To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
piątek, 16 grudnia 2011

To dziwny kawałek. Bardzo nie chciałem go napisać. Ale musiałem go napisać. Z pełną świadomością, że to nie moja estetyka i nie potrafię. Trudno, czasami facet oddaje się sprawie beznadziejnej z pełną świadomością tego, że przegra. To chyba wina testosteronu.

Brzeg majaczył coraz bardziej niewyraźny a mi w głowie urodziła się taka myśl, która była zgęstkiem, od którego zaczęły się moje nocne loty w głąb głowy. Pomyślałem sobie otóż, że Gran Canaria, Teneryfa czy Lanzerote to żaden bajer, bo można sobie wykupić wczasy all inclusive, przelecieć się samolotem i spędzić 2 tygodnie na basenie, sączyć drinki z palmą, czytać historie Kolumba, Magellana czy Da Gamy i, gapiąc się w ocean, zazdrościć tym, którzy jednak. Ale mają dla mnie specjalne znaczenie, bo ja tutaj dopłynąłem. Jasne, na razie mały kawałeczek trasy dopiero zrealizowany ale zrobiłem to. Ja. Sam. Własnoręcznie. Gdzieś ta myśl cały czas we mnie kiełkowała, czy to w trakcie robienia notatek, czy to podczas kolacji.
A potem stały się dwie rzeczy naraz. Najpierw zapadła bezksiężycowa, pełna gwiazd noc, a powiem wam, że taka noc na oceanie to jest przeżycie ekstatyczne. A potem dotarło do mnie, że przede mną 360 mil samotności, bo chociaż obok mnie była cała załoga, to musiałem gdzieś się schować na tej małej przestrzeni. I nagle coś mi w środku się zerwało, pękło i wpadłem w stan, którego nie jestem w stanie odtworzyć w normalnych warunkach dnia codziennego. Z jednej strony absolutny zachwyt, który nie daje się ujarzmić słowami, bo próba opisania tego co się wtedy dzieje w człowieku jest skazana na niepowodzenie. A z drugiej potworny, paraliżujący strach. Strach spowodowany świadomością wszystkiego - 360 mil, najbliższy ląd pod nami, dokoła ocean, który nawet nie zauważy jak nas zabije, ogłuszająca cisza, bo w pewnym oddaleniu nie słychać odgłosu silnika. I ta ciemność, w którą wpływasz, zostawiając za sobą ostatnie, blaknące światła z wyspy, zaczyna cię pożerać całego, przechodzi przez ciebie na wylot a ty zaczynasz się trząść i nie wiesz dlaczego bo przecież nie z zimna. I jak już chcesz zacząć krzyczeć tym krzykiem od którego pękają struny głosowe i który jest biletem do Arkham Asylum, coś ci się robi w głowie i czujesz takie ukojenie, że mógłbyś w tym momencie umrzeć. Wszystkie rzeczy stają się proste, opinasz się szelkami i pasem asekuracyjnym, który jest w tej chwili twoją matką, ojcem, żoną, kochanką i najlepszym przyjacielem, bo tylko on mocuje cię do jedynego kawałka lądu, daje pewność, ochronę i spokój. A potem znikąd pojawia się nad horyzontem czerwony księżyc i czujesz jak ci się gardło ściska znowu ze strachu. Mózg pompowany najstarszym znanym człowiekowi paliwem wchodzi na takie obroty, że gdybyś tylko chciał, gdybyś tylko potrafił, to wyrzygałbyś z siebie taki strumień świadomości, że stawialiby twoją książkę obok Joyce'a. I nie możesz przestać, zalewa cię to, cały czas i bez przerwy, że boisz się, że utoniesz w tym wszystkim i nikt ci nie pomoże, bo jesteśmy tu razem ale każdy osobno. I wolisz przebiec Maraton Nowojorski niż trwać w takim stanie jeszcze choćby przez kwadrans, bo zaczynają skądś wyłazić rzeczy dawno zabite, zapomniane, zepchnięte do miejsc odległych i przywalone kamieniami. I znowu dowiadujesz się o sobie nowych rzeczy, których wcale nie chcesz wiedzieć. Albo bardzo się cieszysz, że się o nich dowiedziałeś. I trwa ten obłędny diabelski młyn w twojej głowie i nie masz się czego przytrzymać, i wszystko wiruje tak, że aż czujesz zawroty głowy i dziwny smak w ustach, taki jak po bardzo mocnym upadku albo uderzeniu w twarz, nie wiesz ile tego jeszcze wytrzymasz, bo ten diabelski korowód nie chce się skończyć. Zaczynasz się zastanawiać dlaczego sam sobie tak bardzo podpadłeś, bo przecież jesteś ze sobą pogodzony i nie rozumiesz dlaczego twoja głowa tak ci robi. Próbujesz odnaleźć swoje starannie od wielu lat pielęgnowane zen ale nie możesz bo ono gdzieś z tego strachu pierzchło a bez niego czujesz się nagi i bezbronny. Stres coraz większy, zaczyna cisnąć w skroniach i teraz już na pewno wiesz, że jak czegoś nie zrobisz, to zamienisz się w nieprzydatną, wyżętą ludzką ścierkę a przecież za 4 godziny twoja wachta i los załogi w twoich rękach a nie ich. No to bierzesz się w garść, otrząsasz ze wszystkiego, zapalasz papierosa, wystawiasz twarz na wiatr, po 5 minutach wychodzi to wszystko z ciebie. I nagle zdajesz sobie sprawę, że to była najpiękniejsza rzecz jaka ci się zdarzyła od wielu lat. Dawno nie czułeś się tak żywy, tak prawdziwy, tak namacalnie rzeczywisty. Dociera do ciebie, że tego co przed chwilą przeżyłeś nie kupisz na żadnej kozetce u fachowca z dyplomem. I że go wcale nie potrzebujesz, bo nikt ci nigdy nie da lepszego oczyszczenia niż ty sam a wszyscy, którzy twierdzą inaczej, nie wiedzą tego, czego ty się dowiedziałeś przez ostatnie 2 godziny.
Wszystko zawdzięczam jednej osobie, jednej bardzo specjalnej i wyjątkowej osobie, której dawno temu udało się wyciągnąć mnie na morze i miłość do tego morza zaszczepić. Bez niej bym tego nie przeżył. Szkoda, że nie mogę jej tego opowiedzieć osobiście, przynajmniej mogłem to dla niej napisać. Trzymaj się Ailen, gdziekolwiek jesteś.

Skuliłem się w kłębek na pokładzie i zapadłem w krótki sen. Odcięliśmy 16 mil. Za 3 godziny moja wachta. Zaczynała się moja afrykańska przygoda.

piątek, 02 grudnia 2011

Ekhem... Czy ktoś tu jeszcze jest, czy może wszyscy goście opuścili imprezę? W ramach przeprosin przynoszę obrazek.

Widzicie, długa przerwa w notkach z rejsu wzięła się stąd, że pisanie o ciepłych krajach podczas upałów nie ma sensu, bo wszyscy albo siedzą w Polsce, gdzie w czerwcu było gorąco albo pojechali na wczasy, w jeszcze większe upały niż moje marne +30. A tak zimą będziecie mogli się w żarze tych notek trochę zagrzać. Oraz uważam, że pisanie o skwarze, słońcu i oceanu lazurze w momencie, w którym mrok, ziąb, chujnia sukinkot, choć suchy, jest całkiem udaną próbą trollingu.

A więc dzisiaj krótko o Lanzarote (w dalszej części tekstu jako L.) i może, jak będę miał czas i natchnienie, skrobnę coś o przelocie do Maroko. Ale nie obiecuję. L. to bardzo malownicza wyspa, składająca się ze skał wulkanicznych, żwiru, pięknych widoków, kilku dodatkowych kawałków żwiru, zmęczonej mewy i tysiąca palm w jednym miejscu. Na końcu drogi jest również Sammath-Naur. Jak już doszliśmy do siebie po porannym odstresie alkoholowym, wbiliśmy w samochody i ruszyliśmy na podbój wyspy. Plany były napięte, na szczęście udało nam się nie wejść w tryb turysta-berserker i zwyciężył luz i wyjebka.

Trochę mieliśmy na początku problemów, żeby ustalić wspólną marszrutę więc odpaliliśmy zajęcia w podgrupach. Na początku jakieś wodogrzmoty gdzie fale pod sufit. Ale nie na fale patrzyłem, bo wbiliśmy centralnie w środek jakiejś sesji fotograficznej. Och jakże kląłem zepsuty wyświetlacz. Potem okazało się, że nieopodal jest cała seria atrakcyjnych, wygasłych wulkanów. Zapewne przeżywałbym ten trip pełniej gdyby nie to, że było wąsko, stromo i ze stresu mnie mdliło. A kierowca autobusu, znający pewnie trasę na pamięć, jechał z iście ułańską fantazją. Wulkanów nie pamiętam ale było zajebiście. Krótki rzut oka w przewodnik w poszukiwaniu nadchodzących atrakcji skierował nas w lewo. Nie, zaraz, zawracaj, w prawo a dopiero potem w lewo. A może na odwrót. Kierowca i jego pilot byli tak hilaryjni, że mało sobie dupy nie odeśmiałem. A potem do głosu doszły nasze żołądki i doszliśmy do wniosku, że warto...

Opierdolić coś na ciepło. I tutaj już się nie obcyndalaliśmy tylko polecieliśmy taką kliszą, że nikt by nawet nie chciał jej umieścić w Wielkim Zbiorze Klisz i Schematów Na Każdą Okazję. Knajpa z tarasem. Przy plaży. 50 metrów od brzegu oceanu. Praktycznie do wszystkiego, co żyje w morzu, czuję głównie obrzydzenie. Do niewielu rzeczy obojętność. Kocham tylko śledzia w occie albo w śmietanie. Poza tym czułem, że branie w tej sytuacji ryby, strąci tę scenkę do składu scen, których nie użyłby nawet Ed Wood. Wziąłem kurczaka i zagapiłem się w wodę. To był jeden z pierwszych stuporów, w które przez resztę rejsu wprawiał mnie Atlantyk. Zawodowy hipnotyzer się przy nim chowa. Tak mi się ta terapia spodobała, że...

Doszedłem do wniosku, że to jest ten moment, w którym trzeba w końcu zmoczyć nogi w oceanie na poważnie. Najpierw zastrzeliłem Araba a potem stanąłem w wodzie i zacząłem kontemplować landszaft. 3 minuty później wybudziłem się z kolejnej krótkiej śpiączki i stwierdziłem, że to dopiero 4 dzień a wyjazd już mi się zwrócił dwukrotnie. Bo widzicie, poczułem nagle, że w tym miejscu wypłynęło ze mnie całe gówno, które się do mnie od ostatniego urlopu przyczepiło a jego miejsce zajęła czysta woda. Owszem, tą myśl ukradłem Alexowi ale po co mam wyważać otwarte drzwi? Po jakichś 100 godzinach relaksu strzepnęliśmy piach ze stóp, dokupiliśmy piwa i stwierdziliśmy, że czas zobaczyć...

Las. Konkretnie las palmas. Fantastyczny widok, miasto tysiąca palm wyglądało jak z rosyjskiej bajki i uśmiech typu o joooo... prawie opasał mi głowę dokoła. Czas nas gonił, pęcherz nękał, nadciągała ciemność, nie było czasu się zatrzymać. W sumie pewnie i tak nie miałoby to sensu, bo bankowo mieli półdniową sjestę. Chwilę później okazało się, że jednak musimy stanąć, bo widok był taki, że nie mieliśmy szans nie depnąć po hamulcach. Wysiadłem i z moich ust wyrwało się po kolei: o kurwa, jak stromo; o rany, pięknie jest w dolinie; tu jest naprawdę stromo oraz czy tam na dole to spalony wrak samochodu. Postanowiłem, że to będzie miejsce, w którym zmierzę się z jednym z moich największych lęków - z lękiem gruntu[1]. Siadłem na murku, wychyliłem się i...

A idź pan w chuj z takim żartem[2]. Najpierw zakręciło mi się w głowie a potem dostałem mdłości. Normalny człowiek w tym momencie by przestał ale przecież pan bosman ma urlop i nikt mu nie będzie mówił co ma robić. Stwierdziłem, że lęki są dla mięczaków, wróciłem na murek i przerzuciłem nogi na stronę zbocza. Zwycięstwo było połowiczne bo w momencie, w którym nogi znalazły się po drugiej stronie, ciało przejęło nad sobą kontrolę i wygięło mnie w przeciwwadze w tył. Ja walczyłem z lękiem, reszta składu walczyła z torsjami, które zaczęły nimi wstrząsać ze śmiechu. Wyglądałem bardzo zabawnie a minami wygrałbym ponoć pojedynek z Jasiem Fasolą. Spadłem w końcu z tego murka, doczołgałem się do samochodu i zapadła decyzja, że...

Ciśniemy na koniec wyspy a potem sobie wrócimy jakąś inną drogą. Zaczęło się robić ciemno, chyba próbowało pokropić, czyżbyśmy zabłądzili, gdzie jesteśmy, może by tak zawrócić gdy nagle dojechaliśmy do końca drogi. Przed nami cienie wierzchowców Nazguli. Nie, zaraz, wróć, to jakieś małe sympatyczne koniki na szczycie wzniesienia. Jakie koniki, to przecież krowy są. Zanim weszliśmy w spór zbiorowy odwróciłem się...

I opadła mi szczęka. Wiedziałem, że nie będę potrafił tego opisać więc próbowałem zrobić zdjęcia. Gdy dwie godziny później je oglądałem na kompie, porwał mnie śmiech pusty a potem lytość. I trwoga. Aparacik za 200 zika nie poradził sobie ze zmrokiem i widać tylko zamazane, czarne plamy. Trzeba więc naostrzyć pióro i spróbować. Wyobraźcie sobie, że stoicie na wysokiej górze. Za plecami ocean, nad którym zachodzi słońce, przed wami długa droga w dół, parę kilometrów dalej, podobnej wysokości skała. Wszystko to w chmurach. Które macie pod sobą. A ostatnie promienie słońca oświetlają oddaloną skałę w taki sposób, że dwie plamy czerwonego światła robią tak, jak zawsze sobie wyobrażałem Sammath Naur. Aaaaarghhh... Chyba zacząłem toczyć pianę z zachwytu a na pewno wmurowało mnie w glebę. Załapałem się na kolejny hipnotyczny moment, który postanowili zepsuć moi kompanioni, bo nagle z tyłu usłyszałem...

E, bosman. Jedziemy bo późno a tu jeszcze impreza na łódce. Otóż postanowiliśmy załogantce, która w poprzednim odcinku stwierdziła, że umrze w swoje urodziny, wyprawić przyjęcie-niespodziankę, o którym nie będę opowiadał, bo każdy z was przynajmniej raz był na imprezie. Rano śniadanie, dla odmiany w restauracji przy samym oceanie. Do tego stopnia przy nim, że bryzgi wody wpadały mi do kawy. Potem odprawa. Oczywiście spóźniliśmy się o godzinę czy dwie i trzeba było dopłacić za kolejną dobę ale olać, mamy urlop, stać nas. O 17 padł rozkaz 'załoga, do siekier, cumy ciąć'. Gdy cumy wylądowały na pokładzie, kapitan poprawił spodnie i wydał rozkaz, który okazał się być najczęściej wykonywanym poleceniem w czasie rejsu. Wziął oddech i powiedział...

'Bardzo proszę o puszczenie numeru 42[3]'. Chwilę później z głośników zagrzmiał motyw z Piratów z Karaibów i z portu wychodziliśmy like The Boss. Gdy w twarz uderzyła mi pierwsza bryza, poczułem jak odpada mi w kolanie prawa noga a na jej miejscu materializuje się drewniany kołek, zamiast lewej dłoni wyrasta mi hak, na prawym ramieniu pojawia się papuga, która chce krakersa a ja mam ochotę złapać za ster, wbić się w burtę najbliższej łodzi, przeskoczyć reling, wymordować mężczyzn, zgwałcić kobiety a później puścić wrak z dymem. Krew szybciej krąży, wiatr szarpie moją przepaską na oko, papuga skrzeczy coraz głośniej, sięgam po kordelas, w gardle rośnie głośne arrr...

Idioto, ocknij się. Klar na pokładzie trzeba zrobić. Liny pobuchtować. Żagle postawić bo się przecież nie będziemy wlec na samej katarynie. O, motyl stoi i nie łopocze. Jeszcze bardziej like The Boss. Potem przydałoby się wywlec na górę ciuchy na noc, żeby się później pod pokładem nie pałętać. Wysłać ostatnie smsy do ziomów i jeszcze kilka blipów, zanim wyjdziemy z zasięgu sieci. A potem się wyciszyć, przygotować na 3 dni ciągłego płynięcia (pierwszy raz w życiu) bez możliwości ucieczki od załogi gdyby coś zaczęło zgrzytać. Boję się bardziej niż podczas sztormu, bo tam jechałem na pewniaka i jedyna walka jaką toczyłem, odbyła się na poziomie fizycznym. Z tym sobie radzę. Tutaj, jeżeli dojdzie do konfrontacji, odbędzie się ona w sferze psychiki. Z tym też sobie radzę ale nie przepadam za. Zwłaszcza, że jak już wspomniałem, z całej ekipy znam dobrze tylko 2 osoby, z którymi już zresztą wcześniej pływałem po Mazurach. Trzeba się sprężyć, przestać się mazać, za chwilę przekażemy wachtę i zacznie się moja najdłuższa podróż. I noc, po której znowu zmienił się jakiś kawałek mnie. Ale o tym już następnym razem.

Ewentualnych urażonych słabością, mizerną objętością tekstu i fatalnym doborem zdjęć, proszę o wybaczenie. Krótki rzut oka i widzę, że ostatnią nieanalityczną notkę napisałem 20 lipca. Ponad 4 miesiące temu. Wbrew obiegowym opiniom rozsiewanym przez niektórych, nie jest łatwo wejść w pisanie, nawet niezobowiązujące, po takiej przerwie. Dlatego puszczam notkę z całą świadomością tego, że nie jest najlepsza. Ale na czymś musiałem się rozgrzać, złapać twardy grunt i powoli ruszyć. Dziękuję za uwagę i do poczytania. Aha, zwracam uwagę na kreatywne użycie wielokropków, jestem z niego tak bardzo dumny. I właśnie z powodu wielokropków fotografie znajdą się w tym odcinku na końcu.

W tym miejscu grzmiała woda, brak wyświetlacza uniemożliwił mi złapanie rozbryzgów. Postarajcie je sobie wyobrazić.

Jedyny raz gdy złapałem fale bijące o brzeg, kadr wyszedł taki, że wyglądają jak coś, co robi się w wannie gdy puścimy bąka a nie niszczycielski żywioł, który rozsmarowałby człowieka na skałach w formę psychodelicznego tatara.

No dobra, nie będę taki. Załogantom udało się sfotografować żywioł. Są lepsze zdjęcia ale nie mam siły wycinać z nich ludzi, co do których nie jestem pewien, czy chcą by ich twarze były na moim blogu.

Po chwili olałem bryzgi wody no bo kamon, sesja, fotki, modelki w prześcieradłach. Brak wyświetlacza ponownie stanął mi na przeszkodzie (w sensie braku zbliżeń)

I strasznie nie szło mi wcelowywanie ludzi w kadr. Przynajmniej ocean ma przyjemny kolor.

Wulkany i okolice. Taki trochę weselszy Mordor. Wróć, bez orków Mordor jest smutniejszy a nie weselszy.

Prawdopodobne miejsce postoju patrolu orków z Lugburza.

We like the moon! Fatalna jakość i cienie po prawej biorą się stąd, że trzeba było focić przez szybę. Nie ma tam niestety opcji spacerowych, przelot autobusem to jedyne, co może ci ajent tego terenu zaproponować. Nie mogłem docenić pełni piękna, bo miałem mdłości. Wysoko, stromo, wąsko. Jak powiedziałem, Mordor.

A tu trochę weselszy obrazek. To zielone to jakieś życie. Chyba mech. Nie dałem rady sprawdzić dokładnie.

Siły przyrody w służbie człowieka czyli grill na wulkanie. Nawet bym przyjął jakieś mięso ale wyziewy cuchną jak stopiony opiekacz. Więc zamiast obiadu dostałem mdłości. Oraz jak skończony moron się nad tym schyliłem. Miałem farta, stopiło mi tylko kilka krótkich włosków na głowie. 30 cm dalej i byłbym gładko ogolony na całej twarzy.

To o czym pisałem wcześniej czyli trzyminutowa zawieszka. Jakże ta woda hipnotyzowała.

Zdjęcie bez sensu - fotografuję ojca, który fotografuje syna, który robi sesję fotograficzną jednej z załogantek. We must go derper. A, i blox ma wadę gadki, przestał środkować zdjęcia. No cóż, jak powiedział Custer pod Little Big Horn 'symetria to estetyka głupców'. Jedziemy schodkowo.

Ten pejzażyk był sprawcą transu numer 2. Szkoda, że nie zrobiłem pocztówki dźwiękowej. Głos fal brzmiał jak odgłos kucia Mjolnira w krasnoludzkiej kuźni.

 

Wypłukuję z siebie nieczystości. Zabawne nieporozumienie było z tym zdjęciem na blipie. Otóż jakiś anonimowy moronita doszedł do wniosku, że jak łysy grubas, to pewnie dres. A jak dres, to szcza do wody przy ludziach. A jak szcza, to sobie zrobi focię. A jak już zrobił, to wrzuci ją w internety. Nie kopałem go zbyt mocno. Zwłaszcza, że nie trzeba bystrego oka elfa, by zobaczyć pałętające się przy mojej lewej nodze ramiona plecaka. Chociaż fakt, pozycja niefortunna.

Zmęczona mewa jest zmęczona. Najpierw myślałem, że ptak jest na bani. Z błędu wyprowadziły mnie chodzące po nim robaki. Nikt z miejscowych nie dawał faka więc i ja nie dałem.

O, znowu zaszła zmiana i nagle środkuje. Jedyne nadające się do czegokolwiek zdjęcie miasta, gdzie rosło tysiąc palm. Z tej perspektywy nic ciekawego ale wrzucam z kronikarskiego obowiązku.

Pięknie jest w dolinie. Nie miałem już siły żeby mazać po obrazku Paintem więc nie zaznaczyłem wam położenia wypalonych wraków. Jakoś tak na osi x będzie to na wysokości trzeciej kępy zieleni, tej pod żebrowanym stokiem. Na osi y tuż przed zakończeniem zbocza pierwszego od lewej. Chyba majaczę.

Murek, moja Nemezis, mój odwieczny arcywróg. Niech was nie zwiedzie ujęcie, robiłem to na wyciągniętych rękach, mocno odchylony do tyłu.

To jest ten moment, w którym nie potrafię siąść prosto. Ale cykam foty. Z tego co pamiętam, za chwilę wywrócę się na plecy, przetrulam i wstanę. Nie bałem się nic a nic.

Wierzchowce Nazguli. Oraz koniec wyspy.

Mój aparat jest dzielny. Próbuje oświetlić lampą błyskową skałę, oddaloną w linii prostej o ponad 9000 metrów.

A to wspomniana restauracja nad oceanem. Jakkolwiek doceniam walor estetyczny, tak powiem wam, że słona kawa jest taka sobie.

Na motyla. Jak warszawscy cwaniaczkowie.

Notuj ziom, notuj. Bo potem nie spiszesz tego na gorąco, pamięć cię zawiedzie i będziesz musiał zmyślać jakbyś był na przesłuchaniu przed komisją sejmową. Zwracam uwagę wszystkich żeglarzy, że piwo stojące na stole jest zamknięte. Zacznę je pić natychmiast po zdaniu wachty czyli za jakieś 2 godziny.

Postanowiłem skorzystać z potęgi literatury fachowej. Przygotowuję się do przetrwania 3 dni na wodzie z całą kupą mniejszych braci.

Bardzo lubię to zdjęcie. Gdy je robiłem, czułem się jak koleś, który jest świadkiem wynurzenia się Rlyeh. Dzięki czemu zakotwiłem na nim niepokój i jak mi jest za dobrze, to zawsze mogę sobie na nie zerknąć i poczuć się bardziej statecznie.

Uważny czytelnik dostrzeże na tym zdjęciu samolot. Próbowałem złapać go możliwie najbliżej słońca, poszło całkiem nieźle.

Ta fotka jest tak obrzydliwie landszaftowa, a jednocześnie tak bardzo mi się podoba, że nie mogła się tutaj nie znaleźć.

Słońce schowało się za wyspą, za chwilę zaczną się jazdy w mojej głowie.

[1] Wiem, że teoretycznie wszyscy czytelnicy mojego bloga powinni znać Pratchetta ale dopóki jest to wolny kraj musu nie ma więc objaśnię:
- Mam lęk gruntu.
- Chciałeś powiedzieć: wysokości.
- Wiem, co chciałem powiedzieć. To grunt zabija!
[2] Niektórzy, w tym moi Rodzice, narzekają że klnę jak szewc na statku pirackim. Zwróćcie uwagę, że ostatnio się pilnuję i mocne słowo wrzucam tylko wtedy gdy jest to uzasadnione narracyjnie. Wierzcie mi, że dla opisania stanu ducha, w którym się w tym momencie znalazłem, wykorzystałem najmniej dosadną formułę.
[3] Nie pamiętam jaki to był numer kawałka na płycie, wybór liczby 42 dla potrzeb narracji jest chyba dla każdego oczywisty.