To, czym nie mam ochoty zaśmiecać strony
środa, 29 grudnia 2010

A najlepiej wiesz że. Nie istnieje wszak coś, co się nie śni. Że tak Jackiem zaciągnę poświątecznie. Ale oczywiście pisać będę o czymś zupełnie innym a tekst Jacka potrzebny mi był do zrobienia kolejnego odczapistycznego tytułu notki.

Wczoraj/dzisiaj miałem durny tekst z trzecim dnem i stwierdziłem, że jak podświadomość mi mówi, żeby napisać notkę na temat, to coś jest na rzeczy. 8 godzin po przebudeniu wziąłem do ręki przedświateczną gazetę i temat z jedynki utwierdził mnie w przekonaniu, że ze znakami nie ma co dyskutować tylko trzeba zakasać rękawy i wziąć się do grafomanienia. No to zaczynam.

Nie pamiętam przy jakiej okazji, gdzieś tak w okolicach trzeciej wódki, czwartego piwa i piątej tequili, zacząłem się smutkować, że w ciągu swojego całego życia przeczytam tak bardzo mało książek, że o kurwa mać. Jakaś mało rozsądna osoba z drugiej części baru zadała pytanie 'to mało to właściwie ile?'. No i trzeba było palcem maczanym w wódce przeprowadzić obliczenia na blacie. Szło to jakoś tak:

- w dzień powszedni jestem w stanie przeczytać 200 stron ale liczba ta zależy od tak wielu zmiennych, że bezpieczniej przyjąć średnią 100 stron.

- w weekend jestem w stanie przeczytać nawet i 1000 stron ale liczba ta zależy od tak wielu zmiennych, że bezpieczniej przyjąć średnią 300 stron

- rocznie czytam więc 5x52x100 (5 dni powszednich, 52 tygodnie w roku, 100 stron) plus 1x52x300 (1 weekend, 52 tygodnie w roku, 300 stron). Co, jak łatwo się przekonać, daje rocznie nędzne 41 600 stron, zaokrąglimy do 42 tysięcy. Oczywiście przy założeniu, że danego roku panują warunki modelowe.

- załóżmy, że średnia objętość książki to 350 stron. Rocznie wychodzi 120 książek.

- czytam jakoś tak od 5 roku życia ale 'poważna' lektura zaczęła się pojawiać w moich wątłych rączętach w okolicach 12-13 roku życia. Niech będzie, że 12, bo trzynastka jakaś taka trefna jest.

- do tej pory przeczytałem więc, średnio, jakieś 3240 książek.

- zważywszy na fakt, że niektóre rzeczy czytam po kilka razy, liczbę tą możemy zmniejszyć śmiało o jakieś 740 książek.

- co daje marne 2,5 tysiąca książek.

- przy moim trybie życia dożycie do siedemdziesiątki będzie prawdziwym cudem (mam w planach wydymać mój bank hipoteczny). Ale załóżmy, że się uda (w takim układzie nie wydymam banku). Załóżmy też, że w miarę starzenia będzie mi szkoda czasu na czytanie książek po raz wtóry i każdą następną, od przyszłego roku poczynając, przeczytam raz[1]. Tak więc przez całe swoje życie przeczytam jeszcze 3840 książek. Co razem z przeczytanymi do tej pory daje smutne 6340 sztuk. No niech będzie, że 6,5 tysiąca.

Jak już skończyłem mazać wódką po blacie, ująłem twarz w dłonie i zasmuciłem się srodze. Przecież to jakaś słabizna jest. Tyle świetnej literatury na świecie się tworzy a ja muszę ograniczyć się do 4 tysięcy książek i koniec. Ta świadomość była tak przytłaczająca, że poprosiłem szybko o kolejne 6 kolejek, każdą popiłem piwem i szczęśliwie straciłem przytomność. A gdy się już ocknąłem, obiecałem sobie, że będę czytał więcej niż 100 stron dziennie.

Gdybym chciał tylko napisać o zgrubnych rachunkach przy barze, ta notka by nie powstała, bo to jest nudne jak kolarskie wyścigi albo WKKW[3]. No ale lektura gazety, znaki i nie igra się z przeznaczeniem więc cyferek ciąg dalszy. Humanistów ze wstrętem do procentów uprasza się o przerwanie czytania w tym miejscu, bo dalej będzie jeszcze nudniej, aczkolwiek z przypierdoleniem.

Badacze z Biblioteki Narodowej zrobili badanie a dziennikarze śledczy Gazety dotarli do nieopublikowanych jeszcze wyników i wzięli je byli opublikowali, tacy skubani są bezwzględni. Próba: 1472 uczniów trzecich klas z 70 gimnazjów w całym kraju. Płeć - pół na pół, wieś/miasto - pół na pół. Więc baza badawcza jest dosyć solidna. I co wyszło. Wyszło mianowicie o tempora, o mores, o kurwa. Czyli taki więcej smutek. Trzymajcie się.

- 14% ankietowanych nie czyta książek w ogóle. Wśród chłopaków jest to 25%, wśród dziewczyn tylko 4%. Pani socjolog uważa, że jest to alarm dla oświaty. Ja uważam, że pani socjolog mamrocze od rzeczy - wystarczy pójść do księgarni i łatwo się przekonać, że za 4 książki można kupić oryginalną grę na peceta. Która to gra daje piętnastolatkowi więcej radochy niż książka, bo konsumpcja książki jest nieporównanie trudniejsza od konsumpcji gry. No dobra, koniec żartów - gra jest za darmo w internecie, książka jest za darmo w bibliotece. Internet jest przy łóżku, biblioteka jest na zewnątrz. Przy biurku jest domciu, na zewnątrz jest okrutny i bezwzględny real. I trzeba iść. Resztę dopowiedzcie sobie sami, inteligentni jesteście.

- 81% dziewczyn czyta książki w czasie wolnym. Wśród chłopaków jest to 56%, siedem lat temu było 62%. Nie dość, że padaka, to jeszcze 6 punktów procentowych gorzej niż niedawno.

- 46% nastolatków lubi czytać. Z tego 63% to dziewczyny a 30% chłopcy. A poniżej dwa wykresy. Bardzo pouczające wykresy.

Co czytają 15-latki

Jak widać chłopaki nie płaczą i wolą książki z wykopem. Znaczy przygoda, kosmici, lasery i duże eksplozje. Macie racje, dużo fajniej pokazują to gry komputerowe.

A teraz trochę do śmiechu (ze szczęścia) a trochę do płaczu. Czyli ile w roku czytają 15-latki

Co prawda trochę mi się procenty nie kleją, bo wynika z tabelki, że książek nie czyta 14% chłopaków i 7% dziewczyn (w opozycji do procentów z kilku akapitów wyżej) ale nie bądźmy analnymi banitami. Grunt że według autorki badania, pani socjolog doktor Zofii Zasackiej, jest źle. Dlaczego jest źle? No bo za kilka lat ta nieczytająca albo czytająca mało młodzież, nie będzie w stanie zrozumieć umowy kredytowej, umowy o pracę czy instrukcji obsługi urządzeń domowych. Zaczną więc pracować po 18 godzin na dobę za 4,20 brutto, brać pożyczki świąteczne oprocentowane gorzej niż u lichwiarza i prądem razić ich będą tostery. Łza mi pociekła.
Na domiar złego nastolatki mają teraz głównie kontakt z krótkimi przekazami - blip, facebook, smsy, gadu, szybkie newsy, słit komcie na blogaskach[4]. I rozumiecie, im jest coraz trudniej poświęcić uwagę na dłuższe teksty i, laboga, nawet lektury zaczyna się już omawiać we fragmentach.

Czym to może skutkować - ano tym, że czytanie dłuższych tekstów[5] wzmaga i wyrabia. A konkretnie to rozwija wiele czynności poznawczych. A to: pamięć, koncentrację uwagi, umiejętność selekcjonowania informacji i oddzielania ziarna (informacji istotnych) od plew (nie tak bardzo istotnych). Wystawcież sobie moją konfuzję gdy przeczytałem, że jak małolaci przestaną czytać, to będą mieli problem nawet z wybieraniem produktów z przeładowanych półek sklepowych.

Normalnie należy bić alarm, bo czerwony kur puścił się po zaścianku. Młodzież durnieje i za 10 lat 15-latki nie będą potrafili równocześnie iść i rozmawiać, że o rzuciu żuciu gumy nie wspomnę. Co jest tak smutne, że anus mundi się marszczy.

Not.

To nie jest smutne. Po pierwsze, nie ma w Polsce obowiązku czytania. Nie ma również obowiązku kończenia studiów. I jestem za tym, żeby studia kończyło z roku na rok coraz mniej osób, bo chwilowo to przez nadprodukcję absolwentów, mój dyplom się dewaluuje[6]. Jestem również za tym, żeby młodzież przejrzała na oczy i zaczęła wybierać szkoły zawodowe zamiast liceów. Bo co z tego, że mamy 120 magistrów na 100 obywateli gdy nie ma komu porządnie glazury położyć? Co jeszcze. O, mam - komuś kto nie czyta, dużo łatwiej zaimponować erudycją i inteligencją, nawet jeżeli erudycja nieznacznie tylko wykracza poza znajomość listy lokatorów naszej klatki schodowej a inteligencję można zmierzyć szkolną ekierką. Nie mieszka z rodzicami, ma stałą pracę, sam płaci za to co zjadł i wypił a na dodatek jest oczytany i inteligentny. Panowie i panie - absolutnie zabójcze kombo barowo-imprezowe.

Tutaj jest miejsce na wasze spostrzeżenia potwierdzające słuszność tezy 'im mniej czyta młodzież tym lepiej'. Śmiało. Nad kropkami.

...............................................................................................................................

I znowu ja. Najważniejsze dla mnie jest to, że przyjdzie taki półanalfabeta na rozmowę kwalifikacyjną i będzie dla mnie, starego ale doświadczonego dziada, takim zagrożeniem jak namoczona wata albo dwulatek. I zupełnie nagle wrócimy do dawnych czasów, w których pięćdziesięcioletni pracownik nie był dla firmy balastem do odstrzału tylko kimś, kto wie wszystko ze swojej działki oraz z działek przyległych i, zupełnie bez fajerwerków, trzyma cały ten burdel w kupie.
Bo teraz wiecie jak jest - poszukiwany do zespołu młody, ambitny, rzutki, kreatywny i ogólnie zajebisty. Dwa języki, trzy dyplomy i wiek do 35 lat. Zupełnie nic nie robiąc wyleciałem z rynku pracy. Dlatego produkcja półdebili i ćwierćinteligentów jest mi bardzo na rękę. Może nawet któryś na rozmowę kwalifikacyjną przyniesie kwit o dysleksji, dysgrafii i dyskalkulii.

JARAJ BLANTY! PAL KSIĄŻKI! PIERDOL SYSTEM!

Poważnie, jeżeli potrafisz świetnie grać w WoWa albo w CSa, rynek pracy stoi dla ciebie otworem. Podobnie jak większość najpiękniejszych kobiet/mężczyzn świata. A czytanie zostaw starym ludziom, którzy śmierdzą biblioteką, naftaliną, moczem i starymi ludźmi.

Powyższy tekst miewa charakter prześmiewczy. Sami sobie dobierzcie pasujące wam do tej definicji fragmenty. Wszyscy urażeni mogą mi wypłakać rzeke. O tako. Wróć, wszyscy których mogłoby to urazić, nie przeczytają tego tekstu, bo jest za długi. Zmieniam więc zeznanie - wszystkich urażonych olewam.

I pamiętajcie - społeczny pożytek z produkowania ludzi ze wstrętem do drukowanego nie zwalnia nas z obowiązku zachęcania do czytania swoich najbliższych. Pomijając konsolę na komunię, mój Bratanek nie dostał ode mnie innego prezentu niż książka. I okazało się nagle, że można pogodzić granie w Assasin's Creed z lekturą. Na razie lżejsze fantasy ale niedługo odpytam go z Hobbita, Narni i Sherlocka Holmesa. Gdyż jako uzależniony mam obowiązki uzależnionego. Jest więc taka akcja żeby współuzależniać. Do roboty, samo się nie zrobi. Tylko pamiętajcie, krótkie serie i tylko bliscy.

Do poczytania.

[1] Co jest tak samo prawdopodobne jak to, że prześpię się z Lindą Evangelistą. No ale mówimy tu o idealnie okrągłym kwantowym bukkake[2] więc przyjmijmy, że się uda.
[2] Za wrzucanie hermetycznych tekstów, dostawałem opierdol na usnecie. Na swoim blogu mogę robić co mi się podoba. Korzystam więc teraz z tego prawa. Dziękuję za zrozumienie.
[3] Czyli konie robiące pach-pach-pach po parkurze, że zacytuję... Ha, konkurs dla starych dziadów - skąd to cytat. Jak ktoś zgadnie, będę w szoku. I postawię kolejkę wybranego alkoholu przy okazji. Albo kilka kolejek. Podpowiem - nie z książki.
[4] Słynne 'ufff... ale się rozpisałem ;) jako podsumowanie trzech zdań o konstrukcji cepa.
[5] Mam niejasne wrażenie, że dla nastolęctwa już 10 stron to dłuższy tekst, 50 to cegła, setką można się zatłuc z rozpaczy a 300 to wyrafinowane narzędzie tortur. Po Lód, Cryptonomicon czy Hyperiona nigdy nie sięgną. I dobrze, więcej dla mnie.
[6] Nie żeby kiedykolwiek pracodawca prosił mnie na rozmowie o okazanie dyplomu. Bo tu się rozchodzi nie o okazywanie ale o pryncypia. Cóż bowiem wart jest dyplom uczelni, którą może skończyć człowiek o inteligencji kury?