To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 19 marca 2010

W komciach pod poprzednią notką sam siebie sprowokowałem do zrobienia listy psów, które mnie pogryzły albo chciały pokąsać. Sam nie wiem czy cyfra będzie ponadnormatywna czy żałośnie niska, bo w tym kraju nie prowadzi się żadnej statystyki pogryzień. Lećmy zatem.

1. Bezimienny kundel w śmietniku. Rozmiaru kundla. Za komuny to było. Najpierw pogryzł mnie, potem brata. Matka się zirytowała, wystosowała pisma do wszystkich możliwych instancji, przyjechał rakarz zwany hyclem i problem bezdomnych psów osiedlowych został chwilowo zlikwidowany.

2. Bezimienny pies bezimiennej pańci. Wpadł na plac zabaw i zrobił nam Heysel. Wyłapałem dwa gryzy w Achillesa. Byłoby więcej ale zdążyłem dobiec do drabinek, pies chwilę pohałasował, znudził się i umknął.

3. Pies znajomych, którego przyprowadzili kiedyś ze sobą w gości. Bawiłem się z nim, bo to 'spokojny pies'. Spokój zakończył się nagle - on sobie leżał na Sfinksa a ja przejechałem mu małą, dziecięcą dłonią po łapie. No i ugryzł mnie w rękę. Ale nie za mocno. Zresztą mógł w twarz, więc nie powinienem narzekać.

4. Dżeki - sporawy pies, który terroryzował duży kwadrat na moim osiedlu. Niby bezdomny ale opiekowały się nim jakieś dzieciaki. Dzięki temu pies poczuł się panem terenu. Na klatkę schodową gdzie te dzieci mieszkały nie dało się wejść, obok ich bloku nie dało się przejść więc droga do szkoły się mi wydłużyła. Rzucał się na wszystkich. Nie liczę go więc jako psa, który wyłącznie mnie ukochał. Skończył nędznie - pogryzł jakiegoś podpitego kolesia, koleś wrócił z młotkiem i tak długo miotał Mjolnirem w psa aż potrzaskał mu łapę. Dżeki utracił możliwość rzucania się na wszystkich. Wszyscy chcieli bezimiennemu pijaczkowi postawić pomnik. Jakiś czas później Dżeki zdechł ze zgryzoty, bo zabrakło mu w życiu wyzwań.

5. Saba - to samo, niska ale krępa, niby bezdomna ale dokarmiała ją jakaś grupa dzieci z sąsiedniego bloku. Saba poczuła się mocna i zaczęła atakować ludzi - mnie za każdym razem jak mnie widziała, chociaż nigdy nie zrobiłem jej niczego złego. Dodatkowy problem polegał na tym, że obstawiała ważną arterię przelotową i okolice śmietnika. Pewnego dnia jeden z poirytowanych kumpli wykopał jej wszystkie przednie zęby i Saba straciła możliwości gryzienia. Wszyscy chcieli kumplowi postawić pomnik. Numer 4 i 5 to przypadki inne od pozostałych, bo kundle napadały praktycznie wszystkich, dlatego nigdy nie będę w stanie policzyć ile razy musiałem przed nimi uciekać. Ach, bym zapomniał - Saba nadgryzła mi kiedyś buta a Dżeki potargał spodnie.

6. Doberman - szliśmy po moim osiedlu z kumplem. Doberman biegał luzem. No wiecie, był na spacerze. Gdy nas zobaczył, przeszedł w warpa w ciągu pół sekundy. Wbiegliśmy na najbliższą klatkę schodową, zamknęliśmy za sobą drzwi i w tym momencie piesio wyrżnał ze łba w owe drzwi, chwilę poszczekał i sobie poszedł. Miałem wtedy jakieś 15 lat i była to wtedy druga największa adrenalina w moim życiu. Waszej uwadze polecam fakt, że dzisiaj zostałbym pogryziony - pomontowali domofony.

7. Trzy psy z Kałuszyna. Robiłem tam ankiety, wieś typowa ulicówka, nie ma gdzie spierdalać boś murem bądź siatką opasan. Na miejscówkę szedłem z lokalsem, który ostrzegł mnie przed dwoma wilkami biegającymi samopas dokoła niegrodzonej kurnej chaty, położonej na początku wioski. Faktycznie, podbiły do nas uśmiechnięte ale kojarzyły gościa, bo je dokarmiał i mi odpuściły. Już wiedziałem, że w drodze powrotnej mam przejebane. Żebym wtedy wiedział jak bardzo będę miał, to bym zawrócił.
Po zrobieniu ankiet ruszyłem na przystanek. Gdy byłem w połowie ulicy, zobaczyłem dobermana biegającego luzem. Przypominam - wieś ulicówka, nie ma go jak ominąć. Nadzieją natchnęła mnie mała dziewczynka, która obok psa przeszła bez problemu. Mi się nie udało.
I teraz opowiem wam jak to wyglądało - ja przyparty plecami do siatki, skórzana torba na jajach, ręce pochowałem w rękawy żeby mi nie urwał od razu ścięgien tylko się trochę pomęczył. I w odległości 20 cm od tej torby wyszczerzony pysk psychicznie chorego psa (wszystkie dobermany są dla mnie psychicznie chore). Przesuwałem się w bok z dostojnością i w tempie lodowca. Owszem, miałem w kieszeni gaz, nóż i łańcuch[1] ale byłem na tyle przytomny żeby niczego nie próbować. Bo jakby mi się pierwsza próba nie udała, to na drugą nie miałbym szansy. A jakby się udała, to kmiecie by mnie za uszkodzenie psa na kosach roznieśli. Bo oni sobie stali w obejściu naprzeciwko i byli bardzo ubawieni całą sytuacją.
Dobiego mijałem jakieś 3-4 minuty i oczywiście rozumiecie, że były to najdłuższe minuty w moim życiu. Jak się znudził, dostałem kolejny wrzut adrenaliny i chciałem wracać żeby rozerwać psa i chamów. Nie zrobiłem tego dlatego, że przypomniałem sobie o dwóch wilkach przede mną. A jakże, rzuciły się na mnie. Ale nie miały żadnych szans. Porwałem jakiś drąg i rycząc słowa w języku, który sobie na potrzeby szarży wymyśliłem, zaatakowałem. Tak zdurniałych zwierząt w życiu nie widziałem. Goniłem je z tym konarem prawie do ich podwórka, wspierając szarżę bryłami lodu łapanymi w biegu. Po 200 metrach trochę ze mnie zeszło, posłałem lekkomyślnie drąg w ich kierunku i nie oglądając się za siebie, ruszyłem na przystanek. Gdzie w śniegu po kolana spędziłem jakieś półtorej godziny, oczekując na autobus. Ale to zupełnie inna historia.

8. Dresiarski amstaff na Dobrej - mieszkałem jakiś czas na Powiślu, miejscowy głupek w Adibasach kupił se ostrego, kurwa, psa, rozumiesz kurwa ziomek, nie? No i puszczał go luzem. Na szczęście prowadziłem rower i dałem się radę zastawić. Nawet nie wnikam dlaczego mnie zaatakował - amstaffy również uważam za psy obłąkane od urodzenia do śmierci.

9. Orion - piaseczyński pies wielkości dużego kundla. Z właścicielami. Szedłem do pracy na nockę, spokojnie, powoli (bo ślisko), nie wadząc nikomu. Zza bloku wyszła starsza para niosąca drzwi. Powiało absurdem. Chwilę potem w moją stronę wystartował pies owych państwa[2] i zanim się zorientowałem, szarpnął mnie przez spodnie w buta. Ja dostałem furii, pies dostał z kopa, państwo dostali taki opierdol, że jeszcze miesiąc później się za siebie wstydziłem. Bo oni byli starzy, mali i przestraszeni całą sytuacją. A ja byłem duży, płonąłem gniewem i byłem 2 tygodnie po rzuceniu palenia. Dopowiedzcie sobie resztę.

10. Owczarek niemiecki w Lesie Kabackim - wjechałem na trasę, przejechałem 5 metrów, zza krzaków wypadł pies i bez dania racji mnie zaatakował. To był najpłynniejszy i najdoskonalszy zeskok z roweru podczas jazdy, jaki udało mi się w życiu wykonać. Zastawiłem się maszyną i zacząłem rozglądać się za właścicielem. Jak się znalazł, odwołał psa i zadziwił się dlaczego piesio się na mnie rzucił. Jak się uspokoiłem, gość ostał opierdol, którego się nie wstydzę. Bo miałem rację - nie wolno puszczać psów luzem w Kabatach.

11. Duży kundel w Lesie Kabackim - jechałem na polankę do Powsina gdy go spotkałem. Od razu pokochał moją łydkę i przebiegł za mną dobre kilkaset metrów, próbując mnie ugryźć. Spróbujcie kiedyś przejechać pół kilometra, w dobrym tempie, po leśnej drodze gdy jedną nogą opędzacie się od psa. Aha, pies pozostał głuchy na nawoływania swoich właścicieli, co mnie dodatkowo rozśmieszyło. Bo nie ma jak dobrze prowadzony, posłuszny milusiński.

12. Owczarek niemiecki pewnego ekscentryka z mojego osiedla w Piasecznie. Gość miał dwa psy - małego, czarnego, wesołego kundelka i owczarka. Kundelek wielkości kupy tego owczarka chodził na smyczy, wilczur biegał luzem. Pan parkował psy przy sklepie, w którym robiłem regularnie zakupy. Małego uwiązywał a duży na luzie. I miałem problem z wejściem do sklepu, bo owczarek za każdym razem się na mnie rzucał i gryźć próbował. Pewnego dnia przebrała się miareczka - gdzieś wyjeżdżałem, spieszyło mi się, nie zarejestrowałem pieska (bo normalnie to ja go drugą stroną ulicy mijałem), wychycnął ponad nagle i ugryzł mnie w torbę. Podróżną. I się wtedy trochę zirytowałem - wpadłem do sklepu i zadałem filozoficzne pytanie 'czyj to kurwa pies'. Struchlałe ze strachu sprzedawczynie pokierowały mnie w odpowiednią alejkę i wtedy okazało się, że ten pan jest anglojęzyczny. Przypomniałem sobie jak jest po angielsku kurwa, smycz, kaganiec i prawo, po czym strzeliłem minutową perorę, wymachując panu palcem przed twarzą. Pan przyjął wszystko ze zrozumieniem, przeprosił za nieznajomość miejscowego obyczaju i obiecał, że weźmie psa na smycz. Jakiś tydzień później przyuważyłem gościa na spacerze. Możecie zgadywać trzy razy.

12. Nieprzeliczone zastępy małych psów na spacerach z pańciami - nie wiem co z nimi jest nie tak. Do tego, że warczą albo szczekają się przyzwyczaiłem gdyż wiem, że małe psy najgłośniej szczekają, bo się boją. Ale w jakim celu gryzą mnie w buty albo nogawki, to ja już nie pojmuję. I dochodzi do żenujących sytuacji, bo pani jest zestresowana, pies zbiera smyczą w dupę a ja, czyli niby poszkodowany, się dobrze bawię.

Nie jestem typem wrażliwca ale panicznie boję się pogryzienia. Przekłada się to u mnie na dużo ostrzejszą reakcję organizmu na atak psa, niżby to wynikało ze skali zagrożenia. Osiągam stany porównywalne z tym, jaki miałem po potrąceniu przez taksówkę. Przez co reaguję niewspółmiernie do zagrożenia (jak choćby w przypadku Oriona), bo mnie roznosi adrenalina. Jest to główny powód, dla którego nigdy nie kupiłem sobie żadnego dozwolonego prawem pistoletu czy miotacza gazu. Bo boję się, że mógłby obskoczyć pies, właściciel, jeszcze raz pies a być może nawet postronni świadkowie. Ja naprawdę mam dosyć stresów w życiu żeby się dodatkowo denerwować atakującymi mnie kundlami.

Żeby rozwiać wątpliwości, jakie mogłyby się pojawić - ludzie napadali mnie dużo rzadziej. Jako sześciolatek upadłem ofiarą rozboju z użyciem ostrego przedmiotu. Na drugim roku kumpel dał mi w twarz ale to było bez powodu i nie liczy się do statystyk. Na trzecim roku próbowała mnie skroić siedmioosobowa grupa ale byli źle zorganizowani i nie dali rady. Na czwartym roku pijany gość miał, jak się wyraził, 'ochotę na chwileczkę zapomnienia' i chciał się ze mną bić. Wyjaśniłem mu, że to zły pomysł, bo ja jestem u siebie a on w gościach. Uratował zdrowie tylko dlatego, że odciągnąłem od niego mojego kumpla, który chciał go kasować. To też traktuję w kategorii żartu towarzyskiego, bo byliśmy pijani i się nie liczy. Potem znowu dłuższa przerwa i 3 lata temu zaliczyłem pierwszy w życiu poważny napad. Urwali mi twarz, zabrali torbę, spędziłem nieprzytomny 2 godziny w bramie i wyglądałem jak idź stąd. Ale nie mam po tym ani traumy, ani widocznych śladów. Naciągając maksymalnie - 5 razy. No to coś mi się tutaj nie zgadza.

Dlatego powtórzę to, co napisałem w komciu pod poprzednią notką - przypinajcie swoim psom smyczy. Zakładajcie kagańce. I nie puszczajcie ich luzem w miejscach gdzie mogą zrobić komuś krzywdę zupełnie bez powodu.
'To przecież spokojny pies jest i nie gryzie' to bucówa większa niż dmuchanie komuś dymem w twarz na przystanku.

[1] Kilka ankiet robiłem w bardzo złych miejscach więc darujcie sobie teksty 'a kto normalny nosi przy sobie nóż i łańcuch'.
[2] Pytanie konkursowe do kynologów - czym tym razem sprowokowałem pieska? Kurtka mi na wietrze powiewała? Czy dziwnie stawiałem kroki.

wtorek, 16 marca 2010

Przez łamy Gazety przetacza się, że tak rzeknę obrazowo, sztorm gówna. Po serii artykułów i burzliwych dyskusjach pod nimi (na portalu), siłę sztormu oceniam na niezłą dychę. No wiecie - 'normalni' ludzie chcą zabijać psy a właściciele psów chcą zabijać tych, którzy chcą zabijać ich psy. Nomen omen, kupa dobrej zabawy, tak oglądać, jak szacownym głowom domów, ojcom dzieciom i na co dzień umiarkowanie ekstremalnym gospodyniom domowym, coś się w pudełku na oczy odkleja i najdalej w 20 poście wątku, następuje grupowe puszczenie się poręczy i swobodny lot w paszczę szaleństwa. Co tak elektryzuje wszystkich? Jak każdej wiosny - zwykłe, banalne, nieunieśmiertelnione żadną frazą poety, psie gówno.

Miałem lecieć skatologicznie ale mi się nie chce, bo jakie gówno na trawniku jest, każdy widzi. Następnie sobie chciałem nieobiektywnie polecieć po właścicielach psów, ale mi się odechciało, bo przecież to, że się psy puszczone luzem na mnie rzucają, nie jest powodem żeby jechać po nieodpowiedzialnych tłukach. W sumie żaden z wyluzowanych piesków mnie ostatnio nie ponadgryzał więc nie mam powodów do osobistej wendetty. A odrobina adrenaliny jeszcze nikomu nie zaszkodziła[1]. Dlatego koniec końców postanowiłem wrócić do kupy, bo to fajny temat jest. I wnioskując po emocjach jakie rozpala, niesamowicie nośny towarzysko.

Tutaj był większy kawałek ale go wyciąłem, bo był wtórny, bez sensu i zbędny.

W sporze idzie o to, że psy srają a właściciele po nich nie sprzątają. Nie sprzątają gdyż:
- kupa się rozłoży w trzy dni a wasze reklamówki, niedopałki i pampersy będą leżeć 300 lat
- nie mam gdzie wyrzucać psiego kału
- brzydzę się
- moja Pusia nie kupka
- to mój pies i będzie srał gdzie i kiedy mu się spodoba a do sprzątania są odpowiednie służby, które powinny być opłacane z podatku od posiadania psa, którego nie płacę
- a odpierdolcie się ode mnie wszyscy

Bicie mętnej piany trwa już ze dwa tygodnie a mnie podczas lektury śmiech ogarnia. O czym my tu w ogóle dyskutujemy? O tym, że Polak będzie się schylał po gówno? Ktoś chyba przedawkował kawę i go poniosło. Ten promil sprzątających wynika z prostej statystyki, bo w każdej odpowiednio licznej próbie znajdą się ludzie niespełna rozumu. Reszta dalej będzie srała dokoła, skazując nas na brodzenie w nawozie. I żadne gawędy o uczeniu Polaków elementarnych zasad kultury i współżycia w większych skupiskach, tego nie zmienią. Bo my tak mamy. I skoro nie przeszkadza nam syf na klatce schodowej, to dlaczego niby mielibyśmy się pochylić nad problemem kupy na chodniku? Czysto i pachnąco ma być do progu, to co dalej nas już nie obchodzi i obchodzić nie będzie. Bo to co za progiem jest wspólne. Czyli, wybaczcie tanią propagandę, niczyje.

Dlatego uzbrojony w kolkę i popkorn, siedzę wygodnie w fotelu, patrzę na naparzających się dyskutantów i każdego dnia ronię obficie łzy ze śmiechu. Polak sprzątający po swoim psie, no tak zabawnego pomysłu dawno nie obracałem w głowie.

Jesteśmy narodem syfiarzy i brudasów a wszechotaczająca nas kiła nigdy nam nie przeszkadzała. Ten promil, któremu przeszkadzała wynika zaś z prostej statystyki. Nie ma się co napinać, bo niczego to w palącej kwestii gówna, nie zmieni. Spokoju na wiosnę życzę i się odmeldowuję, bo skoro zima umiera, to rower trzeba powoli rychtować do jazdy. Lada dzień mam nadzieję zacząć kolejny, odstresowujący sezon rowerowy Radka.

Aha, na koniec dwa pytania. Jak to jest, że kociarze nie brzydzą się grzebać w swoich kuwetach i oczyszczać je z kału swoich milusińskich a psiarzom sprawia to taki problem? Interesują mnie również logiczne argumenty za trzymaniem w czterdziestometrowym M2 dobermana. Przyznam, malowniczo prezentował się na balkonie, śmiesznie rozganiał dzieci i bardzo melodyjnie szczekał/wył po godzinach ale jakieś inne powody może mi przybliżycie? Proszę tylko o poważne anonse, wszelkie chamskie odzywki, jazdy po personach i zachowania nieobyczajne, będę traktował prądem. Ja się naprawdę chciałbym czegoś o tych psach dowiedzieć. Może w końcu przestaną mnie napadać. A gówno? Gówno sobie wypłuczę z bieżnika pod kranem. Może nie złapię żadnego robactwa.

[1] Chociaż przyznam się wam, że dojrzewam do kupienia sobie jakiejś broni hukowej. Co to i psa, i właściciela wystraszy. Bo kończą mi się siły na prowadzenie bezsensownych dyskusji z chamami na końcu smyczy, do której zapomnieli przypiąć psa.