To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 21 grudnia 2012

Los mnie rzucił do szpitala. Okoliczności trafienia do niego były śmieszne ale, jak się okazało, była to ostatnia śmieszna rzecz na długi czas. No dobra, na jakiś czas, bo tydzień to nie jest długo.
Po przekroczenia progu tego sympatycznego miejsca, długo nie mogłem zrozumieć co robię wśród tej pieprzonej hołoty[1]. Znaczy nie tyle hołoty, co schorowanych poważnie ludzi. A ja przecież miałem tylko chlupiące zapalenie płuc i wyjście za 3 dni w planach.
Plany mi rozjebała sympatyczna dziewczyna na SOR-rze w momencie, gdy oznajmiła mi, że do piątku (wylądowałem we wtorek w nocy) to ja na pewno nie wyjdę. Później humor psuli mi jeszcze kilka razy. 'No co pan, do niedzieli minimum', 'w najlepszym układzie po tygodniu', 'panie Radku, minimum 10 dni', 'ze 2 tygodnie pan poleży' i mój ulubiony '3 tygodnie i proszę nie dyskutować'.
Jak większość ludzi, nienawidzę szpitali. Oczywiście do tej pory tylko je wizytowałem i nigdy nie potrafiłem pojąć, dlaczego z sufitów sączy się trupie światło lamp jarzeniowych a ściany pomalowane są w obrzydliwy, nijaki kolor, który, w połączeniu z zapachem, wbija człowieka w stany depresyjne. Przecież w tym miejscu ma się dochodzić do zdrowia a nie psuć sobie wzrok, dobry smak i estetykę wnętrz.
I nagle mam tu spędzić minimum tydzień. No kurwa.
Pierwszej nocy praktycznie nie spałem, no bo jak. Pomijam już trudność z zasypianiem i budzeniem się pod obcym niebem ale mój sąsiad... Obłęd. Charczał przez sen obłędnie a jak zaczynał kasłać, to klękajcie narody. Dość powiedzieć, że jego kaszel przyoblekał się w materialne kształty, miał osobowość prawną i był jedynym znanym nauce kaszlem, który był zarówno suchy, jak i mokry. Naraz. Jak dodam, że ten kaszel nie przeszkadzał ziomowi w paleniu papierosów (ale tylko jednego, cienkiego, pani doktor), to macie pełny obraz typa z inhalatorem i pod tlenem.
Właśnie, pod tlenem. Wpierdolili mi te rurki do nosa i one mnie drażniły. Owszem, czułem się jakbym miał na sobie element filtrfraka[2] ale świerzbiło mnie w nosie. Więc z tego powodu też zasnąć nie mogłem. Oraz cała instalacja syczała (jakieś uszczelki chyba nie trzymały) i bulgotała (tlen szedł przez jakiś płyn odżywczy).
No i przede wszystkim, to nie było moje łóżko.
Dobrze, że miałem przy sobie kindla, bo gdyby nie on, to rano z sali wyniesiono by trzech, uduszonych plastikową rurką od tlenu, typów. W tej sytuacji każdy sąd by mnie uniewinnił.
Przez 3 tygodnie mojego leżenia, przez moją salę przewinęło się w sumie 10 pacjentów. Każdy z własną, mniej lub bardziej pojebaną historią życia, choroby, nawyków, nałogów i problemów. Był jeden lajtowy, który w dłuższym okresie okazał się potencjalnie bardzo nie lajtowy, bo w trakcie badań, pojawiła się opcja rozwiązania ultymatywnego. Był inny, który miał listę schorzeń jak stąd do pojutrza ale nie dawał faka, bo osiągnął w życiu rzeczy dla niego najważniejsze i postanowił się nie przejmować za bardzo swoim rakiem, cukrzycą, nerkami, wątrobą, jelitami, sercem i co tam jeszcze mu dolegało. Powaga, pogodą ducha mógłby obdzielić tysiącosobowy gimbazjon, któremu wydaje się, że ma problem w szkole albo w prawej komorze.
I w tym wszystkim ja, który jeszcze 10 dni temu byłem na treningu a 5 dni temu bawiłem się na imprezie helołinowej. Niech mnie ktoś stąd weźmie, co? Albo przynajmniej uszczypnie, bo śnię na pewno.
Starałem się jak mogłem, robiłem dobrą minę do nie tak całkiem złej gry, trzymałem swoje gówno razem i coraz bardziej wkurwiało mnie wszystko. Ci cierpiący, ci obsrywający deskę w kiblu, ci palący w drugim kiblu, ci jęczący przez pół nocy, ci śmierdzący, ci krwawiący w łazience, ci niekontaktowi, śpiewający przez pół dnia i krzyczący przez pół nocy, ci kontaktowi, którzy chcieli o czymś ze mną rozmawiać a mnie nie interesowała historia ich cewnika, dializy czy rury w policzku oraz... No wszyscy mnie wkurwiali, przecież jestem zdrowy i po chuj mnie tu trzymacie. Oczywiście rzadko kiedy dawałem cokolwiek po sobie poznać, a już na pewno nie przed moją lekarz prowadzącą.
I teraz już się mogę przyznać: miałem taki moment, że chciałem wstać, wyjebać sobie te wszystkie rurki i wenflony, wyjść ze szpitala i niech się dzieje, co ma się dziać. Bo narastało we mnie przekonanie, że ja tutaj nie wyzdrowieję, a jedyne co się mi może przydarzyć, to jakiś kompletny pierdolec. Coraz więcej czasu spędzałem stojąc przed szpitalem, na krótkich spacerach dokoła obiektu albo przy stoliku na korytarzu, gdzie mogłem się odizolować od wszystkich kindlem i słuchawkami. O tak, narastała we mnie chęć do czynów nieprzemyślanych i gwałtownych.
Pewnie zapytacie, dlaczego przez 10 akapitów opowiadam wam historię matki boskiej bolesnej, jej 8 tajemnic, jeszcze bardziej bolesnych i moją, wcale nie tak ciekawą. No bo widzicie, zdarzyła się jedna, mała rzecz, dzięki której trochę mi się polepszyło. Na tyle, że jednak nikogo nie wybluzgałem, nie uderzyłem i nie wyszedłem ze szpitala do domu, nie oglądając się na konsekwencje zdrowotne.
Do tego stopnia była to rzecz mała ale ważna, że zrobiłem fotkę. Doprawdy bardzo dziwne, skąd potrafi przyjść coś, co cię skleja. I nie, nie o jej działanie w tym wszystkim chodziło.

Nigdy nie wiesz kiedy proste 'awwww...' ci pomoże. Jak bardzo dziwne to wszystko.


 
Do poczytania.

[1] Strawestowany cytat, więc można sobie śmiało darować napinki.
[2] Nawiązuję do Diuny nieprzypadkowo. W trakcie pobytu przeczytałem Ród Atrydów, Dżihad Butleriańską, Krucjatę przeciw maszynom i Bitwę pod Corrinem. I powtórzę - jak się człowiek podniesie z klęczek, to da się to na luzie czytać. 

piątek, 14 grudnia 2012

Zanim zacznę. Niektórzy pytają jak moralnie godzę to, że piszę notki na fejsa i bloga (na tego ostatniego coraz mniej) w godzinach pracy. Zapamiętajcie - moralność to wymówka przegranych a notki piszę w czasie przerw na papierosa, których nie mam, bo musiałem rzucić palenie.
I jak już mamy jasność w temacie, przejdźmy do. Kontyngentując walkę z przeładowaniem na półkach i niespiętrzaniem nieprzeczytanych książek, do długiej listy rzeczy oczekujących na przeczytanie na kindlu, dokupiłem trochę papieru. Oczywiście bez chamstwa i patologii, bo dzieci patrzą ale.

Tutaj zaprezentowałem zabieg, który znacznie skraca czas powstawania takiej notki. Nazywa się on 'kopiuj-wklej'. Fachowo 'ctrl+C, ctrl+V'. Bawiąc, uczę.

Podczas ostatniej wizyty, dołożyłem jednego Archera, o którym zapomniałem wspomnieć, bo się wstydziłem. Nadłubią tych małych literek a ja mam wadę wzroku i astygmatyzm. Udało mi się przebiegle, kupić drugi tom cyklu-sagi o rodzinie Cliftonów, czy coś takiego. Pierwszego nie kupiłem. Ale mam drugi. Nazywa się Za grzechy ojca.
I tutaj sobie coś wyjaśnijmy, Archera kupuję w ciemno i wszystko więc wasze śmiechy są totalnie nie na miejscu.
No więc zacząłem czytać te grzechy i dopiero w okolicach 50 strony skojarzyłem, że jakoś tak nas wrzucił w środek akcji, nawiązuje do czegoś, co ewidentnie napisał gdzieś (gdzie?), wcześniej (kiedy?). Obejrzałem dokładnie okładki i na blurbach doczytałem, że elo zią, tom drugi reprezenta. No kurwa.
Ta kurwa, to wyraz mojej frustracji, że musiałem przerwać lekturę i rozejrzeć się za tomem pierwszym, bo jakkolwiek symetria to estetyka symetrystów ale kolejność powinna być zachowana, bo spojler. Czekajcie, nie napisałem dlaczego frustra mnie dopadła. Archer jest jednym z najlepszych opowiadaczy historii, jakich czytałem i słyszałem. I jak dorosnę, chcę być choć w połowie tak fajny jak on. A tu zamiast historii, dostałem niekontrolowany poślizg na ręcznym. Jakiś stosunek przerywany, nie przymierzając. No musiałem przerwać w trakcie.
Ponieważ w międzyczasie zacząłem symultanicznie szarpać inne książki, ktoś chętny i ochoczy, może mi zrobić z pierwszego tomu prezent bez okazji. Dla ułatwienia podaję tytuł - Czas pokaże.
Jestem blogerem, zasługuję na ładne rzeczy, kurwa mać.

Oprócz Archera, kupiłem też nowego Kołodziejczaka, o którym też nie wiedziałem, że jest pozycja poprzedzająca. Na Nordconie szarpnąłem się na Czerwoną mgłę, bo jak mi na okładce piszą, że świat zaatakowały barlogi i ich słudzy cienia (grafowie, jegrzy i inne chuje z piekła rodem), to ja to łykam, bo oczekuję tam dobrej naparzanki, w opisywaniu której Kołodziejczak jest mistrz (cykl Dominium Solarne i wszystko w temacie).
Ile tam jest naparzanki w dobrym, gladiusowym stylu, to weźcie przestańcie. Są fagi, bojowe kata i mantry, nanokadabry, pociski suicydalne, klątwy bojowe, tatuaże mocy, przeczarowane naboje i hetman wielki koronny El-Galad (elf, wiek nieznany). Ja to się czułem jak dziecko, które znalazło kawałek taśmy produkcyjnej Delicji Szampańskich(TM) i Ptasiego Mleczka(TM), po którym naprzemiennie jadą delicje(TM) i ptasie mleko(TM).
Cztery opowiadania, niecałe 400 stron i niedosyt. Który szybko przeszedł jak się okazało, że 2 lata wcześniej Kołodziejczak wydał powieść z tego samego uniwersum, pod tytułem Czarny horyzont.
Teraz będzie wstydliwe wyznanie. Tak bardzo chciałem ją wczoraj kupić i zacząć czytać, że złamałem się i wszedłem do Empiku, który przecież bojkotuję. To było silniejsze ode mnie. Na szczęście Empik bardzo szybko przypomniał mi, z jakiego powodu pozamerytorycznego, go nie lubię - między półkami rozwaliło się dwóch ziomków i brudzili książki. Nie byłem w stanie stwierdzić, który z nich śmierdzi bardziej bo z miejsca oddalałem się tak szybko, że zelóweczki najpierw dały iskrę a potem się zapaliły. Kurwa, co za sztynks. Umyjcie się brudasy a potem sięgajcie po książkę. Dobra, inaczej. Ręce chociaż umyjcie.
No i sobie czytam i się zadowalam tym Czarnym horyzontem, chociaż chwilowo Czerwona mgła wydaje mi się lepsza, bo się więcej w niej lutują w usto bolesne.

Grzędowicz czeka na umówiony znak-sygnał, to znaczy aż powtórzę sobie 3 tom. Mam na kindlu więc na siłowni szybko pójdzie, bo na stacjonariuszu jest poręczna półeczka i samo się czyta.
Co tam jeszcze? A, oprócz tego dowaliłem nowego Simmonsa, stron 832. Szykuję się niezła orgia. No i Gambit Michała Cholewy. Pewuc powiedział, że warto przeczytać więc nie mogę się nie posłuchać.
Jak widać walka z przeładowaniem na półkach i niespiętrzaniem nieprzeczytanych książek idzie mi nieźle. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że z poprzedniego rzutu skończyłem Kinga (za krótka), Crichtona (bez formy, po jego śmierci kończył wyrobnik i to też widać i czuć) i Chrisa Kyle (Cień snajpera). W przypadku tego ostatniego, w dalszym ciągu mi przykro - dalej nie potrafię go znienawidzić. Dobranoc państwu.