czyjeś życie, uważam za zwykła kokieterię. Oczywiście nie w każdym przypadku, bo na przykład ja jestem w stanie stworzyć...

Top 5 książek, które realnie i namacalnie zmieniły coś w moim życiu:

1. Prosta metoda jak skutecznie rzucić palenie, Allen Carr - pisałem o niej jakiś czas temu, dzięki niej nie palę i wiem, że nigdy nie wrócę do nałogu
2. Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi, Dale Carnegie - wymiataczy z licencjatem psychologii strasznie śmieszy gdy mówię, że Dale zmienił moje życie na lepsze, bo oni wiedzą, że to przecież niemożliwe. Ja wiem swoje - dzięki jego wskazówkom nie zostałem uwalony na 4 roku studiów zaś jeżeli ktoś w to nie wierzy, to jest to niekoniecznie mój problem
3. Wywieranie wpływu na ludzi, Robert Cialdini - dzięki niemu wstąpiłem na ścieżkę dochodzenia do zen, bo dał mi pierwszy impuls do zgłębienia tematyki manipulacji. Uwieńczeniem pewnego procesu jest mój obecny stan umysłu, diametralnie różniący się od tego, co działo się w mojej głowie dekadę temu.
4. Wyspy bezludne, Waldemar Łysiak - to zbyt intymne, by gadać o tym na blogu
5. MW, Waldemar Łysiak - patrz wyżej.
Honorable menszyn: Jacek Kaczmarski 'Starość Owidiusza' - dzięki niemu znam swoje ograniczenia w dziedzinie operowania słowem i dzięki niemu nie porwałem się z motyką na słońce.

Na końcu tej notki wrzucę moje kredo czytelnicze, które obiecywałem wyartykułować już dawno temu. Wstępem do niego będzie kolejne zestawienie, czyli...

Top 5 książek, przy których umieram ze śmiechu:

1. Autostopem przez Galaktykę, wszystkie części - to Adams, obok Pythonów i Pratchetta, ukształtował ostatecznie prezentowany przeze mnie typ poczucia humoru vulgo wolę papugę tęskniącą za fiordami, Bagaż i neurotycznego robota Marvina niż Dańca i Drozdę
2. Agent Dołu - o kurwa, anioł. I setka innych tekstów, które wbiły mi się w pamięć i śmieszą do dziś. Chociaż w małych dawkach, bo z tą akurat książką czas obszedł się w moim przypadku bardzo brutalnie. To znaczy nigdy już do niej nie wrócę, bo nie niszczy się dziecięcych i młodzieńczych legend
3. Świat Dysku, większość - dlaczego większość a nie wszystkie? Ano, w niektórych humor jest celem, w innych środkiem. W przypadku tych ostatnich, gdy przedrzemy się przez ów humor, dostajemy w twarz najgorszymi przywarami gatunku ludzkiego i robi się nam smutno
4. Zodiak albo Cryptonomicon - Zodiak jest śmieszny sam w sobie, Cryptonomicon śmieszy mnie ze względów, których wytłumaczyć nie umiem
5. Bar McCarthy'ego - facet, który pobyt w purgatorium potrafi opisać tak, że przy lekturze płaczę ze śmiechu, zasługuje na moją szczególną uwagę. Książkę McCarthy'ego rozdaję ludziom w prezencie za każdym razem, gdy uda mi się kupić jakieś egzemplarze. Do tej pory obdarowałem około 10 osób, następny albo następna możesz być ty.

Teraz książkę można kupić w sieci bez konieczności ruszania się z domu, kiedyś na książki się polowało. Kolejne zestawienie dotyczy pozycji, których zdobycie kosztowało mnie mnóstwo czasu, uwagi i nerwów.

Top 5 książek, na które najdłużej i najwytrwalej polowałem:

1. Agent Dołu - pierwszy kontakt zawdzięczam Trójce, w której dawno temu, przed Powtórką z Rozrywki, czytano książki w odcinkach. Usłyszałem kilka fragmentów i się zakochałem. Uruchomione zostały wszystkie znajomości, odpryskowo udało mi się kupić Pielgrzymkę na Ziemię, o Agenta pytałem sprzedawców w Warszawie, Lublinie, Chełmie, Bydgoszczy i Grudziądzu. Po miesiącu okazało się, że zaszło zabawne nieporozumienie i książka czeka na mnie pod ladą w krasnostawskiej księgarni. Ha ha.
2. Pielgrzymka na Ziemię - i znowu Fantastyki wina, bo to oni wydrukowali opowiadanie Duch V, dzięki któremu usłyszałem o Sheckleyu. Polowanie było długie, Pielgrzymkę kupiłem przypadkowo, podczas poszukiwań Agenta Dołu.
3. Hyperion - egzemplarze kupione na Koszykach nieopatrznie pożyczyłem i nie wróciły do mnie. O księgarniach można było zapomnieć, pozostawało allegro, na którym sprzedający żądali cen z kosmosu. W końcu po bodajże 4 latach namierzyłem sprzedawcę, który chciał marne 50 złotych. Zagryzłem zęby i kupiłem.
4. MW - na 2 roku studiów pożyczył mi ją kolega, przeczytałem przez noc i się zakochałem. Przez kolejnych kilkanaście lat zaśmiewałem się do łez słysząc ceny wymieniane przez stolikowców. Jakiś czas temu prawie się złamałem i prawie kupiłem złachany egzemplarz po jakiejś absurdalnej cenie - przeczucie i dobra boginii czytelników czuwały jednak nade mną pospołu, bo się powstrzymałem i następnego dnia wpadłem na nowe wydanie na Koszykach. A stare sobie kiedyś i tak kupię.
5. Zew Cthulhu - pożyczyłem z biblioteki dawno temu, przeczytałem, zakochałem się, próbowałem kupić, nie udało się, ukradłem z biblioteki, cieszyłem się kilka lat, pożyczyłem kumplowi, nie wróciło, w sierpniu ubiegłego roku na Polconie kupiłem sobie prawie niezajechany egzemplarz.

Blox podcina mi skrzydła i mówi, że notka za długa. Ale jako, że temat jest zbyt poważny, by go porzucić w połowie, przenoszę się do części drugiej.