To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 30 marca 2012

Przeczytałem artykuł na gazecie i mi się ulało.

Rzeke mi wypłaczcie. Tako odtąd do późnych godzin popołudniowych. Gdyby nie moja wrodzona łagodność i pacyfizm, to Warszawa zostałaby pozbawiona szpitala MSWiA i było to tak.
Dawno temu dostałem omłot w bramie, napastnicy zamienili mi pół twarzy w tatara zasiekanego i skuli tak, że dwie godziny leżałem w bramie bez przytomności.
Następnego dnia, w sobotę, ok. 14 zacząłem lekko pływać na łóżku i stwierdziłem, że nie czekam do niedzieli, aż mi się przestanie we łbie kolebać, tylko jadę zaraz. Na 709 nie miałem siły więc znajoma zawiozła mnie na izbę (nie pamiętam dlaczego pojechaliśmy do MSWiA, być może piaseczyńska była tego dnia zamknięta, nie kontaktowałem zbyt dobrze). Kumpela nie mogła ze mną zostać więc podstawiła mnie pod wejście i odjechała.
Rejestracja, ciśnienie, pigułka na obniżenie ciśnienia, godzina oczekiwania i mój ulubiony moment, czyli wywiad w gabinecie z jakąś wredną rurą w fartuchu. No nie rozmawia się w tak impertynencki sposób z człowiekiem, który nie ma pół twarzy, kręci mu się w głowie, mdli go i ma prawo być podenerwowany. Z jakiegoś powodu zostałem przez panią potraktowany jak prymityw i gówniarz. To pewnie wina krótkich włosów i mocnej budowy ciała. Kolejna godzina oczekiwania, rentgen, godzina, tomografia i dopiero wtedy się zaczęło robić słabo.
Uczynię długą historię krótką. Na izbie zalogowałem się ok. 15-15:30. Wstępny wywiad, badanie ciśnienia, rentgen i tomografia zajęły w sumie 3,5-4 godziny, więc wynik do zniesienia. A potem zostałem zostawiony samemu sobie, nikt nie wiedział na co właściwie jeszcze czekam, kto ma obejrzeć fotki i je jakoś skomentować, nul, zilch, nada, zero. Gdyby nie stan zbliżony do dwóch piw i skręta, zacząłbym ten pierdolnik demolować. Czy wspomniałem, że moje rany nie wzbudziły żadnego zainteresowania, nikt ich nie obejrzał i nie zrobiono mi opatrunku? To wspominam.
Ok 22:30 zacząłem mieć dość, poszedłem do recepcji i się spytałem czy ktoś mnie przyjmie bo ja już nie wyrabiam i chcę iść do domu. Okazało się, że jak pójdę do domu, to badania z dzisiaj są nieważne i jutro będę je musiał zrobić znowu. A czekam na laryngologa i nie wiadomo kiedy mnie przyjmie.
Podcięło mi resztki żelazowej woli, klapnąłem na krzesło, zadzwoniłem do innej kumpeli czy by mogła mnie odwieźć na chatę, bo na dzienny się już nie wyrobię i zastygłem na tym sadystycznym krzesełku w poczuciu bezsiły i beznadziei. Nikogo nie chciałem bić, chciałem po prostu zburzyć to miejsce do fundamentów a pracujących tu ludzi wysłać na prosty kurs organizacji pracy i umiejętności rozmowy z pacjentem nieawanturującym się.
Po pół godzinie zaczęły spływać z miasta ofiary dnia św. Patryka i wytrzymałem do momentu gdy jeden nur śmierdzący śmietnikiem wwiózł na wózku drugiego nura śmierdzącego padliną. Tak szybkiego oczyszczenia poczekalni w życiu nie widziałem. Wstałem i skierowałem się w stronę wyjścia, pierdoląc możliwe pęknięcia czaszki i krwiaki mózgu. Dobrze, że mnie kumpela zgarnęła i przekonała żebym jeszcze chwilę wytrzymał.
Siedziałbym tam pewnie do rana, na szczęście Ania poszła do recepcji, zrobiła dym i co się okazało? Że ten laryngolog, co to nie wiadomo kiedy będzie to już jest i można do niego iść. Tylko dlaczego żeby uzyskać jakąkolwiek informację trzeba awantury w recepcji? Dlaczego nikt mnie nie może wywołać po nazwisku. Dlaczego jak się grzecznie pytałem ile mam czekać, to nikt nic nie wiedział (przypominam, ruch niewielki). A potem jak porozmawiałem po badaniu z panią laryngolog (jedyna sprawiedliwa w tej jebanej Sodomie), to okazało się, że ona tu siedzi od 22 i nikt jej nie zgłosił, że ma coś i kogoś oglądać. To wtedy uderzyła mnie kurtyna a od maniakalnego uśmiechu dostałem skurczu nieporanionej połowy twarzy.
Nawet nie macie pojęcia jak się wkurwiłem na wspomnienie tego gnoju. Bym zrozumiał czas spędzony na izbie gdyby był jakiś overkill. Nie było. Była żałośnie wyglądająca grupka mniej lub bardziej cierpiących ludzi i personel, który miał tych ludzi w chuju i niespiesznie przechadzał się z lewa na prawo. Plus totalny burdel organizacyjny.
Pewnie nie mam pojęcia o organizacji pracy szpitala i izby przyjęć. Zapewne czas spędzony w tym kiblu był krótki i nie powinienem się ciskać. I zapewne powinienem dziękować, że nie dostałem od lekarza opierdolu, tak jak kilka lat później, na Hożej (moją winą było to, że byłem na imprezie i miałem wypadek), tylko zostałem potraktowany jak gówniarz. Na szczęście gazeta napisała bardzo wartościowy artykuł instruktażowy, dzięki któremu już wiem jak wejść na ścieżkę szybkiej obsługi. Następnym razem po prostu jebnę lekarza krzesłem albo rozwalę automat do kawy i w domu będę po 2 godzinach.
Ze szpitala MSWiA wróciłem do domu o 1 w nocy.
PS. Każdy, kto skomentuje w stylu 'stary, mogłeś podejść i spokojnie pogadać w recepcji' albo 'sam sobie jesteś winien, bo siedziałeś i nic nie robiłeś a mówisz, że jesteś taki energiczny i zaradny', zostanie wywalony z mojego grona znajomych. Nie chcę się ziomić z ludźmi, którzy nie potrafią czytać ze zrozumieniem. 

Tekst wylądował najpierw na fejsie. I posypały się komentarze. Niektóre pozwolę sobie wkleić poniżej. Lektura akurat na piątek, bo za 3 godziny będzie można zmyć absmak alkoholem. Lecimy.

Nauczka dla wszystkich - jeżeli Wam albo Waszym bliskim (w tym zwłaszcza dzieciom, like, małym) coś się stanie - *PIERDOLCIE SAMODZIELNY DOJAZD DO SZPITALA* i dzwońcie po karetkę, ściemniając bez zmiłowania jeśli trzeba. Chyba, że lubicie być w metodami, jakie Radkowiecki wyżej zapodał, ruchani powoli na izbach przyjęć kilku kolejnych szpitali.

Ja pamietam jak dostalem po lbie, przelatalem pol szpitala na podstawowe badania, po ktorych stwierdzono ze glownie to powinienem lezec i ograniczyc gwaltowne ruchy. Na szczescie bylo mi wtedy dosc wszystko jedno.

Cóż mogę dodać Radku, chyba tylko tyle, że w podobnie "renomowanym" szpitalu mój kolega siedząc w przychodni neurologicznej, czekając na kontrolę leczenia przeciwpadaczkowego zemdlał z powodu spazmu mięśni (czyli miał atak), a jego masakrycznie zdenerwowana żona (8 miesiąc ciąży) usłyszała, że "pijanych nie obsługują". Trzy awantury później i dwa telefony do znajomego, którego ojciec jest tam ordynatorem (dokładnie trzy piętra wyżej siedział w gabinecie), zrobiono mu w końcu zastrzyk lekiem, który dostaje od dnia diagnozy i który wołami wypisany jest nie tylko na jego karcie pacjenta rzeczonej przychodni, ale był także zakodowany na specjalnej bransoletce na jego ręku. 

Jak wylądowałam na izbie MSWiA to pan doktor widząc pacjentów, którzy chcą o coś zapytać zaczynał nagle uciekać sprintem, dostałam ketonal pod skórę (top 5 bólu powodującego łzy i szał bitewny) bo pan z karetki nie umiał założyć wenflonu (w sumie dobrze, że podawali mi zupełnie niepotrzebny w danej chwili ketonal a nie coś co miałoby mnie ratować), dostałam ketonal bo nieopatrznie wspomniałam o bólu głowy, który mi w danej chwili wcale nie wadził. Siedziałam tam od 18 do 23.30. Ale wszystko to wydawało się niczym bo obok mnie siedział potwornie czerwony pan, który ok. 10.00 przyszedł z ciśnieniem z kosmosu (skurczowe like 200) i jak wychodziłam (zaraz po tym jak pani pielęgniarka próbowała mi wmówić, że mam iść do gastrologa, oczywiście, że chodziło o endokrynologa, duh) z tego kurwidołka to ktoś zaczął się zastanawiać czy pana nie przyjąć na oddział.
Szpital na Litewskiej i Wolski utwierdzają mnie w przekonaniu, że pracownicy służby zdrowia powinni dostać czasem kontrolnego liścia na ogarnięcie.
A, co do karetki to mnie się trafił jakiś cyrkowy skład, najpierw pan zauważył, że mam ogromne źrenice ale nie zapytał wprost czy coś brałam tylko zaczął jakieś gimbusiarskie aluzje po czym dopadł w drzwiach moją matkę, która akurat wróciła i zapytał czy to prawda, że miewam takie od dzieciństwa. A na izbie przyjęć nie udało mi się ustalić nazwiska mistrza wenflonu.

BTW: Karetka nie gwarantuje obsługi. Jeśli jesteś odwodnionym po zatruciu pokarmowym pacjentem z wadą serca, sinym na twarzy i palcach - możesz poczekać. Sprawdzaliśmy...

Ech, o czym my tu mówimy, ja przeleżałam tamże ponad godzinę na podłodze ze złamanym kręgosłupem, zanim jakaś pielęgniarka zainteresowała się dlaczego ja tak, a potem zorganizowała łózko na kółkach i prześwietlenie.

Potem trzy dni bez informacji co mi jest (posiłkowałam się ogólną wiedzą z filmów, że jak mogę ruszać palcami stóp, to jest dobrze) a na koniec po włożeniu w gips lekarz kazał mi samodzielnie wracać na salę. Efekt - rzygałam dalej niż widziałam, dwa dni pod kroplówką i pielęgniarki tak przerażone, że nie sądziłam, że coś jest je w stanie tak poruszyć (w końcu to twarde zawodniczki i byle pacjent ich nie rusza). Dodam, że gips opierał się na mostu i kości łonowej, co oznacza, ze sięgał daleko na uda - znaczy zgiąć się ja do siadania nie mogłam. Spróbujcie rzygać w takich warunkach.
Dobrze, że byłam tam tylko tydzień, a kolejne pół roku leżałam w domu i przyjeżdżałam tylko na kontrole i zmianę gipsu, bo mogłabym nie przeżyć...

Odkad otwarte zlamanie nosa mi w jednym szpitalu zszyli, a dopiero w drugim skladali, zreszta bez znieczulenia, malo takich opowiesci mnie zaskakuje

tą opowieścią otworzyłeś mi czakramy złej karmy Radku. Ja z kolei najgorzej wspominam pobyt na izbie przyjęć z moim ojcem, którego ściągaliśmy z kontenerowca, którego był kapitanem, a który znajdował się u wybrzeży Portugalii. Wielka akcja ściągnięcia go śmigłowcem, potem z przesiadką lot do Gdańska, a wszystko na noszach i w jakieś 5 godzin. No po prostu himalaje organizacji i synchronizacji. A potem jebnięcie głową w zamknięte drzwi izby przyjęć w szpitalu na gdańskiej Zaspie. Pan doktur kazał na siebie czekać dwie godziny, w czasie których absolutnie nikt nie wiedział gdzie jest i jak go ściągnąć szybciej. Jak już z durnym uśmieszkiem się pojawił szurając kapciami, to od śmierci uratowało go jedynie moje poczucie przyzwoitości, gdyż w ramionach był taki jak ja w bicepsie.

Nie chcę zaorać całej Litewskiej, spotkałam tam bardzo dobrą lekarkę, ale część personelu powinna się ogarnąć. Pielęgniarka krzycząca się na dziecko, że ma się uspokoić bo nie może się wbić w żyłę? Nic tak nie uspokaja jak darcie ryja. Ta sama pani rozdłubała mi (dosłownie) żyłę a w międzyczasie oskarżyła, że dopisałam sobie badanie na skierowaniu. Pani doktor na oddziale proponowała mi paracetamol na ból głowy, który mam codziennie od 3 klasy podstawówki. A siostra oddziałowa, która nie trafiła atropiną do oka nie była w stanie pojąć, że mam dużą źrenicę bo taka moja natura ale jak mi okulista poświeci to się zmniejszy. No nie do pojęcia.
W mojej sali leżał też dwulatek, którego matka spała na podłodze bo jedyny leżak jaki był dostępny się rozpadał.

I na koniec prawdziwa bolandyjska delicja. Aż się spytałem czy podany termin to nie pomyłka. Nie pomyłka.

Moje przejścia z izbą przyjęć MSWiA i innymi to już klasyki. Nie będę tu ich opisywać bo by miejsca i czasu nie starczyło. Najlepiej zobrazował to komentarz pewnej starszej pani która spędziła obok mnie na sali prawie dwie doby odzywając się do mnie tylko raz (siedziałyśmy oczywiście na krzesłach, ja w stanie agonalnym z niego zwisałam bo wszystkie łóżka były zajęte przez śmierdzących, nawalonych bejów)
– Wydaje mi się, że szybciej umrę niż się dowiem się co mi jest. Myślę też, że personelowi przydała by się ostra lewatywa to może przypomnieli by sobie coś o człowieczeństwie.
Nauczona doświadczeniem już się nie cackam z „miłymi” pielęgniarkami i nie czekam grzecznie. Jeśli z miejsca widzę zlew i pogardę reaguję w odpowiedni sposób. Tak właśnie mój ojciec został przyjęty w ciągu 10 min a zbadany w ciągu 1,5 h. Ja czekałam prawie dwie doby bo kiedyś chciałam zachowywać się przyzwoicie.

Miałem to na zakończenie jakoś skomentować ale zdałem sobie sprawę z tego, że nie bardzo wiem jak i po co. Więc na tym zakończymy.

Jednak będzie komentarz na koniec. Po krótkiej rozmowie z kilkoma komentatorami, okazało się, że niektórzy odczytują ten tekst jako pochwałę przemocy w stosunku do lekarzy i pielęgniarek. Prawdopodobnie przez niezbyt fortunny dobór słów. Nie chce mi się przepisywać fragmentów notki na nowo więc tutaj powiem, że nie zachęcam, nie pochwalam, nie usprawiedliwiam przemocy i współczuje jej ofiarom. Dużo bardziej od momentu kiedy sam zostałem skatowany i skończyłem nieprzytomny na podwórku w bramie. A potem wylądowałem w szpitalu MSWiA na ostrym dyżurze. Mam nadzieję, że teraz jest już jasne jaka jest moja wersja.