To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 23 marca 2011

Chyba najbardziej na świecie lubię jebaków-gawędziarzy, którzy z wyżyn swojej katedry, gabinetu, urzędu czy pokoju, mówią o rzeczach, o których nie mają pojęcia. Nie mają pojęcia gdyż nie wychodzą z domu, uczelni, gabinetu czy urzędu i wnioskują na podstawie tego, co im inni pod nos podsuną. W zasadzie dzisiejsza hejtnotka by nie powstała, bo temat nudny i obgadany ale...
Stoję sobie rano pod prysznicem, słucham Antyradia, ludzie narzekają na zielone przyciski, pełna zgoda i aprobata a tu nagle jakiś patafian z urzędu zaczyna sobie ironizować: no tak, jeżeli przycisk na wysokości 140 centymetrów nad ziemią to taka uciążliwość, to faktycznie, przyciski są uciążliwe.

Skąd przybyłeś prostaku, z czworaków?

Szybko ze mnie zeszło, bo zrozumiałem, że ten koleś w życiu nie stał na skrzyżowaniu z zielonym guzikiem gdyż całe swoje życie poza pracą i domem spędza w samochodzie. Więc skąd miałby wiedzieć jak działają w Warszawie te cudowne wynalazki i dlaczego doprowadzają ludzi do białej gorączki. Odpowiedź na to ostatnie pytanie jest łatwe - wzięliśmy niezły wynalazek i spierdoliliśmy implementację w naszym swojskim, polskim, żytnio-ziemniaczanym stylu. Bo sama idea jest niezła. Szkoda tylko, że sprawdza się wszędzie ale nie w Warszawie.

Nie pamiętam kiedy się zaczął szał na ten szatański wynalazek, odnoszę wrażenie, że jakoś w tym momencie, w którym Zarząd Dróg Miejskich przyjął do pracy dużą grupę ludzi z kompleksem wiochy, które to osoby stwierdziły, że jak przymocujemy te sygnalizatory do absolutnie każdego słupka na absolutnie każdym skrzyżowaniu w tym mieście, będzie bardziej światowo. No i montują. Twardo montują wszędzie gdzie się je da przymocować i są z siebie bardzo zadowoleni. A że ludziom się nie podoba? Coż, widać ludzie nie dorośli do tak nowoczesnych rozwiązań.

Problem z warszawskimi przyciskami polega na tym, że osoby odpowiedzialne za ich montaż nie mają pojęcia na czym polega idea takiego rozwiązania. O tym, że wygoda mieszkańców nie jest przez nich brana pod uwagę nie będę wspominał, bo to dla każdego w tym mieście jest oczywiste. Co więc poszło źle? Jak zwykle wszystko.

Jak to właściwie powinno działać, panie inżynierze?
Nie trzeba kończyć studiów na kierunku montaż przycisków, ksero, taniec i wyszywanie żeby wiedzieć, że te guziki powinny być montowane wyłącznie na długich, prostych odcinkach gdzie podłużny ruch samochodowy znacznie przewyższa poprzeczny ruch pieszym. Modelowe miejsce to Puławska gdzie przez ostatnie kilka lat nawalono tyle przejść dla pieszych, że nie da się tam ujechać 500 metrów bez postoju na światłach. Samochody i ja, zagubiony rowerzysta, stoimy na czerwonym a przez przejście nikt nie przechodzi. Na następnych światłach sytuacja się powtarza. Po trzecim razie szlag mnie trafia i zjeżdżam na chodnik.
Przecież aż się prosi żeby na każdym sygnalizatorze wzdłuż Puławskiej (załóżmy od Żołny do Mysiadła) zamontować taki przycisk, który robiłby zielone wtedy gdy na przejściu faktycznie jest pieszy. No ale jak to tak? 20 minut i cały czas zielone dla samochodów? To nie po polsku, tu każdy musi swoje odstać. Bo tak. Więc stoimy.

A jak to faktycznie działa? Ano działa tak, że w niektórych miejscach przyciski to zwykłe placebo. Czy go wciśniesz, czy nie, zielone światło dla pieszego zapali się dokładnie po takim samym czasie (mierzone). Po co więc go zamontowano? Na to pytanie zna pewnie odpowiedź inżynier ruchu Galas. Oraz kilka osób w ZDM-ie. Mieszkańcom tej wiedzy tajemnej nie zdradzono. Ale to nawet nie jest bardzo uciążliwe gdyż, poza wywaleniem kasy w błoto, takie placebo nie robi mieszkańcom krzywdy. Najgorsze są bowiem te przyciski, które...

Tego by nawet Baal - Pan Zniszczenia, nie wymyślił. A nasi inżynierowie potrafią.

Otóż najbardziej brutalne są te przyciski, które, gdy nieprzyciśnięte w odpowiednim momencie, nie zamienią pieszemu światła na zielone. Odpowiedni moment trwa od chwili gdy poprzedni cykl zielonych dla pieszego się skończył do niezidentyfikowanego momentu przed końcem cyklu zielonego dla samochodów. Spóźnisz się trochę - stoisz. O przyciskaniu guzika w momencie, w którym czerwone dla samochodów już się świeci, możesz zapomnieć. Nie zadziała.
I dochodzi do takich historii, że samochody mają czerwone, równolegle do nas auta ruszają na zielonym a my, piesi, mamy czerwone. Niektórym nerw puszcza i wchodzą na przejście. W praktyce, zupełnie jakby weszli zgodnie w przepisami, w teorii - na mandat. Albo co gorsza, na wózek inwalidzki, wyciąg lub do gleby.

Wróć, to nie jest najgorsze. Najgorsze są bowiem te miejsca gdzie pomimo wciśnięcia guzika, światło dla pieszych się na zielone nie zmienia. Bo awaria albo coś w podobie. Teraz pytanie poza konkursem - ile zmian świateł byście wytrzymali zanim wtargnęlibyście na jezdnię na czerwonym?

Bym zapomniał o specjalnym miejscu w piekle dla tych, którzy takie guziki montują przy ścieżkach rowerowych. Najśmieszniejsze są te, które znajdują się przy słupku po lewej stronie takiej ścieżki. Wypas całkowity, niedowiarkom polecam ścieżkę rowerową wzdłuż KEN-u. Boki zrywać.

Ze smrodu nikt nie umarł a świeże powietrze wykończyło Wielką Armię
Dawno temu montowano brzydkie jak kupa sygnalizatory z gumowym guzikiem kojarzącym się śmiesznie. Przyciskałeś i jakoś tam działało. Ostatnio jest bardziej modnie i mamy coraz więcej sygnalizatorów dotykowych. Problem z nimi jest dwojaki - czujniki dotyku sprowadzono prawdopodobnie z Elbonii, bo mają poważny problem z rozczytaniem dotknięcia. Do tego (obserwacja własna) albo nie działają, albo działają bardzo słabo gdy masz rękę odzianą w rękawiczkę. Latem dotykam tego syfu łokciem, zimą się tak nie da. Dlatego mam już sporą grupę fanów, którzy widzieli mnie przez kilka kolejnych zim jak napierdalałem w ten czujnik z pięści. Po kilku mocnych uderzeniach załapuje, nawet przez rękawiczkę.
Dodatkowy problem polega na tym, że tych przycisków nikt, ale to nikt, nie czyści. A jeżeli ktoś to robi, to jest to akcja 'przeciągnę szmatą i odkreślę, że umyty'. Czasem wsparcie moralne da ostra burza, która ten syf lekko opłucze.
Mam w sobie sporo odporności na wydzieliny ludzkie ale któregoś dnia, zagapiony, nacisnąłem panel i już po dotknięciu go zdałem sobie sprawę, że to, czego właśnie dotykam, to zamarznięta plwocina. Ale nie takie delikatne tfu. Nie, to był chark wyciągnięty prawdopodobnie z okolic nerek. Coś we mnie umarło. Od tamtej pory napierdalam w przyciski pięścią. Gdy mają na sobie ślady wydzielin - butem. W końcu zarobię mandat ale pierdolę, wystarczy że dotykam obleśnych, nigdy nie mytych, rurek w środkach komunikacji.

Laudaaa... Fastaaa... Skutaaa...
Normalny biały człowiek, pracujący w prywatnej firmie, siadłby, policzył, rozważył za i przeciw i wycofał się z poronionego projektu. Pracownicy firm państwowych mają łatwiej. Mam wrażenie, że ich z pracy nikt nie rozlicza, dzięki czemu mogą forsować każdy bezsens za naszą kasę. Otóż przycisków ma być więcej. Myślę, że docelowo będą na każdym skrzyżowaniu. Nawet na tym gdzie nie ma sygnalizacji świetlnej. A nam będzie się przemierzać zebry najbezpieczniej na świecie.

Na koniec wspomnę o dwóch rzeczach. Wyobraźcie sobie, że jesteście niewidomi i lądujecie samotnie na skrzyżowaniu, na którym zamontowano taki przycisk. To nie jest coś, nad czym powinniśmy przechodzić do porządku dziennego. Moim zdaniem, zamiast tych debilnych guzików, na każdym skrzyżowaniu ze światłami powinien być zamontowany głośnik, który poinformowałby osoby potrzebujące, że jest zielone i można bezpiecznie przejść przez jezdnię.

W trosce o nasze bezpieczeństwo... hahaha! Pardon, zacznę od początku. Osoby odpowiedzialne za te rozwiązania powinny trafić pod sąd za umyślne sprowadzenie zagrożenia w ruchu kołowym. Jeżeli nie da się przylepić im tego paragrafu, proponuję coś na temat dręczenia osób starszych, niedołężnych i niepełnosprawnych. Reszta moich pomysłów to chyba groźby karalne więc nie będę ich upubliczniał.

Teraz to już tylko czekam na moment, w którym wkurzeni do czerwonej mgły przed oczami ludzie, zaczną oddolną akcję likwidacji przycisków w miejscach, w których wmontowano je bez sensu. Każdy mieszkaniec zna przynajmniej trzy takie miejsca. Albo cztery. Gdybym ja to miał zacząć, to uszczęśliwianie pieszych rozpocząłbym od makabrycznego skrzyżowania Czerniakowskiej z Gagarina/Nehru. Każdy, kto chciałby zobaczyć jak w tym dziwnym mieście wyglądają ułatwienia dla pieszych, powinien tu podjechać, stanąć pod Karczmą Słupską i poobserwować to skrzyżowanie przez pół godziny. Urwanie boków ze śmiechu gwarantowane, niewykluczony wypadek. Zapraszam.